Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty

10 grudnia 2025

Kim jest BOB i dlaczego nie pije on alkoholu?

Przeczytałam nie dawno, że właśnie minęło 30 lat istnienia kampanii BOB. Postanowiłam zatem o tym napisać jako ciekawostkę.

Bobcampanie przeciwko prowadzaniu pod wpływem zapoczątkowana została w 1994 roku, gdy zmieniono dopuszczalną ilośc alkoholu we krwi w czasie prowadzenia samochodu z 0,8 ma 0,5 promila i zaczęto dumac nad nową kampanią przekonującą do niewsiadania za kierownice po alkoholu.

Wszyscy myślą, że BOB jest skrótem od  Bewust Onbeschonken Bestuurder, czyli Świadomie Trzeźwy Kierowca, ale Bob, czyli Robert istnieje na prawdę, a to rozszyfrowanie rzekomego skrótu powstało później. Zatem BOB to BOB, czyli imię.

Podczas burzy mózgów, która odbyła  się przed trzydziestoma laty, na temat nowej kampanii w instytucie ruchu drogowego padł pomysł, by skupić się na niepijących kierowcach i postawić ich w świetle jupiterów. W takich sytuacjach ważne jest nadanie symbolicznego imienia takiemu bohaterowi i dla hecy postanowiono tymczasowo użyć imienia jednego z pracowników siedzących przy stole, niejakiego Roberta Madrenasa, czyli Boba. Jednak tak już zostało i dziś każdy wie, kim jest BOB. 

Bob to określenie osoby, która zachowuje trzeźwość nawet przy mocno zakrapianej imprezie. 

Gdy gdzieś odbywa się wesele,  urodziny, festyn, czy inne okazje gdzie alkohol leje się wiadrami, przyjacie wybierają BOBA, czyli osobę, która nie będzie pić alkoholu, by po imprezie wsiąść za kierownicę i poodwozić gości bezpiecznie do domu. W PL podczas wesel też,  z tego co pamiętam, się BOBa wybierało nie wiedząc, żd to Bob, i pewnie na całym świecie tak jest, ale w Belgii od 30 lat taką osobę nazywa się Bobem, a i do ościennych krajów też ta nazwa dotarła jakiś czas temu...

Tak więc jak zaproponujecie jakiemuś Belgowi piwko czy kieliszek wina, a on powie "Nie, dziękuję, dziś jestem Bobem" to nie musicie się już zastanawiać dlaczego Dirk, Frans, czy nawet Helen nagle chcą być jakimś Bobem. W ten sposób tutaj mówi się: dziś jestem świadomie trzeźwy, bo będę prowadził pojazd.

Podczas masowej kontroli trzeźwości prowadzonej przez policję, kontrolowani kierowcy, którzy nic nie wdymuchali czasem otrzymują żółty bryloczek do kluczy "bob" jako nagrodę za trzeźwość.

Gdyby ktoś się zastanawiał, czy Belgowie często wsiadają za kierownicę po alkoholu, to powiem wam, że tak, dosyć często. I bynajmniej nie zawsze tylko po jednym piwerku, co tutaj jest dopuszcalne i legalne, ale bywa niestety, że jadą zwyczajnie nachlani albo pod wpływem narkotyków. W Belgii pije się bardzo dużo alkoholu. Nie wiem, czy ogólnie nie więcej niż w Polsce, tylko chyba mniej ludzi się upija (jak komuś się chce, niech se poszuka statystyk, mnie się nie chce). Pijanych, takich nawalonych w cztery dupy, to ja tu jednak rzadko widuję, prawie że nigdy. Ale jednak są knajpy, gdzie każdy wieczór widzisz te same twarze przez okno, a na tych twarzach dosyć wyraźnie stoi zapisane, że to nie było jedno piwko... 

Różnicę robi fakt, że tutaj w głównej mierze sączy się winko lub piwko, a rzadziej mocne alkohole, więc jednak dłużej można posiedzieć w knajpie, zanim się straci kontakt ze światem...

Dla mnie sporą ciekawostką było tu (i w sumie nadal jest), że w każdym markecie działy z alkoholem stanowią chyba największą część sklepu - dwie trzy alejki to norma, podczas gdy inne napoje typu woda, soki, napoje gazowane zajmują max jedną alejkę albo i pół. Głównie jest to pierdyliard gatunków wina i drugie tyle piwa. Ludzie bardzo duż alkoholu kupują. Wszyscy dorośli bez względu na wiek. Do domu bierze się często całe skrzynki i dlatego kupuje się często w hurtowniach, które są tu na każdej wsi. Emeryci kupują i piją bardzo dużo alkoholu. Poznałam wiele emerytek, babeczek po 80tce, po 90tce, które co wieczór wypijały, czy wypijają lampeczkę winka albo piwerko  i to bynajmniej nie 5%. Dodać tu należy, że nie są to bynajmniej żadne tam menelki czy inna patologia, bo tutaj picie alkoholu to rzecz zwyczajna i wypicie lampki wina do obiadu czy piwerka do serialu wieczorem jest czymś tak oczywistym i powszechnym jak mycie zębów po śniadaniu. Emeryci płci każdej raz w tygodniu lubią sobie pójść ze znajomymi do knajpy na kawę, winko, czy piwerko. W Belgii nie robi się z tego przestępstwa, jak to obserwowałam w PL. To samo tyczy się picia coli. Dla mnie wychowanej w przekonaniu że cola, czy jej podobne napoje,  to wynalazek szatana i że od tego się dostaje raka i umiera w cierpieniach, zobaczenie że w Belgii wszyscy prawie emeryci mają w lodówce zapas coli na rok i że piją ją litrami, było szokiem totalnym...

A wracająć do alkoholu to jest tu wiele imprez ku czci tego typu trunków. Mamy festyny winiarskie i piwne i to chyba w każdej gminie o różnych porach roku. Alkohol wtedy leją się gęsto. Poza tym wszelakie festyny też są mocno alkoholowe. Po każdej z takich imprzez wielu wraca mniej lub bardziej wstawionych, w niektórzy potem wsiadają za kółko albo  na rower. Jako się rzekło, nie pija się tu raczej mocnych alkoholi, więc i rzadziej ludzie są naprawdę nawaleni, co nie znaczy, że się czasem nie zdzarza, że ten czy ów mocnym wężykiem do domu nie wraca. Bo czasem się zdarza...

Nawet w szkołach podstawowych są np wieczory wina i sera, gdzie serwuje się właśnie wino i sery i które to uroczystości ściągają rodziców, dziadków, wujostwo i oczywiście dzieci. Ci ostatni nie piją oczywiście wina, ale wszyscy pozostali owszem. Na każdej więszej szkolnej imprezie  serwowane/sprzedawane jest piwo czy wino. 

W Belgii słabsze alkohole <22%, czyli wino i piwo, można kupić i pić legalnie od 16 roku życia. Mocne alkohole jak wódka, czy koktaile z użyciem mocnyh alkoholi, są od 18-stki. Sklepy i inne punkty sprzedaży mają obowiązek prowadzić kontrole. Jednak z tego, co czasem słyszę, to te kontrole nie za często są prowadzone, szczególnie na festynach czy innych tego typu wydarzeniach. W tym roku na festynie w sąsiedniej wiosce np pogotowie zabrało czternastolatka, który upił się whisky do nieprzytomności...


17 listopada 2024

Z porakowym zmęczeniem nie wygrasz tradycyjnymi metodami.

 Miałam odpoczywać i się releksować, a tymczasem ten tydzień chorobowego spędzony w domu zdawał mi się gorszy niż jakbym chodziła do pracy. Czułam się okropnie. 



Zmęczenie trwa. TO PORAKOWE zmęczenie, przy którym nie wystarczy usiąść na dupie, napić się czegoś dobrego i posilić, by poczuć się lepiej. To zmęczenie powodowane jest w sporej części przez medykamenty, a w dużej mierze przez ciężko pracujący i wystawiany na szkodliwe bodźce i emocje mózg. Wysiłek fizyczny też ma tu zapewne swój udział, ale jednak w moim wypadku to mózg zużywa najwięcej energii no i to zmęczenie bierze się z nikąd, z niczego, ze środka. Ono tam jest cały czas i wyłazi kiedy chce... Bo może.

Przekonałam się o tym dobitnie właśnie w tym tygodniu, gdy siedziałam, czilowałam bombę, jadłam owoce i inne dobre rzeczy, piłam dużo wody i herbatek, spacerowałam spokojnie po świeżym powietrzu, rozmawiałam z rodzinka, a zmęczenie tylko się potęgowało. Zero w tym logiki czy jakiegoś związku przyczynowo skutkowego. To nie ma żadnego sensu. To trzeba brać na wiarę i czucie.

Mój mózg świrował, cudował i gnał, gnał, gnał myśli przed siebie bez ustanku całe dnie i co gorsza całe noce. Myślałam bez ustanku, czytałam, robiłam notatki, dyskutowałam z Małżonkiem, przekopywałam intermety w poszukiwaniu informacji na temat pracy po raku i życia po raku. Wiedziałam, że samo siedzenie w domu nic nie da, w niczym mi nie pomoże. Na pewno nie śmieszne 2 tygodnie spędzone w domu. Bo już znam ten system mojego porakowego ciała. Przerabiałam to już i wiem, jak to działa i że zwyczajne metody tu nic nie poradzą.

Potrzebuję coś zmienić. Albo w pracy albo w sobie, albo i tu i tu jednocześnie... Musiałam znaleźć jakieś pomysły, musiałam wymyślic nowatorskie rozwiązania do wypróbowania. Nie ważne, czy to zadziała, czy przyniesie jakieś wymierne korzyści. Ważne, by próbować coś zmienić, by spróbować czegoś nowego, ugryźć to z innej strony. Poddać się można zawsze, ale dopiero jak skończą się pomysły.

Czytałam więc namiętnie belgijskie internety. Jest np taka dobra strona "wszystko o raku" czyli "alles over kanker" https://www.allesoverkanker.be/, na którą co jakiś czas trafiam, by poczytać, ale  nie sposób przeczytać wszystko na raz, a tym bardziej choć z połowę zapamiętać, szczególnie, gdy pamięć zawodzi...

Na stronach szpitali jest również wiele ciekawych fachowych informacji. Tym razem odkryłam stronę szpitala uniwersyteckiego w Gandawie: https://www.uzgent.be/zorg-na-kanker, gdzie przeczytałam po raz kolejny coś, o czym ciągle muszę sobie na nowo przypominać...

Langdurige vermoeidheid is een van de belangrijkste neveneffecten van een kanker(behandeling). Ze beïnvloedt in sterke mate de levenskwaliteit van patiënten en hun naasten.
Kankergerelateerde vermoeidheid verbetert vaak het eerste jaar na de behandeling. Toch heeft ongeveer 25 tot 30 procent van de patiënten er langdurig last van. 

"Długotrwałe zmęczenie jest jednym z najważniejszych skutków ubocznych leczenia raka. Bardzo wpływa na życie pacjentów onkologicznych i ich rodzin. Zmęczenie związane z rakiem często ustępuje w pierwszym roku po leczeniu. Jednakże około 25-30% pacjentów cierpi długo z tego powodu."

Dalej stoi czarno na białym, że charakterystyczną cechą tego porakowego zmęczenia jest to, że jest ono nieoczekiwane i nieprzewidywalne, intensywne, trwałe i niemające wyraźnego związku z wysiłkiem oraz odpoczynkiem czy snem.

Piszą tam też, że mechanizm powstawania tego porakowego zmęczenia jest złożony i obejmuje szereg czynników biopsychospołecznych, czyli że składa się nań to jak i czym leczony był dany pacjent, jak organizm jego zareagował na te leczenia, w jakim środowisku pacjent się obraca i jakie są wobec niego oczekiwania, ile zrozumienia odnajduje w otoczeniu i jak sobie z tym wszystkim radzi oraz pierdyliard innych rzeczy. Na stronie podany jest nawet przykład, który znam z autopsji i który powoduje, że czasem  mam ochotę kimś potrząsnąć mocno i zaryczeć by spierdalał... . "To zmęczenie jest takie frustrujące. Mówię, że jestem zmęczony, a inni na to, że oni też czasem bywają zmęczeni [...] To jest jak cios młotkiem, że nagle nie możesz już nic więcej zrobić". Tak, znam to. Mam to. 

To jest to, o czym ja ciągle tu opowiadam (i czego pewnie większość nie rozumie, bo to trzeba poczuć), ale dla mnie jest ważne, gdy czytam czy słyszę o tym gdzieś, gdy jakiś fachowiec czy inny pacjent potwierdza to, co ja czuję, co oznacza dla mnie, że nie wydaje mi się,  nie jest to złudzeniem, nie zdziwiam i że nie jest to nic nadzwyczajnego, że wielu innych ludzi też tak ma, ale też że są ludzie, którzy faktycznie szybko i łatwo do zdrowia wracają, bo i to jest ważne. Łatwiej się żyje z danym problemem wiedząc, że inni też z podobnymi dolegliwościami i trudnościami się borykają, ale wiedza, że niektórzy tego problemu nie znają, jest również ważna, bo inaczej człowiek zobaczy takiego żeśkiego ozdrowieńca i pomyśli sobie, że też musi być jak on żeśki, silny, w pełni zdrowy... i będzie próbował do upadłego... 

Dla porównania pokazano tam też tabelę, którą też tym razem postanowiłam sobie skopiować, bo jest to dla mnie ważne:

ZWYCZAJNE ZMĘCZENIE                                                PORAKOWE ZMĘCZENIE

- przewidywalne, oczekiwane                                                -   nieprzewidywalne, nieoczekiwane

- normalny proces                                                                   - wyraźny symptom 

- krótkotrwałe                                                                         - długotrwałe

- wyraźna przyczyna, związane z wysiłkiem                           - brak wyraźnej przyczyny czy związku z                                                                                                             wysiłkiem

- sen i wypoczynek pomaga                                                    - sen i wypoczynek niewiele pomaga


O tych różnicach też już wielokrotnie tu pisałam, ale to były moje własne odczucia i przemyślenia, które teraz zobaczyłam czarno na białym spisane w rządku przez specjalistów onkologicznych z uniwersyteteu. Jakkolwiek głupio czy dziecinnie by to nie zabrzmiało, takie fachowe teksty potwierdzające to co samemu się czuje mają dla mnie ogromne znaczenie. Czynią jakby moje odczucia fizyczne czy emocje bardziej prawdziwymi, ważnymi. Mówią, że mam prawo tak się czuć, czyli nie muszę się tu jakoś czuć winną, dziwną, nienormalną ani też wyjątkową. Mówią, że to jest normalny objaw, czyli że nie trzeba się tu niczego więcej doszukiwać. Bo czasem człowiek się zastanawia, co jest kuźwa ze mną nie tak, że inni, nie rzadko dużo starsi skończyli leczenie i żyją dalej jak gdyby nigdy nic, a ja nie mogę się podnieść ani pozbierać. Bo my ludzie lubimy się porównywać i ścigać z innymi. Mamy to we krwi, w genach czy nam się to podoba, czy nie... Innej postawy musimy się dopiero nauczyć. Zwykle na własnych błędach i porażkach.

U niektórych to zmęczenie trwa miesiące, u innych długie lata. Niektórzy nie są w stanie wykonywać pracy, innym udaje się na jakąś część etatu pracować, ale np rezygnują z hobby, ograniczają życie towarzyskie i inne wyjścia... 

Niektórzy uważają (na tych stronach też o tym było), że człowiek powinnien poszukać podobnych sobie i z nimi kontakt utrzymywać, bo swój swojego zrozumie najlepiej i to jest na pewno świetna sprawa dla normalsów, czyli ludzi lubiących i ceniących sobie życie towarzyskie, lubiących spotykać się z innymi, czy choćby przez telefon czy internet z niemi gadać. Tyle, że ja do tej grupy nie należę. Dla mnie spotkania towarzystkie na dłuższą metę są nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania. Lubię czasem z kimś się spotkać, czasem z kimś pogadać, ale podkreślam tu CZASEM.  Raz na kilka miesięcy lubię do kogoś pojechać albo do siebie kogoś zaprosić. Raz na kilka miesięcy z chęcią pogadam z kimś nawet i godzinę przez telefon. To musi jednak być właściwy moment, właściwy dzień, w którym mam chęć na socjalizowanie się. Nie wyobrażam sobie, że systematycznie gdzieś wychodzę, z kimś się spotykam albo że ktoś do mnie non stop, codziennie czy co tydzień nawet dzwoni. To było by okropne. No chyba by mnie szlag trafił. 

Już do różnych grup się przez internet zapisywałam w życiu: grupy hodowców papużek, królików,  fani puzzli czy Harrego Pottera, kreatywna praca z dziećmi,  rodzice dzieci z autyzmem, depresją, sprzątaczki, grupy blogerów, zwiedzanie Belgii, mikroskop amatorsko, fotografia amatorska i tak dalej i tak dalej. Każda z tych grup była ciekawa i zwykle ze trzy dni czytałam wypowiedzi, sama się intensywanie udzielałam, by czwartego czy siódemgo dnia zapomnieć o istnieniu grupy, potem po miesiącu czy roku sobie przypomnieć, znowu coś napisać, przeczytać a po jakimś czasie odejść, bo przecież to nudne i uciążliwe na dłuższą metę takie wymiany poglądów z innymi.

Należenia do jakiejkowliek grupy onkologicznej to już w ogóle sobie nie wyobrażam. Zapewne poznać można w ten sposób fascynujące osoby i wielu rzeczy się dowiedzieć, ale spotkania były by dla mnie bez wątpienia zbyt  męczące. No a poza tym mieszkam przecież na totalnym zadupiu. Żeby się z kimś spotkać trzeba by tę wieś móc łatwo opuszczać, a tymczasem od nas w dzień roboczy odjeżdża jeden autobus na godzinę na jednej trasie. W weekend co 2 godziny, a wieczorami nie jeździ nic. 

Myślałam nad tym trochę w tym tygodniu. Nie nad grupami onkologicznymi, ale już nad jogą dla pacjentów onkologicznych owszem. Jest taka za friko w szpitalu, w którym się leczyłam. Tyle, że to kilkanaście kilometrów od mojego domu. I tak ze wszystkim, co chciało by sie robić i co mogło by pomóc w odstresowaniu - wszędzie mam kuźwa daleko. A czasem nie dość, że daleko to jeszcze drogo. Kiedyś na basenie wzięłam ulotkę o Tai Chi i już nawet się napaliłam... bo to by fajne było. Tai Chi to taka sztuka dla zramolałych staruszek akuratna. Jak zobaczyłam ceny, to trzy dni szczenę z gleby zbierałam. Basen zresztą też jest daleko, bo z chęcią bym chodziła choć raz w tygodniu, ale tam się więcej jedzie niż pływa. 

Tak więc zorganizowana relaksująca aktywność fizyczna choć kusząca to nieosiągalna czyli nieprzydatna dla mojego przypadku.

Ważniejsze, że w końcu znalazłam przynajmniej to czego szukałam, a co mi się wydawało, że gdzieś kiedyś mi się o uszy obiło, ale nie byłam pewna, czy mi się nie śniło... Znalazłam informację, że przy takim chronicznym porakowym zmęczeniu i otępieniu utrudniającym mi wykonywanie pracy mogę się postarać w VDAB (biuro pracy) o uznanie tymczasowej niepełnosprawności (czy jak to nazwać) na (wstępnie) 2 lata oraz związanej z tym premii dla mojego pracodawcy, które to pieniądze mają np zrekompensować fakt, że wolniej czy mniej wydajniej pracuję albo np zapewnić mi opiekuna, czyli kolegę, który będzie mi pomagał, wspierał itp, czy tam jeszczde inne rzeczy, ale te inne mnie nie dotyczą.

Wydrukowałam sobie stosowne dokumenty do wypełnienia przez lekarzy oraz inne do wypełnienia przeze mnie samodzielnie lub z pomocą pracodawcy. Nie wiem tylko, ile trwają takie procedury ani czy w ogóle uda się takie coś otrzymać, ale bez wątpienia warto się o to postarać, by mieć więcej możliwości w pracy i czuć się zwyczajnie komfortowiej z tym faktem, że nie wykonuje się roboty tak dobrze, jakby się chciało i jak inni ją wykonują, że więcej się potrzebuje odpoczywać, czy np tylko popołudniowe dyżury dostawać... To mogło by też znacznie zmienić oczekiwania innych wobec mnie w pracy, a być może nawet więcej zrozumienia przydać.

Wkurzyłam się tylko znowu, że człowiek sam musi takich rzeczy sobie szukać, że nikt ci nie powie, nie doradzi. Kuźwa, przecież ten cały ciul zwany koordynatorem-powrotu-do-pracy, który oficjalnie mnie prowadził chyba do chuja pana powinien mi takie informacje przekazać, bo taka osoba jest właśnie od tego, jak dupa od srania. Tak samo jak ta baba z VDAB, która oficjalnie w szkole nam miała doradzać i odpowiadać na pytania. Szkoda, że to wszystko tylko teoretycznie, bo w praktyce to babsztyl nawet na mejle nie raczył nikomu odpowiadać. 

Wcześniej się u lekarki zrytowałam z tego samego powodu, bo ona stwierdziła, że ja powinnam tę pracę w ogóle na innych zasadach zacząć po wcześniejszej niezdolności do pracy. Skoro teraz pracuję na pół etatu, to powinnam ciagle dostawać częściowy zasiłek, jeśli wcześniej pracowałam więcej, ale teraz już na to za późno, bo to trzeba było jakieś specjalne formularze wypełnić i specjalną zgodę z funduszu zdrowia otrzymać... O czym, co zdaje się oczywiste, powinien mnie był ów wyżej wymieniony koordynator nie tylko poinformować, ale wręcz pomóc mi to załatwić. No ale ważne że on sam ma cieplutką posadkę polegającą na pierdzeniu w stołek całe dnie, po co miałby robić cokolwiek, wszak wypłata się należy czy się stoi, czy się leży... A gdybym miała wcześniej to uznanie z VDAB, to pracowadca przyjmujący mnie po niezdolności do pracy dostał by też jakiś hajs za to, że taką osobę raczył zatrudnić... Że też człowiek u lekarza rodzinnego albo zupełnie przypadkiem się takich rzeczy dowiaduje, a nie tam gdzie powinien.

No i tak, ja czy Małżonek oraz wielu innych ludzi uczciwie pracujących wyrzucamy sobie, że nie możemy pracować tak wydajnie jakbyśmy chciali, bo zdrowie nam niedomaga, staramy się nie chorować za dużo ani urlopów z byle powodu nie brać, a tymczasem ludzie pracujący w tych wszystkich instytuacjach mających nas maluczkich wspierać, pomagać nam, doradzać mają swoją robotę w dupie. Oni się tam nie szczypią, nie mają wyrzutów sumienia. Oni nawet nie wiedzą za bardzo, co należy do ich obowiązków ani na czym ich praca tak w ogóle polega... Takie mam przynajmniej często wrażenie. Ale kij im wszystkim w oko i chuj na grób. 

Spisałam gruntownie wszystkie rzeczy, które muszę zmienić i dopasować w swoim życiu codziennym, a także te które chciałabym zmienić w pracy, gdyby się tylko dało, a nawet te, które potrzebuję zmienić, poprawić i naprawić w sobie.

Te pierwsze wstępnie omówiłam z Małżonkiem, a w daleszej konsekwencji zamierzam omówić z resztą z Piątki, potem wprowadzić w życie na mocy ustawy Bo-Matka-Tak-Mówi.

Te drugie zamierzam omówić z szefową. Zaraz po niedzieli napiszę do niej na Whatsappie, by się umówić na spotkanie. Zrobiłabym to w tym tygodniu, ale ona była na urlopie... 

Co dosyć niefortunnie się złożyło, bo ona na urlopie, ja nagle 2 tygodnie na wolnym, a inna koleżanka dzień po mnie napisała, że ma zwolnienie do grudnia. 

Czytałam cały czas, co piszą dziewczyny na grupie i widziałam, że musiały się dwoić i troić, by sprostać opiece nad dziećmi. Udało im się zdobyc jakąś jedną, czy dwie wolontariuszki, koleżanki oczywiście zgłaszały się do dodatkowych dyżurów i ciągnęły nadgodziny, uprosiły jakies nauczycielki, by pomogły im w przeprowadzaniu dzieci pomiędzy świetlicą a szkołą, bo czasem wychodziło tak, że jedna osoba musiała przeprowadzić ponad 20 dzieci, co jest niebywale niebezpieczne, a czasem wręcz niemożliwe. Jednym słowem niezłego bigosu narobiłam tym swoim chorobowym. Nie powiem jednak, bym jakoś się bardzo tym przejmowała. Gdybym chodziła do pracy, świetlica lepiej i łatwiej by funkcjonowała, nawet biorąc pod uwagę fakt, że ja pracowałabym w zwolnionym tempie, bo tak właśnie działał mój zmęczony mózg... Jednakże dla mnie by to wcale dobre nie było. Zwolnienie lekarskie jest legalne i tak ktoś to wymyślił właśnie uznając za sensowne i potrzebne... czy się to komuś podoba, czy nie. 

Mnie to zwolnienie bez wątpienia było potrzebne nawet mimo tego, że na zmęczenie jak dotąd mi nie pomogło, a nawet chyba wprost przeciwnie. To wszystko jednak co zdążyłam przemyśleć i spisać było mi potrzebne, bo być może dzięki tym informacjom i pomysłom będę mogła nadal tę pracę wykonywać i wydostać się z tej czarnej dupy. Nie jest to może na 100% pewne, ale warte spróbowania.

Poza tym to złośliwie sobie nawet pomyślałam, że po takiej jeździe, jaką miały koleżanki przez moją nieobecność, to może one bardziej moją obecność teraz doceniać będą...? Mogą mnie też znienawidzić, ale staram się być dobrej myśli chłe chłe.

Kwestią naprawy siebie też już się zajęłam poprzez umówienie się na wizytę u naszej psycholożki. 

Dłużej teraz trzeba czekać, niż poprzednimi razy, bo ponad tydzień, a nie że zaraz na drugi dzień, jak poprzednio, ale za to teraz jest tanio, bo wizyty będą mnie kosztowały tylko 11€, gdyż tej pani udało się uzyskać stosowne certyfikaty, by zostać psychologiem, u którego wizyty (ograniczona liczba) opłacane są przez RIZIV. Standardowa cena wizyty to 70€, z czego nasz fundusz 20€ zwraca. Tyle płaciłam poprzednimi razy, ale teraz chyba bym się nie zdecydowała na wizyty po 7 dych, bo to jednak kupa hajsu, nawet jak się tylko co 2 tygodnie chodzi...

Czego oczekuję od psychologa? Między innymi pomocy w znalezieniu właściwej metody na relaks, walkę ze stresem, innego spojrzenia na moją sytuację i siebie, które to obrazy być może mi umykają; podpowiedzi jak zwolnić swoje życie i jak opanować gonitwę myśli i polepszyć swoją jakość snu. Tak, mam całą długą listę życzeń... ;-)

Kobieta jest w moim wieku i ma ponad 20 lat doświadczenia w zawodzie, a w tym coś koło 10 lat z pacjentami onkologicznymi. Zna się na rzeczy i czuję się u niej bardzo rozumiana, co samo to już warte jest wizyty... Nie wiem, czy we wszystkim mi pomoże, co sobie umyśliłam, ale na pewno jakieś porady i podpowiedzi otrzymam. Dalej już sobie sama pójdę. 

No a poza tym to sobie tak myślę, że w razie gdyby moje zdrowie jednak dalej odmawiało współpracy, a praca okazała się na dłuższą metę niemożliwa, to dobrze jest mieć tu i ówdzie jakieś medyczne dossier grubo zapisane, by w razie biedy starać się o uznanie choćby częściowego inwalidztwa i zasiłku. 

Mam nadzieję, że wcześniej czy później uda mi się w końcu dograć moje ciało do tej czy innej pracy i ze swoim zdrowiem ją pogodzić. Jednak dobrze jest mieć w obwodzie jakiś plan B a nawet C i D, bo nikt nie przewidzi, co los nam przyniesie w darze.

O, i takimi rzeczami zajmowałam się właśnie w tym tygodniu zarówno za dnia jak i w nocy. To drugie było zdecydowanie niezamierzone, nieplanowane i niepożądane, ale z mózgiem nie wygrasz. Jak se postanowi, że o 2 w nocy będzie o czymś myślał, to nic go nie powstrzyma. Mimo tego, że źle sypiałam, starałam się wstawać w miarę rano, czyli nie później niż o siódmej trzydzieści, by zachować swój stały system wstawania i chodzenia spać. W dzień zdarzało mi się poleżeć a nawet podrzemać, ale nie sypiam za dnia prawie nigdy, bo źle się po tym czuję.

Obejrzałam też kawałek Netflixa z Małżonkiem, który też ciągle chorował. Obejrzałam też z Młodym parę filmów. Dokończyliśmy wreszcie szósty sezon Good Doctor. Potem on zaproponował, bym obejrzała z nim stary film Fight Club, który to film on sam już ponoć dwukrotnie sam obejrzał i chciał mi go pokazać. Ja z kolei zaproponowałam mu obejrzenie Lotu, który też mu się spodobał. Na koniec zaczęliśmy oglądać Doktora House'a. Ja oglądałam ten serial, jak dziewczyny były małe, a mała wtedy Najstarsza podglądała czasem operacje, bo wielce ją fascynowały. Młodemu też się spodobał, choć ten uznał, że film jest straszny. Tyle że straszny tak, by tdodawać dreszczyku i tylko bardziej go zachęcać do oglądania.

Zabrałam się ponadto za książkę, która długo czekała na swoją chwilę na naszej półce, ale o tym pisałam już w poprzednim wpisie.

Na przyszły tydzień zaplanowaną mam wizytę u lekarza, bo znowu pora na zastrzyk Decapeptylu. Zapytam też lekarki o te dokumenty do wypełnienia, czy wie coś na temat procedury i czy może je wypełnić, czy lepiej dobijać się z tym do onkologa.

Mam nadzieję, że uda się też umówić z szefową i ustalić pewne rzeczy, na których ustaleniu mi zależy, bym w następnym tygodniu mogła już z czystym sumieniem i spokojem wrócić do pracy i móc ją jak najdłużej wykonywać bez kolejnego chorobowego.

Poza tym chcę sobie spokojnie choć ze trzy zajęcia tak od A do Z dla dzieci przygotować, tak by mieć gotowe, gdy nadejdzie mój dzień zajęć z dziećmi, a w kolejnych tygodniach przygotowywać będę sobie już na zaś z dużym wyprzedzeniem. To by mi dało trochę spokoju.

Mam przeczucie, że nadchodzący tydzień będzie spokonniejszy, ale tego nie przewidzę.

W minionym tygodniu zabazgrałam też już trochę kalendarz na następny rok. No niektóre wizyty u specjalistów już jakiś czas temu tam zapisałam, ale kurde jest już tego trochę: dentysta dla wszystkich po kolei, ortodonta Młodego, no ale to co miesiąc to nic szczególnego, tak samo jak mój zastrzyk, dalej jednak moja mammografia i badanie kości oraz wizyta w klinice piersi, a także kolejna dawka Zomety. W międzyczasie jeszcze okulista dla mnie i Najstarszej. Do innego niż dotąd nas zapisałam, bo ta baba jest jakaś dziwna... Kurde, ja nie widzę już czasem kresek jak rysuję obrazki dla dzieci. Czytam też czasem niemal na macanego. Najwyższa pora odwiedzić specjalistę. Jeszcze do ginekologa nas nie zapisałam (mnie i Najstarszą), a już dawno powinnam to była zrobić... Ale zwyczajnie zapomniałam o tym. Ja to wiadomo, normalnie zwykły przegląd techniczny, a Najstarsza ciągle nie ma okresu, choć ten pierwszy dostała w miarę normalnie jeszcze gdzieś w podstawówce, tyle że potem miewała je raz, dwa razy na rok, ale już nawet to się chyba nie zdarza... 

Poprzednim razem lekarka kazała jeszcze trochę poczekać, brać jakieś witaminy, które jej przepisała i spróbować przytyć, bo - jak powiedziała - żeby miesiączkować, to jednak trzeba mieć trochę ciała, a Najstarsza ważyła wtedy tyle co wróbel i była chuda jak szczapa, co jednak nie jest jakimś wyjątkiem, bo z obu stron swoich przodków chudych szczap nie brakuje. Ja sama do nich należałam w jej wieku, a po porodach to nawet nie mówię - wtedy to byłam chodzący szkielet. Teraz jednak ona już trochę ciała nabrała. Nie, że jest jakoś specjalnie gruba czy coś, ale normalną wagę ma jak na 22latkę, a ciotka jednakże jak nie przyjeżdżała, tak nie przyjeżdża... Przez moje przygody ten problem odszedł w zapomnienie, ale pora by ruszyć coś w tej kwestii. 

W zeszłym tygodniu coach Najstarszej z tej specjalnej jednostki biura pracy (po dłuższej wymianie mejli w tym temacie) powiadomił, że skontaktował się z naszym urzędem gminy w sprawie stażu dla niej w "zieleni", którym była zainteresowana, ale jeszcze nie dostał jednoznacznej odpowiedzi. Co z tego wyniknie, nie ma sensu gdybać, ale ciekawe by to było zapewne dla niej doświadczenie, a nie wykluczone, że nadaje się do takiej pracy... Ona przecie w polu wychowana i zawsze lubiła rośliny, błoto i świeże powietrze... Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, robota w dziale zieleni, to mogła by być całkiem niezła fucha... Na moje oko (często obserwuję ludzi przy pracy) pracują tu mniej więcej tak samo jak w znanych mi gminach w PL, że w sensie w siedmiu jeden krzaczek spokojnie na luzie przycinają, bo jeden tnie, a sześciu mówi mu z której strony piłki ma stać...  ^_^ 

No i taka gmina zwykle ma lepsze warunki i możliwości do zatrudniania osób z niepełnosprawnością, niż jakieś prywatne firmy, gdzie liczy się tylko zysk, zysk i jeszcze raz zysk, a ludzie mają być silni i zdrowi, by zapindalać dzień noc najlepiej bez przerw i jedzenia, czy sikania. 

Najważniejsze, że coś tam jednak w tym systemie najwyraźniej się mieli. Może i bardzo powoli, ale się mieli. Kto wie, może jak uzbroimy się w cierpliwość to nawet kiedyś coś zatrybi i ruszy z miejsca.

Najstarsza póki co żyje sobie powoli. Chodzi sobie na długie spacery, czasem coś upichci, od czasu do czasu świniom posprząta albo i w innej części domu, naczynia pozmywa,  pranie z pralki do suszarki przełoży, a potem poskłada... Ona potrafi wiele i , co ważniejsze, z chęcią wszystko robi, tyle że trzeba jej o tym powiedzieć, a potem jeszcze przypomnieć, bo jej mózg ma problemy z koncentracją i organizacją życia codziennego, ale trzeba też przyznać, że to się ciągle poprawia, ciągle ewoluuje. Powoli do przodu.

Na koniec trochę obrazków z okolicy do pooglądnia.





purchawka



fioletowe grzybki













różowe grzybki










cały świat w kropli wody




leśne ściezki




idzie na dysc


w żółtych płomieniach liści

listopad w Belgii

las był piękny, a słonko świeciło

przelazłam przez całe kukurydzisko, by zrobić to zdjęcie

spektakularne niebo




placek na oleju

Benia i Gęsia

Rico 

Chica Kogucik piejący

Chica na grzędzie 

czarne kury

całe stadko

dziewczęta

Chica zaglądający przez okno do kuchni





8 sierpnia 2023

Eutanazja, dobrze że jest...

Dawno nie było na moim blogu niczego poza moim pamiętnikiem. Dawno nie poruszałam żadnego ważnego tematu, a jakiś miesiąc temu napisałam ten tekst.... Pora, by ujrzał światło dzienne. 

EUTANAZJA


Eutanazja w Belgii, jak to wygląda.

W naszym kraju eutanazja jest legalna. Belgia była zaraz po Holandii drugim krajem na świecie, które takie prawo wprowadziła. I tak od września 2002 roku pacjenci mogą w niektórych okolicznościach poprosić lekarza o zgodę na zakończenie ich życia. Od 2014 o eutanazję mogą też ubiegać się dzieci. 

https://www.health.belgium.be/nl/gezondheid/zorg-voor-jezelf/levensbegin-en-einde/euthanasie

Czym jest eutanajza? To pozbawienie drugiej osoby życia na jej własne życzenie. Wykonawcą zawsze jest lekarz i eutanzja nie jest absolutnym prawem pacjenta, a tylko możliwością - można o nią poprosić, ale nie można się jej domagać. Każdy lekarz może odmówić zezwolenia na eutanazję, nawet jeśli wszystkie warunki do jej wykonania są spełnione. 

Eutanazja jest dozwolona tylko wtedy, gdy pacjent znajduje się w stanie beznadziejnym (z medycznego punktu widzenia) stanie fizycznego lub psychicznego cierpienia, któremu nie można zaradzić i jest wynikiem cięzkiej nieuleczalnej choroby lub wypadku. W przypadku dzieci nie jest dozwolona eutanzja z przyczyn psychicznego cierpienia i muszą na nią wyrazić też zgodę prawni opiekunowie dziecka.

Prośba o eutanazję musi być całkowiecie samodzielna, dobrowolna (bez sugestii osób trzecich), świadoma i wielokrornie ponawiana. Osoby trzecie (np rodzina) nie mogą prosić o eutanzjaę dla nikogo (np osoby w śpiączce).

Eutanazja wykonywana jest przez lekarza prowadzącego przeważnie w obecności pielęgniarki. Pacjentowi podawany jest szybko działający środek nasenny i zwiotczający mięśnie, po czym następuje zatrzymanie oddechu i serca, co trwa kilka minut. Przy zabiegu mogą być obecni bliscy krewni, gdy pacjent wyrazi takie życzenie

Wyrażenie woli wykonania eutanazji w razie nieodwracalnej śpiączki

Prawo belgijskie umożliwia ponadto każdemu złożenie prośby o eutanazję w razie  nieodwracalnej śpiączki. Takie oświadczenia dokonuje się w swoim urzędzie gminy w obezności dwóch dorosłych świadków, z których co najmniej jeden nie będzie miał żadnych korzyści ze śmierci składającego owo oświadczenia (jak spadek itp). Można przy tym wskazać jedną lub więcej osób, które w razie śpiączki powiadomią lekarzy o tej prośbie. Wszyscy oczywiście podpisują stosowne orzeczenia. 

Tutaj znajdziecie stoswny formularz: prośba o eutanazję w razie śpiączki.


Podcast dziennikarki i artystki na temat eutanazji

Media opowiedziały nam jakiś czas temu o niejakiej Elien Vervaet, która nagrała podcast na temat eutanazji, by w ten sposób przełamać tabu. Wysłuchałam tego podcastu i postanowiłam ten temat poruszyć też na moim skromnym blogu, bo uważam że jest bardzo ważny, a faktycznie bardzo mało się o tym mówi. Jak już się mówi, to na zasadzie wyzywania się wzajemnego tych co są za i tych co przeciw (ale figę o tym wiedzą), pomijając kompletnie zdanie, tych których to na prawdę dotyczy....

Elien wyraziła swoje zdanie jako osoba, której to dotyczy. Co więcej pozwoliła wypowiedzieć się innym, których to dotyczy.

Kim jest, a raczej była, Elien? Piękną młodą 24-letnią kobietą, dziennikarką radiową, fotografką i aktorką, która po kilka latach walki z ciężką depresją w końcu otrzymała zgodę na eutanazję. Tutaj jest jej strona, gdzie możecie sobie m. in. obejrzeć jej zdjęcia, czy wysłuchać rzeczonego podcastu (jeśli władacie w miarę sprawnie niderlandzkim oczywiście). https://elienvervaet.com/

Elien porównuje siebie do pięknego motyla, który mimo tego że jest tak piękny, radosny i sympatyczny, bardzo krótko na tym świecie żyje. 

Mówi, że ciągle cierpi okropnie. Mówi, że próbowała wszystkiego, co dało się zrobić, testowała różne leki, prosiła wiele osób i różne instytucje o pomoc i walczyła kilka lat dzielnie ze swoją depresją, ale nie udało jej się nic wiele wskórać. Straciła nadzieję. Nie chce już żyć. W końcu poprosiła o eutanazję i po długim czasie otrzymała na nią zgodę. Wtedy postanowiła nagrać ten swój podcast. 

Chciała przed swoją śmiercią nakłonić ludzi do częstrzego poruszania tematu eutanazji i cierpienia przede wszystkim młodych ludzi, by ludzie nie wstydzili i nie bali się o tym mówić głośno, by nie musieli zmagać się ze swoim cierpieniem i wątpliwościami w samotności. Nie chodzi jej bynajmiej o nakłanianie kogokolwiek czy w ogóle jakiekolwiek promowanie eutanazji. Nie, ona pokazuje eutanazję taką jaka jest. 

W swoim podcaście daje głos ludziom ze swojego otoczenia - specjalistom, przyjaciołom, rodzicom, cioci, przypadkowym ludziom zaczepionym na ulicy. Każdy z nich mówi, co czuje i jak odbiera jej decyzję i eutanazję w ogóle. Bliscy mówią o bólu, cierpieniu, śmierci, o trudnych emocjach, ale ze spokojem, pogodzeni i przygotowani najlepiej jak się da na taką okoliczność, jaką jest świadome odejście bliskiej znajomej osoby. Wszyscy ją wspierają i starają się zrozumieć, choć zrozumienie drugiej osoby, gdy nie jest się nią i nie czuje się tego, co ona czuje, jest czasem zupełnie niemożliwe, a zawsze bardzo trudne. Najbliższe Eliene osoby mówią o tym, że patrzyły przez ostatnie lata na jej cierpienie i na jej walkę z chorobą. Mówią o swoim wsparciu i miłości do Eliene. Szanują jej decyzję, choć jest ona dla nich bardzo ciężka i bolesna. Podziwiają jej odwagę i siłę bo wiedzą, że dla niej ta decyzja też jest strasznie trudna.

Warto było usłyszeć taki głos w tej ważnej sprawie, a w zasadzie głosy. Głosy różnych ludzi, których eutanazja mniej lub bardziej bezpośrednio dotyczy. Dało mi to sporo do myślenia i do czucia.

Elien odeszła 9 lipca, po 6 latach walki z ciężką depresją, kiedy to odwiedzała różne szpitale, testowała najróżniejsze terapie, które zlecali jej terapeuci. Nic nie pomagało.

O eutanazję ubiegają się rzadko osby młode, zatem Elien była raczej wyjątkiem pod tym względem. 

W 2022 z eutanacji w Belgii skorzystało  ok 3000 osób, z czego tylko około 1,2% byli to ludzie poniżej 40.

Co ja myślę na temat eutanazji?

Od dawna powtarzam, że cieszę się, iż mieszkam w kraju, w którym jest to legalne i dozwolone w określonych warunkach. Szczególnie teraz, odkąd usłyszałam swoją diagnozę "rak". Słysząc słowo rak w kontekście swojej własnej osoby człowiek bowiem zaczyna rozważać różne okoliczności związane z cierpieniem i śmiercią, które przez taką diagnozę nagle bardziej interesujące się wydają i bliższe. Nawet jak ci dadzą do zrozumienia, tak jak mnie, że mam 70% na przeżycie najbliższych pięciu lat, to jednak cień Kostuchy i, co gorsza, potencjalnego cierpienia czuje się na od czasu do czasu systematycznie na pysku i duszy...

Śmierci jako takiej się nie boję, ale cierpienia już tak. Boję się też cierpienia istot, które są mi bardzo bliskie.

Był taki czas, że intensywnie myślałam o zakończeniu swojego żywota. Jak ktoś dysponuje choć odrobiną empatii i inteligencji, zapewne domyśli się, że to nie był czas dla mnie cukierkowy. Był to czas, a w zasadzie czasy, bo nie był to jednorazowy pomysł, piekielnie trudny, straszny i bolesny. I wiecie co? Dziś z perspektywy patrząc, czasem żałuję, że się nie złożyło... Dziś by o mnie już pewnie nawet nikt nie pamiętał, świat beze mnie kręcił by się tak samo jak kręci się ze mną, tylko moja czasoprzestrzeń w inny sposób by się wypełniła. Tylko ja nie musiałabym się dziś już z niczym użerać, niczym przejmować, nikt  by nie miał ze mną problemu, nikomu bym nie wadziła, nikt by nie musiał mi w niczym pomagać ani mnie słuchać,  bo bym po prostu nie istniała. No ale dobra, aktualnie żyję i mam się w miarę dobrze. Opowiadam o tym tylko dlatego, by odnieść się do samej kwestii istnienia jako takiego, które jest jednym z wielu aspektów eutanazji.

Jestem osobą niewierzącą i dla mnie życie zaczyna się i kończy na planecie Ziemia. Nie wierzę ani w reinkarnację, ani życie pozagrobowe, ani w żadne inne czary-mary, a już na pewno nie w psychopatyczne złośliwe bóstwa, które wymyślają dla mnie głupie makabryczne challenge, a potem siedząc na chmurce śledzą każdy mój krok i czytają me myśli, by przyznawać mi punkty i mnie rozliczać z wszystkiego, co zrobiłam nie po ich myśli, choć nigdy mnie o zasadach swojej głupiej gry nawet nie raczyli ponformować. 

A w kwestii eutanazji, jak wiadomo,  wiara w mniej lub bardziej psychopatyczne bóstwa ma ogromne znaczenie. Nie mam nic do wierzących, dopóki trzymają swoją wiarę z dala od mojego życia, mojego ciała i moich przekonań. Wierzcie sobie w co tam chcecie, ale nie mierzcie mnie swoją miarą i pozwólcie mnie i każdemu innemu wierzyć w co chce i decydować o swoim życiu wedle swojej własnej wiedzy i potrzeb. 

Dla mnie prawo do eutanazji jest bardzo wporządku, jest bardzo potrzebne i ważne. Oczywiście, o ile nie jest nadużywane, a znane są przypadki sugerowania np cierpiącym osobom starszym prośby o eutanazję... No ale nie mówimy tu o łamaniu prawa i nadużyciach. Mówimy o samej możliwości.

Gdyby nadszedł taki moment w moim życiu, że już będzie bardzo źle, że będę cierpieć ból nie do wytrzymania, a lekarz powie, że już nic nie da się zrobić, że mogę tylko czekać na śmierć w koszmarnym cierpieniu, to ja chcę mieć wtedy możliwość skrócenia tej drogi. Chcę móc poprosić o śmierć.

Jeśli ktoś lubi i z jakiegoś powodu chce cierpieć, niech sobie cierpi. Jego wola. Jeśli ktoś uznaje, że byłby dumny z tego, że np  przez kilka miesięcy, lub jeszcze lepiej lat ,leżał by przykuty do łóżka, cierpiąc niemiłosiernie i do tego wymagając poświęcenia wielu innych osób, które będą go myć, podcierać, wynosić jego kupy, karmić i które w mnejszym lub większym stopniu będą ze swojego życia dla niego zrezygnować i jeszcze patrząc na jego cierpienie samemu ogromnie cierpieć no to gratuluję.... Ja nie czuję w sobie ani tyle odwagi, ani sił, ani tym bardziej bezduszności. 

Uważam, że każdy człowiek powinien mieć możliwość godnego bezbolesnego odejścia z tego świata. To czy z tej możliwości skorzysta powinno od niego samego zależeć.

Niektórzy uważają, że eutanazja to zalegalizowanie samobójstwa. No można i tak na to spojrzeć... Tyle tylko, że najsampierw dobrze jest się dokładnie przyjżeć warunkom eutanazji: nieuleczalna choroba, cierpienie nie do zniesienia, kilkukrotne ponawianie prośby... Elien czekała trzy lata, zanim otrzymała swoje zezwolenie.

To nie jest tak, że eutanazja serwowana jest wszystkim znudzonym życiem na prawo i lewo. Eutanazję przeprowadza się w jasno określonych, wyjątkowych  okolicznościach.

No ale dobra, pociągnijmy temat samobójstwa...

Przyznajcie się teraz tak z ręką na sercu, czy w ogóle kiedykolwiek tak na prawdę zastanawialiście się nad samobójstwem? Nie, że wy sami, tylko ogólnie, jak to jest popełnić samobójstwo.

Z tego co czasem czytam gdzieś tam w komentarzach i co słyszę przy okazji samobójstw, to niektórym się wydaje, że ludzie ot tak nagle pod wpływem chwili wręcz dla fanaberii albo z nudów odbierają sobie życie, bo, jak dalej twierdzą wszystko wiedzący, przecież nie mieli żadnego powodu. No wiadomo, inni najlepiej zawsze wszystko wiedzą na czyjść temat niż sam zainteresowany...

Zastanówcie się teraz tak czysto teoretycznie, zupełnie bezpodstawnie, że chcielibyście zakończyć swój żywot albo komuś innemu doradzić.... a nie czekaj, czekaj... Z połowę czytających te słowa pewnie nie raz już komuś radziło "pierdolnięcie sobie w łeb" czy tam podobne takie rozwiązania.

A pomyśleliście wtedy, co by było, gdyby ten ktoś serio sobie strzelił w głowę? Potraficie sobie wyobrazić taką sytuację, że oto wchodzicie do pokoju swojego czy kogoś znajomego, a tam czyjś mózg na ścianie, na wszystkim i ten ktoś, wasz znajomy ma dziurę w głowie, nie żyje, bo zgodnie z czyimś zaleceniem strzelił sobie w łeb...?

Albo wisi u sufitu w waszej łazience. Celowo piszę "waszej", bo ludzie mają to do siebie, że wyobrażają sobie zawsze i święcie są o tym przekonani, że TAKIE RZECZY IM SIĘ NIGDY NIE PRZYTRAFIĄ, bo oni tacy nie są i ich znajomi ani rodzina tacy nie są. A żebyście się nie zdziwili...

Orientujecie się choć z grubsza, jakie są objawy śmierci przez powieszenie i jak wygląda wisielec? Nie? Ja mam dziwne zainteresowana i sobie poczytałam... Wrażnie ponoć niezapomniane.

A jakby tak ktoś skacząc z mostu akurat przed wasze auto spadł i byście na niego najechali...? 

Albo z wieżowca, w którym akurat zakupy w galerii robiliście...? I krew jego oraz mózg ochalapały by wam laczki...?

Albo przed pociąg, którym jechaliście na wakacje, a wasz sąsiad kolejarz akurat by siedział w lokomotywie i widział to i nic nie mógł zrobić...?

Nadal uważacie, że eutanazja to to samo co samobójstwo?

Połknięcie tabletek wydaje się być najmniej okrutne dla innych, ale też mniej skuteczne. Każdy kto ma dość życia, orientuje się w zaletach i wadach poszczególnych metod. Ja piszę o nich, by pokazać różnicę, ale też po to, by poruszyć temat odbierania sobie życia z takich czy innych powodów, by skłonić do myślenia i do przestania udawania, że temat nie istnieje i że was na pewno nie dotyczy. Bo istnieje i dotyczy każdego. No chyba że twierdzicie, iż nie znacie i znaliście nigdy nikogo, kto myślał o odebraniu sobie zycia, próbował odebrać sobie życie albo sobie życie odebrał. W co nie uwierzę, no sorry.

Nieudane próby odebrania sobie życia nie rzadko kończą się niepełnosprawnością fizyczną lub umysłową, co tylko pogarsza sytuację.

Udane jak i nieudane proby samobójcze są szokiem i traumatycznym przeżyciem dla bliskich.

Pewne jest jedno. Każdy kto myśli o zakończeniu życia, musi mieć ku temu powód. Każdy potrzebuje wtedy najbardziej pomocy, zrozumienia, wysłuchania, wsparcia. Nie każdy je otrzyma i nie każdemu to pomoże i nie każdemu wystarczy, ale fajnie gdyby ludzie częściej chcieli innych słuchać, innych zauważać i zawsze drugiego próbowali zrozumieć, a nie tylko oceniać wszystkich według siebie.

Nieuleczalnie chore i nieludzko przy tym cierpiące osoby to bardzo wyjątkowa grupa. 

Większość ludzi, moim zdaniem,  chce żyć, chce pracować, spotykać się z przyjaciółmi, cieszyć się dziećmi, wnukami, rodzeństwem, partnerem, chcą podróżować, czytać, oglądać filmy, słuchac muzyki, bawić się, odkrywać świat... 

Większość ludzi w każdym wieku chce żyć. Po prostu żyć, istnieć, zmagać się z problemami, podejmować wyzwania. Większosć ludzi nie chce umierać, nie chce odchodzić, nie chce zostawiać nikogo i niczego. Bo taka jest nasza natura. 

Tak samo jak wszystkie pozostałe zwierzęta, my ludzie zawsze walczymy o życie, o życie swoje i najbliższych. Jesteśmy gotowi wiele wycierpieć, wiele znieść, by móc żyć.

Ludzie nie proszą o śmierć z byle powodu.

 Ludzie nie narażają bliskich na cierpienie z byle powodu. 

Ludzie nie zostawiają wszystkiego, co kochają z byle powodu.

 Ludzie nie proszą o eutanazję z byle powodu. 

Uważam, że brak legalnej eutanazji nie powstrzyma ludzi cierpiących przed zakończeniem swojego życia, gdy tylko znajdą sposób i dość odwagi. Tyle że zrobią to korzystając np z którejś z wyżej wymienionych makabrycznych metod, niespodziewanie, nagle, narażając najbliższych na traumatyczne przeżycia i szok.

Przykład Elien mówi nam, że dzięki eutanazji można odejść z godnością, można siebie i najbliższych na ten moment przygotować. Oczekiwanie na eutanazję jest poza tym dosyć długie i człowiek jest pod opieką specjalistów, więc jest też czas, by się rozmyślić, by zmienić zdanie.

Uważam, że dobrze by było, gdyby ludzie o tym wszystkim częściej rozmawiali, zarówno o eutanazji, jak o myślach samobójczych, o śmierci ogólnie, o depresji, o problemach ogólnie. Byśmy się wzajemnie wszyscy próbowali zrozumieć, poznać różne punkty widzenia i siedzienia, byśmy otwarcie mogli opowiedzieć o swoich problemach i nie zostać wyśmianym, wyszydzonym, odizolowanym, a byśmy dostali pomoc, wsparcie czy przynajmniej cierpliwe ucho, które nas wysłucha.


23 kwietnia 2023

Śmieci we Flandrii, jak segregować, gdzie, co i jak wyrzucać?

Od dawna zbierałam się do spisania informacji na temat śmieci w Belgii. Nie wiem co prawda, czy kogokolwiek to obchodzi, ale już nie raz się przekonałam, że ludzie najdziwniejszych rzeczy na tym blogu szukają... a poza tym taką mam akurat fantazję, by o śmieciach pisać.

Co robimy ze śmieciami we Flandrii?

Przede wszystkim śmieci należy segregować i pozbywać się ich w legalny uczciwy sposób. 

Wszystko, co nadaje się jeszcze do użytku najlepiej sprzedać, oddać do Kringwinkel lub jakiejś organizacji, by dać rzeczom drugie albo i trzecie, czy czwarte życie. 

Za odbiór śmieci we Flandrii odpowiadają gminy lub spółki międzygminne, przy czym każda gmina ma własne przepisy i regulacje dotyczące odbioru śmieci. Spora część śmieci odbierana jest jednak przez firmy spod domu. Z innymi trzeba się pofatygować do specjalnego kontenera, a jeszcze inne odwieźć do parku recyklingu, sklepu czy innego miejsca. 

Przy czym pamiętać należy, że worki wystawiamy przed dom po godzinie 18 lub wcześnie rano.

Jeśli idzie o segregowanie śmieci, Flandria ma ogólne jednolite zasady, ale w szczegółach  gminy mogą się odrobinę różnić w zależności od możliwości danej gminy. Dokładne informacje trzeba sprawdzić w swojej gminie. Tam też dostaniecie kalendarz odbioru śmieci oraz adekwatne worki.

O sortowaniu śmieci opowiem na podstawie mojej gminy. W innych będzie podobnie, ale - jako się rzekło - detale mogą się różnić.

I tak, u nas szkło wynosi się do specjalnych kontenerów ustawionych w każdej wiosce. Papier wystawiamy przed dom w dniu odbioru zwyczajnie luzem, czyli zwykle w kartonach, czy papierowych torbach. Na pozostałe odpady są specjalne worki. Worki te kupujemy w urzędzie gminy lub wybranych sklepach w swojej okolicy. Uwaga, inne worki nie zostaną odebrane spod waszego domu! Worki z niewłaściwą zawartością też mogą zostać nieodebrane, gdy tylko zostanie zauważone coś niewłaściwego w danym worku. Podobnie, gdy worek będzie np za ciężki. 

W wielu sklepach są punkty odbioru baterii, czy drobnych sprzętów elektrycznych, w niektórych miejscach można zostawić butelki z olejem po frytkach, a przeterminowane leki oddamy w swojej aptece. 

Worki na śmieci

W naszej gminie mamy aktualnie specjalne worki na: śmieci mieszane (worki czarne), na PMD (worki niebieskie), GFT (worki zielone), worki na psie kupy, worki na pieluchy. 

Ceny worków na śmieci w naszej gminie:

Czarne odpady mieszane.

60L - 20€ za rolkę (10 worków)

30L - 10€ za rolkę (10 worków)

15 L - 5€ za rolkę (10 worków)

Niebieskie PMD

60L - 3 € za rolkę (20 worków)

100L - 5€ za rolkę (20 worków)

Zielone (prawie białe) GFT

5 rolek na rok dla rodziny gratis, potem 3,5€ za rolkę (10 worków) 


Jak należy segregować śmieci we Flandrii?

GLAS (szkło)

kontenery na szkło i ubrania oraz nielegalnie pozostawione śmieci


Szkło wrzucamy do specjalnych kontenerów - segregując osobno szkło kolorowe, osobno białe. Szkło wrzucamy do kontenerów tylko w określonych godzinach, by nie przeszkadzać hałasem ludziom mieszkającym w pobliżu (nie wolno tłuc się po nocy). Nie wolno też zostawiać szkła pod kontenerem, co niestety ludzie czasem robią. Gdy kontener jest pełny, zabieramy szkło do domu, by wyrzucić po opróznieniu kontenera. Słoiki i butelki muszą być puste. Mycie ich nie jest wymagane.

TAK! Zdj. ze str. fotplus.be

Do kontenerów na szkło NIE WRZUCAMY: szkła żaroodpornego, szkła kryształowego, terakoty, żarówek, luster ani nakrętek plastikowych czy kapsli (miejsce tych ostatnich jest w workach PMD)


NIE! zdj. https://www.fostplus.be


PMD (Plastiek, Metaal, Drankartons - plastik, metal, kartony po napojach)

Opakowania plastikowe, metalowe i kartony po napojach zbieramy do niebieskich worków zakupionych w swojej gminie.  

Do nowych niebieskich worków wrzucamy

- plastikowe butelki, flakony, tubki, pojemniczki, tacki, folie, worki

- metalowe puszki po konserwach i napojach, zatyczki i zakrętki, aluminiowe tacki i pojemniki, puszki po sprayach 

- kartony po mleku, soku, zupie, śmietanie…

- kapsułki do automatów kawowych (od stycznia 2023)

Przy czym nie wkładamy jednego pojemnika do drugiego, bo maszyny sortujące nie ogarną tego.

Butelki spłaszcamy wzdłuż (nie robimy z nich kulki) i zakręcamy.

zdj. https://www.fostplus.be

zdj. https://www.fostplus.be

zdj. https://www.fostplus.be


Nie wrzucamy do worków PMD: opakowań składających się z dwóch materiałów, opakowań po produktach trujących, opakowań po oleju motorowym, smarach, pestycydach, materiałach palnych, kleju, farbie, silikonie, opakowań o pojemności większej niż 8L, styropianu, innych plastikowych rzeczy jak wiadra, zabawki etc.

Gdy butelka plastikowa po np żelu do wc ma tzw bezpieczną zakrętkę, musimy wyrzucić ją do KGA w parku recyklingu, gdy ma zwykłą, można wyrzucić do PMD (pustą, z resztkami produktu zawsze do KGA)

NIE! zdj. https://www.fostplus.be

NIE! zdj. https://www.fostplus.be


NIE! zdj. https://www.fostplus.be

NIE! zdj. https://www.fostplus.be

Gdyby kogo ciekawiło, jak odbywa się proces sortowania PMD w Belgii, niech spojrzy ma wideo.



Papier i karton

Papier i karton wystawiamy w wielu gminach przed dom w pudełkach lub papierowych workach czy torbach. Można go też zawieść do parku recyklingowego, gdzie papier oddamy gratis.

Do papieru wyrzucamy kartony, gazety, papier do drukarki i wszelakie inne papiery, ale także pudełka po jajkach (oczywiście nie plastikowe).

TAK! zdj. https://www.fostplus.be

Nie wolno wyrzucać do papierów, opakowań brudnych czy zatłuszczonych, celofanu, zdjęć, tapet ani aluminiowych folii. Pudełek nie wolno sklejać taśmą samoprzylepną. Niektóre paragony ze sklepów (papier termiczny) też nie nadają się do tych odpadów - papier termiczny rozpoznamy po tym, że po przerysowaniu go paznokciem, zobaczymy czarny ślad. 

NIE! zdj. https://www.fostplus.be

GFT Groente- Fruit- Tuinafval (odpady warzywn-owocowo-ogrodowe, czyli kompostowe). 

Wystawiamy przed dom w specjalnych workach. Nowe worki są zwykle biodegradowalne i są przerabiane z kompostem.

Do worków GFT wrzucamy: 

- resztki jedzenia (zarówno obierki, jak gotowane resztki z obiadu, resztki mięsa i ryb, ale bez kości, resztki chleba, sera)

- skorupki z jajek

- fusy z kawy i papierowe filtry

- drobne odpadki ogrodowe, jak trawa, liscie, drobne gałązki i trociny

- nawóz od małych zwierząt domowych jak królik, czy świnka morska

- rośliny doniczkowe razem z ziemią

- ręczniki papierowe

Nie wrzucamy: sosu, tłuszczu, torebek z herbaty i kawy, kości i muszelek, ziemi, piasku, wypełnienia kociej kuwety, nawozu dużych zwierząt.

Pozostałe odpady domowe zbieramy do czarnych worków na odpady mieszane.

https://vlaco.be/sites/default/files/generated/files/news/sorteerwijzer-lr.PDF

KGA - Klein Gevaarlijk Afval (drobne niebezpieczne odpady)

Drobne niebezpieczne odpady odwozimy do parku recyklingu.

Należą do nich: 
farby, lakiery, kleje, etc
kardridge do drukarki, 
produkty żrące, łatwopalne, kwasy, pestycydy, etc
baterie i akumulatory,
igły do strzykawki (w specjalnych kontenerkach dostępnych w aptekach)
detektory dymu,

W niektórych sklepach, szkołach, urzędach znajdują się punkty odbioru baterii.

Oleje i tłuszcze

Używane oleje zbieramy do butelek i odwozimy do parku recyklingu lub specjalnych punktów, czy kontenerów w swojej okolicy, gdzie oddajemy je gratis.

kontenery na zużyty olej do smażenia pod sklepem Carrefour


Elektryczne urządzenia i aparaty.

Czyli telefony, suszarki do włosów, lodówki, czy lampy

- można oddać za darmo podczas zakupu nowego sprzętu w sklepie (także podczas zakupu z dostawą do domu stary sprzęt jest odbierany, z tym że w niektórych sklepach trzeba to zgłosić przy zakupie i czasem są naliczane opłaty)

- można oddać do Kringwinkel, gdy sprzęt jest sprawny (duże rzeczy są odbierane z domu za darmo)

- można oddać za darmo w recyclagepark (park recyklingu) lub recupel-inzamelpunt (czyli np w niektórych sklepach, szkołach , firmach); w przyszlości mają też być drobne sprzęty odbierane przez listonoszy

Gdzie wyrzucamy niezużyte leki i opakowania po lekach w Belgii?

 Resztki przeterminowanych i niezuzytych leków zanosimy do swojej apteki (bez kartonowych pudełek i ulotek).

Opakowania po lekach sortujemy:

Puste blistry po tabletakch wrzucamy do czarnych worków. 

Szklane butelki po syropach do szkła, plastikowe do PMD. 

Pudełka kartonowe i ulotki wrzucamy do papierów. 

Igły, zdjęcia rentgenowskie, resztki kosmetyków czy chemikalii odwozimy do parku recyklingu (KGA) 

Parki recyklingu.

W naszej gminie (podobnie pewnie w wielu innych) jest park recyklingu, do którego możemy zawieźć samodzielnie większość śmieci. Zarówno te wyżej wymienione, jak i inne. U nas aktualnie wizytę w parku recyklingu trzeba sobie zabukować przez internet. Do parku nie wjedzie nikt spoza gminy, a każda wizyta jest odnotywana automatycznie w systemie. 
Wjazd do parków recyklingu blokują często szlabany otwierane przez zeskanowanie dowodu osobistego lub zczytanie rejestracji samochodu.
Niektóre śmieci możemy zostawić za darmo, za odbiór innych należy zapłacić.
 
U nas wygląda to tak, że przezd wjazdem na teren płatny  jest szlaban, który otwiera się za pomocą dowodu osobistego. Wtedy system zczytuje i notuje nasze dane, a nasz pojazd jest ważony. Potem rozładowujemy nasz "dobytek" do poszczególnych kontenerów dzieląc wszystko na drewno, metal, plastik etc. Jest tam zawsze obecny pracownik, którego można się poradzić i doinformować, co-gdzie- jak. 
Po rozładowaniu zmierzamy do wyjazdu, gdzie nasz pojazd jest ponownie ważony i obliczana jest cena, jaką musimy zapłacić, by otworzył się kolejny szlaban. Płacimy kartą i możemy opuścić park.

Na tej stronie znajdziecie alfabetyczną listę (po nl) poszczególnych rzeczy wraz z informacją, jaki to rodzaj odpadów. Przydatna ściągawka przed wizytą w parku recyklingu i nie tylko.

https://www.ivio.be/nl/afval-sorteerwijzer?l=B

Polecam też wszystkim mieszkajacym w Belgii apkę Recycle! Znajdziecie w niej kalendarze i miejsca odbioru śmieci w swojej okolicy a także wszystkie zasady sortowania tychże w Belgii. 

kosz na psie kupy

Inny mój wpis o śmieciach znajdziecie tutaj

tutaj pisałam o rzecach używanych, sklepach, darmowym odbiorze, pchlich targach i tym podobnych. 


Inne Linki (źródła):

https://www.vlaanderen.be/afvalinzameling-en-sorteren

https://www.fostplus.be/nl/sorteren/sorteren-bij-je-thuis#pmdsorteren

https://www.ivio.be/nl/afval-sorteerwijzer?l=B

https://www.merchtem.be/afval