Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedwczesna menopauza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedwczesna menopauza. Pokaż wszystkie posty

28 czerwca 2025

Zmiana szkoły, Zespół Turnera i trochę standardowego biadolenia

W poniedziałek punkt 12. otwarłam stronę szkoły, do której chciał się dostać nasz Epicki Nastolatek, kilka sekund później pojawił się link do formularza zapisów, więc czym prędzej kliknęłam i wypełniłam go. 

Już po południu otrzymałam mejl, że z radością powiadamiają nas, iż mają dla Młodego miejsce w technikum i możemy go zapisywać. Zapisałam go w czwartek zaraz po otrzymaniu raportu końcoworocznego. 

Nie dokońca jeszcze wierzę, że się udało, że mimo przespania rozpoczęcia zapisów na drugi stopień szkoły średniej udało się znaleźć miejsce w żądanej szkole. UF.



Czekam  z niecierpliwością na oficjalne potwierdzenie zapisu i wytyczne w sprawie potrzebnych materiałów i akcesoriów. Z regulaminu, który otrzymaliśmy w mejlu informującym o wolnym miejscu w klasie technikum stoi, że uczniowie potrzebują laptopa. Nie musi to być żaden wycześny sprzęt, byle przeglądarka działała. Szkoła korzysta ze szkolnego środowiska Googla, zatem pewnie chromebook będzie idealny, ale powczekamy na jakieś dalsze instrukcje ze szkoły. Z podręczników to, o ile dobrze zrozumiałam z info zamieszczonego na stronie, potrzebne są głównie do języków i biologii... Reszty, mam nadzieję, dowiem się wkrótce. Śmieszne to może, ale stresuję się tym oczekiwaniem na potwierdzenie, że jest zapisany. W ogóle tak teraz mam, że wszystko jest dla mnie ogromnie stresujące, niczego już nie jestem pewna, nikomu nie ufam ani nie wierzę... Mniejsza jednak o to. Z tego, co wynikało by z informacji na stronie, należy się jeszcze spodziewać w czasie wakacji zapoznawczej wizyty domowej coacha... 

Postanowiłam, że kupię Epickiemu składaka elektrycznego z lidla, bo podobnie jak ten mój duży rower i składak też ma dobre opinie. Piszą, że waży kilkanaście kilo i że łatwo się składa, co umożliwia zabieranie go do pociągu jako bagaż podręczny, czyli gicio by było. Mógłby sobie tutaj do stacji te 4 kilosy pyknąć lekko, a potem z pociągu kolejne 4 do szkoły bez liczenia na łaskawość autobusów. No i wystarczyłby mu tylko abonament na pociąg, bo inaczej jeszcze na autobus trzeba będzie wykupić. Jedyne, czego się w tej kwestii obawiam dosyć to bezpieczeństwo na drodze pomiędzy stacją a szkołą, no i potem po lekcjach, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że on zawsze będzie od razu prosto do domu wracał... W Mechelen jest co robić. To bycze miasto. 

Ale też Mechelen to miasto rowerów. Tam wszyscy jeżdżą rowerami najróżniejszymi, hulajnogami, na jednym kółku elektrycznym i co tam tylko jest na rynku. Rano to jest szaleństwo, co się tam dzieje na ścieżkach rowerowych i ulicach. Setki... Ba, TYSIĄCE rowerów najróżniejszych maści i gatunków jadących we wszystkich kierunkach. Miałam okazję kilkukrotnie to obserwować i w głowie mi się kręciło od samego patrzenia. Nawet nie ma co porównywać tego z naszą wsią, choć i tu nie mało rowerów na drodze. Prędki rower ma swoje zalety, ale też i wady. Jest o wiele bardziej niebezpieczny niż zwyklak.

No ale cóż, wszystko ma swoje plusy i minusy. 

Póki co Młody zakończył szkołę i może się cieszyć zasłużonymi wakacjami. Raport dobry, choć faktycznie zabombił egzamin z matmy, tak jak się spodziewał. Na szczęście miał soporo zapasu punktów, że i tak mu grubo ponad 60% z majfy wyszło na koniec, czyli gra gitara.

Po ostatnim egzaminie zadzwonił do mnie spod szkoły z pytaniem, czy może iść do kolegi się pobawić, bo cała klasa jest zaproszona. Oczywiście że mógł. Popływali w basenie, posiedzeli w jacuzzi, pokopali w piłkę, zjedli frytek i hamburgerów, popili colą i wrócił wielce zadowolony. Na drugi dzień poszedł jeszcze raz z paroma innymi chłopakami do tego samego kolegi. Również dobrze się bawili. 

Świetnie się złożyło, że mógł po raz ostatni spędzić czas z tą grupą chłopaków. Niektórych pewnie gdzieś tam od czasu do czasu będzie widywał, z innymi pogra online, ale ich drogi w tym momencie się rozchodzą.

A przed nami nowe wyzwania i wiele ciekawych rzeczy. Sama jestem tej dziwnej szkoły bardzo ciekawa. Mam nadzieję, że Nasz Syn odnajdzie się w całkiem innym systemie i że będzie się tam lepiej czuł niż w szkole tradycyjnej. To się jednak okaże w nowym roku szkolnym.

Jego i Małżonka wakacje stoją trochę pod znakiem zapytania z powodu pracy. Firma nie ma letniego przestoju, tylko urlop wybierają pracownicy po kolei. Urlopy oczywiście już dawno polanowane i Małżonek z Młodym już dni zaczęli odliczać do wyjazdu do babci, ale pech chciał, że u jednego kolegi właśnie wykryto raka i chłop będzie się leczył, a wiadomo, że to chwilę trwa. Niestety na znalezienie zastępstrwa na jego miejsce szanse są raczej nikłe. Już na pewno nie w krótkim czasie. A chłop robi razem z Małżonkiem, jest przy tym kimś w rodzaju brygadzisty, czy coś w ten deseń... To wszystko komplikuje. Nie wiadomo, czy w takiej sytuacji nie będzie ubsuwu z urlopami i czy w ogóle będzie można wziąć urlop w tym czasie. Denerwująca sytuacja i niepewność.



Ja będę chodzić do pracy, ale spodziewam się paru dni wolnych. Szefowa dziś coś tam o środach przebąkiwała, ale u nas to sytuacja zmienia się już jak w kalejdoskopie. Jedna koleżanka chodziła do roboty jakies 2 tygodnie z bólem stopy (gdzieś się przewróciła), bo tyle czekała na wizytę u swojego rodzinnego. W końcu się doczekała i w końcu się dowiedziała, że noga złamana. No ale tak bardzo kocha swoją pracę, że cały tydzień chodziła do pracy, mimo że ma miesiąc zwolnienia... Ba, autem albo rowerem do roboty sama przyjeżdżała. Bo może. W końcu jednak chyba poszła po trochę rozumu do głowy, bo ma zostać jednak trochę w domu. Szalona baba!

JW tym tygodniu byłam bardzo zmęczona. Jeszcze daję rady pracować, a nawet coś tam czasem w chałupie źdurnę, choć głównie to jednak się opitalam. Bo mogę. Zmęczenie jednak francowate utrzymuje się prawie bez przerwy. Stresu dużo było i pogoda niezdrowa, więc i sen miałam kiepski, co bynajmniej sytuacji nie poprawiało. 

Dużo się działo w tym miesiącu, więc i dużo nerwów i niepokoju było. Udało się jednak wszystko po kolei  odptaszkować i można już trochę odetchnąć w ten weekend.




Byłam z Najstarszą na oddziale genetyki w Leuven. Żeby tam wejść z kimś jako osoba towarzysząca też się trzeba zarejestrować w okienku. Nie wiedziałam, jak to działa i znowu się trochę denerwowałam przed wyjazdem z tego powodu. Normalnie, jak już chyba pisałam, w tym szpitalu rejestruje się swoje przybycie na umówioną wizytę z aplikacji szpitalnej. No ale tam nie ma opcji rejestracji osoby, która nie ma umówionej wizyty. Okazało się jednak, że rejestruje się na oddziale w okienku. Dokladnie tak samo, jak gdyby samemu się szło na wizytę, czyli podając dowód osobisty i potwierdzając wszystkie dane. Potem na tablicy wyświetlają się oba numery razem. 

Potem okazało się to przydatne, bo po omówieniu sprawy Najstarszej lekarz nagle powiedział do mnie, że ma pytanie nie mające nic wspólnego ze sprawą Najstarszej. 

Jako że wypytywali o choroby w rodzinie, to się dowiedzieli, że miałam raka. No i doktor  zapytał na końcu, czy miałam badania genetyczne robione, na co odparłam, że nie. Wyjaśnił mi zatem, po co i u kogo się je robi. Po czym zapytał, czy chcę by pobrali mi krew na to badanie... 

Powiem wam, że różnych rzeczy się po tej wizycie spodziewałam, ale na pewno nie tego, że idąc jako osoba towarzysząca ja będę mieć proponowane zrobienie jakiegoś badania. Jaja jak berety. Oczywiście, że się zgodziałam, ale nadal nie uważam, że to normalne było, choć jak najbardziej pozytywne doświadczenie. Szanuję.

A wracając do Najstarszej to potwierdzili Zespół Turnera, chorobę genetyczną występującą tylko u dziewczyn. W niektórych komórkach Najstarszej brakuje jednego z dwóch chromosomów X, a w innych są one popsute. Z tym spokojnie można żyć biorąc hormony i inne brakujące składniki. Systematycznie trzeba jednak widywać lekarzy. Poza wspominanymi już problemami jak osteoporoza, problemy ze stawami, skórą, włosami, zębami, mogą wystąpić problemy z sercem i nerkami. Dlatego trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie i latać systematycznie do doktora. Kierownikami tej przygody ma być dla Najstarszej tamtejszy endokrynolog i ginekolog. Oni mają koordynować leczenie i profilaktykę na tej drodze. Najstarsza nie ma też raczej wielkich szans na zajście w ciążę. Na razie jej to nie obchodzi, ale w przyszłości, gdyby taką potrzebę poczuła, też będą jej pomagać ogarnąć ten problem w taki czy inny sposób.

Dowiedziałyśmy się, że jej ADHD też może (ale nie koniecznie) być wynikiem zespołu Turnera, bo związany jest on z problemami z koncentracją itp. 

Póki co znowu zaczęły jej wychodzić włosy. Garściami, nie że tam troszkę więcej niż normalnie jej wypada. Zapytałyśmy, czy powinna pójść do dermatologa, ale doktor i profesor uznali, że lepiej z endokrynologiem o tym rozmwawiać, bo zwykły dermatolog za dużo nie poradzi. To niestety jeden z objawów problemu z hormonami, ale coś tam można próbować ponoć zaradzić temu...

Wiele już nam się wyjaśniło. Wiemy z grubsza, na czym problem polega i że jest to problem poważny, który ma i będzie miał niebagatelny wpływ na życie Naszej Córki, bo choć da się z tym żyć, to jednak na jakość tego życia wpływ będzie mieć spory. Najważniejsze jednak, że teraz przynajmniej wiemy, o co chodzi, że problem został nazwany po imieniu i że są lekarze, na których pomoc można liczyć. To już wiele.

Tak czy owak czasem mam już dość tego wszystkiego. Jak nie urok to sraczka, a mnie już się nie chce chcieć. Wcześniej byłam dzielna, bojowa, każda przeciwność losu była dla mnie jak woda na młyn, tylko mnie motywowała do działania. Ciągle byłam przy tym pełna optymizmu i pozytywnej energii, choć wiatr ciągle wiał w oczy, a los kolejne kłody pod nogi rzucał. 

W ostatnich latach, w czasie po raku jednak coś się skończyło, jakaś kropla przepełniła czarę, coś pękło, coś umarło, coś się skończyło i wszystko się zmieniło. Skończyła mi się cierpliwość, wola walki osłabła,  pozytywna energia i radość życia wyparowały. Coraz mniej mnie cieszy. Wszystko mnie łatwo irytuje i szybko mi się nudzi. Wiele rzeczy robię na owal się. Byle było. Nie staram się. Nie zależy mi. Nie chce mi się chcieć. Nie dokańczam zaczętych zadań. Ludzie wkurzają mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i nie mam do nich w ogóle cierpliwości. Życie straciło w moich oczach prawie cały sens. Szukam go i jakiegoś celu, łapię jakieś ostatki sensu istnienia, próbuję utrzymać się na powierzchni, ale na każde dwa małe kroki do przodu robię wielki krok w tył. I tak się bujam na krawędzi...

Wspominam, jak bardzo się paliłam do tej świetlicy. Jak się jarałam i jak szybko zleciałam na dół z tej euforii. Jak szybko skończyła mi się motywacja i chęć do pracy. Teraz odliczam dni do końca. Nie chce mi się już tam chodzić. Niezbyt dobrze się tam czuję... Są dni lepsze, całkiem dobre i dni gorsze oraz dni koszmarne.

Teraz jestem znowu zmęczona i wyeksploatowana psychicznie, więc jest raczej słabo. Dzieci mnie czasem strasznie wkurzają i nie mam za grosz do nich cierpliwości. Czasem jest mi bardzo ciężko zapanować nad złością czy irytacją, a to mnie irytuje jeszcze bardziej...

Już narzekałam parę razy na taki dziwny czas pracy, jaki jest w świetlicach pozaszkolnych, którego to faktu problematyczność zauważam dopiero, gdy muszę mu sprostać. Z pierwa wydawało mi się, że takie godziny są nawet spoko i nie będzie źle. Ale jest. No może nie całkiem źle, ale już nie potrafię sobie nawet wyobrazić, że mogłabym pracować dłużej w takim systemie. No chyba, że mieszkałabym sama i nie musiałabym ani nikomu gotować, ani zajmować sie jakimiś zwierzętami, poświęcać czasu dzieciom czy partnerowi... czyli nie miałabym nic lepszego do roboty, jak tylko chodzenie do świetlicy.

Nie jestem ogólnie fanką gotowania... Ba, nienawidzę tego obowiązku jak cholera i chciałabym być bogata, żeby móc jadać codziennie "na mieście" i nigdy nie musieć gotować, chyba że tylko dla przyjemności. Jednakże gotowanie w takim trybie pracy to jest wyczyn bardziej niż karkołomny. No bo tak. Ja idę do pracy na 7.30 i przed 9 jestem w domu spowrotem i mam od ciula czasu na to by posprzątac, wyprać, ugotować... szkopół w tym, że o ile pranie czy sprzątanie jest proste, tak gotowanie już nie. Czasem np potrzebuję czegoś ze sklepu, by ugotować tą, tamtą czy jeszcze inną potrawę, a tu do sklepu najbliższego (to lidl, w którym są bazowe rzeczy, ale nie wszystko) mam 4 km. Jak se pomyślę, że mam pedałować taki kawał drogi, a potem jak by czegoś nie było w lidlu to do kolejnego sklepu następne 2 kilosy, szukać tego po sklepie, stać przy kasie, pedałować z powrotem, to - uwierzcie - czasem zwyczajnie płakać mi się chce. Bo jak wrócę to już będę zmęczona, a do tego zmarnuję kupę czasu i być może nie zostanie go już wystarczająoą, by zdążyć ugotować, zanim będę musieć się zbierać na kolejny dyżur, więc będę się stresować, panikować, spieszyć, a jak się człowiek spieszy to sie diabeł cieszy... coś się sfajczy, coś będzie niedogotowane albo niedosolone, obetrę se paluchy na tarce, poparzę się, a potem polecę do roboty z jęzorem na brodzie, bo jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik niech się zagotuje, pogotuje, dosmaży i zrobi się za późno na wyjście do pracy...

No a do tego, jak ugotuję przed 15, bo o 15 wychodzę, to zanim Małżonek wróci, wszystko będzie zimne. Nie wszystko nadaje się do odgrzewania albo jest po odgrzewaniu mniej smaczne, a skoro człowiek stoi przy tych garach to chciałby przynajmnej smacznie zjeść. No a jak ja wrócę o 18 to już wszystko będzie zamarznięte albo zjedzone...

Znowu czekanie z gotowaniem do wieczora też jest o kant dupy, kiedy każdy o innej porze wraca do domu. Gdy wrócisz z roboty głodny to nie będziesz czekał na jedzenie 3 godzin, tylko coś opitolisz. Jak opitolsz coś to potem nie chce ci się jeść obiadu. Ani gotować się nie chce. 

Tak sie nie raz miotam z tym gotowaniem, że szlag mnie mało nie trafi. O której się za to zabrać? Co w ogóle ugotować? A tu na domiar złego w domu jeszcze jedna wegetarianka i jeden niejadek, którym człowiek choć z kilka razy na miesiąć też chciałby coś do jedzenia zrobić, żeby nie jedli każdego dnia tylko pizzy, frytek  i naleśników. Szlag mnie bierze.



Obserwacje codzienne okołoświetlicowe

Któregoś dnia wracamy z koleżanką do świetlicy po odprowadzeniu przedszkolaków, a już od połowy drogi dochodzi nas głośne skandowanie z podwórka młodszych klas (klasy 1-3 mają inne podwórko niż klasy 4-6). Z pierwa nie rozumiałam, co oni wykrzykują. Dopiero bliżej podszedłszy usłyszałam "TOETER!, TOETER!, TOETER!", a chwilę potem zobaczyłam, że cała banda robi też stosowny gest naśladujący używanie klaksonu w ciężarówce. Faktycznie, na skrzyżowaniu stała wielka ciężarówa czekając aż dzieci przejdą przez zebrę. W końcu jakiś tata prowadzący małego pierdziocha kiwnął głową do kierowcy cieżarówy i pokazał ten sam gest, co te 20 dzieci na podwórku i kierowca z uśmiechem zatrąbił głośno. Radość była wielka pełna skakania i okrzyków szczęścia.

Tylko koleżanka z krzywym uśmiechem orzekła "no, teraz już wszyscy w okolicznych domach obudzeni chłe chłe".

*

Dosyć często pod szkołą lub przedszkolem dyżuruje policjant. Przeprowadza on dzieci i rodziców bezpiecznie przez przejście dla pieszych. Wesoły z niego ziomek. Zawsze coś do dzieci woła, przybija z niektórymi piąteczki, żartuje. Dzieci zawsze cieszą się na jego widok. Tacy pozytywni ludzie zawsze poprawiają dzień.

*

Innego dnia prowadziłyśmy gromadkę rano do świetlicy. Pokonujemy skrzyżowanie i dwa razu musimy przeprowadzić dzieci bezpiecznie przez zebry. Potem jeszcze trzeci raz pod przedszkolem. Czasem oczywiście pan policjant pomaga... Koleżanka wyszła na drogę ze znakiem stopu, a ja towarzyszyłam dzieciom i byłam na nich skupiona, bo one patrzą wszędzie, byle nie pod nogi... A to koleżankę z klasy zobaczą, a to ładnego psa, a to babcię kolegi, a to sąsiadkę która jest mamą kogośtam... jak to przedszkolaki. No więc trzeba cały czas na nie filować. Dlatego nie widziałam, co się dokładnie stało, ale tylko domyślać się mogę... Nagle usłyszałam wrzask i zobaczyłam leżącego na chodniku małego chłopca wplątanego w swój rowerek biegowy i mamę patrzącą jakby przez chwilę bez zrozumienia na swoje dziecko, które wykopyrtnęło się jej pod nogi... W jej ręce telefon z podświetlonym ekranem... Zdążyliśmy przejść przez ulicę, kiedy mama w końcu zrozumiała, co widzi i pochyliła się nad poszkodowanym szkrabem zapytując, czy jest cały. Malec darł się w niebogłosy... Ominęliśmy ich z trudem. Dzieci zauważały, że chłopiec się przewrócił i na pewno bardzo go boli, więc płacze... no i gapiły się na niego zamiast iść dalej.

*

Maszerujemy do przedszkola. Mijamy wielu rodziców, dziadków z maluchami. Nagle jakaś mama woła do jakiegoś znanego sobie chłopczyka idącego z inną mamą "O łał, jaki ty dziś wystrojony! No sigma boy po prostu..."

Na te słowa nasza grupa jak na komendę zaczyna chórem śpiewać na cały głos "Sigama sigma boy, sigma boy, sigma boy...!" Aż się wszyscy ludzie uśmiechali.

*

Innego dnia znowu śpiewali całą drogę taką jedną głupią piosenkę do maszerowania. "1, 2, 3 , 4, 5, 6, 7 Jantje komt een dikzak tegen. Met een pijp in de mond. Een broek vol stront. Zo ging Jantje de wereld rond"  (Jantje spotkała grubasa. Z fajką w zębach, z kupą w gaciach. Tak szła Jntje przez świat) Takich starych głupawych piosenek uczą przeważnie w skautach albo innych tego typu organizacjach... Koleżanka uśmiechnęła się pod nosem, przewróciła oczami i zasugerowała trochę porządniejszą piosenkę w tym samym stylu:

"1-2-3-4-5-6-7 / zo gaat het goed, zo gaat het beter, al weer een kilometer / en daarvoor, daar loepen ze niet door / en daarachter, daar lopen ze wat zachter / en daar tussen lopen ze te kussen / en op zij daar lopen ze uit de rij..."

(idzie dobrze, idzie lepiej, mija kolejny kilometr / z przodu się ociągają / z tyłu zwalniają / w środku się całują / z boku w rzędzie się nie trzymają 

Przedszkolaki szybko i sprawnie przeszły z jednego tekstu na drugi i już resztę drogi śpiewały tę drugą piosnkę, a przechodzący obok ludzie uśmiechali się pod nosem. Pod samym przedszkolem jakaś babcia podłapała nutę i też głośno zaśpiewała prowadząc swój rower. Radość dzieci wielka.

Czasem śpeiwają też irytującą piosenkę "we zijn er biiiiiiiijan, wij zijn er biiiiiiijna..." (już prawie doszliśmy, już prawie doszliśmy)


Często śpiewają też coś z popularnych hitów typu Sigma Boy, Capibara, Bombardino Crocodillo, czy utwory K3. Niektóre śpiewanki są irytujące, ale i tak bez wątpienia lepiej się maszeruje z piosenką chocby najgłupszą na ustach niż gdy dzieci się ociągają, popychają, marudzą, płaczą.

Na koniec pochwalę się moim nowym nabytkiem. Podczas ostatniej wizyty w naszym ulubionym Kringwinkel (rzeczy z drugiej ręki) zauważyłam pod koszem zestrojami kąpielowymi całkiem ładnego Dysona. Podniosłam, obejrzałam z wszystkich stron - odkurzacz wyglądał jak nowy. Wyceniony był na 90€, co nie jest niską ceną, ale ten model nowy kosztuje około 400€, a Kringwinkel daje rok gwarancji na tego typu sprzęt, więc stwierdziłam, że bierzemy.  Nasze tanie odkurzacze już umarły a ostatnia rowenta już też nie działa należycie  i właśnie myślałam, że pora jakiś nowy sprzęt zakupić. Ten zatem spadł mi z nieba, można rzec. Kupiłyśmy i przywiozłyśmy na skuterze. Chodzi jak nowy. Wygląda na mało używany,  ale jakiś geniusz coś mokrego nim odkurzał, bo filter zapieprzony był na grubo skamieniałym kurzem. Z godzinę drucikiem to czyściłam i całą górę parakamienia wydobyłam. Ciągnie teraz jak głupi. Wrazie wu miałam spróbować to wodą umyć a jakby pogorszylo lub nie pomogło, nowy cały pojemnik z filtrem kupić, tyle że to z 5 dych trzeba by dać. Jednak wszystko na razie chodzi jak ta lala. Więc rada jestem wielce z tego zakupu. 



 

22 marca 2025

Dwudziestolatka z osteoporozą zaczęła staż w dziale zieleni

 Ostatnio nie chciało mi się pisać. Coraz częściej rozważam zakończenie blogowej przygody, bo to choć satysfakcjonujące, przyjemne i pomocne, to jednak bardzo czasochłonne, a czasem dość irytujące. 

Dziś jednak postanowiłam znów coś skrobnąć w swoim pamiętniku. 

W ostatnim czasie dużo się działo wokół Naszej Najstarszej. Bo to i często tak jest, że jak się nic nie dzieje, to się nie dzieje, a potem nagle wszystko na raz. 

Po półtora roku czekania i poznawania kolejnych instytucji i nowych ludzi współpracujących z biurem pracy VDAB Najstarsza ropoczęła w końcu pierwszy staż

Ludzie z szopy (kto czytał ten wie) załatwili jej staż w dziele zieleni w naszym urzędzie gminy. Otrzymała oczobolnie pomarańczowe ubrania z napisem "student" i z nazwą gminy. Przyniosła do domu cały komplet: koszulki, bluzy, kurtkę, a do tego rękawiczki i buty robocze. Niektóre są używane, inne nowe.



Na początek będzie pracować 2 razy w tygodniu po pół dnia. Potem więcej, ale też niezbyt dużo.

Staż jest niepłatny, bo to jest nauka zawodu w praktyce, ale jakąś tam symboliczną premię ma otrzymywac, za to że jej się chce. Zwracać jej będę też koszty dojazdu. Dojeżdża co prawda rowerem, ale w Belgii dojazdy rowerem są zazwyczaj najbardziej opłacalne, bo chodzi o wspieranie korzystania z rowerów zamiast samochodów - zdrowiej i ekologiczniej. 

Pracują tam w 3-, 4-osobowych grupkach. Rano wszyscy spotykają się albo w urzędzie gminy, albo w magazynie, gdzie trzymają te wszystkie swoje kosiarki, dmuchawy, grabie i inne zabawki. Najstarsza ma zatem 5-6 km do roboty i sobie spokojnie rowerkiem kręci. Dalej już jadą autami na miejsce.

Jak na razie Najstarsza jest zadowolona.

 Jednego dnia wyrywała chwasty z klombów, drugiego walczyła motyką z trwanikiem, który bez pytania wylazł na ścieżki w parku.

 To może być dla niej całkiem dobra praca. Praca na świeżym powietrzu, ciągle w ruchu. Nie trzeba się z nikim przymusowo socjalizować, z nikim rozmawiać. Lider mówi, co trzeba robić i jak, nie trzeba samemu o niczym myśleć, samemu niczego planować. Praca jest może i ciężka, ale niebyt skomplikowana, a jedonocześnie dosyć urozmaicona i raczej przyjemna.... Nic to, pożyjemy zobaczymy. Próba nie strzelba.

Najstarsza opowiada, że mają też gratis napoje. Nie tylko wodę, ale i colę, czy mleko czekoladowe. A jak pracują w parku przy domu spokojnej starości to jeszcze i zupy czy darmowe owoce dostają. Fajnie.

Nie fajnie natomiast jest z jej zdrowiem.

Wyniki skanu kości okazały się bardziej niż niepokojące. 

Najpierw poszłyśmy z tym do naszej rodzinnej lekarki, bo następne wizyty w Leuven zaplanowane były dopiero na maj, czerwiec i sierpień. Lekarka powiedziała, że to niestety wygląda na osteoporozę, ale dodała że ona ma doświadczenie z menopauzą i osteoporozą u starych bab, ale na menopauzie u tak młodych dziewczyn się nie zna. Poradziła, byśmy skontaktowali się z Leuven, bo może choć przez telefon coś powiedzą, jakieś leczenie zapodadzą... 

Napisałam zatem mejl do działu ginekologii i dołączyłam wyniki skanu kości. Zaraz też dostałam odpwowiedź, że przekazano mejl lekarzom prowadzącym. W poniedziałek zadzwoniła lekarka i powiedziała, że w środę (za dwa dni) mamy wizytę u endokrynologa. Dodała, jakby trochę zirytowana, aby nie panikować, bo u młodych ludzi wyniki trochę inaczej się interpretuje... 

A potem przyszłyśmy na tę wizytę i trójka lekarzy po wywiadzie, kilku badaniach (ciśnienie, ważenie, osłuchiwanie) i dłuższej dyskusji za zamkniętymi drzwiami, oznajmiła, że jednak problem jest bardzo poważny. Osteoporoza w wieku 22 lat to nie jest zdecydowanie normalna rzecz ani tym batdziej pożądana... Lekarz Najważniejszy oświadczył, że będą się temu bardzo dokładnie przyglądać, badać na rózne sposoby i spróbują dojść, dlaczego tak się stało, jak się stało. 

Na razie ma brać przepisane hormony oraz witaminę D z wapniem.

Następnie pobrano jej wiadro krwi potrzebnej do różnych badań i wyznaczono następne spotkanie za miesiąc.

Wszyscy, z którymi rozmawiałam, mówią, że jesteśmy w dobrych rękach, bo szpital w Leuven to ponoć najlepszy szpital w Belgii i jeden z najlepszych na całym świecie. Koleżanka z pracy powiedziała z uśmiechem, że nawet sułtan Omanu tam się leczył parę lat temu. 

Tylko znowu pojawiły się te nie do konca zrozumiałe dla nas pytania: "boisz się?" "martwisz się?" i wszyscy znowu zdają się nie wierzyć w negatywną odpowiedź. A my spoglądamy na siebie i się zastanawiamy, o co im w ogóle chodzi znowu...

Identycznie jak w przypadku mojego raka. Zaczynam się zastanawiać, czy oni wszyscy chcą człowieka celowo zestresować takimi durnymi pytaniami czy co? Bo słysząc trzeci czy piąty raz podobne pytanie, człowiek zaczyna sie faktycznie zastanawiać, czy nie powinien zacząć się bać, panikować, trząść portkami, a może nawet zacząc odkładać na krematorium...

Ja teraz wiem przy tym, że wtedy, gdy takich pytań, wsparcia i konkretnych porad człowiek na prawdę potrzebuję, to nikt nawet na człowieka nie spojrzy, pies z kulawą nogą nawet się nie zainteresuje. Ba, ludzie zdają się żadnego najmniejszego problemu w ogóle nie dostrzegać... I człowiek jest całkiem sam ze wszystkim i sam przeciwko wszystkim. Sam musi sobie radzić, odbijając się od kolejnych ścian i dobijając do kolejnych drzwi, a czasem wręcz żebrząc o odrobinę zainteresowania... Myślę tu głównie o Młodej i jej poważnych problemach zdrowotnych, które większość spacjalistów, na których trafiałyśmy zbywa, lekceważy albo w ogóle nie wierzy w ich istnienie. 

Nie twierdzę tu, że mojego raka czy przypadek Najstarszej należy bagatelizować, czy umniejszać, ale przecież takie są fakty i przed tym nie uciekniesz. Po cholerę straszyć ludzi i pompować problem? Ufamy, że skoro lekarze problem rozpoznali, to wiedzą, co trzeba robić i że będą robic tyle, ile się da, i że powiedzą jak trzeba z tym żyć, jak postępować, co robić a czego nie robić. Pożyjemy i zobaczymy.  

Kuźwa, póki co to nawet nie wiemy co co chodzi, bo póki co to nikt nam o tym problemie nie opowiedział. Ja nie jestem lekarzem. Ni chuja nie mam pojęcia, co tak na prawdę oznacza, że ktoś ma osteoporozę. Znaczy wiem, co to jest, ale jak to się przekłada faktycznie na codzienne życie, jakie są tego stanu konsekwencje, co to robi tak na prawdę odczuwalnie, to nie wiem, a przeciez sam fakt jako taki to mnie ani grzeje ani ziębi. Że kości się łamią łatwo to już jest no jakiś problem, ale nadal trzeba najpierw się dowiedzieć, jak to tak na prawdę działa i jak łatwo te kości się tak na prawdę łamią i jak sie potem i czy w ogóle w ogóle zrastają? Czy można z tym coś zrobić, czy można to poprawić, jak szybko się to ewentulanie bedzie pogarszać i td itp. To miliony pytań, które musimy zadać następnym razem, by móc ten problem oszacować, a dopiero wtedy ewentualnie można się zacząc niepokoić, bać albo i nie, bo może tylko dostosować życie do okoliczności, jeśli się tylko da i żyć dopóki się da...

Sorry, ale nie rozumiem ludzi, którzy boją się samych słów. Powiesz, że masz raka i od razu widzisz te szeroko otwarte oczy i politowanie, współczucie w oczach. Jeszcze nie wie, jaki to rak, czy w ogóle złośliwy, czy uleczalny czy śmiertelny, na jakim etapie jestes, jak długo ci zostało a już ci kondolencje składa i pyta, czy na pogrzeb go zaprosisz... Ja muszę mieć o wiele więcej danych. Najstarsza ma dosyć podobnie. 

To nie jest zdecydowanie dobra wiadomość, raczej dosyć nieoczekiwana, wręcz szokująca i należy oczekiwać, że przyniesie wiele kłopotów, ale co, bok se wyrwiesz, podkoczysz wyżej dupy, zawrócisz kijem rzekę? Nie! Trzeba żyć dalej i zobaczyć, co się stanie, a potem się tym ewentualnie martwić i z tym walczyć. Bo kto jak nie my.

Nie ukrywam jednak, że czasem mam już tego dość. Co z jednej strony na prostą wyciąniesz, to z drugiej strony się wypierdoli. I tak cały czas. 



Dobrze, że wiosna się pojawiła, że słońce dużo świeci i ciepłem powiało, że kwiatów dużo już kwitnie, że liście się zaczynają rozwijać, bo jak pogoda wesoła to i łatwiej dźwigać życiowy bagaż i fajniej kopać się z koniem. W sumie to nawet kamień pod górę jakby lżeć się toczy, kiedy słoneczko przygrzewa a ptaszki śpiewają. 

Moim kamieniem jest oczywiście ciągle nie dające za wygraną porakowe zmęczenie. Chodzę jednak uparcie do roboty. Choć miałam już w tym tygodniu zwolnienie lekarskie w razie wu, gdyby pozastrzykowe zmęczenie trzymało dłużej niż weekend. Po niedzieli jednak je wyrzuciłam do kosza i popedałował do świetlicy. A ten tydzień pracowałam praktycznie codziennie. Ba, dwa razy dziennie. Tylko środę miałam wolną od pracy, ale wtedy cały dzień spędziałam w Leuven, bo tę wizytę miałyśmy, a komunikają publiczną to cała wyprawa przecież.

Mam też skierowanie do fizjoterapeuty, ale a razie nie dzwoniłam do naszej kine, bo nie mam czasu ani sił. Masaże i gimnasttki są męczące i powodują zawsze dodatkowe zmęczenie, bo żeby było lepiej, musi być gorzej, jeśli idzie o fizjoterapię. Trochę się zatem tego obawiam. Jednak z drugiej strony mam już dośc tego bólu pod łopatką rozchodzącego się po całych plecach, szyi aż czasem, adje się, do mózgu przy ostrzejszym nagłym ruchu głowy, szczególnie rano... A trwa to już było nie było od dobrych paru miesięcy i nie chce sobie pójść, co jest dosyć irytujące i już mi się trochę znudziło. Moje własne ćwiczenia znalezione w necie coś tam ociupinę może i pomogły, ale nie za bardzo.

W świetlicy coraz mniej ludzi, chcoć dzieci tyle samo. W tym tygodniu jedna koleżanka zgłosiła swoją niezdolnośc do pracy. Na razie ma 2 tygodnie wolnego, ale należy się spodziewać, że też może dłużej zostać w domu. Kolejna pożegnała załogę na zawsze, więc w przyszłym tygodniu będzie nas o dwie mniej. Pojawiają się jacyś wolontariusze i kilku emeytów na flexi-job się zgłosiło, ale oni nie wypełnią do końca wakatów pełnoprawnych pracowników. Kolejna koleżanka zaczęła jednocześnie wykonywać już częściowo pracę dla innej świetlicy, więc nie będzie raczej brać nadgodzin, jak to dotąd bywało. Jednym słowem robi sie trochę cyrk na kółkach. Nie zazdroszę szefowej cotygodniowego planowania dyżurów, bo to zdaje się być zadanie dla mistrza puzzli i to z wielką fantazją. Nasz plan godzin zmienia się nawet kilka razy w tygodniu, bo oczywiście w międzyczasie zawsze coś komuś wypadnie (i musi zbierać ;p). Szefowa jednak zawsze jest uśmiechnięta... Nie, wszystkie koleżanki ciągle się śmieją i ciągle są pozytywnie nastawione do pracy, choc gdy z nimi zagadać, to mają już też wszystkiego po wyżej uszu i są piekielnie zmęczone tą skomplikowaną sytuacją i przygnębione tak niefartownym końcem pracy w tym miejscu.

 Dziwna sytuacja, mówię wam.

W niektóre dni, gdy frekwencja dzieci dopisze, nie zaszkodziło by się rozdwoić a nawet roztroić. A trzeba dodać uczciwie, że ja się tam dosyć opierdzielam, bo przeciez tylko po 10h/tydzień pracuję, czyli połowę tego, co koleżanki. No i ja nie dostaję wszystkich zwykłych obowiązków teraz, a tylko jako pomocnik, można rzec, tam funkcjonuję.

Wczoraj stałyśmy we cztery na podwórku. Gdy zarządzi się obowiązkową zabawę na podwórku, dzieciom nie wolno bawić się w środku, bo nikt nie ma w środku dyżuru, ale co zajrzysz do środka, to jakiś drań a to bawi sie w kuchni, a to pudło z autkami wykopyrtnięte i autka po calej sali, a to jakiś gnojek bez pytania zabrał piłeczke ze szafki i grają sobie w najlepsze w piłkarzyki we dwóch, a to znowu przyłapujesz drania na grzebaniu na biurku wychowaców, gdzie zaglądanie jest surowo zabronione. Najbardzej są wkurzające zabawy w łazienkach. Ulubiony prank gónażerii to wejść do kibla, zamknąc drzwi na klucz i wypełznąć pod drzwiami. Oczywiśćie nikt nie widział, nie słyszał, nie powie... 

Kiedyś przyłapałm grupę straszych dziewuch w kiblu przedszkolaków na czadowej zabawie polegającej ja nalewaniu wody z kranu do gumowych jednorazowych rękawiczek... Zdążyły już trzy czyste ręczniki zużyć do ścierania zalenej podłogi. No, ale przynajmniej starały się posprzątać haha. 

Najbardziej jednak wkurzające są debilne tłumaczenia, że niby któraś wychowaczyni im pozwoliła coś robić albo jeszcze bardziej irytujące dyskusje, bo gnojkowi jednemu z drugim wydaje się, że ma rację. Nie cierpię kłamiących w żywe oczy i oszukujących ludzi. Nie ważne dziecko to, czy dorosły. Kłamcy, to dla mnie najgorsza kategoria ludzi.

Wczoraj jeden młody przywalił młodej łopatką i nabił jej śliwę na czole, w drugą cisnął kawałem drewna. Kilku kozaków prowadziło wojnę na piasek. Potem mieli piasek we włosach, na i pod ubraniem, w oczach. Inne pyrtaski zbudowały wieże z kamieni i wdrapały sie na zabawową kuchnię. 

Jeden giguś próbował się wdrapać na ogrodzenie i przeskoczyć, by pójść po piłkę, zamiast normalnie wyjść bramą, koło której z kluczem dyżurowała koleżanka. Było mnóstwo zderzeń rowerków z hulajnogami i rolkarzami. Była wojna na paletki do badmintona, kopanie się po dupach, popychanie, bitki o zabawki, wykradanie zabawek bez pytania z szopy. Niektórzy płakali za mamą, inni martwili się, że tata coś długo nie przychodzi. A tu jeszcze komuś nieprzygoda się zdarzyła i trzeba było zmieniać majtoszki. Ktoś tam sedes kupą wysmarował, inny ktoś nie spłukał po załawtwieniu sprawy i ktoś jeszcze inny przyszedł naskarżyć i ponarzekac na sztank w kiblu. Nie zliczę, ile nosów ze smarków trzeba było obetrzeć (niech żyje alergia na pyłki), ile butów pomóc zdjąć i założyć (w piaskownicy można sie bawić bez butów).

W godzinach szczytu byłyśmy we cztery (potem dwie posżło do domu), czyli około 10 dziecków na łebka. Dziecków, które jak się czasem wydaje, potrafią być w 7 miejsacach na raz i wszędzie coś uknuć diabelskiego.  Czasem nie wiadomo, czy ochrzanić je i dać im karę, czy śmiać się razem z nimi. Zdarza się, że wybieram opcję drugą, no bo zabawne są skurczybyki czasem. 

Niby pracuje się tylko te 2 czy 3 godziny, ale jest to praca bardzo intensywna i wyczerpująca zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jednakże też  tyleż samo satysfakcjonująca, fajna, wesoła. Męczy mnie to jak fiks. Wieczorem ledwie co nogi za sobą włóczę, a stopy mnie tak bolą, że się zataczam. Jednak też ciągle bardzo to lubię. Bardzo się stresuję, ale też dobrze się bawię w tej pracy. Są jednak też takie dni, że żałuję, iż poszłam na ten kurs i zgłosiłam się do tej pracy. Dni w których jest na prawdę ciężko i kiedy bardzo intensywnie odczuwam, że to JUŻ nie dla mnie, że to pomyłka i że nigdy nie powinnam nawet zaczynać sie z tym mierzyć. Jednak, gdybym nie zaczęła, to bym przecież tego nie wiedziała. No i przynajmniej coś robię ciekawego, na coś się choć trochę przydaję, poznaję fajnych ludzi (tych małych i tych dużych), uczę sie czegoś nowego, a nie siedzę sama w czterech ścianach całe dnie pierdząc w stołek.

Tylko to dziwne, niepokojące wrażenie, że znajomość języka niderlandzkiego u mnie zanika zamiast się poprawiać. Wydaje mi się czasem, że coraz trudniej przychodzi mi przypominanie sobie słów, jeszcze trudniej budowanie prawidłowych zdań... Nie tylko po niderlandzku, ale po polsku. Tyle że po naszemu jest to o wiele mniej odczuwalne, bo jednak lepiej ten język znam, od małego się nim posługuję, więc i łatwiej obejdę zamknięte drogi używając innych wyrazów czy opowiadając w inny sposób, co chcę powiedzieć. Piszące ten tekst kilka razy próbowałam sobie przypomnieć potrzebne mi w danej chwili słowo i na próbach oraz złości się kończyło. Problem nasila się i bardziej uwidacznia przy większym zmęczeniu. Wydaje mi się, że ostatnimi czasu coraz częściej ktoś z domowników słyszy ode mnie "nie wiem, kurwa, jak to jest po polsku", bo nie mogę sobie przypomnieć potrzebnego słówka po polsku, ale np po niderlandzku albo jeszcze śmieszniej po angielsku mi się przypomni.

W tym miejscu muszę dodać, że zakup elektryka poprawił  znacznie sytuację. Mogę codziennie rowerować do pracy i poza pracą, co jest przyjemne, dostarcza mi energii słonecznej, cudnych widoków i sporej dawki ruchu, ale nie jest męczące tak jak zwykłe rowerowanie.


W Leuven będąc po raz kolejny doszłyśmy do wniosku, że to miasto nam się nie podoba. Mimo że wiele fascynujących obiektów w nim znaleźć można i sporo pięknych miejsc zawiera, tak ogólnie coś mówi NIE. Nie podoba mi się tu. Jakieś takie brudne się wydaje i opuszczone. Nie to że śmieci na ulicach leżą, bo jakoś specjalnie nie leżą, ale takie wrażenie mamy (ja i Najstarsza w każdym razie). Nie czuję bluesa po prostu. Póki co moim ulubionym miastem pozostaje Mechelen, dalej jest Brugia, potem Gent. Leuven to chyba dopiero po Antwerpii by się znalazł, choć Antwerpia nie należy do moich ulubionych miast. Za Leuven jednak było by jeszcze np Aalst i Bruksela, więc nie takie ostatnie jeszcze ;-) Moja wioska nie jest miastem, ale była by gdzieś po środku listy chyba…

No ale dobra, skupmy się na pozytywnych aspektach i ładnej, ciekawej stronie Leuven. To że dobry szpital uniwersytecki tam mają, już mówiłam, ale mają też zacny rynek…


Mają też pełno rowerów w wodzie. Od pierwszego wejrzenia mnie to bawi, choć też każe się zastanowić, czy oni tam aby wszystkich w domu mają… czy tylko fiu bziu albo fiksum dyrdum…









Poniższy mural nas zachwycił. No niesamowicie realistyczny. Potem już w domu będąc se wyguglowałam artystę i mi pokazało jeszcze, że jest specjalna aplikacja, która pozwoli ten obrazek zanimować. Możecie być pewni, że następnym razem to sprawdzę organoleptycznie.




Mają tam też w tym Leuven, podobnie jak w kilku innych belgijskich miastach, stare mury miasta. Skurczybyki podoczepiali do takich np czternastowiecznych ruin nowe cegły i tak pobudowali kolejne budynki. Ba, nadal tak się w Belgii robi, że zostawia się pół ściany domu i dobudowuje na tym dalszy ciąg. Po co? A tego to, proszę ja was, nichuchu nie rozumiem. Bo można…? 
Po co ci jest potrzebny w środku miasta mur z dwunastego, czy tam szesnastego wieku to też nie wiem. Pewnie, by głupi się pytał, a mądrzejszy wiedział… Jest to oglądam i fotografuję, bo ciekawie to wygląda, ale sensu nie widzę za bardzo…




A to tam daleko to nasz szpital. Jeden z największych w Europie, jak powiadają. Faktycznie jest dosyć pomotany i zakręcony, ale łatwy w nawigacji.

To wejście (w remoncie częściowo) od strony przystanku autobusowego. Z przodu odjazdy autobusów. To byczy przystanek z kilkoma peronami.


A na koniec pochwalę się własnoręcznie skraftowanym chlebem pszenno-żytnim na zakwasie (też samodzielnie uchodowanym) i upieczonym w naczyniu żaroodpornym. Nowo zakupiony koszyczek do wyrastania chleba okazał się nie być kompatybilny z posiadanym naczyniem żaroodpornym, w związku z czym próba umieszczenia ciasta w za małym, ale nagrzanym niemal do czerwoności naczyniu okazała się byc przedsięwzięciem karkołomnym i chleb się trochę potentegował. Nie miało to jednak wpływu ani na cudny zapach podczas pieczenia, ani na fantastyczny smak domowego chleba, przy którym to gówno ze sklepu, które litościwie ludzie zwią chlebem, może się schować. 

Zwykly prosty chleb na drożdżach, który często piekę, też jest smaczny. Ten wymagał całego dnia certolenia, ale efekt był tego wart. Przepis wzięłam ze strony  https://aniagotuje.pl/ Nota bene często z tej strony korzystamy z Małżonkiem, bo dziewczyna ma bardzo dobre przepisy i zawsze wszystko ze szczegółami ale prosto wyjaśnia. Polecam. 

Mąkę pszenną miałam z najbliższego supermarketu, żytnią z internetowego sklepu https://www.denotenshop.be/, koszyczek do wyrastania, sitko do mąki, torebki papierowe i wiele innych rzeczy do pieczenia (oraz zwierząt) biorę z Aveve (stacjonarnie i online)… Wiem, że nikt nie pytał, ale może ktoś takiego info potrzebował nawet o tym nie wiedząc hehe.

… się potentegował…


A jeszcze ptaszki i ośmiornicę  zrobiłam z włóczki choć nie umiem ani na drutach robić, ani szydełkować ;-)





Prawie zapomniałam o najważniejszym zdarzeniu! Wczoraj z pracy wracając na rowerze nagle musiałam ostro zahamować (popierdzielałam na pełnej petardzie), bo oto moim oczom 👀 ukazało się zjawisko niespotykane. KAJTEK! Bociek ci to był na polanie pod lasem. 
Pierwszy raz, odkąd w Belgii mieszkamy, zobaczyłam tu bociana na żywo. Te w zoo się nie liczą. Boćki nie są tu bowiem popularnymi ptakami. 
Ten (albo jakiś jego kolega) pojawił się w okolicy gdzieś z rok temu. Nie widziałam go, ale widziałam zdjęcia wrzucane na fejsbukowe grupy przez okolicznych mieszkańców z zapytaniem, co to za ptak. Mało kto potrafił rozpoznać bociana, bo - jako się rzekło - nie widują takich ptaków na co dzień. W końcu i mnie ten zaszczyt kopnął. Spotkałam wreszcie bociana koło domu. Radość wielka.

Dalej też inne zdjęcia






pszczoły murarki coś już knują koło hoteliku

na świetlicowym podwróku kwitną już fiołki









 





2 lutego 2025

Łeb mnie boli od tego wszystkiego

 Obudziłam się dziś(piątek) z lekkim bólem głowy, a potem się pogorszyło. Jestem okropnie zmęczona i skołowana. Wszystko zawdzięczam wczorajszej wyprawie do szpitala uniwersyteckiego w Leuven. To miasto to stolica naszej prowincji (odpowiednik polskiego województwa). My mieszkamy na granicy prowincji. Kawałek za naszym domem już jest inne prowincja. Niemniej jednak do stolicy nie mamy jakoś daleko, jakieś 50-60 km... Nie chce mi się sprawdzać. Jednak jechałyśmy tam publicznymi środkami transportu, a to już podchodzi pod kategorię wyprawa. 

Normalnie powinnyśmy pojechać rowerami na dworzec, ale stare rowery są w tej chwili w stanie nie nadającym się do jazdy, a nowych trochę strach zostawiać na dworcu, bo za drogie są na to, by je stracić w tak głupi sposób. W Belgii statystycznie w ciągu  jednego dnia ginie około 300 rowerów. Nie ma tygdnia, by ktoś na fb nie zapytywał w grupie gminy, czy ktoś jego roweru nie widział przypadkiem. Do dojeżdżania na dworzec tu każdy ma stare rowery. Nawet jak czasem ktoś wystawia jakiś zgnity pogięty rupieć rowerowy na sprzedaż, to pisze w ogłoszeniu, że na rower stacjowy jeszcze się nada. Nasz stary rower wymaga wymiany koła i naprawy hamulców, ale wiecie jak to jest zimą... nikomu nie chce się takimi sprawami zajmować. Dziewczyny mają stare rowery więc nikt się nie boi o nie za bardzo. Jak ktoś gwizdnie, to mała strata. Choć i tak każda stara się przypinac rower i zamknięcia zamykać. Złodziei - jak wiadomo - takie drobiazgi jednak nie powtrzymują. No ale mniejsza o to.

Skoro rower odpadł, pomyślałam, że może na nogach na dworzec pójdziemy. Wszak to tylko 4 km, z czego z połowa przez las. Najstarsza nie miała nic przeciwko temu. Nasz pogląd zmienił się jadnak rano, gdy zobaczyłyśmy, że za oknem leje jak z cebra. Wiadomo, że po przejściu 4 km w ulewę zwykle ma się spodnie przynajmniej do połowy nogi mokre, jeśli nie do samej dupy, a do tego upoci się człowiek jak świnia. A weź siedź potem w pociągu w mokrych łachach i śmierdząc do tego.