Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radioterapia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radioterapia. Pokaż wszystkie posty

23 września 2022

O skutkach ubocznych radioterapii i o raku u zwierząt

 Nie dawno niefrasobliwie oznajmiłam, że radioterapia nic mi nie zrobiła, ale okazuje się, że to jest bomba z opóźnionym zapłonem, jeśli idzie o efekty specjalne. 💣 No hmm, niby przebąkiwali w informacjach szpitalnych, że skutki mogą się objawiać do dwóch tygodni po zakończeniu zabawy, ale puściłam to mimo uszu i oczu. Niemądrze! A właśnie minęło 2 tygodnie i proszę… 

W poniedziałek, jak byłam u mojej onkolog, jeszcze było w miarę. Nawet zapomniałam jej w zamieszaniu spytać o alternatywne smarowidła. Ona sama temat poruszyła i przypomniała, by kilka razy dziennie smarować kremem i powiedziała, że te wszystkie niedogodności skórne trwają do kilku tygodni. No to okej, poczekam, nie zesram się. Raz to mi skóra na słońcu tak sfajczyła, że - jak to mówią - trzeba było spać na wieszaku?  A to tak samo wtenczas wyglądało. Żaden tam szał. 

Potem zajęłam się tematami powrotu do pracy i chorym zwierzakiem, które zaabsorbowały mnie i uwięziły moje myśli na kilka dni. I nocy. Bo nawet obudzona na siku od razu myślę o wszystkich problemach. Mój mózg już taki jest. Beznadziejny.

Wczoraj przy porannym smarowaniu zauważyłam małą sączącą się rankę pod pachą, ale małą ranką się przeco przejmować nie będę. Kolejnego poranka to już nie była ranka tylko rana. Tam pod pachą, gdzie jest blizna po mastektomii, jest najgorzej. Widzę, że skóra zaczęła też przeciekać w innych miejscach. No kurde, panie, ja nie mam czasu na takie pierdolety!  Niby to mi nic specjalnie nie robi, poza tym że obrzydliwie wygląda i się paprze od czasu do czasu. W sensie, że nie boli ani nawet nie piecze za bardzo, no ale wygląda iście horrorowato, ohydnie, fuj fuj fuj. Najbardziej jednak obawiam się jakiegoś ewentualnego zakażenia, bo kto wie, co z takiego syfu może się wytworzyć. Najgorzej, że nie miałam w ogóle pomysłu, jak te cieknące dziury zabezpieczyć…? Miejsce zjarane rentgenem ma jakieś 20x20 cm tak 𝝿 x 👁. Lepca do tego przecie nie przyklei. Zatem…?! Zatem trzeba było pójść do znachorologa się spytać.

Doktor przepisał mi spray do przemywania, brzydkie brązowe kompresy z iso-betadiny i specjalne grube kompresy zabezpieczające te brzydkie kompresy, a do tego specjalny papierowy porowaty lepiec do ich przyklejania do skóry. Kleić należy jednak do zdrowej skóry. Pytał się, czy potrzebuję pielęgniarki, alem mu odrzekła, że w domu tyle ludzia, to może któren poradzi z robieniem mi tego zmyślnego opatrunku. No przeco nie będę jakiejś biednej baby do jakiegoś głupiego kompresu ciągać do domu 2 razy dziennie, no panie! Pielęgniarki i tak mają od ciula roboty z poważniejszymi sprawami. 

Daliśmy rady z małżonkiem.

Ostatnie dni mam wrażenie, że żyję w chaosie. Większym niż zwykle. Mam straszny nieporządek w głowie przez co nic mi nie idzie i często mam lagi systemu.  

Z Buśkiem spędzałam sporo czasu. Co chwilę zaglądałam do niego, głaskałam i próbowałam karmić różnymi rzeczami i różnymi metodami. Mozolnie to szło. Przynosiłam koniczynkę i podawałam mu po jednym listku. Czasem chciał, czasem nie. Wtedy odwracał łebek. Próbowałam wtedy listek mięty, listek bazylii, krwawniku, cykorię, kawałeczek banana, ogórka, jabłka. Tarłam marchew i podawałam po jednym paseczku. Czasem wziął to, czasem tamto, czasem nic, a innym razem cały zestaw przeżuł powoli i zeżarł. Jakoś chyba na trzeci dzień po odwiedzinach u weta czuł się jakby i wyglądał lepiej. Zjadł tego dnia sporo różnych rzeczy. W tym nawet parę ździebełek siana. Następnego dnia jednak powrócił do wcześniejszego gorszego stanu. I w nim pozostał. Do kolejnej wizyty u weta… 💔

Zgadnijcie, co było tak na prawdę świnkowi? Do trzech razy sztuka. Trzy litery, na r się zaczyna i w ostatnich wpisach na tym blogu często się to słowo pojawia. 

Miał raka w pyszczku. Przez te ostatnie kilka dni ta kurwa bardzo szybko robiła postępy. Lulu musiał bardzo cierpieć. Lekarka stwierdziła te fakty dopiero po uśpieniu, gdy mogła mu zajrzeć do pyszczka. 

Mówi, że ostatnimi laty rak u zwierząt to prawdziwa epidemia. Przyczyną jest prawdopodobnie skażenie środowiska. Zatrute powietrze, woda, jedzenie… Dodała, że często zanim człowiek zdąży wykonać wszystkie potrzebne badania już stan zwierzątka tak się pogorszy, że nie ma co leczyć. Takie szybko postępujące raki są u świnek, królików, kotów… ponoć bardzo częste. Ech.

Ale teraz już go nic nie boli. Spoczął w pobliżu Nika i Sary, czyli w wyborowym świnkowym towarzystwie. Razem będą się bawić za tęczowym mostem 🌈🐾🐾🐾

Bardzo nam będzie go brakować. To był bardzo dobry i kochany świnek 🖤. Lulu Buś Busiński Czuzel. Nasz Pieszczoszek.


Myślenie o chorym zwierzaczku próbowałam pogodzić z myśleniem o robocie. Powrót do roboty w moim zawodzie to, proszę państwa, droga przez mękę.

Pomyślałby kto, że firma w sektorze cierpiącym na brak tysięcy pracowników powinna się ucieszyć, że ktoś wraca z chorobowego i zrobić wszystko, by człowiekowi ten powrót ułatwić. Tymczasem ja obserwuję coś zupełnie przeciwnego.

No jasny popielaty! Jak już zdecydowałam o powrocie i na to się napaliłam, poleciałam do biura podekscytowana, by im o tym powiedzieć. Na dzień dobry się dowiedziałam, że to nie wystarczy chcieć. Nie, proszę państwa, w moim biurze potrzeba mieć specjalne zezwolenie od lekarza. I tak, kurwa, że nie od biskupa, burmistrza i koła gospodyń wiejskich. Gdy powiedziałam pani onkolog o zezwoleniu, popatrzyła na mnie jakbym się ze sznura urwała. Ona pierwszy raz słyszy takie rzeczy. Jakie zezwolenie? Chcę iść do roboty, to idę. Tyle w temacie. No ale wypisała mi to zezwolenie, bo co jej szkodzi. 

Do tego okazało się, że to ja sama mam poinformować moich klientów, że wracam do pracy i każdego zapytać, czy życzy sobie, bym do niego wróciła, bo - jak poinformowała pani za biurkiem - niektórzy klienci dostali zastępstwo i nie wykluczone, że będą chcieli przy nim pozostać, do czego mają pełne prawo, ale spokojnie - ciągnęła dalej baba - oni mi znajdą nowych klientów… Gdybym jednak podzwoniła po klientach i gdyby się jakimś cudem okazało (tak nie powiedziała, ale tak to odebrałam), że jednak chcą mojego powrotu, to oni sami muszą łaskawie do biura zadzwonić i o tym poinformować.

No dzięki bardzo za pomoc! I to po to pewnie wyłudzają po 7€/mc od każdego klienta na - jak to mówią - koszty administracyjne… ?

No to dobra, łaski bez! Wysłałam jednego esemesa do wszystkich i dostałam odpowiedzi. Faktycznie niektórzy dostali zastępstwo, tyle że niektórzy zaraz z niego zrezygnowali, bo nie byli zadowoleni i teraz sobie sami sprzątają. Cieszą się, że wracam i czekają na mnie z niecierpliwością. Są też tacy, którzy przeszli do innych biur i mają pomoc domową z innego biura, ale już czym prędzej wysyłają rozwiązanie umowy i za 3 tygodnie mogę do nich wbijać. W jednym przypadku nawet się trochę pochichrałam, bo klientka odpowiedziała, że ona nie ma sprzątaczki i że z radością mnie powitają z powrotem, ale że mama - też klientka - ma kogoś z innego biura, jest zadowolona, więc raczej podziękuje. Nawet nie zdążyłam odpisać, że nie szkodzi, gdy przysłała drugiego esemesa, że mama jednak chce żebym wróciła, a 5 minut później zadzwoniła sama zainteresowana, by się upewnić, że serio mogę do niej wrócić i czy poczekam na rozwiązanie umowy z moją zastępczynią. Jaja jak berety! 

Niemniej jednak to wszystko bardzo miłe i pozytywne reakcje. A jakie zdziwko w biurze, że prawie komplet klientów mam… Jedna osoba tylko w ogóle nie odpowiedziała, a że wiem, iż jest zadowolona z zastępstwa, to wnioskuję że pewnie nie jest zainteresowana moimi usługami, co - powiedzmy sobie szczerze - nawet w sumie mnie cieszy, bo to wielki dwupiętrowy dom z bardzo wysokimi schodami, od których zawsze bolały mnie okropnie nogi. Pod koniec następnego tygodnia mam odebrać mój nowy schemat pracy. Tyle tylko, że dziś przyszedł mejl, że laska idzie na chorobowe i kilka dni jej nie będzie… Mam nadzieję, że ktoś za nią potrzebną robotę wykona łaskawie, bo coraz bardziej mnie to biuro wnerwia… Jeszcze człowiek nie zaczął roboty, już się wnerwia. 




10 września 2022

Radioterapia zakończona. Terapia hormonalna rozpoczęta.

 Zacznę od anegdotki dziecięcej (po inne odsyłam na mojego minibloga - kliknij tu).

Na początku (i końcu) roku szkolnego szkoły wysyłają rodzicom dziesiątki ofert okolicznych klubów sportowych, akademii muzycznych, akademii plastycznych dla dzieci. Większości nawet nie otwieram, bo Młodego większość nie obchodzi, a to co obchodzi, jest nieosiągalne. Tak jest z np pianinem. Nagłówkowaliśmy się, ale nie wymyśliliśmy, gdzie moglibyśmy wetknąć do naszego domu pianino. No żeby się wybulił. Chałupa ma niby ze 200 metrów kwadratowych, ale tak debilnie jest rozplanowana, że meblowanie tego przybytku to nie lada wyzwanie. Pokój Młodego w przeciwieństwie do hangarów dziewczyn to klita. W salonie z kolei mamy pełno przypadkowo acz nielogicznie rozłożonych drzwi, okien, kaloryferów i schodów. Zatem pianino odpada niestety :-( 

W tym roku jednak przyszło z sąsiedniej wsi coś nowego: gimnastyka dla dzieci i młodzieży. Pytam zatem Młodego robiącego zadanie domowe na swoim laptopie, czy nie jest zainteresowany gimnastyką? Biorąc pod uwagę, że Epicki chodził na taniec a teraz śpiewa w chórze, to nie mogłam wykluczyć potencjalnego zainteresowania gimnastyką.

- A co to jest w ogóle ta gimnastyka? Co się tam robi na zdjęciach? - pyta Młody znad ekranu - A czekaj, sam sobie sprawdzę w necie przecież…. (paluszki tańczą po klawiaturze)… Aha takie coś. - mówi Młody skrolując obrazki w sieci - W sumie ciekawe… - przewija dalej - COOO?! JEZU! Jak facet może robić szpagat?!!! To przecież musi boleć! Nie! Dzięki. Jednak nie interesuje mnie gimnastyka!

To by było na tyle w temacie głupich pomysłów matki odnośnie zajęć dodatkowych dla dziecka na ten rok szkolny. Na pierwsze w tym roku szkolnym zajęcia chóru poleciał natomiast jak na skrzydłach i wrócił ucieszony. 

Samą szkołą też nadal jest ucieszony. Codziennie jeździ sam rowerem. Narzeka tylko na ciężki tornister, bo znowu ten piekielny ciężki laptop trzeba nosić w te i wewte, a on jest raczej drobnym małym chłopcem, co sprawy mu nie ułatwia. 

W tym tygodniu doniósł też, że jakiś debil prawie go przejechał na skrzyżowaniu. Sorry, ale skurwieli, którzy używają telefonów podczas jazdy nie powinno się karać śmiesznymi mandatami tylko zabierać im samochód. A najlepiej to odstrzeliwać jak kaczki. Nie, zamiast kaczek. W naszym regionie - jak donosi lokalna prasa - policja wciągu miesiąca wystawiła ponad tysiąc mandatów za korzystanie z telefonu podczas jazdy. Ale to nic nie zmienia. Ciągle widzę patolę z telefonami w łapach za kierownicą. Dziś, gdy auto ci nawet esemesy może na głos przeczytać, gdy jest głosowa obsługa wszelakich urządzeń, czy choćby zwykłe stare zabytkowe słuchawki czy inne tam zestawy głośnomówiące, serio nie ma najmniejszego powodu i żdnago usprawiedliwienia do trzymania w rękach telefonu podczas jazdy. To po pierwsze, a po drugie to ja w ogóle nie rozumiem, co ludziom tak odwaliło z tymi telefonami. Noż kuźwa pięć minut nie wytrzyma jedno z drugim bez dzwonienia czy pisania? Rozumiem jeszcze jakichś biznesmenów czy innych tam ludzi pracujących z urządzeń, bo dla nich każda minuta to pieniądz. Rozumiem, ale nadal nie akceptuję i nie usprawiedliwiam patologicznych zachowań. Rozmów towarzyskich za kierownicą ani nie rozumiem, ani nie akceptuję. O oglądaniu tik-toka, youtube czy instagrama podczas jazdy nawet nie wspominam. 10 lat ciężkich robót za świadome narażanie dzieci i dorosłych na niebezpieczeństwo i roczny ban na internet w ogóle. Takie jest moje zdanie.

I potem mamy sytuację, w jakiej znalazł się Młody. Z relacji Młodego wynika, że gnój jechał szybko i rozmawiał przez telefon. Przy czym Młody miał w tej sytuacji pierwszeństwo. Gość nawet pewnie małego rowerzysty nie zauważył. Kto by się tam zresztą jakimiś dziećmi na jakichś rowerach przejmował. Ważne, że on w puszce za wchuj euro se siedzi i ma wypasiony telefon przy uchu. Na słuchawki już zabrakło. Rozumu natomiast pewnikiem w ogóle nie dostarczyli w zestawie.

W minionym tygodniu zaczęło wreszcie padać. Z deszczu to już dawno się nie cieszyłam. Możemy też podziwiać piękne burze. W minionym tygodniu Młoda nawet kilka piorunów ze swojego pokoju ustrzeliła obiektywem. Ja natomiast sobie siedziałam przy otwartym oknie w sypialni i zachwycałam się widokiem i głosem burzy. Lubię burze. Oczywiście pod warunkiem, że jestem akurat w domu, a nie że gdzieś na rowerze sobie pedałuję, czy skuterkiem pyrkam. Wtenczas raczej klnę na czym świat stoi haha.

W tym tygodniu skończyłam radioterapię!

Co powiem na ten temat? W porównaniu z chemioterapią to pestka. Wkurzające tylko były te codzienne dojazdy do szpitala i to każdego dnia o innej godzinie - raz rano, raz po południu, raz w południe. Ocipieć można. Całe 3 tygodnie rozpitolone. Może inni mogą z czymś takim normalnie funkcjonować, ale dla mnie to ciężka sprawa. Zbyt wiele nerwów mnie kosztują takie wyjścia. Jednak trzy tygodnie właśnie minęło i JESTEM WOLNA. Koniec tego szpitalnego cyrku!

Radioterapia nic mi nie zrobiła. No dobra, żywię nadzieję, że ten rentgen zabił ewentualne pozostałości po raku na mojej klacie i że jednocześnie nie poczynił tam większego spustoszenia, ale tego nie mogę ani zobaczyć, ani poczuć. Natomiast w kwestii tego, co mogę zobaczyć i poczuć to skóra w zakreślonym markerem miejscu (patrz zdjęcie we wpisie wcześniejszym) zrobiła się lekko brązowo-czerwona i napięta. Czuje dyskomfort podczas ruszania ręką. Do tego mam wrażenie, że jakieś ścięgna mi się skurczyły, czy cuś, bo ciągnie mnie pod pachą, jak podnoszę łapy do góry. Mogę nawet wymacać i zobaczyć w lustrze, że sznurki do sterowania łapami  są teraz pod prawą pachą wyraźnie za krótkie. Nie na tyle jednak, by mi to utrudniało działanie. Resztę się rozgimnastykuje i rozciągnie za chwilę. 

W ostatnie dni daje się też we znaki zmęczenie. Nie jest tak kitowo, jak podczas chemii, ale po 15tej zaczynam być dętka. Padam na kanapę i nawet nie rozumiem, co do mnie inne człowieki rozmawiają. Nie mam wystarczająco sił, by otworzyć pysk i odpowiedzieć. Nawet czytać nie mam siły, bo mózg nie rozumie sensu widzianych w książce słów. Ograniczam się do Netflixa i uparcie wkoło gram w starego dobrego Mahjonga i równie starego Pająka na tablecie, bo to mnie relaksuje. Jakbym pod wpływem chwili nie odinstalowała jakiś czas temu Candy crush sagi, grała bym pewnie w candy crush sagę. No i znowu, jak zawsze podczas ogromnego zmęczenia, ciągle mam ochotę na chipsy i słodkości. Staram się szanować potrzeby mojego organizmu, ale właśnie kuźwa zapomniałam sobie kupić swoich ulubionych naturalnych laysów na weekend i muszę się zadowolić dokończeniem paczki serowych buglesów. Jutro sklepy są do południa jednak czynne… 

Podczas tych kilka ostatnich dziwnych miesięcy udało mi się przytyć o 5 kilo. Poza wyświetlaczem wagi za bardzo tego nie widać, ale myślę, że powrót do orki powinien się i z tą niepotrzebną nadwyżką uporać. Nie mam bowiem hajsu na nowe łachy. Przy aktualnych cenach lepiej, by nie trzeba było całej garderoby wymieniać z takiego głupiego powodu…

Wracam do pracy

W związku z wszystkim powyższym oraz tym, że muszę wykorzystać w tym roku jakimś cudem jeszcze cały urlop, postanowiłam, że od października wrócę do pracy. Dla tych co nie z Belgii wyjaśniam, że w tym kraju pieniądze za urlop otrzymuje się w maju bez względu na to, kiedy przypada rzeczywisty termin urlopu. Przy czym jeśli urlopu się nie wykorzysta do końca roku, trzeba pieniądze za urlop oczywiście oddać. I teraz tak, ja mam zwolnienie od lekarza do końca listopada. Gdy postanowię siedzieć do końca listopada w domu, to potem będę musiała wziąć miesiąc urlopu, bo tylko miesiąc mi zostanie. To z kolei oznacza, że za grudzień nie dostanę żadnych pieniędzy. Co mi się, szczerze mówiąc, raczej średnio uśmiecha.

Konsultantka w biurze, gdzie jestem zatrudniona, doradziła mi, by skontaktować się z moim funduszem zdrowia i zapytać, czy mogę wykorzystywać urlop po trochu co miesiąc, zmniejszając w ten sposób swój zasiłek chorobowy, co jest też niezgorszym rozwiązaniem. Jednak po szybkim przemyśleniu sprawy i rozważeniu wszystkich za i przeciw, doszłam do wniosku, że najlepiej to przecież zwyczajnie zabrać się wreszcie do roboty. Ileż można siedzieć w domu? Kurde, kibluję tu już prawie 10 długich miesięcy. Chyba wydoli c’nie? 

Dotąd nie wiedziałam, jak radioterapia na mnie zadziała, ale teraz już wiem. Przez 3 tygodnie powinnam dojść do siebie, a jak się zabiorę jeszcze solidniej za pracę nad kondycją, to i do formy jako takiej powinnam wrócić do października. Wszak wiadomo, że jazda na szmacie to nie jest to samo co smyranie po klawiaturze i przekładanie papierków w jakimś biurze. Tu trza, panie, zapierdalać. Co po takim czasie zbijania bąków i życia na pół gwizdka będzie zapewne nie lada wyzwaniem dla mnie. I tu ten niewykorzystany urlop bardzo się przyda. Plan jest bowiem taki: 3 tygodnie latania na miotle i potem tydzień urlopu, by naładować baterie. Znowu trzy tygodnie do roboty i tydzień wolnego…

Po niedzieli skoczę do biura, żeby mi konsultantka wypełniła świstek do funduszu zdrowia i żeby podzwoniła po moich klientach z informacją, czy nadal życzą sobie moich usług. Większość poprosiła o zastępstwo i większość czeka na mój uroczysty powrót z niecierpliwością, bo pytają co jakiś czas. Jedna klientka systematycznie przynosi mi czasopisma, które od kilku lat mi daje po tym jak jej mama i ona sama przeczyta. Stąd wiem, że nie długo po mnie, na raka piersi zachorowała jej siostra, a jej blisko 90-letnia mama, która też jest moją klientką wróciła do domu po kilku miesiącach pobytu w domu spokojnej starości i że obie czekają aż wrócę z chorobowego. Inna klientka napisała kiedyś po krótkiej wymianie uprzejmości, że nie mogą się doczekać mojego powrotu, bo moja zastępczyni boi się ich zwierzątek - puszystego, wiecznie śpiącego kota i jeszcze bardziej puchatego, wesołego i przytulaśnego szpica miniaturowego, co mnie rozbawiło do łez. No bo ja rozumiem, że rottweilera się kto boi, czy nawet kurde owczarka collie, ale żeby takiego sympatycznego psa kieszonkowego?! O kocie nawet nie wspomnę. Ludzie to so. 

Dwie inne klientki widuję systematycznie, bo nieopodal mieszkają i też zawsze pytają, jak się czuje, bo głupio pytać, kiedy wracam do roboty. No dobra, jedna tylko mówi, że głupio pytać, ale pyta. Lepiej, ostatnio się chwaliła, że była oglądać nowy dom, który się w sąsiedztwie buduje i już tym ludziom poleciła swoją sprzątaczkę buachacha. Ojtam ojtam że jest na chorobowym, wróci przecie, zanim się przeprowadzą…

Tak czy siak plan jest. Teraz tylko go zrealizować. Cieszę się na powrót do roboty, ale z drugiej strony trochę mam cykora. Bo co, jak mi nie będzie szło po takiej przerwie, z odłażącymi od ciała paznokietami i otępiałym, zaplątanym chemomózgiem…? Obawiam się, że będę się musieć od nowa wdrożyć i że to potrwa trochę. Przed chorobowym byłam super szybką i super wydajną sprzątaczką, co stosunkowo łatwo mi przychodziło, ale mam podejrzenia, że teraz nie będzie mi szło tak sprawnie od razu, a to mnie będzie bez wątpienia wkurzać… 

Wiem, że nie ma co się martwić na zapas, ale to łatwiej powiedzieć, niźli wykonać. Lepiej zaczynać coś, czego się wcześniej nie robiło lub w nowym miejscu, gdzie nikt człowieka nie zna, niż w miejscu, gdzie ma się już jakąś opinię, której chce się sprostać…

Plus taki, że rak jest uważany za straszną chorobę (bez wątpienia słusznie), a co za tym idzie, człowiek z rakiem może być łagodniej oceniany niż człowiek bez raka, na co liczę hehe.

Pożyjemy zobaczymy. Na razie jestem podekscytowana, że mam za sobą te najgorsze elementy leczenia raka piersi, czyli operacje, chemię i naświetlania. 

Rak piersi. Hormonoterapia.

W tym miesiącu dostałam pierwszy zastrzyk Decapeptylu (triptoreliny) i zaczęłam brać Femarę, co zapoczątkowało pięcioletnią terapię hormonalną. Zastrzyki będę dostawać co miesiąc u lekarza rodzinnego, a piguły biorę codziennie. Oba leki są na receptę i są tu darmowe dla rakowców. Za wizytę u rodzinnego oczywiście trzeba zapłacić, ale to nie są jakieś wielkie koszty (po rozliczeniu z funduszem wychodzi mniej jak 5€). Na razie większych skutków ubocznych nie odczuwam. To całe badziewie ma w każdym razie na celu zmniejszenie szans na nawroty i pojawienie się cholerstwa w drugim cycku poprzez zahamowanie wytwarzania estrogenu przez jajniki i jego działania na komórki rakowe (estrogen powoduje szybszy wzrost komórek raka piersi).

Zgodziłam się też na Zometę - kroplówkę, która kosztuje 150€ za pół roku, a która naprawia kości, co ma rzekomo sprawić, że potencjalne komórki rakowe się do nich nie przyczepią… A niech im będzie. Tyle może dam rady uzbierać raz na pół roku. Najsampierw kazali mi jednak odwiedzić zębową wróżkę, by zrobiła przegląd uzębienia, bo to z jakiegoś powodu ważne (kogo ciekawi z jakiego, niech se wygugluje). Nie ukrywam, że dentysty nie odwiedzałam całe wieki, bo zawsze były ważniejsze sprawy albo pandemie. Ostatnio w czasie chemii tylko na zabieg obskoczyłam, bo coś się tam zapaliło w pysku. No chyba z 6 lat albo i więcej nie byłam na żadnej kontroli i trochę miałam cykora, że teraz to z pół roku będę musieć latać do dentysty, ale się okazało, że nie jest tak źle. Co prawda jakieś tam drobne ubytki znalazł, ale powiedział że we wtorek mi je zrobi i jeszcze przepraszał, że od razu nie da rady, bo ma następnego pacjenta… Ci dentyści tutaj to dziwni są… W Polsce to by najprędzej ryja wydarł i następną wizytę za 3 lata ustalił, zakładając, że w ogóle by się jakiegoś dentystę w okolicy znalazło.  Takie przynajmniej mam wspomnienia stamtąd. 

Tu jeszcze dodam dla niedoinformowanych rodaków, którzy wciskają drugim słaby kit na temat rzekomego braku zwrotów od dentysty, gdy nie chodzi się co roku. Tak, słyszę i czytam takie bzdury systematycznie, bo ludzie gdzieś tam słyszeli, że dzwonili, tylko nie widzą w którym kościele i czy na pewno dzwonili… Takie samo pitolenie jak z milionowymi fakturami za szpital. Nie rozumiem ni cholery, dlaczego Polacy takie głupoty sobie latami wzajemnie opowiadają i dlaczego nikt nie pójdzie i nie sprawdzi, tylko przekazuje kłamstwa dalej. Objaśni mnie to kto?

 Gdy nie odwiedzacie dentysty co roku, to dostaniecie mniejszy o parę euro zwrot z funduszu, ale ciągle dostaniecie zwrot. 

Balony, które nie latały

W poprzedni weekend wybraliśmy się do Sint Niklaas,  na imprezę Vredefeesten (święto pokoju) i festiwal balonów, by obejrzeć i sfotografować długo oczekiwany przez nas start ponad 30 balonów. Pech chciał, że poprzedni weekend był wietrzny i loty zostały odwołane. Na szczęście miasto miało w ofercie pokaz mini balonów i choć te mogliśmy pooglądać. Może na drugi rok się uda zobaczyć latające balony, bo Sint Niklaas różne imprezy baloniarskie organizuje. 

Samo miasto też niczego sobie.


































3 września 2022

Babcia gangster, czyli inna strona dojeżdżania z wolontariuszami

 W poprzednim wpisie zachwycałam się dowozem pacjentów przez wolontariuszy, a dziś sobie dla równowagi na to ponarzekam.



W tym tygodniu trafiła mi się bowiem postrzelona staruszka, która dostarczyła mi sporo adrenaliny. 

Gdy dzwonią do mnie z funduszu zdrowia, znaczy z firmy, która dla funduszu reguluje przewozy, pielęgniarki, sprzątaczki itd, to zawsze informują o której szofer przyjedzie. W moim przypadku, czyli takiej a nie innej odległości od szpitala, jest to zwykle 45 minut do godziny przed zaplanowaną wizytą w szpitalu. Tak było i tym razem…

Tyle tylko, że babcia postanowiła zrobić mi niespodziankę i zamiast o 7. 45, przyjechała w pierwszy dzień przed siódmą. A ja w skarpetkach, torebka nie spakowana, kawa nie wypita, no bo dopiero jadłam. I tak dobrze, że nie mam zwyczaju jeść w piżamie, jak niektórzy… Nic to, na szybciora wzułam trampki, wrzuciłam telefon i szpitalną dokumentację do plecaka i pojechałam. Babcia przyjechała razem se swoim nota bene fajnym psem pikusiem jakimś małym skrakiem 🚗.  Zapitalała jednak  tym rupieciem jak z macochą do piekła. Jak opętana jakaś. 

Ja normalnie nie lubię szybkiej jazdy. W ogóle jazdy samochodem. Ciągle mam traumę po tym, jak 20 lat temu prawie zostałam skasowana przez tira, który wyjechał nagle z podporządkowanej w dupie mając, że jakaś rowerzystka ma jakieś pierwszeństwo, i jak  w ostateczności tylko zostałam potrącona przez osobówkę. Przez długi czas panicznie się bałam jazdy samochodem. 

A ta porąbana babcia zapitalała tym swoim malutkim autkiem! I to jeszcze żeby po prostu zapitalała, to nic. Po 20 latach aż tak się już nie boję, ale ona jeździ koszmarnie niebezpiecznie. Jak pijana albo naćpana a do tego ślepa. Pierwszego dnia tylko ze dwa razy zaszurała kołami po krawężniku i ze trzy razy zjechała na lewy pas, ale w czwartek, jak po mnie przyjechała wpół do siódmej, to było jeszcze ciemnawo, bo lekko pochmurno było i ona chyba nie widzi za dobrze po zmroku… To już był hardcore. 😵‍💫😱

Nie wiem, ile wykroczeń popełniła podczas tych trzech dni, ale palców raczej braknie, by zliczyć…

Zonę 30 pod szkołą przedarła z prędkością powyżej 60 km/h. Już samo to sugeruje wysłanie jej na psychotesty i zabranie prawa jazdy (o ile ona jakiekolwiek ma).

W którymś momencie w strefie 50 przed nami był samochód, który jechał UWAGA ok 50 km/h, bo tyle pokazywał babcin licznik i tyle wyświetlało na miernikach prędkości, które stoją tu i ówdzie. A babcia się drze za kierownicą  „no chłopie, rusz się szybciej!”.

Ścina wszystkie zakręty ciągle jadąc z nadmierną prędkością.

No i ten pochmurny poranek. Borze zielony! Najstraszniejszy rollercoaster dostarczy ci mniej adrenaliny niż jazda z taką wolontariuszką! Rollercoaster jest przynajmniej przewidywalny i o wiele bardziej bezpieczny. 

Babcia chwilę na prawym pasie, chwilę na lewym, chwilę na ścieżce rowerowej, tu i ówdzie na chodniku. Co kawałek szoruje kołami o krawężnik. I cały czas noga na gazie bez względu na okoliczności. Babcia nie baczy, że na polnych dziurawych i wąskich drogach pomiędzy polami kukurydzy normalni ludzie jeżdżą inaczej niż w mieście na szerokiej ulicy. Albo przynajmniej powinni inaczej jeździć.

Jak przejechała przez tory, myślałam że podwozie całkiem odpadnie. No wariatka! A jeszcze jaka zdziwiona, że tak rzuciło autem.

Dotąd jednak uważałam, że może ja nienawykła do samochodów po prostu jestem przewrażliwiona, no ale jak babuszka wjechała w czwartek po południu na zamkniętą drogę (stosownych znaków tam stało zatrzęsienie⛔️) ,którą wcześniej jeździłyśmy, bo była otwarta, mimo że rano pokazałam jej dobrą, właściwą i nie wiele dłuższą drogę, to zaczęłam wątpić w jej stan umysłu. A jak chwilę później zatrzymała się przed zaporą, wysiadła i przestawiła zaporę, by z dumą przejechać, tak jak chciała, to już całkiem zwątpiłam. 🫣😳

Na szczęście to był ostatni z nią dzień. 

Takich zagrywek spodziewałabym się po dwudziestolatkach, ale po emerytce w życiu, a już na pewno nie po normalnych, odpowiedzialnych dorosłych emocjonalnie i fizycznie ludziach. 

To już nawet nie jest śmieszne. To nawet nie jest żałosne. To jest zwyczajnie przerażające. Szczególnie, gdy człowiek sobie uzmysłowi, że takich przypałów na drogach jest więcej. I że na takich czubów może trafić np moje dziecko jadące do szkoły spokojnie rowerem lub idące na nogach. Przejażdżka z taką furiatką uzmysławia, że nigdzie człowiek nie jest bezpieczny jako użytkownik drogi, jako uczestnik ruchu. Nawet jak idzie na nogach czy jedzie rowerem. Zwłaszcza wtedy, bo wtedy nie ma żadnego zabezpieczenia, żadnej ochrony. 

Zastanawiam się tylko, czy powinnam to zgłosić w tej firmie, w moim funduszu…? Bo ta baba jest przecież niebezpieczna i dla siebie, i dla ludzi których przewozi, i dla wszystkich innych uczestników ruchu. Ona zdaje się być nieświadoma swojego wieku i swoich ograniczeń z tym związanych ani tego jak jeździ. O znajomości i przestrzeganiu przepisów nawet nie mówię.

Kurde, ludzie w pewnym wieku powinni być systematycznie kierowani na adekwatne badania i testy, które by sprawdzały, czy mogą jeszcze prowadzić pojazdy. Takie jest moje zdanie.

Do tego to przyjeżdżanie o innej godzinie niż umówione, bo ona tak chce. Noż kurwa, jak ktoś nie ma czasu, by pojechać wtedy a wtedy, to niech mówi, że nie da rady i tyle, a nie że babka się pcha na siłę, a potem nie wyrabia. To że staruszka nie ma co robić po nocy, to gówno to kogo obchodzi. Niech se w pasjansa pogra albo pomodlić się pójdzie. 

Gdyby mi ktoś powiedział, że nie ma na ten czy inny dzień szofera, to bym se skuterem pojechała czy małżonka albo nawet sąsiadkę poprosiła, ale nie - mówią że ktoś po mnie GODZINĘ wcześniej przyjedzie, a baba przyjeżdża 3 i pół godziny wcześniej, jak w czwartek, bo taki miała kaprys, bo potem kogoś innego wiezie. Jak kogo innego wiezie, to po kij się godzi na kolejnych ludzi?! Niektórych ludzi chyba nigdy nie zrozumiem.

Dobrze że Młody ma 10 lat, jest rozgarnięty i samodzielny i mógł sam do szkoły w ten pierwszy dzień pojechać rowerem. Nie zmienia to faktu, że mnie to wkurzyło jak szlag, bo nie lubię, jak mnie ktoś w bambuko robi. No i zwyczajnie w ten pierwszy dzień chciałam swoje najmłodsze dziecko wyprawić do szkoły i odprowadzić, bo tak się należy, bo to już ostatni jego rok w podstawówce. Zwłaszcza że radioterapię miałam o 10 więc wystarczyło o 9:15 wyjechać a nie o 6:20. 

No ale nic to. W piątek już normalny i miły kierowca przyjechał. 


Młody cieszy się z rozpoczęcia roku szkolnego

Wstępne przywitanie szkoły odbyło się w poniedziałek wieczorem. Nie było obowiązkowe, ale przyszła większość uczniów wraz z rodzicami i to zwykle z obydwojgiem.

 Można było zobaczyć swoje klasy i poznać wychowawcę oraz znaleźć swoje wyznaczone miejsce. U nas bowiem miejsca w klasie są wyznaczane przez nauczycieli i co miesiąc jest zmiana. W klasie Młodego ławki są ustawione różnie - niektórzy siedzą osobno, inni po dwoje, a jeszcze inni w 5 osób. Biurko nauczyciela jest z tyłu klasy. Młody siedzi z czterema dziewczynami, na co koledzy orzekli z uśmiechem: „ten jak zwykle wśród dziewczyn”. 

Szóstoklasiści już tego pierwszego dnia pokazali swoją wyjątkowość ;-). Zastępczyni dyrektorki (która jest na zwolnieniu lekarskim) chodziła od klasy do klasy i się przedstawiała oraz poznawała rodziców i dzieci. Na koniec dotarłszy i do naszej klasy, w drzwiach zagaiła - No a jak tam szóstoklasiści widzą początek roku…? - Wtedy dotarło do niej, że coś tu nie gra. Rozejrzała się po klasie i ze śmiechem dodała - W szóstej są, jak widzę tylko tatusiowie i mamusie, a gdzie, przepraszam bardzo, są uczniowie? 

Wtedy zagadani rodzice też się rozejrzeli wokół i zaśmiewając się odrzekli chórem, że dzieci teraz muszą się jeszcze wolnym nacieszyć i w czwartek dopiero zaczną. A dziatwa oczywiście gnała razem w tym czasie po szkolnym podwórku dzieląc się wrażeniami wakacyjnymi. Kto by tam się starymi i belframi przejmował. Toż to już wszystko nastolatki. 

Młody cieszył się z rozpoczęcia roku, choć też i trochę żałował, iż laba już się skończyła. Radował się, że znów zobaczy wszystkich kolegów i koleżanki i że będzie znowu z nimi się umawiał na granie i gadanie po lekcjach, a może i na rowery czasem razem wyskoczą.

Wróciwszy ze szkoły pierwszego wrzesnia i zastawszy mnie w ogrodzie, gdzie czytałam książkę, porzucił rower i od razu wykrzyknął, że super było pierwszy dzień w szkole. I że „meester” jest fajny. W tym roku bowiem mają pana nauczyciela-wychowawcę, a tylko wf i etykę prowadzić będą panie nauczycielki. 

I tak oto nasz sprytny dziesięciolatek znalazł się w szóstej ostatniej klasie szkoły podstawowej. Za rok o tym czasie już będzie w jakiejś średniej szkole startował. 

Szóstoklasistą być to poważna sprawa. Na tej klasie spoczywa trochę różnych obowiązków i zadań, ale też mogą jako najstarsi cieszyć się pewnymi przywilejami w szkole.

Najfajniejszym chyba jest prowadzenie szkolnego radia, czyli m.in. puszczanie na przerwach muzyki. Czyni się to zwykle dwójkami po kolei. Inni uczniowie mogą zgłaszać na kartkach swoje życzenia muzyczne. Młody już czeka niecierpliwie na swoją kolej.

Na pierwszy rzut załapał się natomiast do śniadaniowozu, a dokładnie do zbierania rano na wózek pudełek z kanapkami po wszystkich klasach i zawożenie ich do jadalni windą, gdzie wkładane są do lodówki, by doczekały świeże na południową przerwę. 

Kolejnym ważną funkcją szóstorocznych jest zostanie opiekunem pierwszaków. Każdy szóstoklasista dostaje pod opiekę dwójkę czy trójkę maluchów. Starszaki chodzą czasem na lekcjach np czytać swoim podopiecznym, a na przerwach młodzi mogą do swojego opiekuna zwrócić się o pomoc, poskarżyć się etc. 

Młoda nadal uczy się w domu, ale początek roku to dla niej i tak trudny czas, bo szkolna trauma (PTSD ma potwierdzone u psychiatry) w tym czasie najwyraźniej jeszcze się przebija, gdy wszystkich opętuje szkolny szał i nawet w sklepach szkolne promocje… Depresja wyłania się wtedy z cienia i próbuje ją schwytać w swoje szpony… Ech… 

Najstarsza ciągle wstaje o piątej, by o siódmej spokojnie wyjechać rowerem do pracy i ciągle jest zadowolona. 

Susza

Pogoda jest nieciekawa. Znaczy wielu ludzi się naiwnie cieszy, bo gorąco i słonecznie jest ciągle od wielu tygodni, ale każdy normalny powinien dostrzec powagę sytuacji i choć odrobinę się zaniepokoić. 

Susza jest ogromna. Pastwiska wyschły na wiór. Krowy, konie, kucyki, osły czy owce, które o tej porze powinny zażerać się zieloną soczystą trawą stoją głodne! Gospodarze karmią ich sianem, sianokiszonką czy podeschniętą kukurydzą, czyli spasają zapasy przeznaczone na zimę. A biorąc pod uwagę fakt, że trawa na łąkach też uschła i nie urosła, należy zrozumieć, że nie będzie siana i nowych zapasów z czego zrobić, a to oznacza (gdyby ktoś z was dwa do dwóch nie potrafił sam dodać) iż w zimie te gadzięta też mogą nie mieć co jeść. Dla mniej rozgarniętych dodam, że krowa która mało je jest chuda, czyli mięcha będzie z niej mniej. Krowa która mało je, da też mniej mleka. 

No ale na polach - nie wiem czy wiecie - rośnie nie tylko trawa, ale też wszelakie warzywa i owoce. Może wielu (nie tylko miastowych) się zdziwi, ale i to bez dostatecznej ilości wody nie zaowocuje porządnie ani nie urośnie lub owoce odpadną, zanim dojrzeją. Co w połączeniu z aktualną wyjątkowo antyludzką polityką może oznaczać nasz głód.

Dzikie zwierzęta, ptaki, zajączki, jeżyki, żabki bez wody umierają, a i jedzenia też nie znajdą, bo uschły rośliny a robaki jeśli nie zdechły to się schowały porządnie… Zapowiadają jakiś deszcz i niechby zaczęło w końcu padać.

A tu słyszę, jak kretyn jeden z drugim mówi beztrosko: przyroda szybko się opamięta, jak tylko deszcz spadnie i dawaj nalewać wodę do basenu, dawaj myć samochód i szorować podjazd karcherem, by za chwilę pierdolić smęty jakim to wspaniałym wynalazkiem jest samochód elektryczny i jak to jego baterie słoneczne na dachu uratują planetę. Spora część pewnie też ciągle myśli, że czekoladowe mleko dają brązowe krowy. Prosto do kartoników 🐮.

 Jedno jest pewne - głupota i ignorancja społeczeństwa jest ciągle na bardzo wysokim poziomie. Śmieszne np (choć jest to raczej śmiech przez łzy) jest, że większość Belgów w tym momencie martwi się o OGRZEWANIE DOMU NADCHODZĄCEJ ZIMY! 🤦🏻‍♀️Tylko tej jednej konkretnej jedynej zimy 2022 🤨. Biedacy!

Faktycznie ogrzewanie domu w Belgii, gdzie temperatury spadają max do minus 10 stopni i to już w extremalnych przypadkach, bo większość czasu temperatura jest powyżej 0,  jest tu największym problemem. Jprdl! Zastanawiam się, jaki procent jest świadomy faktycznych konsekwencji rosnących cen prądu i gazu tudzież ewentualnego całkowitego braku dostaw tegoż. Ilu ludzi zdaje sobie sprawę, że jak się nic nie poprawi (a nie zanosi się za bardzo) to popadają takie przybytki jak piekarnie, browary (o tym już jest w gazetach), przedsiębiorstwa… No i pytanie retoryczne, które sobie zadaję - a co jak szpitalom zabraknie prądu, gazu, paliwa do generatorów? 

No i najważniejsze, wszystkiemu oczywiście winien Władymyr i polityka  России . I tak że tym razem nie Tusk 🥸😅. Kowidemia nie ma z tym nic wspólnego. W ogóle. Ani tym bardziej wszelakie inne patologiczne autodestrukcyjne działania rządów zachodnich. Czy wielkich korporacji. 

🪓…🐑🐑🐑🐑🐑🐑🐏🐑🐏🐑🐑🐑🐑🐑🐑🐑🐑

No dobra, na co dzień nie rozpamiętuję stanu umysłowego baranów. Żyję sobie w swojej zagrodzie ciesząc się, że jeszcze mam wodę i to nawet ciepłą, bo wiem jak to jest nosić zimną ze studni i w zimnej się kąpać codziennie. Cieszę się, że jeszcze ciągle mam strawę i mogę się najeść do syta, bo wiem jak to jest wpieprzać podeschnięty i podpleśniały chleb z musztardą codziennie na śniadanie, obiad i kolację. Cieszę się, że jest ciepło, bo niezbyt miło wspominam czasy, gdy spałam w 3 warstwach ubrań pod 2 kołdrami, bo w pokoju miałam 0-5 stopni ciepła. 

Korzystam z wszystkiego dobrodziejstwa radośnie, póki mogę, bo nikt nie zna dnia ani godziny. Nie wiadomo, co kolejny dzień przyniesie. 



A w poprzedni weekend znowu bawiliśmy się w lesie z naszymi znajomymi i ich psami. Świetna rozrywka. 








27 sierpnia 2022

Radioterapia jest fajna ;-)

 Mam dużo rzeczy do spisania, bo to był bardzo ciekawy i bogaty tydzień.

Radioterapia i ciekawe dojazdy

Dojazdy z wolontariuszami są po prostu świetne! Poznaje się nowych, entuzjastycznych otwartych ludzi. No wiecie, wolontariuszem raczej żaden ponury egoistyczny burak nie zostaje c’nie? Jak dotąd poznałam już czterech fajnych facetów (tylko patrzeć, kiedy Małżonek zacznie być zazdrosny ;-) ) i pojeździłam wypasionymi brykami - Mercedes, Land rover, Volvo i …Dacia. Jak nie trudno się było domyślić, dobrowolnym przewozem pacjentów zajmują się emeryci. Po markach samochodów i o tym, co już o nich wiem, raczej dość zamożni. Jeden z nich hobbystycznie latał samolotami, inny pracował przy reaktorach atomowych, ale też zna się na aparaturze do radioterapii i wszystkim innym co z promieniowaniem się wiąże. Do tego pracował w najróżniejszych miejscach świata… Pytam ich oczywiście uparcie, dlaczego robią to co robią? Bo lubią pomagać innym. - mówią - Bo nie nudzą się w domu. Bo lubią poznawać nowych ludzi i robić coś pożytecznego. 

Dyskutowaliśmy o wolontariacie.

Jeden stwierdził, że gdyby Belgia nie miała tylu wolontariuszy, ilu ma, to ten kraj poszedł by już dawno z torbami a sytuacja życiowa wielu ludzi, zwierząt i instytucji była by opłakana. Mają też podobne obserwacje do mnie na temat ludzi. Jeden przyznał, że wielu jego kolegów puka się w czoło, bo kto normalny pracuje za darmo?!! I to jeszcze używając do tego swojego samochodu… Mówili też o oczekiwaniach niektórych jednostek, że niektórym się wydaje, że jak miałeś raz czas i poświęciłeś go dla tej osoby, to będziesz dostępny też dla niej jutro, pojutrze, w soboty, niedziele, święta o każdej porze dnia i nocy. Bo jak dasz komuś palec, to on chce całą rękę. 

Dowiedziałam się też, że szpital w Aalst to „dramakliniek”, czyli że cuda się tam dzieją jeśli chodzi o administrację i że wszystkiego można się spodziewać, czego już sama zdążyłam doświadczyć w tym tygodniu. Potwierdzają jednak (słyszałam już wcześniej wiele dobrego), że jeśli chodzi o same usługi medyczne, czyli jakość leczenia, personel etc, to świetny szpital.

A co takiego mi się przytrafiło? Pisałam już na instagramie, ale zapiszę i tutaj…

Otrzymuję plan wizyt na cały tydzień i tak w minionym tygodniu w środę stało, że poza naświetlaniem mam spotkanie z doktorem prowadzącym. Gdy spece od promieniowania zrobili, co mieli zrobić, przypomnieli mi o wizycie u doktora. Zapytałam ich, gdzie mam się udać i czy potrzeba się gdzieś zameldować. Odpowiedzieli, że nie trzeba nigdzie się rejestrować tylko pójść do tej a tej poczekalni i tam czekać. Poszłam i czekałam skrolując instagrama. Gdy uzmysłowiłam sobie, że już przeczytałam prawie cały internet, popatrzyłam na zegar i się okazało, że już niemal godzinę tam tkwię, a na tablicach wszędzie stoi, że już półgodzinne opóźnienie powinno być niepokojące i że trzeba to zgłaszać. Zapukałam do pobliskiego otwartego pokoju, bodajże onkopsychologa, i zapytałam o doktora. Na co miła pani odrzekła, że jeszcze go tego dnia nie widziała i razem poszłyśmy do administracji oddziału. Tam dowiedziałam się, że doktor jest w innym szpitalu i że w systemie nie ma żadnej wizyty. Skąd wzięła się na moim wydruku z tego szpitala, pozostaje zagadką. Czekałam zatem po nic. Najgorsze jednak, że szofer też czekał i to na podziemnym parkingu, gdzie mało się nie ugotował, gdyż tego dnia było ponad 30 stopni i z 85% wilgotności, jak to w Belgii, czyli parówa nie do zniesienia. A biedak nie mógł nigdzie się oddalić, bo nie wiedział wszak, kiedy się zjawię. Dobrze, jak powiedział, że nie miał innych potrzebujących do przewiezienia na ten dzień. 



Inny kierowca opowiedział mi jeszcze lepszą historię. Któregoś dnia przywiózł o ósmej rano na radio jakąś starszą panią i zaprowadził ją do poczekalni. Za pół godziny poszedł po nią, ale okazało się, że nadal czeka. Nic to, zdarza się czasem. Po kolejnych długich minutach jednak postanowił zasięgnąć języka. Co się dowiedział? Że maszyna jest zepsuta! Od kiedy? Od PRZEDWCZORAJ. Dlaczego zatem nikt tamtej pani nie powiadomił? Diabli wiedzą! Belgia, ech!

Dzięki radioterapii dowiedziałam się, że do tego szpitala można się różnymi wejściami dostać. Główne wejście od ulicy to raz, wejście z parkingu to dwa, przez „spoed”, czyli pogotowie - jak wiadomo - też tam można trafić, ale ciekawostką było dla mnie, że niektórzy z kierowców mają specjalne karty elektroniczne otwierające tajne wejścia umożliwiające bezpośredni dostęp do działu radioterapii. Super, bo normalnie trzeba najpierw przebiec 2 (z ulicy) lub 3 (z parkingu) kondygnacje po schodach (zwykłych lub ruchomych) lub windą, potem przejść z kilometr przez labirynt korytarzy, zjechać windą lub zbiec po schodach jedno piętro niżej i znowu przejść kawałek korytarzami, by dotrzeć do mojej poczekalni numer 9. A przez tajne wejście trafiasz od razu na właściwy korytarz. Niezły myk.

Od ostatniego wesołka dowiedziałam się ponadto, że ludzie zwykle jednego kierowcę dostają na radioterapię. Gość był zdziwiony, że jest moim czwartym kierowcą. Śmiał się, że przynajmniej będę wiedzieć, kto jest najlepszy haha. Dla mnie to jednak bomba, bo mogę różnych ludzi poznać i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy o Belgii.

Na razie dowiedziałam się, że wszyscy oni jednako narzekają na wąskie belgijskie drogi, na niekończące się roboty drogowe, na ograniczenia w wioskach do 30km/h (jeden nawet mandat dostał w tym tygodniu hehe) i na popieprzonych kierowców bez mózgu oraz na hulajnogi. „Niektórzy ciągle szukają nowych metod, by jak najszybciej umrzeć”, że pozwolę sobie zacytować opinię nt posiadaczy hulajnog elektrycznych. 

W czwartek musiałam być w dwóch szpitalach na raz. Nie, no dobra, miałam trochę czasu pomiędzy, ale i tak niezła jazda. Było nie było pomiędzy Dendermonde a Aalst jest ze 20 km. Przy tym ja mieszkam jeszcze w innym miejscu, a moi kierowcy w jeszcze innych. Bądź tu mądry i pisz wiersze…

W końcu sąsiadka zawiozła mnie do pierwszego szpitala, gdzie spotkałam się z ginekologiem chirurgiem, tym, który mi odcinał cycka. Przepisał mi on piguły hormonalne i jakieś zastrzyki, które ma mi dawać lekarz rodzinny raz w miesiącu, tylko najsampierw muszę zawieźć do funduszu zdrowia świstek od doktora, by wydali mi zgodę na zniżkę na ten medykament z powodu mienia raka. Potem mam dostać jeszcze inną receptę na medykament, który kosztuje 150€, będzie podawany raz na pół roku w kroplówce i który jest niezwrotny, a który ma zwiększyć szansę  na niepowrót tego dziadostwa. 

W południe kierowca-wolontariusz odebrał mnie z pierwszego szpitala i zawiózł do drugiego, a potem odwiózł pod dom. Uf. Kolejny tydzień ma dwa takie dni, w których znowu oba szpitale trzeba odwiedzić. 


Szczekające psy sąsiada, kłótnia zasiłkowców i inne wiejskie plotki


Sąsiadka przed zawiezieniem mnie do szpitala, wstąpiła do pomocy społecznej. Tam ja czekając w samochodzie mogłam obserwować niezłe przedstawienie, co uświadomiło mi, że społeczność zasiłkowców jest wszędzie taka sama.

Ludzie stali pod budynkiem w kolejce czekając na otwarcie biura, które nota bene też w tym wypadku obsługują wolontariusze. Gdy dotarłyśmy tam, czekało już trzy kobiety: jedna w hidżabie i z wózkiem, jedna czarna i jedna biała. Czarnej się znudziło stanie albo zwyczajnie źle się poczuła no więc zostawiwszy swoją torbę na kółkach, poszła spocząć na pobliskiej ławce. Ludzie dochodzili i zanim otwarto drzwi, stał tam już spory tłumek dyskutujący żywo, bo najwyraźniej większość jest tam stałymi bywalcami i dobrze się zna. Nagle otwarto przybytek i wtedy czarnoskóra przyszła na swoje miejsce. No i rozpętało się piekło! Paniom z tyłu kolejki bardzo się nie spodobało, że ktoś ośmielił się usiąść, bo musi stać, tak jak wszyscy stoją. Zaczęły się najpierw lekko przezbywać po niderlandzku, by za chwilę wyzywać się od kurew po francusku (no co jak co, ale takie słowa to ja jeszcze rozumiem). Jedna kazała drugiej ”spierdalać do domu”, druga nie pozostała dłużna… 😂🥹🤣. 
Patrzyłam na tę szopkę oczom i uszom nie wierząc. Tragedia! Albo komedia raczej. 

Potem patrzyłam, jak wchodziły i mi wyszło, że jedna przebywała w środku jakieś dwie minuty. Czyli, że prostaczki się kurwowały o dwie minuty czekania. No a biorąc pod uwagę fakt, że stoją po „cołaskę” z opieki, to raczej nie pracują, czyli że mają całe jebane dni czasu… no chyba że jaki serial w tym momencie nadaje telewizyja… to by wyjaśniało ten konflikt zbrojny 👀

Ludzie to so. Nie dość że dostają coś za friko, to jeszcze im źle, jeszcze ból dupy, bo ktoś siedzi a nie stoi. Jprdl! 🤦🏻‍♀️🤦🏽 W dupach się niektórym, jak widać, przewraca. 

Dodam gwoli ścisłości, że to było trzy jednostki. Reszta po prostu patrzyła, a ten i ów przewracał oczami.


Nasi sąsiedzi „z innej planety” też  ciągle dostarczają nam wrażeń. 

Patola ma aktualnie trzy psy, które szczekają całe dnie i noce. Wszyscy już mają dość. Druga sąsiadka zaczęła systematycznie dzwonić po policję. Dzisiejszej nocy wyszliśmy wszyscy w piżamach przed domy, gdy radiowóz podjechał… A patoli nie ma w domu od kilku dni, a tylko czasem ktoś do zwierząt zajrzy. 

Psy szczekały wściekle, że mało im szczekaczki nie odpadły, a policjanci przeszukiwali liczne rupieci (teren przed domem i tzw ogród u nich zasadniczo wygląda niczym jakieś wysypisko, czy cuś) przed domem w poszukiwaniu klucza do bramy. Poszukiwania okazały się bezowocne więc sprytny policjant przeskoczył przez ogrodzenie, a gdy drzwi domu okazały się być otwarte, wrzucił do środka jakiś psi smakołyk. Gdy psy zniknęły w domu, zamknął drzwi i przelazł z powrotem przez płot. Rozwiązane. Tymczasowo. Dobre i co.

Chórem podziękowaliśmy i rozeszliśmy się do swoich łóżek, a radiowóz odjechał. 

Wydaje mi się, że zapomniałam poprzedniej akcji pełnej wrażeń upamiętnić na mym blogu, a przecież muszę to spisywać, bo postanowiłam, że za jakiś czas wydam te opowieści z dzielni w formie książki. I że bez wątpienia będzie to świetna komedia kryminalna na faktach buachacha.

No weźcie, jak się to nie podpali, to gania nago po ulicy, to znowu idzie striptiz na pierwszej komunii robić albo odjeżdża karetką ociekająca krwią skuta w kajdanki i przytroczona pasami do noszy, by potem opowiadać sasiadom, którzy zajście widzieli, że była kilka dni w szpitalu z powodu ataku serca 🤡. Pomyśleć, że zwykli ludzie do cyrku muszą iść albo do kina, by takie rzeczy zobaczyć.

Wróćmy jednak do rozdziału przyszłej książki sprzed kilku tygodni. W tej scenie gościnnie występuje też Janusz z gatunku Nosaczy. (wszelakie podobieństwa do osób żyjących są zamierzone, bo ja wredna suka jestem i nosaczom nie szczędzę).

Tytułem wstępu dodam, że nasz dom oddziela od rodziny Klałnuf 🤡 wąska dróżka będąca prywatną własnością właściciela naszego domu (zwanego odtąd Właścicielem) oraz betonowy płot, który stoi na granicy działek i Klałnowie nie mogą go ruszyć bez zgody drugiej strony.

Tak się przynajmniej wydawało. Wcześniej już toczyły się draki na ten temat, ale długo był spokój i zaczęliśmy myśleć, że powoli po wstępnych tarciach z nowymi sąsiadami będziemy tu wszyscy dalej mogli żyć jak u pana boga za piecem. Okazało się, że była to tylko cisza przed burzą.

Któregoś dnia wróciwszy z chemioterapii zauważyłam, że para Klałnuf rozwala święty mur graniczny. Zdziwiło mnie to niepomiernie, ale pomyślałam, że pewnie się dogadali jakoś z Właścicielem i że uzyskali zgodę na robienie dziury w murze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wysłała zdjęcia z akcji do Właściciela i nie zapytała, czy tamci mają pozwolenie. Właścicielka oddzwoniła w sekundę i oznajmiwszy że jest daleko od domu, zleciła mi znalezienie natychmiastowe jej małżonka, bo NIE, NIE MAJĄ ZGODY! 

Nie znalazłam jej małżonka, ale po chwili zjawił się jeden z ich synów i usłyszałam, że próbuje dyskutować z Klałnami. Próbuje, co oznacza, że on gada kulturalnie i przedstawia fakty żądając natychmiastowego zaprzestania, a oni rozwalają mur, traktując intruza jak powietrze. 

W końcu zjawił się sam Właściciel, który już nie silił się na kurtuazję tylko pojechał z pełnej paszczy. Tyle tylko, że wtedy dziura już była do samego spodu na szerokość jakiegoś metra. Klałnowie oświadczyli z miną niewiniątka, że będą ocieplać dom i muszą mieć przejście koło domu. Właściciel się na to wpieklił, przypominając że nie mają jego zgody ani na rozwalaniu płotu, ani na ocieplanie domu od stron jego działki (dwóch stron), bo dom stoi na samej granicy i ani centrymetr poza murami domu z jednej strony do nich nie należy, a z drugiej mają jakieś 50 cm marginesu, ale on zakazuje ustawiać tam drabin a rusztowanie i tak się nie zmieści, bo z ryłu stoją zabudowania. Popyskowali, popyskowali, dostarczając mi i drugiej sąsiadce zabawy,  i się rozeszli.

Wydawało się, że na tym się zakończy, ale gdzie tam.

Którejś niedzieli usłyszeliśmy z małżonkiem nagle za oknem ojczysty i zaskoczeni wyjrzeliśmy, co to za jeden po naszemu gada. No Janusz jakiś łazi wokół tej dziury w murze i coś mierzy. Oho, szykuje się nowa draka! Stwierdziliśmy jednak, że nie będziemy świnie i „swojego” ostrzeżemy…

 Głupi pomysł.  9 lat w Belgii a my ciągle popełniamy ten sam błąd! 

Przykazanie miłości do Polaka na obczyźnie powiada bowiem: I będziesz się trzymał od swoich rodaków jak najdalej z dala i nie będziesz próbował dla nich w żaden sposób miłym być ani jem w niczym pomagać, bowiem twoje dobre chęci nie zostaną docenione a za każdy dobry gest dostaniesz z buta. Amen.

Zapomniawszy tej zasady, Małżonek wychynął z chałupy pełen dobrych chęci i zagaił bezczelnie do Polskim Władającego w te słowa:

 - Dzień Dobry, cóż to was, Mości Panie, sprowadza do tej spokojnej zapomnianej przez bogi doliny? 

No co usłyszał ostrzegawczy warkot i zobaczył, jak stworzenie całe się najeżyło, bo zapewne nie był ci to żaden Rodak Polak Człowiek, a odmieniec jaki, tylko rodaka udający. Odburknęło toto coś, że pracuje tutaj i że będzie ową zagrodę na zimę ocieplało, a nam od tego wara.

Małżonek, zdający się na owe najeżenie i ostrzegawcze pomruki nie zważać, brnął dalej naiwnie w stronę niebezpieczną, by powziętą raz misję ostrzeżenia Janusza doprowadzić do końca. I tak ośmielił się był poinformować istotę, by miała baczenie na fakt, że ów mur i zamiary przebudowy wszelakiej są tu od lat kością niezgody sąsiedzkiej i że to do mnogich przykrości mości nieznajomego przyczynić się może.

Usłyszawszy te słowa, przybysz jeszcze bardziej się nabzdyczył i odszczeknął, że to nie nasza sprawa i że nic nas to obchodzić nie powinno, że on ma umowę, i że zadatku tyle a tyle wziął, i że nic a nic, ziemia, ni wiatr, ni ogień, a już na pewno nie jakiś wioskowy głupek prostaczek rodaczek go nie powstrzyma, bo on już 15 wiosen w tej krainie przebywa to i chyba lepiej mu wiadomo, co można, i że on jest najlepszym specem, i że drugiego takiego to ze świecą szukać, i że wiecznie po wszystkich poprawia, bo wszyscy inni to sami partacze, i że tutaj przeco nic złego przytrafić mu się nie może i tak dalej, i tak dalej… Janusz bowiem wielkim mówcą był, który raz dopuszczony do słowa, pytany czy nie pytany, dopóty godzinami raczył nas będzie opowieściami wychwalającymi jego samego wspaniałość, wielkość, waleczność i mądrość, dopóki głos jego uszu naszych sięgał będzie.

Przytłoczony tymi wielkimi słowy potężnego mędrca ukrytego tylko za przebraniem prostego Janusza Robola Małżonek oddalił się chyżo i po cichu odrzwia naszego domostwa zawarłszy  i skoblem zabezpieczywszy, oddał się razem ze swoją wybranką kontemplowaniu Netflixa.

Gdy tylko się Klałnowie w zagrodzie swej na powrót byli zjawili, bard Janusz czym prędzej do nich pobieżył i wszystko, co Małżonek mu przekazał, z lekka tylko ubarwione i podkoloryzowane, im wyśpiewał. Com na własne uszy słyszała przez niedomknięte okno, bo wiedzieć wam trzeba, że i jam ci ową tajemną mowę belgijskiej krainy już była poznała.

Minęło czasu  mało wiele jak ten sam dobrodziej znowu zjawił się pod rozkruszonym murem i począł swoją powinność czynić. A wtedy zabrzmiały tam-tamy i wieść od chaty do chaty się poniosła, aż do samego Wielkiego Właściciela dotarła. A wtedy słońce zbladło, gdzieś w oddali zagrzmiało i świat jakby poszarzał na chwilę. Z północy powiało grozą i po chwili zjawił się Właściciel na swoim żółtym warczącym rumaku. Rozpętała się burza na słowa i obelgi pomiędzy Właścicielami a Mędrcem Januszem. Właściciel pochwyciwszy rusztowanie, próbował Janusza na ziemię obalić, najgorszymi najstraszniejszymi przekleństwami weń ciskając. . Janusz zdjęty strachem począł naprzemian a to błagać, by Właściciel przestał na niechybną śmierć go narażać,  a to straszyć swoimi pracodawcami oraz karą boską, a to wykręcać się i dowody niewinności swojej przedstawiać... Właściciel zmiarkowawszy, że nijak zbója na ziemię sciągnąć nie podoła,  rumaka swego dosiadł i już, już miał szturmem na rusztowanie z warkotem silnika uderzyć, gdy wybranka jego, poczciwa i dobra kobiecina, zakrzyknęła  żwawo, że oto wezwani rycerze w niebieskich zbrojach na pomoc już jadą. Zabłyskało na niebiesko. Prawi niebiescy rycerze zmusili nicponia Janusza do powrotu za mury, a wszystkim nakazali do Wielkiej Wyroczni się udać, nim jakiekolwiek nieopaczne kroki podejmą wobec siebie i swego dobytku.

Atoli jeszcze tego samego wieczora Właściciel wraz ze swoimi wiernymi pomagierami przytoczyli ogromne głazy, by wyrwę w murze zablokować i by żadne tałatajstwo po jego włościach już więcej się nie pałętało.

A ja tam byłam, 

miód i wino piłam,

 a wszystko, com widziała,

 czym prędzej żem spisała 

ku uciesze waszej.









20 sierpnia 2022

O tym jak wygląda radioterapia i jak dowożą na nią wolontariusze

Właśnie zaczęłam trzytygodniową radioterapię

Przeto muszę zaraz tu o tym opowiedzieć, bo niektórzy są pewnie ciekawi, jak to wygląda. 

Dziwne to jest jak na mnie, ale denerwowałam się tym dniem. Nie wyspałam się nawet porządnie, bo co chwilę się budziłam… Noooo, nocne wycieczki młodzieży mi w tym nie pomagały… No weźcie, wstałam o pierwszej na siku, idę na dół, a tu światła pozapalane i na schodach, i w salonie, a żywej duszy nie ma. Co za dranie roztargnione - pomyślałam. No ale wracając z kibla, zobaczyłam, że nia ma klucza w drzwiach wyjściowych i że zasuwka odsunięta… WTF?! Gdzie kto polazł po nocy? - pomyślałam i się zdenerwowałam lekko. Poszłam sprawdzić pokój Młodej i stwierdziłam brak Młodej i brak aparatu fotograficznego (zatyczka od obiektywu leżała na biurku, stąd wniosek, że coś koło domu knuje), co mnie uspokoiło i podreptałam z powrotem do wyrka. Wtedy usłyszałam kroki i rozmowę… Z kim ona tam łazi po nocy?! Wyglądam przez okno, a to nie jedno, a dwoje moich dzieci. CO ROBI MŁODY Z SIOSTRĄ W NOCY NA POLU?! Kopara mi opadła, ale i tak poszłam spać, postanowiwszy się ich o to na drugi dzień zapytać, co też uczyniłam, gdy już wstali w południe. A było to tak:

Młody usłyszał, że siostra idzie na dół, to poszedł za nią, bo chciało mu się siku, a trochę jeszcze boi się ciemności i bycia samemu na parterze. Wracając z wuceta zauważył za oknem dziwne, podejrzane żółte światło i zawołał siostrę. Siostra obadała sytuację, stwierdziła obecność pomarańczowego Księżyca na niebie i postanowiła zrobić mu zdjęcie. Młody skorzystał z okazji i poszedł z nią i nawet dźwigał dla niej statyw… Ot i cała zagadka. Jakby mi się siusiu nie zachciało, nawet bym nie wiedziała, że się gdzieś szwendali… Ech te dzieci ;-)

Tak czy owak i bez nocnych zagadek byłam zestresowana, bo jakoś tak mam ostatnio, że denerwuję się, gdy coś nowego mnie czeka, nawet gdy nie mam specjalnych powodów do stresu. Najwidoczniej się człek bardziej nerwowy z wiekiem robi. Drzewiej zawsze byłam oazą spokoju nawet w momentach, w których innych zżerała panika, jak egzaminy, czy tego typu rzeczy, dlatego stres dla mnie teraz taki niezwyczajny jest.

Tym razem było dwie nowe rzeczy na raz, bo poza radioterapią jeszcze dojazd do szpitala z wolontariuszami.Wiedziałam od dawna, że coś takiego jest, ale nie wiedziałam, jak to tak na prawdę funkcjonuje. Stąd nerwa.

Jak funkcjonuje taki transport pacjentów z wolontariatu we Flandrii? 

Na wstępnej wizycie w szpitalu pielęgniarka od spraw socjalnych zapytała, czy mam czym dojeżdżać, a gdy odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie bardzo (nie ma od nas połączenia publicznymi środkami transportu, prawa jazdy nie mam, a na skuter za daleko, by codziennie przez 15 dni dojeżdżać), zaproponowała mi skorzystanie z usług wolontariuszy z mojego funduszu zdrowia. Gdy wyraziłam zainteresowanie, powiedziała, że skontaktuje się z moim funduszem („mutualitetem”) i wszystko załatwi. Za parę dni powinni do mnie zadzwonić z informacją, co i jak.

Zadzwonili. Jednego dnia zadzwoniła pani z i-mens i poinformowała mnie, że znaleźli już dla mnie kierowcę na poniedziałek i wtorek, po czym podała jego imię, które zaraz zapomniałam, i dodała, że na piątek jeszcze nikogo nie mają, ale szukają. Nazajutrz zadzwoniła ponownie, by poinformować, że w piątek pojedzie ze mną niejaki Geert, czy Gert i że przyjedzie po mnie o tej a tej godzinie pod dom. Po czym upewniła się, czy mają właściwy adres (otrzymali wszystkie dane ze szpitala). 

Geert zjawił się nawet kilkanaście minut wcześniej i zawiózł mnie do szpitala, gdzie zaparkowawszy auto na parkingu, zaprowadził mnie na właściwą poczekalnię (szpital w Aalst to dosyć wielki szpital, istny labirynt korytarzy). Gdy załatwiłam, co miałam załatwić, czyli odebrałam swoją dawkę promieniowania, szofer już na mnie czekał w poczekalni, by zaprowadzić mnie na parking i odwieźć do domu. Jednym słowem, to lepsze niż taksówka.

Ledwie dotarłam do domu, znowu zadzwoniła miła pani z i-mens, czyli instytucji współpracującej z moim funduszem zdrowia, która koordynuje pracę tych wolontariuszy, ale też np pielęgniarek, z których usług korzystałam podczas chemioterapii. Pani dzwoniła, by poinformować, że mają kierowcę na kolejne dni i jest to Jean-Pierre. W tym momencie ja poinformowałam ją, że w szpitalu dostałam nową rozpiskę wizyt i że pozmieniali godziny w niektóre dni. Podałam pani nowe godziny i powiedziałam, że w związku ze zmianami mam problem z czwartkiem, kiedy mam też wizytę w klinice piersi w innym szpitalu. Zapytałam, czy kierowca mógłby mnie zabrać z tego szpitala i zawieść do drugiego, bo do pierwszego mogę autobusem pojechać rano…? Ona powiedziała, że okej, ale musiała od nowa obdzwonić wolontariuszy w sprawie tych zmian. No bo wiadomo, że wolontariuszom może nie być wszystko jedno, wszak na pewno robią to w wolnym czasie…  Chwilę później znowu miałam ją na linii. Wszystko załatwione. Dopóki szpital znowu czegoś nie zmieni… Szacun dla tych ludzi za cierpliwość i wyrozumiałość. 

Kto płaci za te przejazdy?

Wolontariusze może i jeżdżą dobrowolnie, ale wiadomo że ani paliwo za friko nie jest, ani utrzymanie samochodu i ktoś musi za to płacić. Wstępnie zapłacę za to ja - za jakiś czas otrzymam stosowne faktury. Pani za każdym razem podaje mi kwoty i pyta, czy się zgadzam.  Jeden dzień kosztuje mnie ok 25€, ten z cudowaniem około 30 €, bo więcej kilometrów wyjdzie. Po otrzymaniu i opłaceniu faktur z i-mens, wysłać je mam do funduszu zdrowia, skąd powinnam bodajże 60% zwrotu otrzymać, a potem podać kopię faktur i zwrotów do szpitala, który ma mi oddać resztę kosztów, co może potrwać oczywiście kilka miesięcy, ale tu na wiele rzeczy trzeba czekać, zanim system przemieli dokumenty i nie ma co srać żarem. 

A jak wygląda ta cała radioterapia?

Czekam w stosownej poczekalni aż ktoś wywoła moje nazwisko… No okej, dobra, jak ktoś BĘDZIE PRÓBOWAŁ wywołać moje nazwisko „pitzrssftrstt… i w końcu powie „Magdalena”, a potem zapyta, jak się to nazwisko cholera jasna wymawia i z jakiego ja jestem cholera jasna kraju?! ;-) Ubaw zawsze ten sam.

Po wywołaniu biorę z przyznanej mi szafki swój szlafrok i idę do przebieralni, gdzie rozbieram się do pasa i zakładam szlafrok, a potem wychodzę innymi drzwiami i czekam na krzesełku, aż znowu mnie ktoś zawoła do sali właściwej.

mój szpitalny szlafrok w przebieralni

Tam zdejmuję szlafrok i kładę się na leżance na plecach z rękami za głową i ugiętymi kolanami (jest specjalny podkolannik oraz uchwyty na dłonie, żeby było wygodnie), tak samo jak leżałam podczas wstępnego badania. W razie potrzeby załoga moją pozycję poprawia, bo wtedy zrobili zdjęcie i komputer im pokazuje, jak dokładnie mam leżeć. Potem wychodzą, a maszyna sprawdza, czy na pewno dobrze leżę. Wracają i zakładają do maszyny jakieś dodatkowe koromysła, w tym - jak zauważyłam, taki ołowiany odlew, który zrobili po poprzednim badaniu, kiedy to doktor ułożył mi na klacie ołowiany sznurek. Ta ołowiana płytka ma dziurę w takim samym kształcie jaki doktor zrobił ze sznurka. Przez tę dziurę padało jakieś kolorowe światło i na koniec załoga wykropkowała mi ten kształt markerem na klacie i jeszcze krzyżyk nabaźgrali na środku. I potem zalecili mi się przez kilka dni myć się pomiędzy tymi kropkami, żeby się nie zmyły. Bardzo śmieszne. Jak o tym w domu powiedziałam, to Najstarsza, która niedawno przemalowywała kilka swoich mebli, zaleciła mi zakleić te mazaje taśmą malarską  na czas mycia buachacha. 

Ani przygotowania, ani samo napromieniowywanie nie jest w żaden sposób odczuwalne, tak samo jak np prześwietlanie złamanych kości. Tylko to ustrojstwo się rusza i hałasuje. Każą przy tym leżeć spokojnie i ani dygnąć, bo w tym zabiegu każdy milimetr ma znaczenie. 

Potem przychodzą z powrotem, odsuwają maszynę i można się iść przyodziać i wracać do domu, szlafrok zostawiwszy w swojej szafce w specjalnej torbie ze swoim imieniem :-)

torba ze szlafrokiem

Dziś, zgodnie z obietnicą, otrzymałam specjalną oliwkę do mycia i krem do smarowania z Avene. Produkty tej marki robione są ponoć typowo pod rakowców i innych ludzików z problematyczną, wrażliwą skórą  i już wcześniej sporo próbek i produktów ze szpitala gratis dostałam. Nie wiem, czy szpital ma z tego jakieś profity, czy Avène ma z tego jakieś profity i w sumie mnie to nie obchodzi. Dają, to biorę i używam. 


Zrobiłam se pamiątkowe selfie z bazgrołami na klacie, gdy kombinowałam przed lustrem, jak niby mam mycia torsu bez uszkadzania tego wątpliwego dzieła sztuki, dokonać. Cycków bym tu raczej nie pokazała, ale łysą klatę z blizną i bazgrołami mogę. Voilà! 


Gdyby się ktoś poczuł zgorszony czy zniesmaczony tym zdjęciem, to niech wie, że ja też nie jestem zachwycona ani tym, że mam raka, ani tym że zamiast pięknej piersi mam paskudną bliznę. Tylko że czytelnik może zamknąć tę stronę w przeglądarce a nawet ją zablokować i zapomnieć, a ja, podobnie jak setki kobiet na całym świecie, widzę ten obrazek każdego dnia w lustrze i muszę z tym żyć. Przynajmniej dopóki nie umrę, a dzięki w/w chorobie może się to zdarzyć o wiele wcześniej niźli statystyki przewidują. Co więcej, rak piersi może dotyczyć każdego z was i dobrze, byście byli tego świadomi. Nikt się też zbytnio nie przejmuje, co czują kobiety po amputacji piersi obrzucane każdego dnia setkami reklam bielizny, pięknych strojów kąpielowych, kremów ujędrniających biust… Zresztą dziś wszędzie pełno obrazków cycatych i wydekoltowanych, czy prawie nagich albo i nagich lasek. W końcu mamy XXI wiek i zwyczajni ludzie nie mają, a przynajmniej nie powinni mieć problemów z odkrytym ciałem, czy z mówieniem, rozmawianiem  o nim, o jego niedoskonałościach, o chorobach, wadach, zabiegach. Problemy z tym tylko zwykle  różne sekty i inne zacofane organizacje religijne mają, ale to już nie mój problem. Niemniej jednak uważam, że blizna po operacji piersi nie jest gorsza niż widok narzędzia tortur, na którym wisi przybity do niego gwoździami prawie nagi i zakrwawiony facet, a który to obrazek katolicy umieszczają z premedytacją, gdzie się tylko da i nawet dzieciom każą to oglądać, a bywa że i na szyi to noszą i się do tego modlą, nic nie robiąc sobie z faktu, że dla niekatolików nie rzadko jest obrzydliwe i niesmaczne… ale to inna opowieść..



Pierwsza radioterapia nic mi nie zrobiła. W znaczeniu, że niczego nieprzyjemnego nie odczuwam na razie, ale podejrzewam, że to przyjdzie z czasem. Przede mną jeszcze 14 dawek rentgena. Ufam, że robi to natomiast coś potencjalnym komórkom rakowym i że to im się nie podoba, i że szlag je od tego trafi. 

A na koniec o tym, że pora zabrać się za siebie

Gdy byłam w liceum, pewnego dnia ubzdurałam sobie, że chcę zrobić szpagat. Mimo że byłam sprytna i dosyć wygimnastykowana, to jednak do szpagatu dużo mi brakowało. Ale jak ja czegoś bardzo, chcę to staram się do tego dążyć. Postanowiłam, że będę codziennie ćwiczyć i się rozciągać, aż zrobię szpagat. No i tak było. Ćwiczyłam uparcie jeśli nie codziennie, to co najmniej kilka razy w tygodniu. Po dwóch latach mogłam się już popisywać na wuefie szpagatem i się popisywałam przy każdej nadarzającej się okazji ^^

Najważniejsze w tej historyjce jednak jest to, że zwyczaj codziennych ćwiczeń przyjął się u mnie na dobre i pozostał. Potem przez kilka lat trenowałam wschodnie sztuki walki, co tylko ten zwyczaj umocniło i rozszerzyło mi repertuar i dodało finezji oraz nowych pomysłów. Potem miałam w życiu kilka przerw w tej codziennej gimnastyce. A to mi zakazali ruchu w ciąży, bo że zagrożona, mówili, a to miałam okresy niechcemisizmu i oklapnięcia, a to za małe mieszkanie… Wcześniej czy później jednak wracałam do tego.

Ostatnimi laty, przyznaję bez bicia, dosyć się obijałam pod tym względem. Albo miałam przerwę całkowitą, albo ćwiczyłam byle jak po 5 minut rano. No, ale nie robiłam sobie wyrzutów z tego powodu, wszak jak się przejeżdża rowerem kilkadziesiąt albo i kilkaset kilometrów miesięcznie, zapitala po 4 do 8 godzin na miotle, a potem jeszcze ogarnia dom to ruchu i gimnastyki raczej nie brakuje.

Tylko że nagle jakiś rak się przypałętał i trochę się potentegowało. W domu niby w miarę normalnie wszystko robię, ale nie chodzę do roboty i nie jeżdżę na rowerze ani nie ćwiczę. 

No dobra, po operacji, jak już się dało, to zaczęłam po troszku się gimnastykować, bo cosik mi popsowali i miałam za krótką rękę… W sensie ciągnęło okropnie i bolało, gdy sięgałam ręką  w górę. Gimnastyka pomagała… Tyle tylko, że potem przyszła chemia, a z nią kitowe samopoczucie i zmęczenie. Próbowałam trochę ćwiczyć, ale zupełnie nie szło. Źle i gównianie się czułam. Nie chciało mi się. Nie miałam sił. Ani chęci. No to olałam to całkiem.

I tak minęło prawie 8 miesięcy. Wydaje się nie dużo, ale to jednak jest dużo. Za dużo.

Chemia się skończyła wreszcie. Minęło kilkanaście dni i zmęczenie zaczęło mijać, a mi zaczęły wracać chęci do życia, radość i energia. Tylko ręka mnie bolała w przedramieniu okropnie, że nie mogłam prania wieszać. I uda mnie bolały przy każdej zmianie pozycji. Jeżdżenie rowerem było niezłym wyzwaniem, a i przekręcanie się z boku na bok w łóżku nie było łatwe.

Trudno orzec, ile w tym winy chemii, a ile braku ruchu. Pewnie pół na pół. Postanowiłam jednak spróbować się trochę rozruszać.

Zaczęłam od próby naprawienia ręki, bo to była masakra jakaś… Ogrzewałam ją gorącą poduszką z pestek wiśni. Potem masowałam rozgrzewającym olejkiem do ciała. I próbowałam rozciągać za pomocą ćwiczenia. Nie wiem, czy cokolwiek z tego pomogło, czy zwyczajnie czas zrobił swoje, ale już mnie nie boli i działa jak należy. 

Potem postanowiłam zacząć zwyczajne codzienne ćwiczenia od stóp do głów… i zderzyłam się ze ścianą! To był lekki szok dla mnie, gdy po wykonaniu próbie wykonania kilku prostych ulubionych ćwiczeń się okazało, że jestem starą, zniedołężniałą staruszką. 🤯🧓🏻

Ledwie zrobiłam 4 pompki (o wstydzie!) i to NA KOLANACH. Z wielkim bólem i trudem udało mi się wycisnąć 4 (słownie: CZTERY!!!) przysiady, a uda bolały potem z pół godziny… Może to chemia, a może zwykłe zasiedzenie. Trudno powiedzieć. Brzuszki na szczęście mogłam w miarę normalnie robić, jak na taką przerwę. Z czego wnioskuję, że jednak chemia miała duży udział w niedyspozycji nóg i rąk.

Kompletna porażką natomiast były ścięgna. Okazało się, że siedząc na podłodze płasko w rozkroku nie sięgnę nawet dłońmi do palców stóp, a gdzie tu „żaba”?, w której kiedyś byłam mistrzem. (siedząc w szerokim rozkroku i trzymając dłońmi stopy położyć (lub prawie położyć) głowę i klatę na podłodze. Gdzie zrobienie mostka? że o szpagacie nawet nie wspomnę…

Nie, spokojnie, tak serio to ja nie oczekuję w tym momencie od siebie, że w wieku 45 lat zrobię szpagat czy żabę (jest to teoretycznie możliwe, nie mam jednak takich aspiracji w tym momencie), ale mimo wszystko przed chemią miałam ciągle raczej giętkie ciało, a teraz skostnienie i skurczenie mojego ciała jest okropne. 

Zapuściłam się! Nie podoba mi się to.

Tak nie może być. Taka ja to nie ja. Muszę to naprawić! Choćby dla własnej satysfakcji. Ale też po to, by za kilka tygodni móc wreszcie wrócić w miarę normalnie do pracy, bo ileż można gnić w domu?

Kilkanaście dni temu zaczęłam systematycznie ćwiczyć co rano. Już przez ten krótki czas sporo się polepszyło. Teraz robię po 10 przysiadów, brzuszków i babskich pompek (na kolanach - bo nie ma co się, panie, przemęczać w tym wieku hehe) no i trochę innych ćwiczeń na różne części ciała. Mięśnie mnie już nie bolą. Rozciągniecie jeszcze się nie polepszyło, bo nad tym zwykle trzeba dłużej popracować. 

Teraz mam tylko nadzieję, że radioterapia nie popsuje mi planów, że da się ćwiczyć, bo lubię być zwinna, gibka i mieć świetną kondycję fizyczną. 

Póki co jest weekend i dobrze by było nie myśleć przez chwilę ani o raku, ani o depresji, ani o finansach, ani o przyszłości. No więc czary mary hokus pokus trele morele bęc niech się stanie radość i wytchnienie 🍀🦔🦄. Idę do ogrodu popatrzeć na cuda:

Tata Wróbel i Dzidzia wróbel

Heniek ujarany deszczem

Heniek

Bożenka (zmokła kura)

Chip

Sunny


Słodziak 

Słodziak nr 2