Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie książki. Pokaż wszystkie posty

19 września 2025

Kurowanie kury i inne wrześniowe przygody

 Jest piątek 19 września. W Belgii mamy dziś 27 stopni ciepła i słońce grzeje na pełnej petardzie. Fajnie tak jeszcze we wrześniu se w ogrodzie posiedzieć na leżaku, ale jednocześnie pogoda taka wrześniowi nie bardzo przystoi i nie ma najlepszego wplywu na samopoczucie. Spać się chce i na nic poza tym siły nie ma.



Rano porowerowałam do sklepu, ale takem się tym zmachała, jakbym conajmniej ze 100 kilometrów pokonała, a nie zaledwie osiem i to elektrykiem. I tak, na pogodę zawsze trzeba se ponarzekać, co by się nie działo...

Padało ostatnio trochę, a nawet lało. Nie było to jednak jakoś specjalnie uciążliwe jak dotąd. Młodego nawet jeszcze nie zdążyło porządnie zlać, jak na tym swoim rowerku jeździ. Tam raz go chyba gdzies lepiej dopadło. Zwykle jednak udawało mu się wstrzeliwać pomiędzy deszcz. Siedzi w szkole, to leje jak z cebra. Wychodzi - sucho. Jedzie pociągiem - ulewa. Wysiada - tęcza na niebie. Farciarz ci to jakich mało.

Chodzi już do tej swojej nowej szkoły trzy tygodnie, a ciągle zadowolony się zdaje. Wracając do domu, wykrzykuje, że super dziś było w szkole! A to chemię pierwszy raz miał i się zachwycił, a to fizyka była fajna i ciekawa, a do tego uznał ją za łatwą, bo to co mieli na fizyce teraz, on w pierwszej klasie już miał w poprzedniej szkole... Ogólnie uważa, że ten kierunek jest na razie bardzo łatwy, przez co szkoła wydaje mu się trochę podejrzana. Chłop przeszedł z klasy inżynierów do liceum humanistycznego i ma za łatwo. Gada z kolegami z byłej klasy i oni biadolą, że mają od peirwszych dni pełno nauki. Nawet na granie nie znajdują za wiele czasu, bo tyle zadań mają i non stop się uczą, a Młody tym czasem ciągle za wiele zadań nie ma. Mówię mu, by się nie martwił, bo z czasem na pewno nauki i zadań mu przybędzie. Uważam, że szkoła ze względu na swój specyficzny styl na pewno daje dzieciakom luz na początku, by się w system wdrożyli. Choc może być też tak jak w PL za moich czasów było, że profil humanistyczny był sporo łatwiejszy niż biol-chem, czy mat-fiz i że może się okazać, że dla niego faktycznie będzie za łatwo. 

Bez względu na to, ile ma nauki, to na nudę tak na prawdę narzekać nie ma jak, bo ma całkiem gęsto dni zaplanowane teraz. Co zresztą przewidywałam, tylko Młody nie chciał w to wierzyć. Uczęszczanie do szkoły oddalonej o ponad 30 km od domu to nie to samo, co nauka we własnej gminie. Jednak narzekać nie ma co. Pamiętam, że martwiłam się, że będzie musiał strasznie wcześno wstawać, a tymczasem on wychodzi z domu dopiero o 7.30 więc wstaje o 6.30, czyli tak jak poprzednimi laty. A i powroty też nie są jakoś specjalnie późne, bo parę minut po 17 już dociera do domu na swoim rowerku. W normalne dni to bajka, tyle że dwa razy w tygodniu musi jeszcze gonić do akademii muzycznej. Nawet poszłam w tym tygodniu razem z nim by zapytać się nauczycielki, czy lekcja "grupowe muzykowanie" jest obowiązkowa, bo ona konczy się o 21, a godzinę przed tą lekcją jest lekcja nut, która zaczyna się przed 19. Niestety (albo stety) jest obowiązkowa i nie można z tego zrezygnować. Innego dnia ma jeszcze godzinę girary, a w tym tygodniu przed gitarą miał jeszcze wizytę u psychologa, o której zapomniał. Ja akurat coś słabo sie czułam i zaległam na kanapie i właśnie udało mi się zasnąć, gdy zadzwonił telefon , a na ekranie wyświetliło sie imię psycholożki... Młody był tuż obok i usłyszawszy głos psycholożki złapał się za głowę. Czym prędzej pobiegł po gitarę i popedałował na wizytę. Na szczęście psychologa mamy nieopodal i za 5 minut już siedział zapewne na kozetce,a gitara tuż obok, bo nie zdążył by wrócić do domu, tylko od razu po wizycie popedałował do akademii. 

Obawiamy się, że może go to szybko przeciążyć, ale kto wie, może akurat się chłopak po prostu wyrobi i wzmocni przez taki napięty program tygodnia. Z gitary nie ma póki co zamiaru rezygnować, bo bardzo to lubi. Musi tylko popracować nad logistyką i planowaniem, by jakoś z głową to wszystko sobie organizować i wystarczająco czasu na odpoczynek sobie fundować. 

O tym jak ogólnie szkoła działa, opowiedziałam w poprzednim wpisie, bo tyle wiem. Każdego dnia wysłuchuję też relacji na temat nowo poznanych kolegów i koleżanek oraz tego, co fajnego było na lekcji i co zabawnego tudzież irytującego sie wydarzyło w szkole, w pociągu i na mieście.

Odpuścił już składanie roweru przed wsiadaniem do pociągu, bo non stop łańcuszek mu spada i potem musiał się męczyć i brudzić przy zakładaniu. Cos felerny jest ten rower, ale jak to mówią - tanie mięso to psy jedzą... Składa go zatem tylko częściowo i próbuje wsiadać do wagonów rowerowych. Konduktor nigdy nie robi problemu. Wszak nigdzie nie stoi że rower musi być złożony. Piszą tylko, że na składak nie potrzeba biletu, a nie że musi być poskładany całkowicie haha.

Młody wkurza się, że ludzie siadają w wagonie rowerowym, choć w normalnych wagonach są wolne miejsca i potem nie ma gdzie wejść z rowerem. Faktycznie, moim zdaniem, to jakoś powinno być odgórnie zarządzone, że wagon rowerowy jest dla ludzi z rowerami i wózkami czy na wózkach inwalidzkich, a nie że każdy może se tam miejsca zajmować... No ale to moja prywatna opinia.

Nie dawno było zaćmienie Księżyca. Wybrałam się z Młodym na pobliską górkę, by tam w spokoju móc zjawisko obserwować. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zastaliśmy tam kupę ludziów. Niektórzy mieli krzesła, inni jakieś koce… A my mieliśmy za to dobrą lornetkę, nienajgorszy aparat i dużo cierpliwości. były chmury i przez godzinę nic nie było widać, a wtedy wiele osób sobie poszło. My trwaliśmy na posterunku  z zadartymi głowami i w końcu się doczekaliśmy. Łysy się pojawił.

ktoś ukradł Księżyc 🌑 

niby w cieniu, ale go widać












Kontunuuję naukę niderlandzkiego

W tym tygodniu zaczęłam kolejny poziom niderlandzkiego. B2 część pisemna. Mowę odrobiłam jakoś 2 lata temu, czy coś koło tego. Lekcje ma przez internet 2 razy w tygodniu po trzy godziny przed południem. Po każdej godzinie jest 10 minut przerwy. Mamy fajną nauczycielkę, a i grupa też zdaje się być interesująca. Ten ma jakieś wystawy swoich zdjęć we Francji, drugi działa w świcie muzycznym... Na tych kursach często nietuzinkowe osobistości się poznaje, a nawet jak to jacyś zwykli zjadacze chleba w zwykłych zawodach pracujący, to znowu z jakichś dalekich krajów pochodzą i dziwnymi językami się na codzień posługują. Nie mamy podręczników. Rozmawiamy przez Zooma. Korzystamy ze strony Moodle, gdzie znajdujemy zadania, i wklepujemy żądane teksty lub uploadujemy wykonane zadania. Jako tablica służą nam Dokumenty Google, gdzie możemy pisać wszyscy jednocześnie i każdy z osobna, a nauczycielka może od razu poprawiać. Korzystamy też z internetowego pakietu Office od Microsoftu, którego abonament wliczony jest w cenę kursu. Po dwóch lekcjach już wiem, że sporo nowych rzeczy się nauczę, a wiele innych powtórzę, przypomnę i utrwalę. Bardzo odpowiada mi sposób prowadzenia lekcji i podejście nauczycielki oraz zaangażowanie innych kursantów. Widzę już też różnicę pomiędzy kursem wieczornym a porannym. Ja zdecydowanie nie jestem nocnym człowiekiem i wieczorne kursy to dla mnie była męczarnia. Byłam zmęczona i senna, w ogóle nie mogłam się skoncentrować, a poza tym wieczorem to wszyscy w domu hałasują, łażą, grzebią za jedzeniem, gadają.... Rano natomiast jest cisza i spokój w domu, a ja czuję się jeszcze żeśko, no i mój mózg działa w miarę normalnie przed południem. Mogę myśleć a nawet to i owo zapamiętywać. Cieszę się, że w ostatniej chwili zdecydowałam się na ten kurs. Pora uporządkować moją znajomość niderlandzkiego i poprawić, bo - jak to ktoś nie dawno na instagramie trafnie określił - okropnie niedbale się tego języka nauczyłam. Bo to tak jest, że na początku człowiek chce po prostu jak najszybciej być w stanie sie dogadać z ludźmi. Ma w dupie gramatykę, poprawną wymowę, czy jakiś akcent. Byle zrozumieć, co inni mówią i samemu powiedzieć, co się ma do powiedzenia. Byle się wysłowić u lekarza i w sklepie, byle się z sąsiadem porozumieć i w urzedach formalności pozałatwiać. Nie ważne jak, byle gadać. Dopiero po paru latach przychodzi refleksja, że człowiek mieszka tu już tyle i niby wszędzie z każdym się dodgada, czy mejla napisze, ale mówi i pisze jak pierwszy lepszy wsiowy głupek robiąc pełno błędów, przekręcając słowa, źle akcentując i fatalnie wymawiając głoski. Mało kto człowieka traktuje poważnie, jak słyszy kaleczenie języka zamiast normalnej wymowy. Wielu Belgów niestety ocenia kompetencje, wiedzę i inteligencję człowieka na podstawie jego znajomości tutejszego języka. Zaobserwowałam, że nawet jak ludzie mówią biegle w 3 czy 4 innych językach, nawet jak  mają  dyplomy szkół wyższych, ale ich niderlandzki kuleje, to niektórzy Belgowie traktują takiego, jak kompletnego idiotę i niedorozwoja, jak gorszą kategorię. Są mili, przyjaźni, tolerancyjni i w ogóle do rany przyłóż, tyle że patrzą z wyższością i traktują na każdym kroku jak ludzika o małym rozumku. Najbardziej mnie irytuje mówienie przez rozmówcę bardzo powoli, bardzo głośno, z otwieraniem szeroko buzi, niemal drukowanymi literami z dokładnym akcentowaniem każdej sylaby, jakby człowiek głuchy był i głupi. Szanuję wolne mówienie czystym niderlandzkim zamiast lokalnej gwary, ale kurde bez przesady. No ale mniejsza o to. Tylko niektórzy mają takie dziwne zwyczaje. 

Gdy kura choruje

Od początku września choruje nam Riko, nasza kurka-pieszczoszka. Nie mam pojęcia, co jej właściwie dolega. Któregoś dnia zaczęła do mnie biec, jak to zwykle ona, z rozłożonymi skzydełkami i po półtora metra nagle się zatrzymała i łebek opadł jej na ziemię. Myśleliśmy, że przydzwoniła w drabinę łepetyną i ją przyćmiło,  położyliśmy ją przeto na leżaku, by odpoczywała i dochodziła do siebie. Na wieczór zabraliśmy ją do domu do pudełka, ale niestety rano, ani też następne rano się nie poleprzało. Wprost przeciwnie. Umówiłam więc wizytę u weta znającego się na kurach. Najlepszego chyba w ogóle weta w okolicy. Pracuje on bowiem w pobliskim schronisku dla ptaków i dzikich zwierząt, więc ma doświadczenie w leczeniu najdziwniejszych zwierząt. W internecie ludzie wystawili mu masę pozytywnych opinii dotyczących leczenia ich kur, kaczek i innego zwierza.



Lekarz obejrzał kurzą kupę pod mikroskopem i orzekł, że to nie jest problem z wolem, co myśmy podejrzewały z Młodą, tylko jakaś infekcja bakteryjna. Najprawdopodobiej coli, co nie jest niczym niezwyczajnym u  kur, bo one byle co potrafią zeżreć. Dał antybiotyk, który mieliśmy podawać jej przez 5 dni. Powiedział, że kura jest bardzo chora i że może nie przeżyć tej choroby. Wet zlecił karmienie kury moczoną kukurydzą i pszenicą. Powiedział, że metody babci, czyli karmienie chorej kury gotowanym jajkiem, jaką to poradę wyczytaliśmy w necie (i jaką znałam z dawnych czasów) to niezbyt mądry pomysł. Jajka są dobre dla pisklaków, a dorosłe kury jedzą ziarno. I tym należy ją też karmić w chorobie... Zastosowaliśmy się do porady i przeszliśmy na ziarno. Trudne to jest tak po jednym ziarnku pszenicy wciskać kurze do gardła. Kukurydzy one nie są zwyczajne jeść. Znaczy jedzą, ale zmieloną na mniejsze kawałki, bo taką karmę im kupujemy. To małe kurki, a nie zwykłe kryśki, co to prawie że pierogi w całości przełykają... Karmienie kury jest uciążliwe, choć łatwe do przeprowadzenia... No, przynajmniej dopóki jet ona bardzo chora i słaba, bo jak się slina zrobi, to trzeba walczyć jak z demonem, by choć troche wola napchać i napoić. Nie chce współpracować.

Mamy już drugą połowę września i Riko ciągle żyje. Może swciąż łabo, bo słabo, ale żyje...

Po kilku dniach zaczęło się ociupinę jej polepszać, ale potem znowu się pogorszyło. Pojawił się wyciek z jednej strony nosa i zaczęło jej cuchnąć z dzioba jak z wylęgarni troli. Znowu osłabła. Zadzwoniłam do weta i tym razem trafiliśmy na panią, bo oni tam we dwoje pracują... Pani dała kolejne 2 lekarstwa. W miedzyczasie zdążyłam już zakupić dla Naszej Riko kurze witaminy, kurze elektrolity i olejek oregano. Lekarka powiedziała, że wszystko możemy jej po trochu dawać na zmiany... Łatwiej pomyśleć, niż zrealizować...

Riko zamieszkała w kuchni pod oknem z widokiem na ogród, przez które widzi i słyszy swoje koleżanki i kolegów. Oni całe dnie przy tym oknie stoją teraz i jej towarzyszą. No dobra, Bożena to ona przez szybę widzi te wszystkie smakołyki i rarytasy, które jej koleżanka dostaje i ona widzi jak to wszystko tam leży i się marnuje, a ona by to to bam-bam-bam na raz dwa trzy wsunęła co do okruszka, bo Bożena jest zawsze głodna i zje wszystko, co dobre. Czasem, gdy dzrwi stoją otwaorem, Bożena zagląda do środka, ale koguty jej zakazują wchodzić, więc nie wchodzi. Tylko od rana przez to okno patrzy i szyję wyciąga, i próbuje dziobać przez szybę i nie rozumie, czemu się to nie udaje...

Za dnia Riko siedzi na ręczniku, a na noc wkłądamy ją do kartonowego pudełka wraz z ręcznikiem i przykrywamy innym ręcznikiem. Rano znów wyjmujemy na ręcznik. Na początku tylko leżała jak zdechła i ledwo łeb podnosiła. Potem zaczęła trochę siedzieć i wstawać. Teraz już łazi. Nawet upiękrzać się próbowała i jogę robiła (wyciąganie skrzydeł i nóg). Parę dni temu zaczęła przyglądać się znowu ziarnom i pisakowi, a nawet przegarnęła je dziobem, ale sama ich nie je. Nie pije też sama. 

Przedwczoraj zaczęła samodzielnie jeść suszone robaki i kawałki jagody oraz drobno pokrojone jabłko. Jest zatem lekka poprawa. Ziarna jednak nie je nadal, a ja nie jestem najlepszym opiekunem zwierząt i o wiele za rzadko ją karmię i poję - tak mi się wydaje - bo mi cierpliwości i sił brakuje często. Rano zwykle ją karmię i wieczorem przed zapakowaniem do pudła również, ale to raczej za mało. Czasem udaje mi się nie zapomnieć nakarmić jej też w południe. Poić też chyba częściej powinnam, ale tak prawdę mówiąc to nie wiem. Wetka nie potrafiła odpowiedzieć na moje pytania, jak często, ile razy dziennie powinno się karmić kurę ani ile gram pokarmu powinna taka kura otrzymać w ciągu dnia. Ona tego nie wiedziała. Nikt kuźwa nie wie, ile kura powinna jeść. Próbuję tak na logikę to brać. Obserwuję zdrowe kury i one jedzą ziarno jakoś 3 razy dziennie. Wodę też nie częściej piją, jeśli nie ma upału. Po parę znurzeń dzioba. No chyba, że ktoś rozleje wodę z węża czy wiadra to wtedy woda z brudną kurzą stopą to rarytas jakich mało i wrzyscy piją. Tyle że zdrowe kury to one cały dzień grzebią i łapią robaczki. Te nasze specjalne kury nie przepadają za resztkami z obiadu jak zwykłe kury kryśki. Tam zjedzą jakiś budyń, ciastko, czasem ociupinkę makaronu, ale ogólnie to one bardziej dziki tryb żywienia preferują, czyli to co się przed dzioba napatoczy i nie zdąży uciec. Obdziubują też nasiona trawy i temu podobne rzeczy.

Riko karmię teraz namoczonymi ziarenkami pszenicy. Po jednym do dzioba. Ziarnko po ziarnku. Do tego kukurydza niesolona z puszki. Też po jednym ziarnku. Niektóre przekrawam na połowę, by łatwiej jej było połknąć. Czasem kilka ziaren słonecznika. Próbowałam też z karmą granulowaną i nawet biologiczną kupiłam, która nie śmierdzi po namoczeniu (ta zwykła tania śmierdzi zmoczona jak gówno, dlatego nie dajemy jej naszym kurom; jaja tez potem śmierdzą), ale ona nienawidzi tego, pluje tym, odkłada na plecki, jak tylko da rady i sprężynuje bardziej niż przy czymkolwiek innym. Jak się ją trzyma, to mocno wybija sie nogami, gdy coś jej nie smakuje albo ma już dość karmienia. Odwraca też głowę mocno do tyłu. Ogólnie nie chce w ogóle współpracowac. Pakowanie jej jedzenia do dzioba jest dla niej najwyraźniej nieprzyjemnym doświadczeniem. Dziś, jak zobaczyła, że układamy na podłodze akcesoria i zbieramy się z Młodą do siadania przy niej, wstała i raźno pomaszerowała na drugi koniec kuchni. To mądra kura jest. Bardzo mądra. Mamy nadzieję, że te 200€, które już wydaliśmy na jej leczenie, nie pójdzie na marne i w końcu wyzdrowieje i będzie nadal radować nas swoją puszystością i darzyć przyjaźnią. Lubimy tę naszą kurkę.

Wczoraj i dziś całe popołudnia spędziła na podwórku zamknięta w specjalnym ogrodzeniu, bo inaczej debilne koguty by jej spokoju nie dały, a i Bożena mogła by być niemiła dla koleżanki, bo kury już takie są. Coś tam sobie dziobała, leżała, poprawiała się. Na wieczór poszłyśmy razem szukać robaków w gnijących liściach i coś tam sobie wciągnęła. Ciekawe to jest, że je owoce, je robaki martwe i żywe, ale ziarna nie chce sama wciągać... Nie rozumiem. W internecie nie ma żadnych sensownych informacji na temat opieki nad chorymi kurami. Już szczególnie po polsku. Po niderlandzku trochę lepiej, ale też szału nie ma. Trzeba działać na wyczucie...


kurze witaminki


Czytanie dobrze mi idzie ostatnio

Odkąd siedzę w domu, mam wielką chęć na czytanie książek. Nadrabiam więc czytelnicze zaległości ostatnich lat. Irytujące jest to, że ci pisarze ciągle piszą i piszą, bo jak człowiek na chwilę odpuści sobie lektury, to potem nie idzie w ogóle tego nadrobić, a tu by jezszcze chciało się od czasu do czasu tę czy inną książkę sobie powtórzyć. Ostatnio kupiłam sobie pierwszą część Muminków, bo tak bardzo mnie naszło na przypomnenie sobie tej bajki. Nie dawno przeczytałam też Bajki Robotów Lema. Innymi książkami z odległej przeszłości, po które chciałabym sięgnąć ponownie są m.in. Ania z Zielonego Wzgórza, Podróż do wnętrza Ziemi i Potop oraz pewnie jeszcze parę innych. Póki co jednak mam dużo nowych rzeczy do czytania, a lista życzeń jest jeszcze bardzo długa.

W ostatnich dniach przeczytałam książkę o Zespole Turnera (o tym chcę napisac osobny post), 

Przeczytałam też niemal jednym tchem "Brukselę" Grażyny Plebanek, którą polecam każdemu, kto lubi literackie zwiedzanie miejsc. Ja czytając wędrowałam razem z autorką po znanych mi z rzeczywistych wycieczek miejscach w Brukseli. Mogłam spojrzeć na nie z innej strony i poznać wiele ciekawych historii, których nie znałam albo uzupełnić swoją wiedzę. Do wielu innych muszę się dopiero udać, bo jeszcze nigdy nie byłam albo byłam, ale nie zwróciłam uwagi. Grażyna nie chodzi głównymi ścieżkami turystycznymi, a raczej mało uczęszczanymi drogami, a nawet włazi tam, gdzie nie powinna. 



Kolejną godną polecania książką jest "Jak rozbiłam szkło" Tulii Topy, która ukazała się parę dni temu. Od razu kupiłam sobie ebooka i w dwa dni pochłonęłam. Tulię poznałam przypadkiem, gdy Instagram podpowiedział mi jej profil i zostałam u niej na dłużej wysłuchując każdej jej rolki z wielkim zainteresowaniem. Akurat szykowała się do wydania książki... Tulia wychowała się wśród Świadków Jehowy, ale w koncu udało jej się "rozbić szkło" i odejść z tej sekty. O tym właśnie opowiada na swoim profilu i w swojej książce, a i z telewizji też ją pewnie już wszyscy znacie. Książkę polecam bardzo. 



Teraz zaczęłam książkę poleconą przez nauczycielkę niderlandzkiego na pierwszej lekcji. Gdy powiedziałam, że jestem fanem Pietera Aspe, ona od razu podrzuciła mi pisarza Jo Claesa, który tak jak Aspe pisze kryminały, których akcja toczy się w Belgii, tyle że o ile u Aspe głównie jest to Brugia, tak u Claesa śledzwta dotyczą Leuven. Nauczycielka dodała, że w książkach sporo jest historii i że czyta sie róœnie dobrze jak Aspe. No to ja od razu do kringwinkla pojechałam poszperać i przyfarciło mi się - była jedna książka tego autora za 2€, więc przygarnęłam, a wraz z nią 2 inne, które też ciekawie się zapowiadają. W tym pobliskim sklepie z rzeczami używanimi, jak już nie raz mówiłam, akurat jest bardzo dużo ładnych książek. Dużo rozumiem przez jakieś 10 regałów pełnych prawie nowych książek. Najnowszych tam może nie znajdzie, ale trafiają się czasem i z poprzedniego roku czy sprzed dwóch. Bardzo często jest kompletny Zmierzch, Milenium, całe kolekcje Agaty Christie, Ludluma, Kinga, Palmera, Danielle Steel, Santy Montefiore i pierdylirad innych mniej lub bardziej znanych autorów. Za co bardziej popularne pozycje trzeba ponad 4 € wybulić, ale często są promocje dzienne i wtedy są książki za połowę stałej ceny. Wiele książek kosztuje zaledwie jednego eurasa czy dwa. Przeczytasz i możesz oddać znowu do kringwinkel, by se kolejny kupił. 

Dziś upiekłam placek ze śliwkami, a na obiad skonstruowałam cykorię z łososiem pod sosem serowym i ziemniaki. Obie rzeczy pierwszy raz robiłam i obie się udały. W przeciwieństwie do bajgli, na które zmarnowałam porcję zakwasu i cały mój dzień, by wyrzucić je do kosza po upieczeniu. To była pierwsza i ostatnia próba. Strasznie z tym dużo zachodu. Pozostanę przy pieczeniu chleba. To mi dobrze wychodzi.

ciasto ze śliwkami i bezą

cykoria z łososiem i serem plus ziemniaczki 


mój chlebuś na zakwasie

Kiedyś wracając ze sklepu przez park poszłam z Młodym na huśtawki. Czasem tak robię, bo uwielbiam się kołysać. Z tego się chyba nie wyrasta, ale pewnie nie każdy lubi…

lubię huśtawki


Pora kończyć ten wpis, bo noc mnie zastała i spać się zaczyna chcieć, a na resztę weekendu mamy plany szalone. Na niedzielę zaplanowaliśmy Pairi Daizę, najpiękniejsze zoo w Europie, jeśli nie na świecie. NMBS (belgijski odpowiednik PKP) poinformowało, że z okazji Dnia Bez Samochodu bilety w niedzielę będą po 8 euro do wszędzie i spowrotem (na terenie Belgii) to trzeba ten fakt wykorzystać, a już od dawna się wybieramy do tego zoo i nie możemy sie wybrać...

Jutro mamy z Młodą jechać do Brugii zobaczyć kilkunastometrowego pająka-animatronika, o którym Młoda wczoraj w gazecie internetowej przeczytała i mi podesłała, a ja stwierdziłam, że chcę to widzieć. Jak nie będzie lało od rana to pewnie się wybierzemy.

Migotka

Bobka


26 września 2020

Książki, które poleca nasz ośmiolatek.

 Jakiś, spory już, czas temu opowiadałam o książkach, które podobały się naszemu synowi.

 tutaj kliknij, by przeczytać tamten wpis 

Pora na kolejny post w tym temacie, bo cały czas kupujemy i czytamy książki, więc czemu o tym nie napisać...

aktualna biblioteczka Młodego

Nasz Młody ma już 8 i pół roku, a my mu ciągle czytamy książki na głos. Nie dlatego, że on sam nie umie (bo umie doskonale), ale dlatego, że to jest bardzo przyjemne.  W sumie to czytamy często razem, z tym że matka z ojcem dłuższe kawałki. Od czasu do czasu starsza siostra czyta braciszkowi. Czytamy zawsze na dobranoc przed snem.

Czytamy zarówno nowości, jak i książki, które czytałam córkom kilka lat temu, a także lektury, którymi ja się zachwycałam mając tyle lat co Młody. Czytamy po polsku i niderlnadzku.

Książki po polsku, które poleca nasz ośmiolatek swoim rówieśnikom.

Kubuś Puchatek i Chatka Puchatka.

Numer jeden.
Książkę nie dawno zamówiliśmy w nowej polskiej księgarni internetowej  Dwa Misie (polecam!).
Książka chyba zasługuje na pierwsze miejsce posród naszych ostanich lektur polskojęzycznych. Młody bawił się przy niej wyśmienicie, a rozstanie z lekturą było bardzo smutne. Dla mnie samej i małżonka była to bardzo miła lektura. Z wielką przyjemnością wspominaliśmy sobie życiowe mądrości Puchatka i jego przyjaciół. 
Moim faworytem jest osioł z depresją. Jednak i Tygrys z ADHD jest mi dosyć bliski... A każdy rozdział to jakaś życiowa prawda...

"Jeśli spadniesz na kogoś, nie wystarczy powiedzieć, że nie chciałeś. W końcu ten ktoś też wcale nie chciał, żebyś na niego spadał"

"Czasami leżę w trawie i wcale mnie nie widać - mruknął Osiołek - i świat jest taki ładny. A potem przychodzi ktoś i pyta: "jak się dziś czujesz?" I zaraz okazuje się, że okropnie..."

"Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy."

"Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić."


Detektyw pingwin.

O Panu Pingwiniie już było w poprzednim wpisie. Od tego czasu przybyło nam jednak dwie kolejne części cyklu, a Młody wszystkie lubi. Ostatni tytuł też kupiłam w księgarni internetowej Dwa Misie.


Kazik Pegazik

Książkę pod tytułem Kazik Pegazik kupiłam ze wzgledu na tytuł, bo fajnie jest czytać o przygodach kogoś kto ma tak samo na imię jak tata. Śmiechu było z tego tytułu co niemiara, ale potem się okazało, że sama książka była warta przeczytania. Czytał ją oczywiście głównie Tata Kazik :-)


Doktor Dolittle.
Nasz syn w przyszłości zamierza zostać lekarzem zwierząt, zatem cykl o Doktorze Dolittle musi należeć do jego lektur obowiązkowych. Kupiliśmy i przeczytaliśmy razem z ogromną przyjemnością:
Doktor Dolittle i jego zwierzęta.
Zoo Doktora Dolittle (mamy w ebooku)
Podróże Doktora Dolittle
oraz
Cyrk Doktora Dolittle
Teraz kupiliśmy jeszcze najnowszy film, ale jeszcze czeka na oglądnięcie :-)


Gęby, dzioby i nochale oraz Pupy, ogonki i kuperki.

Te dwie pozycje są superowe! Obie zawierają mnóstwo ciekawych, często zaskakujących (nawet starego) faktów o zwierzętach. Jedna książka mówi o przednich częściach zwierząt, a druga o tylnich. Napisane są w sposób bardzo przystępny - prosto, krótko, ale ciekawie. Te ksiażki też kupicie w Dwóch Misiach, czyli brukselskiej polskiej księgarni internetowej.




Świat pszczół oraz Świat Motyli

Kolejne oowiązkowe pozycje dla małych przyrodników. Je także mam z Dwóch Misiów. Młodemu bardzo się podobają.




Nela. Zapiski zoologa.

Nelę poznalismy dzięki Ciotce Młodego, która podarowała mu tę książkę z jakiejś tam okazji. Nela opowiada fascynujące rzeczy o zwierzakach. Na dzień dzisiejszy mamy tylko jeden tytuł w swojej biblioteczce, ale zapewne jeszcze kiedyś coś kupimy, bo jest tego więcej, a warto przeczytać bez wątpienia.




Czarnoksiężnik z Krainy Oz.

Klasyka! Zamawiając tę książkę zastanawiałam się, czy Młodemu się spodoba. Chcę zapoznac moje dzieci z książkami, które mnie się podobały i które uważam za godne przeczytania, ale nie zamierzam robić tego taką metodą jaką katowały nas belfry w PL. Nic na siłę. W Belgii w szkole na szczęście nie ma lektur obowiązkowych, tak nawiasem mówiąc. My czytamy, to co nam się podoba tylko i wyłącznie, a nie że musimy, że wszyscy czytają.  Ja lubiłam przygody Dorotki. Poza tym uważam, że to bardzo mądra książka, więc kupiłam dla Młodego. Spodobała się! 


Doktor Proktor i proszek pierdzioszek.

Sama czytam książki Jo Nesbo. Okazuje się, że pisze też dla dzieci.Tę książkę kupiłam w ebooku księgarni Apple, bo czasem czytamy też elektroniczne książki. Wybrałam ze wzgledu na śmieszny tytuł. Książka jest dobra. Nie jakiś szał  dla Naszego Młodego, ale dobrze się czyta i jest dosyć zabawna. Chyba jednak bardziej mogła by się podobac trochę starszym dzieciom.

Roblox. Najlepsze gry przygodowe.

Najnudniejsza książka, jaką kiedykolwiek cztałam dziecku. Ale Dziecko jest zupełnie innego zdania. Był podekscytowanym, gdy dodtał tę książkę i sam sporo od razu przeczytał, ale potem katował starych prośbami o czytanie przed snem... Zatem polecam fanom Robloxa.



Książki po niderlandzku, które poleca nasz ośmiolatek.


Dagboek van een Enderdraak

czyli Pamiętnik Enderdragona to typowa pozycja dla miłośników Minecrafta, ale nie mająca nic wspólnego z Mojang (kto gra ten wie). Głównym bohaterem jest enderdragon Vonkie... Historia taka sobie, ale Młodemu się podobała.


Bat Pat, Piraat Goudtand.


Bat Pat, Pirat Złoty Ząb. To była superowa, trzymająca w napięciu  historia o dzieciakach, duchach piratów i ukrytym skarbie. Fajnie się czytało.


Minecraft. De strip.

Komiks o Minecrafcie. Przypadkiem trafiłam na to w księgarni w czasie wakacji. Młody stwierdził, że nie lubi komiksów, ale tę książkę przeczyta na pewno. I przeczytał. Sam.




Książki Annie M.G Schmidt.

W Polsce znana jest pewnie wszystkim książka (czy książki - zależnie od wydania) o Jasiu i Janeczce czy Julku i Juleczce, czyli nasz Jip en Janneke. To zabawne, z życia wzięte opowieści o parze pieciolatków. Młody pokochał ich od pierwszego rozdziału, a potem płakał przy ostatnim. Dlatego postanowiliśmy sięgnąc po inne tytuły tej samej autorki i wszystkie są superowe. Większość jest tez sfilmowanych, więc i obejrzeeć można (są na Netflixie).

Wiplala jest po prostu supercool, no i trochę to poważniejsza książka niż Jip en Janneke. Jest to historia małego skrzata, który mówi, że nie jest skrzatem tylko Wiplalą z rodzaju Wiplali, czyli zupełnie nie skrzatem. Tak czy owak, gdy zjawia się nagle w domu pewnej rodzinie, zaczyna się sporo dziać. Jest często wesoło, ale  czasem dość przerażająco... Na końcu Wiplala odchodzi, no idzie sobie do Wiplalowego świata i wszyscy płaczą z czytającymi włącznie...

Otje. To dosyc obszerny zbiór przygód kilkuletniej dziewczynki i jej taty kucharza bez dokumentów. Obydwoje gadają ze zwierzertami, co przeważnie pom,aga im wykaraskać się z kłopotów, w które wpadają wyjątkowo często...

Abeltje jeszcze nie czytalismy, bo dopiero kupiłam w Kringwinkel (sklep z rzeaczmi używanymi), ale równiez ciekawie się zapowiada...




Vreemde wezens, 


czyli dziwne stworzenia, To w zasadzie książka dla dzieci trochę młodszych, ale Młody bardzo się nią zachwycił, kiedy to któregoś dnia do szkoły przyjechała księgarnia. Ta książka była tam dosyć droga (ok 30€) i wtedy kupiliśmy całkiem co innego, ale potem udało mi się w necie znaleźć za kilka euro i kupiłam na jakiś prezent. O, jak się cieszył. Ona jest bardziej do zabawy, jak do czytania, a zabawa polega na tym, by tworzyć nowe gatunki zwierząt. Kartki są sprytnie podzielone na pół i jak przewracamy poszczególne kartki z obu połówek to powstają śmieszne nazwy i śmieszne stworzenia - ptakoryby, rybowilki itd. Zabawa przednia.




Książki o eksperymentach.

Tego jest sporo chyba na każdym rynku - zarówno polskim jak i belgijskim, a moim zdaniem warto kupić coś takiego dla dzieci. Młody niektóre eksperymenty demonstrował na swoim kanale na YT (Epic World Of Izydor) z czego miał sporo frajdy. Jedną z tych książek zamówiłam przez internet w czasie lockdownu, a drugą kupiłam używaną za 1,5€ w Kring winkel.








3 stycznia 2019

Książki, które pokochał nasz sześciolatek. A wy co nam polecicie?

Dziś będzie o czytaniu.

W tym wpisie opowiem Wam o naszych wieczornych lekturach na dobranoc. 

Kolorowa Półeczka Młodego

Gwoli ścisłości. To NIE JEST wpis sponsorowany ani nic w tym rodzaju. Książki Młodego zostały zasponsorowane przeze mnie i innych bliskich.

Dziś chcę się podzielić propozycjami lektur dla chłopca z nadzieją, że może ktoś mi podpowie jeszcze jakieś fajne tytuły warte przeczytania. Cóż,  łudzę się, że inni rodzice też czytają swoim dzieciom... nawet takim starym jak nasz Młody.

Nasz Młody nie długo skończy 7 lat. W tym roku opanował już sztukę samodzielnego czytania i to w dwóch językach. Powiem, że całkiem sprawnie mu to poszło. Jeśli chodzi o język szkolny, czyli niderlandzki to jest jednym z najlepszych czytacieli w klasie. Lepiej od niego czyta tylko jedna dziewczynka. Oboje jednak dostają od pani książki do czytania zamiast standardowego podręcznika. 
Po polsku czyta mniej więcej na tym samym poziomie. Bez problemacji opanował te wszystie cz, sz, ś, ź, ę, ą mimo, że w szkole nie ma z tym do czynienia w ogóle a matula nie uczyniła nic, by nauczyć go czytać. No, może poza cowieczornym czytaniem...

Zdarza mu się wymawiać niektóre głoski nieadekwatnie do danego języka, czyli np "wakacje" przeczytać jako "łakacje" a w niderlandzkim "u" po naszemu. Jednakowoż czyta z chęcią i chce czytać, ba, wręcz domaga się by słuchać jak czyta. Świetnie. Lubi jednak też, gdy to rodzice mu czytają. Bardzo lubi, więc rodzice czytają dzielnie. Tak, czytanie prawiesiedmiolatkowi to nie byle jakie zadanie. Takiego to już byle głupawym wierszyczkiem o kaczusiach nie zbędzie. Tu już trzeba bardziej konkretnej pozycji. Do tego Młody jest inny niż siostry. To co im się podobało, jemu nie odpowiada i odwrotnie.

Co przerobiliśmy w ciągu ostatnich miesięcy?

Pan Pierdziołka. Mamy kilka części i wszystkie czytane milion razy i obśmiane na wszystkie strony. Te książeczki to nic innego jak zbiór różnych starych i nowych mniej lub bardziej bezsensownych wyliczanek, wierszyczków i piosenek. Niektóre bawiły jeszcze zapewne moich dziadków. Jak to mówią - stare ale jare.

Rymowanki Polskie, czyli wlazł kotek na płotek. Ta książka kupiona bodajże 3 lata temu w Polsce, ale ciąge jest w czytaniu m (w zapętleniu, tak samo jak Pierdziołka)  i już nosi pewne oznaki zużycia. Wiele, jeśli nie większość wierszyków i piosenek leci z pamięci, a Młody śpiewa non stop o misiu, co zrobił w teczkę sisiu.

Pierwsze przygody Mikołajka. (Sempe - Goscinny) Kolejna staroć choć w nowym wydaniu. Czytanie o przygodach tych wszystkich  zuchwalców było dość męczące, bo Młody zadawał ciągle mnóstwo pytań i non stop komentował ich zachowania, które w świecie Młodego, czyli w dzisiejszej szkole są nie do przyjęcia. "JAK TO NIE MOŻNA BIĆ KOGOŚ W OKULARACH?! NIKOGO NIE WOLNO BIĆ!" "Dlaczego w tej klasie nie ma dziewczyn? Co to za dziwna szkoła?"

Kacperiada oraz Kuba i Buba, czyli awantura do kwadratu. (Kasdepke G.) Przyznam, że mnie osobiście te książki nie leżały. W poprzednim życiu, gdy byłam bibliotekarzem, ani razu nie poleciłam j ich  żadnemu rodzicowi, bo w głowie mi się nie mieściło, by takie pierdoły saskie mogły sie podobać jakiemuś dziecku. Dziewczynom się nie podobały. Kurde, nawet nie wiem, dlaczego je kupiłam Młodemu. No ale kupiłam tę o Kacprze, który miał mamę Magdę (szał dla Młodego, bo ktoś jeszcze ma mamę Magdę) i on był zachwycony. Potem dokupiłam Kubę i Bubę. On kocha te książki.

Detektyw Pozytywka. (znowu Kasdepke). Też dla mnie dziwna, a dla Młodego spoko. Cóż, człek się całe życie uczy, a dzieci wiecznie zaskakują.

Detektyw Pingwin i sprawa zaginionegio skarbu (Alex T. Smith). To była wyjatkowo dobra lektura zarówno dla nas starych jak i dla Młodego. Jak tata czytał kilka rozdziałów w jeden czy dwa wieczory, to potem pytałam Młodego, co się wydarzyło, bo to był całkiem zacny kryminał. Co z tego, że to pingwin prowadził śledztwo? Dla mnie TA KSIĄŻKA JEST NASZĄ KSIĄŻKĄ ROKU i czekamy  na drugą część, która miała ukazac się w jesieni, ale coś najwyraźniej poszło nie tak... bo chyba do dziś jej nie ma (w necie nie znalazłam)

Szkoła trzęsiportków (P. Butchart). Tego jest cały cykl. Ludzie chwalili to kupiłam jedną na próbę, ale próby nie przeszła. Młody stwierdził, że nudne. Dostaje więc od nas tytuł najgorszej książki przeczytanej (zaczętej czytać i nigdy nie skończonej) w 2018 roku. Spodoba się na pewno tym, co lubią Koszmarnego Karolka i Wredną Wandzię - tak samo głupie i pewnie do tego trza dorosnąć.

Rozbójnik Hotzenplotz (O. Preussler). Znowu stare ale jare. Ja sama uwielbiałam książki Preusslera. Malutką czarownicę chyba z dziesięć razy przeczytałam. Rozbójnika czytałam po raz pierwszy teraz, ale bardzo mi się podobała ta historyjka. Młodemu jeszcze bardziej. Tu też było kilka momentów trzymających w napięciu, ale też kilka zabawnych jak i w pozostałych książkach tego autora. 

Poczytaj mi mamo! Seria książek z bajkami z naszych czasów (oryginalne ilustracje). O ile pierwsze części są świetne, tak ostatnie już takie sobie. Młody nie lubi wierszyków - nie licząc głupich jak w Pierdziołce. (Dziewczyny uwielbiały). Jednak mamy już prawie całą kolekcję i na półce całkiem ładnie się prezentują :-)

Zając (D.Gellner). Dziewczyny lubiły rymowane bajeczki Gellner. Zając jest jednak najlepszy! Sama się uśmiałam. To książeczka dla w miarę ogarniętych dzieci mających niebagatelne poczucie humoru.

Koziołek Matołek. Książka mojego dzieciństwa, ale u Młodego się nie przyjęła zdecydowanie. Może kiedyś spróbujemy ponownie.

Pan Mamutko i zwierzęta (Baręsewicz). Podobało się. Tu również zabawne historyjki o miłym gostku, który dogadywał się ze zwierzakami.

Czytam sam. Seria książek do samodzielnego czytania. Cieszę się, że coś takiego pojawiło się też w Polsce. Tutaj w Belgii jest mnóstwo takich książek, które są podzielone na poziomy czytelnicze. Zauważyłam je zaraz na początku, gdy stawiałam pierwsze kroki w nauce nowego języka. Te z pierszych poziomów nie zawierają wszystkich liter, głosek, zdania są proste a historia łatwa do zrozumienia. Z polskich kupiłam na razie kilka tytułów i Młody czytał je pełen dumy, że daje radę sam przeczytać całą książkę. Polecam wszystkim początkującym czytacielom.


Piękne opowieści dla 6-latka.  Tę książkę Młody otrzymał od Chrzestnej. Bardzo ładne wydanie i zacnie się na półce prezentuje. Jest to zbiór znanych starych baśni i bajek dla dzieci i to w normalnych pełnych wersjach... Bo wiecie jak to dziś często bywa z książkami dla dzieci - jakaś nierozgarnięta Grażyna uznaje nagle, że  Andersen był głupi, Perrault i Grimowie jeszcze bardziej i Grażyna postanawia napisać swoją własną zmutowaną i wypaczoną wersję popularnych baśni, po przeczytaniu  których - jakby człowiek nie znał oryginału - za kija by się nie domyślil o co kaman, bo nic się kupy nie trzyma, a co najwyżej jest kupy warte. Do tego Grażynie zwykle się wydaje, że umie rysować i sama se robi ilustracje do swoich wypocin. Potem można spokojnie koło cukru taką książkę postawic i teściowa nie bedzie słodzić na pewno... Nie wiem tylko jaki debil może coś takiego wypuścić na rynek..? No ale szczegół. Do TEJ książki się jednak nie przyczepię. Piękne opowieści są na prawde piękne - tekst i ilustracje całkiem wporzo. U nas tylko ze znanymi baśniami jest problem taki, że tutaj w BE postaci noszą częstokroć inne imiona, co może być lekko irytujące...

Opowiadania z piaskownicy (R. Piątkowska). Bez szału, ale też nie najgorsza książka. Coś trochę jak Kacperiada. Takie opowiadania z życia dzieci. Nam tylko realia szkolne się nie zgadzały czasem,  no ale to nie po raz pierwszy i nie ostatni.

Puc Bursztyn i goście (Grabowski). Kolejna ulubiona lektura matki, która podeszła też synkowi. Dodam, że to mamy też do wyświetlania na ścianie, a że matka zabrała z Polszy zabytkowy projektor to i ze ściany też poczytaliśmy :-)


Doktor Dolittle i jego zwierzęta (H. Lofting). Znowu klasyka. Prezent podchoinkowy zamówiony jak zwykle w Polskiej Księgarni Internetowej. Dopiero w czytaniu, ale już widać, że dobrze będzie zamówić kolejne książki o Doktorze Dolittle.

Przeczytaliśmy też sporo bajek po niderlandzku. Koło łóżka zawsze coś leży, bo w bibliotece mają całkiem spory wybór a i zdarza się nam od czasu do czasu coś kupić na własność albo zwyczajnie od kogoś dostać w prezencie. Po niderlandzku nie czytam Młodemu grubych książek, bo zwyczajnie mnie to męczy, gdyż mam świadomość, że wiele wyrazów wymawiam nieprawidłowo, a jeszcze więcej nie rozumiemy i trzeba mieć przy sobie zawsze telefon z tłumaczem, bo Młody nie może żyć w nieświadomości, on musi wiedzieć, co znaczy każde słowo i to tu i teraz, a nie że jutro.
Coraz więcej książek czytamy do spółki - trochę synek, trochę mamusia albo tatuś. To jest fajne a Młody dzięki temu szybko robi postępy w czytaniu.


No to jak, ktoś z Was poleci nam coś fajnego dla siedmiolatka? (byle nic różowego i księżniczkowego, bo to nie przejdzie!)

25 lipca 2017

Nagła fascynacja Jezusem - jak nadążyć za własnymi dziećmi?

Jesteśmy rodziną katolicką - mamy te wszystkie sakramenty, w domu symbole katolickie, Biblię (czytaną nawet od czasu do czasu), obchodzimy Boże Narodzenie i Wielkanoc (po swojemu bo po swojemu ale pamiętamy), lubimy i szanujemy tradycje, dzieci uczą się w szkołach katolickich i chodzą na taką religię. Jednak ostatnio nie jesteśmy praktykujący, wiara też raczej pod znakiem zapytania (bardziej szukanie odpowiedzi n/t sensu życia i przywiązanie do tradycji w której się wychowało). Pobożni zdecydowanie, na 100% nie jesteśmy, nie opowiadamy dzieciom o Bogu, nie namawiamy, nie przekonujemy. Dziewczyny chodziły na religię w Polsce i były tam u I Komunii więc musiały nauczyć się tych wszystkich przykazań, zakazań i całej reszty nikomu nie potrzebnych (moim zdaniem) rzeczy. Dzięki temu pewnie dziś nie chcą nawet słyszeć na temat kościoła  i nawet na zwiedzanie ich tam nie zadrze. Ze szkoły chodzą bo nie mają wyjścia, a nawet mówią, że jest fajnie.  Sami też nie chodzimy raczej na msze, bo nam się nie chce. Młody nie miał styczności z kościołem odkąd skończył roczek, bo jakoś się nie składa. Nie będę własnych dzieci przekonywać do czegoś, w co sama nie wierzę  za bardzo. Tu religia w szkole to takie tam pitu pitu o wszystkim i o niczym. Jesteśmy zatem takimi sobie, słabymi katolikami, ale bez wątpienia lubimy zwiedzać kościoły i miejsca kultu, poznawać legendy i historię. To jest ciekawe i fascynujące. Czujemy się też związani z kulturą i tradycjami chrześcijańskimi i nie mamy zamiaru póki co się rozwiązywać ani pozwalać innym się w te nasze kwestie wtryniać.

 Nie dawno pokazywałam tu zdjęcia z wycieczki do Scherpenheuvel. Młodemu się podobało, jak każda wycieczka. Jednak tam zainteresował go Jezus na ogromnym krzyżu. Nadmienię, że nasz synio jest na etapie zadawania pytań i jak go coś zaciekawi to nie ma zmiłuj, czasem kilka tygodni drąży temat (tak było z umieraniem). Teraz pojawił się Jezus. Kto to jest? Co on tam robi? Dlaczego go zabili? Kto to byli ci źli ludzie? Ale dlaczego? A ile on ma lat? A był mały?.... W końcu zostawiliśmy Jezusa i poszliśmy dalej. No ale to była Droga Krzyżowa i zaraz zauważył kolejną stację. Co oni tu robią? Kto to jest? Dlaczego?.... Dobrze, że Tata obcykany w stacjach Drogi Krzyżowej to doszliśmy do bazyliki w końcu. Tam też obrazów i rzeźb nie brakowało.

Wróciliśmy do domu i okazało się, że ta dekoracja z salonu już nigdy nie będzie zwykłą dekoracją. To jest przecież Jezus - człowiek, który był dobry i wszystkim pomagał, ale źli ludzie go zabili. Obraz w sypialni przypomniał też historię opowiadaną podczas Bożego Narodzenia i mała główka szybko połączyła fakty, ale na wszelki wypadek się upewnił. A ten dzidziuś to kto? A ta pani obok niego to jego mama Maria...? Koło szkoły też jest krzyż duży. Ostatnio go malowali i znowu pojawiło się wiele pytań o Jezusa. Niesamowite, jak zafascynowała go ta postać.

21 kwietnia 2017

Skąd brać polskie książki w Belgii? Problem mola książkowego.

Jesteśmy rodziną moli książkowych. 

Wychowałam się wśród książek. Moi rodzice uwielbiali szeleścić kartkami w długie zimowe wieczory, a i latem, gdy czasu starczało. Babcia była bibliotekarką i jako dziecko przesiadywałam z nią w tej świątyni książek godzinami. Gdy byłam mała, rodzice i dziadkowie mi czytali, ale bardzo szybko opanowałam tę trudną sztukę i potem sama pochłaniałam po kolei książeczkę za książeczką. W szkole średniej nawet wolałam czas wolny spędzać z tym cichym towarzyszem niż z rówieśnikami. Dzień bez książki był dla mnie dniem straconym. Praca w bibliotece, którą rozpoczęłam dwa miesiące po zdaniu matury była  dla mnie rajem na ziemi - dała mi nieograniczony dostęp do książek, przyjemność niekończącego się wybierania i kupowania książek, radość ustawiania, przestawiania i porządkowania setek tomów na półkach, zabawę przy opracowywaniu, oprawianiu, pieczętowaniu, sklejaniu, zszywaniu i wąchaniu książek - zarówno farba drukarska jak i stary papier pachną wyśmienicie. 

W końcu doczekałam też tych cudownych radosnych chwil, gdy to mogłam własne pociechy poprowadzić do pełnego tajemnic ogromnego i pięknego świata książek. Najstarsza urodziła się z darem delikatności wobec stworzeń żywych i książek. Gdy potrafiła już sama siedzieć, potrafiła też samodzielnie oglądać książeczki - karteczki (nawet te cienkie) przewracała delikatnie i studiowała każdą stronę w wielkim skupieniu. Młoda hm no cóż, ona była prawdziwym smakoszem literatury i wszelakiego innego papieru. Wszystko brała do dzioba i przeżuwała. Do dziś mamy kilka pudełek puzzli, w których brakuje kilku kawałków, gdyż zostały zeżarte przez Młodą. Wszystkie bajeczki (także czasem te z biblioteki) miały obchlane i obciumkane rogi.

Dziś Młode za książkami nie przepadają już tak bardzo. Sporo czasu - jak wiadomo - zajmuje im czytanie podręczników szkolnych. Młoda czyta też sporo w Internecie. Ma swoje ulubione makabryczne opowiadania i inne pierdołki które doskonale zastępują jej literaturę. Po książki sięga tylko od czasu do czasu, gdy trzeba coś do szkoły przeczytać lub ktoś coś poleci. Najstarsza większość wolnego czasu spędza przy projektowaniu i urządzaniu domów w minecraft'cie. Poza tym czyta głównie książki popularnonaukowe z zakresu zoologii, botaniki i astronomii. Obie czytają zarówno po polsku jak i niderlandzku, z czego mimo wszystko chętniej w ojczystym.

Młody długo opierał się książkom. Robiliśmy kilka podejść do czytania, ale jego zainteresowanie książkami bardzo szybko wyparowywało. Przeglądał książeczkę siach-mach po 2 kartki na raz i sięgał po następną. Ani czytanie ani nawet opowiadanie obrazków nie znajdowało zrozumienia. Dopiero gdzieś w okolicach 4 urodzin zajarzył o co chodzi tak na prawdę z czytaniem książek i zaczął słuchać. Teksty musiały być na początku krótkie, żeby szybko mógł przewracać kartki, bp ileż można się gapić na jeden obrazek...

Teraz czytamy codziennie przed snem. Im dłuższe opowiadanko tym lepiej. Zdarzyło się nawet kilka (dokładnie trzy) razy, że czekał na mnie z książką w łóżku, a ja wredna macocha tak się certoliłam z kąpaniem, depilowaniem nóg albo zasiedziałam się przy pisaniu bloga, że biedne dziecko zasnęło z książką. Niestety to dziecko nigdy nie odpuszcza i nie zapomina, co się mu obiecało i jak obudziło się w nocy, zawołało matkę i kazało sobie czytać. Czytaliście kiedyś książkę obudzeni o 3 nad ranem? Ledwo widziśz na oczy, ledwo możesz mówić, ale cóż... To bardzo dobra nauczka, że nie należy zapominać o swoim dziecku i lekce sobie ważyć systematycznego czytania własnemu synowi.

M_jak_Mąż też jest miłośnikiem literatury i uwielbia czytać w wolnych chwilach. Ostatnio czyta - podobnie jak Młode - głównie Internet. Dlaczego? Każdy z mieszkających na obczyźnie pewnie zna odpowiedź - bo nie ma polskich książek.

Gdy wyjeżdżaliśmy z Polski, jedną z niewielu rzeczy które ze sobą zabraliśmy były nasze książki, a w zasadzie to głównie mężowe tomy, bo ja swoich się pozbyłam przed pierwszą przeprowadzką. Jednak ile razy można czytać tę samą książkę? Zwykle raz jest dosyć. No i tu pojawia się problem. Wszystko przeczytane i co teraz?

Skąd wziąć dobre książki na obczyźnie?

Ci którzy jeżdżą do Polski 10 razy na rok mogą sobie kupować za każdym razem choć po 2 książki. My bywamy w ojczyźnie rzadko. Gdy pojedzie się raz na rok czy raz na 2 lata to też człowiek nagle nie nakupi 20 książek bo po pierwsze to kupa papieru i kilogramów, a po drugie spory wydatek jak na raz nawet jeśli w złotówkach się wydaje. 

Na początku było to dla mnie sporym problemem. Nie znałam tu nikogo, nie pracowałam, nie miałam internetu a czasu ohoho i jeszcze trochę, a czytać żywcem nie było co. Przeczytałam, co było do przeczytania w mężowej kolekcji (nie wszystko jest w moim guście) i dupa blada...

Potem zaczęłam pisać bloga, zastępując czytanie pisaniem. Bardzo dobre zastępstwo, przynajmniej na jakiś czas, ale właśnie zaczęło mi się nudzić i wracam powoli do częstszego czytania. Postanowiłam jednak napisać na ten temat i podzielić się z wami pomysłem jak sobie radzić na bezrybiu, znaczy na bezksiążcu.

Po pierwsze czytnik e-booków.

Jeszcze kilka lat temu byłam przeciw temu wynalazkowi, upierałam się, że to urządzenie nie może zastąpić papierowej książki. Czasem mówię własnym dzieciom, że nie można mówić, iż się czegoś nie lubi, zanim się tego nie spróbuje. W tym wypadku zachowywałam się właśnie jak głupi bachor - nie bo nie! Dopiero jak zostałam przyparta do muru i zachciało mi sie czytać a nie miałam książki postanowiłam sobie kupić czytnik e-booków, bo z braku laku dobry i kit. Kupiłam... a raczej mąż mi kupił na urodziny w tutejszej księgarni wynalazek pod tytułem TOLINO.

Najpierw spiraciłam jakąś polską książkę z chomika, by zobaczyć jak działa. Standaard boekhandel daje nam wraz z czytnikiem chmurę, gdzie możemy trzymać zakupione w tej księgarni książki (tylko po niderlandzku i angielsku mają niestety), ale możemy tam też wrzucać własne e-booki. Z chmury pobieramy książki na czytnik przez wi-fi. Utworzyłam konto w Standaard boekhandel, zalogowałam się, wrzuciłam tam swojego polskiego 'pirata', zalogowałam się z czytnika na to samo konto, pobrałam książkę i już można było czytać.

Okazało się, że fajnie się czyta... dopóki się nie zawiesiło w połowie książki. Reset nie pomógł na tę dolegliwość, bo pirackie kopie to często zwykłe gównianie gówno....

Wtedy zaczęłam szukać stron, gdzie moża kupić e-booki po polsku i tak trafiam na VIRTUALO, gdzie jest mega wybór polskiej literatury.
Książki są tańsze niż papierowe, zakup (nie licząc wybierania) trwa kilka sekund. Wybieram, potwierdzam, płacę kartą i po paru sekundach już moge pobierać na komputer plik w wybranym formacie. Dla tolino najlepszy jest format epub, czyta też pdf i inne ale tylko w epub działają wszystko jak należy.
Większość książek jest zabezpieczona ale można je wgrać na różnych 99 urządzeń (są wyjątki).

Jednak powiem wam dlaczego uznałam ostatecznie, że czytnik jest lepszy od papierowej książki.

1. e-booki są tańsze niż tradycyjne książki
2. nie płacę za przesyłkę przy zakupie bez względu w jakiej części świata jestem (byle był dostęp do internetu); nie muszę czekać na dostawę,  po zapłacie od razu mogę czytać
3. czytnik mieści mi się nawet w niewielkiej torebce, a w czytniku mogę nosić ze sobą całą bibliotekę (kilkadziesiąt czy kilkaset książek)
4. w dwóch palcach mogę trzymać nawet książkę 900stronicową - czytnik jest leciutki
5. czytnik zapamiętuje, gdzie skończyłam czytać (nawet jak czytam 5 książek na raz), nie muszę więc się marwtić, że mi się zamknie, gdy pójdę do wc, nie muszę wiecznie szukać zakładek
6. moje Tolino ma podświetlany ekran, więc nie potrzebuję świecić lampki w nocy
7. czytnik ma specjalny (nie błyszczący jak np u tableta) wyświetlacz, na którym czyta się jak z papieru, a nawet lepiej, bo z czytnika bez problemu mogę czytać w słońcu, co w przypadku książek  z bardzo białymi kartkami było niemożliwe nawet w okularach przeciwsłonecznych
8. w czytniku można zmieniać wielkość liter i rodzaj czcionki (tylko przy właściwym formacie pliku - w tolino e-pub)
9. są też takie dodtakowe bajery jak zaznaczanie fragmentów tekstu, robienie notatek, a nawet tłumaczenie wyrazów (moje tolino nie obsługuje niestety polskiego), gdy jest spis treści, można wybierać konkretny rozdział bez kartkowania

Mnie czyta się bardzo dobrze książki z czytnika, ale być może wy nie będziecie podzielać mego zdania. Jednak zanim powiecie NIE, najpierw mimo wszystko spróbujcie (np pożyczając od kogoś czytnik, bo smartfon czy tablet to nie to samo - nawet nie ma porównania).

Czytnik jednak nie sprawdzi się w przypadku literatury dla dzieci. Niewiele jest książek dla dzieci na czytnik, co jest oczywiste, bo jednak dzieci wolą papierowe bajeczki.

Książkę papierową można zamówić przez internet i po kilku dniach kurier lub listonosz nam ją dostarczy.

Ostatnio zauważyłam, że w Polskiej Księgarni Internetowej coraz bardziej się troszczą o ludzi na obczyźnie (czyli o  swoje interesy), bo zaczęli wysyłać kurierem i wychodzi na to, że wreszcie można zamówić kilka książek w jednej paczce bez dodatkowych kosztów (większość księgarni wysyła za granicę Polski pocztą i od każdej dodatkowej książki dliczają za przesyłkę ponad 20 zeta  - chore!). W w/w księgarni stoi, że wysyłka do Belgii teraz kosztuje 35 zeta. Na dniach będę zamawiać, to się przekonam, czy nie cyganią przypadkiem.
Postanowiłam bowiem zakupić kilka zbiorów bajek dla dzieci. Zbiorowe wydania bajek z mojego dziecińśtwa: 'Poczytaj mi Mamo' i 'Moje książeczki"wydają się idealne dla Młodego. Poza tym Wróbelek Elemelek, bo mamy drugą część (stare wydanie), ale w niej nie ma najfajniejszych przygód. Kupię też pewnie z jednego Pana Pierdziołkę, bo na wakacjach kupiliśmy w Polsce jedną książkę ze starymi wyliczankami i piosenkami i bardzo się nadała Młodemu, nauczył się bardzo szybko 'Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę' ze szczególnym akcentem na ostatnią linijkę 'i podarły mu galoty' hehe.
Dla siebie chcę Słownik języka polskiego oraz Słownik poprawnej polszczyzny, bo często by się zajrzało a jakoś nikt mi jeszcze nie kupił, doprawdy nie wiem dlaczego.

Dlaczego podoba mi się ta księgarnia? Bo można wybrać walutę w jakiej wyświetlają ceny i nie trzeba liczyć przy każdej książce ile to będzie euro. Jak wrzucam do koszyka czy przechowalni to od razu widzę, czy mnie stać.

Dziewczynom na razie chyba nic nie kupię, bo jedna już dostała opierdziel za czytanie polskich książek w szkole, było nawet w raporcie i na wywiadówce hehe.

Nie, nie czytała na głos po polsku, nie, nie namawiała innych do czytnia po polsku...  Po prostu na przerwie wyciągnęła o zgrozo polską książkę.... W tym kraju zakazane jest nie to co trzeba....

Inne możliwości dobrania się do polskich książek w Belgii:

Wymiany z innymi Polakami (są chyba nawet grupy na FB), ale jak stare przysłowie pszczół mówi: 'dobry zwyczaj - nie pożyczaj, jeszcze lepszy - nie oddawaj'. Nie polecam. W ten sposób straciłam m.in. pierwszą i ostatnią część cyklu Zmierzch (jak poszły w obieg kilka lat temu tak do dziś chodzą i nie mogą trafić do domu).

Kupowanie używanych książek. Widuję od czasu do czasu ogłoszenia na FB i widzę, że książki szybko się rozchodzą. To jednak trzeba trafić, że ktoś sprzedaje.


Polska Księgarnia w Brukseli
Rue d'Angleterre 45, 1060 Bruxelles (Saint-Gilles)
tel. 02 537 04 66, gsm. 0476 43 06 55
(czynna: wtorki, środy i piątki 13-19 oraz soboty 9-17)

Biblioteka Pl w Leuven
ul. Wipstraat 2 w Kessel-1o

Biblioteka Szkolnego Punku Konsultacyjnego w Brukseli:
Rue du Bemel 29, 1150 Woluwe Saint-Pierre, Bruxelles
http://www.bruksela.orpeg.pl/?q=node/9

W żadnej z powyższych placówek nie  byłam osobiście. Nie wiem zatem czy warto je odwiedzić. Jednak znalazłam takie informacje, to podam dalej.



My głównie - jako się rzekło - czytamy po niderlandzku, bo po pierwsze dostęp do niderlandzko języcznych książek mamy nieograniczony, a po wtóre powoli trzeba się przestawiać na nowy język i dostosowywać do tutejszych realiów. Jednak od czasu do czasu dobrze poczytać w ojczystym, dlatego powstał ten post i dlatego od czasu do czasu kupujemy coś polskiego.

Młody wybiera książki w tutejszej bibliotece
Ostatnio nadrabiam Cobena i całkiem dobrze się mi czyta. To że nie rozumiem części wyrazów nie przeszkadza w rozumieniu sensu ogólnego i w radowaniu się czytaniem.

* To NIE JEST post sponsorowany, a tylko moje osobiste wybory i spostrzeżenia.

Jak ktoś zna lepsze, równie dobre, inne rozwiązania, księgarnie, możliwości niech da cynk w komentarzu poniżej.