27 sierpnia 2022

Radioterapia jest fajna ;-)

 Mam dużo rzeczy do spisania, bo to był bardzo ciekawy i bogaty tydzień.

Radioterapia i ciekawe dojazdy

Dojazdy z wolontariuszami są po prostu świetne! Poznaje się nowych, entuzjastycznych otwartych ludzi. No wiecie, wolontariuszem raczej żaden ponury egoistyczny burak nie zostaje c’nie? Jak dotąd poznałam już czterech fajnych facetów (tylko patrzeć, kiedy Małżonek zacznie być zazdrosny ;-) ) i pojeździłam wypasionymi brykami - Mercedes, Land rover, Volvo i …Dacia. Jak nie trudno się było domyślić, dobrowolnym przewozem pacjentów zajmują się emeryci. Po markach samochodów i o tym, co już o nich wiem, raczej dość zamożni. Jeden z nich hobbystycznie latał samolotami, inny pracował przy reaktorach atomowych, ale też zna się na aparaturze do radioterapii i wszystkim innym co z promieniowaniem się wiąże. Do tego pracował w najróżniejszych miejscach świata… Pytam ich oczywiście uparcie, dlaczego robią to co robią? Bo lubią pomagać innym. - mówią - Bo nie nudzą się w domu. Bo lubią poznawać nowych ludzi i robić coś pożytecznego. 

Dyskutowaliśmy o wolontariacie.

Jeden stwierdził, że gdyby Belgia nie miała tylu wolontariuszy, ilu ma, to ten kraj poszedł by już dawno z torbami a sytuacja życiowa wielu ludzi, zwierząt i instytucji była by opłakana. Mają też podobne obserwacje do mnie na temat ludzi. Jeden przyznał, że wielu jego kolegów puka się w czoło, bo kto normalny pracuje za darmo?!! I to jeszcze używając do tego swojego samochodu… Mówili też o oczekiwaniach niektórych jednostek, że niektórym się wydaje, że jak miałeś raz czas i poświęciłeś go dla tej osoby, to będziesz dostępny też dla niej jutro, pojutrze, w soboty, niedziele, święta o każdej porze dnia i nocy. Bo jak dasz komuś palec, to on chce całą rękę. 

Dowiedziałam się też, że szpital w Aalst to „dramakliniek”, czyli że cuda się tam dzieją jeśli chodzi o administrację i że wszystkiego można się spodziewać, czego już sama zdążyłam doświadczyć w tym tygodniu. Potwierdzają jednak (słyszałam już wcześniej wiele dobrego), że jeśli chodzi o same usługi medyczne, czyli jakość leczenia, personel etc, to świetny szpital.

A co takiego mi się przytrafiło? Pisałam już na instagramie, ale zapiszę i tutaj…

Otrzymuję plan wizyt na cały tydzień i tak w minionym tygodniu w środę stało, że poza naświetlaniem mam spotkanie z doktorem prowadzącym. Gdy spece od promieniowania zrobili, co mieli zrobić, przypomnieli mi o wizycie u doktora. Zapytałam ich, gdzie mam się udać i czy potrzeba się gdzieś zameldować. Odpowiedzieli, że nie trzeba nigdzie się rejestrować tylko pójść do tej a tej poczekalni i tam czekać. Poszłam i czekałam skrolując instagrama. Gdy uzmysłowiłam sobie, że już przeczytałam prawie cały internet, popatrzyłam na zegar i się okazało, że już niemal godzinę tam tkwię, a na tablicach wszędzie stoi, że już półgodzinne opóźnienie powinno być niepokojące i że trzeba to zgłaszać. Zapukałam do pobliskiego otwartego pokoju, bodajże onkopsychologa, i zapytałam o doktora. Na co miła pani odrzekła, że jeszcze go tego dnia nie widziała i razem poszłyśmy do administracji oddziału. Tam dowiedziałam się, że doktor jest w innym szpitalu i że w systemie nie ma żadnej wizyty. Skąd wzięła się na moim wydruku z tego szpitala, pozostaje zagadką. Czekałam zatem po nic. Najgorsze jednak, że szofer też czekał i to na podziemnym parkingu, gdzie mało się nie ugotował, gdyż tego dnia było ponad 30 stopni i z 85% wilgotności, jak to w Belgii, czyli parówa nie do zniesienia. A biedak nie mógł nigdzie się oddalić, bo nie wiedział wszak, kiedy się zjawię. Dobrze, jak powiedział, że nie miał innych potrzebujących do przewiezienia na ten dzień. 



Inny kierowca opowiedział mi jeszcze lepszą historię. Któregoś dnia przywiózł o ósmej rano na radio jakąś starszą panią i zaprowadził ją do poczekalni. Za pół godziny poszedł po nią, ale okazało się, że nadal czeka. Nic to, zdarza się czasem. Po kolejnych długich minutach jednak postanowił zasięgnąć języka. Co się dowiedział? Że maszyna jest zepsuta! Od kiedy? Od PRZEDWCZORAJ. Dlaczego zatem nikt tamtej pani nie powiadomił? Diabli wiedzą! Belgia, ech!

Dzięki radioterapii dowiedziałam się, że do tego szpitala można się różnymi wejściami dostać. Główne wejście od ulicy to raz, wejście z parkingu to dwa, przez „spoed”, czyli pogotowie - jak wiadomo - też tam można trafić, ale ciekawostką było dla mnie, że niektórzy z kierowców mają specjalne karty elektroniczne otwierające tajne wejścia umożliwiające bezpośredni dostęp do działu radioterapii. Super, bo normalnie trzeba najpierw przebiec 2 (z ulicy) lub 3 (z parkingu) kondygnacje po schodach (zwykłych lub ruchomych) lub windą, potem przejść z kilometr przez labirynt korytarzy, zjechać windą lub zbiec po schodach jedno piętro niżej i znowu przejść kawałek korytarzami, by dotrzeć do mojej poczekalni numer 9. A przez tajne wejście trafiasz od razu na właściwy korytarz. Niezły myk.

Od ostatniego wesołka dowiedziałam się ponadto, że ludzie zwykle jednego kierowcę dostają na radioterapię. Gość był zdziwiony, że jest moim czwartym kierowcą. Śmiał się, że przynajmniej będę wiedzieć, kto jest najlepszy haha. Dla mnie to jednak bomba, bo mogę różnych ludzi poznać i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy o Belgii.

Na razie dowiedziałam się, że wszyscy oni jednako narzekają na wąskie belgijskie drogi, na niekończące się roboty drogowe, na ograniczenia w wioskach do 30km/h (jeden nawet mandat dostał w tym tygodniu hehe) i na popieprzonych kierowców bez mózgu oraz na hulajnogi. „Niektórzy ciągle szukają nowych metod, by jak najszybciej umrzeć”, że pozwolę sobie zacytować opinię nt posiadaczy hulajnog elektrycznych. 

W czwartek musiałam być w dwóch szpitalach na raz. Nie, no dobra, miałam trochę czasu pomiędzy, ale i tak niezła jazda. Było nie było pomiędzy Dendermonde a Aalst jest ze 20 km. Przy tym ja mieszkam jeszcze w innym miejscu, a moi kierowcy w jeszcze innych. Bądź tu mądry i pisz wiersze…

W końcu sąsiadka zawiozła mnie do pierwszego szpitala, gdzie spotkałam się z ginekologiem chirurgiem, tym, który mi odcinał cycka. Przepisał mi on piguły hormonalne i jakieś zastrzyki, które ma mi dawać lekarz rodzinny raz w miesiącu, tylko najsampierw muszę zawieźć do funduszu zdrowia świstek od doktora, by wydali mi zgodę na zniżkę na ten medykament z powodu mienia raka. Potem mam dostać jeszcze inną receptę na medykament, który kosztuje 150€, będzie podawany raz na pół roku w kroplówce i który jest niezwrotny, a który ma zwiększyć szansę  na niepowrót tego dziadostwa. 

W południe kierowca-wolontariusz odebrał mnie z pierwszego szpitala i zawiózł do drugiego, a potem odwiózł pod dom. Uf. Kolejny tydzień ma dwa takie dni, w których znowu oba szpitale trzeba odwiedzić. 


Szczekające psy sąsiada, kłótnia zasiłkowców i inne wiejskie plotki


Sąsiadka przed zawiezieniem mnie do szpitala, wstąpiła do pomocy społecznej. Tam ja czekając w samochodzie mogłam obserwować niezłe przedstawienie, co uświadomiło mi, że społeczność zasiłkowców jest wszędzie taka sama.

Ludzie stali pod budynkiem w kolejce czekając na otwarcie biura, które nota bene też w tym wypadku obsługują wolontariusze. Gdy dotarłyśmy tam, czekało już trzy kobiety: jedna w hidżabie i z wózkiem, jedna czarna i jedna biała. Czarnej się znudziło stanie albo zwyczajnie źle się poczuła no więc zostawiwszy swoją torbę na kółkach, poszła spocząć na pobliskiej ławce. Ludzie dochodzili i zanim otwarto drzwi, stał tam już spory tłumek dyskutujący żywo, bo najwyraźniej większość jest tam stałymi bywalcami i dobrze się zna. Nagle otwarto przybytek i wtedy czarnoskóra przyszła na swoje miejsce. No i rozpętało się piekło! Paniom z tyłu kolejki bardzo się nie spodobało, że ktoś ośmielił się usiąść, bo musi stać, tak jak wszyscy stoją. Zaczęły się najpierw lekko przezbywać po niderlandzku, by za chwilę wyzywać się od kurew po francusku (no co jak co, ale takie słowa to ja jeszcze rozumiem). Jedna kazała drugiej ”spierdalać do domu”, druga nie pozostała dłużna… 😂🥹🤣. 
Patrzyłam na tę szopkę oczom i uszom nie wierząc. Tragedia! Albo komedia raczej. 

Potem patrzyłam, jak wchodziły i mi wyszło, że jedna przebywała w środku jakieś dwie minuty. Czyli, że prostaczki się kurwowały o dwie minuty czekania. No a biorąc pod uwagę fakt, że stoją po „cołaskę” z opieki, to raczej nie pracują, czyli że mają całe jebane dni czasu… no chyba że jaki serial w tym momencie nadaje telewizyja… to by wyjaśniało ten konflikt zbrojny 👀

Ludzie to so. Nie dość że dostają coś za friko, to jeszcze im źle, jeszcze ból dupy, bo ktoś siedzi a nie stoi. Jprdl! 🤦🏻‍♀️🤦🏽 W dupach się niektórym, jak widać, przewraca. 

Dodam gwoli ścisłości, że to było trzy jednostki. Reszta po prostu patrzyła, a ten i ów przewracał oczami.


Nasi sąsiedzi „z innej planety” też  ciągle dostarczają nam wrażeń. 

Patola ma aktualnie trzy psy, które szczekają całe dnie i noce. Wszyscy już mają dość. Druga sąsiadka zaczęła systematycznie dzwonić po policję. Dzisiejszej nocy wyszliśmy wszyscy w piżamach przed domy, gdy radiowóz podjechał… A patoli nie ma w domu od kilku dni, a tylko czasem ktoś do zwierząt zajrzy. 

Psy szczekały wściekle, że mało im szczekaczki nie odpadły, a policjanci przeszukiwali liczne rupieci (teren przed domem i tzw ogród u nich zasadniczo wygląda niczym jakieś wysypisko, czy cuś) przed domem w poszukiwaniu klucza do bramy. Poszukiwania okazały się bezowocne więc sprytny policjant przeskoczył przez ogrodzenie, a gdy drzwi domu okazały się być otwarte, wrzucił do środka jakiś psi smakołyk. Gdy psy zniknęły w domu, zamknął drzwi i przelazł z powrotem przez płot. Rozwiązane. Tymczasowo. Dobre i co.

Chórem podziękowaliśmy i rozeszliśmy się do swoich łóżek, a radiowóz odjechał. 

Wydaje mi się, że zapomniałam poprzedniej akcji pełnej wrażeń upamiętnić na mym blogu, a przecież muszę to spisywać, bo postanowiłam, że za jakiś czas wydam te opowieści z dzielni w formie książki. I że bez wątpienia będzie to świetna komedia kryminalna na faktach buachacha.

No weźcie, jak się to nie podpali, to gania nago po ulicy, to znowu idzie striptiz na pierwszej komunii robić albo odjeżdża karetką ociekająca krwią skuta w kajdanki i przytroczona pasami do noszy, by potem opowiadać sasiadom, którzy zajście widzieli, że była kilka dni w szpitalu z powodu ataku serca 🤡. Pomyśleć, że zwykli ludzie do cyrku muszą iść albo do kina, by takie rzeczy zobaczyć.

Wróćmy jednak do rozdziału przyszłej książki sprzed kilku tygodni. W tej scenie gościnnie występuje też Janusz z gatunku Nosaczy. (wszelakie podobieństwa do osób żyjących są zamierzone, bo ja wredna suka jestem i nosaczom nie szczędzę).

Tytułem wstępu dodam, że nasz dom oddziela od rodziny Klałnuf 🤡 wąska dróżka będąca prywatną własnością właściciela naszego domu (zwanego odtąd Właścicielem) oraz betonowy płot, który stoi na granicy działek i Klałnowie nie mogą go ruszyć bez zgody drugiej strony.

Tak się przynajmniej wydawało. Wcześniej już toczyły się draki na ten temat, ale długo był spokój i zaczęliśmy myśleć, że powoli po wstępnych tarciach z nowymi sąsiadami będziemy tu wszyscy dalej mogli żyć jak u pana boga za piecem. Okazało się, że była to tylko cisza przed burzą.

Któregoś dnia wróciwszy z chemioterapii zauważyłam, że para Klałnuf rozwala święty mur graniczny. Zdziwiło mnie to niepomiernie, ale pomyślałam, że pewnie się dogadali jakoś z Właścicielem i że uzyskali zgodę na robienie dziury w murze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wysłała zdjęcia z akcji do Właściciela i nie zapytała, czy tamci mają pozwolenie. Właścicielka oddzwoniła w sekundę i oznajmiwszy że jest daleko od domu, zleciła mi znalezienie natychmiastowe jej małżonka, bo NIE, NIE MAJĄ ZGODY! 

Nie znalazłam jej małżonka, ale po chwili zjawił się jeden z ich synów i usłyszałam, że próbuje dyskutować z Klałnami. Próbuje, co oznacza, że on gada kulturalnie i przedstawia fakty żądając natychmiastowego zaprzestania, a oni rozwalają mur, traktując intruza jak powietrze. 

W końcu zjawił się sam Właściciel, który już nie silił się na kurtuazję tylko pojechał z pełnej paszczy. Tyle tylko, że wtedy dziura już była do samego spodu na szerokość jakiegoś metra. Klałnowie oświadczyli z miną niewiniątka, że będą ocieplać dom i muszą mieć przejście koło domu. Właściciel się na to wpieklił, przypominając że nie mają jego zgody ani na rozwalaniu płotu, ani na ocieplanie domu od stron jego działki (dwóch stron), bo dom stoi na samej granicy i ani centrymetr poza murami domu z jednej strony do nich nie należy, a z drugiej mają jakieś 50 cm marginesu, ale on zakazuje ustawiać tam drabin a rusztowanie i tak się nie zmieści, bo z ryłu stoją zabudowania. Popyskowali, popyskowali, dostarczając mi i drugiej sąsiadce zabawy,  i się rozeszli.

Wydawało się, że na tym się zakończy, ale gdzie tam.

Którejś niedzieli usłyszeliśmy z małżonkiem nagle za oknem ojczysty i zaskoczeni wyjrzeliśmy, co to za jeden po naszemu gada. No Janusz jakiś łazi wokół tej dziury w murze i coś mierzy. Oho, szykuje się nowa draka! Stwierdziliśmy jednak, że nie będziemy świnie i „swojego” ostrzeżemy…

 Głupi pomysł.  9 lat w Belgii a my ciągle popełniamy ten sam błąd! 

Przykazanie miłości do Polaka na obczyźnie powiada bowiem: I będziesz się trzymał od swoich rodaków jak najdalej z dala i nie będziesz próbował dla nich w żaden sposób miłym być ani jem w niczym pomagać, bowiem twoje dobre chęci nie zostaną docenione a za każdy dobry gest dostaniesz z buta. Amen.

Zapomniawszy tej zasady, Małżonek wychynął z chałupy pełen dobrych chęci i zagaił bezczelnie do Polskim Władającego w te słowa:

 - Dzień Dobry, cóż to was, Mości Panie, sprowadza do tej spokojnej zapomnianej przez bogi doliny? 

No co usłyszał ostrzegawczy warkot i zobaczył, jak stworzenie całe się najeżyło, bo zapewne nie był ci to żaden Rodak Polak Człowiek, a odmieniec jaki, tylko rodaka udający. Odburknęło toto coś, że pracuje tutaj i że będzie ową zagrodę na zimę ocieplało, a nam od tego wara.

Małżonek, zdający się na owe najeżenie i ostrzegawcze pomruki nie zważać, brnął dalej naiwnie w stronę niebezpieczną, by powziętą raz misję ostrzeżenia Janusza doprowadzić do końca. I tak ośmielił się był poinformować istotę, by miała baczenie na fakt, że ów mur i zamiary przebudowy wszelakiej są tu od lat kością niezgody sąsiedzkiej i że to do mnogich przykrości mości nieznajomego przyczynić się może.

Usłyszawszy te słowa, przybysz jeszcze bardziej się nabzdyczył i odszczeknął, że to nie nasza sprawa i że nic nas to obchodzić nie powinno, że on ma umowę, i że zadatku tyle a tyle wziął, i że nic a nic, ziemia, ni wiatr, ni ogień, a już na pewno nie jakiś wioskowy głupek prostaczek rodaczek go nie powstrzyma, bo on już 15 wiosen w tej krainie przebywa to i chyba lepiej mu wiadomo, co można, i że on jest najlepszym specem, i że drugiego takiego to ze świecą szukać, i że wiecznie po wszystkich poprawia, bo wszyscy inni to sami partacze, i że tutaj przeco nic złego przytrafić mu się nie może i tak dalej, i tak dalej… Janusz bowiem wielkim mówcą był, który raz dopuszczony do słowa, pytany czy nie pytany, dopóty godzinami raczył nas będzie opowieściami wychwalającymi jego samego wspaniałość, wielkość, waleczność i mądrość, dopóki głos jego uszu naszych sięgał będzie.

Przytłoczony tymi wielkimi słowy potężnego mędrca ukrytego tylko za przebraniem prostego Janusza Robola Małżonek oddalił się chyżo i po cichu odrzwia naszego domostwa zawarłszy  i skoblem zabezpieczywszy, oddał się razem ze swoją wybranką kontemplowaniu Netflixa.

Gdy tylko się Klałnowie w zagrodzie swej na powrót byli zjawili, bard Janusz czym prędzej do nich pobieżył i wszystko, co Małżonek mu przekazał, z lekka tylko ubarwione i podkoloryzowane, im wyśpiewał. Com na własne uszy słyszała przez niedomknięte okno, bo wiedzieć wam trzeba, że i jam ci ową tajemną mowę belgijskiej krainy już była poznała.

Minęło czasu  mało wiele jak ten sam dobrodziej znowu zjawił się pod rozkruszonym murem i począł swoją powinność czynić. A wtedy zabrzmiały tam-tamy i wieść od chaty do chaty się poniosła, aż do samego Wielkiego Właściciela dotarła. A wtedy słońce zbladło, gdzieś w oddali zagrzmiało i świat jakby poszarzał na chwilę. Z północy powiało grozą i po chwili zjawił się Właściciel na swoim żółtym warczącym rumaku. Rozpętała się burza na słowa i obelgi pomiędzy Właścicielami a Mędrcem Januszem. Właściciel pochwyciwszy rusztowanie, próbował Janusza na ziemię obalić, najgorszymi najstraszniejszymi przekleństwami weń ciskając. . Janusz zdjęty strachem począł naprzemian a to błagać, by Właściciel przestał na niechybną śmierć go narażać,  a to straszyć swoimi pracodawcami oraz karą boską, a to wykręcać się i dowody niewinności swojej przedstawiać... Właściciel zmiarkowawszy, że nijak zbója na ziemię sciągnąć nie podoła,  rumaka swego dosiadł i już, już miał szturmem na rusztowanie z warkotem silnika uderzyć, gdy wybranka jego, poczciwa i dobra kobiecina, zakrzyknęła  żwawo, że oto wezwani rycerze w niebieskich zbrojach na pomoc już jadą. Zabłyskało na niebiesko. Prawi niebiescy rycerze zmusili nicponia Janusza do powrotu za mury, a wszystkim nakazali do Wielkiej Wyroczni się udać, nim jakiekolwiek nieopaczne kroki podejmą wobec siebie i swego dobytku.

Atoli jeszcze tego samego wieczora Właściciel wraz ze swoimi wiernymi pomagierami przytoczyli ogromne głazy, by wyrwę w murze zablokować i by żadne tałatajstwo po jego włościach już więcej się nie pałętało.

A ja tam byłam, 

miód i wino piłam,

 a wszystko, com widziała,

 czym prędzej żem spisała 

ku uciesze waszej.









20 sierpnia 2022

O tym jak wygląda radioterapia i jak dowożą na nią wolontariusze

Właśnie zaczęłam trzytygodniową radioterapię

Przeto muszę zaraz tu o tym opowiedzieć, bo niektórzy są pewnie ciekawi, jak to wygląda. 

Dziwne to jest jak na mnie, ale denerwowałam się tym dniem. Nie wyspałam się nawet porządnie, bo co chwilę się budziłam… Noooo, nocne wycieczki młodzieży mi w tym nie pomagały… No weźcie, wstałam o pierwszej na siku, idę na dół, a tu światła pozapalane i na schodach, i w salonie, a żywej duszy nie ma. Co za dranie roztargnione - pomyślałam. No ale wracając z kibla, zobaczyłam, że nia ma klucza w drzwiach wyjściowych i że zasuwka odsunięta… WTF?! Gdzie kto polazł po nocy? - pomyślałam i się zdenerwowałam lekko. Poszłam sprawdzić pokój Młodej i stwierdziłam brak Młodej i brak aparatu fotograficznego (zatyczka od obiektywu leżała na biurku, stąd wniosek, że coś koło domu knuje), co mnie uspokoiło i podreptałam z powrotem do wyrka. Wtedy usłyszałam kroki i rozmowę… Z kim ona tam łazi po nocy?! Wyglądam przez okno, a to nie jedno, a dwoje moich dzieci. CO ROBI MŁODY Z SIOSTRĄ W NOCY NA POLU?! Kopara mi opadła, ale i tak poszłam spać, postanowiwszy się ich o to na drugi dzień zapytać, co też uczyniłam, gdy już wstali w południe. A było to tak:

Młody usłyszał, że siostra idzie na dół, to poszedł za nią, bo chciało mu się siku, a trochę jeszcze boi się ciemności i bycia samemu na parterze. Wracając z wuceta zauważył za oknem dziwne, podejrzane żółte światło i zawołał siostrę. Siostra obadała sytuację, stwierdziła obecność pomarańczowego Księżyca na niebie i postanowiła zrobić mu zdjęcie. Młody skorzystał z okazji i poszedł z nią i nawet dźwigał dla niej statyw… Ot i cała zagadka. Jakby mi się siusiu nie zachciało, nawet bym nie wiedziała, że się gdzieś szwendali… Ech te dzieci ;-)

Tak czy owak i bez nocnych zagadek byłam zestresowana, bo jakoś tak mam ostatnio, że denerwuję się, gdy coś nowego mnie czeka, nawet gdy nie mam specjalnych powodów do stresu. Najwidoczniej się człek bardziej nerwowy z wiekiem robi. Drzewiej zawsze byłam oazą spokoju nawet w momentach, w których innych zżerała panika, jak egzaminy, czy tego typu rzeczy, dlatego stres dla mnie teraz taki niezwyczajny jest.

Tym razem było dwie nowe rzeczy na raz, bo poza radioterapią jeszcze dojazd do szpitala z wolontariuszami.Wiedziałam od dawna, że coś takiego jest, ale nie wiedziałam, jak to tak na prawdę funkcjonuje. Stąd nerwa.

Jak funkcjonuje taki transport pacjentów z wolontariatu we Flandrii? 

Na wstępnej wizycie w szpitalu pielęgniarka od spraw socjalnych zapytała, czy mam czym dojeżdżać, a gdy odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie bardzo (nie ma od nas połączenia publicznymi środkami transportu, prawa jazdy nie mam, a na skuter za daleko, by codziennie przez 15 dni dojeżdżać), zaproponowała mi skorzystanie z usług wolontariuszy z mojego funduszu zdrowia. Gdy wyraziłam zainteresowanie, powiedziała, że skontaktuje się z moim funduszem („mutualitetem”) i wszystko załatwi. Za parę dni powinni do mnie zadzwonić z informacją, co i jak.

Zadzwonili. Jednego dnia zadzwoniła pani z i-mens i poinformowała mnie, że znaleźli już dla mnie kierowcę na poniedziałek i wtorek, po czym podała jego imię, które zaraz zapomniałam, i dodała, że na piątek jeszcze nikogo nie mają, ale szukają. Nazajutrz zadzwoniła ponownie, by poinformować, że w piątek pojedzie ze mną niejaki Geert, czy Gert i że przyjedzie po mnie o tej a tej godzinie pod dom. Po czym upewniła się, czy mają właściwy adres (otrzymali wszystkie dane ze szpitala). 

Geert zjawił się nawet kilkanaście minut wcześniej i zawiózł mnie do szpitala, gdzie zaparkowawszy auto na parkingu, zaprowadził mnie na właściwą poczekalnię (szpital w Aalst to dosyć wielki szpital, istny labirynt korytarzy). Gdy załatwiłam, co miałam załatwić, czyli odebrałam swoją dawkę promieniowania, szofer już na mnie czekał w poczekalni, by zaprowadzić mnie na parking i odwieźć do domu. Jednym słowem, to lepsze niż taksówka.

Ledwie dotarłam do domu, znowu zadzwoniła miła pani z i-mens, czyli instytucji współpracującej z moim funduszem zdrowia, która koordynuje pracę tych wolontariuszy, ale też np pielęgniarek, z których usług korzystałam podczas chemioterapii. Pani dzwoniła, by poinformować, że mają kierowcę na kolejne dni i jest to Jean-Pierre. W tym momencie ja poinformowałam ją, że w szpitalu dostałam nową rozpiskę wizyt i że pozmieniali godziny w niektóre dni. Podałam pani nowe godziny i powiedziałam, że w związku ze zmianami mam problem z czwartkiem, kiedy mam też wizytę w klinice piersi w innym szpitalu. Zapytałam, czy kierowca mógłby mnie zabrać z tego szpitala i zawieść do drugiego, bo do pierwszego mogę autobusem pojechać rano…? Ona powiedziała, że okej, ale musiała od nowa obdzwonić wolontariuszy w sprawie tych zmian. No bo wiadomo, że wolontariuszom może nie być wszystko jedno, wszak na pewno robią to w wolnym czasie…  Chwilę później znowu miałam ją na linii. Wszystko załatwione. Dopóki szpital znowu czegoś nie zmieni… Szacun dla tych ludzi za cierpliwość i wyrozumiałość. 

Kto płaci za te przejazdy?

Wolontariusze może i jeżdżą dobrowolnie, ale wiadomo że ani paliwo za friko nie jest, ani utrzymanie samochodu i ktoś musi za to płacić. Wstępnie zapłacę za to ja - za jakiś czas otrzymam stosowne faktury. Pani za każdym razem podaje mi kwoty i pyta, czy się zgadzam.  Jeden dzień kosztuje mnie ok 25€, ten z cudowaniem około 30 €, bo więcej kilometrów wyjdzie. Po otrzymaniu i opłaceniu faktur z i-mens, wysłać je mam do funduszu zdrowia, skąd powinnam bodajże 60% zwrotu otrzymać, a potem podać kopię faktur i zwrotów do szpitala, który ma mi oddać resztę kosztów, co może potrwać oczywiście kilka miesięcy, ale tu na wiele rzeczy trzeba czekać, zanim system przemieli dokumenty i nie ma co srać żarem. 

A jak wygląda ta cała radioterapia?

Czekam w stosownej poczekalni aż ktoś wywoła moje nazwisko… No okej, dobra, jak ktoś BĘDZIE PRÓBOWAŁ wywołać moje nazwisko „pitzrssftrstt… i w końcu powie „Magdalena”, a potem zapyta, jak się to nazwisko cholera jasna wymawia i z jakiego ja jestem cholera jasna kraju?! ;-) Ubaw zawsze ten sam.

Po wywołaniu biorę z przyznanej mi szafki swój szlafrok i idę do przebieralni, gdzie rozbieram się do pasa i zakładam szlafrok, a potem wychodzę innymi drzwiami i czekam na krzesełku, aż znowu mnie ktoś zawoła do sali właściwej.

mój szpitalny szlafrok w przebieralni

Tam zdejmuję szlafrok i kładę się na leżance na plecach z rękami za głową i ugiętymi kolanami (jest specjalny podkolannik oraz uchwyty na dłonie, żeby było wygodnie), tak samo jak leżałam podczas wstępnego badania. W razie potrzeby załoga moją pozycję poprawia, bo wtedy zrobili zdjęcie i komputer im pokazuje, jak dokładnie mam leżeć. Potem wychodzą, a maszyna sprawdza, czy na pewno dobrze leżę. Wracają i zakładają do maszyny jakieś dodatkowe koromysła, w tym - jak zauważyłam, taki ołowiany odlew, który zrobili po poprzednim badaniu, kiedy to doktor ułożył mi na klacie ołowiany sznurek. Ta ołowiana płytka ma dziurę w takim samym kształcie jaki doktor zrobił ze sznurka. Przez tę dziurę padało jakieś kolorowe światło i na koniec załoga wykropkowała mi ten kształt markerem na klacie i jeszcze krzyżyk nabaźgrali na środku. I potem zalecili mi się przez kilka dni myć się pomiędzy tymi kropkami, żeby się nie zmyły. Bardzo śmieszne. Jak o tym w domu powiedziałam, to Najstarsza, która niedawno przemalowywała kilka swoich mebli, zaleciła mi zakleić te mazaje taśmą malarską  na czas mycia buachacha. 

Ani przygotowania, ani samo napromieniowywanie nie jest w żaden sposób odczuwalne, tak samo jak np prześwietlanie złamanych kości. Tylko to ustrojstwo się rusza i hałasuje. Każą przy tym leżeć spokojnie i ani dygnąć, bo w tym zabiegu każdy milimetr ma znaczenie. 

Potem przychodzą z powrotem, odsuwają maszynę i można się iść przyodziać i wracać do domu, szlafrok zostawiwszy w swojej szafce w specjalnej torbie ze swoim imieniem :-)

torba ze szlafrokiem

Dziś, zgodnie z obietnicą, otrzymałam specjalną oliwkę do mycia i krem do smarowania z Avene. Produkty tej marki robione są ponoć typowo pod rakowców i innych ludzików z problematyczną, wrażliwą skórą  i już wcześniej sporo próbek i produktów ze szpitala gratis dostałam. Nie wiem, czy szpital ma z tego jakieś profity, czy Avène ma z tego jakieś profity i w sumie mnie to nie obchodzi. Dają, to biorę i używam. 


Zrobiłam se pamiątkowe selfie z bazgrołami na klacie, gdy kombinowałam przed lustrem, jak niby mam mycia torsu bez uszkadzania tego wątpliwego dzieła sztuki, dokonać. Cycków bym tu raczej nie pokazała, ale łysą klatę z blizną i bazgrołami mogę. Voilà! 


Gdyby się ktoś poczuł zgorszony czy zniesmaczony tym zdjęciem, to niech wie, że ja też nie jestem zachwycona ani tym, że mam raka, ani tym że zamiast pięknej piersi mam paskudną bliznę. Tylko że czytelnik może zamknąć tę stronę w przeglądarce a nawet ją zablokować i zapomnieć, a ja, podobnie jak setki kobiet na całym świecie, widzę ten obrazek każdego dnia w lustrze i muszę z tym żyć. Przynajmniej dopóki nie umrę, a dzięki w/w chorobie może się to zdarzyć o wiele wcześniej niźli statystyki przewidują. Co więcej, rak piersi może dotyczyć każdego z was i dobrze, byście byli tego świadomi. Nikt się też zbytnio nie przejmuje, co czują kobiety po amputacji piersi obrzucane każdego dnia setkami reklam bielizny, pięknych strojów kąpielowych, kremów ujędrniających biust… Zresztą dziś wszędzie pełno obrazków cycatych i wydekoltowanych, czy prawie nagich albo i nagich lasek. W końcu mamy XXI wiek i zwyczajni ludzie nie mają, a przynajmniej nie powinni mieć problemów z odkrytym ciałem, czy z mówieniem, rozmawianiem  o nim, o jego niedoskonałościach, o chorobach, wadach, zabiegach. Problemy z tym tylko zwykle  różne sekty i inne zacofane organizacje religijne mają, ale to już nie mój problem. Niemniej jednak uważam, że blizna po operacji piersi nie jest gorsza niż widok narzędzia tortur, na którym wisi przybity do niego gwoździami prawie nagi i zakrwawiony facet, a który to obrazek katolicy umieszczają z premedytacją, gdzie się tylko da i nawet dzieciom każą to oglądać, a bywa że i na szyi to noszą i się do tego modlą, nic nie robiąc sobie z faktu, że dla niekatolików nie rzadko jest obrzydliwe i niesmaczne… ale to inna opowieść..



Pierwsza radioterapia nic mi nie zrobiła. W znaczeniu, że niczego nieprzyjemnego nie odczuwam na razie, ale podejrzewam, że to przyjdzie z czasem. Przede mną jeszcze 14 dawek rentgena. Ufam, że robi to natomiast coś potencjalnym komórkom rakowym i że to im się nie podoba, i że szlag je od tego trafi. 

A na koniec o tym, że pora zabrać się za siebie

Gdy byłam w liceum, pewnego dnia ubzdurałam sobie, że chcę zrobić szpagat. Mimo że byłam sprytna i dosyć wygimnastykowana, to jednak do szpagatu dużo mi brakowało. Ale jak ja czegoś bardzo, chcę to staram się do tego dążyć. Postanowiłam, że będę codziennie ćwiczyć i się rozciągać, aż zrobię szpagat. No i tak było. Ćwiczyłam uparcie jeśli nie codziennie, to co najmniej kilka razy w tygodniu. Po dwóch latach mogłam się już popisywać na wuefie szpagatem i się popisywałam przy każdej nadarzającej się okazji ^^

Najważniejsze w tej historyjce jednak jest to, że zwyczaj codziennych ćwiczeń przyjął się u mnie na dobre i pozostał. Potem przez kilka lat trenowałam wschodnie sztuki walki, co tylko ten zwyczaj umocniło i rozszerzyło mi repertuar i dodało finezji oraz nowych pomysłów. Potem miałam w życiu kilka przerw w tej codziennej gimnastyce. A to mi zakazali ruchu w ciąży, bo że zagrożona, mówili, a to miałam okresy niechcemisizmu i oklapnięcia, a to za małe mieszkanie… Wcześniej czy później jednak wracałam do tego.

Ostatnimi laty, przyznaję bez bicia, dosyć się obijałam pod tym względem. Albo miałam przerwę całkowitą, albo ćwiczyłam byle jak po 5 minut rano. No, ale nie robiłam sobie wyrzutów z tego powodu, wszak jak się przejeżdża rowerem kilkadziesiąt albo i kilkaset kilometrów miesięcznie, zapitala po 4 do 8 godzin na miotle, a potem jeszcze ogarnia dom to ruchu i gimnastyki raczej nie brakuje.

Tylko że nagle jakiś rak się przypałętał i trochę się potentegowało. W domu niby w miarę normalnie wszystko robię, ale nie chodzę do roboty i nie jeżdżę na rowerze ani nie ćwiczę. 

No dobra, po operacji, jak już się dało, to zaczęłam po troszku się gimnastykować, bo cosik mi popsowali i miałam za krótką rękę… W sensie ciągnęło okropnie i bolało, gdy sięgałam ręką  w górę. Gimnastyka pomagała… Tyle tylko, że potem przyszła chemia, a z nią kitowe samopoczucie i zmęczenie. Próbowałam trochę ćwiczyć, ale zupełnie nie szło. Źle i gównianie się czułam. Nie chciało mi się. Nie miałam sił. Ani chęci. No to olałam to całkiem.

I tak minęło prawie 8 miesięcy. Wydaje się nie dużo, ale to jednak jest dużo. Za dużo.

Chemia się skończyła wreszcie. Minęło kilkanaście dni i zmęczenie zaczęło mijać, a mi zaczęły wracać chęci do życia, radość i energia. Tylko ręka mnie bolała w przedramieniu okropnie, że nie mogłam prania wieszać. I uda mnie bolały przy każdej zmianie pozycji. Jeżdżenie rowerem było niezłym wyzwaniem, a i przekręcanie się z boku na bok w łóżku nie było łatwe.

Trudno orzec, ile w tym winy chemii, a ile braku ruchu. Pewnie pół na pół. Postanowiłam jednak spróbować się trochę rozruszać.

Zaczęłam od próby naprawienia ręki, bo to była masakra jakaś… Ogrzewałam ją gorącą poduszką z pestek wiśni. Potem masowałam rozgrzewającym olejkiem do ciała. I próbowałam rozciągać za pomocą ćwiczenia. Nie wiem, czy cokolwiek z tego pomogło, czy zwyczajnie czas zrobił swoje, ale już mnie nie boli i działa jak należy. 

Potem postanowiłam zacząć zwyczajne codzienne ćwiczenia od stóp do głów… i zderzyłam się ze ścianą! To był lekki szok dla mnie, gdy po wykonaniu próbie wykonania kilku prostych ulubionych ćwiczeń się okazało, że jestem starą, zniedołężniałą staruszką. 🤯🧓🏻

Ledwie zrobiłam 4 pompki (o wstydzie!) i to NA KOLANACH. Z wielkim bólem i trudem udało mi się wycisnąć 4 (słownie: CZTERY!!!) przysiady, a uda bolały potem z pół godziny… Może to chemia, a może zwykłe zasiedzenie. Trudno powiedzieć. Brzuszki na szczęście mogłam w miarę normalnie robić, jak na taką przerwę. Z czego wnioskuję, że jednak chemia miała duży udział w niedyspozycji nóg i rąk.

Kompletna porażką natomiast były ścięgna. Okazało się, że siedząc na podłodze płasko w rozkroku nie sięgnę nawet dłońmi do palców stóp, a gdzie tu „żaba”?, w której kiedyś byłam mistrzem. (siedząc w szerokim rozkroku i trzymając dłońmi stopy położyć (lub prawie położyć) głowę i klatę na podłodze. Gdzie zrobienie mostka? że o szpagacie nawet nie wspomnę…

Nie, spokojnie, tak serio to ja nie oczekuję w tym momencie od siebie, że w wieku 45 lat zrobię szpagat czy żabę (jest to teoretycznie możliwe, nie mam jednak takich aspiracji w tym momencie), ale mimo wszystko przed chemią miałam ciągle raczej giętkie ciało, a teraz skostnienie i skurczenie mojego ciała jest okropne. 

Zapuściłam się! Nie podoba mi się to.

Tak nie może być. Taka ja to nie ja. Muszę to naprawić! Choćby dla własnej satysfakcji. Ale też po to, by za kilka tygodni móc wreszcie wrócić w miarę normalnie do pracy, bo ileż można gnić w domu?

Kilkanaście dni temu zaczęłam systematycznie ćwiczyć co rano. Już przez ten krótki czas sporo się polepszyło. Teraz robię po 10 przysiadów, brzuszków i babskich pompek (na kolanach - bo nie ma co się, panie, przemęczać w tym wieku hehe) no i trochę innych ćwiczeń na różne części ciała. Mięśnie mnie już nie bolą. Rozciągniecie jeszcze się nie polepszyło, bo nad tym zwykle trzeba dłużej popracować. 

Teraz mam tylko nadzieję, że radioterapia nie popsuje mi planów, że da się ćwiczyć, bo lubię być zwinna, gibka i mieć świetną kondycję fizyczną. 

Póki co jest weekend i dobrze by było nie myśleć przez chwilę ani o raku, ani o depresji, ani o finansach, ani o przyszłości. No więc czary mary hokus pokus trele morele bęc niech się stanie radość i wytchnienie 🍀🦔🦄. Idę do ogrodu popatrzeć na cuda:

Tata Wróbel i Dzidzia wróbel

Heniek ujarany deszczem

Heniek

Bożenka (zmokła kura)

Chip

Sunny


Słodziak 

Słodziak nr 2







15 sierpnia 2022

Czy bez jednej piersi można pójść na plażę i inne nadmorskie refleksje

Dzięki Młodej, która non stop przypominała o istnieniu plaży w Ostendzie, w końcu wybrałyśmy się nad morze. Plażę trzeba wszak zaliczyć co najmniej raz w roku, a najlepiej dwa razy: raz latem, by popływać i powygrzewać kości, i raz zimą czy jesienią, by porobić zdjęcia i pozbierać muszelki. Byliśmy już w większości nadmorskich miejscowości, ale Ostenda przyjęła się ze względu na najprostszy dojazd pociągiem i bliskość plaży w stosunku do dworca. Tłumy są tam uciążliwe, ale już się przyzwyczaiłyśmy. Gdy jedziemy samochodem, wtedy wybieramy Knokke Heist, De Haan albo Nieuwpoort, bo tam mniej ludzi. Gdybyśmy chcieli być prawie sami na plaży, wybierzemy port w Zeebrugge, ale to zadupie i tam też nic nie ma koło plaży do robienia.

Ostenda jest okej.

Kolejnym problemem było w tym roku dla mnie pytanie:

Czy bez jednego cycka można pójść na plażę ;-) ? 

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, że nie mam jednej piersi. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że natura nie wykosztowała się zbytnio obdarowując mnie cyckami (ważne, że na mózg nie poskąpiła), ale to zawsze były jakieś tam cycki, które mimo wszystko trzeba było czymś na plaży zakrywać, bo takie są oczekiwania społeczne. No, nawiasem mówiąc, to nie bardzo rozumiem, czemu niby kobiety o takich skromnych cyckach jak moje, muszą zakrywać klatę, gdy chłopy, które mają cyce 2 rozmiary większe, nie muszą, no ale szczegół. 🙄😉

Nie ważne jednak, czy baba ma duże piersi, średnie, czy małe, na każde wszak znajdzie się stosowny rozmiar stroju kąpielowego, czy bikini. Sklepy odzieżowe, bieliźniane czy nawet zwykłe supermarkety i targi bogate są w biustonosze i stroje kąpielowe wszelakich krojów, kolorów, rozmiarów, stylów, materiałów. Dla każdego coś fajnego się znajdzie. Tak mi się przynajmniej wydawało przez 44 lata. 

Czy widzieliście gdzieś ostatnio biustonosz czy bikini na jeden cycek? No bo ja obeszłam wszystkie okoliczne oraz dalsze sklepy i wszędzie mówili, że nie mają. Skandal! Jawne lekceważenie i dyskryminacja! Jak ja niby mam iść na plażę bez biustonosza?! 

Nie, z gołą klatą też nie pójdę, bo zaraz ktoś poczuje się zgorszony i moralnie czy religijnie obrażony moją paskudną purpurową blizną. Albo tym ocalałym cyckiem. Ludzie so dziwne.

Rozważyłam nawet założenie burkini, czy kombinezonu do nurkowania ale po pierwsze nie mam takowych na stanie, a po wtóre lubię wystawiać swoją skórę na słońce i świecić dupą pomiędzy ludźmi. Jak pójdę na tę cholerną plażę, to po to, by się opalać i by popływać, a nie żeby się gotować we własnym sosie i potem śmierdzieć potem.

O ile w teorii bycie amazonką nie wydawało się mi jakieś specjalnie trudne, tak w praktyce co chwilę pojawiają jakieś zagadki do rozwiązania, bo jakby się nie odwracał, to cycki zawsze z przodu. Przynajmniej powinny tam być. Albo nie być. No bo właśnie zupełny brak piersi nie był by problematyczny w tym wypadku. Można by było iść na plażę z tą gołą klatą…

Ostatecznie zdecydowałam się na sportowy biustonosz, który Młoda miała w szafie. W miarę to wygodne (o ile w ogóle można mówić o wygodzie w kwestii czegoś takiego jak biustonosz) i całkiem dobrze wygląda, czyli nie podkreśla zanadto doła po cycku. 

Jednakowoż niezmiernie się cieszę, że natura żałowała na te moje cycki, bo jednak jedna pierś rozmiaru B, to nie jedna pierś rozmiaru E. Tym obdarzonym przez naturę laskom po mastektomii to mogę tylko współczuć, jeśli by były tak samo jak ja szurnięte, by nie chcieć nosić protez ani biustonosza na co dzień. 

selfie z pochyłym morzem w tle (mistrzyni fotografii)

Upał mnie trochę przerażał.

Lubię morze, ale w tym roku trochę się cykałam jechać w upał pociągiem, bo po chemioterapii niezbyt dobrze znoszę upały - zawroty głowy, osłabienie itp. Trzęsłam portkami, że nagle stracę przytomność w pociągu, czy na plaży, co co prawda jeszcze nigdy w życiu mi się nie zdarzyło, ale teraz może się zdarzyć i co wtedy? Rozważaliśmy rodzinną wycieczkę samochodem, ale samochód to dopiero koszmar jak dla mnie. Nie dawno pojechałam z Małżonkiem do miasta, w którym pracuje - raptem 20 km do przejechania, a już w połowie drogi miałam dość. Czułam się fatalnie. Nie mogę podróżować autem w upał. I nie lubię. A nad morze jest około 100 km. Nie ma mowy. Odpada! 

Pociągi są super. Lubię podróżować pociągami. Na wszelki wypadek jednak wybrałam dzień, w którym Małżonek był w domu, żeby w razie wu mógł przyjechać. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne, bo nad morzem (na co liczyłam) powietrze jest inne i upał jest inny. Na plaży w ogóle nie odczuwa się tego upału. Jest przyjemnie i miło. Pociągi miały klimę albo otwarte okna. I było dość miejsca, by usiąść. Wyjechałyśmy bowiem odpowiednio wcześnie rano, by zdążyć przed godzinami szczytu przesiąść się w Gent.  

Nie wszystkie dzieci lubią plażę

Młody nie wyraził zainteresowania wycieczką nad morze. Dla pewności nawet kilkukrotnie ponawiałam pytanie. Oświadczył, że nie cierpi piasku. Nie znosi, jak przykleja mu się do skóry i wszędzie się wsypuje. To jest obrzydliwe i bardzo nieprzyjemne. Nie, on nie lubi morza. Morze nie jest fajne. Tak powiedział. Woli posiedzieć w domu, pogadać i pograć z kumplami z Rosji, Białorusi czy klasowymi kolegami i koleżankami, a wieczorem pójść z tatą na spacer. Co mu wolno. Ma 10 lat i sam najlepiej wie, co dla niego jest dobre.

 Dziewczyny obydwie za to pojechały z radością. I fajnie było.

Ja jak zwykle, zawsze i wszędzie oddawałam się ulubionemu zajęciu, czyli obserwowaniu świata, a szczególnie ludzi. 

O rodzicach bez mózgu.

Już na dzień dobry miałyśmy niezły pokaz ludzkiej niefrasobliwości i nieodpowiedzialności. Kto był w Ostendzie, ten wie, że podobnie jak w wielu innych nadmorskich miejscowościach, jest tam wzdłuż plaży ogromny kawał placu wyłożonego kostką i że roi się tam od wypożyczonych najdziwniejszych pojazdów napędzanych na pedała. No i fajno. Zabawa przednia. Moim zdaniem jednak, wakacje nie oznaczają, że każdemu wszystko wolno i nikt za nic nie musi brać odpowiedzialności i że nie trzeba na wakacjach używać mózgu. 

Niektórzy jednak, zdaje się, tak właśnie uważają.

Usiadłyśmy na chwilę, pod czerwonym metalowym kamieniem (słynne ostendzkie dzieło sztuki) i obserwowałyśmy małych gówniarzy (na oko pierwsze klasy podstawówki)  zapitalających z górki autami na pedała pomiędzy ludźmi. 

metalowe skały 

Na deptaku przy wejściu na plażę dosłownie tłum ludzi w każdym wieku. Młodzież, rodzice z dziećmi za rączkę i we wózkach, ludzie z psami na smyczy, ludzie o kulach i na wózkach inwalidzkich, staruszkowie, a tu szczyle bez nadzoru zasuwają pomiędzy nimi, choć nieopodal z dala od zejść na piach jest  bardziej bezludny plac, gdzie bezpiecznie można się bawić tymi skądinąd fajnymi pojazdami.  Ledwie zdążyłam pomyśleć, że rodzice chyba mają nasrane we łbie, pozwalając na coś takiego swoim bachorom, jak gówniara wpierdzieliła się na pełnej piździe w tłum. Jedna babka ledwie zdążyła odskoczyć na bok potrącając przy tym niechcący kilkoro innych ludzi. Inni ludzie niestety nie mieli tyle refleksu, sprytu i szczęścia. Sekundę później jakiś chłopina z wielkim trudem podnosił się z gleby przy pomocy kilku innych ludzi, a z obdartych nóg spływała mu krew. Jego partnerka zaczęła opierdzielać bachora, a wtedy szybko znaleźli się wspaniali troskliwi rodzice i przyskoczyli z ryjem do poszkodowanych ludzi, no bo kto to widział podnosić głos na ich arcyświętego bachora.

Gówniarz tu faktycznie może i jest niewinny, ba, nawet może mieć po tym zdarzeniu traumę, bo na pewno się sam przestraszył. Może to zdarzenie nawet coś gówniarza nauczyło… 

Pytanie, gdzie kurwa byli wtedy rodzice?!! Ta gównażeria tłukła się tam długo pomiędzy ludźmi, a oni w żaden sposób nie zareagowali, nie zwrócili swoim dzieciom uwagi.  

To na rodzicach, na dorosłych spoczywa wszak odpowiedzialność za opiekę nad swoimi dziećmi, a przede wszystkim za wpojenie im podstawowych zasad bezpieczeństwa obowiązujących w zabawie i korzystaniu z chodnika czy plaży, nauczenie ich odpowiedzialności za siebie i za innych ludzi

Gówniarz, który jest w stanie prowadzić taki duży i stosunkowo ciężki pojazd powinien do cholery wiedzieć, że może kogoś zranić a nawet zabić, gdy w niego wjedzie. Strach pomyśleć, co by było gdyby to nie był dorosły facet tylko np dwulatek albo spacerówka z bobasem, albo kobieta w ciąży czy staruszek. Albo mała psinka, jakich tam było mnóstwo. A co, jakby sam bachor się wykopyrtnął z tym pojazdem i połamał kończyny albo rozwalił se łeb. Do kogo wtedy mieli by pretensje rodzice? No bo teraz, wiadomo, to wina ludzi, którzy bezczelnie ośmielili się schodzić na plażę wyznaczonym wejściem a nie przeskoczyli na ten przykład w innym miejscu przez ogrodzenie. 

Zero wyobraźni i zero odpowiedzialności! A skoro zjawili się obydwoje w sekundzie, znaczy, że doskonale oboje widzieli, co ich dzieci wyprawiają i patrzyli na to bezrefleksyjnie. Nie wykluczone, że nawet nagrywali to, by pochwalić się swoim skretynieniem w mediach społecznościowych. 

Ja rozumiem, że wypadki wszędzie się zdarzają, ale temu spokojnie można było zapobiec, gdyby tylko rodzice dorośli do swojej roli i wzięli odpowiedzialność za wychowanie i uświadomienie swoich dzieci.

Tak pięknie się różnimy

O wiele przyjemniejszą obserwację poczyniłam leżąc na brzuchu na plażowym ręczniku i lampiąc się przed siebie na przechodzących ludzi. 

Moim zdaniem ludzie powinni codziennie oglądać nagrania z takiej plaży, bo może coś by z tego wywnioskowali, coś by do nich dotarło i zmienili by swoje nastawienie i oczekiwania wobec innych i wobec siebie.

Belgijska, ostendzka plaża to fantastyczne miejsce. Opowiem wam, co widziałam.

Po prawej stronie od nas swoje ręczniki i parasol rozłożyła czarnoskóra rodzina. Gadali do siebie jakimś egzotycznym fajnie brzmiącym, ale kompletnie niezrozumiałym językiem. Gadali szybko, dużo i bardzo głośno. Po wieloletniej obserwacji mogę stwierdzić, że to typowe cechy wielu czarnoskórych ludzi. Do tego kolorowe, oryginalne, fantastyczne stroje, fikuśne nakrycia głowy. Ci tutaj mieli po prostu zwykłe stroje kąpielowe - panowie szorty, panie bikini. Wszyscy piękni i zgrabni. 

Niedaleko nich wypoczywała rodzina Muzułmańska. Panowie w szortach, dzieciaki też w strojach kąpielowych, a panie poubierane od stóp do głów w hidżaby, spodnie, leginsy itp. Tak, one się w tym kąpią, gdyby kogo takie pytanie nurtowało. Do morza wchodzą w pełnym ubraniu. Nie ukrywam, że z mojej perspektywy przychodzenie na plażę latem w czarnych portkach, koszulach i chustkach było, jest i chyba już zawsze będzie czymś dziwnym, niepojętym i bezsensu, no ale ludzie najwyraźniej widzą w tym jakiś sens i to ich w sumie sprawa, czy dupsko im się ugotuje, czy nie. Rodzina rozmawiała po arabsku.

Nie bardziej zrozumiałe wydały mi się młode i starsze dziewczyny o europejskiej urodzie w obcisłych długich jeansach,  których całkiem sporo przemaszerowało przed mym nosem. Tak, one w tych jeansach się opalały i właziły do wody, gdyby znowu kogo pytanie mierziło. Przynajmniej niektóre wchodziły do wody. Ale inne pewnie nie.

Przede mną była rodzinka rosyjskojęzyczna. Raczej niezbyt zamożna, wnioskując po starodawnym podniszczonym parasolu z frędzlami, który rozbawił moje dziewczyny, i starym poplamionym prześcieradle z gumką zamiast ręcznika plażowego. 

Z tyłu słyszałam francuski. Zebrała się tam cała grupa nastolatków różnych ras i płci. Puszczali głośną muzę, śmiali się jak szaleni, żarli chipsy i ganiali się po plaży.

Po drodze do wody mijałam ręcznik Chińskiej rodziny.

Na tej plaży w Ostendzie były setki ludzi. Ludzi w różnym wieku, płci, narodowości, kolorze skóry, mówiących najróżniejszymi językami. Przyglądałam się każdemu, kto maszerował koło mojego ręcznika. Przeszło koło mnie  masę nóg damskich, męskich i dziecinnych. Jedne były chude jak patyk, inne okropnie grube, jeszcze inne średnie. Były nogi młode i jędrne oraz nogi stare, zmęczone z wystającymi kościami i obwisłą skórą. Były nogi krótkie i długie do nieba. Były nogi czarne, nogi brązowe, nogi żółte i beżowe. Jedne były opalone, drugie blade jak dupa anioła. Były nogi włochate i gładkie jak pupa niemowlaka. Niektóre nogi były krzywe, inne miały jakieś znamiona, jeszcze inne blizny. Były nogi gołe i nogi ubrane. Niektóre miały pomalowane paznokcie, inne nosiły bransoletki na kostce, a jeszcze inne zmyślne tatuaże. 

Te wszystkie nogi nosiły jakieś pupy. A pupy też były różne. Koło chudego tyłeczka w stringach, kołysała się okrągła pupa w kwiecistych majtkach. Powabny szeroki zadek w  afrykańskiej sukience gonił zgrabny umięśniony zadek w męskich szortach. 

Każdy człowiek w innym stroju. Jedni, jako się rzekło, ubrani od stóp do głów, inni w stringach, jeszcze inni w bokserkach, kolejni w sukienkach lub w spodniach i koszulach. Kapelusze, czapki, parasolki, włosy krótkie i długie, torebki,plecaki, torby, kosze, reklamówki i walizy. 

Co jest w tym wszystkim najważniejsze? Ano to że wszyscy są ludźmi. Wszyscy przyszli na plażę w tym samym celu, czyli by spędzić miło czas. I robią to, nie zwracając zupełnie uwagi na innych ani nie porównując się z innymi. Nie ma znaczenia wiek, kolor skóry, zamożność, pochodzenie, wzrost, waga, czy język. Wszyscy dobrze się bawią i korzystają z pięknej pogody. 

I to jest fantastyczne, jak wszyscy pięknie się różnimy.

Dodam jeszcze na zakończenie drobny szczegół, bo z Polski dopływają do mnie czasem jakieś makabryczne plażowe opowieści, na temat zwyczajów tamtejszych plażowiczów… 

Tak, tutaj bez problemów mogłam czynić powyższe obserwacje leżąc na plaży. Ani w Ostendzie, ani na żadnej innej belgijskiej plaży ludzie nie używają parawanów! Tam czasem ktoś ma mały parawan chroniący przed wiatrem, czy plażowy namiocik dla dziecka. Wielu ma parasol. Ale ogólnie ludzie nie odgradzają się od drugiego. Ba, czasem kładą swój ręcznik zaraz koło twojego i jakoś nie widzę, by ktoś miał z tym problem. Każdy szczerzy zęby w uśmiechu, odrzuca drugiemu piłkę, pozdrawia nawet jak mówi w innym języku… Zastanawiam się czy to odgradzanie fizyczne nie jest przypadkiem też wynikiem mentalnego odgrodzenia od drugiego człowieka? Czy ludzie stawiający wokół siebie  płoty i zasieki potrafią jeszcze dostrzec człowieka w drugim człowieku, czy tylko wszędzie widzą wroga…? 

Morze robi psikusy

Ale jest jedna zabawna rzecz, o której prawie zapomniałam. Wielu ludzi chyba nie kuma, że morze jest w ciągłym ruchu, że są przypływy i odpływy, z czego takie czuby jak my, zawsze mają niezły ubaw.

Ja mogłabym godzinami przyglądać się zaśmiewając do rozpuku, jak woda zalewa nieogarom ręczniki, plecaki, telefony, jak ludzie w panice biegają po wodzie próbując odebrać jej swoje majtochy, klapki, zabawki. Nigdy nie przestanie mnie to bawić, a zawsze jest ta sama heca. 

Ostatnio nawet widziałam laskę, która SIEDZIAŁA (w sensie nie leżała, nie spała, była na miejscu) i PATRZYŁA sobie na morze. Tak to przynajmniej wyglądało. Obok niej trzy ręczniki zawalone ich rupieciami (była tam cała rodzina), pojemnikami z jedzeniem, zabawkami, do tego torby i parasol. Woda zbliża się, bo jest przypływ. Nieopodal żółtoczerwony parasol ratowników, który co chwilę przestawiają na koniec kurczącej się z każdą minutą plaży przy akompaniamencie tych swoich trąbek i nawoływań. A laska siedzi i się lampi i nic. My parkujemy dosyć daleko od wody, żeby nie musieć zbierać się szybko podczas przypływu, dlatego spokojnie mogę siedzieć i patrzeć na niefrasobliwych ludzi i zabierany im przez wodę dobytek… No i tak sobie tę laskę obserwuję, zastanawiają  się, o czym ona myśli i czy jest może niewidoma lub głucha… Dopiero, jak woda zaczęła jej moczyć stopy, się biedna zorientowała, że trzeba się zbierać. Tyle, że jak przypływ moczy ci stopy, to zwykle jest jakby trochę późnawo, by zdążyć zebrać  całą masę szpargałów z kilku ręczników. Nieźle się uwijała, a długi muzułmański strój plączący nogi raczej jej w tym nie pomagał. Beka z typiary 🤣.

Nie mniej zabawne były te wszystkie zalane torby i plecaki (każdy prawie ma ze sobą telefon i raczej pływać z nim nie idzie buachacha), te pływające laczki, piłki, łopatki, kapelusze. I te mądre, sprytne mewy polujące masowo na zatopione kanapki i ciastka. Ludzie są fascynujący i zabawni. 

A ja jestem wredna hehe.

Mewy to też ciekawa sprawa. No dobra, mewa jak mewa, teoretycznie każdy powinien wiedzieć, co to za ptak i znać jego sposób bycia, choćby z milionów filmików w necie. Ale nie, ludzie patrzą, ale nie myślą, nie analizują, nie wyciągają wniosków. 


Mewy są - moim zdaniem - fajne. I piękne. I mądre. I bezczelne - z ludzkiej perspektywy patrząc. No bo z mewiej perspektywy, to one po prostu walczą o swoje dobro, o przetrwanie, no i chcą się najeść, a że człowiek wszędzie łazi z jedzeniem, to ptaszyska z tego korzystają. Z tego i z ludzkiej naiwności i niefrasobliwości. 

Wszędzie stoją tabliczki „NIE KARMIĆ MEW!” Jest też stosowny obrazek, żeby i nieczytaci zrozumieli.

Ale człowiek wie lepiej. Ojtam ojtam jedna biedna mewka, rzucę jej kawałek ciastka, albo chipsa. Będzie zajebiste zdjątko na instagramy. Selfiaczek o tym jak Karen karmiła mewę. 

Rzuca chipsa, a sekundę później pisk, machanie łapami i spieprzanie w podskokach wrzeszcząc „a sio! a sio” i opędzając się od 30 mew.  Bo widziała tylko tę jedną przed nosem, ale tych fruwających nad głową i rozpierzchniętych po plaży już nie.  A nie wiem, czy wiecie, ale mewy mają skrzydła i są to duże silne skrzydła, dzięki którym bardzo szybko taka mewa może się przemieszczać. Mewy mają też dobry wzrok, są wielkie, silne i mają ostre pazury. Nie boją się ludzi. Są zatem potencjalnie niebezpieczne i trzeba mieć to na uwadze. Nie karmimy ich, żeby się do tego nie przyzwyczajały. Nie karmimy ich, bo to jest niebezpieczne. Szczególnie dla dzieci. 

Zwracamy uwagę na otoczenie, gdy zachce nam się jeść nad morzem na świeżym powietrzu, bo mewy nie mają oporów przed wyrwaniem wam kanapki, frytek, czy paczki chipsów z ręki. Mewy są sprytne, silne i mądre. Ale człowiek powinien być teoretycznie mądrzejszy i sprytniejszy. Nie zawsze tak jednak jest, jak wynika z obserwacji świata.

Na plaży w Ostendzie Karen też była. Nie uciekała co prawda, ale trochę ją jakby zszokowało nagłe pojawienie się całego stada mew, gdy cisnęła jednej chipsa do foci robionej przez koleżankę. 

Ja obserwowałam i nagrywałam, co pokazuję na fb i insta, jak jedna mewka próbowała dobrać się do torebki Najstarszej. Dziobała zawzięcie i targała z różnych stron torebkę. To stworzenie ma ostry dziób. Gdyby to była reklamówka, czy jakaś gówniana przezroczysta torebunia z gównianego plastiku, to nie wytrzymała by mewiego dzioba i została by wybebeszona do spodu. 



Uważajcie zatem na mewy, ale traktujcie je też z szacunkiem. One też chcą żyć, a nad morzem to one są u siebie a wy zwykle w gościach.

Drugiego człowieka też starajcie się traktować z szacunkiem i tolerancją mając na uwadze, że pięknie się od siebie wszyscy różnimy. I fajnie gdyby tak zostało i jeszcze fajniej, gdyby wszyscy potrafili tak samo się tym radować czy choćby to uszanować bez wpierdalania się drugiemu z buciorami w życie.

Oczywiście zrozumienie, szacunek, akceptacja i tolerancja ma swoje granice i działa w dwie strony. Ja tam nie widzę np najmniejszego powodu do tolerowania czy akceptowania plucia mi w twarz, obrażania, czy zwyczajnego działania mi na nerwy i pchania nosa w nieswoje sprawy. Na szacunek też sobie trzeba u mnie zasłużyć (choć w domyślnym jest on zawsze włączony, tak niewłaściwe ludzkie działania szybko mogą go wyłączyć a nawet zmienić status na pogardę). Ogólnie jednak cenię sobie różnorodność. 








12 sierpnia 2022

Korekta wniosków odnośnie wycieczki i inne wakacyjne przemyślenia

 Ostatnio biadoliłam trochę na moją wycieczkę do Gent, bo czułam się nią z jakiegoś powodu bardzo zawiedziona. Jednak dopiero komentarz Czytelniczki kazał mi się nad tym powodem głębiej zastanowić, bo faktycznie - tak jak napisała Ewa - wycieczka przecież ogólnie wydaje się być udana a ja wydaję się być świadoma mojej chwilowej niedyspozycji. Dlaczego zatem biadolę? Dlaczego jestem niezadowolona? To było dobre i potrzebne mi pytanie? Gdy już je sobie zadałam, dosyć szybko udało mi się na nie odpowiedzieć. Noooo…. najsampierw zaliczyłam mega doła, ale potem obgadałam wszystko korespondencyjnie z partnerem i doszłam sama ze sobą do ładu w tej i innych kwestiach. Teraz jeszcze zapiszę w skrócie moje rozkminy i  tutaj ku pamięci. Choć nie wiem, czy to kogokolwiek obchodzi. Ale to mój pamiętnik, a mnie obchodzi…

Tu nie chodziło wcale o samą wycieczkę, a tylko o moje chore, z dupy wzięte i bardzo wygórowane oczekiwania wobec losu połączone ze zmęczeniem wszystkimi problemami i niespełnionymi skumulowanymi marzeniami o wypoczynku i prawdziwych wakacjach, które - jak mi się ubzdurało - się mi powinny należeć. Cóż czasem zapominam, że los nie obdziela nigdy wszystkich jednakowo i że nikt nigdy nie powinien na to liczyć, a tylko korzystać z nadarzających się okazji, by nie przegapić tego, co akurat mu przed nos kładą bez patrzenia, że drugi otrzymał więcej i bez pretensji do losu. Tylko że czasem łatwiej powiedzieć niźli wykonać.
U mnie najwyraźniej zbyt dużo tego wszystkiego niezadowolenia  i pretensji nazbierało się ostatnimi laty  i zwyczajnie jestem tym już zmęczona. Aż zaczyna mi się lekko od tego pierniczyć. Na wszystko mam ochotę kląć i narzekać! Co też i niniejszym czynię, o! 🤬😜.

Bo tak, najsampierw, kilka lat temu pojawiła się depresja Młodej. Jak dotąd najgorsze i najkoszmarniejsze doświadczenie w moim życiu. Nic się z tą kurwą równać nie może. NIC! Taki mój rak własny to przy tym mały miki. Nie wiele może być chyba gorszego od chwil, w których twoje dziecko tak bardzo cierpi, że nie chce więcej żyć i ty wtedy 24/7 musisz być na czuwaniu. Gdy pracujesz całe dnie z telefonem w ręce, żeby nie przegapić żadnego dzwonka ani żadnego esemesa, bo za 5 minut może być za późno. Gdy śpisz na czuwaniu, tak by usłyszeć nie tylko dzwonek telefonu i esemesa, ale też kroki na schodach i otwieranie drzwi wejściowych czy do ogrodu. Gdy 24/7 obserwujesz dziecko, by nie przegapić najmniejszej oznaki gorszych momentów i by natychmiast reagować... Psychologowie, psychiatrzy, szpitale, badania, piguły i ich skutki uboczne, użeranie z systemem i szkołami... W ten sposób przeżyłam kilka lat i byłam na granicy wyczerpania fizycznego i psychicznego. W ogóle na granicy…

W końcu wszystko zaczęło wracać powoli do normy. Wtedy ogłoszono pandemię. Na początku była ona dla nas lekarstwem, fantastyczną sprawą, bo mogliśmy skupić się na sobie i nikt nas wreszcie nie zmuszał do wychodzenia z domu, do pracy, do szkoły. Mogliśmy w swojej jaskini powoli lizać rany na duszy i dochodzić do siebie. No ale po kilku miesiącach życia pełnego ograniczeń i przymusowego siedzenia w domu zaczęło to być dołujące. Moje zdrowie psychiczne ciągle stało pod wielkim znakiem zapytania… Marzyło mi się uciec na choć na chwilę, choć na moment gdzieś wyjechać, pobyć z dala od rodziny, odpocząć od nich wszystkich, nabrać dystansu, zapomnieć o problemach, przemyśleć wszystko i na nowo we łbie poukładać. A tu rząd zmuszał mnie do siedzenia miesiącami w domu…

Gdy w końcu odtrąbiono zakończenie cyrku pandemicznego, dowiedziałam się, że mam raka i zaczęłam leczenie. Przez ostatnie miesiące żyłam od operacji do operacji, od operacji do chemii, od chemii do chemii. Ciągle z tym bagażem przeżyć z lat poprzednich, do których tylko dokładałam bieżących doświadczeń, obaw i kanciastych ciężkich myśli. Tak mijały mi dni, tygodnie i miesiące. Żyłam sobie z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień nie myśląc o jutrze, nie planując niczego. Idąc po prostu przed siebie i tocząc swoją gnojową kulkę. Aż przyszedł ten moment, w którym mi powiedziano, że już prawie koniec chemioterapii. To był ważny punkt na mojej życiowej trasie. Podjarałam się tym strasznie. 
No i to był ten moment! Ten moment, w którym mnie coś opętało. W którym mi się we łbie totalnie potentegowało. Nagle ubzdurałam sobie, że chcę  odpocząć od tego wszystkiego. Że MUSZĘ COŚ ZROBIĆ! Teraz! Już! Natychmiast! Że potrzebuję takiej wyraźnej, znaczącej przerwy, głębszego oddechu…  Poczułam tę potrzebę ucieczki z domowego łańcucha tak bardzo intensywnie jak nigdy dotąd. Pech chciał, że nałożyło się to na moment, w którym Małżonek i Młody zaczęli coraz wyraźniej mówić o swoim corocznym wyjeździe, o planowanych wakacjach. To obudziło we mnie małego głupiego zazdrosnego bachora i najgorsze, najniższe emocje z tym związane. Bachor też chciał przeżyć jakieś zajebiste wakacje… A mój mózg był przez ostatnie pół roku intensywnie truty i nie działał normalnie i nie potrafił zbyt trzeźwo oceniać sytuacji i analizować nawet własnych pomysłów, dlatego doszedł do bardzo głupich wniosków i wszystko pomieszał… 

I oto jest odpowiedź. Mój mózg oczekiwał po dwudniowej wycieczce do pobliskiego miasteczka takich samych wrażeń, relaksu i uciechy, jakie ludzie mają po dwóch tygodniach wczasów w jakimś epickim turystycznie miejscu. Stąd ta frustracja po powrocie.

Po przeanalizowaniu przyznaję, że moja wycieczka była udana, a moje pochemiczne ciało nad wyraz dobrze się spisało. To była po prostu zwykła fajna wycieczka. Tylko tyle i aż tyle. 

Taita też słusznie sugeruje, że powinnam dać sobie czas zanim zacznę góry przenosić. I dzięki Ci za ten komentarz. Po tych wszystkich popieprzonych latach coraz trudniej czekać jest na lepsze czasy, w ogóle czekać, bo diabli wiedzą, jakie przygody przyniosą kolejne miesiące. Ale faktycznie, wyżej dupy nie podskoczę…



Niniejszym dziękuję wszystkim piszącym od czasu do czasu jakiś komentarz, dzielących się swą opinią, bo wiele z nich jest wielce przydatnych, inspirujących czy po prostu miłych. Jedne skłaniają do przemyślenia sprawy, inne dają motywację, jeszcze inne sprawiają po prostu przyjemność. Nooo, są też takie, które mnie wkurzają i działają mi na nerwy, ale i takie są czasem potrzebne… Chyba...? 🤔

 Przemyślałam też oczywiście kwestię prawdziwych dłuższych wakacji i doszłam do wniosku, że na razie taki pomysł zdecydowanie odpada w moim przypadku. Na razie przede wszystkim z powodu radioterapii, którą rozpocznę w przyszłym tygodniu, ale też z innych nie mniej, a może nawet bardziej istotnych powodów. Na dzień dzisiejszy raczej nie mam bowiem za bardzo ochoty zostawić domu na dłużej. Jeszcze nie jest bezpiecznie… Depresja nie odeszła zbyt daleko. Widuję jej czarny cień i czuję jej lodowaty powiew wystarczająco często. Ona jest jak Dementor. Tylko czeka, by dopaść Młodą i zabrać jej całe szczęscie i radość życia…
 
Podejrzewam, że dla Młodej mój rak jest tym czym dla mnie jej depresja. Czystym złem i źródłem ogromnego niepokoju i zwykłego ludzkiego strachu. Ten sam albo podobny strach i niepokój obserwuję też u Partnera. Ten mówi o tym zresztą otwarcie. Ta choroba zabrała wszak wielu jego bliskich…

Ja potrafię wepchać co trudniejsze fakty i myśli na samo dno mózgowej skrzyni i być ponad to. Potrafię długo żyć bieżącą chwilą, jakby problemy nie istniały. Ale ja nie mam też takich problemów zdrowotnych, jak ma Młoda. Alergia* na wodę, alergia na kurz, alergia na ciepło, na zimno, na słońce, na deszcz, na wiatr, na hałas, na ludzi, na zapachy, na światło… Życie z taką nadwrażliwością to nie bajka.  Młoda jest silna i bardzo waleczna, ale jak długo da rady? Czy wszystko pokona? Najgorsze są wszelakie tzw trudniejsze chwile. W tym momencie np egzaminy, niepewność co do wybranego kierunku, co do jej przyszłości na rynku pracy i w prywatnym życiu. Przez mojego raka i porażki zdrowotne z pracą ma opóźnienie w realizacji planów, a plany dla autystyka to świętość… Znowu często układa puzzle słuchając muzyki, bo to jej sprawdzona metoda uspokajająca, a dla mnie informacja, że się bardzo denerwuje lub martwi z jakiegoś powodu. Opowiada też o problemach. Rozmawiamy o tym, ale tylko ona sama może sobie z nimi poradzi. Rozmowa trochę pomaga. I bycie obok. Staram się być i zauważać wszystko, ale czasem utonę we własnych myślach i własnych zajęciach różnych. Młoda z każdym dniem też lepiej siebie, swój autyzm, swoją dyspraksję i swoją depresję poznaje, dzięki czemu ona (i reszta z Piątki) może sobie z tym radzić. 

Ale to wszystko jest cholernie trudne dla nas wszystkich. I nie ma kogo o radę poprosić. Nie ma z kim porozmawiać, bo ludzie, których znamy, nie mają tego typu problemów. Rozmowy z rodzicami nastolatków-normalsów tylko na nerwy działają. Normalsi mogą teoretycznie wszystko. Mogą teoretycznie wybrać dowolny kierunek szkoły, pójść do dowolnej pracy, relaksować się w dowolny sposób, robić teoretycznie wszystko na co mają ochotę i co lubią. Młoda nie może robić większości rzeczy i wykonywać większości zawodów. Kuźwa, wyjście z domu już czasem jest ponad siły. Gdy pada jest źle, bo woda sprawia ból. Mokra, wilgotna skóra piecze, jak poparzona. Tak samo działa pot. Tak samo albo nawet gorzej działa słońce czy wiatr. Gdy człowiek się spoci, przykurzy, pobrudzi, czy nawet jak mu gorąco, idzie się wykąpać. Dla Młodej kąpiel to koszmar, to ból, to choroba. Młoda nawet rąk nie myje ani twarzy za często. Używa wacików i nawilżanych chusteczek. Nie dawno weszła do naszego basenu razem z bratem i siostrą, co odchorowała niesamowicie - ogromne pieczenie całej skóry, ból głowy, mdłości za 5 minut przyjemności (zimna woda znieczula skórę, wiec przez chwilę jest fajnie). 

Chciałabym jej móc coś doradzić jako matka, jako stara baba, ale ja odczuwam świat prawie normalnie. Moja nadwrażliwość jest lekka, do zniesienia. Ja tylko lekko się muszę dostosowywać albo otoczenie do siebie dostosowywać i dobierać. 

Chciałabym móc jej powiedzieć, że wszystko się ułoży, unormuje, że będzie okej, że skończy szkołę, że znajdzie fajną pracę, fantastycznego partnera czy partnerkę, w których będzie mieć oparcie, ale tego przecież nie wiem. Nikt tego nie wie. Mogę, tak samo jak ona, tylko o tym marzyć i tego jej życzyć z całego serca, bo wszystko jest możliwe, tylko niestety nie gwarantowane. Staram się jej kibicować, wspierać, doradzać, rozmawiać, wysłuchiwać, po prostu być, ale czasem jest to trudne, gdy z innych stron też problemy napływają dziesiątkami. 

Jestem zmęczona tym wszystkim. No ile kurwa można? Jak nie urok to sraczka. Jeszcze człowiek się po jednej atrakcji dobrze nie pozbiera już kolejną mu los szykuje. I tak ciągle coś. 

Dobrze, że człowiek ma też choć trochę, a nawet całkiem sporo miłych rzeczy wokół. To trzyma mnie i pewnie nas wszystkich na powierzchni. 

Najstarsza właśnie otrzymała swoją pierwszą wypłatę i mogła spełnić swoje małe marzenie. Dokonała samodzielnie pierwszego większego zakupu przez internet. Kupiła sobie okulary VR by móc cieszyć się bardziej wirtualną rzeczywistością. A ja cieszę się ogromnie i jestem dumna z niej, że z radością chodzi do pracy, że z każdym dniem coraz lepiej radzi sobie z różnymi problemami, że coraz więcej rzeczy samodzielnie potrafi załatwić. Bardzo się o nią martwiliśmy jakiś czas temu, ale dziś widzimy, że będzie sobie radzić w życiu. Bez wątpienia będzie jej trudniej niż normalsom w jej wieku, potrzebuje na wszystko wiele czasu, by się oswoić, nauczyć, zrozumieć, ale potem już jej świetnie idzie. Podejrzewam, że w wielu kwestiach prześciga zwyklaków, jak to autystycy, bo autyzm ma złe i dobre strony. Najgorsze są zawsze nowe rzeczy i wszelakie zmiany. Ważny jest stały schemat, proste i krótkie wyjaśnienia, spokój, akceptacja jej charakteru i sposobu bycia, nigdy za dużo informacji na raz… W ostatnich tygodniach, miesiącach zrobiła ogromne postępy, nabrała pewności siebie i bardzo wydoroślała. Jest fajną zajebistą dwudziestolatką. 




Jest lato. Mieszkam na wsi. Wokół mnóstwo piękna w przyrodzie do obserwowania i cieszenia oczu. To całkiem niezła a do tego darmowa i ogólnodostępna terapia dla psychiki. Korzystam, ile mogę. Daleko nie łażę, bo pochemiczne ciało źle znosi wysokie temperatury i dalekie łażenie, ale koło domu jest co podziwiać i czym się zachwycać.