Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

30 stycznia 2026

W złą stronę to zmierza... ale na razie jest znośnie.

 To był dosyć wyczerpujący psychicznie tydzień, ale ogólnie nienajgorszy.

W poniedziałek podreptałam do apteki wybrać kolejny przydział Decapeptylu. Kolejka stała do drzwi, a aptekarka tłumaczyła jakiemuś starszemu panu, że musi do specjalisty swojego iść, by mu wypisał nowe zlecenie, bo inaczej następnym razem nie dostanie już tego leku... Dalej aptekarka wspominała o ostatnich zmianach, że jest coraz więcej trudnień ze wszystkim. Potem znowu coś następnemy klientowi tłumaczyła o zmianach, o droższych lekach... 

W końcu przyszła moja kolej i się dowiedziałam, że Decapeptyl już nie jest za darmo. Na szczęście tylko 2€ mnie to teraz kosztować będzie co miesiąc, ale niektórych ludzi zmiany dotkną o wiele boleśniej. Aptekarka mówiła coś o diabetykach i którejś innej grupie, która dostaje w dupę. Zasadniczo rząd stwierdził, że lekarze za dużo leków przepisują i trzeba to ograniczyć podwyższeniem wkładu własnego pacjentów (czyli zmniejszeniem refundacji). No wiadomo, że cukrzycę czy raka ludzie maja dla fanu i głupich fanaberii, a te wszystkie piguły, czy zastrzyki lekarze pacjentom przepisują po prostu na złość. 

No cóż, ktoś musi za pandemię i prezenty dla Ukrainy zapłacić. Miło, że mogą to robić właśnie najsłabsze grupy społeczne. Choć tyle się do czegoś przydamy, więc chyba powinniśmy być dumni, że na nas padło, prawda...?

szmateksowy przyodziewek

Kolejnego dnia poszłam z Młodą do rodzinnej, po skierowanie na badanie krwi  i recepty. Po krótkiej rozmowie lekarka jej nakazała w te pędy szukać tutaj psychiatry, bo teraz po zmianach będzie mieć przesrane. Jeśli nie przedstawi orzecznikom dokumentów belgijskich na to, że się leczy, marniutkie szanse, że przedłużą jej uznanie niepełnosprawności. Powiedziała jej, że każą jej iść do pracy, a przecież ona (lekarka) wie, że Młoda nie da rady pracować, ale niestety to co się dzieje, może skończyć się tragicznie dla wielu ludzi. No i tak wedle porady lekarki z naszej przychodni  (u której nota bene Młoda była po raz pierwszy) Młoda ma leczyć się u polskiego psychiatry jak dotąd, ale dla papierów ma znaleść jakiegokolwiek psychiatrę na miejscu, co jak wiadomo może nie być łatwe.

Słyszałam kiedyś, że zarówno Belgia jak i Polska dojakiejś unii europejskiej należą, czy coś, ale wychodzi na to, że to chyba jednak jakieś plotki i pomówienia.

Małżonek tydzień temu zaczął nową pracę i już po tygodniu dyskutuje z belgijskimi kolegami na temat ostatnich zmian i starzy Belgowie potwierdzają to, o czym ja tutaj piszę i oczym non stop w domu gadamy - w bardzo złą stronę ten kraj zmierza. Najbiedniejsi i najbardziej przeciętni zaczynają się coraz bardziej bać o swoją przyszłość, o zdrowie, pracę, życie, o przyszłośc swoich dzieci i wnuków oraz ogólne bezpieczeństwo. A naszym zdaniem to dopiero skromny początek... Lepiej raczej nie będzie. Jednym słowem chyba mamy przejebane...

mural w Leuven

Odwiedziłyśmy w tym tygodniu też ponownie Szpital Uniwesrystecki w Leuven. 

Tym razem z drugą córką odwiedziłam dział reumatologiczny. Profesor wraz z asystującą mu lekarką stwierdzili że Młoda jednak nie ma EDS (Zespół Ehlersa Danlosa), ale potwierdzili oficjalnie hipermobilność stawów i profesor wytłumaczył jakie są tego konsekwencje i dlaczego Młodą non stop bolą stawy stawy. Przy takiej hipermobilności prawdopodobnie często do chodzi do mikrourazów,  minimalnych zwichnięć czy skręceń  różnych stawów nawet podczas normalnych codziennych czynności. W dalszej konsekwencji bardzo szybko może zacząć dochodzić do zwyrodnień stawów.

Doktor skierował ją do swojej koleżanki od hipermobilności do Gandawy. Powiedział, że bardzo istotne jest skonkretyzowanie, sklasyfikowanie tego problemu i rozpoczęcie terapii (u fizjoterapeuty). Tak oto znowu znaleźliśmy się o krok bliżej poznania prawdy o zdrowiu (a raczej jego braku) Młodej. 

W szpitalu obowiązuje kod pomarańczowy, czyli noszenie masek. Na szczęście teraz nie trzeba mieć swojego naryjca, bo przy drzwiach jest specjalny dozownik maskowy i se można pobrać za darmo. Szanuję.

 Jako że w Belgii znowu kolej strajkuje i część pociągów nie jeździ, wyjechałyśmy z Młodą odpowiednio wcześnie, by się nie spóźnić. W efekcie w szpitalu byłyśmy prawie godzinę przed zaplanowaną wizytą. No ale mają tam super wygodne, miękkie kanapy w poczekalni, to się rozłożyłyśmy z książką, telefonem i se czekałyśmy. Problem tylko taki, że ja w masce bardzo szybko robię się nieludzko senna i zmęczona. Mam tez zawroty głowy. Chwilami trochę przycinałam komara i po 5 razy czytałam jedno zdanie w książce. Do tego ja nie mogę długo siedzieć, zwłaszcza jak nie mogę se stóp pod dupę wygodnie powkładać albo na stole położyć... Wszystko mnie boli od dłuższego siedzenia w miejscu. Na szczęście w końcu nas zawołali, bo już myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok albo nawet się położę.

Dziś towarzyszyłam jeszcze Dziecięciu na badaniu krwi, bo ona bardzo źle nosi kłucie i czasem słabo jej się robi. Mnie natomiast było słabo podczas pedałowania do przychodni. Od wczoraj jestem totalne lelum polelum bez sił. Ino bym plaszczyła dupsko na kanapie, co też zresztą i robię. Poszłam z niechęcią, ale szybko się uwinęłyśmy i mogłam wrócić do domu i dokończyć pisanie tego wpisu.

Potem będę dokańczać oglądanie mini serialu "Matki Pingwinów". Długo się do tego filmu zabierałam, bo czegoś innego się spodziewałam, ale chciałam obejrzeć. Świetny film. Doskonale pokazuje jak ludzie reagują na diagnozę autyzmu. W głównej bohaterce widzę siebie sprzed kilku lat... "moje dziecko jest normalne" "jest po prostu indywidualistą" "wszystko jest z nim wporządku" "odpierdolcie się od mojego dziecka". Dokładnie te same słowa padały z naszych ust. Co gorsze od jakiejś polskiej pomocy psychologicznej (czy kim ta pani była) usłyszeliśmy, o zgrozo, to samo! Wszystko to wynika z braku choćby podstawowej wiedzy na temat autyzmu. Ludzie boją się panicznie tego, czego nie znają, o czym niczego nie wiedzą.

W tym tygodniu trafiłam przypadkiem na post informujący, że w Polsce wreszcie znoszą używanie określenia "asperger" i wreszcie zaczynają używać po prostu określenia "spektrum autyzmu". 

Ileż tam było płaczu i złorzeczenia w komentarzach. Tylko dlatego, że ludzie nie mają pojęcia czym jest spektrum autyzmu, ani też tego kim był słynny Asperger (kolega Mengele, który pomagał Adolfowi pozbywać się niepełnosprawnych ze społeczeństwa). Polacy dzielą na razie ludzi w spektrum na "dobrych i supermądrych z lekkimi dziwnościami" oraz na "przygłupów z autyzmem". Ja i Nasza Trójka w PL dostalibyśmy pewnie właśnie diagnozę "asperger". U nas bowiem autyzmu PRAWIE nie widać. Ja byłam po prostu "strasznie wstydliwa i miałam dziwne zainteresowania", Najstarsza "była po prostu okropnie uparta i krnąbrna". Młoda to po prostu "niezdara" która "lubi zwracać na siebie uwagę i się drzeć głośno i która wydziwia przy czesaniu, mierzeniu ubrań". Młody byłby tam zapewne "typowym kujonem mającym się za niewiadomoco i dlatego nie miałby przyjaciół" etc etc. Bo takie są konsekwencje udawania, że autyzm nie istnieje, bagatelizowania poważnych problemów dzieci i dorosłych, dzielenia ludzi na lepszych z "tylko aspergerem" i gorszych "ze strasznym autyzmem". Ani jedna, ani druga grupa nie jest jednolita, a granica między jedną a drugą nie istnieje. Dlatego mówimy właśnie o SPEKTRUM AUTYZMU. Spektrum znaczy różnorodność, wachlarz, zakres. Każdy chyba wie, co znaczy np spektrum kolorów. Tak samo wygląda spektrum autyzmu: jedna cecha zachodzi na drugą i z drugą się miesza. Jedna jest bledsza, druga wyraźniejsza, inaczej jest u dziewczyn i kobiet, inaczej u chłopców, inaczej u ludzi z wysokim ilorazem inteligencji, inaczej u ludzi z przeciętnym, czy niskim. Każdy jest inny, a jednak jest są pewne cechyb wspólne dla wszystkich, dzięki którym psychiatra może zdiagnozować autyzm. Być może kiedyś, za jakiś czas wiedza na temat ludzkiego mózgu i genów będzie na tyle duża, że będzie można owo spektrum podzielić na węższe kategorie. Póki co o mózgu wiemy całe gie, a o genach i wielu innych rzeczach jeszcze mniejsze. Na razie cieszmy się zatem, że w ten poważny problem w ogóle został nazwany, bo jeszcze wcale nie dawno, kilka lat przed moim narodzeniem, w Ameryce podejrzane o autyzm dzieci hodowano do piątego roku życia, a gdy się okazywało, że ich autyzm jest poważny, to je zabijano. Może stąd też ten strach, że jak się okaże, że ktoś ma "prawdziwy autyzm" a nie "tylko Aspergera" to każą go zutylizować, by nie zawadzał. "Aspich" (nie wiem, kto ten debilny słodziutki termin wymyślił) można jeszcze próbować naprawić i zmusić do udawania normalnych i olać ich ból, strach, czy inne mniej lub bardziej poważne problemy z codziennym funkcjonowaniem w "normalnym" świecie.


Film polecam. Dużo wyjaśnia. Nie tylko o autyzmie, czy innych niepełnosprawnościach, ale pokazuje też jak działa polski system (i ni etylko polski) i ileż trzeba się z nim nawalaczyć, by nie traktowano cię wszędzie z buta.  Mały Jaś bardzo przypomina naszą Najstarszą w dzieciństwie. Przypomina też pewnie trochę małą mnie. Tyle że ja nie rozpierdalałam niczego, bo za bardzo się bałam, że wyrzucą mnie z domu, oddadzą (dla mnie tego typu głupie  teksty rodziców czy wujostwa były najprawdziwszą prawdą i bałam się tego panicznie, bo - tak jak wielu autystyków - takie stwierdzenia brałam serio dopóki mi ktoś nie wytłumaczył że tak się tylko mówi) albo że zleją kablem (to akurat było realne zagrożenie w tatmtych czasach). Do dziś zresztą boję się w głębi duszy, że spotka mnie coś złego, jeśli nie będę się zachowywać należycie, tak jak się ode mnie oczekuje. Wiele udało mi się  przepracować, ale niestety to bardzo długotrwały i trudny proces. Moja Matka  nie raz się mnie wstydziła, bo byłam nienormalna. Nie raz w każdym rzie o tym mówiła otwarcie. W filmie też jest to pokazane. Do takich dzieci wstyd się przyznać.

Moje dzieci też będą mieć wiele do przepracowania, bo zbyt długo żyliśmy w niewiedzy i zacofaniu, zbyt wiele się złego zdarzyło, bo byłam "głupią cipą" i nie wiedziałam, co to autyzm i nikt mnie nie nauczył jak należy z tym żyć. Nauczono mnie natomiast, jak powinnam żyć według normalnych ludzi, mimo że ja normalna nie jestem. Nie w takim sensie, jakiego oczekuje ode mnie większość społeczeństwa. Jedna taka, którą przez bloga poznałam w realu, napisała mi tu kiedyś, że "jakbym chciała to mogę być normalna, ale jeśli wolę udawać nienormalną to moja sprawa", bo tak właśnie uważają ludzie - masz zachowywać się NORMALNIE, czyli tak jak większość, tak jak inni i MUSISZ CHCIEĆ się tak zachowywać, bo to przeciez oczywiste. Najważniejsze, że TO WYSTARCZY CHCIEĆ. Moim problememejest tylko to, że nie chcę. Nie chcę być normalna. Nie chcę się dostosować. To tylko i wyłącznie moja wina, że zachowuję się jak nienormalna. Dla takich ludzi właśnie zniesienie "aspergera" jest problematyczne, bo od aspergera można oczekiwać by się dostosował, by sie zachowywał normalnie, bo przecież ma tylko aspergera, czyli leciutką formę autyzmu, że prawie nie autyzm i czasem "jest po prostu indywidualistą". A wiecie co? Obejrzyjcie se ten film. Mama Jasia też miała problem z zaakceptowniem diagnozy. Film fajnie pokazuje, jakie mogą być tego efekty, choć zaledwie muska ten złożony problem. 

No ale dość o tym.

Będąc w Leuven mogłam na własne oczy zobaczyć autonomiczny autobusik, który od zeszłego tygodnia (22 stycznia) kursuje na trasie Leuven - Heverlee. Bardzo miałam ochotę sie nim przejechać, ale się nie złożyło. Jeździ on po południu, ale po wyjściu ze szpitala to już nie bardzo cokolwiek mi się chciało. 

autonomiczny autobusik w Leuven


Busik testowali już od dawna. Najpierw spece od komputerów go zaprogramowali, jeździł jakiś czas z kierowcami robiąc mapę, czyli ucząc się trasy, sytuacji typowej dla tego odcinka i reakcji na nietypowe zdarzenie na drodze, czyli np rowerzystów i pieszych nagle wpadających na jezdnię (Leuven akurat jest znane z tego, że autobusy przejeżdżają tam ludzi, co mnie bynajmniej nie dziwi, gdy patrzę na zachowania pieszych i rowerzystów - niektórzy nie mają z grosz wyobraźni i samoświadomości). Potem jeździł sam, ale bez pasażerów. Teraz przyszła pora na wożenie ludzi. W autobusiku jest 8 miejsc (no szaleństwo co nie?). Trzeba obowiązkowo zapinać pasy. Nie trzeba dzwonić, gdy chce się wysiąść, bo busik zatrzymuje się automatycznie na każdym przystanku. Bilety kupuje się z apki De Lijn, jak na każdy inny autobus.

To nadal jest faza testowa, ale burmistrz i inne tam urzędasy mają nadzieję, że może ten wynalazek pomoże w poprawie transportu publicznego. Wiadomo dziś, że ludzie nie kwapią się do pracy za kółkiem. Mimo że wciąż zachęcają reklamami do tej roboty, organizują darmowe kursy, mimo że sporo kobiet zaczęło jeźdżić jako kierowcy to i tak braki kierowców autobusowych są bardzo duże. Może faktycznie autobusy-robociki rozwiązały by ten problem, ale to też nie takie hop-siup. Niemniej jednak ciekawa sprawa.

Na dworzec wracałyśmy z trampka, co dobrze na niedotlenione mózgi nam zrobiło, bo to parę kilometrów jest. Pogoda mało przyjazna, bo  ciemno, zimno i mglisto było, że aż żyć się odechciewało, a powietrze ciężkie jak z ołowiu. Szłyśmy ulicą sklepową i wstąpiłyśmy do Hunkemoller, gdzie Młoda se wzięła jakieś majtoszki, a ja koszulę nocną za dyszkę, bo wciąż trwają te słynne wyprzedaże i czasem można coś tanio upolować. Bieliznę z Hunkemoller lubimy, ale obserwuję, że i tu jakość z roku na rok też spada i czasem lepiej se majtochy w Zeemanie czy Takko Fashion kupić, bo tańsze, nie raz ładniejsze i często lepszej jakości. Ba, majtochy codzienne w stylu bokserki  to ja w Action kupuję i też nie narzekam - suszę je nawet czasem w suszarce i nic im to nie robi. 

Jako, że tego dnia (w sumie to cały tydzień) odbywał się strajk kolei i liczba pociągów była ograniczona, po przyjeździe z Leuven do Mechelen musiałyśmy czekać godzinę na przesiadkę. W taką pogodę nie chce się czekać na dworcu, bo zimno. Na szczęście jeszcze dworcowe stoisko Madmun było otwarte, więc se gorącą matchę z białą czekoladą zafundowałam (Młoda kupowła to podczas porannej przesiadki, gdy ja wtedy gorące kakao duldałam w Panosie). Jesu jakie to dobre. Będziemy próbować zrobić se takie w domu...

Na peron poszłyśmy mimo wszystko strzelając zębami, ale z parującymi kubeczkami (Młoda wzięła gorący sok jabłkowy) w dłoniach, ale jak tam zobaczyłyśmy skautki w krótkich spódnicach z gołymi nogami, to jeszcze zimnej nam się zrobiło. Brrr. Było koło zera, może 2 stopnie, może nie. Do tego mgła i zimny wiatr. Może i nie tragedia, ale zimno diabelnie. Przypomniało mi się, że kiedyś w zimie na bosaczka za młodego ganiałam... To musiało być strasznie dawno hahaha.

brrr... 


Młody na początku tygodnia jeszcze zamulał trochę i z niechęcią wstawał. W środę miał wyraźnego doła i był bardzo sfrustrowany oraz zestresowany. Wróciłam do domu z Leuven bólem głowy i trohę musiałam odtajać, najeść się i ogarnąć, więc dopiero późnym wieczorem do niego poszłam pogadać... Usiadłszy na kanapie zauważyłam, że na kompie szkolna agenda otwarta i że pod czwartkiem ma zapisane "actua", a na innych kartach widzę stronę z wiadomościami się świecącą, a tymczasem Młody leży na łóżku w ubraniach pod kołdrą zdepresowany... Tak, to jego kolei na przygotowanie opisu jakiegoś zdarzenia, ale nie wie co. Spojrzałam na wiadomości i faktycznie wojna, wojna, wojna, plityka, wojna, polityka... Samo gówno i nic ciekawego, a to wybrane zdarzenie dodatkowo musi wpisywać się w jeden z edukacyjnych celów do zrealizowania na ten rok. 

Zaproponowałam, by napisał o tym autonomicznym busiku. Trochę się ożywił, ale nie był przekonany, bo jaki niby cel pod to wpisze... Mówię, że może AI, bo coś mi się tam majaczyło, że stało to w celach edukacyjnych na ten rok. Fakt! Młody zeskoczył z łóżka i zaczął tworzyć prezentację w Power Point. Wyguglował jakąś stronę, gdzie opisywano co robi sztuczna inteligencja w pojazdach autonomicznych Idealnie! Skończyliśmy gdzieś koło 23. Rano Młody wyruszył ze stresem, bo zrobić PowerPointa to pikuś w porównaniu z przedstawieniem tego przed grupą...

Wieczorem jednak wrócił z uśmiechem na paszczy usatysfakcjonowany i jakby z 10 kilo lżejszy. Od razu zapytał, czy czytałam już mejl od kołczki. Zanim zdąrzyłam pocztę otworzyć już się pochwalił, że actua poszło dobrze i że od przyszłego tygdonia zaczyna hybrydę. W poniedziałek będzie zostawał uczyć się w domu, bo wtedy tylko matematykę ma, a reszta to i tak nauka samodzielna. Super wiadomość!

Dziś już z zupełnie innym nastawieniem wstał i poszedł do szkoły. Piątek jest ogólnie ciężki, bo to już piątek - człek jest zmęczony okrutnie całym tygodniem, a tu jeszcze jakies 2 testy, ale mimo wszystko to już VRIJDAAAG! (PIĄTEEEK!). 

W weekend może na basen się wybierzemy albo nawet do zoo - jak pogoda, siły i nastrój bedą kompatybilne - żeby się zrelaksować trochę.

Umówiłam Młodemu "niepilną" wizytę u rodzinnego, bo potrzebuje wyczyścić ucho i recepty na desloratadine (antyalergiczne piguły), gdyż sezon pylenia nieprzyjaznych mu roślin już tuż tuż. Pierwsza możliwa była za cztery tygodnie i to u doktorka, którego nie lubimy... Pewnie nikt go nie lubi, skoro do innych nie ma już w ogóle miejsc w najbliższym miesiącu i tyllo do niego są. No ale ogólnie to chyba kogoś popieściło mocno, żeby do rodzinnego trzeba było miesiąc czekać. Z jednej strony dobrze, że choć to podzielili na wizyty pilne i nie pilne, bo inaczej trzeba by było z każdą głupotą na pogotowie do miasta jechać... Niemniej jednak to jest chore! Jak człowiek nagle potrzebuje do lekarza niesety nie zawsze jest miejsce tego samego dnia, a już na pewno se nie można wybrać wtedy lekarza. Na pilnych wizytach nie można omawiać więcej niż jeden problem - tak przynajmniej napisane na stronie, a czy ludzie tego przestrzegają, to ja wątpię. 

W tym tygodniu w końcu pomalowałam naszą skrzynkę na paczki. 📦 Młoda kupiła skrzynkę ogrodową na promce za niecałe cztery dychy. Ja zrobiłam napis i wystawiłam przed dom. Jeszcze musimy ją przykleić do płytek, bo coraz więcej kradzieży w okolicy. Skurwysyństwo się szerzy jak zaraza, więc i skrzynka może długo nie postać.

Mam nadzieję, że kurierzy i listonosze zrozumieją, po co to stoi i przynajmniej małe paczki będą tam wkłądać, a nie po sąsiadach zostawiać czy w ogóle diabli wiedzą gdzie...


Jeśli chodzi o działalność artystyczną to jeszczde jedną fajną - mam nadzieję - rzecz zrobiłam, a jest to
Epicki Dziennik Motywacyjny ⭐ związany z pracą domową i dbaniem o zdrowie.

Od teraz Młody ma MISJE do wypełniania:

Focus to szkolny projekt całoroczny. W tym roku, jak pisałam, wybrał fotografię i to jest od teraz jedna z jego misji. Za każdy dzień pracy z aparatem otrzyma jedną gwiazdkę, za pracę z siostrą (ekspertką) dwie gwiazdki.
Challenges też samemu się wyznacza. Temat challenge'u jest dowolny. Chodzi jednak o to, by opracowując go i szukając informacji, a następnie przedstawiając przed grupą i nauczycielem zdobyło się wiedzę, którą określają cele edukacyjne na dany rok. 
Opdrachten to po naszemu zadania. W tym wypadku do wykonania w domu, czy tu po lekcjach czy podczas hybrydowego dnia. Tu może zdobyć różną liczbę gwiazdek. Szybkość wykonania jest nagradzana, w tym sensie, że zadanie zadane w poniedziałek na piątek najlepiej punktowane jest, gdy wykona go od razu w poniedziałek, za wykonanie go w czwartek dostanie już tylko jedną gwiazdkę, a za wykonanie go w piatek rano przed lekcjami (co już się zdarzało) gwiadka zostanie mu odebrana. Każdy dzień po deadline czegokowliek to też minus jedna gwiazdka.
Studeren to nauka, przygotowanie do testów, odpowiedzi, prezentacji etc.
Praktijk to praktyka. Tu jeszcze nie wiemy, jak to będzie, bo tyle co zmienił kierunek nauki.
W końcu jest czytanie i zdrowie. Za każde przeczytane 20 stron gwiazdka. Kolejne gwiazdki można zdobyć za zjedzenie owocu, wypicie 2 litrów płynów, za 30 minut sportu (rower do szkoły się nie liczy, ale spacer z aparatem już tak), 4 posiłki dziennie (po miesiącu 5, a potem 6).
Bonus-owe gwiazdki przyznawać będzie sobie sam.  Na koniec tygodnia ma ocenić na ile gwiazdek zasługuje: od jednej do pięciu. Może też wybrać przyznawanie gwiazdki za dzień, czyli każdego dnia ocenić, czy danego dnia zasłużył na gwiazdkę czy nie.


Nie zdecydowaliśmy jeszcze, ile gwiazdek będzie zasługiwało na nagrodę. Zdecydujemy za kilka dni od rozpoczęcia prowadzenia dziennika.

Ustaliliśmy, że będą małe nagrody i potem większa (np za trymestr) i w końcu za koniec roku. 

Pomysł nagrody głównej Młody ma, ale nie wiem, czy uda nam się znaleźć tutaj tatuażystę, który zgodzi się wytatuować czternastolatkowi gwiazdkę (znamię) rodziny Joestar na łopatce (Jojo's bizzare adventure). Za słabszą pracę była by pusta gwiazdka, za lepsze wyniki różowa. W Belgii nie ma chyba prawa zakazującego tatuaże przed 16 rokiem życia, ale studia raczej nie godzą się na wykonanie tatuażu przed 16. Może jednak uda się kogoś znaleźć prywatnie. W razie co, pomyślimy nad inną nagrodą, a ta zostanie odłożona na za 2 lata.

Drobniejsze nagrody jeszcze trzeba wymyśleć... Może 5 kubków matchy w Madmum albo 4 boxy w Pizza Hut...? Może hajs na nową grę...? Może extra lody czy jakaś płyta...? 

Póki co zobaczymy, czy zabawa się przyjmie i czy będzie to działać faktycznie, tak jak nam się wydaje, że może. Młody jest na tak. On lubi takie zabawy.

DZienni miał działać od 2 tygodni, ale dostawa z Temu dotarła później, niż na to liczyliśmy, ale wstrzeliła się w rozpoczęcie hybrydowych dni, więc akurat.

A jak Ty motywujesz dzieci lub siebie do lepszej pracy? Co myślisz o takich dziennikach?


1 listopada 2025

Lekarz, kawiarnia i kino

 W tym tygodniu odwiedziłam dwa szpitale. 

Życie po raku...

liście pod szpitalem
W pierwszym byłam zobaczyć się ze swoim onkologiem w celu umówienia się na wyciąganie portu. Po raz ostatni mi go przepłukano. Krwi już się pobrać z niego nie dało, choć pielęgniarka wszystkie możliwe triki wypróbowała: głęboki wdech, zakaszleć, unieść ręce, położyć się, odczekac chwilę pozwalając lecieć kroplówce z solą fizjologiczną i znowu spróbować. NIC! Tak jak poprzednm razem, musiała pobrać krew z ręki, co też nie jest łatwe, bo moje żyły są cieniackie. 

W grudniu mam pójść na ten ponoć szybki łatwy zabieg. Lekarka powiedziała, że robią to pod miejscowym znieczuleniem. 15-20 minut i gotowe. Jak wyciągną to ustrojstwo, będę chodzić tylko co pół roku na badanie krwi... 

Dostałam też skierowanie na coroczną mammografię i usg klaty na po Nowym Roku.



A co tam w Zespole Turnera?

W drugim szpitalu towarzyszyłam Najstarszej na wizycie kontrolnej w dziale endokrynologii. Młody doktorek a potem jego prowadzący wytłumaczyli nam po raz kolejny, o co chodzi z tym zespołem Turnera, dodając oczywiściejakieś nowe dla nas szczegóły oraz jakie niesie to ze sobą zagrożenia i jakie w związku z tym  i jak często badania powinna robić. Będzie też raz na rok jeździć do tego szpitala na wizyty kontrolne.

Doktor rysował po kolei problematyczne organy i mówił, jakie problemy mogą wyniknąć i jakie badania w związku z tym się robi i jak często oraz jakie działania należy podejmować ewentualnie. Pozwolę sobie pokazać bazgrołki pana doktora, by opowiedzieć z jakimi problemami może się wiązać ta wada genetyczna.


Jajniki. To podstawowy problem przy zespole Turnera. One nie pracują i nie produkują żeńskich hormonów, a że te potrzebne są nie tylko do rozmnażania, ale też dla prawidłowego działania wielu organów, to należy brać całe życie (do wieku naturalnej menopauzy) żeńskie hormony np w postaci pigułek. Kolejny problem związany z niepracującymi jajnikami to niepłodność. Przy Turnerze tzw mozaikowym, czyli gdy chromosomy potentegowane są nierównomiernie w poszczególnych komórkach (w jednych jest jeden chromosom x zamiast dwóch, w innych ten drugi jest popsuty...) zdarzały się przypadki, że kobieta zaszła w ciążę, ale pani doktor powiedziała, że na to nie ma co liczyć, bo to są bardzo, ale to bardzo rzadkie przypadki. Można natomiast próbować z jajem od dawczyni i zapłodnienem invitro... Póki co Najstarszej ten temet nie interesuje. To są jej zmartiwienia na potem, ale dobrze już dziś znać możliwości, gdyby kiedyś jednak chciała zostać mamą.

Kości. Niedostatek lub brak żeńskich hormonów powoduje dziurawienie kości, czyli osteoporozę. Dlatego poza uzupełnianiem sztucznie żeńskich hormonów, należy też brać witaminę D i wapno oraz uprawiać sport, dużo się ruszać, bo obciążanie kości powoduje, że się wzmacniają. Natomiast brak ruchu tylko je rozleniwia i przyśpiesza ich słabnięcie. Lekarz odradza ponadto palenie i spożywanie alkoholu. Co parę lat trzeba wykonywać skan kości, by stwierdzić jak się miewa sytuacja.

Słuch. Turnerowi często towarzyszą wady słuchu i wzroku. Dlatego należy zbadać oba narządy po postawieniu diagnozy.

Serce. Turner wiąże się też często z problemami sercowymi więc ważne jest przyjrzenie się pracy i budowie serca, by wykluczyć ewentualne nieprawidłowości. A w daleszej konsekwencji nalezy też swojemu sercu się przyglądać i wszelakie niepojjące objawy szybko iść omówić z lekarzem, bo to że teraz nie ma problemu, nie znaczy, że za 5 czy 10 lat on nie wystąpi.

Pieprzyki. Turner zwiększa też ryzyko raka skóry, zatem nalezy swoją skórę systematycznie kontrolować i z każdym podejrzanym pieprzykiem zgłąszać się do dermatologa, by w razie co w porę zareagować.

Tarczyca. To jeden z bardziej podejrzanych organów w związku z Zespołem Turnera i trzeba systematycznie kontrolować krew, by szybko wykryć wszelakie nieprawidłowości. Z Turnerem bardzo często bowiem wiążą się choroby autoimmunologiczne (Hashimoto) albo niedoczynność tarczycy.

Autyzm, ADHD. Często u kobiet z Turnerem diagnozowane są też ADHD i Autyzm. U kobiet z Turnerem może występować problem z wielozadaniowością, niedojrzałością emocjonalno-społeczną, mniejsze lub większe ograniczenia intelektualne.

Reasumując Zespół Turnera jest wadą genetyczną, z którą da się żyć w miarę spokojnie, ale trzeba brać leki, systematycznie odwiedzać lekarzy i kontrolować poszczególne organy oraz dbać o zdrowy tryb życia, co jednak nie jest bynajmniej oczywiste, gdy się ma problemy z ogarnianiem świata i samodzielnym funkcjonowaniem. No i bezpłodności też raczej nie można określić słowem "bezproblemowy", bo dla wielu kobiet zajście w ciążę i posiadanie dzieci nalezy przecież do kwesti kluczowych. 

Wiele problem ma jeszcze dodatkowo poważny problem z wyglądem, bo kobiety z Turnerem bez leczenia hormonalnego w dzieciństwie mają nie więcej niż 135-140 cm wzrostu, do tego płaską szyję, płaski tułów, specyficzny wyraz twarzy (podobnie jak w Zespole Downa), a to wiadomo jak jest odbierane przez debilne społeczeństwo...  

Na szczęście przy turnerze mozaikowym tego typu problemów za wiele nie ma. Najstarsza jest po prostu ładną, wysoką, bardzo szczupłą kobietą, która nie ma się czego wstydzić, jeśli idzie o wygląd zewnętrzny. Rozumu też ma wystarczająco, choć problemy z ogarnianiem świata ma typowe dla autyzmu ADHD. Ma trudno, ale pracuje nad tym i z każdym rokiem wszystko idzie jej lepiej. 

Przeczytałam kolejną książkę.

Ten reportaż Larsa Berge pt: Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo zaczęłam czytać jakiś czas temu, ale styl autora mnie z jakiegos powodu irytował i gdzies w połowie odłożyłam na półkę z niesmakiem. Jednak po przeczytaniu dwóch książek po niderlandzku postanowiłam wrócić do tego reportażu. I, proszę ja was, tym razem poszło gładko. Dokończyłam z przyjemnością i czytałam z wielkim zaciekawieniem. Autor grzebie się w sprawie wypadku, jaki miał miejsce kilka lat temu w szwecji, gdzie wilki zabiły w zoo swoją opiekunkę. Lars rozmawia z pracownikami zoo, przyrodnikami, ludźmi pracującymi na co dzień z wilkami i próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie, co poszło nie tak, że zginął człowiek... Jeśli chcecie znać odpowiedź, sięgnijcie po książkę. Nie po to poświęciłam kasę na jej zakup i czas na jej czytanie, by teraz ją tutaj za darmo streszczać ;-)


Odwiedziłam beznadziejne muzeum

W poprzedni weekend odwiedziłam z Młodą kolejne muzeum, które nam się bardzo NIE SPODOBAŁO. Muzeum Historii Naturalnej w Brukseli nie nadaje się, moim zdaniem, dla dorosłych...

Parę lat temu byłam już w tym muzeum razem z Młodym i Najstarszą i wtedy Młody powiedział, że to muzeum jest do niczego, bo nie mają dodo, którego on szukał. Młodym podobały się wtedy jednak minerały i dział dinozaurów, więc i mnie się wtedy tam podobało, bo byłam tam wszak dla dzieci. Wtedy jednak Młody był małym dzieckiem i z perspektywy dziecka oraz rodziców dzieci to muzeum pewnie jest zajebiste, bo dużo czaderskich eksponatów oraz jakichś gadżetów elektronicznych dla dzieci.

No ale, panie, po nazwie i idei takiego muzeum człowiek by jednak się spodziewał, że w takim muzeum człowiek będzie się mógł wiele rzeczy dowiedzieć, wiele tematów zgłębić, coś mądrego przeczytać czy obejrzeć, a tu figa! 

Przy większości ekspozycji brak jakichkolwiek  sensownych informacji. W ogóle informacji, a tablica typu "To jest szkielet dinozaura. Ten dinozaur nazywa się tak a tak i żył wtedy a wtedy, tam a tam miał tyle a tyle wzrostu" to jakby na poziomie pierwszej klasy przedszkola, a i tak tego typu tablice to tam było ze trzy. 

Na ekranach były podobne informacje albo jakieś gry na takim samym poziomie. Jakby się uparli całe muzeum pod gówniaki zrobić. Co zresztą też widać, słychać i czuć nie tylko ze strony ekspozycji.

Kuźwa, chwilami się zastanawiałyśmy, czy my to aby na pewno do muzeum trafiłyśmy, czy też na jakiś plac zabaw w podejrzanej dzielnicy, bo gównażeria ganiała z wrzaskiem po całym muzeum jak opętana. Jakieś bajtle płakały... żeby nie powiedzieć wyły w niebogłosy... No po jaką cholerę to brać niemowlaki do muzeum?!! Prezciez taki szczyl i tak nic z tego nie wie, a szybko się znudzi, zgłodniej i zaczyna ryczeć, że nas mało szlag nie nie trafi. No ale dobra, niemowlaka przynajmniej człowiek zroumie, ale starsze dzieci to chyba można by nauczyć, jak należy zachowywać się w takich miejscach jak muzeum, czy w ogóle między ludźmi. Widziałam tam sporo rodziców z dziećmi, którzy z wielkim zainteresowaniem oglądali poszczególne eksponaty, rozmawiali PO CICHU, zachwycali się, tata czy mama tłumaczyli wszystko, czyli można? ANO MOŻNA. Niestety wiele dzieci było puszczonych totalnie samopas. Gnało to po salach jak dzikie i darło się na cały głos nie wykazując przy tym specjalnego zainteresowania czymkolwiek poza gnaniem i darciem mordy. 

Jedyny na prawdę ciekawy i dobrze opisany dział to dział ewolucji człowieka. Tam spędziłyśmy z Młodą dużo czasu, bo było dużo do czytania i dużo do oglądania. I też jakby mniej gówniaków, bo pewnie rodzice tych diabłów wcielonych to ta kategoria co albo boi się, albo brzydzi szkieletów ludzkich, czy tym bardziej płodów w formalinie. Niestety tam przychodziły przygłupawe nastolatki się drzeć i robić oborę... Młoda osądziła, że reprezentują idealnie poziom intelektualny pierwszych człowieko-podobnych osobników albo i małp człekokształtnych... Szkoda, że mówili po francusku, bo już ja bym im powiedziała, co myslę na temat ich zachowania i poziomu inteligencji... 

Nie wiem, rodzice w Brukseli to wychowują jeszcze czasem swoje dzieci, tlumacza im czasem coś o życiu i świecie, czy to się na ulicy chowa po prostu...?

Kurde w tylu muzeach już byłam, nawet choćby w tym roku, ale pierwszy raz spotkałam się z takim cyrkiem, z takim hałasem i taką dziczą. Niektórym (niestety dość licznym) ludziom się chyba muzeum z parkiem rozrywki pomyliło.

I jeszcze jedzenie w muzeum! NO SERIO?! Mają tam nawet kawiarnię i strefę piknikową i ci ludzie tam z kanapkami poprzychiodzili. Do muzeum. Z kanapkami. Na piknik. JPRDL! Ludziom to się cosik chyba potentegowało w głowach. Jakby w Brukseli mało było kawiarni, restauracji, barów, czy kuźwa choćby budek z jedzeniem, parków pełnych ławek, gdzie można se zjeść w spokoju. Nie, ludzie gówniaka przy niedzieli do muzeum na obleśne spaghetti wezmą. Zresztą ile ludzie w takim muzeum siedzą z tymi gówniakami? W Belgii dzieci idą do szkoły na 8-10 godzin o jedenej kanapce z wodą, jednym jabłku i jednym ciastku i to im wystarcza (bo więcej nie wolno jeść przecież) i jakoś nie umierają, ale na godzinę do muzeum muszą se biedaki wziąć kanapki... Trochę jakby głupie. Nie kumam tego i nie kupuję. 







Muzeum znajduje się nieopodal Parlamentu Europejskiego w brzydkiej bezduszcznej betonowej dzielnicy. 

Wolę Flamandzkie miasta.

Gdy jechałam do szpitala, Młoda postanowiła się zabrać ze mną, byśmy po wizycie mogły skoczyć na basem, bo już wieki nie byłyśmy popływać. 
Ta wyprawa była dosyć ekscytująca. Rano telefon pokazał mi, jak zwykle pogodę na ów dzień i stało tam, że bedzie wiało mocno i intensywnie padało. W związku z czym szykując się do wyjścia i spoglądając przez okno, gdzie ani znaku wiatru, czy deszczu powiedziałam do Młodej, że coś tu nie gra. Ona mnie ochrzaniła, bym nie wywoływałe deszczu swoimi głupimi uwagami a temat pogody. Wyszłyśmy zaopatrzone w kurtki przeciwdeszczowe, ale zanim wyprowdaizłyśmy rowery z szopy, zaczęło kropić. Młoda na to "a nie mówiłam, masz swój deszcz!" Wtedy zaczęło wiać jak by się ktoś powiesił, a do tego z nieba leciały na nas całe wiadra wody z wielką siłą ciskane. Do przystanku jedzie się 10 minut i nasze portki i buty przemokły do suchej nitki. Gdy dotarłyśmy do przystanku oczywiście wujrzało słonko, a wiatr ucichł. Sielanka jakby nigdy nic. Aplikacja pokazała, że nasz autobus będzie 5 minut wcześniej. Na szczęście wyglądałyśmy go i bacznie przyglądałyśmy się stronie z której miał przyjechać, bo dzięki temu zauważyłyśmy, że skręcił w boczną uliczkę, choć ani w aplikacji, ani na przystanku nie było podane, że przystanek jest nieobsługiwany tego dnia. Sekunda konsternacji i dawaj w długą na skrzyżowanie, gdzie udało nam się dobiec akurat jak bus podjeżdzał i zdążyłyśmy machnąć by się zatrzymał. Nie śmieszne. Z autobusu zobaczyłyśmy tęczę wychylającą się zza lasu...

Tęcza widziana przez okno autobusu

Pod basenem stał wielki pająk, a i cały basen ozdobiony był pająkami, szkieletami i tym podobnymi straszydłami, bo w Halloween basen jest czynny do 23 i pływa się po ciemku do kilorowych świateł wśród straszydeł... Jeszcze nie byłyśmy na tym corocznym zdarzeniu, ale wiemy od znajomych, że jest fajnie, szczególnie dla dzieci.

pająk pod basenem

Młoda przypomniała o istnieniu krokietów i któregoś dnia zrobiłam dwie różne wersje. Jedna z kapusty kiszonej, szpiczastej oraz pieczarkami i serem żołtym, a drugie bez pieczarke i sera, bo Młoda nie lubi pieczarek. Obie wersje były smaczne. Inspirowałam się przepisami z naszej ulubionej strony Ania gotuje, choć oczywiście zrobiłam po swojemu coś dodając, coś opuszczając.



Wizytę w szpitalu uniwersyteckim też połączyłyśmy sobie z atrakcjami. Do szpitala pojechałam już o świcie z Najstarszą. Po szpitalu poszłyśmy do Panosa, gdzie posiliłyśmy się i napiłyśmy czegoś ciepłego, a potem poszłyśmy się szwendać po sklepach w oczekiwaniu na Młodą, która miała do nas dołączyć po południu. Razem bowiem postanowiłyśmy iść do kina na film Julian.
Najstarsza kupiła sobie trochę ubrań w Bershce i trochę w JBC. Ja kupiłam sobie tanie jesienno-zimowe adidasy, bo w szmaciakach zaczyna być zimno, a w butach trekingowych nie wszędzie przecież będę chodzić. 
Gdy Młoda dojechała, poszłyśmy najpierw na pizzę do Otomat, gdzie - jak już kiedyś mówiłam - serwują dosyć oryginalne pizze. Tym razem wybrałyśmy nowość jesienną, czyli pizzę z pikantnym miodem, dynią, kozim serem, cebulą i chili. Mnie bardzo smakowała. Młodej jakby mniej.
Potem jeszcze na kawę wstąpiłyśmy do Danta's Coffe, kawiarni z tapirem, gdzie do kawy oprócz ciasteczka dostaje się małą laleczkę na pamiątkę. Kawę mają pyszną. Ja zamówiłam sobie latte o smaku róży i lawendy. Wyśmienita.


Takie kino to ja szanuję

Po kawce poszłyśmy na seans do kina ZED. Kino bardzo mi się spodobało. Znaczy kino jak kino, ale zasady do mnie bardzo przemawiają: 

- sense zaczynają się punktualnie i po włączeniu filmu nie można już wchodzić do sali

- nakaz wyłączenia lub wyciszenia telefonów

- zakaz jedzenia, picia i rozmawiania na sali

- zakaz wprowadzania małych dzieci z wyjątkiem specjalnych seansów dla dzieci, a stasrzaki do 12 r.ż. tylko z opiekunem

Dla mnie bomba. Myślę, że nie była to ostatnia wizyta w tym kinie, bo choc jest daleko i trzeba tam jechać z przesiadką, to i tak łatwiej się tam dostać niż do pobliskiego kina. Podczas filmu było tak cicho, że Młoda bała się wysmarkać nos, by nie robić hałasu. 

Dobrze jednak, że miałam ze sobą stoper do uszu, bo film był dla mnie trochę za głośno. Stopery jednak zawsze noszę w plecaku, bo często też w pociągu czy autobusie korzystam, gdyż gwar rozmów jest czasem dla mnie nie do wytrzymania, odkąd po chemii się moje zmysły wzmocniły (a już wcześniej były ponadprzeciętnie wrażliwe). A jak już w pociągu czy autobusie dzieci krzyczą albo jakiś debil filmiki se ogląda bez słuchawek czy jakaś kretynka kłapie godzinę przez telefon na cała koparę to instynkty mordercze się we mnie budzą. Dla mnie to koszmar: szybko pojawia się ogromny dyskomfort, ból głowy, mdłości i rosnąca z każdą sekundą wielka irytacja. Chciałabym, by kazdy choć jeden dzień w życiu poczuł to co czują osoby wysoko wrażliwe i by potem chory położył się spać, a przez kolejne trzy dni budził się z ogromna migreną. Może by to nauczyło ludzi szacunku do innych i używania słuchawek oraz zamykania swoich cholernych mord w przestrzeni bublicznej, gdy nie ma powodu by tą mordą kłapać non stop. 

A palaczy najchętniej odizolowałabym od reszty społeczeństwa albo wystrzelała. Bo ja serio nie widzę najbledszego sensownego powodu, dla którego ja czy moje dzieci mamy cierpieć przez jakichś niefrasoblibych śmierdzieli. Dla mnie zapach dymu papierosowego to koszmar, jakich mało. Rzygać mi się chce, jak tylko choćby lekko mnie dym zaleci. Młoda nie może oddychać, ma jakby objawy astmy, której jednak u niej nie stwierdzono, więc po prostu tak działa jej nadwrażliwość. 

A tymczasem w tym kraju palenie jest dozwolene w miejscach publicznych niemal bez ograniczeń. 

TO JEST CHORE i KARYGODNE! 

Dopiero niedawno wprowadzono łaskawie zakaza palenia na dworcach kolejowych i w poblizu szkół czy szpitali, ale i tak niektórzy palą (choć w naszym pobliżu odradzam, chyba że ktoś chce zjebę albo w ryj). 

Moim zdaniem zakaz powinien obowiązywać dosłownie wszędzie, a sprzedaż tego gówna powinna być całkowicie zakazana, a palacze poddani przymusowemu leczeniu. Chcesz się truć, truj się we własnym domu, czy we własnym samochodzie, byle nie przy własnych dzieciach i zwierzętach.

Rozumiem, że odwyk jest trudny, ale kuźwa, dzis można kupić wszędzie elektroniczne papierosy, które nie są dla innych szkodliwe i które tak nie drażnią, ale nie, ludzie wolą niszczyć życie i zdrowie innym paląc tytoń. 

Tym to mądrym przemyśleniem kończę dzisiejsze wypociny. Ulżyło mi. Mogę w swpokoju cieszyć się deszczowym weekendem.

24 października 2025

Jesienne spacery i przemyślenia

Zacznę od heheszków tygodnia. Umieszczę je również w mini  blożku bo dawno już tam niczego nie postowałam, a Moja Młodzież czasem czyta sobie to dla relaksu. 

😆😆😆

 Siedzimy sobie we trzy - ja z córkami - na dworcu czekając na nasz pociąg i obserwując świat. Widzimy jak przyjeżdża pociąg na inny peron, a potem odjeżdża. Wypatrujemy Młodego, bo jest szansa, że właśnie tym pociagiem przyjechał. Wysiadło wielu ludzi. Idą, rozchodzą się. Na samym końcu maszeruje grupka nastolatków w wieku Młodego, którzy pewnie w ostatnim wagonie jechali i daleko wysiedli. Młodego między nimi nie ma, bo pewnie natępnym dopiero przyjedzie. Przyglądam się nastolatkom i nagle obserwuję, że jeden chłopak podbiega entuzjastycznie do plecaka leżącego na ławce wykrzykując "O, tutaj był mój tornister przez cały dzień!". Podnosi swoją zgubę, koledzy klepią go po plecach i z uśmiekachmi wszyscy odchodzą w nieznane.

😆😆😆

Dziewczyny szykują się do wyjścia do sklepu. Wychodzą przed dom sprawdzić, jaka temperatura odczuwalna. Młoda stwierdza, że zimno dość i sugeruje wzięcie kurtek. Najstarsza biegnie na strych po swoją kurtkę. Wracając zakłada ją na siebie, po czym stwierdza, że coś ciasna ta kurtka i rękawy jakieś krótkawe... Przeszukuje kieszenie i znajduje plastikową żółtą kartę autobusową, której z wielkim zdziwieniem i niezrozumieniem się przygląda przez chwilę, po czym zaczyna się głośno zastanawiać, co niby robi brata karta w jej kurtce...? Wszyscy zaczynamy się śmiać, bo oto właśnie znalazł się Młodego zgubiony bilet... Tak to jest, gdy dzieci mają jednakowe kurtki tylko jednym rozmiarem się różniące.

***

dworzec centralny w Antwerpii w wieczornej odsłonie


Po raz kolejny odwiedziłyśmy Antwerpię. Tym razem byłyśmy z wizytą u neurologa. Babka przyjmuje w starej kamienicy, żeby nie powiedzieć ruderze. Budynek jest chyba w tej chwili w remoncie, bo pełno różnych gratów tam leżało w holu i zarówno schody jak i poręcze były obdarte z farby... Te stare kamienice z zewnątrz są często przepiękne i człowiek się zachwyca maszerując ulicami miast, ale wewnątrz to czasem jest smutna tragedia i w wielu chyba zwyczajnie bałabym się mieszkać, że mi na łeb się coś zawali.  Tu też popękane ściany i sufit, gruba warstwa jakiegoś grzyba na ścianie i odłażąca płatami farba czy tapety. Całość jednak wyraźnie nosi ślady dawnej świetności i dostojeństwa. I w takim to smutnym otoczeniu przyjmują tu wcale nie rzadko lekarze.

19 września 2025

Kurowanie kury i inne wrześniowe przygody

 Jest piątek 19 września. W Belgii mamy dziś 27 stopni ciepła i słońce grzeje na pełnej petardzie. Fajnie tak jeszcze we wrześniu se w ogrodzie posiedzieć na leżaku, ale jednocześnie pogoda taka wrześniowi nie bardzo przystoi i nie ma najlepszego wplywu na samopoczucie. Spać się chce i na nic poza tym siły nie ma.



Rano porowerowałam do sklepu, ale takem się tym zmachała, jakbym conajmniej ze 100 kilometrów pokonała, a nie zaledwie osiem i to elektrykiem. I tak, na pogodę zawsze trzeba se ponarzekać, co by się nie działo...

Padało ostatnio trochę, a nawet lało. Nie było to jednak jakoś specjalnie uciążliwe jak dotąd. Młodego nawet jeszcze nie zdążyło porządnie zlać, jak na tym swoim rowerku jeździ. Tam raz go chyba gdzies lepiej dopadło. Zwykle jednak udawało mu się wstrzeliwać pomiędzy deszcz. Siedzi w szkole, to leje jak z cebra. Wychodzi - sucho. Jedzie pociągiem - ulewa. Wysiada - tęcza na niebie. Farciarz ci to jakich mało.

Chodzi już do tej swojej nowej szkoły trzy tygodnie, a ciągle zadowolony się zdaje. Wracając do domu, wykrzykuje, że super dziś było w szkole! A to chemię pierwszy raz miał i się zachwycił, a to fizyka była fajna i ciekawa, a do tego uznał ją za łatwą, bo to co mieli na fizyce teraz, on w pierwszej klasie już miał w poprzedniej szkole... Ogólnie uważa, że ten kierunek jest na razie bardzo łatwy, przez co szkoła wydaje mu się trochę podejrzana. Chłop przeszedł z klasy inżynierów do liceum humanistycznego i ma za łatwo. Gada z kolegami z byłej klasy i oni biadolą, że mają od peirwszych dni pełno nauki. Nawet na granie nie znajdują za wiele czasu, bo tyle zadań mają i non stop się uczą, a Młody tym czasem ciągle za wiele zadań nie ma. Mówię mu, by się nie martwił, bo z czasem na pewno nauki i zadań mu przybędzie. Uważam, że szkoła ze względu na swój specyficzny styl na pewno daje dzieciakom luz na początku, by się w system wdrożyli. Choc może być też tak jak w PL za moich czasów było, że profil humanistyczny był sporo łatwiejszy niż biol-chem, czy mat-fiz i że może się okazać, że dla niego faktycznie będzie za łatwo. 

Bez względu na to, ile ma nauki, to na nudę tak na prawdę narzekać nie ma jak, bo ma całkiem gęsto dni zaplanowane teraz. Co zresztą przewidywałam, tylko Młody nie chciał w to wierzyć. Uczęszczanie do szkoły oddalonej o ponad 30 km od domu to nie to samo, co nauka we własnej gminie. Jednak narzekać nie ma co. Pamiętam, że martwiłam się, że będzie musiał strasznie wcześno wstawać, a tymczasem on wychodzi z domu dopiero o 7.30 więc wstaje o 6.30, czyli tak jak poprzednimi laty. A i powroty też nie są jakoś specjalnie późne, bo parę minut po 17 już dociera do domu na swoim rowerku. W normalne dni to bajka, tyle że dwa razy w tygodniu musi jeszcze gonić do akademii muzycznej. Nawet poszłam w tym tygodniu razem z nim by zapytać się nauczycielki, czy lekcja "grupowe muzykowanie" jest obowiązkowa, bo ona konczy się o 21, a godzinę przed tą lekcją jest lekcja nut, która zaczyna się przed 19. Niestety (albo stety) jest obowiązkowa i nie można z tego zrezygnować. Innego dnia ma jeszcze godzinę girary, a w tym tygodniu przed gitarą miał jeszcze wizytę u psychologa, o której zapomniał. Ja akurat coś słabo sie czułam i zaległam na kanapie i właśnie udało mi się zasnąć, gdy zadzwonił telefon , a na ekranie wyświetliło sie imię psycholożki... Młody był tuż obok i usłyszawszy głos psycholożki złapał się za głowę. Czym prędzej pobiegł po gitarę i popedałował na wizytę. Na szczęście psychologa mamy nieopodal i za 5 minut już siedział zapewne na kozetce,a gitara tuż obok, bo nie zdążył by wrócić do domu, tylko od razu po wizycie popedałował do akademii. 

Obawiamy się, że może go to szybko przeciążyć, ale kto wie, może akurat się chłopak po prostu wyrobi i wzmocni przez taki napięty program tygodnia. Z gitary nie ma póki co zamiaru rezygnować, bo bardzo to lubi. Musi tylko popracować nad logistyką i planowaniem, by jakoś z głową to wszystko sobie organizować i wystarczająco czasu na odpoczynek sobie fundować. 

O tym jak ogólnie szkoła działa, opowiedziałam w poprzednim wpisie, bo tyle wiem. Każdego dnia wysłuchuję też relacji na temat nowo poznanych kolegów i koleżanek oraz tego, co fajnego było na lekcji i co zabawnego tudzież irytującego sie wydarzyło w szkole, w pociągu i na mieście.

Odpuścił już składanie roweru przed wsiadaniem do pociągu, bo non stop łańcuszek mu spada i potem musiał się męczyć i brudzić przy zakładaniu. Cos felerny jest ten rower, ale jak to mówią - tanie mięso to psy jedzą... Składa go zatem tylko częściowo i próbuje wsiadać do wagonów rowerowych. Konduktor nigdy nie robi problemu. Wszak nigdzie nie stoi że rower musi być złożony. Piszą tylko, że na składak nie potrzeba biletu, a nie że musi być poskładany całkowicie haha.

Młody wkurza się, że ludzie siadają w wagonie rowerowym, choć w normalnych wagonach są wolne miejsca i potem nie ma gdzie wejść z rowerem. Faktycznie, moim zdaniem, to jakoś powinno być odgórnie zarządzone, że wagon rowerowy jest dla ludzi z rowerami i wózkami czy na wózkach inwalidzkich, a nie że każdy może se tam miejsca zajmować... No ale to moja prywatna opinia.

Nie dawno było zaćmienie Księżyca. Wybrałam się z Młodym na pobliską górkę, by tam w spokoju móc zjawisko obserwować. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zastaliśmy tam kupę ludziów. Niektórzy mieli krzesła, inni jakieś koce… A my mieliśmy za to dobrą lornetkę, nienajgorszy aparat i dużo cierpliwości. były chmury i przez godzinę nic nie było widać, a wtedy wiele osób sobie poszło. My trwaliśmy na posterunku  z zadartymi głowami i w końcu się doczekaliśmy. Łysy się pojawił.

ktoś ukradł Księżyc 🌑 

niby w cieniu, ale go widać












Kontunuuję naukę niderlandzkiego

W tym tygodniu zaczęłam kolejny poziom niderlandzkiego. B2 część pisemna. Mowę odrobiłam jakoś 2 lata temu, czy coś koło tego. Lekcje ma przez internet 2 razy w tygodniu po trzy godziny przed południem. Po każdej godzinie jest 10 minut przerwy. Mamy fajną nauczycielkę, a i grupa też zdaje się być interesująca. Ten ma jakieś wystawy swoich zdjęć we Francji, drugi działa w świcie muzycznym... Na tych kursach często nietuzinkowe osobistości się poznaje, a nawet jak to jacyś zwykli zjadacze chleba w zwykłych zawodach pracujący, to znowu z jakichś dalekich krajów pochodzą i dziwnymi językami się na codzień posługują. Nie mamy podręczników. Rozmawiamy przez Zooma. Korzystamy ze strony Moodle, gdzie znajdujemy zadania, i wklepujemy żądane teksty lub uploadujemy wykonane zadania. Jako tablica służą nam Dokumenty Google, gdzie możemy pisać wszyscy jednocześnie i każdy z osobna, a nauczycielka może od razu poprawiać. Korzystamy też z internetowego pakietu Office od Microsoftu, którego abonament wliczony jest w cenę kursu. Po dwóch lekcjach już wiem, że sporo nowych rzeczy się nauczę, a wiele innych powtórzę, przypomnę i utrwalę. Bardzo odpowiada mi sposób prowadzenia lekcji i podejście nauczycielki oraz zaangażowanie innych kursantów. Widzę już też różnicę pomiędzy kursem wieczornym a porannym. Ja zdecydowanie nie jestem nocnym człowiekiem i wieczorne kursy to dla mnie była męczarnia. Byłam zmęczona i senna, w ogóle nie mogłam się skoncentrować, a poza tym wieczorem to wszyscy w domu hałasują, łażą, grzebią za jedzeniem, gadają.... Rano natomiast jest cisza i spokój w domu, a ja czuję się jeszcze żeśko, no i mój mózg działa w miarę normalnie przed południem. Mogę myśleć a nawet to i owo zapamiętywać. Cieszę się, że w ostatniej chwili zdecydowałam się na ten kurs. Pora uporządkować moją znajomość niderlandzkiego i poprawić, bo - jak to ktoś nie dawno na instagramie trafnie określił - okropnie niedbale się tego języka nauczyłam. Bo to tak jest, że na początku człowiek chce po prostu jak najszybciej być w stanie sie dogadać z ludźmi. Ma w dupie gramatykę, poprawną wymowę, czy jakiś akcent. Byle zrozumieć, co inni mówią i samemu powiedzieć, co się ma do powiedzenia. Byle się wysłowić u lekarza i w sklepie, byle się z sąsiadem porozumieć i w urzedach formalności pozałatwiać. Nie ważne jak, byle gadać. Dopiero po paru latach przychodzi refleksja, że człowiek mieszka tu już tyle i niby wszędzie z każdym się dodgada, czy mejla napisze, ale mówi i pisze jak pierwszy lepszy wsiowy głupek robiąc pełno błędów, przekręcając słowa, źle akcentując i fatalnie wymawiając głoski. Mało kto człowieka traktuje poważnie, jak słyszy kaleczenie języka zamiast normalnej wymowy. Wielu Belgów niestety ocenia kompetencje, wiedzę i inteligencję człowieka na podstawie jego znajomości tutejszego języka. Zaobserwowałam, że nawet jak ludzie mówią biegle w 3 czy 4 innych językach, nawet jak  mają  dyplomy szkół wyższych, ale ich niderlandzki kuleje, to niektórzy Belgowie traktują takiego, jak kompletnego idiotę i niedorozwoja, jak gorszą kategorię. Są mili, przyjaźni, tolerancyjni i w ogóle do rany przyłóż, tyle że patrzą z wyższością i traktują na każdym kroku jak ludzika o małym rozumku. Najbardziej mnie irytuje mówienie przez rozmówcę bardzo powoli, bardzo głośno, z otwieraniem szeroko buzi, niemal drukowanymi literami z dokładnym akcentowaniem każdej sylaby, jakby człowiek głuchy był i głupi. Szanuję wolne mówienie czystym niderlandzkim zamiast lokalnej gwary, ale kurde bez przesady. No ale mniejsza o to. Tylko niektórzy mają takie dziwne zwyczaje. 

Gdy kura choruje

Od początku września choruje nam Riko, nasza kurka-pieszczoszka. Nie mam pojęcia, co jej właściwie dolega. Któregoś dnia zaczęła do mnie biec, jak to zwykle ona, z rozłożonymi skzydełkami i po półtora metra nagle się zatrzymała i łebek opadł jej na ziemię. Myśleliśmy, że przydzwoniła w drabinę łepetyną i ją przyćmiło,  położyliśmy ją przeto na leżaku, by odpoczywała i dochodziła do siebie. Na wieczór zabraliśmy ją do domu do pudełka, ale niestety rano, ani też następne rano się nie poleprzało. Wprost przeciwnie. Umówiłam więc wizytę u weta znającego się na kurach. Najlepszego chyba w ogóle weta w okolicy. Pracuje on bowiem w pobliskim schronisku dla ptaków i dzikich zwierząt, więc ma doświadczenie w leczeniu najdziwniejszych zwierząt. W internecie ludzie wystawili mu masę pozytywnych opinii dotyczących leczenia ich kur, kaczek i innego zwierza.



Lekarz obejrzał kurzą kupę pod mikroskopem i orzekł, że to nie jest problem z wolem, co myśmy podejrzewały z Młodą, tylko jakaś infekcja bakteryjna. Najprawdopodobiej coli, co nie jest niczym niezwyczajnym u  kur, bo one byle co potrafią zeżreć. Dał antybiotyk, który mieliśmy podawać jej przez 5 dni. Powiedział, że kura jest bardzo chora i że może nie przeżyć tej choroby. Wet zlecił karmienie kury moczoną kukurydzą i pszenicą. Powiedział, że metody babci, czyli karmienie chorej kury gotowanym jajkiem, jaką to poradę wyczytaliśmy w necie (i jaką znałam z dawnych czasów) to niezbyt mądry pomysł. Jajka są dobre dla pisklaków, a dorosłe kury jedzą ziarno. I tym należy ją też karmić w chorobie... Zastosowaliśmy się do porady i przeszliśmy na ziarno. Trudne to jest tak po jednym ziarnku pszenicy wciskać kurze do gardła. Kukurydzy one nie są zwyczajne jeść. Znaczy jedzą, ale zmieloną na mniejsze kawałki, bo taką karmę im kupujemy. To małe kurki, a nie zwykłe kryśki, co to prawie że pierogi w całości przełykają... Karmienie kury jest uciążliwe, choć łatwe do przeprowadzenia... No, przynajmniej dopóki jet ona bardzo chora i słaba, bo jak się slina zrobi, to trzeba walczyć jak z demonem, by choć troche wola napchać i napoić. Nie chce współpracować.

Mamy już drugą połowę września i Riko ciągle żyje. Może swciąż łabo, bo słabo, ale żyje...

Po kilku dniach zaczęło się ociupinę jej polepszać, ale potem znowu się pogorszyło. Pojawił się wyciek z jednej strony nosa i zaczęło jej cuchnąć z dzioba jak z wylęgarni troli. Znowu osłabła. Zadzwoniłam do weta i tym razem trafiliśmy na panią, bo oni tam we dwoje pracują... Pani dała kolejne 2 lekarstwa. W miedzyczasie zdążyłam już zakupić dla Naszej Riko kurze witaminy, kurze elektrolity i olejek oregano. Lekarka powiedziała, że wszystko możemy jej po trochu dawać na zmiany... Łatwiej pomyśleć, niż zrealizować...

Riko zamieszkała w kuchni pod oknem z widokiem na ogród, przez które widzi i słyszy swoje koleżanki i kolegów. Oni całe dnie przy tym oknie stoją teraz i jej towarzyszą. No dobra, Bożena to ona przez szybę widzi te wszystkie smakołyki i rarytasy, które jej koleżanka dostaje i ona widzi jak to wszystko tam leży i się marnuje, a ona by to to bam-bam-bam na raz dwa trzy wsunęła co do okruszka, bo Bożena jest zawsze głodna i zje wszystko, co dobre. Czasem, gdy dzrwi stoją otwaorem, Bożena zagląda do środka, ale koguty jej zakazują wchodzić, więc nie wchodzi. Tylko od rana przez to okno patrzy i szyję wyciąga, i próbuje dziobać przez szybę i nie rozumie, czemu się to nie udaje...

Za dnia Riko siedzi na ręczniku, a na noc wkłądamy ją do kartonowego pudełka wraz z ręcznikiem i przykrywamy innym ręcznikiem. Rano znów wyjmujemy na ręcznik. Na początku tylko leżała jak zdechła i ledwo łeb podnosiła. Potem zaczęła trochę siedzieć i wstawać. Teraz już łazi. Nawet upiękrzać się próbowała i jogę robiła (wyciąganie skrzydeł i nóg). Parę dni temu zaczęła przyglądać się znowu ziarnom i pisakowi, a nawet przegarnęła je dziobem, ale sama ich nie je. Nie pije też sama. 

Przedwczoraj zaczęła samodzielnie jeść suszone robaki i kawałki jagody oraz drobno pokrojone jabłko. Jest zatem lekka poprawa. Ziarna jednak nie je nadal, a ja nie jestem najlepszym opiekunem zwierząt i o wiele za rzadko ją karmię i poję - tak mi się wydaje - bo mi cierpliwości i sił brakuje często. Rano zwykle ją karmię i wieczorem przed zapakowaniem do pudła również, ale to raczej za mało. Czasem udaje mi się nie zapomnieć nakarmić jej też w południe. Poić też chyba częściej powinnam, ale tak prawdę mówiąc to nie wiem. Wetka nie potrafiła odpowiedzieć na moje pytania, jak często, ile razy dziennie powinno się karmić kurę ani ile gram pokarmu powinna taka kura otrzymać w ciągu dnia. Ona tego nie wiedziała. Nikt kuźwa nie wie, ile kura powinna jeść. Próbuję tak na logikę to brać. Obserwuję zdrowe kury i one jedzą ziarno jakoś 3 razy dziennie. Wodę też nie częściej piją, jeśli nie ma upału. Po parę znurzeń dzioba. No chyba, że ktoś rozleje wodę z węża czy wiadra to wtedy woda z brudną kurzą stopą to rarytas jakich mało i wrzyscy piją. Tyle że zdrowe kury to one cały dzień grzebią i łapią robaczki. Te nasze specjalne kury nie przepadają za resztkami z obiadu jak zwykłe kury kryśki. Tam zjedzą jakiś budyń, ciastko, czasem ociupinkę makaronu, ale ogólnie to one bardziej dziki tryb żywienia preferują, czyli to co się przed dzioba napatoczy i nie zdąży uciec. Obdziubują też nasiona trawy i temu podobne rzeczy.

Riko karmię teraz namoczonymi ziarenkami pszenicy. Po jednym do dzioba. Ziarnko po ziarnku. Do tego kukurydza niesolona z puszki. Też po jednym ziarnku. Niektóre przekrawam na połowę, by łatwiej jej było połknąć. Czasem kilka ziaren słonecznika. Próbowałam też z karmą granulowaną i nawet biologiczną kupiłam, która nie śmierdzi po namoczeniu (ta zwykła tania śmierdzi zmoczona jak gówno, dlatego nie dajemy jej naszym kurom; jaja tez potem śmierdzą), ale ona nienawidzi tego, pluje tym, odkłada na plecki, jak tylko da rady i sprężynuje bardziej niż przy czymkolwiek innym. Jak się ją trzyma, to mocno wybija sie nogami, gdy coś jej nie smakuje albo ma już dość karmienia. Odwraca też głowę mocno do tyłu. Ogólnie nie chce w ogóle współpracowac. Pakowanie jej jedzenia do dzioba jest dla niej najwyraźniej nieprzyjemnym doświadczeniem. Dziś, jak zobaczyła, że układamy na podłodze akcesoria i zbieramy się z Młodą do siadania przy niej, wstała i raźno pomaszerowała na drugi koniec kuchni. To mądra kura jest. Bardzo mądra. Mamy nadzieję, że te 200€, które już wydaliśmy na jej leczenie, nie pójdzie na marne i w końcu wyzdrowieje i będzie nadal radować nas swoją puszystością i darzyć przyjaźnią. Lubimy tę naszą kurkę.

Wczoraj i dziś całe popołudnia spędziła na podwórku zamknięta w specjalnym ogrodzeniu, bo inaczej debilne koguty by jej spokoju nie dały, a i Bożena mogła by być niemiła dla koleżanki, bo kury już takie są. Coś tam sobie dziobała, leżała, poprawiała się. Na wieczór poszłyśmy razem szukać robaków w gnijących liściach i coś tam sobie wciągnęła. Ciekawe to jest, że je owoce, je robaki martwe i żywe, ale ziarna nie chce sama wciągać... Nie rozumiem. W internecie nie ma żadnych sensownych informacji na temat opieki nad chorymi kurami. Już szczególnie po polsku. Po niderlandzku trochę lepiej, ale też szału nie ma. Trzeba działać na wyczucie...


kurze witaminki


Czytanie dobrze mi idzie ostatnio

Odkąd siedzę w domu, mam wielką chęć na czytanie książek. Nadrabiam więc czytelnicze zaległości ostatnich lat. Irytujące jest to, że ci pisarze ciągle piszą i piszą, bo jak człowiek na chwilę odpuści sobie lektury, to potem nie idzie w ogóle tego nadrobić, a tu by jezszcze chciało się od czasu do czasu tę czy inną książkę sobie powtórzyć. Ostatnio kupiłam sobie pierwszą część Muminków, bo tak bardzo mnie naszło na przypomnenie sobie tej bajki. Nie dawno przeczytałam też Bajki Robotów Lema. Innymi książkami z odległej przeszłości, po które chciałabym sięgnąć ponownie są m.in. Ania z Zielonego Wzgórza, Podróż do wnętrza Ziemi i Potop oraz pewnie jeszcze parę innych. Póki co jednak mam dużo nowych rzeczy do czytania, a lista życzeń jest jeszcze bardzo długa.

W ostatnich dniach przeczytałam książkę o Zespole Turnera (o tym chcę napisac osobny post), 

Przeczytałam też niemal jednym tchem "Brukselę" Grażyny Plebanek, którą polecam każdemu, kto lubi literackie zwiedzanie miejsc. Ja czytając wędrowałam razem z autorką po znanych mi z rzeczywistych wycieczek miejscach w Brukseli. Mogłam spojrzeć na nie z innej strony i poznać wiele ciekawych historii, których nie znałam albo uzupełnić swoją wiedzę. Do wielu innych muszę się dopiero udać, bo jeszcze nigdy nie byłam albo byłam, ale nie zwróciłam uwagi. Grażyna nie chodzi głównymi ścieżkami turystycznymi, a raczej mało uczęszczanymi drogami, a nawet włazi tam, gdzie nie powinna. 



Kolejną godną polecania książką jest "Jak rozbiłam szkło" Tulii Topy, która ukazała się parę dni temu. Od razu kupiłam sobie ebooka i w dwa dni pochłonęłam. Tulię poznałam przypadkiem, gdy Instagram podpowiedział mi jej profil i zostałam u niej na dłużej wysłuchując każdej jej rolki z wielkim zainteresowaniem. Akurat szykowała się do wydania książki... Tulia wychowała się wśród Świadków Jehowy, ale w koncu udało jej się "rozbić szkło" i odejść z tej sekty. O tym właśnie opowiada na swoim profilu i w swojej książce, a i z telewizji też ją pewnie już wszyscy znacie. Książkę polecam bardzo. 



Teraz zaczęłam książkę poleconą przez nauczycielkę niderlandzkiego na pierwszej lekcji. Gdy powiedziałam, że jestem fanem Pietera Aspe, ona od razu podrzuciła mi pisarza Jo Claesa, który tak jak Aspe pisze kryminały, których akcja toczy się w Belgii, tyle że o ile u Aspe głównie jest to Brugia, tak u Claesa śledzwta dotyczą Leuven. Nauczycielka dodała, że w książkach sporo jest historii i że czyta sie róœnie dobrze jak Aspe. No to ja od razu do kringwinkla pojechałam poszperać i przyfarciło mi się - była jedna książka tego autora za 2€, więc przygarnęłam, a wraz z nią 2 inne, które też ciekawie się zapowiadają. W tym pobliskim sklepie z rzeczami używanimi, jak już nie raz mówiłam, akurat jest bardzo dużo ładnych książek. Dużo rozumiem przez jakieś 10 regałów pełnych prawie nowych książek. Najnowszych tam może nie znajdzie, ale trafiają się czasem i z poprzedniego roku czy sprzed dwóch. Bardzo często jest kompletny Zmierzch, Milenium, całe kolekcje Agaty Christie, Ludluma, Kinga, Palmera, Danielle Steel, Santy Montefiore i pierdylirad innych mniej lub bardziej znanych autorów. Za co bardziej popularne pozycje trzeba ponad 4 € wybulić, ale często są promocje dzienne i wtedy są książki za połowę stałej ceny. Wiele książek kosztuje zaledwie jednego eurasa czy dwa. Przeczytasz i możesz oddać znowu do kringwinkel, by se kolejny kupił. 

Dziś upiekłam placek ze śliwkami, a na obiad skonstruowałam cykorię z łososiem pod sosem serowym i ziemniaki. Obie rzeczy pierwszy raz robiłam i obie się udały. W przeciwieństwie do bajgli, na które zmarnowałam porcję zakwasu i cały mój dzień, by wyrzucić je do kosza po upieczeniu. To była pierwsza i ostatnia próba. Strasznie z tym dużo zachodu. Pozostanę przy pieczeniu chleba. To mi dobrze wychodzi.

ciasto ze śliwkami i bezą

cykoria z łososiem i serem plus ziemniaczki 


mój chlebuś na zakwasie

Kiedyś wracając ze sklepu przez park poszłam z Młodym na huśtawki. Czasem tak robię, bo uwielbiam się kołysać. Z tego się chyba nie wyrasta, ale pewnie nie każdy lubi…

lubię huśtawki


Pora kończyć ten wpis, bo noc mnie zastała i spać się zaczyna chcieć, a na resztę weekendu mamy plany szalone. Na niedzielę zaplanowaliśmy Pairi Daizę, najpiękniejsze zoo w Europie, jeśli nie na świecie. NMBS (belgijski odpowiednik PKP) poinformowało, że z okazji Dnia Bez Samochodu bilety w niedzielę będą po 8 euro do wszędzie i spowrotem (na terenie Belgii) to trzeba ten fakt wykorzystać, a już od dawna się wybieramy do tego zoo i nie możemy sie wybrać...

Jutro mamy z Młodą jechać do Brugii zobaczyć kilkunastometrowego pająka-animatronika, o którym Młoda wczoraj w gazecie internetowej przeczytała i mi podesłała, a ja stwierdziłam, że chcę to widzieć. Jak nie będzie lało od rana to pewnie się wybierzemy.

Migotka

Bobka