2 marca 2018

Pierwsze spotkanie III stopnia z kinezystą :-)

JAKI TU SPOKÓJ NA-NA-NA... 

Ktoś się musi opierdzielać, ażeby inni mogli sobie popracować. I ja właśnie się opierdzielam już kolejny dzień. Powiem wam, że bardzo fajnie mieć takie nagłe  nieoczekiwane nieplanowane wakacje w najgorszym ku temu czasie. Za oknem piździ jak w kieleckiem (nie, wyraz "wieje", proszę państwa, zdecydowanie nie oddaje tego, co się dzeje ostanimi dniami za oknem). Temperatury minusowe (przedwczoraj było minus osiem) i wiatr w okolicach 80km/h, do tego wysoka wilgotność - jak mówią niektórzy - temperatura odczuwalna to jakieś minus sto haha. Tymczasem nie dawno zaczęły kwitnąć krokusy, a także żonkile, bo w Belgii dla nich to normalny czas. Obawiam się, że dużo roślin mogło wymarznąć.  Żal mi też tych wszystkich gadzinek, które stoją na pastwiskach, niektóre bez żadnego schowanka. W Belgii sporo stworzeń zimuje na polu. Owce, konie, osły... Trawa tu rośnie zwykle całą zimę, tylko wolniej niż w sezonie letnim. Zwierzaki dostają codziennie sianokiszonkę, suchy chleb i inne pasze, ale cieplej to im sie od tego raczej nie robi. Woda wystawiona w starych wannach to też teraz tylko do lizania się nadaje, bo zamarzła na kość. 
Wolvertem wieczorem
  ZIMNO jak diabli. Młodego wożę do szkoły cały czas rowerem i kiedyś się dziwił, dlaczego mu się buzia sama otwiera i zamyka, bo moje dziecko po raz pierwszy w życiu miało okazję szczękać z zimna zębami. Na szczęście w szkole uznali, że lepiej będzie w ten zimowy incydent przedszkolaków trzymać w budynku. Rano zatem zaprowadzamy je do świelicy, gdzie spokojnie w cieple czekają na dzwonek. Starsze dziecka, czyli pierwszaki np, już muszą czekac na dzwonek na podwórku. Na długiej przerwie południowej tak samo - podwórko obowiązkowo. Młode opowiadają, że w średniej szkole też nie ma zmiłuj. Niektórzy próbują sie chować w murach, ale zaraz dostają opierdziel od nauczycieli i muszą wracać do stania na wietrze. Trochę to irytujące. Bo co prawda dzieci tu zahartowane, na świeżym powietrzu jest zdrowo, ale kurde jak ktoś dojeżdża rowerem to nie może się zubierać jak na Syberię, bo by się we własnym pocie utopił po przejechaniu tych 5 czy 10km pod wiatr. Do torby zapasowej bluzy też nie weźmie, bo jak się ma do targania 10 kilowy tornister, laptop, plus worek na w-f (buty, portki oraz t-shirt i bluza z emblematem szkoły) to chyba by trza osła prowadzać do szkoły, który by to wszystko dźwigał. Młoda teraz dojeżdża autobusem, ale do przystanku ciągle jest te 2 km.

No i nastolatki to już niekoniecznie będą sie codziennie bawić w "tikkertje" (berek po tutejszemu), czy ganiać za piłką (szczególnie dziopy), a co można innego robić na szkolnym podwórku? Żeby jeszcze śnieg czy lód był to rozumiem, ale na asfalcie czy zamarznietej trawie to co można porobić w taką zimnicę? Ino stać i ciupać na telefonie w jakąś gierkę, a przy tym można łapy przeco odmrozić. Rękawiczki do ekranów dotykowych bynajmniej nie pomagają - w tym sie pisać ani grać nie da za bardzo :-) Moimi to się nie przejmuję, skoro im w Polsce minus 30 nie przeszkadzało wyjść pokopać w śniegu to i minus 5 ich nie zabije, ale tubylców czy Afrykanów to mi żal. Oni często nawet porządnej zimowej kurtki czy czapki nie mają (bo tu "nie ma zimy"), no a zimowcyh butów to chyba nikt nie ma, bo skoro  butów się nie zmienia, to najlepiej ganiać do budy w trampkach. 

Merchtem wieczorem
Śmiać mi się chce, jak sobie przypomnę, że w Polsce wielkim problemem było, gdy w dzień planowanej wycieczki do kina czy Domu Kultury okazywało się, że pada cokolwiek albo wieje. Nauczyciele bali się iść z dziećmi, bo matki zaraz wpadały  z jazgotem i wielkiemi pretensjami do szkoły, że głupi belfer ich skarby najgłupsze ...znaczy najdroższe naraża na poważną utratę zdrowia albo i życia. Albo taki wyjazd na basen - Jezu, jak to posłać dziecko w zimie na basen, może dobrze nie wysuszy włosów, nie wytrze się porządnie... A tu dzieci w ogóle nie suszą włosów po basenie nawet w zimie i mało kto nosi czapkę, gdy temperatura powyżej zera, a basen jest obowiązkowy dla wszystkich. Jeszcze nie słyszłam, żeby kto umarł albo choćby się przez basen rozchorował. Oczywiście jest różnica pomiedzy minus 15 a plus pięć, ale w PL biadolenia zaczynały się już we wrześniu gdy jeszcze plus 15 było :-)
Przypomnę,  że w Belgii dzieci mało chorują, mimo że całą zimę chodzą w trampkach i krótkich portkach czy spódnicach, moczą się, marzną, brudzą, taplają w błocie i leżą na gołej ziemi. Dziwne, prawda?

Nie wiem, może to klimat zdrowszy jest, bo ja też tu nie choruję na żadne grypy, przeziębienia, zapalenie oskrzeli, anginy, co w PL zdarzało się kilka razy do roku. W moim przypadku i moich dzieci to jednak podejrzewam naszą sytuację ekonomiczną i stan wody w kranie. W PL na porządku dziennym była bakteria coli  i inny gówno w wodociągu, u nas na wsi z kranu wypadały czasem, kawałki żab lub myszy albo kijanki. Tutaj wodę z kranu pije się bez gotowania i ponoć jest jakościowo lepsza niż ta w butelkach. Nie śmierdzi też niczym (chlorem też nie), nigdy nie jest brudna. 

Ja choruję za to na kregosłup. Ale to od leżenia na pewno :-) Czas na chorobowe w każdym bądź razie udał się idealny. Gdy wracam do domu po dostarczeniu Młodego do szkoły i mało nie zamarzam na tym rowerze, to moja radość jest bezgraniczna, bo nie muszę iść do roboty w tą zimnicę. Wymarzłam w życiu sporo i teraz nienawidzę zimna, ba, boję się go panicznie. W domu mam ogrzewanie ustawione na 23 stopnie, siedzę pod kocem i czasem mówię, że mi zimno... Gdy wspominam czas swojej szkoły średniej, kiedy w moim pokoju było tylko 5 (słownie pięć) stopni i tam musiałam siedzieć nad książkami i odrabiać lekcje. Spałam w dresach nałożonych na piżamę, szlafroku i skarpetach, a na kołdrze jeszcze koc. A potem praca w nieogrzewanej bibliotece - koszmar mojego życia. Wtedy miałam mało lat i dużo byłam w stanie znieść i nie stracić optymistycznego podejścia do życia. Dziś chyba nie dałabym rady wytrwać w takich warunkach z uśmiechem na pysku. Była bym już pewnie jedną z tych wiecznie niezadowolonych, zgorzkniałych, starych czterdziestolatek... Dobrze, że życie podarowało mi w koncu ogromny szczęśliwy los i jestem tu gdzie jestem... 

Problemy z kręgosłupem pozwoliły mi zobaczyć z bliska jak działają tu 'kinezyści' (w skrócie kine) (bardziej po polsku to chyba fizjoterapeuci) i dowiedzieć się więcej na ten temat.
Okazuje się, że na zabieg nie trzeba tu czekać w kilkumiesięcznych kolejkach jak w Polsce. U nas na wsi jest dwóch specjalistów. Gabinety oczywiście mają w domu, podobnie jak większośc lekarzy wszelakiej specjalności. Gdy dostałam skierownie od lekarza rodzinnego, natychmiast zadzwoniłam do jednego kine by umówić się na wizytę. Na wizytę czeka się u nas góra kilka dni, a często można iść tego samego dnia albo zaraz na drugi dzień. 

Ile zapłaci się za wizytę i ile dostanie się zwrotu z ubezpieczenia zależy jak zwykle od tego czy nasz specjalista podpisał konwencję czy nie. Dla przypomnienia: firmy ubezpieczenia zdrowotnego ustalają jednolite stawki każdej usługi medycznej i zwrotu jaki otrzyma pacjent od danej usługi. Lekarz, który się pod tym podpisze (geconventioneerd) weźmie od nas właśnie taką kwotę, jaką ustalono. Ten który nie podpiszę (niet-geconventioneerd) ustalać se może stawki wedle własnego widzimisię, a z ubezpieczenia dostaniemy tylko tyle, ile przewiduje zapisana stawka. Są też lekarze (czy inni medycy) którzy zgadzają się na częściowe przestrzeganie konwencji (gedeeltelijk geconventioneerd); na zasadzie, że np w szpitalu, w którym pracują, biorą za usługę tyle ile przewiduje konwencja, zaś w swoim w gabinecie prywatnym już nie. 

Jest wiele stron internetowych, gdzie można sprawdzić medyka,. Oto strona naszej Parteny:
Tu wpisuje się konkretne nazwisko, gdy chcemy konkretnego specjalistę sprawdzić lub kod pocztowy i gminę w której chcemu poszukać specjalisty.

U nas jeden zabieg kosztuje jakieś 25€, z czego całkiem sporo zwraca ubezpieczyciel. 

Ja mam największy (acz nie jedyny) problem (od dawna - pojawia się i znika) z dolnym odcinkiem rusztowania. Ostatnio bolało jak szlag jasny zwalisty, co lekko utrudniało każdą robotę, a od czasu do czasu także przemieszczanie się a nawet spanie...  Piguły przeciwbólowo-przeciwzapalne nie pomogły i doktor pogonił mnie do kinezysty, a ja mam nadzieję, że te wszystkie czary pomogą. 

Nigdy wcześniej nie miałam przyjemności (bardzo wątpliwej) chodzenia na takie zabiegi, nie wiem przeto jak to wygląda w Polsce. Tutaj zabieg trwa około godziny. Pierwszego dnia najpierw musiałam leżeć 20 minut pod kwoką (no wiecie, taka żarówa do wygrzewania kurczaków). Potem babka próbowała rozmasować to co się popsuło. Nie powiem, żeby to był przyjeny masaż. Pod tym względem to jednak mój osobity M-jak-Mąż wypada o niebo lepiej... Chwilami bolało nawet dość fest. No nie żeby się nie dało zdzierżyć, to taki bardziej śmiechoból, że jednocześnie łaskocze i boli, ale fajne nie jest. Po masażu dostawałam gorącą ciężką kołderkę na plery (jakis rodzaj wielkiego termoforu). A potem było najgorsze. Trzabyło sie ubrać i wyjść na tę cholerną piździawicę. Pierwszy dzień pojechałam rowerem (bo to raptem rzut beretem, czyli z 1 km od domu), ale kurna zanim dotarłam do domu to buzia zaczęła mi się już sama otwierać i zamykać dy-dy-dy-dy..
Kolejną wizytę miałam wieczorem, więc małżonek mnie podwiózł autem, to było łatwiej. Na następną też, ...ale zapomniał po mnie przyjechać na czas i już połowę drogi przeszłam na butach zanim się ogarnął chłe chłe :P Te kolejne wizyty jednak miały ciut ciekawszy przebieg. Baba pomyślała chyba, że ja to jednak na prąd działam i podpięła mi do zadka jakieś kable. Hm... elektoterapia jest całkiem spoko - jakby chrabąszcze drapały po skórze. Po 18 minutach zabawy z chrabąszczami znowu 20 minut kwoki i ten wątpliwie przyjemny masaż. Tym razem bez kołderki na koniec. Więc szok termiczny jakby mniejszy po wyjściu na ulicę, ale przy minus 5 i tym przenikliwym wietrze to i tak bardzo brrrrr i dy-dy-dy.

Dziś mam kolejna wizytę. Jak wymyśli nowe tortury, to opowiem o nich kolejną razą. 

A teraz słyszę jakiś szum na oknach i widzę że śnieg z deszczem zaczął nap... padać.... To ja jednak poproszę te minus osiem z powrotem...  Tak najbardziej to jednak chciałabym plus 25, mogło by nawet wiać :-) No co? Pomarzyć dobra rzecz.

Siedzę i nicnierobię. To jest piękne. Potrzebowałam wakacji i to właśnie takich, żeby nic nie musieć robić, żeby posiedzieć sobie w domu i ponapawać samotnością i ciszą. W normalne wakacje wszak ciągle trzeba sprzątać, bawić się z dziećmi itp. Teraz tylko gotuję i robię pranie, no i tam kuchnię ogarniam, bo jak się gotuje to już po jednym dniu bałagan i syf się tworzy.

Przedwczoraj zrobiłam gołąbasy, przedprzedwczoraj upiekłam drożdżówy z jabłkami, a dziś pójdę na łatwiznę, w końcu piątek - będzie kurczak w sosie kokosowo-imbirowym z makaronem, czyli tzw danie w pięć minut. 2 danie po spagetti, które szybko się robi i wszysy jedzą. W necie przepisy sa różne i jak ktoś chce, niech se wygugluje. Przepis w skrócie:cycki z kury pokroić, podsmażyć na cebulce i czosnku, wlać mleko kokosowe, zetrzeć trochę imbiru, pogotować dodać przecier z kartonu, sól, pieprz, przyprawę curry, pieprz cayenne, czy co tam kto chce i już. Do tego makaron, ziemniaki albo ryż - co komu pasi. Proste jak meter drutu w kieszeni.... 

A co do jedzenie mięsa w piątek (już czuję przez net to święte oburzenie) to ja jestem święcie przekonana że kurom, świniom, rybom  i krowom to zupełnie wszystko jedno, kiedy się je zeżre ;-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz