Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opiekun świetlicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opiekun świetlicy. Pokaż wszystkie posty

9 lutego 2024

Gdy stare baby bawią się w ciuciubabkę przed szkołą i kradną po klasach

 Na początek pochwalę się naszą brzydką szafą z Kringloopa za 20€, o której była mowa w poprzednim wpisie. Przywieźliśmy, poskładaliśmy, spasowała idealnie pod sufit i nawet sporo rzeczy się w niej mieści. Przeleciałam jeszcze raz na szybko sklep no i znowu coś przygarnęłam. Panie, półeczki na dokumenty na moje biurko, które mi się od dawna marzyły, ale wydawały za drogie, a tu proszę w Kringloopie za 2€ (słownie: dwa euro). 



Czego uczą w szkole dla dorosłych?

W poniedziałek rozpoczęłam drugi semestr nauki w szkole dla dorosłych. Rozpoczęliśmy przedmiot "zabawa" i bawiłyśmy się tak, że prawie popłakałyśmy się ze śmiechu... 

Panie, dotąd często miałam wrażenie, że jestem jedyną dorosłą osobą w swoim otoczeniu, która w gronie dzieci czy młodzieży sama dobrze się bawi. Wspominałam na pewno nie raz, jak chodziłam z dziećmi na plac zabaw w parku, by się pohuśtać na porządnych huśtawkach i pozjeżdżać na zjeżdżalni. Raz, jak pamiętam, zostałam miło zaskoczona widokiem kobiety starszej odemnie na oko ze 20 lat, czyli emerytki, która też świetnie się bawiła zjeżdżając na zmiany z - prawdopodobnie - wnusią lub prawnusią. 

Często słyszałam określenie, że ktoś "idzie bawić dzieci" albo "MUSI BAWIĆ dzieci" i to własnie widuję najczęściej. Dorośli muszą bawić dzieci, a nie bawić się Z  DZIEĆMI. Jeśli ktoś się pyta, jaka jest różnica, to bez wątpienia należy do tej pierwszej grupy i nawet nie będę się wysilać z tłumaczeniem.

No ale słuchajcie, odkąd chodzę do szkoły, spotykam się systematycznie z ludźmi, którzy nie tylko bawią się z dziećmi, ale i  świetnie potrafią się  bawić nawet bez dzieci w zabawy dla dzieci typowe. Wyraźnie czuć i widać, że brać nie zapomniała, jak to jest być dzieciakiem. I to jest MEGA!

Nauczycielka z okazji pierwszej lekcji urządziła nam pół dnia takich właśnie zabaw. Na początku mieliśmy turniej z budowana  jaknajwyższej wieży z makaronu spaghetti i taśmy samoprzylepnej, która utrzyma piankę marschmallow. Niestety nasza grupa poniosła sromotną porażkę, bo wieża nam się zawaliła.

Potem poszliśmy przed szkołę, by bawić się na trawniku w grupową ciuciubabkę. Wszyscy mieli zasłonięte oczy, ale ciuciubabka była jedna. Zabawa przednia. Zostałam złapana i rozpoznana jako jedna z pierwszych więc miałam okazję obserwować dalszy przebieg zabawy z boku z otwartymki oczami. Miny ludzi przechodzący lub przejeżdżających bezcenne!

Ale to jeszcze nic. Potem to dopiero się działo! Otrzymaliśmy cały szereg zadań do wykonania w godzinę. W razie przegranej, mieliśmy dostać jakies głupie zadanie domowe, w razie wygranej mogliśmy zadań nauczycielce dowolne zadanie. Zadania były następujące:

napełnij flaszkę wodą za pomocą łyżeczki

ułóż zdanie z 10 słów zaczynających się na tę samą literę

policz listki w rolce papieru toaletowego

zrób mumię z użyciem papieru toaletowego

wypastuj całą tubkę pasty do zębów

narysuj klasę stopą

ułóż piosenkę na temat naszego kursu i nagraj wideo

idź do sali nr taki a taki i ukradnij stamtąd coś nie dając sie przyłapać 

rodziel poszczególne kolory koralików (około 10 kolorów w blisko litrowym słoiku)

wystrugaj cały ołówek temperówką

Te zadania mieliśmy wykonywać wspólnie, ale niektóre jak np wypastowywanie pasty miała robić jedna osoba z grupy. Piosenkę układaliśmy razem. Klasę musiał narysować stopą każdy...Jak dzieci, no jak dzieci haha.

Mówię wam, jaja jak berety. Każda z nas świetnie się przy tym bawiła. Dwie koleżanki poszły na szaber i udało im się ukraść pilota do projektora z klasy z drugiego końca szkoły. Śmiechu było co niemiara! (oczywiście, że potem go oddaliśmy).

Udało nam się dokończyć wszystkie zadania w ostatniej minutach. W międzyczasie pojawiła się inna nasze belferka, by nam poprzeszkadzać. Pomieszała nam np dopiero co z mozołem przebrane koraliki. Ale nic to, wygrałyśmy z nauczycielką i mogłyśmy jej zadać zadanie.

Przypadkiem tego dnia odbywało się wręczenie dyplomów dla innych klas i wyrychtowali salę, w której jest podium, mikrofony etc. No i któraś rzuciła pomysł, że nauczycielka razem z dwoma innymi nauczycielkami-sabotażystkami, które nam utrudniały robotę, mają zaśpiewać i zatańczy na scenie. Pomysł został jednogłośnie przyjęty. Zanim doszliśmy do tej auli, dwie kolezanki poleciały po salach i zawołały na "koncert" jakąś randomową klasę, która miała lekcje z jeszcze inną naszą nauczycielką, co tamtą wielce uchachało i nawet  nagrywła telefonem całe zajście. A występ był MEGA. Popłakałyśmy się niemal  ze śmiechu, bo one naprawdę dały czadu na tej scenie. 

Boję się jednak, że zapłacimy za to jakimś innym adaniem od czapy :-) Jedno jest pewne, na naszym kierunku wszyscy są normalni inaczej. Wszyscy mają dzikie poczucie humoru i lubią się wydurniać.

Ta szkoła ma bowiem złe i dobre strony. O wkurzających aspektach pisałam często w poprzednim semestrze. Kto wie, może teraz będzie takich pozytywnych momentów więcej do opisania.

Zaczęłam kolejny staż w świetlicy pozaszkolnej

Pierwsze wrażenia bardzo pozytywne. Jak będzie dalej, czas pokaże.

Aktualnej i poprzedniej świetlicy nie da się w ogóle porównać. To dwa różne światy. Przy czym nie da się powiedzieć, że ta jest gorsza, tamta lepsza. Są po prostu całkiem inne. Inna organizacja, inne zasady.

Gdy w środę o siódmej rano zadzwoniłam do drzwi, już tam na mnie czekano. Przywitało mnie z uśmiechem trzy babki, które od razu się przedstawiły i jedna oprowadziła mnie po lokalu. Opowiem wam, jak wygląda ta świetlica. Mieści się w ogromnym nowoczesnym budynku. Wchodzimy przez oszklone automatycznie odsuwane drzwi do dużego holu. Tam znajdujemy zwyczajne drzwi przy których jest dzwonek, domofon i kamera. Nie ma możliwości by dostać się do świetlicy niezauważonym. 

Zaraz za drzwiami są wieszaki na kurtki i półki na tornistry. Potem jest lada, przy której czuwa przynajmniej jedna pani (lub pan), która rejestruje przybycie i odejście poszczególnych dzieciaków.

Dalej mamy totalety dla dzieci, magazynek z apteczką, kuchnię dla personelu (starszaki używają jej też do odraniania lekcji po południu), łazienka dla personelu. A potem jest półokrągła szklana ściana z kilkoma wyjściami na podwórko. Na środku po całej sali rozstawione są stoliki i krzesełka, a pod ścianami wkoło są zabawki podzielone na rózne działy: szafa gier i puzzli, stół piłkarzyków, kącik lalek barbie i czytania dla maluchów, dział wielkich klocków, dział samochoddzików, dział klocków lego, cichy kącik z miękkimi kanapami dla dzieci, dywanem, książkami i teatrzykiem, piętrowy drewniany dom, który na dole wyposażony jest w zabawkową kuchnię, fotele etc, dział dużych lalek, wózków i kołysek. Zabawki można swobodnie przenosic pomiedzy działami i uzywac ich w całej sali. Sala jest ogromna, choć na pierwszy rzut oka na to nie wygląda. Jednak, gdy jest w niej tylko 20 dzieci, to masz wrażenie, że prawie nikogo nie ma, taka pustka. Gdy natomiast jest koło 80 sztuk, to człowiek czuje się jak w ulu - brzęczenie i zamieszanie. 

I tak rano właśnie jest kilkanaście, dzwadzieścia parę dzieci, a po południu tłum. Jeden dzień jednak od drugiego się różni jeśli idzie o frekwencję. 

Rano dzieci bawią się swobodnie. Gdy jest czas wyjścia do szkoły, włącza się specjalny dzwonek. Wtedy dzieci sprzatają zabawki i siadają przy stolikach. Potem woła się poszczególne szkoły, by dziatwa zakładała kurtki, czapki i zabierała tornistry, w czym oczywiście się pomaga. Najpierw ktos idzie odprowdzic tałatajstwo do najbliższej szkoły - to dosłownie przejść przez plac i już są na miejscu. W tym czasie szykuje się reszta i potem wyruszamy razem na poranny spacer do dalszych placówek. Nie jest daleko, bo około kilometra, ale trzeba maszerować w każdą pogodę i uważać na przejeżdżające rowery, motory, samochody...

Potem wracamy do świetlicy i wykładamy krzesełka na stoliki, bo wtedy przychodzi pani sprzątaczka, a my idziemy do domu. W południe (środa) lub o 15 (inne dni) wracamy. Zdejmuje się krzesełka i rozdziela zadania, czyli kto rejestruje przyjścia, kto idzie odebrać dzieci z najbliższej szkoły, kto czeka na autobusy (reszta przyjeżdża autobusami gminnymi), kto pilnuje szatni, kto kibelków (po lekcjach dzieci muszą kolejno iść na siku i mycie rąk), kto nalewa wodę i rozdziela ciastka czy owoce...

Dzieci się rozbierają, idą na siku, idą do stolika z wodą i ciasteczkami/owocami/warzywami (lub wyjmują swoje kanapki (sroda), zajadają, czasem przychodzą lub wołają o dokładkę, potem odnoszą kubeczki lub flaszki i idą sie bawić. Często (głównie w środy) wychowawczynie (to chyba lepsze słowo niż opiekunki) siadają przy stolikach dzieci i jedzą swoje kanapki razem z nimi. Ten mechanizm działa sprawnie!

Ale co istotne nikt nie zabrania dzieciom gadać, śmiać się się, wygłupiać. Nikt nie krzyczy na dzieci, gdy przewrócą butelkę z wodą, czy upuszczą ciastko na podłogę. No, chyba że się bardzo wydurniały i były wcześniej upominane (szczególnie starszaki). 

Dzieci nie muszą też czekać, aż wszyscy się posilą. Mogą się iść bawić. Po skończonym posiłku pani otwiera drzwi na podwórko i któraś (albo kilka) idzie tam dyżurować. Dzieci, które chcą, biegną po kurtki i zasuwają na podwórko. Drzwi są otwarte do wieczora. I pogoda musi być wyjątkowo zła, by dzieci nie mogły sie bawić na zewnątrz, co raczej rzadko się zdarza, bo to na prawdę musi lać jak z cebra albo wichura z kodem czerwonym przechodzić. Dzieci ganiają w te i wewte cały dzień. Zdarza się, że wracają mokre i upaprane w błocie, jak ostatnio jeden agent, który przyszedł z butem ociekającym wodą w ręce i bosą stopą, mokry do pasa oznajmiając, że piłka non stop leciała w trawę i pytając czy może but dać na kaloryfer. Koleżanka tylko przewracała oczami i się go spytała, gdzie jest taka wysoka trawa na podwórku, że mu do piersi sięgało... Ale poza tym nie było problemu... Taaa, w tym tygodniu ja głównie się plątałam i obserwowałam poczynania koleżanek. No dobra, byłam odprowadzać dzieci do szkół, pomagałam z krzesełkami, miałam dyżur w szatni, pomagałam naciągać portki i majtki po wizytach w toalecie, grałam w memo i bierki, układałm puzzle, rysowałam, trzymałam dzieci na kolanach i przytulałam. I ze sto pięćdziesiąt razy odpowiedziałam na pytanie, jak mam na imię.

Uwielbiam to. Niektóre wchodzą do świetlicy i patrzą na mnie przez chwilę spod oka. Po czym pytają innych dzieci albo innej pani kto to jest. Niektóre od razu prosto z mostu: 

- Czy jesteś nową juf*?

- Jak masz na imię?

- Gdzie mieszkasz?

- Ile masz lat?

*) juf - to skrót od dawniej używanego słowa juffrouw/jufvrouw, czyli panienka. Tak zwraca się we Flandrii do nauczycielek w szkole podstawowej i w świetlicach też dzieci nazywają wychowaczynie juf. Pan nauczyciel w podstawowce to tutaj: meester. W szkole średnej już mówi się "proszę pana", "proszę pani", czyli meneer/mevrouw zwykle plus imię lub nazwisko. Niektórzy nauczyciele pozwalają sobie mówić po imieniu, szczególnie w starszych klasach szkoły średniej.

Poza szkołą dzieci zwracają się do znajomych dorosłych po imieniu. Czyli jeśli twoje dziecko ma flamandzkich znajomych to nie spodziewaj się, że oni będą do ciebie mówić "proszę pani/pana", bo raczej rzadko sie to zdarza. Będą mówić po imieniu, jeśli je znają. Jeśli nie znają, to zapytają jak masz na imię albo będą cię tytułować "mamo/tato Krzysia" (mama/papa van Kristof). To nie brak kultury. Tutaj taki jest zwyczaj. My dorośli też nie paniujemy znajomych nawet jeśli są od nas drugietyle starsi. Można, ale jest to zupełnie zbędne. W przypadku osób starszych to jeszcze  dobrze zabrzmi, szczególnie jeśli samemu jest się młodym szczylem, ale jeśli do rodziców kumpli swoich dzieci po roku znajomości ciągle mówisz per pan/pani to już to może być lekka przesada :-)

Tutaj nawet jeśli do pana doktora czy burmistrza powiesz po imieniu nie będzie to jakoś specjalnie źle odebrane, choć w takich sytuacjach jednak już tytuły są jak najbardziej na miejscu, szczególnie w oficjalnych sytuacjach, bo tam na festynie na wsi to już różnie... ;-)

W tym tygodniu dotarło do mnie, że praca w świetlicy wymaga chodzenia do roboty dwa razy dziennie, czyli dwa razy dziennie wychodzisz do pracy i dwa razy dziennie z pracy wracasz. Dwa razy dziennie pokonujesz drogę do i z pracy. Gdy chodziłam do świetlicy oddalonej od domu raptem kilometr z hakiem to tego nie odczuwałam tak wyraźnie, ale teraz, gdy do pokonania mam odległość blisko 5 km to dopiero dociera do mnie, co to tak na prawdę znaczy. 

Znaczy to, że muszę o piątej wstać, by zdążyć ogarnąć rzeczy do ogarnięcia, zjeść śniadanie i dotrzeć na siódmą do świetlicy. Znaczy to, że przed siódmą wychodze po raz pierwszy  i przed 19 wracam po raz drugi. Znaczy to, że potrzebuję pół godziny, by dojechać tam skuterem, czy rowerem, co czasem trzeba robić dwa razy tego samego dnia. Znaczy to, że jak pada deszcz to dwie pary butów i dwie pary portek idą do suszenia, bo nie chce sie zakładać za każdym razem wszystkich akcesoriów przeciwdeszczowych. A jak się je zakłada to nie zdążają wyschać przecież i trzeba by mieć więcej kompletów: peleryn, spodni przeciwdeszczowych i ochraniaczy na buty... 


Znaczy to też, że jak nie będzie mi się chciało lub sił będę mieć za mało, by jechać rowerem, to zużyję dużo paliwa. A jak mi się będzie chciało jechać rowerem, to będę podwójnie zmęczona będę mieć zajebistą kondycję. 

rowerem przez las


Dodam tu gwoli ścisłości, że godziny pracy (w sensie pracy, czyli nie stażu) w tej placówce są różne. Jedni zaczynają wpół do siódmej, inni o siódmej, kolejni nie przychodzą rano wcale, jeszcze inni przychodzą tylko rano, ale nie przychodzą po południu, jedni po południu przychodzą wcześniej, inni później i tak samo różnie kończą. Czas pracy jest tam dosyć szalony i, jak już zauważyłam, często ustala się dyżury z dnia nia dzień, z tygodnia na tydzień. Szczególnie, gdy ktoś zachoruje, to są takie przetasowania, że głowa mała, bo tu dochodzą jeszcze zastępstwa w filiach po okolicznych miejscowowściach. 

Nie wiem, ile dokładnie ludziów pracuje w tej świetlicy, ale spora gromada. Na razie zapamietałam 6 imion koleżanek. Moja mentorka ma na imię Lena, co z wiadomych przyczyn dla MagdaLeny jest wyjątkowo łatwe do zapamiętania :-) 

Przeżyłam też juz ciekawe zdarzenie. 

W środę rano prowadziliśmy dziatwę do szkoły. Przed ósmą o tej porze roku, szczególnie gdy pada, jest jeszcze dosyć ciemnawo. Wychowawczynie noszą kamizelki odblaskowe. Niektóre dzieci też. Jedna pani zawsze ma znak stopu do przeprowadzania dzieci przez ulice. Dzieciaków idzie około 20-30, czyli raczej sporo nas jest. No, moim zdaniem, raczej trudno takiego pochodu nie zauważyć, nawet po ciemnawu. Jednakowoż nie wszyscy, jak się okazuje, mają taki dobry wzrok...

Nie uszliśmy daleko, gdy po raz pierwszy przewodniczka stada stanęła na środku drogi ze znakiem stopu uniesionym w górę. Dzieci już zaczęły maszerować, gdy nagle jakiś czub na rowerze pomiedzy nimi przejechał, o mały włos nie potrącając pani przewodniczki. Zaczęła na niego krzyczeć, ale ten pojechał dalej. Stwierdzono, że to nauczyciel z pobliskiej szkoły. Wszyscy patrzyli w kierunku, w którym pojechał i wypatrzyli pana maszerującego raźno (bo rower pewnie na jakimś zamknietym parkowisku postawił). Jedna pani zaczęła wołać machając znakiem stopu, czy pan nauczyciel to nie powinien  przypadkiem, wiedzieć, co ta rzecz oznacza? Druga się nie patyczkowała tylko do niego pomaszerowała chyżo i zaczęła mu prawić kazanie, że chyba na drugim końcu wsi słyszeli o tym, że nauczyciele powinni dawać przykład, a nie zachowywać sie jak palanci itd... Pan powiedział: "sorry, nie zauważyłem". Taaa 

Innego dnia opieprz dostała nastolatka, która podobny popis dała. 

Świadczy to tylko o tym, że prowadzenie dzieci ulicami nawet wsi wcale nie jest łatwe ani tym bardziej bezpieczne, bo ludzie mają w dupie bezpieczeństwo dzieci i innych przechodniów, bo ludzie są nieodpowiedzialni i bez wyobraźni... A co tu dopiero mówić o bezpieczeństwie dzieci idących do szkoły samopas... 

Tak, niektórym ludziom tu już całkowicie odpierdala na drodze. Z każdym miesiącem jest gorzej i gorzej. Pojebów na rowerach elektrycznych a szczególnie speedpedelecach (rowery elektryczne jadące do 50km/h) to bym masowo wystrzelała. Tak, pojebów, bo tego to ludźmi nawet nie można nazwać. Już na pewno nie rozumnymi...

Przykład z minionego tygodnia. Pyrkam sobie skuterkiem do szkoły. Przejechałam kilka kilometrów wiejskimi dróżkami i właśnie przemknęłam przez pustą (bo zamkniętą z powodu remontu) drogę główną nie daleko ronda. Rondo wygląda porządnie: duże, na środku trawiasta górka, wokół szeroka jezdnia, a wokół jezdni czerwona szeroka ścieżka dla rowerów i skuterów. Ja jadę zgodnie z przepisami tą czerwoną ścieżką. Auta się zatrzymują ładnie, ale nagle z lewej widzę POJEBA na elektryku, który UWAGA! PRZEPIERDALA RONDO NA WPROST tylko tę wyspę omijając. SZOK W TRAMPKACH. Bo przecież pierdolnięte nie będzie się "wlokło" za skuterem. Najlepsze, że dalej jechał przez kolejne kilka kilometrów (do samej mojej szkoły) cały czas przede mną w tej samej odległości. 

Innego dnia zatrzymuję się na końcu ścieżki rowerowej, by włączyć się do ruchu na jezdni (no bo ścieżka się skończyła i nie ma innej możliwości). Czekam, bo ruch duży, ale widzę że za trzy auta jest duża przerwa, to spokojnie, bezpiecznie sobie wjadę, a tu obok mnie po lewej przejeżdża pojebiec i wpierdala się na chama na jezdnię tak że kierowcy muszą nagle hamować. Oczywiście dalej cipoląg i tak nie naśpieszy, bo sie zwyczajnie nie da i dalej aż do samej mojej szkoły go widzę przede mną w tej samej odległości, bo tam jest duży ruch a droga wąska i żeby się zesrał to nie naśpieszy nawet rowerem. A to zawsze ci sami ludzie na tych samych rowerach.

Gdy zatrzymuję się na dużym skrzyżowaniu i wciskam przycisk na przejeździe dla rowerów (zielone dla rowerów i pieszych nie zapalai się tam, jeśli nie włączysz przycisku) nie raz i nie dwa spotkałam się z sytuacją, że pojeb mnie ominął i przejechał na czerwonym, bo czekanie na zielone światło jest dla lamusów.

I tak każdego tygodnia coś podobnego napotykam. Małżonek, który codziennie blisko 30km w jedną stronę nagina,  to już takie historie opowiada, że słów po prostu brak... W minionym tygodniu widział jak laleczka za kierownicą wjechała na ścieżkę rowerową i potrąciła staruszkę... Babciowina na szczęście wstała o własnych siłach i zaczęła jebać pindzię, więc Małżonek uznał, że nie ma co się mieszać do zdarzenia i pojechał dalej. Ale myśl, że jutro to mogę być ja albo któreś z naszych dzieci jednak nie daje spokoju. 

Wypadki z udziałem dzieci są niestety częste. Szczególnie pod szkołami. Kilka lat temu sama byłam świadkiem takiego zdarzenia u nas pod szkołą na wsi. Pani "nie zauważyła dziewczynki' NA PRZEJŚCIU DLA PIESZYCH POD SZKOŁĄ!!! Na szczęście jechała dosyć wolno i dziecko się "tylko" potłukło i "tylko" przeraziło. ale ja i tak taką biczę bym z przyjemnością potrąciła skuterem, by poczuła na własnej skórze jak to jest, bo może wtedy by coś tam w główce zaświtało, coś by tam może zaiskrzyło i jakies dwie szare komórki by się uaktywniły...

Wszyscy nagle się wszędzie spieszą, bo jeden z drugim nie wyjdzie z domu pięć minut wcześniej, bo by sie zesrał jakby wyszedł...

Tabletki na ADHD powodują problemy z sercem

Najstarsza zaczęła brać Rilatine (10mg) - tabletki na ADHD. Przez pierwsze dni się cieszyła, że czuje wyraźnie pozytywne działanie i że jest tak jak mówił pan doktor, czyli że nagle jej myśli nie rozbiegają się na 20 różnych stron i się nie gubią tylko płyną jednym strumieniem. Może się koncentrować na jednej rzeczy dobrze. Była zadowolona. Po paru dniach jednak serducho zaczęło jej walić jak oszalałe. Kręciło się w głowie, ciśnienie i puls wzrosły znacznie. Nie mogła zasnąć przez całą noc. Zaczęliśmy się zatem bardzo niepokoić. W ulotce kazało, że problemy z sercem są bardzo popularnymi powikłaniami, ale nie kazało, co wtedy robić... Postanowiliśmy zaprzestać brania leku i umówić się do psychiatry. W międzyczasie zasięgnęłam przez chat opinii znajomej, która po pierwsze zna się na lekach z racji wykształcenia, a po drugie sama ma doświadczenie z tym lekiem. Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że istnieje opcja, iż najniższa dawka dla dorosłych może być dla chudej Najstarszej za duża. Najstarsza waży raptem 40 kilo, co jak na dosyć wysoką 21-latkę jest wyjątkowo niską wagą. Oczywiście przyczyn może być bez liku. Może zwyczajnie to nie jest lek tolerowany przez Naszą Najstrarszą i tyle. Wkrótce się dowiemy, co pan doktor myśli na ten temat, a póki co musimy czekać kilka dni. Najstarsza jest smutna z tego powodu, bo już się zaczęła bardzo cieszyć, że może jej życie się poprawi, może będzie mogła sprawniej, a może całkiem normalnie funkcjonować, a tu nagle klapa z tym lekiem... Oczywiście mamy nadzieję, że doktor znajdzie jakieś rozwiązanie tego problemu, bo działanie Rilatiny wydaje się bardzo dobre...

A tymczasem wiosna się skrada powoli 🥀

W zeszłą niedzielę poszliśmy powandelować* z Małżonkiem po okolicy i napotkaliśmy stado przebiśniegów. Małżonek się śmiał, że co to za przebiśniegi bez śniegu, przez który się można przebi(ć).


Czasem... a raczej dosyć często używamy w życiu codziennym własnojęzycznie spolszczonych słów niderlandzkich. Bo to jest fajne. Wandelować pochodzi od słowa wandelen [łandelen] (spacerować).

Właśnie pomyślałam, że napiszę cały post po takiemu naszemu polskonederlands języku. Dla hecy, bom ciekawa, czy ktokolwiek spoza niderlandzkojęzycznych krajów jest w stanie zrozumieć, jak rodacy (szczególnie dzieciaci) na obczyźnie ze sobą rozmawiają.

Poza przebiśniegami napotkaliśy też stado saren, co już mnie wpiekliło niezdrowo. No bo, panie, przeważnie idąc wandelować biorę ze sobą aparat fotograficzny, bo tylko z jego użyciem da się zrobić w miarę sensowne zdjęcia z oddali. Może nie jakiś szał, bo to raczej prosty aparat dla prostych ludzi, ale ma niezły zoom i to się mu chwali. No i aparat to jednak nie telefon, choć nowoczesne telefony zdjęcia robią całkiem przyzwoite... Na potrzeby takiego bloga czy durnego insta w sam raz w każdym razie.

No ale tym razem uznałam, że przecież o tej szaroburej porze to mała szansa by koło domu coś wyhaczyć fotogenicznego. BŁĄD! Najpierw zobaczyłam pustułkę przydrożnym drzewie. Chwilę później kolejną wiszącą z pół metra naz ziemią, bo pewnie coś tam upatrzyła jadalengo. Gdy podeszliśmy bliżej poleciała na pastwisko i usiadła se na palu. Bo może. A ja bez aparatu! Aaaaaaa!

Najgorsze jednak były sarny. No france ubogie! Jak mieszkam tu 10 lat, tak tutejsze sarny znałam głównie ze słyszenia. Młoda często ponoć je spotykała w lesie. Ja natomiast nigdy! Kurde, nawet Małżonek, który mniej niż my po lesie się szwendał, widział kilka razy jelenie czy sarenki w drodze do pracy. A ja nie! I to nie było okej. A tu teraz, gdy idę sobie BEZ APARATU te mendy biegną sobie całym stadkiem wzdłuż lasu, potem po pastwiskach i z powrotem wzdłuż lasu. A ja nie mam aparatu przy sobie i nie mogę zrobić im zdjęcia, by udowodnić, że je serio widziałam. Co za bezczelne złośliwe stworzenia! Ale kiedyś jeszcze je zdybię, zobaczycie.

A Młody się popsuł

Przeczytaliśmy jedną książkę i od razu pojechaliśmy do biblioteki poszukać następnej. Duża Siostra poleciła coś i akurat było na półce. Jest w czytaniu i się podoba. No, popsuł się. Kto to widział czytać książki!?

w bibliotece…



2 lutego 2024

Zawsze coś…

Przejażdżka

W zeszłą niedzielę kręciłam po okolicy, bo było ciepło i ładnie. Spotkałam gęsi nilowe, ale spitalały szybko, gdy tylko się zatrzymałam… Potem zatrzymałam się przy łąkowej kałuży, by zrobić ładne zdjęcia zachodu słońca… Nawet się udało. Po drugiej stronie drogi jest duży dom i słońce mu uroczo szyby pomalowało. Też uwieczniłam… No a las jak las… Jeszcze szarobury.


gęś nilowa

zachód słońca nad kałużą



Medycznie

Tydzień moich ferii zaczął się od porannej wizyty u lekarki. Pojechałam razem z Młodą. Ja potrzebowałam, by mi wstrzyknięto kolejną dawkę Decapeptylu w zadnią część ciała, a Młoda potrzebowała skierowania na MRI, bo odkłada to i odkłada... ale nowy rok to nowe siły do łażenia po doktorach. Potem od razu zadzwoniłam do szpitala, by jej umówić to MRI i zdziwko mnie szarpnęło, gdy powiedziano, że termin na połowę lutego. Nawet szybko!

Problem tylko taki, że tego samego dnia Najstasza ma mieć usuwane zęby mądrości i ja sobie sprytnie zaplanowałam, że Młoda jej będzie towarzyszyć, więc ja będę sobie mogła żyć swoim życiem, ale w takich okolicznościach to ja muszę pojechać najpierw z jedną a potem z drugą... To oznacza dzień z głowy. 

Dobrze, że po wyguglowaniu mi wykazało, że nie mogę robić płatnego wolontariatu, bo teraz musiałabym to odkręcać, gdyż już trzy dni feryjne mam zaplanowane medycznie...

W poniedziałkowe popołudnie z kolei odwiedziłam dentystkę. Naprawiała te same dwa zęby, które nie tak dawno naprawiał mi poprzedni dentysta, a wcześniej jeszcze w Polsce dentystka dwa razy, no i gdzie stan zapalny miałam po chemii, co to mi cięli w szpitalu… Nie wiem, o co w tym chodzi i co dentyści tam widzą… bo ja to nic specjalnego…

Placki bidoki

Wtorek był luz, więc zrobiłam coś, na co wszyscy mieli od kilku już lat ochotę, ale nikt nie chciał robić: placki ziemniaczane, czyli po naszymu „bidoki”. Z gulaszem wołowym w opcji dla niewegetarian... Tak, dobre były, ale nie przewiduje się kolejnej edycji  w najbliższych miesiącach. Obieranie ziemniaków to pikuś. Starcie ich na tarce już ciut nudne, ale szczytem szczytów jest smażenie tej fury placków, a jeszcze potem myć wszystko trzeba, bo oliwa z patelni opryska wszystko wokół. No i trzy dni w domu śmierdzi smażonymi plackami. 

Ale smaczne były! 

placki bidoki

oliwą nasra wszędzie… :-/

ADHD i kurzajki

W środę rano znowu pojechałam do lekarki. Tym razem z Najstarszą. Poprosiła o receptę na lek na ADHD wedle pisemnych wskazówek naszego psychiatry oraz o wymrożenie kurzajek na stopach. To ci jest pieroństwo wredne. Kilka lat temu Młoda to przyniosła skądś. Namnożyło jej się tego całe kupy na stopach. W końcu wyleczyła i chwilę był spokój, ale w pewnym momencie pojawiły się na stopiszczach u Małżonka i u Młodego. Małżonek to, jak pamiętam, miał problemy z wykonywaniem pracy przez to gówno... Potem było trochę spokoju, ale nie dawno Najstarsza mówi, że ma dwie zarazy na stopie. Jedna taka "minimini" jak powiedziała doktorka, ale wymroziła obie. Za 3-4 tygodnie ma powtórzyć zabieg. Teraz muszę Młodego zabrać na wymrożenie, bo to on jest teraz źródłem zła. Parę miesięcy temu pokazywał swoje kurzaje lekarce, ale bał się wymrażania, mimo oświadczenia dowciapnej pani doktor, że wszystkie dzieci, którym wymrażała kurzajki jeszcze żyją... Zdecydował, że będziemy je próbować smarowaniem wytępić, bo u Dużej Siostry to przecież dało doskonałe wyniki. Tyle, że Duża Siostra jest konsekwentna, dokładna i obowiązkowa... Młody natomiast jest dosyć zapominalski, a matka jest już całkiem zapominalska i jak zrobiliśmy nakazaną przerwę, tak ona ciągle trwa... od kilku dobrych miesięcy haha. A kurzajki się rozmnożyły i teraz są już na obydwu epickich stopach. Młody ma stopy nieczułe więc mu te kurzajki nie przeszkadzają, a że człowiek se stóp bez powodu nie ogląda to i łatwo zapomnieć, że coś im dolega... Tak, Młody ma nieczułe stopy, bo - jak już wielokrotnie mówiłam - on ma rozregulowane czujniki: w jednym miejscu działaja za bardzo, w drugim wcale. 

A propos czujników, to zapomniałam podczas incydentu śnieżnego nadmienić, że Młody dotykał śniegu gołymi rękami i MÓGŁ TO ROBIĆ. Ja sobie to uświadomiłam dopiero w nocy po tym, jak lepiliśmy bałwana i zaraz na drugi dzień zapytałam Młodego, co to za ściema z tymi puchnącymi dłońmi, a ten na to, że właśnie też to zauważył (ale później do niego dotarło), że naparzał się z kolegami śnieżkami pod szkołą i dłonie mu nie od razu spuchły. Bolałay wciąż jak diabli, ale spuchły dopiero dużo później. No i przy lepieniu bałwana (chwilę klepał go bez rękawic) też mu nie spuchły (choć bolały - jak mówi). Zastanawiamy się zatem, co powoduje, że alergia na zimno jest czasem silniejsza niż innymi razy. No ale dobra, teraz mniejsza o to.

Wypadki chodzą po ludziach

W środowe południe postanowiłam pojechać do świetlicy, bo zaczęłam się denerwować trochę albowiem w poniedziałek wysłałam e-mail z pytaniem, kiedy mogę przyjść podpisać umowę stażową, ale nie otrzymałam odpowiedzi. 

- Co jest z tymi ludźmi? - myślałam - Czy tak trudno odpisać człowiekowi na mejl?! 

Babka jednak mówiła, że mogę przyjść w dowolny dzień, więc pójdę...

Wsiadłam na Tośkę i popyrkałam zatem, by zapytać, o co biega. No i się dowiedziałam, że pani z którą ostatnio rozmawiałam jest chora... Do końca marca.

- MARCA?!

Tak, okazuje się, że pani wykopyrtnęła się na swoim nowym rowerze elektrycznym, którym się ostatnio chwaliła, i złamała rękę tak, że trzeba było operacyjnie składać. No trochę niefart. Dla mnie trochę, bo dla niej to trochę bardziej niż trochę. Na szczęście był miły pan, który myślałam, że jest panią, bo jak ci mówią "Franky" to nie wiesz, czy to on czy ona, ale ja jakoś niewiedzieć czemu pomyślałam, że to ona... (no dobra wiedzieć czemu: niektóre stare informacje w mózgu się niezaktualizowały i wciąż widnieje, że  "praca z dziećmi" równa się "kobiety")

Poszłam tam, gdzie mnie skierowali, czyli na drugą stronę budynku, zapukałam do drzwi, na których była tabliczka z imieniem "Franky", weszłam i wtedy mój mózg przekonany, że tam powinna być baba, miał chwilowego laga... Na szczęście użyłam sformułowania, że wysłano mnie tam ze świetlicy do Franky albo Caroline. Tu się na szczęście nie odmienia imion przez rodzaje więc to tak samo brzmi jak mówię o babie i o chłopie... Dopiero usiadłszy i zobaczywszy pieczątkę z imieniem i inne gadżety z tym imieniem coś mi tam zaiskrzyło na stykach i udało mi się skonstatować, że TEN PAN to jest  właśnie FRANKY. Mózg to czasem jednak dosyć dziwną rzeczywistość kreuje i robi nas w konia... 

Obok świetlicy jest ławka Serdecznego Williama (w dosłownym tłumaczeniu było by „gorącego”, ale po naszemu to jakby co innego znaczy…). „Coś cię gnębi? opowiedz o tym. Serdeczny William słucha”. Każdy może zostać takim słuchającym Williamem. Na misiu jest informacja, jak się zgłosić do akcji.



Wypowiedzenie?

W czwartek z kolei miałam spotkanie z moją konsultantką z biura sprzątającego. Przygotowała mi dokumenty do wysłania w sprawie zakończenia umowy o pracę z przyczyn medycznych i podała adresy, na które mam to wysłać. Po 9 miesiącach niezdolności do pracy mam bowiem prawo złożyć wypowiedzenie z przyczyn ode mnie niezależnych, a wtedy zachowuję wszelakie prawa do ewentualnego zasiłku dla bezrobotnych itd itp. Wstrzymam się z tym jednak trochę i doinformuję, jak to właśnie z tymi zasiłkami wygląda, by się nie wdupić znowu i nie zostać bez pieniędzy. 



Właśnie otrzymałam wezwanie na kontrolę do funduszu zdrowia, która ma się oczywiście odbyć w ferie krokusowe... Nie wiem, czy to spotknaie z lekarzem czy z jakimś koordynatorem , czy obydwojgiem... Ale może tam się dowiem, jak stoją sprawy z zasiłkami... Bo kolejna kwestia jest taka, że po roku chorobowego przechodzi się na niepełnosprawność... A może po prostu napiszę e-majl do koordyntorki powrotu do pracy, u której byłam w zeszłym roku i która załatwiała mi u lekarza zgodę na przekwalifikowanie... 

A tak przy okazji to nie pamiętam, czy wspominałam już, ale poza zasiłkiem teraz otrzymuję jeszcze z funduszczu zdrowia dodatkowe pieniążki z tytułu przekwalifikowania się. Nie jest to jakaś wielka kwota, ale kilkadziesiąt euro to bardzo miły dodatek. W sensie nie dość, że państwo mi funduje ten wcale nie tani kurs (łącznie to koło tysiąca pewnie się uzbiera za rok), płaci mi za dojazdy (stała kwota od kilometra), funduje mi również wcale nie tanie szczepienia na żółtaczkę itd to jeszcze nagradza sam fakt, że mi się chce chodzić do szkoły. I gra gitara!

Rzeczy z drugiej ręki i zabawne dekoracje

Do biura pojechałam oczywiście swoim pierdzikółkiem, bo do Dupnicy mamy kilkanaście kilometrów po pierońskich górkach. Po drodze zauważyłyśmy ROWER… Uśmiałyśmy się zdrowo. Zdjęcie słabe, bo z daleka, ale widać, w czym rzecz.

 Dlaczego Dupnica? Bo miejscowość owa nazywa się ASSE, czyli w naszym wolnym tłumaczeniu Dupnica. Młoda zabrała się ze mną, bo po drodze mamy dwa Kringwinkel-e. W Dupnicy jest taki raczej słaby - niby dużo rzeczy, ale tak naprawdę to nic ciekawego i straszny bałagan. Kawałek dalej w Opwijk [czyt: opłek] za to jest fajny mały Kringwinkel. Jeszcze chyba tam nie weszłyśmy nigdy, by wyjść z pustymi rękami. Czasem mamy problem z zabraniem się z naszymi zakupami na skuter: książki, ubrania, durnostojki, puzzle, talerze, szklanki, zabawki i inne cuda niewidy. Tym razem kupiłam tylko jedną książkę Pietera Aspe za 3€, jeden niebieskawy t-shirt z błyszczącym motylkiem za 2€ i... WIELKĄ BRZYDKĄ szafę na ubrania za 20€. Nie, no oczywiście, że nie przywiozłyśmy ponad dwumetrowej szafy na skuterze, bez przesadyzmu. Napisałam do Małżonka, że w sobotę musi po robocie po nią pojechać, czy się mu to podoba, czy nie. 

moja kolekcja powieści Aspe kupowanych zawsze w Kringwinkel


Szafa sama w sobie nie jest brzydka, tylko ma kolor opiździały. Nawet nie wiadomo, co to za kolor wogle. Panu przy kasie powiedziałam, że chcę kupić tę NIEBIESKĄ szafę, co w kącie stoi, to nie wiedział, o czym mówię... Musiałam mu pokazać, a ten wtedy mówi do kolegów, by zabierali się natychmiast do rozkręcania tej ZIELONEJ szafy i zanieśli ją do magazynu. Ona nie jest ani zielona ani niebieska. Opiździała po prostu, ale, Panie, za dwie dychy to ja se ją przemaluję potem na dowolny kolor, gdy będzie trzeba. Byle się tylko do naszej sypialni zmieściła, bo wedle moich pomiarów to na styk powinna wejść. Nasza sypialnia to mała klitka, bo w sumie starym na co większa. Przeciez tam tylko śpimy. Młodzi to co innego. Oni potrzebują przestrzenych pokoi, bo oni tam spędzają większość czasu, grają, jedzą, zapraszają czasem znajomych...

W każdym razie każda szafa lepsza niż kartonowe pudła, bo właśnie w kartonowych pudłach i na "sklepowym" wieszaku trzymamy pościel i ubrania od czasów zamiany pokojami z Młodym. Do tego mamy różowe ściany! RÓ-ŻO-WE, Panie, takie Barbie-różowe, bo Młody wtedy kochał różowy, a nie ma czasu ani chęci by to przemalować.

Mniejsza jednak o to. Czekam na naszą nową starą szafę z nadzieją, że się zmieści w tej naszej różowej klitce i że w końcu będę mogła ubrania poukładać normalnie na półkach i że będzie tam można normalnie posprzątać, by jakoś po ludzku wyglądało i przede wszystkim by mi się łachy nie kurzyły. 

W drodze powrotnej też coś niesamowitego zauważyłyśmy. Dom wielkiego miłośnika dekoracji ogrodowych… Szanuję oryginalność. Lubię takich wariatów! Młoda tylko się zastanawiała głośno, jak ten ktoś ma w domu, skoro TAK ma w ogrodzie…?

Pająk

A Młoda parę dni temu zgłosiła, że ma w pokoju nowego pająka. Ładny jest, ale była na niego zła, bo prawdopodobnie zjadł innego pająka, który mieszkał u niej za biurkiem już kilka miesięcy.

Mówi, że ten łazi czasem po ścianie nie wiadomo za czym, a potem chowa się za biurkiem. Zrobiła mu zdjęcie, jak wyszedł i mi wysłała. Akurat czytaliśmy z Młodym książkę i w te pędy biegliśmy zobaczyć to nowe zwierzątko Młodej, ale już uciekło… Po niderlandzku to muisspin, czyli pająk mysi, ale nie wiem, jak po polsku się nazywa. Myszowato jednak faktycznie wygląda. 








27 stycznia 2024

Zakończyłam pierwszy semestr!

Zakończyłam pierwszy semestr nauki w szkole dla dorosłych CVO kierunek kinderbegeleider (opiekun świetlicy)

To było ciężkie pół roku, ale właśnie dotarłam do końca pierwszego semestru. Uf! Nie powiem, by mi to zleciało. Nie, to były wyczerpujące i cholernie stresujące miesiące. Chodzenie do szkoły, gdy się ma 46 lat, podtruty i zmęczony mózg oraz kupę innych problemów to wcale nie łatwa sprawa. Nie ma nawet co porównywać do czasów, gdy człowiek mial naście, czy dwadzieściaparę lat i nie miał poza nauką wiele więcej na głowie, gdy głowa działała bezbłędnie, trzeźwo i szybko myślała, zapamietrywała, kojarzyła fakty... A nawet jak te dodatkowe obowiązki były, jak u nas, i trzeba było zapieprzać w polu, czy w domu coś tam zrobić, to sił na wszystko wystarczało. Nawet jak człowiek do rana grał na kompie czy książkę czytał albo głupie zboże rozładowywał wiadrami w stodole, to po trzech godzinach drzemki wstawał rzeźki i mógł nadal góry przenosić. 

Tymczasem teraz wszystko idzie wolno i opornie, multitasking nie działa, zapamiętywanie nie działa, logiczne myślenie zawodzi, emocje ledwo kupy się trzymają i co chwilę coś puszcza w szwach, a do tego człowiek potrzebuje dużo snu a i tak jest ciągle zmęczony, zmęczinhy i jeszcze raz zmęczony...

Dziś rano przebudziłam się koło czwartej, jak Małżonek wstawał, ale zasnęłam w mig kamiennym snem i obudziłam się dopiero po siódmej. Tak, wreczcie mogłam spokojnie spać, bo inne dni budziłam się po kilka razy w nocy i od piątej już nie było spania... Przed ósmą przypomniało mi się, że kurde kury nie wypuszczone, że świnie nie dostały trawy (bo w sobotę Małżonek im nie daje, gdyż za wcześno wychodzi do roboty)... Aaaaa! Pobiegłam w piżamie tylko po drodze starą kurtkę narzucając i do gumiarów bosymi stopami wskakując prosto do kurnika. Sunny coś powiedziała głośno po kurzemu na ten temat... czasem to jednak dobrze kurzego nie rozumieć...

baba ze wsi o poranku - selfiequeen 🫅🏼

Wczoraj na ostatnich zajęciach robiliśmy z klasą wspólne podsumowanie tych kilku miesięcy. Mowiliśmy, co było łatwe, miłe i przyjemne, a co dało nam w kość. Nawet nie wiecie, jak dobrze było usłyszeć, 7że wszystkie koleżanki w grudniu miały pierońsko trudno i że niektóre, tak samo jak ja, miały wtedy ogromną chwilę zwątpienia i że nie jestem jedyną, która miała ochotę podwinąć ogon i spieprzać gdzie pieprz rośnie. Tak, inne dziewczyny też myślały o tym, by zrezygnować. Ale nie zrezygnowałyśmy. Dałyśmy rady. Niektóre muszą powtórzyć pierwszy semestr, bo nie zaliczyły niektórych zadań, ale to nie szkodzi. Najważnejsze, że się nie poddały. Ja nie mam jeszcze oficcjalnego oświadczenia, co co do tego czy zdałam, czy nie. Nauczycielki muszą jeszcze przejrzeć i coenić nasze projekty. Zadania z pracy codziennej mam wszystkie zaliczone, a ostatnie zebrały sporo pozytywnych komentarzy. Moja autorefleksja i dokumentacha pedagogiczna to wręcz wielkie ochy i achy. To drugie zawdzięczam 14 latom pracy w bibliotece i prowadzeniu tam kroniki oraz systematycznym sprawozdaniom. To pierwsze z kolei temu blogowi. Czym jest bowiem większość wpisów jak nie gruntowną autorefleksją.

Na koniec dnia robiłyśmy na zlecenie nauczycielki "prysznic komplementów". NIENAWIDZĘ tego typu zabaw! Ale nie było jak się z tego wymiksować. Po kolei każdy musiał stać na środku kręgu, a reszta grupy prawiła mu komplementy. DLA MNIE KOSZMAR. PEŁNY DYSKOMFORT. OGROMNY STRES. WRĘCZ PANIKA. TAK STAĆ PRZED LUDŹMI gdy o tobie mówią. Nie ważne, że pozytywnie. Nie pamiętam, co mówili na mój temat, bo za bardzo byłam skupiona na tym, by przetrwać ten okropny moment. Wiem jedno:  nigdy więcej się na to nie zgodzę! Następnym razem powiem zwyczajnie KATEGORYCZNE NIE! Szanuję i cenię komplementy i miłe słowa prywatnie w cztery oczy. Ale coś takiego jest nie na moje nerwy. Widziałam, że nie tylko dla mnie, choć wielu najwyraźniej batrdzo się podobało.

Przede mną jeszcze rozmowa ewaluacyjna z moją mentorką ze szkoły, ale najpierw musi ona taką rozmowę przeprowdzic z mentorką ze stażu. Inni już są po, ale moja mentorka ma jakieś opóźnienie.

Teraz mam tydzień wolnego. Muszę dokończyć formalności, czyli podpisać umowę z nową świetlicą i rozplanować godziny. Tymczasem z aktualnej świetlicy dostałam propozycję pracy w ferie krokusowe jako wolontariusz z wynagrodzeniem 10€/h. Propozycja bardzo interesująca, tylko nie wiem, czy mogę na chorobowym, a raczej czy nie zabiorą mi przez to zasiłku, a jak zabiorą to czy to się kalkuluje... Spróbuję się w przyszłym tygodniu jakoś skontaktować z VDAB oraz moim funduszem zdrowia i się wywiedzieć o prawo. No a w międzyczasie sprawdzić, czy da się to pogodzić ze stażem w tamtej drugiej świetlicy. 

Zometa

Na początku tygodnia odebrałam kolejną dawkę ulepszacza kości w kroplóweczce. Żaden tam szał, ale zanotować trzeba, że znowu pół roku minęło i że trzecia Zometa za mną. I że ciągle mnie to nie zabiło.




W szpitalu przy wejściu na oddział stoi pudełko z maskami i wielki napis, że maski obowiązkowe. Poczęstowałam się zatem i założyłam na pysk. Szanuję to, że dają maski gratis i nie musiałam latać po szpitalu, by znaleźć miejsce, w którym można takowe nabyć. Miałam co prawda jedną w plecaku, bo zwykle noszę przy sobie w razie wu, ale plecak zostawiłam w skuterze na parkingu, bo mi mózg nie działał akurat. Czyli jak zwykle. 

Nasze lekarki domowe, jak zauważyłam rejestrując nas przedwczoraj online,  też zalecają przychodzenie w maskach, ale nakazau nie ma póki co. I niech tak zostanie. Zalecenie wydaje mi się bowiem o wiele lepsze niż nakaz. Nakaz (przynajmniej we mnie) natychmiast budzi sprzeciw. Zalecenie za to daje mi do myślenia, że coś jest na rzeczy i daje mi wybór. A jak mam wybór, to staram się wybrać najlepiej i dla siebie i dla innych. 

Najstarsza. Diagnoza ADHD i kolejne przeprawy z hulpkas

W tym tygodniu Najstarsza z moją asystą rozmawiała z naszym polskim psychiatrą i otrzymała oficjalną diagnozę ADHD. Pan doktor przysłał nam ją mejlem w języku angielkim wraz z zaleceniem leku, a z tym dokumentem uderzymy do lekarki rodzinej, by wypisała tutejszą receptę. Najstarsza jest wielce podekscytowana i pełna nadziei. Ja również. Nie liczymy na żaden cud, ale z opowieści znajomych wiemy, że lek na ADHD całkiem nieźle potrafi poprawić jakość życia. Fajnie by było, jakby i w przypadku Naszej Córki też się sprawdził.

Poza tym Najstarsza w towarzystwie Młodszej Siostry była w naszym ulubionym urzędzie hulpkas, czyli kasy pomocowej. Zgdanicjcie, co powiedzieli?! Ja zgadłam. TAK! Oczywiście! Że Najstarsza przyszła za późno. BUACHACHA! Potem jednak uznali, że skoro dopiero w grudniu skończyła 21 i nie ma dyplomu szkoły średniej to jednak faktycznie nie mogła wcześniej się starać.... Jakbym tak kopła w dupę jedno z drugim to tydzień by z motylkami latali. Nie wiem, normalnych ludzi to już nie ma do pracy w urzędach? Czy po prostu tam tylko ochęchów przyjmują...?

Starania o uznanie niepełnosprawności. Kolejny krok z FOD.

Młoda za to otrzymała wreszcie zaproszenie do FODu! Sprawdzala systematycznie na ich stronie logując się z itsme na swój profil i kiedyś przybiegła zaopatrzona w chytry uśmiech i znajmiła, że stasus się zmienił. Pojawiła się tam informacja o spotkaniu z jakąś personą o imieniu nie zdradzającym płci. Parę dni później przyszedł list. Strach się bać, co tam znowu powiedzą... Do spotkania kilka tygodni, więc bedziemy czekać zniecierpliwione wielce. 

Dobra książka dla młodziezy po niderlandzku

U Młodego tym razem nic specjalnego się nie wydarzyło... A nie czekaj! JAK TO NIE!! 

Czytajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzać (tylko siedemdziesiąt osiem):

MŁODY W TYM TYGODNIU ZACZĄŁ CZYTAĆ KSIĄŻKI!!!

Najsampierw Matka przyniosła z biblioteki 2 książki i zapytała Młodego, czy ma ochotę na wspólne czytanie, na co Młody odrzekł z wielkim entuzjazmem i radością, że TAAAAK, bo on BARDZO LUBI CZYTAĆ (ale nie sam). Zaczęliśmy jedną książke tego samego dnia. Czytaliśmy po 2 rozdziały na zmiany i ten urwipołeć powtarzał co chwilę, że bardzo sie cieszy że czytamy, bo on bardzo lubi czytać (tu Matka przewraca oczami). No i się okazuje, że ROZUMIE, o czym czytamy, a to bardzo istotne...

Stara bibliotekara nie wyszła z wprawy podczas kilku lat sprzątania kibli i ciągle ma wyczucie do tego, co do książek i ich potencjalnych czytelników. Wybrałam książkę z nowości dla młodzieży tutejszego autora, którego nie znałam i można rzec TRAFIONY ZATOPIONY. A raczej zaczytany. 



Astrid Sercu: Je speelt met vuur (Igrasz z ogniem)

Wczoraj przeczytaliśmy 20 rozdziałów i Młody był zadziwniony, że tak szybko czas minął i że tyle przeczytaliśmy. Książka bardzo wciągająca. Zaczyna się od tego, że klasa nastolatków przyjeżdża z nauczycielami na obóz w lesie na jakimś zadupiu w Ardenach. Właściciel ma kłopoty finansowy. Syn nie znosi innych małolatów, ale robi wszystko, by pomóc ojcu. Dziewczyny odkrywają ukryty pokój... Ktoś podpala różne rzeczy i nastolatki o włos unikają spalenia.... 

A przed nami jeszcze większa część książki... 

Zapytałam Młodego, co by było jakbyśmy po przeczytaniu książki nie dowiedzieli się, kto jest tym podpalaczem, który co chwilę się pojawia, ale nic o nim nie wiadomo. Ten na to z przerażeniem w oczach: "Jezu, wtedy rzuciłbym tą książką o ścianę, potem bym ją zdeptał, podarł na kawałki, wyrzucił przez okno i jeszcze na to napluł". Tak że tak... żywię nadzieję, że jednak poznamy piromana.

Razem uczymy się nowych wyrazów. Młody dyskutuje z sensem niektórych słówi poddaje w wątpliwość ich znaczenie podawane przez google translate. Jednak słownicwto z literatury to nie to samo co codzienne rozmowy tudzież słownicwto obowiązujące na lekccjach. W ojczystym nie widzi się tego aż tak wyraźnie, jak w języku obcym. 

Gdy ja czytam i coś bardzo źle wymawiam, Młody mnie poprawia i muszę dotąd słowo powtarzać, aż uzyskam akceptację pana profesora Ajzajdora. Dla mnie bomba. Pan profesor orzekł jednak, że spokojnie da się zrozumieć, co czytam i że nawet nieźle wymawiam słowa. Tylko niektóre są masakryczne. Najlepsze, gdy wymawiam źle słowa, które niewłaściwie wymówione co innego oznaczają, a niderlandzkim takich od cholery i ciut ciut. Wtedy on czasem zaśmiewa się do rozpuku, szczególnie jak dołaczy do tego własną interpretację. Ubaw zatem podwójny.

Radość czytania tej książki poprawiają jeszcze imiona nastolatków. Mamy Seppe i Matsa, a to klasowi koledzy Ajzajdora z poprzedniego roku. Żeby było śmieszniej i ci z realu, i ci z książki to najlepsi kumple i takie same przypały. Jeden książkowy ma klasową dziewczynę i nawet się (a fu!) całują! Książka zalecana jest od 12 lat - stoi na okładce. Podoba nam się i książka i wspólne czytanie, bo fajnie się czyta z prawie dwunastolatkiem na zmiany.

Polecam tę książkę dorosłym uczącym się niderlandzkiego na wyższym poziomie. Ciekawa, duże litery, nie za dużo tekstu, krótkie rozdziały. Słownictwo niekonicznie łatwe, ale przeciez o to chodzi, by się uczyć i nie iść na łatwiznę.

Ale to nie wszystko w tym temacie. W tym tygodniu byli z klasą na zajęciach w bibliotece i Młody jako jedyny z klasy wypożyczył sobie książkę i połowę przeczytał w szkole. Znalazł jakąś fajną mangę! Cieszył się jak głupi. 

Tak więc jeszcze będą z niego może ludzie czytający. A nawet jak nie będą, to fajnie jest razem czytać książkę. Ufam jednak, że nie skończy się na tej jednej. No chyba, że nie dowiemy się, kim jest piroman, bo wtedy nas więcej do biblioteki nie wpuszczą raczej...

Świński świat i walka z pasożytami

Wczoraj po powrocie ze szkoły sprzątając w pośpiechu w świńskim wybiegu, zauważyłam, że łysa świnia  już nie jest łysą świnią! Dziś tę samą obserwację poczyniła Młoda podczas porannej rozmowy ze świniami (tak, normalni inaczej rozmawiają ze swoimi zwierzętami regularnie). Dupsko jej ponownie obrosło we futro. 
Czyżby leczenie w końcu przyniosło jakieś efekty...? Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca ani cieszyć się na wyrost, ale od jakiegoś czasu obserwuję, że świnia Lady się nie drapie wściekle ani nie piszczy podczas drapania. Drapanie samo w sobie o tej porze roku nie jest niczym dziwnym, wszak pora zmienić ubranie na letnie... (nie wiem, po co im zimowe futro, gdy mieszkają w domu, ale to nie mój interes). 
Świnie otrzymały 4 dawki ivemektyny: jedna kropelka na kark co około 7-10 dni 

Sprzątanie u tych cudaków czasem dostarcza zabawy. To okropne dranie są. Wszystko muszą obejrzeć zębami. 

Worek z suszoną słomą konopną ? Spróbujmy zeżreć. 

Roślina w doniczce? Mmmm pychota. Dobrze, że człowiek czasem stawia dla nas doniczkę na podłodze.
To rośliny specjalne dla zwierząt: zielistka i smużyna.U nas dostępne w sklepach zoologicznych. Na zdjęciu jeszcze łyse świńskie dupki.


Ooo, worek z sianem. Pachnie dobrze. Wygryźmy w tym dziurę! 

Gdy człowiek zaczyna sprzątanie, świnie wychodzą na spacer i eksplorację pokoju…


….ale co jakiś czas przychodzą na kontrolę. Czasem wchodzą do środka i plątają się człowiekowi pod rękami i nogami. Innym razem tylko patrzą z zewnątrz, czy już wszystko gotowe, czy jeszcze muszą czekać… 

Lady i Migotka:
- Czy już?
- Nie, jeszcze nie
.

Migotka:

Alergia na trociny


Gdy wróciliśmy na kilka dni do zwykłych trocin jako ściółki, potwierdziło się niestety, że Małżonek właśnie na to ma koszmarną alergię. Biedak męczył się wcześniej kilka miesięcy. Kichał bezustannie, smarkał, nie mógł oddychać ani spać, dusił się w nocy…. A wszystkiemu winne głupie trociny! 
Oczywiście nie skojarzyliśmy przyczyny ze skutkiem. Małżonek się męczył, biadolił, pytał lekarki o poradę, testował jakieś krople i inny badziew, a wystarczyło zmienić ściółkę…
No okej, lekko brzmi, ale ciężko kosztuje! Konopne trociny faktycznie są idealne: nie kurzy się z nich wcale, co i ja odczuwam zarówno nosem jak w sprzątaniu, mięciutkie są dla świnkowych stópek, ładnie pachną (no, tu kwestia marki - na ostre i śmierdzące też raz trafiliśmy). Szkopuł w tym, że to raczej droga ściółka jest. Gdyby chcieć częściej niż raz na tydzień sprzątać, to i kilkaset euro euro miesięcznie by trzeba liczyć. Tylko za konopie, plus siano i karma. Na szczęście raz na tydzień wystarcza sprzątać ten duży wybieg.
Świnki to kosztowni przyjaciele i w ostatnim czasie coraz mniej nas na nie stać, ale żywimy nadzieję, że jeszcze nadejdą lepsze czasy i dla świnek i dla nas wszystkich…

Prezent dla papug

Młoda mnie rozbawiła… Wstawszy rano oznajmiła, że idzie zaraz do wierzby po parę gałęzi dla świnek i papug. Chwilę później słyszę harmider w werandzie. Dalej słyszę jak ten hałas, stukot i harmider przeciska się przez drzwi kuchenne i jedzie do salonu. Wtedy moim oczom ukazuje się uchachana Młoda ciągnąca dwie około trzymetrowe GAŁĄZKI wierzbowe.

- A bo piłą ucięłam… - mówi - Tylko nie wiem, jak to do swojego pokoju zaciągnę po schodach…

Jedną gałąź połamałam na kawałki i podarowałam świniom. Drugą pomogłam jej zatargać do pokoju i ułożyć pod sufitem na dwóch szafach. - No, teraz będą i tutaj srać, żeby Człowiek musiał jeszcze więcej sprzątać - stwierdziła ze śmiechem refleksyjnie Młoda. 


20 stycznia 2024

Odpoczywanie, jak wyglądało

 Poprzednim razem zapowiedziałam, że w weekend intensywnie odpoczywam.

Z tego wszystkiego tylko 'intensywnie' się udało zrealizować.

Pan kos w naszym ogródku (zdjęcie robione przez szybę)


W sobotę wstałam o 6.30 i od razu zabrałam się za przebieranie pościeli...

 Jak to, po co wstawałam o szóstej? Po nic! Mój mózg mówi, że o tej porze się wstaje i nawet szkoda z nim się wdawać w dysputy. Wyłącza spanie, włącza siku, głód i intensywne myślenie i musisz wstać, czy ci się podoba, czy nie!

Poszłam zatem na dół i  upchałam brudną pościel do pralki , po czym zabrałam się za intensywne puzlowanie schnącego prania. Wymacałam, co jest już suche na suszarce w salonie i poskładałam. Ze sznura przyniosłam podeschnięte pościele dziewczyn do salonu i porozwieszałam wszędzie: na suszarce, na krzesłach, na wieszaczku w kanciapie... Gdy nasza pościel się wyprała, wyniesiona zaostała oczywiście do ogrodu... No bo tak to wygląda, jak się w Belgii nie ma suszarki, a trafi się mokry rok, kiedy nic za cholerę nie chce schnąć. Żeby było weselej kilka lat temu wymyśliliśmy sobie z Małżonkiem , że chcemy mieć łóżko dwa na dwa. Wszystko ładnie-piknie, tylko że pościel 2m x 2,40m to nie lada wyzwanie jeśli chodzi o suszenie... Do tego Panny mają też duże łoża (mniejsze jak nasze, ale duże) i ich pościele też całą pralkę zajmuja oraz dużo miejsca na sznurze.  Ale już prawie uzbieraliśmy eco-czeków na elektryczną suszarkę. Już prawie-prawie mamy, tyle co trzeba. Już lada dzień lada miesiąc lada rok nabędziemy suszarkę, a wtedy znowu żadna ilość prania i żadna pogoda straszne nam nie będą...

Po praniu i śniadaniu zabrałam się za wykończanie moich projektów i zadań domowych - tu coś dopisać, tam coś uzupełnić, tam czegoś poszukać w necie, coś druknąć... i tak mi zleciał czas do południa na intensywnej pracy umysłowej.

 Potem wrócił Małżonek z roboty autem firmowym i załadował Tośkę na pakę, a potem załadował Młodego i Matkę do kabiny i pojechaliśmy najpierw zatransportować Młodego na urodziny w parku trampolinowym, a następnie zawieźliśmy skuter do mechanika.

 Po powrocie kontynuowałam moją intensywną pracę nad zadaniami domowymi, co mnie piekielnie zmęczyło mentalnie. 

Na niedzielę zostawiłam sobie jedno proste, jak mi się wydawało, zadanie, czyli dokumentację pedagogiczną, no bo co to dodać kilka fotek do Worda i ozdobić paroma słowami. To jest wszak coś, co umiem i lubię. Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki się za to nie zabrałam i się nie okazało, że Word w chromebooku to nie jest to samo co normalny Word w normalnym komputerze. No więc klęłam intensywnie na to gówno przez cały dzień. I miałam zapędy mordercze wobez biednego chromebooka.

Tak, prawie cały długi dzień certoliłam się z tą dokumentacją. Na koniec jeszcze poprosiłam mojego prywatnego profesora Pana Ajzajdora o korektę tekstu. Młody lubi takie rzeczy. Potem musiałam się mu odwdzięczyć i zagrać z nim i Tatą w "Państwa-Miasta". Lista kategorii robi się coraz dłuższa: państwo, miasto, roślina, zwierzę, rzecz, imię, wykonawca, marka, postać, film, kolor, część ciała, potrawa, choroba, zawód... A ja coraz bardziej wymiękam. Kto to widział, by Matka miała w tabelce jeszcze 4 puste pola, gdy gówniak jedenastoletni woła STOP!? Ja się tak nie bawię!

W międzyczasie zaczęliśmy z Małżonkiem oglądać na Netflixie nowy polski serial Forst. Pierwszy odcinek nawet był niezły... w ostatecznym rozrachunku jednak daję 4/10.

Zastanawiam się czasem, jak to się żyło kiedyś, gdy człowiek oglądał filmy i seriale w zwyczajnej polskiej telewizji, gdzie po pierwsze nie było zbyt wielkiego wyboru, po drugie na każdy odcinek trzeba było czekać tydzień i jak się przegapiło, nie można było obejrzeć, no i te reklamy wszystkie.... O czasach mojego dzieciństwa już nawet nie wspominam, kiedy nadawano głównie relację z walki mrówek, a w lepszych momentach obraz kontrolny. A jak już coś faktycznie nadawano, to prądu nie było... A tu człek cały dzień na Bolka i Lolka czekał...

W poniedziałek wysłałam e-mail do mentorki z pytaniem, czy przypadkiem nie ma ochoty się spotkać ze mną zanim odejdę albo przynajmniej zdzwonić, bo kilka sprawozdań z zadań stażowych mam na koniec do omówienia ze swoim mentorem, a już mi tylko dwa dni stażu zostało (teraz to już tylko ze dwie godziny). Odpisała, bym wpadła może w piątek na chwilę wieczorem po swoich lekcjach...

Potem wiedziona ogromną ciekawością popedałowałam do świetlicy w sąsiedniej gminie w sprawie potencjalnego stażu. Panie, to to jest świetlica! Przyjmują, tak jak napisałam poprzednio, prawie 100 dzieci w wieku od 2,5 do 12 lat z 4 różnych okolicznych szkół, w tym w pobliskiej szkoły specjalnej. W takiej placówce to  można zdobywać wiedzę i doświadczenie! Podoba mi się! Jestem podekscytowana!

 Świetlica mieści się w budynku domu kultury i sportu. Z innej strony budynku jest żłobek tej samej firmy i  biuro. Świetlica ma do dyspozycji ogródek, a z ogrodu jest przejście na plac zabaw. W czasie ferii mogą ponadto korzystać z różnych sal sportowych. Toalety są przy sali, co jest dobre. 

Tylko że TA SALA jest tylko jedna... To nie brzmi za dobrze. Blisko setka dzieciaków od 2 do 12 lat w tym niepełnosprawne bawiące się w jednej sali... hm. Musi być wesoło! Zamierzam to sprawdzić. Mam zgodę na odbycie u nich stażu. Najsampierw jedenak dobrze by było zaliczyć i zakończyć aktualny semestr. Niby na co dzień wszystko mi raczej dobrze idzie, ale nie wiem, jak babki będą te projekty oceniać i co tam wyjdzie z rozmów mentora stażowego z mentorem szkolnym. Tak, tych mentorek, których nie widuję wcale lub prawie wcale. W takiej sytuacji człowiek może się wszystkiego spodziewać w kwestii oceny przebiegu mojego stażu.

W czwartek odbywała się nasza klasowa wycieczka, ale o piątej rano po całodziennych i całonocnych rozważaniach i dyskusjach z Małżonkiem ostatecznie postanowiłam nie jechać, a wieczorem pójść do lekarza po zwolnienie.

To nie była łatwa decyzja i gdyby śnieg nie spadł, pewnie bym jednak pojechała do tej Gandawy. Śnieg mi ułatwił decyzję. Bo aby na wycieczkę pojechać, musiałabym jakoś dotrzeć na dworzec. 4 kilosy na rowerze jawiło się niewykonalne w aktualnych warunkach, a na pieszki to z 40 minut wartkiego marszu. Tymczasem jestem słaba jak naleśnik. Rano poszłam na kilometrowy spacer, to się zmęczyłam jakbym ze 20 kilometrów przebiegła. Nochal mam zapchany albo śpik do pasa mi wisi, gardło obolałe, stan podgorączkowy, piekące patrzały. i samopoczucie do kitu. Gdzie tu na wycieczkę jechać i po mieście naginać w taką pogodę

Przeto decyzja, wydaje mi się, była to dobra, bo czwarty raz w tym sezonie jestem chora, co w dużej mierze prawdopodobnie zawdzięczam mojej nowej przyszłej niedoszłej pracy ze smarkaczami. Po części też głupiej pogodzie, bo pory roku znowu nie mogą dojść do porozumienia, czyja kolej teraz. Stres i zmęczenie spowodowane moim szkoleniem oraz te atrakcje okołorakowe sprzed dwóch lat na pewno sytuacji nie poprawiają. 

A tu zima...

W środę w południe zaczęło sypać i sypało do późnego wieczora. Nie nawaliło jakoś niewiadomo ile, bo trawa ciągle wystaje spod śniegu, ale wystarczająco, by w Belgii odwoływano pociągi i autobusy, a kierowcy aut stali w niekończących się korach. Policja nawoływała, by bez potrzeby nie używać samochodu. 

Pan Rower, który pozostawiony na chwilę zaczął się wygłupiać i udawać bałwana


W Polsce taka ilość śniegu to śmiech. Nawet by nikt uwagi na to nie zwrócił, a to samo u nas to kod pomarańczowy albo i czerwony. Strach i panika na drogach. Ludzie jadą średnio 20km/h, bo nikt nie umie jeździć w takich warunkach i mało kto ma opony zimowe. Poza tym nie ma sprzętu do odśnieżania czegokolwiek, a już na pewno nie na wioskach czy małych miasteczkach. No bo i kto by kupował sprzęt, gdy zimy masz maksimum 2 dni w roku, co może się nawet przez 10 lat w ogóle nie zdarzyć. 

Linie kolejowe też nie są tu dostosowane do zimy. Młoda czytała, że gdzieś tam pourywało trakcje i w ogóle armagedon. Koleżanka w dniu wycieczki przysłała aktualny rozkład jazdy. Jak możecie zobaczyć, pociągi miałynawet po 85 minut opóźnienia albo nie jechały... No i ona jechała w żółwim tempie i stresie na dworzec autem na letnich oponach po to, by się dowiedzieć, że i tak do Gandawy nie dotrze... 

Innym jakoś się udało, bo przez cały dzień wrzucali różne fotki na grupę whatsappową. Widać z nich, że fajnie było. Więc trochę mi żal, że mnie tam nie było. Niemniej jednak uważam swoją decyzję za bardzo dobrą i nie żałuję, że poszłam po zwolnienie, bo zmęczenie dawało o sobie znać i daje do dziś...



W środowy wieczór po powrocie ze stażu, zapytałam dla żartu Młodego, czemu niby nie jest na polu, tylko w domu i jak to się mogło stać, że u nas nikt bałwana nie ulepił. Odrzekł smutno, że sam nie będzie się bawił na polu a i bałwana nie ma z kim ulepić, ale by chciał... 

No to dawaj, poszliśmy lepić epickiego bałwana. 

Ja może i nie lubię śniegu ani zimy, ale skoro już ten śnieg spadł, to nie może być tak, że sobie po prostu będzie leżał bezużytecznie i tylko zawadzał. Jak śniej jest, to trzeba jego istnienie wykorzystać, by zrobić rzeczy, których bez śniegu się nie robi. Czyli na ten przykład bałwana.

Bawiłam się świetnie, ale poczułam szybko swój wiek, bo w plecach zaczęło mnie łupać od toczenia kul śnieżnych. Młody zapytał, czy może bałwanowi nadać imię i nazwał go Marcin - Marcin prze G - dodał ze śmiechem... 

Marcin_przez_G nie przetrwał długo. Już drugiego dnia po południu był chłopak w rozsypce. Teraz jednak jego szczątki ciągle zalegają przed domem, bo potem temperatura spadła ociupinkę po nizej zera i tak zostało, abyśmy mogli trochę zimy zażyć. Nie powiem, by mi to radość sprawiało. Nie lubię jak jest zimno i ślisko, gdy czasem trzeba wychodzić z domu i jechać dokądś rowerem albo skuterem, czy nawet autem na letnich butach....


Marcin przez G


Ponadto zima jest fotogeniczna i to w niej akurat lubię, szczególnie gdy mam czas, by porobić zdjęć. Na końcu wrzucę zdjęcia ze spaceru po okolicy.

Mechanik napisał, że skuter gotowy i żeby go przyjść odebrać za stóweczkę. Dobrze, że tylko tyle, bo już naprawę auta w garażu Opla se wycenili na grubo ponad tysiąc euro, co na dzień dzisiejszy jest dla nas niewykonalne. Bez auta jednak nie da się obejść, bo Małżonek pracuje blisko 30 km od domu i to w strefie industrialnej, czyli daleko od dworca kolejowego... Inaczej, by już dawno się na pociąg przesiadł. A tak to rano by musiał 4-5 km pedałować do dworca i potem drugie tyle do firmy, no i z powrotem, co w przypadku wykonywania ciężkiej roboty fizycznej i wieku 50 plus było by zbyt ciężkie. 

Na szczęście w aucie można to trochę na skróty zrobić za dużo mniejszą kwotę. Tylko jakiś bajer nie będzie działał. Te dzisiejsze nowoczesne samochody, ech. Małżonek ma kolegę, który by mu wiele rzeczy naprawił za niższą ceną, ale najnowszę auta mogą tylko w autoryzowanych serwisach być naprawiane i zwykli mechanicy coraz mniej mogą zdziałać, bo nie mają aż takiego dostępu do komputerów samochodu, jakie ma oryginalny serwis. Stare auta z kolei w Be też odpadają, bo do wielu miast nie można by w ogóle wjechać. Robi się powoli coraz bardziej nieciekawie dla przeciętnych średnio zamożnych i uboższych ludzi. Wyżej wymieniony kolega, jak się dowiedział Małżonek, miał w planach otwieranie własnego zakładu mechanicznego, ale w związku z powyższym postanowił jednak otworzyć piekarnię, a mechaniką zajmować się nadal tylko hobbystycznie i to głównie motorami. Chleb bowiem ciągle jest potrzebny i zawsze się będzie sprzedawał, mówi.

Przewidujemy, że świat za 10 lat będzie wyglądał zupełnie inaczej, niż ten dzisiejszy. Zmienia się wszak błyskawicznie z dnia na dzień na naszych oczach. Wiele tych zmian mnie trochę przeraża, bo wiele zdaje się zmierzać w dosyć niebezpiecznych kierunkach. Jako robole obserwujemy jak powoli znikają małe firmy i są przejmowane przez duże potwory. Z zaskoczeniem widzimy, jak znikają banki i bankomaty z małych miejscowości. U nas w okolicy już bardzo trudno jest wybrać gotówkę. W zeszłym roku kilka banków zamknęło swoje podwoje, a z kilku bankomatów zrobił się jakiś jeden dziwny, wolny i wiecznie popsuty. Gdy wstąpisz tam po gotówkę, spotkasz zawsze co najmniej kilka sfrustrowanych klnących głośno ludzi, którym się ta sytuacja bardzo nie podoba. Nie każdy bowiem radzi sobie i nie każdy lubi elektroniczne transakcje. My lubimy i sobie radzimy, ale widzimy też ogromne zagrożenie w całkowitym zniknięciu gotówki. Pachnie to bowiem ogromną kontrolą nad społeczeństwem i w dalszej konsekwencji większym niż dotychczas zamordyzmem. No i to pytanie, a co jak zabraknie prądu, internetu albo dostaną się one w niepowołane ręce choćby na chwilę...? A jak to połączyć z możliwościami komputerów, sztuczną inteligencją i skurwysyństwem człowieka to obrazy dosyć niemiłe się mogą wyłonić... Szczególnie gdy się ma wybujałą fantazję...

Małżonek też powinien pilnie pomyśleć nad zmianą pracy, bo 30 lat w lakiernictwie coraz wyraźniej i dotkliwiej odbija się na jego zdrowiu. Od kilku lat cierpi na koszmarne bóle głowy, na które nic nie pomaga. Parę lat temu porobił różne badania i nic nie wykazało. To było wtedy, gdy ja dostałam swoją diagnozę. Ten dzień pewnie na zawsze w jego pamięci pozostanie, gdy z duszą na ramieniu poszedł do naszego lekarza porozmawiać o wykinach swoich badań głowy i dowiedział się, że nic niepokojącego, ale żona powinna natychmiast się zameldować, bo jej wyniki już takie dobre nie są...

Jeśli o Niego chodzi, lekarze orzekli, że to stres i praca... I że nic nie można zrobić za bardzo.

Parę dni temu poszłam razem z nim do naszej nowej lekarki (a raczej jej koleżanki z praktyki) i ona również stwierdziła, że nic wiele pomóc nie można... może spróbować fizjoterapii, może spróbować osteopaty, bo to są rzeczy, które mogą mu doraźnie pomóc, ale jeśli ciągle będzie wykonywał pracę w pozycjach wymuszonych to nie ma za bardzo co liczyć na większą poprawę... a raczej wprost przeciwnie, biorąc pod uwagę wiek...

Małżonek postanowił pójść do kinezysty (fizjoterapeuty) i ten mówi mu to samo. Uważa ponadto (o czym my sami też nie raz z Małżonkiem rozmawialiśmy, gdy poprzednimi razami chodziliśmy - czy ja czy on - na zabiegi PO PRACY), że aby te różne zabiegi czy ćwiczenia jakiekolwiek wymierne efekty przyniosły, powinien zrobić sobie najsampierw kilka tygodni wolnego i wtedy chodzić na taką terapię. No i przede wszystkim poszukać w trybie pilnym innej pracy. Bo teraz to, jak mówi popularne tutejsze powiedzenie, ścieranie wody przy otwartym kranie. 

O zmianie pracy Małżonek myśli od kilku lat i być może, gdyby mój rak się nie wysrał no i ta pierdolona pandemia oraz wojna na Ukrainie, dzięki którym to atrakcjom teraz znowu lewdwie koniec z końcem wiążemy, Mąż nie pójdzie przecież szukać pracy, przekwalifikowywać się, bo za co będziemy żyć...? Mało tego, on zapierdala każdą możliwą sobotę, by dorobić choć parę euro... a i tak nie zawsze starcza na wszystko.... "Wszystko" z podstawowych opłat i wydatków, mam na myśli, a nie jakieś cuda wianki.

Pani z opieki społecznej w końcu do Młodej przyszła i to prawie natychmiast jak tylko Młoda poskrżyła się swojej opiekunce w JAC (organizacja pomagająca młodym ludziom w różnych trudnych sytuacjach życiowych), że baba se w chujki leci, że podała konkretny dzień wizyty, ale się nie pojawiła ani wtedy, ani przez kolejny tydzień. Powiedziała, że posprawdzają wszystko i być może Młoda otrzyma jakiś zasiłek dopóki nie orzekną jej niepełnosprawności i stamtąd zasiłku nie dadzą... Niestety przeglądanie dokumentów i podejmowanie decyzji w FOD może i rok trwać (czyli jakby podobnie jak polski ZUS). Sie bedo śpieszyć, niech ludzie zdechną, będzie spokój... byle urzędasom się kasa w kieszeni zgadzała i w dupę było wygodnie na stołku.

Najstarsza ma w kolejnym tygodniu wizytę w jeszcze innej instytucji HWV (hulpkas, czyli kasa pomocowa) w sprawie tego nieszczęsnego zasiłku dla szukających pracy po skończeniu szkoły, co to u nich raz było za późno, a raz za wcześnie. Aż się boję, co tym razem powiedzą. Wczoraj dzwoniłam w jej imieniu do VDAB, by wysłali jej potrzebny dokument na e-mail. Dobrze, że choć tyle można przez telefon załatwić. Ona musiała tylko im na parę testowych pytań osobiście odpowiedzieć, bo rozmowa jest nagrywana i tak potwierdzają chyba tożsamość. Najpierw trzeba podać rijkregisternummer (tutejszy PESEL), a potem podać adres domowy, mejlowy i numer telefonu - oni to mają zapisane w komputerze i tak sprawadzją, czy ty to ty. Po potwierdzeniu, że Najstarsza to Najstarsza już dalej Matka mogła rozmawiać. Najstarsza nie radzi sobie zupełnie z takimi rozmowami. Nie bardzo jest w stanie sama adres domowy podać, jak nie ma zapisanego... Tak niestety działa albo raczej nie działa jej mózg. 

W tym tygodniu dostaliśmy w koncu wyniki badań MRI i możemy umawiać wreszcie kolejną internetową konsultację u naszego polskiego psychiatry. Będąc u lekarki po zwolnienie poprosiłam ją o wydrukowanie mi wyników badań EKG, bo wysłała je elektronicznie, a z tej głupiej strony wyniki znikają po 2 tygodniach. Babka się sama zdziwiła, bo nie wiedziała tego. 

Tymczasem znajoma mnie pocieszyła, że nasz wspólny psychiatra się habilitował i teraz drożej ceni swoje usługi. Panie, pierwsza wizyta 500 złotych a kolejne ponad 300 za 40 minut. Kurde, dla nas to sporo, choć płacimy w euro, ale się zastanawiam, kogo w PL stać na takiego psychiatrę...? Panie! 

Recepty na szczęście w daleszej perspektywie przepisywać może lekarz rodzinny. Ba, nawet to jest o wiele korzystaniejsze, bo transgraniczna recepta nie ma zniżek, a na tutejszą będzie sporo zniżki na niektóre leki.


Młody to jest farciarz. Dobrzy mu się koeldzy trafili. Gdy jest zła pogoda, przyjeżdżają po niego rodzice kolegów i wiozą całą ekipę samochodem, a potem po nich jadą. W ten śnieg też ich wozili. Chyba lubią Młodego, bo poza tym, często po lekcjach do nich wstępuje się chwilę pobawić, o ile rodzice pozwolą. Młody zawsze przysyła sms z pytaniem. Tamci też pytają, czy mogą zaprosic kolegów.

Poza tym często po lekcjach idą razem do parku i się tam tłuką. Młody wraca potem do domu brudny jak dzika świnia. Dobrze że ma po kilka par butów i rękawiczek oraz kurtkę na zmiany.

Młody opowida co jakiś czas, że w szkole spotyka systematycznie jakichś Polaków. Ropoznaje ich albo po nazwiskach albo jak czasem polskiego słowa użyją. Nie gada jednak z nimi, a jak gada to i tak przeciez po niderlandzku (nie wolno w innych językah oficjalnie w szkole rozmawiać). W klasie też ma rodaka, ale jakoś nie koleguje się z nim specjalnie. W sensie, że bycie Polakiem nie czyni z nikogo od razu lepszego kolegi. Chodzi tam też polski kolega z podstawówki i z tym akurat się lubią i od czasu do czasu ucinają sobie pogawędkę po polsku, najczęściej po lekcjach. Ogólnie ma jednak sporo dobrych kumpli, co jest świetne.


Tymczasem u jednego popularnego polskiego tiktokera czy tam instagramera (nie wymienią nazwy, bo bucom reklamy nie robię) wysłuchałam typowo polskiej rewelacji na temat tego jak to "tchórzliwe Belgusy" boją się zimy i m.in. odwołują szkolne autobusy w Brukseli. Z jego słów wynikał przekaz, że autobus odwołany = dzieci nie idą do szkoły. On, jak się pochwalił z dumą i radością "zrobił z tej okazji swoim dzieciom wolne od szkoły". No i w komentarza oczywiście Polacy masowo szydzili z "Belgusów" chwaląc się jak to ich dzieci albo oni sami chodzą do szkoły mimo śniegu i jak to kozacko jeżdżą samochodami w zimie.... Co jeden to większy kozak... szkoda tylko, że głównie w internecie.

 Jako że w swoim życiu dość naobserowałam się kozakich warsawiaków i innych miastowych, którym się wydawało, że o zimie wszystko wiedzą, bo są przecież Polakami, to od razu się we mnie zagotowało. 

Tak,  systematycznie musieliśmy, także po nocach, wypychać lub traktorem wyciągać takich przemądrzałków nawet z niewielkich zasp, bo tak "świetnie potrafili jeździć autem w zimie", a do tego często nie mieli przy sobie nawet grubszego swetra, a tylko laczki i cieniutką koszulę i w tych laczkach  bez czapki, kurtki, rękawiczek stali w zaspie po kolana mało nie płakusiając i srając miodem, czy auto się uda uratowac z tego strasnego białego dziwnego czegoś... 

Albo te kozakie paniusie w szpilkach na skałkach w okolicznych Prządkach, co to zobaczywszy mojego Brata stojącego na wielkiej skale, pytały jak on tam wszedł, bo one też by chciały tam sobie zdjęcie zrobić (brat wtedy pomachał rękami, by pokazać, że on tam po prostu wleciał). 

Pozwoliłam sobie zatem odpowiedzieć na komentarze, informując niektórych, że po pierwsze szkoły nie są zamknięte, po drugie tu jest obowiązek chodzenia do szkoły, a po trzecie i najważniejsze tutejsze dzieci  zasuwają do szkoły na butach albo dojeżdżają rowerami nawet po 10 km, a do tego każdą przerwę bez względu na pogodę spędzają na podwórku, gdzie naparzają się śnieżkami, leżą na ziemi, a potem siedzą na lekcjach w mokrych ubraniach, gdy buty za bardzo ufajdane, to nauczyciel każe siedzie w skarpetach. 

Ja wiem, że w Brukseli jest zapewne tak samo jak w Warszawie, czy innym dużym mieście, że jak taksówka czy metro pod drzwiami się nie zatrzyma, to znaczy, że nie można nigdzie się dostać. Pamiętam jak raz urzędaska na kontrolę do nas ze stolycy przyjechała AUTOBUSEM. I nagle dzwoni, że ona "szła i szła i szła aż doszła do jakiegoś lasu i tam nic nie ma, tylko jakieś pola i drzewa i ona nie wie, jak do nas trafić... "i ona nie spodziewała się, że to tak daleko na nogach trzeba iść. No faktycznie KILOMETR na nogach przejść to jest nie lada wyzwanie, dla młodej kobiety... z wielkiego miasta.

 Fajnie by jednak było, żeby szanowna Polonia zdawała sobie sprawę, że Bruksela to nie cała Belgia. Ba, Bruksela to jakby osobne dosyć dziwne państwo. Miejsce totalnie oderwane od rzeczywistości. Tak samo jak i wielu "Naszych", którzy czasem takie bzdury opowiadają, że głowa mała. Strasznie mnie to wkurwia! 

Ja też widzę mnóstwo rzeczy, które mnie tu wkurzają, nie mało rzeczy, które mnie śmieszą, no bo tak to jest gdy trafiamy w miejsce, które jest inne od tego w którym dorastaliśmy i które znamy. Pamiętacie może ten wpis, gdzie opowiadałm o rzeczach, które mnie zdziwiły? Też darłam łacha z niektórych zachowań! Dziś już wiele jest dla mnie normalnych, a niektóre polskie już zaczynają mnie dziwować. 

Czym innym jest jednak, moim zdaniem,  robić sobie podśmiechujki z tego, że w Belgii jest panika, gdy spadnie dwa płatki sniegu, a czym innym szydzić opowiadając wierutne bzdury i strugając wielkiego purca.

Faktycznie, gdy spojrzysz na drogę, jak tu ludzie jeżdżą po śniegu, jak spojrzysz na pociągi, jak posłuschasz gorącej apelacji do pozstawania w domu z powodu 10cm śniegu i 2 stopni mrozu to jako Polak, który nie jedną zimę widział, masz ochotę śmiać się jak dziki albo i oczami przewracać, no bo to faktycznie wygląda jak jakiś armagedon.  Ale gdy już się wyśmiejesz, dobrze jest spojrzeć na to z tutejszej perspektywy i zauważyć choćby takie proste fakty, że jak tu mieszkam 10 lat, tak zimę mamy chyba 3 raz. Od jednej 80-letniej babci wiem, że raz było tu minus 18 stopni i wtedy to "faktycznie było zimno!" Inna trochę młodsza babcia powiedziała, że RAZ było po kolana śniegu. Dodajcie se dwa do dwóch. Nie ma zim, to nie ma sprzętu do odśnieżania, nawet głupiej szufli do śniegu tu prawie nikt nie ma, nie zakłada się opon zimowych, bo zimą jest tu najczęściej od 5 do 15 stopni ciepła. Ludzie tu całą zimę chodzą w przysłowiowych trampkach. Nasz Młody nie ma butów zimowych (ma jedne ze szmateksu ale nie używa, bi mają śliskie podeszwy, które ślizgają się nieldzko na pedałach, przez co jazda rowerem jest niebezpieczna i niewykonalna). On całą zimę KAŻDĄ chodzi do szkoły w szmacianych Skechersach, podobnie jak jego koledzy. Jak był mały raz kupiliśmy mu zimowe buty za blisko 100€ (bo tańszych na jego stopę nie było) i po tym jak raz je załozył, bo raz było zimniej, były do wyrzucenia, bo wyrósł. 

Ale wg rodaków "Belgusy" to cieniasy, bo panikują na widok śniegu, ale że "Belgusy" zapierdalają do szkoły czy pracy masowo na rowerach w każdych warunkach pogodowych to nasi już nie widzą. Że belgijskie dzieci cały rok w szkole obowiązkowo bawią się każdego dnia na zewnątrz, że obowiązkowo chodzą na lekcjach do lasu, na farmę, nad staw w deszcz, snieg, że obowiązkowo muszą mieć rower, bo wycieczki rowerowe organizowane są już w pierwszych klasach to tego nasi też nie widzą, a naprawdę Polska bardzo słabo wypada jeśli chodzi o aktywność fizyczną, o przebywanie n świeżym powietrzu. Dla niektórych jednak najważniejsze, że AUTOBUS szkolny odwołano i wtedy dzieci musiały zostać w domu, bo jak niby dzieci miały by się dostać do szkoły w Bruseli gdzie poza autobusami i tramwajami jest całkiem niezła sieć metra, no i ścieżek rowerowych oraz chodników dla pieszych... Ale to ostatnie być może jest poniżej wielkopańskiej godności...? 

Za komentarze oczywiście dostałam bana, bo przecież jak to jakaś wieśniara będzie podważać mądrości popularnego uwielbianego przez Poloczków (nie mylić z Polakami) tiktokera xD. I bardzo dobrze, strasznie mnie wkurza, jak socialmedia podsuwają mi takie debilne prostackie konta pod nos, bo ja nie potrafię przejść mimo, tylko zawsze się wkurzam...  Jestem bowiem świadoma, jaki to ma w dalszej konsekwencji wpływ na traktowanie Polaków w Belgii oraz na postrzeganie Belgii przez Polaków. Takie chujki robią nam wiele złego i my przez takich chujków mamy potem przejebane. Ale srał ich jeż i ja też!

Na koniec moje zimowe zdjęcia z mojej okolicy…