Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mikroskop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mikroskop. Pokaż wszystkie posty

28 października 2023

Duch Michaela Jacksona, śmierdzące zabawy i świńskie kąpiele

Life is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. 

Zmęczenie nie daje za wygraną i jak tak dalej pójdzie, będę musieć zaklepać w matę i poddać tę rundę

Patrzcie, jaki ten los jest złośliwy! 

Franca niemiła zawsze tak robi. ZAWSZE! Tylko czeka, bym znalazła coś fajnego i zaczęła  się w to angażować, a wtedy od razu jeb z buta w twarz. Bo proste życie jest dla prostych ludzi, wiadomka. Natomiast ludzie tacy jak my, czyli skromnie mówiąc mądrzy, inteligentni, odważni, silni, epiccy, zajebiści i tak dalej i tak dalej otrzymują życie w wersji PRO i zawsze grają na levelu hard (bo prosty by ich bez wątpienia szybko znudził).

Przeto oczywistym się jawi, że skoro zaczęło mi się podobać i w szkole, i na stażu, i ogólnie, to muszę zostać przeczołgana profilaktycznie po najgoszym gównie. 

Ale spokojnie, 

dopóki nie nie jest tak żle, by gorzej być nie mogło, 

to jest dobrze. 

Jeśli natomiast już gorzej być nie może, 

to wtedy może być już tylko lepiej. 

I tego się trzymajmy.

Jak było w tym tygodniu? Jak zwykle: dużo i prędko.

W niedzielę miałam zły dzień. Wszystko mnie wnerwiało ot tak po prostu. Poszłam zatem w końcu na rower. Pogoda była piękna i fotogeniczna. Kręciłam po okolicy, robiłam zdjęcia i niefrasobliwie kątem oka obserwowałam czarną chmurę w oddali. W końcu ta chmura pojawiła się nade mną i wylało się z niej od całe morze wody. Schowałam się pod drzewem na skraju lasu, ale w końcu i ono zaczęło przeciekać. Stamtąd było raptem 2 km do chałupy, ale przemokłam do suchej nitki. 
Przejażdżkę mimo to uważam za udaną. Zgubiłam sporo złej energii, a jakie widoki były do napawania się…  Chowając się przed chmurą, zauważyłam rzadkie grzyby gwiazdosze.


pole fioletowej brukselki




gwiazdosz



Boba bardzo się bała...
Cały tydzień czułam zmęczenie i chodziłam spać o 20-tej po to by o szóstej wstawać zmęczoną 😫. Od poniedziałku do piątku zgodnie z zaleceniem lekarki faszerowałam się trzy razy na dzień nurofenem 600g. Nie powiem, żeby to cokolwiek zmieniło w moim życiu, no, może poza tym, że nie czułam, iż jestem chora haha... ale o tym później.

Świnie w kąpieli

W poniedziałek zabrałyśmy z Młodą ponownie naszą Lady Świnię do lekarki, bo nadal jej futro kupami wypada i drapie się piszcząc. Wetka stwierdziła, że faktycznie jakaś upierdliwa wersja świeżbu, skoro po kropelce nie przeszło. Sprawdziła jeszcze pod mikroskopem, czy to nie grzyb, ale nie zobaczyła żadnych grzybów. Dała szampon i kazała ją i świńskie koleżanki wykąpać trzy razy co trzy dni. 




Migotka w kapunu

Zapytałam ją co robić z Love, bo guzek nie zniknął ani rana się nie zagoiła. Po wymianie zdań powiedziała, że ona na naszym miejscu nie zdecydowała by się na operację świnki w tym wieku. Love ma 4 lata, co jest już dosyć poważnym wiekiem świnkowym, a narkoza i operacje to ogromne obciążenie dla świnki morskiej. Poza tym, dodała, ma podejrzenia, że to rakowe, a wtedy operacja nic nie da, a tylko pogorszy. No i kosztuje wiele. Zgodziła się ze mnę, że dobrym pomysłem jest pozwolić jej po prostu spokojnie żyć, dopóki wszystko wskazywać będzie, że w miarę dobrze się czuje. Love je, gania po klatce wesoło i ogólnie nic z wierzchu nie wskazuje, by jej coś było. Schudła tylko pare gram. Kąpiemy ją też, bo szampon działa dezynfekująco. 

Świnki nie lubią kąpania. Boba bardzo się bała. Aż się z Młodą wystraszyłyśmy, że ją zabiłyśmy, bo wyglądała przez chwilę jak martwa i miała wytrzeszczone oczy. To była chwila grozy i dla niej, i dla nas. Drugim razem już nie była taka przerażona. 


W poniedziałek o 19.00 dołączyłam do lekcji niderlandzkiego, ale po godzinie się okazało, że mózg mi nie działa, więc znowu się rozłączyłam i poszłam spać.

Któregos dnia postanowiłam, że umówię Najstarszej wizytę w Kasie Pomocowej i pojedziemy, by załatwić wreszcie sprawę zasiłku dla szukających pracy po skończenu edukacji, bo dostała dokumenty z biura pracy z informacją, że już może się starać o zasiłek.

Niestety, w dzisiejszych czasach załatwienie czegokolwiek w jakimkolwiek urzędzie to droga przez mękę. Kurwicy się można nabawić. Do pandemii jeszcze wszystko było fajnie i w miarę normalnie. Można było wbić z ulicy do urzędu i zapytać o to czy tamto, a od korony z każdym miesiącem mniej i  mniej urzędów jest dostępnych. Już chyba żaden lekarz nie ma zwyczajnych godzin otwarcia tylko wszystko na umówienie, banki i bankomaty już prawie wszystkie w okolicy pozamykali, każdy inny urząd pracuje coraz więcej przez internet, a na umówione spotkanie w realu zapieprzać trzeba do głównych biur za siedmią górę, za siódmą rzekę. 

Ja nie mam nic przeciw załatwianiu wszystkiego bez wychodzenia z domu i bardzo by mnie cieszyło to szybkie przechodzenie do nowej komputerowej rzeczywistości, gdyby tylko ludzie i urzędy były na to gotowe. Ale nie są!

Ludzie, szczególnie z mojego pokolenia i starszego (ale i wielu młodszych) w dużej mierze bronili się rękoma i nogoma przed technologią, komputerami i internetem, bo myśleli, że im to nie potrzebne, że automatyzacja i robotyzacja nie zdarzy się za ich życia. I teraz budzą się wszyscy z ręką w nocniku i płaczą, bo nie jesteśmy gotowi na nową erę, a zmusza się nas do ekspresowego w nią wkroczenia, czy nam się to podoba, czy nie. Nikogo też nie obchodzi, czy jesteśmy technologicznie i mentalnie na ten milowy krok przygotowani. Nie jesteśmy. 

No i nerwa bierze, gdy trafia człek na miejsca czy ludzi, którzy chcą lub muszą być nowocześni, ale nie bardzo potrafią.

Wbijam na stronę urzędu. Na stronie widnieje "czatuj z nami" no to klikam w to. I co się okazuje? Ano, że to pieprzony bot.... I to stary, przeterminowany bot. Na czacie prowadzonym przez sztuczną inteligencję, to jeszcze się idzie jakoś dogadać. Czasem nawet lepiej niż z pracownikiem, bo bot ma zawsze czas i jest miły No ale panie, to gówno miało po prostu kilkanaście gotowych pytań i odpowiedzi. Bazowe info to ja se już dawno temu przeczytałam. Ja wiem nawet jakich dokumentów z grubsza potrzebuję, a tylko się chciałam umówić na cholerną wizytę z jakimś ludzkim pracownikiem. 

Bot mnie odesłał do formularza umawiania wizyt. Świetnie. W normalnych miejscach to działa całkiem nieźle. Ja nawet wolę umawiać się z formularza niz gadać z jakimś ludziem, no ale panie, to głupie mi kazało podać kod pocztowy, a w wtedy wyświetla mi się biuro 60 km od naszego domu w mieście, do którego od nas nie ma nawet połączenia autobusowego czy pociągowego. 

Po co mam jechać 60 km jak do najbliższego biura mam nie całe 20 km. Tyle, że to drugie jest w innej prowincji i system tego nie rozumie, bo jakiś Jos wczoraj od pługa oderwany go programował. Ale co mnie to gówno obchodzi. Ocyganiłam system podając inny kod pocztowy i umówiam Najstarszą na spotkanie. Jak mi w biurze powiedzą, że nie mogą mnie obsłużyć, bo jestem z innej prowincji, to obawiam się, że może dojść do rękoczynów. 

Mniejsza jednak o to. Dość że zmarnowałam na to pół dnia i 7 kilo nerwów.

We wtorek rano i po południu byłam na stażu przez 4 godzinki.  

W środę byłam 6 godzin na świetlicy, gdzie w ramach przygotowań do ferii jesiennych narysowałam 30 pajęczyn na kartkach formatu A3 oraz uplotłam 2 wielkie pajęczyny z włóczki na drzwi. Gdy rysowałam, dzieci przychodziły popatrzeć i się pozachwycać, no i oczywiście każde też chciało rysować pajęczynę na swojej kartce. Pokazywałam zatem każdemu, jak się rysuje epickie, ale łatwe pajęczyny, pająki oraz nietoperze. Niektórym wyszły naprawdę ładnie. Koleżanki zawiesiły zatem prace dzieci na ścianie i się cieszyły, że zajęcia kreatywne na ten dzień przy okazji zaliczyły. Świetnie się bawiłam, ale wieczorem byłam bardzo zmęczona i zaraz po powrocie poszłam w kojo. 

pajęczyna z włóczki (pająk nie jest mój)

W czwartek byłam cały dzień w szkole. Dużo nudnych DLA MNIE informacji. Często uczą nas rzeczy, które dla mnnie są tak logiczne i oczywiste, jak to że po nocy jest dzień, więc dla mnie to czas zmarnowany. Wiele koleżanek jednak uważa, że to wszystko jest bardzo trudne i że za dużo informacji nauczyciele podają na raz. Dla mnie natomiast  najlepiej  by było, jakby mi po prostu wysłali te swoje prezentacje i ja bym sobie to w domu poczytała, a nie że ja cały dzień marnuje na słuchanie o tym, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. 

Przebywanie w szkole ma oczywiscie też pozytywne strony, ale w tym momencie jest dla mnie piekielnie meczące. 

W czwartkowy poranek było nawet zwyczajnie, bo dziesięciokilometrowa przejażdżka mnie zawsze orzeźwia, ale koło południa zaczęło się zmęczenie rozgaszczać w moim ciele. Przerwa mnie trochę obudziła, gdy zjadłam swoje kanapki, owoce i popiłam czekoladowym niemlekiem sojowym oraz pogawędziłam z klasową koleżanką. 

Dziewczyna jest w wieku moich córek i ja widzę w niej siebie sprzed lat, co oczywiście jej powiedziałam dzieląc się przy tym swoimi doświadczeniami z zaczynania pracy w wieku 19 lat jako nieśmiała, nie znająca życia i nieumiejąca niczego, zagubiona dziewczynka. Myślę, że ta rozmowa wiele jej dała, bo wiem, że umiem słuchać i potrafię swoim gadaniem dodawać ludziom otuchy, pewności siebie i motywować. To jeden z fajniejszych moich wrodzonych talentów. Wielce go sobie cenię i z radością używam na ludziach w każdym wieku. Jakiś czas temu, gdy po wielu latach udało mi się wstać w końcu z klęczek i podnieść głowę, nauczyłam się też o tym głośno z dumą mówić. Dzięki Młodemu mówię już też odważnie, że jestem mądra, bo takie są fakty i nie ma po co tego ukrywać.

Z fajniejszych rzeczy tego dnia były dwie zabawy. Najpierw bawiliśmy się w telefon, tyle że przekazać od ucha do ucha trzeba było całą długą opowieść a nie jedno słowo czy zdanie. Zabawa przednia.

Drugim zadaniem było spowodowanie bez używania mowy, że na 10 sekund wstanie jednocześnie 4 osoby, a gdy oni usiądą, wstanie kolejne cztery. Tu z zachwytem patrzyłam, jak moja polska koleżanka bez chwili zastanowienia gestami w mig pokazała kto wstaje pierwszy, a kto potem i dalej prowadziła gestami klasę przez zabawę. Od pierwszych dni widzę, że ona posiada talenty, których ja nie mam i mieć nie będę.  To urodzony przywódca po prostu. Można rzec, że w mig stała się samozwańczym przewodniczącym naszej klasy i jest w tym naprawdę dobra. Założyła grupę na whatsappie, dziewczyny rano do niej piszą lub dzwonią, gdy nie mogą przyjść do szkoły albo gdy się im autobus spóźni, a ona informuje nauczycieli. Troszczy się też o materiały z lekcji dla nieobecnych. Patrzę na to z podziwem i szacunkiem. Jest niesamowita. Najfajniejsze jest jednak świadomość tego, że każdy ma inne talenty i umiejętności. 

Najbliższa mi jeśli idzie o charakter, pomysły, podejście do życia, doświadczenie i gadatliwość jest Marokanko-Holenderka wychowana w Amsterdamie, matka 4 dzieci. Dzięki niej i kilku innym wariatkom zaśmiewamy się czasem na lekcji do łez. Jednak z koleżanek jest Czeczenką, która kilka lat mieszkała w Polsce i trochę mówi po naszemu. Fajnie jest słyszeć jak jakaś dzidewczyna w hidżabie pochodząca z zupełnie innego kraju i mówiąca w domu w innym języku, gada do ciebie po polsku. Lubię to! Nieustannie od 10 lat wiele frajdy sprawia mi poznawanie ludzi z innych kultur. Niesamowite jest rozprawianie o wszystkim z ludźmi z całego świata. Tym bardziej cieszę się, że zdecydowałam się na ten kurs. Nawet jak sie okaże, że zdrowie mi nie pozwoli go skończyć albo tego zawodu wykonywać, to warto choćby dla tych ludzi.

W piątek to już w ogóle okropieństwo. Naszej uczycielki nie było, więc nas zagonili do drugiej grupy. Noż kuźwa, myślałam, że wyjdę z siebię, stanę obok i kogoś za uszy wytargam. Stado bab w jednym pomieszczeniu taki jazgot robi, że ocipieć idzie. To już wolę stado dzieciaków. Mało mi łba nie rozsadziło.

A pod koniec mieliśmy JOGĘ, której nikt nie chciał. Jaja były jak berety. To był bez wątpienia pomysł naszej uczycielki, która chodzi od lat na jogę i ogólnie ma hopla na punkcie zdrowego trybu życia. Ta druga nauczycielka najwyraźniej fanem jogi nie jest i robiła to tylko dlatego, że miała w programie. 

Wyobrażacie sobie w klasie zastawionej ławkami blisko 30 mat do jogi a na nich kobiety w wieku każdym? Z braku miejsca na podłodze, niektóre laski rozłożyły swoje maty na stołach, co dopiero było zabawne. A te robiły jeszcze zdjęcia z góry dla beki. 

Każda z nas położyła się na macie i miała słuchać poleceń z nagrania i je wykonywać. Po 5 minutach zaczęła mnie boleć kostka, a sąsiadkę niedawno zoperowane kolano i usiadłyśmy, by zauważyc że połowa dziewczyn też siedzi i głupio się uśmiecha. Pomachałyśmy sobie. Na sali zaczęło się robić coraz głosniej, bo coraz więcej bab gadało do siebie niby po cichu. Ni cholery nie było słychać nagrania, więc i nauczycielka wstała i ogłosiła koniec lekcji i życzyła miłych ferii jesiennych z ulgą zwijając swoja matę. Dobrze, że tej naszej nie było, bo joga była by pewnie o wiele bardziej poważna i nie poszło by tak łatwo.

Po południu odwiedziłam lekarkę i poiedziała, że z badań USG wynika, że faktycznie jest lekki stan zapalny w mojej kostce. Do tego z drugiej strony stopy są jakieś cysty i że zlecają zrobienie MRI. Po czym stwietrdziła, że na MRI się długo czeka, więc ona na razie by się z tym wstrzymała. Wypisała mi skierowanie do fizoterapeuty. No okej. Nie mam ochoty iść na żadne masaże, a poza tym jeszcze za poprzednie nie zapłaciłam, bo jeszcze mi faktury nikt nie przesłał od marca. Nie zastanawiałam się nad tym jednak będąc u doktorki, bo w głowie miałam, że muszę szybko wrócić do domu, żeby w razie co zawieźć Młodego na halloween party, gdyby tata nie wrócił na czas. Dopiero potem, jak leżałam w łóżku z gorączką, uderzyła mnie logika tego, co ona powiedziała: na MRI czeka się długo, więc na razie nie bedziemy się umawiać...😖 Druga rzecz, która mi się uświadomiła, że moja ginekolog 2 lata temu po wykonaniu USG piersi też powiedziała, że to tylko cysta, a kilka miesięcy później mi tę pierś usunęli, bo to nie była cysta...

Wkurzam się na opieszałe działanie mojej mózgownicy i spowolnione przetwarzanie informacji. Gdybym od razu zrozumiała, to co zrozumiałam po kilku godzinach, mogłabym od razu to przedyskutować z lekarką, a tak to znowu siedzę i myślę o tym...

Postanlowiłam, że nie będę szła na razie do żadnego fizjoterapeuty. Nie długo jadę na płukanie portu, to zapytam się onkolog o to MRI, bo z doświadczenia wiem, że z onkologii mogą załatwić badanie czasem nawet na drugi dzień. Przy płukaniu portu robią też zawsze badanie krwim to się zobaczy, czy nic niepokojącego nie pokaże. No i dowiem się, co onkolog myśli na ten temat...

Halloween Party

Epicki kostium Młodego
Wróciłam do domu, umalowałam Młodego i razem z Małżonkiem zawieźliźmy go pod szkołę i kupiliśmy mu bon na napoje i przekąski, który to bon Młody zaraz zgubił...

Kostium Młodego budził zainteresowanie. Już jak wyszliśmy z domu i Młody szedł do auta, jakaś pani na rowerze wykrzyknęła z ekscytacją "O ŁAŁ!". Młody się śmiał, że teraz biedna opowiada wszystkim, że widziała na drodze Michaela Jacksona, ale nikt jej nie chce uwierzyć...

 Dawnym wychowawcom i dyrektorce podstawówki też duch Michaela Jacksona się spodobał i nawet mu specjalnie piosenkę Michaela puścili, a on tańczył... Moonwalk coraz lepiej mu wychodzi.

Gdy uznali, z kumplami, że szkolne hamburgery są niebyt dobre, poszli do pobliskiej budki, gdzie oczywiście nie obeszło się bez komentarzy na temat nietypowego halloweenowego przebrania. Jednym slowem pełen sukces. Jak zwykle ;-)


dekoracje pod szkołą


duch Michaela 

Dlaczego Michael Jackson? Bo nasz jedenastolatek jest jego wielkim fanem. Zna chyba większość piosenek, słucha ich namiętnie, a na ścianie nad łóżkiem ma wielki plakat swojego idola. 

 Mieliśmy z Małżonkiem w planach sami później pójść na szkolnego browarka i zupę dyniową i pogaduszki ze znajomymi rodzicami. Okazało się jednak, że zaczęłam się czuć gorzej niż źle, więc postanowiliśmy zostać w domu. Chwilę później tak mnie zaczęło trząść, iż myślałam że zęby o zęby se powybijam. Dawno nie miałam tej najgorszej wersji gorączki, gdy człowiek nie jest w stanie nawet wstać z kanapy. Temperatura szybko wzrosła z 37 na 39. Najpierw wypiłam gorące mleko z miodem. Potem Małżonek zagrzał mi poduszkę z pestkami  wiśniowymi z uczynił lipowej herbaty. Wsypałam do ust dwie saszetki obrzydliwego paracetamolu dla dzieci o ohydnym smaku waniliowo-truskawkowym, bo innego paracetamolu nie było na stanie, a cały tydzień brałam ibuptofen, to uznałam, że wezmę coś innego i poszłam spać. 

Rano było wciąż 37, ale poza tym jest wporzo. Tylko gardło mnie trochę piecze. 

Co to niby w mordę jeża miało być? - ja się pytam! Czasem mam wrażenie, że gram w życie na jakiejś wersji testowej pełnej błędów stworzonej przez nawiedzonego psychopatę.

A w zeszły weekend znowu uwolniliśmy z Młodym mikroskop ze szafy, bo nasza mała śmierdząca hodowla dojrzala do badań. 

Pleśnie.

 Nie mamy zbyt wiele zdjęć, bo mi się nie chciało robić, ale niektóre obrazy były ekscytujące i epickie. Tylko dziewczyny utyskiwały, że w całym domu strasznie śmierdzi grzybem.



spleśniała cytryna


jabłko, winogron, pomidor, chlebek



Ciekawostki z regionu.

W lokalnej gazetce przeczytałam, że szkoła Młodego nie dawno zakupiła  nową maszynę numeryczną (CNC Computer Numerical Control) dla uczniów za jakies 70 tysięcy ojro. Dzięki temu ustrojstwu uczniowie mogą samodzielnie przygotowywać i produkować metalowe pierdołki z dokladnością do 1 mikrometra (jedna tysięczna milimetra).

Warsztaty ogólnie mają tam nieźle wyposażone. Od młotków i śrubokrętów, poprzez wiertarki, lutownice do drukarek 3D.  I taka szkoła to ja rozumiem. Cieszymy się, że Młody tam się dostał. I on się cieszy, bo szkoła mu się bardzo, ale to bardzo podoba. Chodzi do niej z chęcią. Z wyżej wspomnianej maszyny korzystać będą raczej uczniowie klas szóstych. Pierwszaczki zaczynają od początku. Młody wyprodukował jak na razie samolocik z drewna. Zajęcia na technice nie zawsze są bezpieczne. W minionym tygodniu kolega poparzył się mocno klejem z pistoletu. Młody opowiadał, że krew mu leciała i do domu poszedł z obandażowaną dłonią. Takie doświadczenia są niefajne, ale uczą wszystkich ostrożności i pokazują realne zagrożenia czyhające w warsztacie.

samolocik Młodego

Inna ciekawostka nie ma ze szkołą nic wspólnego, ale tak mi się inicjatywa sąsiedniej wioski spodobała, że muszę o tym napisać. Pewna organizacja opiekuńcza wyszła ze świetną - moim zdaniem - inicjatywą pt "Runda zakupowa". Raz w tygodniu przez wioskę przejeżdża bus z tej organizacji i zabiera na zakupy wszystkich chętnych staruszków, którzy już sami nie są w stanie o własnych siłach do sklepu się dostać. Tutaj dodam, że u nas na wsi do najbliższego marketu jest często bagatela 4-5 kilometrów. Co tydzień jadą do innego marketu, gdzie kierowca czeka na parkingu, aż wszystcy spokojnie sobie sprawunki swoje porobią, po czym rozwozi emerytów do domów. Taki wyjazd to nie tylko okazja do kupienie sobie samodzielnie potrzebnych rzeczy, ale też do pogaduszek i nawiązywania nowych znajomości.

Alternatywą dla samotnie mieszkających emerytów jest np skorzystanie z usług jakiegoś biura czeków usługowych (te same, które zatrudniają sprzątaczki) i pojechanie na zakupy, do banku czy lekarza z jakimś mniej lub bardziej przypadkowym kierowcą, ale za tę usługę już trzeba zapłacić czekami usługowymi tak samo jak za sprzątanie, prasowanie czy gotowanie, a wielu emerytów ledwie wiąże koniec z końcem.








19 marca 2023

Przemyślunki okołorobocze styranej życiem sprzątaczki.

Pisqła; qrtykuł blogozy po niderlqndwku uœyzqjπc klqziqtury qwerty<

Czytaj: pisałam artykuł blogowy po niderlandzku używając klawiatury azerty. HAHAHA

Teraz nie mogę się z powrotem przestawić na qwerty i polski język. Zaraz mnie dunder świśnie cholera jasna, jak mi się litery kałapućkają.

Gdzie możecie ten artykuł blogowy przeczytać? Nigdzie, to moje zadanie domowe z pisemnego niderlandzkiego. Mieliśmy opisać jeden tydzień w formie wpisu blogowego, a dokładnie, nasze obowiązki domowe, spędzanie czasu wolnego i emocje z tym związane. Takie zdania to ja lubię. Pozwoliłam sobie na dosyć luźną interpretację mojego ostaniego tygodnia, bo prawda mi słabo do tematu pasowała haha. 

Ten wpis tutejszy będzie jednak trochę bliższy prawdy.

Od ostatniego wpisu we wtorek miałam raczej gówniany nastrój aż do soboty. 

Spotkanie z psycholożką przebiegło po mojej myśli, zatem umówiłam się na następną wizytę za 2 tygodnie. Nie wasz interes, o czym z nią rozmawiałam, ale tyle zdradzić mogę, że była wielce zdziwiona podejściem mojego lekarza. Powiedziała, że z jej wieloletniego doświadczenia z onkopacjentkami wynika, że w takich sytuacjach 2 tygodnie wolnego to minimum, a i 4 nie przesada. Dodała oczywiście,  że wszystko zależy od sytuacji, a jednak najważniejsza jest tu opinia i przeczucia pacjentki, bo tylko ja sama czuję, co i ile dam rady robić i czy w ogóle. Poradziła mi pójść raz jeszcze do swojego doktora i wyłożyć mu jak krowie na rowie, to co ona powiedziała i uwypuklić raz jeszcze, to jak się czuję. Zasugerowała ponadto skontaktowanie się z kliniką piersi i poproszenie o rozmowę z tamtejszymi pielęgniarkami, bo one mi najlepeij doradzą i wszystko wytłumaczą, a w razie potrzeby załatwia zwolnienie od onkologa albo z nim szybkie spotkanie.

Poszłam do tego swojego rodzinnego i powiedziałam, co miałam do powiedzenia, co nie spotkało się z żadnym specjalnym zainteresowaniem ze strony pana doktora. Nawet jednego choćby najgłupszego pytania mi nie zadał ani na pierwszej, ani na drugiej wizycie w związku z moim zmęczeniem. Oznajmił krótko, że w takim razie może faktycznie potrzeba mi więcej wolnego i po chwili podał mi kartkę ze zwolnieniem na 2 dni. No panie, szaleństwo! Nie miałam w ogóle pomysłu jak spędzę taką kupę wolnego czasu, by najlepiej się zrelaskować i odpocząć. Rozważałam wyjazd do ciepłych krajów, sanatorium a nawet podróż dookoła świata, ale ostatecznie postanowiłam zostać bezpiecznie w domu, by siedząc w słońcu popatrzeć sobie na nasze kurki. 

Bożenka

Bozia i Henio 💖

kuper Bożenki

plażing


Ale mnie wkurwił! Totalna olewka! 

Zrobiłam szybki rachunek sumienia.

 Podbudowana rozmową z psychologiem, zabrałam się za pisanie planów na najbliższą przyszłość. 

1. Jutro wracam do pracy. Zobaczę, jak będę się czuć. Od wyników tej obserwacji zależy dalsza realizacja planu.

2. Umówię się do kliniki piersi na rozmowę, w celu wyjaśnienia kilku wątpliwości. Od tego będzie zależała dalsza realizacja planu.

3. Postanowiłam, że muszę zmienić pracę. Nie wiem jeszcze na jaką ani kiedy, bo to zależy od rezultatów punktu 1 i 2 oraz 4. Choć mam kilka pomysłów.

4. Umówię się do VDAB i poproszę o coacha, spytam o kursy i inne możliwości.

5. Gdy zajdzie potrzeba, poproszę onkologa (bo na pewno nie tego ochęcha, o którym mowa powyżej) albo pierwszego lepszego psychiatrę o zwolnienie lekarskie na czas bliżej nieokreślony, ale wolałabym po prostu normalnie móc swoją pracę póki co uczciwie wykonywać, o ile moje ciało nie będzie mieć odmiennego zdania w tej materii.

6. Po przeczytaniu ostatnich e-maili ze związków zawodowych i artykulów w prasie na temat naszego zawodu i planowanych akcji, postnowiłam odtąd wykonywać swoją pracę stosownie do wynagrodzenia i traktowania. No dobra, po chorobowym już tak robię, ale teraz będę jeszcze bardziej. 

Nigdy dotąd się nad tym wszystkim tak bardzo nie zastanawiałam. Starałam się pracować uczciwie, nie zważając ani na wynagrodzenie, ani na oczekiwania klientów, ani traktowanie, ani tym bardziej jak się ma jedno do drugiego.

Dopiero teraz po przeczytaniu tego czarno na białym zaczęłam o tym myśleć i dyskutować z małżonkiem.

Mój związek zawodowy informuje mnie na ten przykład, iż ostatnie badania wykazały, że 159 na 175 firm z naszego sektora dopóściło się naruszeń, a nasze zdrowie nie jest priorytetem dla naszych pracodawców. Miło.

Nasz sektor jest w 70 procentach substydiowany przez państwo, ale forsa w dużej mierze jest przejadana przez masowo pojawiające się biura, które de facto nie robią dla nas ani dla kientów niczego specjalnego. Głównie to zaprzeczają wszelakim zgłaszanym przez sprzataczki problemom i blokują nasze podwyżki, a niektóre nawet obowiązkowej indeksacji postanowiły pomocom domowym nie płacić, bo kto bogatemu zabroni. Moje nowe biuro jednak póki co jest w porządku i widzę, że w miarę o nas dba, ale chodzi mi o ogólne zasady i trendy.

Najbardziej jednak do myślenia dało mi nagle to, ile za nasze usługi buli rząd. No bo pomyślcie, ja zarabiam oficjalnie na dzień dzisiejszy niecałe 14€ za godzinę brutto (szaleństwo c'nie?), ale moi klienci płacą tylko 9€ za godzinę mojej pracy, a po odliczeniu sobie czeków od podatku, wychodzi im de facto około 7 € za godzinę mojej pracy. Resztę mojego wynagrodzenia plus moje ubranie robocze, dojazdy, utrzymanie naszych (diabli wiedzą po co potrzebnych, skoro nie robią tego, co powinny) biur, etc sponsoruje państwo. 

Zastanówcie się nad tym, JAKI TO MA KURDE SENS?!

Słuchajcie, jestem w stanie zrozumieć, że rząd dopłaca np takiej schorowanej samotnie mieszkającej emerytce do pomocy domowej. Nie dziwi mnie też, że taka samotna matka z dwójką dzieci ma sponsorowaną w części pomoc domową. No dobra, nawet to średnio zarabiajce małżenswto z dwójką dzieci niech ma dopłacane, ale jak to możliwe jest, że na ten przykład ludzie mieszkający w willach z basenem, paradujący w butach od Gucciego i z torebkami od Prady, lansujący się w Teslach czy Mustangach, muszą mieć też sponsorowaną przez pańswto pomoc domową? Nie wiem, jak wam, ale mnie tu coś nie klika. No sorry, ale czy bogatego nie stać zapłacić mi tych 14 euro za godzinę? Jak go nie stać, niech sam se sprząta, tak jak ja i miliony ludzi na całym świecie to robi każdego dnia. Wielka mi fizjologia!

Znam powód wprowadzenia przez Belgię systemu czeków usługowych, w którym dziś pracują wszystkie pomoce domowe. Chodziło o zlikwidowanie szarej strefy. Dlatego rząd zaczął dopłacać ludziom trochę, by nie zatrudniali ludzi na czarno, tylko legalnie i by można było kontrolować warunki pracy pomocy domowych. Od tego czasu sporo wody w kiblach upłynęło i, moim zdaniem, dziś to jest jakaś parodia z tym systemem. 

Znając ludzką psychikę odrobinę, łatwo się domyslić, dlaczego burżuj nie będzie szanował naszej ciężkiej pracy i wydziwiał na potęgę. Po co szanować coś, co tak mało go kosztuje? Po co szanować coś, na co ciężko nie zapracował tylko dostał od rządu? Jeśli coś komuś zbyt łatwo przychodzi, jest zwykle mało dlań  warte. Tak wynika z moich obserwacji, choć wam wolno uważać inaczej. 

Tak czy owak takie przemyślunki są bardzo dołujące, szczególnie w takiej sytuacji, w jakiej ja się aktualnie znajduję. 

Nie wybrałam sobie mojej choroby ani niedyspozycji. Nic z tym kurde zrobić nie mogę. Muszę z tym żyć i nie mam innego wyjścia. Muszę pracować, bo aktualne koszty życia są, jak sami wiecie, koszmarne. Powiedzmy sobie szczerze, zaczynamy coraz bardziej zbliżać się do takiego stanu finansowego, przed jakim uciekliśmy z Polski. Niby jeszcze daleko, ale z każdym tygodniem coraz bliżej i bliżej. Nasze zarobki wystarczają ledwie na opłacenie faktur, czynszu, zakup jedzenia i innych podstawowych rzeczy do życia potrzebnych. Zostaje niewiele albo i nic, a jak zostanie, zaraz jakaś dziura wypadnie...

Zatem nie mogę sobie pozwolić za bardzo na siedzenie w domu na dłuższą metę, bo nas na to zwyczajnie nie stać. Najstarsza na razie nie musi ani centa nam dawać do domu, bo tak postanowiliśmy, choć ona chce i  ciągle to proponuje. Mówimy jednak kategoryczne NIE, bo dopóki nie dostanie kontraktu na czas nieokreślony, to niech gromadzi wypłaty na swoim koncie, by mieć na własne wydatki, bo cholera wie, co będzie. W jej przypadku znalezienie ewentuanej nowej pracy nie będzie przecież prostą sprawą, bo autystyków nikt nie kwapi się za bardzo zatrudniać.

Reasumując, poprzedni tydzień był dosyć dla mnie dołujący, ale już weekend był całkiem miły i wesoły.

Wrócmy jednak jeszcze na chwilę do tygodnia. 

W czwartek też odwiedziłam psychologa, ale innego i tym razem z Młodym. 

Mieliśmy rozmowę na temat badań diagnostycznych, co było dosyć ciekawe i dostarczyło mi nowych informacji o świecie. Po wysłuchaniu naszej opowieści i zadaniu nam kilku pytań, psycholożka oznajmiła, że faktycznie wiele rzeczy wskazuje na możliwość występowania autyzmu u Młodego, ale też nie nalezy wykluczyć... "hoogbegaafdheid" hm... tu mam problem z polskim określeniem. Przeszukałam internet i mi pokazuje "dziecko zdolne". Tym terminem to ja byłam określna w podstawówce, ale nie niósł on ze sobą niczego specjalnego. Może zatem raczej wysoko uzdolniony...? Czyli wysoka uzdolnioność? HAHA Jeżu kolczasty, polska to trudna jenzyk. 

Dość, że psycholożka stwierdziła, iż częstokroć jest zła diagnoza stawiana, bo diagnozuje się albo "hoogbegaafdheid" (nazwijcie se to po polsku jak chcecie) albo autyzm, a częstokroć oba problemy idą w parze i oba dają podobne objawy. Można mieć to albo to, albo obydwa. Dlatego też zasugerowała zrobienie obydwu testów, na co oboje z Młodym się zgodziliśmy. Tak, Młody też musiał wyrazić zgodę, a wyraził chętnie, szczególnie, gdy powiedziała, że zrobi mu test na inteligencje, bo to wydaje mu się bardzo ciekawe.

Rozbroiła mnie jego prostolinijna odpowiedź na pytanie: "co było powodem, że przeskoczył klasę?". "Bo jestem mądry!" Krótko i na temat :-) Psycholożce jednak ta odpowiedź dostarczyła informacji, że on się czuje mądry i jest tego pewny, zatem tak na pewno jest, a to już wiele o nim mówi. 

Dla mnie nowością było, że wysokie uzdolnienie może dawać objawy fizyczne, czyli np powodować nadwrażliwość na bodźce dźwiękowe, zapachowe, dotykowe. Ja, wiecznie zdziwiona życiem.

Tak więc będziemy mieć dwa badania, co nas będzie drugie tyle kosztowało, czyli około 600€. Co za ulga dla portfela! Badania odbędą się w kwietniu, a ja teraz jestem jeszcze bardziej ciekawa ich wyniku, niż przedtem. 

W sobotę mieliśmy piękną pogodę. 

Było słonecznie, a termometry pokazywały blisko 20 stopni. Postanowiłam zatem dla relaksu powyrywać chwasty z kamieni koło domu i posiać w doniczkach śmierdziuchy, zwane też, diabli wiedzą czemu, aksamitkami. Fajnie było tak posiedzieć w słońcu. Znaczy w słońcu było fajnie, bo jednak posiedzieć to już miało wady. Dokładnie to kucałam, przynajmniej przez pierwsze kilka minut, ale jak potem chciałam wstać, się okazało, że to był kiepski pomysł. Więc dalsze plewienie kamieni odbyłam na klęczkach. Mniej bolało. A idź pan w chj z takimi kolanami. Ma ktoś może na sprzedaż dobre, mało używane kolana kobiety rasy białej? Kupiłabym. Inne części też.

Takie było ciepło, że Młody postanowił ze swoją czarnoskórą kumpelą pójść na rowery. Objeździli chyba całą gminę, tyle czasu ich nie było. I sklep jakiś zaliczyli, bo Młody squishy pingwinka sobie kupił. Używa często squishy zabawek do odstresowywania. Młody wrócił ogromnie zmęczony.  Był tak zmęczony, że łzy same płynęły mu po policzkach bez żadnego zewnętrznego powodu. Typowy objaw przebodźcowania i zmęczenia ludzi wysoko wrażliwych. 

Gdy się najadł zaproponowałm wspólne oglądanie pierwszej najstarszej części Jumanji. Oglądaliśmy i film mu się bardzo podobał, ale nie mógł sobie znaleźć miejsca. Siadał, kładł się, nagromadził picia i jedzenia, ale niczego z tego nie wypił ani nie zjadł, bo sam nie wiedział, czego chce. To musi być okropne uczucie, gdy człowiekiem miota tyle emocji na raz, że mało go nie rozsadzi i sobie nijak z tym poradzić nie może. 

Oznajmił, że ten film jest straszny! Opinia gościa, który oglądał "To" czy "Cujo" bez mrugnięcia okiem, który tylko raz kazał zatrzymać "Annabel", ale potem dooglądał i wcale się nie bał. Jumanji, film familijny, uznał za straszny, co bynajmniej nie ujmuje jego fajności. Wprost przeciwnie.

Skąd wziął się pomysł na oglądanie tej staroci? Ano stąd, że Młoda znalazła kiedyś w Kringwinkel grę planszową JUMANJI i przyniosła to do domu sprawiając mi tym niezmierną radość. Nawet jakby gra była denna, to samo posiadanie takiej gry jest satysfakcjonująe przecież dla każdego fana tej serii filmów.

A jednak sama gra okazała się też świetna! Dobrze bawilam się grając z Młodą i Młodym. Plansza wygląda niemal dokładnie jak ta z filmu. Karty zawierają te same i podobne hasła jak w filmie, a odczytuje się je wkłądając na środku w specjalny czytnik. Gra się razem, choć można sobie podokuczać, gdyż nie ważne, kto dojdzie do środka, ważne, by ktokolwiek doszedł, zanim minie czas. Mamy też klepsydrę do odliczania czasu, co dodaje emocji i radochy, a nawet upierdliwego nosorożca blokującego drogę graczom. Polecam wszystkim fanom planszówek i filmu. Zabawa przednia.




Jumanji gra planszowa


 



5 marca 2023

Mikroskop, szkoła średnia i belgijskie drogi.

Mikroświat.



Środowe popołudnie zgodnie z planem spędziliśmy podziwiając mikroświat.

Najsampierw jednak wybraliśmy się pod las po wodę ze stawu, aby założyć hodowlę pierwotniaków. Młody zaczerpnął do słoika wody z odrobiną mułu, a w domu dodaliśmy do niej parę kropel mleka i postawiliśmy w kanciapie za lodówką, by tam w ciemności powstawał epicki mikroświat Izydora.

Gdy łaziliśmy ze słoikiem wzdłuż drogi, kombinując gdzie najlepiej nabrać wody nie zaliczając przy tym kąpieli, przyspacerowała do nas para staruszków i zapytali, czego szukamy i czy może żabiego skrzeku... Pomysł z mikroskopem najwyraźniej przypadł dziadkowi do gustu, bo zadowolony pomaszerował z babcią dalej. To była sympatyczne. Czasami jednak ludzka ciekawość  bywa dla nas irytująca, dlatego staramy się potencjalnie dziwne rzeczy wykonywać z dala od popularnych tras spacerowiczów, jednak tutaj takowe miejsca praktycznie nie istnieją. Czasem rozmawiamy o tym z Piątką i zawsze dochodzimy do tego samego wniosku, iż we Flandrii nie da się uciec od ludzi. Nie ma takiego miejsca, gdzie człowiek może pobyć sam. Ludzie są wszędzie.

Młoda na tę okazję prawie zawsze wyciąga temat fotografowania w publice:

 - Robisz zdjęcia? 

- Nie, kurde, ten aparat akurat służy do rozmów z Marsjanami. 

Bowiem, gdy tylko rozstawisz statyw w dowolnym miejscu tego kraju, nie ważne czy to miasto, las, brzeg jeziora, czy puste potencjalnie pole, ZAWSZE ktoś podejdzie i zada TO pytanie. Jakby aparat fotograficzny miał jakieś ukryte tajne funkcje czy inne możliwości niż robienie zdjęć. Tak, może jak ktoś lubi być zagajany i lubi pogadać z nieznajomymi to jest to fajne, ale nie każdy lubi albo w nie każdym momencie ma chęć na bycie zagajanym... No, jak np chcesz zrobić zdjęcie jakiejś ulotnej chwili, a w przyrodzie większość jest ulotnych, to na intruzów zawsze patrzysz morderszcym wzrokiem... 

Zbieraniu materiałów do badań też człowiek woli oddawać się w spokoju, bo potrzebuje skupić sie na tym, a potem czym prędzej pobiec do domu, by to, co znalazł, przebadać.

Pod lasem nazbieraliśmy różnych obiektów do badań. Ja zerwałam parę żółtych klusek z leszczyny, Młody przybiegł radośnie z dorodną pokrzywą, którą trzymał przez rękaw kurtki. Zatrzymał się też przy kupie konia i zapytał czy możemy to wziąć. Odrzekłąm, że innym razem, bo przecież nie władujemy kupy gołymi rękami ot tak do plecaka... 

kluski z leszczyny ;-)

Kolejnego dnia, Młody przyglądając się rano naszym kurom, zapytał, czy kurzą kupę może obejrzeć pod mikroskopem. Obiecałam zatem, że któregoś dnia zrobimy sobie dzień kupy i wtedy będzie mógł zbadać wszystkie kupy, jakie będzie chciał ze swoją włącznie. Do tego jednak musimy się najprzód odpowiednio przygotować. Postanowiłam kupić kubeczki do badania kału, bo to będzie praktyczne do zbierania różnych kup czy innych tego typu obiektów. Poszukam też najmniejszych rękawiczek jednorazowych, które Młody mógłby używać do tego typu badań. W sumie to sama jestem ciekawa, czy kupy różnych istot mają jakieś specyficzne cechy... Zapytałam dla hecy na instagramie, co ludzie chcieli by oglądać pod mikroskopem. Niektórzy dorośli też uważają kupę za najbardziej interesującą, do tego gluty z nosa, pleśń i inne obrzydlistwa...  Ha! Czytając tego typu komentarze, człowiek czuje się od razu rozumiany i u wśród swoich ;-)

Pokrzywa okazała się być bardzo interesująca. Pod mikroskopem widać doskonale pojemniki z parzącym płynem, którym ta roślinka nas częstuje, gdy jej dotykamy. Młody oglądał kawałek pokrzywy z wielką ciekawością i z entuzjazmem wykrzykiwał

 - Mamy cię! Znamy już twoje tajemnice, wredna pokrzywo!



Pyłki różnych roślin są nie tylko ciekawe ale też bardzo ładne. Super, że wiosna dopiero się zaczyna i przed nami będzie nie długo bogaty wybór najróżniejszych kwiatów i kwiatków do oglądnania w powiększeniu.

Spójcie na pyłek tulipana, czyż nie jest piękny? Na kolejnym zdjęciu z kolei są kryształki cukru. Takie zwyczajne rzeczy, a wyglądające jak coś z innego świata, z innej rzeczywistości...

pyłek tulipana

kryształki cukru


Po więcej obrazków odsyłam do nowo utworzonego bloga: Microworld of Izydor. 

Będziemy na niego wrzucać rezultaty naszych podróży do mikroświata. Te, które dodaliśmy są trochę bylejakie i w chaotycznym porządku, bo dodawanie z iPada zdjęć jest dosyć upierdliwe... Nie mamy też profesjonalnego adaptera umożliwiającego zamocowanie telefonu do okultaru  mikroskopu. Robimy to na razie metodą na McGyvera czyli kombinatorstwo artystyczne. Wzięłam selfiestick zakupiony za 3€, który ma opcję statywu i ustawiłam obok mikroskopu, a na nim zamocowałam stary iphone6. Prowizorka, ale działa.

No dobra, ja wiem, że większość ludzi popatrzy na tego typu rewelacje bez choćby cienia zainteresowania, nie potrafiąc zrozumieć, co w my tym niby takiego rewelacyjnego i ciekawego widzimy. Nasza znajoma Eva słusznie zauważyła bowiem, że raczej niezbyt wielu rodziców kupi dzieciom prawdziwy mikroskop do zabawy, a jeszcze mniej zapewne pozwoli im przynieść do domu końską kupę i zajmie się jej badaniem.

Wywiadówka.

W poniedziałek była wywiadówka u Młodego. Dziwne się nam wydaje,  że to już ostatnie z 3 trójki naszych dzieci, które chodzi do szkoły.

Wychowawca powiedział, że od poprzedniej naszej rozmowy Młody sporo się zmienił. Poprzednim razem pan biadolił, że nasz Synio wcale nie jest taki grzeczny, jak nam się zapewne wydaje i że całkiem nieźle dokazuje ze swoimi nowymi niezupełnie grzecznymi kompanami. Ja myślę, że to był chwilowy enztuzjazm zostania zaakceptowanym przrez nową klasę, czyli nowych starszych kolegów. Gdy wszystko spowrzedniało, Młody wrócił na swoje tory i znowu jest sobą, czyli - mówiąc skromnie - legendarnym super mądrym, małym, spokojnym, sympatycznym i miłym chłopcem w różowym, który przeskoczył klasę ;-) 

Młody jest nie tylko grzeczny i miły, ale ciągle trzyma poziom jeśli idzie o wyniki. Meester pokazał mi wyniki Młodego od 1 do 6 klasy przedstawione na wykresie. Język jest trochę powyżej wymaganego minimum. Bez szału, ale też bez najmniejszych wątpliwości. Wykres z matmy natomiast jak raz pojechał w górę w okolicę 95 procent, tak tam uparcie tkwi. Pan pytał znowu o wybór średniej szkoły i jak najbardziej zgadza się co do tego, że Młody powinien wybrać techniczną szkołę lub nauki przyrodnicze. 

Infodag w szkole średniej



W sobotę był dzień informacyjny w szkole technicznej. Zapisaliśmy się nań jakiś czas temu. Dowiedzieliśmy się, że w pierwszych klasach jest 45 miejsc, czyli mało, zatem Młody będzie mógł mówić o szczęściu, jeśli go do tej szkoły przyjmią. Na plus jest to, że pod uwagę brane będą wyniki z matematyki. Wymagane minimum to 70 procent z matmy.  Dzieci z niższymi punktami nie będą dyskwalifikowane co prawda, ale rodzicom będzie się szczerze odradzać tę szkołę i ten kierunek. 

Wszystko, co pani o szkole powiedziała, mi się spodobało. To że szkoła jest mała też mi się podoba, jak i to, że poszczególne stopnie mają osobne podwórka. Tzn 1 i 2 klasa mają inne podwórko niż 3 i 4, a 5 i 6 jeszcze inne. Tu podwórka są ważne, bo uczniowie spędają tam przerwy, a interakcje podczas przerw przyjmują rózny obrót. Małą grupę jest łatwiej ogarnąć. Dzieci młodsze dobrze jak są oddzielone od dryblasów z szóstej. Z jadalni korzystają też osobno na zmiany podczas południowej przerwy. Im mniej dziatwy razem tym spokojniej. Dla nas to ważne. Pani dodała jeszcze na zakończenie, że pani dyrektor nakzałam jej powiedzieć rodzicom o nowych kiblach, bo mamy zawsze interesują sięm czy w toaletach jest czysto :-) Młody dodał po cichu śmiejąc się pod wąsem, że podczas workshopów miał okazję korzystać z pisuarów i że tam tarcze są narysowane, by celować sikiem w środek haha.



Jedno co mnie trochę, a nawet bardziej niż trochę przeraża, to dojazdy. Daleko nie jest, bo do każdej szkoły jest do 5km, czyli spokojnie można na rowerze jeździć, ale to co dzieje się w ostatnim czasie na flamandzkich drogach, jeży mi włosy na głowie.

Zastanawiamy się z Resztą z Piątki, czy ludziom się w ostatnim czasie zwyczajnie we łbach popierdoliło czy o co to chodzi...? 

Jeśli ktoś czytał wpisy sprzed kilku lat na tym blogu, w których mówiłam cokolwiek o belgijskich drogach to wie, że dawniej się zachwycałam, byłam ciągle miło zaskakiwana na drodze, na ścieżkach rowerowych i chodnikach, bo w porównaniu z Polską było tu bezpieczniej i przyjaźniej na drodze. Ludzie jeździli spokojnie, ostrożnie, nawet jak widać było, że u niektórych słabo ze znajomoscią przepisów, to każdy był na tyle ostrożny, że w rezultacie i tak było bezpieznie i spokojnie. 

Natomiast teraz to katastrofa. Od początku, czyli już blisko 10 lat wszędzie pomykam rowerem, ostatnimi czasy też trochę skuterem i widzę ogromną różnicę. Nie tylko ja to widzę, ale znajomi Belgowie o tym mówią. No masakra, mówię wam!

Ja coraz bardziej zaczynam się bać jeździć po belgijskich drogach. Gdy muszę gdzieś dalej rowerem czy skuterem, jadę w wielkim stresie. Bo ludziom totalnie odwala. Serio! Jest cholernie niebezpiecznie. Doszło do tego, że gdy jadę ścieżką rowerową, na której w wiekszości mam pierwszeńswto, zwaniam lub nawet się zatrzymuję przed każdą boczną drogą, której użytkownicy mają na wyjeździe tzw zęby rekina, czyli odwrócony trójkąt, bo większość zdjaje się to mieć w głębokim poważaniu albo zwyczajnie nie wie, co ten znak oznacza. Co chwilę mi ktoś nagle pod koła wyjeżdża z bocznej drogi. 

Na porządku dziennym mam przypadki, że jadę sobie jednośladem, nagle ktoś mnie wyprzedza autem i zajeżdża mi drogę, tak że muszę nagle hamować, po czym wjeżdża w swoją bramę po mojej prawej, bo wiadomo, dwie sekundy, które by stracił zwalniająć deczko i jadąc za mną by go zabiły. No pierdolce po prostu. 

Ostatnio w czwartek jechałam od klientki. Z przeciwka tir z przyczepą omijał przeszkodę (celowo tam na skrzyżowanu ustawioną). Prawidłowo, bo ja byłam jeszcze daleko, a za mną żadnego samochodu, poza tym auto z rowerem się tam minie. Z tirem nie ma jednak co ryzykować mijanki, żeby nie zostać przyczepą zahaczonym niechcący lub nawet podmuchem powietrza. Lepiej zwolnić zatem, co też uczyniłam i przepuściłam tego tira z marginesem zapasu drogi. Za tirem babcia w osobówce. Ta już spokojnie minie się z rowerem więce sobie obie jedziemy, bo za mna nadal nie słychać auta. Nagle jeb, wyprzedza mnie popierdoleniec w obcisłym i wpierdala się prosto pod nadjeżdżający samochód. Na szczęście babcia jeszcze miała dobry refleks. Choć, mówiąc szczerze, to szkoda że miała refleks... Takich pierdolców powinno się dla przykładu przejeżdżać, bo stanowią zagrożenie nie tylko dla samych siebie ale dla innych niewinnych ludzi. Tak, będę na to mówić "pierdolce" i "popierdoleńce" i nie nazwę tego człowiekiem. Sorry!

Nie wiem jak jest w Polsce, ale tutaj rowerzyści w obcisłym batrdzo często wykazują zachowania sugerujące pilną potrzebę wizyty u psyhchiatry i izolacji on normalnych ludzi. Zresztą jakiś czas temu miałam zcinkę na insta z rodaczką, która do tej grupy należy, a która głosiła, że ona jest dumna z tego, że jeździ rowerem bez świateł po ciemku, bo rowery górskie, jak napisała "nie mają prawa mieć świateł". Nie widziała też żadnego problemu w zajeżdżaniu drogi innym użytkownikom ruchu. Dalej przekonywała, że wszyscy rowerzyści powinni trzymać się razem, co jest jednoznaczne z akceptacją takich patologicznych zachowań. Ja jednak nadal patologiczne zachowania nazywam patologicznymi zachowaniami mając w dupie czy ktoś ma taki sam rower jak ja albo z tego samego co ja kraju pochodzi. Psychopatów drogowych powinno się karac wysokimi mandatami, pojazdy rekwirować a ich ryje publikować wszędzie jako ostrzeżenie.

Kolejną patologią, chorobą i poważnym zagrożeniem na drodze są telefony komórkowe, a raczej ich bezmyślni właściciele. Większość ludzi ma dziś możliwość sparowania telefonu z samochodem, pozostali mogą zwyczajnie używać słuchawek, ale nie, debile wolą trzymać telefon w ręce i całą drogę rozmawiać lub co gorsza pisać sms-y albo korzystac z socjalmediów. Mandaty 174 € wydają mi się śmieszne. Karą powinno być natychmiastowe odebranie prawa jazdy i pojazdu na conajmniej pół roku. Używanie telefonu za kierownicą to w tym kraju w ostatnich latach istna plaga. 

Kolejny problem to rosnąca z każdym dniem liczna ludzi ma metr kwadratowy. Liczba ludzi i samochodów. Mówimy nie raz z małżonkiem, że gdyby wszyscy ludzie, którzy dziś dojeżdżają do szkół i pracy rowerami, hulajnogami i publicznymi środkami transortu nagle przesiedli się na samochody, nikt nigdzie by nie dojechał, bo nie było by miejsca na drogach w ogóle (w PL przypada ok 120 osób/m², w BE 340 os./m²). Z drugiej strony ilość rowerów na belgijskich drogach jest ogromna, ale ze względu na to, że w ostatnim czasie pojawiło się setki, jeśli nie tysiące rowerów elektrycznych, w tym sporo tych szybkich poruszającyh się z prędkością blisko 50km/h, ścieżki rowerowe stały się piekielnie niebezpieczne. 

Coraz więcej ludzi mówi, że coraz mniej jest miejsc, gdzie można przy niedzieli pójść porowerować dla przyjemności z rodziną, bo na ścieżkach pełno patoli w obcisłym, na hulajnogach lub na elektrykach. Ścieżki rowerowe stały się w Belgii śmiertelnie niebezpieczne dla dzieci i emerytów czy innych słabszych. 

I to jest właśnie powód, który przyprawia mnie o gęsią skórkę, gdy pomyślę, ża nasz Młody będzie musiał dojeżdżać do średniej szkoły rowerem przez centrum wsi, gdzie ja duża, dorosła i obyta z ruchem drogowym oraz świadoma niebezpieczeństw boję się dziś jeździć, bo większość uczestników ruchu nie ma albo pojęcia o przepisach drogowych, albo ma zrytą banię na punkcie telefonu, albo nie posiada za grosz świadomości niebezpieczeństwa jakie stwarza w/w zachowaniami. 

Niektórzy rodzice rozważają wysłanie dzieci do szkół oddalonych od domu 20 a nawet 100km. Jakoś dotąd nigdy się głębiej nad tym nie zastanawiałam, ale teraz nagle dziwnym mi się wydaje wysłanie 12-letniego dziecka do szkoły z internatem w takim miejście jak Brugia. Ale nie ukrywam, że sama biorę pod uwagę wysłanie Młodego np do Mechelen, miasta oddalonego od nas o jakieś 30 km. Młoda wszak tam dojeżdżała i wcale najgorsze to nie było. A jednak nadeszła mnie znowu taka reflekscja, że belgijskie dzieci szybko muszą dorosnąć, bo do szkoły średniej idą w wieku 12 lat, a jak trafi się taki cudak jak nasz młody, to nawet w wieku 11 lat. Wraz z początkiem szkoły średniej kończy się, moim zdaniem ich dzieciństwo i beztroska a zaczyna się orka.

Szkoła średnia to multum nauki. Szkoła średnia to poważne egzaminy z ogromną ilością stresu trzy razy do roku przez 6 lat.

Szkoła średnia do samodzielne korzystanie z autobusów, pociągów i tramwajów. Szkoła średnia to dojeżdżanie rowerem po 5-10 km z ciężkim nawet kilkunastukilogramowym tornistrem do szkoły i poruszanie się po ruchliwych skrzyżowniach pomiędzy samochodmi, autobusami, tramwajami. Szkoła średnia to ogromna odpowiedzialność, bo uczeń ma przy sobie często nie tylko telefon, ale też drogi laptop czy tablet, których dobrze by było nie zgubić.

Zatem z jednej strony jestem dumna i cieszę się, że już ostatnia moja pociehcha kończy szkołę podstawową, a z drugiej mam znowu pełno obaw o wybór szkoły, o dojazdy, o to jak się odnajdzie w nowym miejscu i jak sobie będzie radził.




 

26 lutego 2023

Niezwykły prezent urodzinowy dla niezwykłego jedenastolatka

Mój tydzień w dole 

W zeszłym tygodniu puściłam wpis o Małżonku, który jakiś czas temu napisałam, ale nie spisałam  poprzedniego tygodnia, a powinnam to zrobić dla samej siebie, bo to był diabelnie trudny tydzień, w którym dopadło mnie zwątpienie we wszystko i niemoc ogromna.

Od dnia otrzymania diagnozy, był to jak dotąd najgorszy moment.

Już we wcześniejszy weekend czułam się trochę kiepskawo mentalnie, ale TAKIEGO MEGAdoła mimo wszystko nic nie zapowiadało. 

W poniedziałek nie chciało mi się wstać bardziej niż zwykle. Nie miałam chęci iść do pracy. Ta niechęć była większa niż kiedykolwiek, odkąd pracuję w tym zawodzie. To było wręcz obrzydzenie. Doprawdy nie wiem, co było powodem takiego stanu rzeczy i czy w ogóle był jakiś specjalny powód. Mogę jedynie snuć domysły... jako meteopata podejrzewam trochę zmiany pogody i pór roku, przesilenie zimowe, czy jak to tam zwią. Zmiany prawie zawsze odczuwam boleśnie. Gdy na to nałożyć przejścia rakowe i obolałość polekową, mogło to zrobić mieszaninę wybuchową. Zresztą, nie ważne. Dość, że coś pierdyknęło i rozwaliło system.

Poszłam do tej roboty, ale z ogromną niechęcią do sprzątania czegokolwiek, a tu jeszcze taki syf, że głowa mała, bo pies chyba kłaki zmienia na letnie i błoto na podwórku, a jak na podwórku to i w domu... drzwi umazane błotem przez psa do połowy... Ściany nie lepsze, bo chyba się otrzepał po uprzednim wytarzaniu w błocie.... a tu chałupa dwupiętrowa, co mnie jeszcze bardziej zdemotywowało. A tu, co muszę kucnąć, to pieroński ból w kolańskach czuję, co podnoszę rękę, to napierdziela ramię albo blizny po cycku, co po schodach idę, to czuję, jakoby mi się biodro paliło aż do samej stopy... Nosz do kurwy nędzy! I jak ja mam sprzątać tę cholerną chawirę? Jak w ogóle mam wytrzymać przy tej robocie, gdy ten ból będzie się utrzymywał? No przecież już pół roku biorę te piguły, to jak by się miało poprawiać, co doktorka obiecywała, to już chyba powinno co nie? No i zaczynam kminić nad życiem i swoją nieszczęsną przyszłością. Bo to serio nie są śmichy-chichy. Robić trza, bo z leżenia pieniędzy nie ma, ale jak robić, jak zdrowie do dupy? Mam dość roboty z ciągłym bólem przy każdym ruchu! A przy tej robocie nie idzie się nie ruszać! Zapierdzielam z odkurzaczem na pierwsze piętro po tych cholernych wysokich szklanych schodach. Lecę na dół po wiadro i produty. Lecę po drugie wiadro i mopa. Zaczynam sprzątanie, a tu dzwonek do drzwi. Lecę na dół, by odebrać paczkę od listonosza. Znowu na górę. Nogi już mi odpadły od dupy, a jeszcze nie zaczęłam sprzątać pierwszego piętra. Wchodzę do pokoju nastolatka. Rozglądam się wkoło i wołam na cały głos

 - NO CHYBA CIĘ, MŁODY, POPIERDOLIŁO! 

Mogę se wołać, w domu nikogo nie ma poza psem, a choćby nawet, to polskiego nikt nie rozumie. Ze 20 pustych butelek po najróżniejszych napojach wszędzie. Brudne łachy i osmarkane chusteczki wszędzie. Jakieś klamoty, rupieci, złom, szajs... Odkurzam środek, myję środek, żeby się gdzie indziej nie roznosiło i zamykam drzwi. Takiej stajni nie będę sprzątać…

Czułam się parszywie i czułam nienawiść do ludzi, którym muszę sprzątać ich syf. Czułam też nienawiść do siebie za to, że to robię, za to że nie poszukałam innej roboty. Najbardziej jednak gnębiło mnie i nadal gnębi, jak długo jeszczde dam rady w takim stanie pracować w ogóle? Czy mój stan w końcu się poprawi a jeśli tak to kiedy? Kiedy będę mogła choć trochę odpocząć, bo czuję że powinnam trochę odpocząć, by nie przedobrzyć. No i w końcu postanowiłam pójść do doktora po zwolnienie na tydzień lub dwa, gdyby tylko mi chciał dać... Od razu, jeszcze w robocie otwarłam stronę do rejestracji i zdołowałam się jeszcze bardziej, bo się okazało, że doktor ma urlop. To mnie dopiero wkurzyło! A ja już se nadziei narobiłam na odpoczynek, a tu trzeba będzie orać aż do szesnastej w piątek...

Przerobiłam wtorek. Było niezbyt dobrze, ale tylko 4 godziny. Wróciłam do chaty, ogarnęłam co grubsze rzeczy i poszłam do łóżka poczytać. Potem wrócił Małżonek. Słyszałam jak łazi po dole i mnie szuka. Dzieci wysłały go do sypialni. Przyszedł do mnie z jakimiś kwiatkami i Rafaello. Patrzę na niego, jak na głupa, bo to on miał przecież urodziny. Dlaczego zatem daje mi kwiaty? Mózg nie bardzo był w stanie znaleźć odpowiedźm więc spytałam, a ten mówi, że Walentynki... Wtedy to sama się jak głup poczułam. I to by było na tyle jeśli idzie o czucie. Nie miałam nawet sił, by się ucieszyć z jakże sympatycznych podarunków...

Przerobiłam środę i zaczęłam się bać dwóch ostatnich dni bardzo, ale nie wiedziałam jak rozwiązać problem, skoro naszego doktora nie ma... 

bazie spotkane przy drodze


Problem sam się rozwiązał. W nocy ze środy na czwartek Młody miał wysoką gorączkę i byle jak się czuł, zatem postanowiliśmy, że nazajutrz znajdziemy jakiegoś doktora, żeby nie wiem co, a wtedy ja zostanę w domu i poproszę go o wypisanie urlopu rodzinnego (opieki nad chorym). Zadzwoniłam na specjalny numer, na który dzwoni się w pilnych sprawach w razie nieobecności lekarza rodzinnego, by zostać połączonym z lekarzem pełniącym dyżur w najbliższej okolicy. Powiedziałam mu, że co prawda nic pilnego, jeśli chodzi o zdrowie, ale potrzebuję zwolnienia dla syna i siebie. W Belgii, gwoli przypomnienia, do szkoły trzeba mieć zwolnienie od lekarza. Rodzic może wypisać 4 zwolnienia z powodu choroby, ale Młody już wszystkie wykorzystał w tym roku - ostatnie wypisałam, gdy nie pojechał na te nieszczęsne narty.

Doktor wypytawszy, co jest synowi, kazał pobiec do apteki po szybki test combo, by sprawdzić czy nie pokaże covida, grypy albo rsv i że wieczorem on zadzwoni. Niczego nie pokazało. Doktor zadzwonił koło osiemnastej i powiedział, byśmy zaraz przyjechali. Okazał się bardzo sympatycznym lekarzem. Zabadał Młodego i powiedział, że nic poważnego mu nie jest, co sama wiedziałam, ale ni e po to tam poszłam.... Tam gardło trochę czerwone i spuchnięte. Powinno szybko się poprawić. Wypisał nam zwolnienie na dwa dni. 

I świetnie! Bardzo mi to pomogło. Odpoczęłam i mogłam przez cały dzień przytulać Młodego, który w chorobie bardzo dużo przytulania potrzebuje. W czwartek czuł się bardzo słabo. Nawet granie ani oglądanie Netflixa mu nie szło. Więc głównie drzemał i się przytulał. W piątek już było lepiej. W sobotę już całkiem dobrze. 

Zadanie domowe online

W czwartek rano tylko musiał wcześnie wstać, bo kolega zadzwonił, że linka nie otrzymał, którego Młody mu wieczorem wysłał. Zadanie domowe w grupach. We trzech robili quiz na Kahoot. Tu zacytuję Młodego: Ruben zebrał i przygotował materiał, ja zrobiłem quiz, a Rens.... Rens po prostu się wygłupiał. Ot, normalka w zadaniach domowych w grupach. Ktoś musi robić, by drugi mógł palić głupa haha.

Normalnie Młody by puścił quiz ze swojego chromebooka, ale jako że do szkoły nie szedł, musiał przesłać koledze, ale ustrojstwo nie chciało współpracować. Pisali z kolegą na czacie i próbowali. Jeden adres, drugi adres, z konta szkolnego, z konta prywatnego, zmiana ustawień, kolejne próby... W końcu Młody odkrył, że link da się na Kahoot (strona z quizami) wyedytować. Wysłał link. Kolega otrzymał. Odtrąbili sukces. Chwilę później wiadmość, że quiz jest prywatny i tamten nie ma dostępu... Gdzie się ustawia na publiczny?! Aaaaa! Mózg Młodego przegrzany nocną gorączką nie dział sprawnie. Młody klikał cały w stresie, bo już ósma dochodziła i kolega zbierał się do wyjścia do szkoły. W końcu znalazł. Poszło! Jeszcze jeden sms od kolegi: "uzupełnij kropki i przecinki i sprawdź błędy, by nam punktów belfer nie obniżył". Młody sprawdził i poprawił. Cały dzień myślał, czy quiz im zadziałał w klasie. Wieczorem zapytał pierwszego kolegę, który pojawił się online. Tak, wszystko działało. Uf.

A ja patrzyłam na to wszystko zauroczona tym, jak Nasz Jedenastolatek sprytnie i sprawnie to wszystko ogarnia, jak zapiernicza palcami po tej klawiaturze laptopa, jak obowiązkowo i odpowiedzialnie podchodzi do zadań domowych i współpracy z kolegami. Jaką wiedzą dysponuje w tak młodym wieku. Nie tylko on, ale ogólnie szóstoklasiści. 

Refleksje o życiu

Ja w wieku 11 lat to byłam chyba dopiero w 4 klasie, bo ja nie przeskoczyłam klasy, a przy tym do pierwszej klasy poszłam jako siedmiolatek a nie sześciolatek jak Młody. W każdym razie ja w tym wieku byłam  głupawym zacofanym wiejskim dzieciakiem, który nie miał najbledszego pojęcia o prawdziwym świecie i prawdziwym życiu. Mam wrażenie, że Młody jest  doroślejszy od jedenastoletniej mnie o jakieś 10 lat. Tak na prawdę to nie ma porówniania pomiędzy tamtymi czasami i ówczesnymi dziećmi a dzisiejszymi dzieciakami. Nie ukrywam też, że aktualne czasy o wiele bardziej mi się podobają niż to nasze dzieciństwo, choć tamto też pewne zalety miało bez wątpienia.

W sobotę świętowaliśmy urodziny Małżonka. Były jak zawsze dekoracje i tort oraz prezenty, a także sałatka. Przede wszystkim okazja do spędzenia czasu razem. W inne dni bowiem nie spędzamy czasu razem. Wszyscy mieszkamy w jednym domu, ale to dwupiętrowy duży dom. Dzieci przeważnie siedzą każdy w swoim pokoju i zajmują się swoimi sprawami, gadają i grają z kumplami. Ja z Małżonkiem przeważnie w salonie - czytamy, Netflixujemy, gadamy. Od czasu do czasu ja spędzam czas z którymś z dzieci albo z kilkoma dziećmi: pieczemy, zajmujemy się zwierzakami, układamy puzzle, gramy w coś, idziemy na zakupy czy zwyczajnie siedzimy i gadamy. Czasem też dzieci spędzają oczywiście czas ze sobą. Dziewczyny lubią razem do miasta wyskoczyć, by po sklepach się poszwendać albo do McDonalda skoczyć. Bywa, że rowerują 8 km do polskiego sklepu po jakieś łakocie. Od czasu do czasu zamykają się w kuchni i robią eksperymenty z piekarnikem. Innym razem Młody coś tam z Młodą knuje, czasem grają też online z kumpalmi Młodej, bo Młody dorósł do dorosłych gier i młodzieżowych dyskusji i żartów. Małżonek często spędza czas z Synem. Razem oglądają mangę, chodzą na spacery albo tata kibicuje synowi w jakiejś grze, a od czasu do czasu dyskutują o muzyce. Ale tak razem wszyscy w pięcioro to raczej rzadko się spotykamy na dłużej w jednym miejscu. Nie jadamy razem, bo Młoda nie lubi jeść w towarzystwie innych, gdyż bardzo jej przeszkadzają dźwięki i zapachy czyjegoś jedzenia (pozdrawiam ze świata spektrum). A skoro jedno może jeść w swoim pokoju, to inni też mogą. Zatem zabierają jedzenie i maszerują do siebie. Nie powiem, by mi to przeszkadzało, bo sama też wolę jeść w ciszy i spokoju. 

stara i stary


Zatem dla nas takie urodziny czy inne tam rocznice to okazja by razem poprzebywać przez chwilę. Oczywiscie niezbyt długą, bo młodzi jednak po chwili czują się tym zmęczeni i idą do siebie. Inne wspólne okazje to jakieś wyjścia do kina, restauracji czy wycieczki rodzinne. 

Po tych kilku dniach wolnego i miło spędzonym czasie w rodzinnym gronie moje samopoczucie znacznie się poprawiło. Można rzec, że wróciło do normy. Pewne rzeczy przemyślałam i przedyskutowałam z małżonkiem, co mi pomogło odzyskać równowagę psychiczną. 

Udało mi się w końcu zapisać Młodą na wizytę do szpitalnego dentysty. Nie zapisują przez internet, ale odpowiedzili, że jak się nie doczekam, by kto odebrał, to mam zostawić swój numer, a oddzwonią. Zostawiłam i faktycznie za pół godzinki miła pani oddzwoniła i mogłam poprosić o umówienie wizyty. Najbliższy termin mieli na czerwiec. Niech będzie.

Nie wiem, czy wspominałam, ale zapisalismy się też na dzień informacyjny w szkole, do której chcemy zapisać Młodego. To akurat robiło się przez internet. 

W tym tygodniu Młody miał ferie krokusowe. Odpoczywał. Któregoś dnia syn klientki zapytał, czy Izydor miałby chęć z nim i innymi chłopakami pojechać na rowerach do lasu. Zadzowniłam do Młodego i podałam chłopakowi telefon i tak się umówili na popołudniu. Ekipa przyjechała po niego, bo my najbliżej lasu mieszkamy i pojechali dalej. Tłukli się trzy godziny po lesie. Łazili po drzewach, wydurniali się, kręcili rowerami. 


Nasz mini-las (ok 10ha) to świetne miejsce do zabawy. Autami wjeżdżać tam nie wolno,  a posiada całą sieć ścieżek i dróżek. Jest też fajny staw, gdzie można na kaczki popatrzeć. Jest chatka i ławki, gdzie można piknik zrobić. Chłopaki potem przysłali Młodemu zdjęcia, bo któryś miał telefon i pocykali sobie fotek na drzewach. Dobrze się bawili. Pewnie jeszcze nie raz w tym czy innym składzie się wybiorą na rowery, bo wiosna dopiero idzie. Młoda ze swoją klasą z podstawówki też dawniej się systematycznie tłukła na rowerach po wsi. To świetna sprawa, bo 5 i 6 klasa - ostatnie klasy podstawówki - to najwyższa pora na doskonalenie umiejętności rowerowych i zdobywanie samodzielności, by potem bezpiecznie wystartować do szkoły średniej. Tutaj do liceum czy zawodówki większość dzieci dojeżdża na rowerach, o ile nie mają dalej niż 10 km. Od nas do większości okolicznych szkół średnich jest plus minus po 5 km, a pod każdą parking na kilkaset rowerów, a i tak trudno znaleść miejsce, gdy później się przyjedzie. 

Jedenaste urodziny. Jak świętować?

Pod koniec tygodnia świętowaliśmy urodziny Młodego. Obchody trwały trzy dni, no bo jak się bawić to się bawić.

Zaczęliśmy w piątek po południu od zabawy w szukanie prezentów. Dzień wcześniej przygotowałam i wydrukowałam kilkanaście kartek z zadaniami. Rano pochowałam prezenty po całym domu i ogrodzie. Młody musiał rozwiązywać krzyżówki, rebusy i zagadki słowne, by znajdować poszczególne rzeczy. Zabawa bardzo mu się podobała. Jeśli chodzi o prezenty to był prezent główny i pełno pierdołek, w śród których znalazły się majtki, skarpety, paczka ciastek, paczka ulubionej herbaty, plakat z Michaelem Jacksonem, wata cukrowa i temu podobne, bo ważna była zabawa.

Potem otworzyliśmy "Picolo" podarowane Młodemu przez siostrzyczkę. I pokroiliśmy czekoladowy tort, który upiekłam dzień wcześniej i przełożyłam przed pójściem do pracy.



Upiekłam biszkopt, do którego dodałam rozpuszczoną gorzką czekoladę. Potem rozpuściłam 150g czekolady w pół litry śmietanki, którą po ostudzeniu na powrót włożyłam do lodówki, by rano ubić mikserem na sztywno i przełożyć przekrojony na 3 placki biszkopt. Na koniec jeszcze odrobina śmietanki z jeszcze większą ilością czekolady (1:1) na polewę ściekającą po bokach.

Młody od razu zażyczył sobie ćwiartkę tortu i prawie całą opędzlował, bo bardzo mu tort smakował.

W sobotę pojechaliśmy do zamku Gravensteen w Gent, a po wyjściu z zamku poszliśmy do restauracji na obiad, który fundowała Najstarsza. Najedliśmy się jak bąki. Do domu wróciliśy wieczorem. Wycieczka była udana. Zamek się wszystkim podobał. Zdjęcia wrzucę na końcu.

Dziś przybyli goście, dzięki którym Młody mógł poczynić pierwsze kroki w korzystaniu ze swojego urodzinowego prezentu. Otrzymał bowiem zabawkę, o której marzył już jakiś czas. 

Mikroskop! 

Kupiłam mu taki, w opisie którego pisało, że jest zalecany od 12 lat i nikt nie biadolił w opiniach, że zabawka dla dzieci. Akurat była promocja i zamiast 270 kosztował 220 euro. Sprzęt całkiem zacny i powinien na lata posłużyć.

Mikroskop Bresser Erudit DLX i Młody


Jakiś czas temu Młody adoptował sobie nową Ciocię i nowego Wujka z internetu i teraz Nowa Ciocia przyjechała, by dać Młodemu (i nie tylko Młodemu) lekcje przygotowywania preparatów i prowadzenia badań. Ciocia podarowała Młodemu zestaw specjalnych barwników i trochę innych przydatnych drobiazgów. Kroili, drapali, barwili... Rozbierali na mikroczęści stokrotkę, upuszczali sobie krwi. Oglądali rośliny, owady i komórki ludzkie. Oglądaliśmy preparaty wszyscy po kolei wielce zafascynowani. Ciocia rysowała komórki i tłumaczyła, co i jak, po co i dlaczego.

Kilka godzin minęło niepostrzeżenie, a Młody jeszcze nie miał dosyć. Ciocia poleciła, co jeszcze można wepchać pod obiektyw, by ładne i ciekawe rzeczy zobaczyć. Obiecała, że w przyszłosci porobi z Młodym jeszcze inne ciekawe eksperymenty. Póki co powiedziała, jak Młody ma założyć hodowlę pierwotniaków... 

Dokupić musimy jeszcze kamerkę, dzięki której można by przesyłać obrazy z mikroskopu bezpośrednio na komputer albo przynajmniej adapter to telefonu, bo fajnie by było zapisywać rezultaty swoich  badań, a może i udostępniać je w sieci. 

barwienie preparatu




Młody bardzo się cieszy z prezentu i z wizyty gości. Urodziny uważamy zatem za wielce udane. 

My dorośli też świetnie się w ten weekend bawiliśmy. Podobało nam się na wycieczce, bo dobrze jest czasem wyjść z domu i odetchnąć innym powietrzem, obejrzeć coś innego niż własne cztery kąty. 

Odwiedziny i nam się podobały. Gdy naukowcy prowadzili prace badawcze, panowie prowadzili jakieś ważne dysputy (nie wiem o czym, bo przecież asystowałam w labo). Obejrzeliśy krew naszych gości pod mikroskopem i jakeś martwe muchy.  Ot, jak to podczas wizyt towarzyskich. 

Zdjęcia z Gandawy





W takich kominkach gotowano ludzi żywcem 



pogoda bardzo fotograficzna była


Izydor wypatrzył z mostu ptaka na gnieździe

sklep z dziwnymi rzeczami









Młody pod Gravensteen










wielkie działo



Graffitistraat

dziwna ławka pod dziwnym sklepem


widoki z zamkowych murów bezcenne


cuberdons, najobrzydliwsze cukierki belgijskie - specjalność z Gandawy







zamkowy wucet :-)


a ludzie były jak mrówki…