Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lentefeest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lentefeest. Pokaż wszystkie posty

4 czerwca 2023

Pierwsza rozmowa o pracę i inne zdarzenia

Latem pisanie nie idzie tak sprawnie, jak w paskudne, długie, zimowe dni, bo człowiek jednek chętniej wybiera przebywanie na świeżym powietrzu. W Belgii zdecydowanie mamy lato - słońce praży, gorąco jest, wiatr wieje... Co niestety ma też swoje złe strony. Zaczyna już być bardzo sucho. Trawa na naszej-sąsiadowej łączce zaczyna szeleścić pod stopami i już ciężko coś smacznego dla świnek utargać. 

Farmerzy powykaszali łąki i cały tydzień wszędzie cudnie pachniało sianem. Jeszcze cudniej pachną akacje. Żadne kwiatki nie tworzą tyle aromatu, co kwitnące drzewa akacjowe, bo te są wysoko i zapach niesie się daleko wokół. No okej, rzepak też potrafi dać czadu, ale rzepak to raczej pod kategorię smród podchodzi. Nie chciałabym mieć pod oknem pola rzepaku...

Inni ludzie też chyba cieszą się latem, bo zdecydowanie mniej ludzi na bloga zagląda. Dokładnych statystyk co prawda nie śledzę, ale wyświetlenia i komentarze widzę, otwierając bloggera. 

Blogerki godne polecenia

A propos komentarzy i pisania, to - jak może zauważyliście pod poprzednim wpisem - jedna z czytelniczek, która jakiś czas temu w Belgii zamieszkała,  podzieliła się ze mną dobrą nowiną, a mianowicie że zainspirowana moimi wypocinami, sama też zaczęła pisać. Zajrzałam do niej i muszę rzec, że ciekawie opowiada. Zatem polecam blog Anny:

https://annakobietazwyczajna.blogspot.com/

Skoro już przy poleceniach jestem, to i do bloga koleżanki Evy was odsyłam. Z jej bloga dowiecie się, jak żyje się w Belgii ludziom z psami. Eva też oskarża mnie o zarażenie wirusem pisania, z której to choroby już prawie się wyleczyła ;-) Nie powiem, żeby mi było przykro z tego powodu, że ludzie zaczynają pisać. Szczególnie, gdy piszą fajnie i ciekawie.

http://piwoiczekoladki.blogspot.com/


Kartka z pamiętnika

Poprzednim razem zapomniałam donieść, że koncert w Luksemburgu, na który nasi panowie się wybierali, został odwołany, bo wokalista się rozchorował. 100€ za hotel poszło się bimbać, bo nie było możliwości anulowania. Ale nie to jest najważniejsze. Ten koncert miał być prezentem dla Naszego Syna z okazji Lentefeest. Obaj chłopacy - i duży i mały - na to czekali z radością, bo to miał być pierwszy współny koncert taty z synem. I DUPA! Zawód totalny. No ale mnie już nic nie dziwi, bo przecież u nas to normalne, że plany biorą w łeb. Było już o tym na kartach tego bloga nie raz. No ale co, bok se wyrwiesz?

Kupiłam mu za to ciekawą książkę na pocieszenie. Ostatnio zadawał znowu sporo pytań w temacie penisów, wagin, seksu, a nawet menstruacji, więc zobaczywszy nową książkę z serii "Ileśtam super mądrych rzeczy, które musisz wiedzieć o..." postanowiłam mu ją kupić. Spodobała się i mam nadzieję, że poczyta trochę jak skończą się już testy końcoworoczne.

Z okazji moich urodzin mieliśmy z kolei jechać do Walonii połazić po jaskiniach i parku safari, ale Młodą ze 3 tygodnie temu jakiś wirus dopadł i jeszcze nie puścił, przez co czuje się słabo,  i dlatego przełożyliśmy obchody moich urodzin na czas bliżej nieokreślony.

Prezenty jednak dostałam. Młoda, która zna mnie chyba najlepiej z wszystkich ludzi na tej planecie, jak zwykle ofiarowała mi czaderski podarunek. Takie prezenty od serca są najlepsze. Kartka szczególnie mnie wzruszyła i rozbawiła zarazem.



Rozmowa z psycholożką znowu mi trochę pomogła w opanowanu swoich wątpliwości i chaosu myślowego. Miewam bowiem dosyć spore wahania nastroju - od euforii do sporego doła i z powrotem. Ciągle trudno jest mi zaakceptować i pogodzić się z faktem, że nie jestem tą Magdą, którą byłam, że nie mogę robić tego, co wcześniej robiłam, że moje ciało nie jest moim ciałem sprzed raka. Psycholog powiedziała, że jeszcze pradopodobnie bardzo długo nie będzie, a niewykluczone, że już nigdy nie będę tym, kim byłam i taka jaką byłam, bo rak sam w sobie oraz chemia i naświetlania pewne rzeczy mogły zniszczyć bezpowrotnie. To stwierdzenie jest dla mnie bardzo ważne, by się nie łudzić i nie czekać, na coś, co może nigdy nie nadejść. Ale nadal mnie to wszystko wkurza i pewnie jeszcze trcohę tak będzie, bo do takich zmian nie łatwo jest się przyzwyczaić. 

Drugą sprawą spędzającą mi sen z powiek jest kwestia pracy. Tu też się cieszę, że psycholog powiedziała, że powinnam zapomnieć o pracy fizycznej, bo to już nie dla mnie, bo nie dam rady. Bo to dobrze, jak jakiś fachowiec powie ci to samo, co samemu  myślisz, bo wtedy to jakby ważniejsze się staje i nabiera mocy urzędowej. Ciągle jakieś wątpliwości mną targają. 

Czy aby na pewno to w porządku jest wobec świata tak przeciągać zwolnienie lekarskie? 

Ciągle poddaję też w wątpliwość moją realną niezdolność do pracy i zastanawiam się, czy aby na pewno jestem wystarczająco niezdolna do sprzątania, czy też może jednak zwyczajnie zbyt leniwa jestem, bo może jakbym się za siebie wzięła i więcej zaczęła ćwiczyć to może bym jednak była zdolna do tej pracy...? 

Pytam siebie, googla i specjalistów i co jakiś czas sprawdzam swoje możliwości i analizuję swoje ciało, próbując ocenić, czy to lub tamto da się poprawić ciężką pracą nad sobą, czy też zwyczajnie jest po prostu chore i nie do naprawienia na ten moment. No i niestety prawda jest taka, że zauważam sporo rzeczy niedonaprawienia. Weźmy np kolana (i inne stawy). Ruch poprawia zdecydowanie ich kondycję i sprawność, ale nadmiar ruchu lub zbyt intensywny czy długotrwały najwyraźniej im nie sprzyja, a wielce prawdopodobnie może jeszcze bardziej popsuć, bo biorę piguły, które wyłączają produkcję estrogenu, a on jest niezbędny m. in. do prawidłowego funkcjonowania stawów. I z tym np nie ma co handlować. 

I tak dochodzę do wniosku, że NIE, NIE MOGĘ WYKONYWAĆ PRACY FIZYCZNEJ. Po to, by za dwa dni znowu poddać ten fakt w wątpliwość. No bo ja nie chcę być jakimś bezużytecznym pasożytem. Nie chcę być niepełnosprawną staruszką. Chcę normalnie, uczciwie pracować, normalnie żyć i funkcjonować w społeczeństwie i rodzinie. Muszę o to walczyć, a to oznacza, że trzeba to z innej strony ugryźć, np szukając roboty, którą dam radę wykonywać. 

I tak, odkąd odkryłam, że mam jakieś szanse na otrzymanie pracy w bibliotece, zabrałam się z całą mocą za grzebanie w tym temacie. Czytam artykuły i uczę się stosownego słownictwa. Piszę z mozołem różne listy motywacyjne po niderlandzku. Ba, nawet przekopałam kilka lumpeksów i zaopatrzyłam się w jakieś ubrania, które nadają się do ubrania na rozmowę kwalifikacyjnąm czy w ogóle do potencjalnej pracy w bibliotece. Będąc sprzątaczką, która stroni od imprez i wyjść, nie mam w szafie żadnych przyzwoitych ubrań. Wcześniej jeszcze parę miałam w razie wu, ale jako że były dostosowane do posiadania dwóch piersi, to zostały wywalone do śmieci po mastektomii. Moja garderoba składa się głównie z t-shirtów i bluz dresowych oversized,  ubrań z męskiego działu, do tego dresów i paru szerokich jeansow. Ogólnie rzecz ujmując - menel, to mój styl. No więc poszłam do lumpa i kupiłam parę bluzek oraz jakiś żakiet w razie wu. Wszystkie mieszczą się ciągle w stylu menelskim, ale można się pokazać w tym w biurze ;-). Tak myślę. Jak dostanę kiedyś jakąś przyzwoitą robotę to zaopatrzę się lepiej w jakimś babskim sklepie.

Wysłałam CV i list motywacyjny do biblioteki więziennej, bo im więcej o tej pracy czytałam, tym bardziej chciałam tam pracować. To by było bez wątpienia ciekawe, fascynujące i niepowtarzalne doświadczenie. No i mam wrażenie, że jako obcokrajowiec mam większe szanse dostać robotę w bibliotece więziennej niż w zwykłej publicznej. No ale pożyjemy, zobaczymy. Na razie nie otrzymałam żadnej wiadomości od nich, ale rozmowy mają zaplanowane na 21 czerwca, więc jeszcze jest czas.

Póki co jednak mały sukces już mogę odtrąbić, bo zaprosili mnie na rozmowę kwalifikacyjną do biblioteki publicznej.

Gdy dostałam mejl z informacją o rozmowie kwalifikacyjnej, to pojechałam zobaczyć, gdzie ta biblioteka w ogóle się znajduje i czy faktycznie jest realne dojeżdżanie do niej codziennie skuterem w razie czego. Wszak mieszkając na zadupiu, raczej nie ma się możliwości dostania się na inne zadupie środkami komunikacji miejskiej, bo pociągi i autobusy jeżdżą tylko na trasach zadupie-miasto-miasto-zadupie. Na trasach zadupie-zadupie przemieszczamy się we własnym zakresie. Okazało się, że mapy internetowe nie cyganią i faktycznie jest 40 minut  pyrkania w jedną stronę, ale się da, jak się chce. Do punktu bibliotecznego trochę bliżej, ale droga bardziej sfiksowana… Od biedy te kilkanaście kilometrów to i na bike'u przekręci czasem, jak się zaweźmie. 

urząd gminy

plac koło biblioteki

zakręt Skaldy w pobliżu biblioteki

dekoracja pod kafejką

ryneczek przyprawiający o ból głowy, bo to droga i plac w jednym


To była moja pierwsza prawdziwa rozmowa kwalifikacyjna w całym 46-letnim życiu

Rozmów w biurze sprzątającym przecież nie można uznawać za rozmowy, bo każdego i tak z otwartymi ramionam witają. Nie wiedziałam w ogóle, jak wygląda taka rozmowa, dlatego cały dzień czytałam internet, by choć trochę się w tej sprawie zorientować. Na podstawowe pytania ogólne byłam przygotowana, ale zapomniałam o jednym ważnym pytaniu, które było przewidywalne, ale wymagało przemyślenia i nauczenia się słownictwa. Zapytali, jakie zadania mogłabym wykonywać. Szlag. Kilkanaście lat nie mam kontaktu z biblioteką i mój chemomózg nie mógł wyprodukować w sekundę właściwych odpowiedzi dotyczących poszczególnych zadań bibliotekarza, które znam i potrafię. Stwierdzenie, że wszystko mogę robić, mnie by raczej nie przekonało, gdyby mi kto tego przykładami nie udowodnił. No ale ogólnie jestem z tej rozmowy wielce zadowolona, bo po pierwsze teraz już wiem, jak to wygląda i że nie jest trudne, tylko trzeba znać wszystkie potzebne słowa i nie plątać się w zeznaniach. Po drugie uważam, że nie wypadłam źle, jak na pierwszy raz, jak na starą babę z otępiałym mózgiem i jak na obcokrajowca. Nie oczekuję cudów, ale uważam, że mam jakieś szanse. Może i niewielkie, ale mam.

Wyjechałam na rozmowę pół godziny wcześniej, więc zrobiłam znowu kilka zdjęć na ulicy. Znalazłam dekoracje z gliny w przypadkowych miejscach. Wynik jakiejś akcji zapewne. Interesująco podeszli w tej gminie do tematu malowania skrzynek elektrycznych. Mianowicie ukazują one zdjęcia z minionych lat i krótkie opisy miejsc. Świetna idea.






Uśmiałam się ponadto do siebie w kwestii polskiego przejmowania się strojem w kontekście belgijskiego podejścia. Rano z 5 razy się przebierałam, bo nie mogłam znaleść stroju, który byłby - moim zdaniem -godny rozmowy o pracę, a jednoczenie nadawał się na skuter (rano jest zimno na motorze). Ubrałam się w oczobolny czerwony żakiet i takież same spodnie, bo wyszłam z założenia, że mają mnie zapamiętać jako kogoś wyraźnego i wesołego. Na to wdarłam męską skórzaną kurtkę mojej córki. No ale dobra, ja się starałam dobrze i elegancko wyglądać, bo w końcu idę na rozmowę do pracy w bibliotece a nie na sprzątaniu. Zapomniałam tylko,  że jestem w Belgii i nastawiłam się, że moi rozmówcy też będą wystrojeni. Pani z urzędu gminy była w kolorowej sukience, ale pan z biblioteki przybiegł zwyczajnie w bluzie dresowej. Bo to Belgia. A może zwyczajnie takie czasy...? Chętnie się dowiem, czy w Polsce ludzie nadal się stroją wybornie na każdą okazję?


Wracając z rozmowy wreszcie zatrzymałam się w lesie i poszłam zobaczyć ten zamek z bliska, na co od dawna miałam ochotę, ale się nie mogłam tam wybrać… 

Hof te Melis

zamek Hof te Melis

Zamek Hof te Melis

droga do zamku

Młody był u psychologa po rezultaty badań. Potwierdzono, że jest zdolny i dysponuje IQ niewiele poniżej 130, co wielce go usatysfakcjonowało, bo jednak posiadanie papieru na swoją wysoką inteligencję to jest coś. Natomiast co do autyzmu nie potwierdzono ani jego obezności ani nieobecności. Musimy iść do psychitary na dalsze badania, a na wizytę poczekamy sobie pół roku. Dostaliśmy namiary na eksperta od wysoko uzdolnionych, który od niedawna przyjmuje w naszej wiosce i napisałam e-mail z prośbą o spotkanie. Dostałam też tytuły książek, które warto przeczytać, by lepiej sobie radzić z ponadprzeciętną zdolnością i wszelakimi innymi problemami, które to zjawisko ze sobą pociąga, czyli np nadwrażliwością i głodem wiedzy.

Psycholożka opowiadając o poszczególnych etapach badania wyrażała w uśmiechem otwarcie swoje zdziwienie i zaskoczenie sposobem myślenia Młodego. Opowiedziała np że w jednym zadaniu trzeba było najpierw ułożyć obrazki we właściwej kolejności, a potem opowiedzieć historię. Mówi, że Młody ułożył te obrazki w złej - tak się jej przynajmniej wydawało i tak mówią wytyczne - kolejności, ale gdy przyszło do opowiadania, to się okazało, że Młody znalazł zupełnie inny sens w tych obrazkach i że wg jego opowieści były właściwie ułożone. W innym zadaniu nie mogła nadążać z podawaniem pytań, bo Młody był tak szybki. Jednak były też takie zadania, w których wypadł przeciętnie. Szybkość przetwarzania i rozumowania płynnego jego mózgu jest zdecydowanie ponadprzeciętna, za to ma stosunkowo słabą pamięć roboczą, co mu obniża ogólne punkty, które jednak w ostetcznym rachunku plasują go w grupie ZDOLNYCH, do których statystycznie należy 13,6 procent dzieci. Wysokim uzdolnieniem może się pochwalić już tylko 2,3%. Psycholożka dodała, że niewykluczone, iż jakby ten test był robiony w inny dzień, to Młody mógłby i do 130 IQ wyciągnąć, bo ponoć przy ostatnich zadaniach był już bardzo zmęczony i to mogło być powodem gorszych rezultatów. No ale panie, znalezienie się w elitarnej grupie dzieci posiadających 115-127 IQ to już wystarczająca satysfakcja. 

A jednocześnie powód do wielu obaw, bo bycie ponadprzeciętnie inteligentnym wcale nie jest takie zajebiste. Już samo uczucie, że idioci cię otaczają, potrafi być męczące na dłuższą metę. No sorry, ale niestetety takie uczucie człowiekowi inteligentnemu dosyć często towarzyszy i nie chodzi tu o jakąś pogardę dla innych czy wywyższanie się, ale zwyczajnie prosty fakt, że ludzie cię kompletnie nie rozumieją, że za tobą nie nadążają, że proste i oczywiste dla ciebie rzeczy musisz tłumaczyć ciągle wszystkim jak krowie na rowie a i to często nie pomaga. Świat jest zawsze dostosowany do potrzeb większości, a większość jest przeciętnie uzdolniona... Szkoła dla dzieci zdolnych może być nie do ogarnięcia, bo będą się nudzić, jeśli ich głód wiedzy będzie niezaspokajany dostatecznie, co w rezultacie skutkuje niskimi ocenami albo i porzuceniem szkoły... Znam nawet chyba takiego jednego gostka. Ma na imię Jasiek i jest moim ojcem :-) A i Młoda pewnie do tej kategorii się łapie, tylko że ta ma jeszcze inne problemy, co jeszcze bardziej utrudnia jej życie wśród normalsów.

Ufam, że klasa inżynierów będzie dla Młodego dobrym miejscem i że spotka tam wielu mądralińskich. Personel szkolny, jak wynika z naszej pierwszej rozmowy, też jest raczej zorientowany w kwestii wysoko uzdolnionych uczniów, zatem liczę, że Młody będzie miał tam dobrą opiekę i dostateczne wsparcie. 

Psycholog, do którego nas teraz zapisałam, specjalizuje się w pracy z osobami (wysoko)uzdolnionymi, prowadzi specjalne zajęcia indywidualne i grupowe dla uzdolnionych dzieciaków i ich rodzin. Bardzo jestem ciekawa pierwszego spotkania, bo zależy mi na tym by jak najlepiej poznać tę tematykę i by Młody jak najlepiej mógł siebie poznać i zrozumieć. Byśmy wiedzieli, jakie mamy możliwości i np czego możemy się dopominać dla niego w szkole i poza szkołą. Robimy zatem kolejny krok do przodu.



W zeszły piątek byłam odebrać kolejny zastrzyk Decapeptylu i znowu 5 razy sprawdzałam w kalendarzu, bo znowu nie mogło mi się w głowie pomieścić, że już miesiąc minął o poprzedniego zastrzyku. 

Młody został zaproszony na imprezę z okazji lentefeest do kolegi klasowego. Zleciłam zatem Małżonkowi wypytanie się kolegów Belgów, po ile się tu daje na komunie czy lentefeest? Dowiedzieliśmy się, że jak dzieciak idzie sam, to max 50€, a jak cała rodzina, to koło stówki wydoli. Młody wziął zatem kartkę,  trzy dychy i Ptasie Mleczko. Bawił się od 14 do 22. Koło dwudziestej napisał, by tata przywiózł mu suche ubrania, bo polewali dmuchany zamek i siebie nawzajem wodą z węża... Pomyślałam, że na polskich przyjęciach rzecz raczej nie do pomyślenia takie dzikie harce. Zawsze kazali dzieciakom siedzieć za stołem z rodziną i się zachowywać przyzwoicie, a jak już można było się iść "pobawić" to na sztywniaka, by wykrochamlonych szat "kościołowych" nie pobrudzić. Nie wiem, jak tam teraz jest, ale lubię zdecydowanie luzackie podejście do imprez dla dzieci i nie tylko. 



Póki co Nasz Młody jest bardzo popularny i bardzo lubiany przez wszystkich. Zapraszają go z chęcią do wspólnej zabawy zarówno starzy koledzy z poprzedniej klasy jak i ci z nowej. Ma też już zaproszenie na pierwszy tydzień wakacji  do innego kolegi na Paintbal z okazji urodzin. Coś nowego. Urodzin paintballowych jeszcze nie przerabiałiśmy. Fajnie, że jest tu tyle możliwości zorganizowania fajnych urodzin poza domem.

Moje dzieci były zapraszane z okazji urodzin kolegów do: krytych placów zabaw, kręgielni, parków trampolinowych, escape-roomów, rollerlandu, basenów, kina, kinderborderij (nie wiem, czy "farmy dziecięce" w Polsce istnieją i czy ma to jakąś nazwę - to taka farma, w której mozna się bawić i obcować ze zwierzętami gospodarskimi, gdzie można karmić krowę, zjeść domowe lody czy inne posiłki i napoje), dziewczyny były też np na krawieckim workshopie, gdzie szyły torby, była też urodziny organizowane przez rodziców w sali parafialnej, w szkolnej sali gimnastycznej no i oczywiscie w domu. 

Będąc w Antwerpii wdepnęłyśmy do polskiego sklepu po Tymbarka, bo nas pragnienie zmogło, więc przy okazji zgarnęłam z półki galaretki, bo poczułam nagły zew mojego mózgu. Chciał koniecznie galaretkę, no! Dooobra była i piękna. Belgom ten deser jest obcy. Raz zrobiłam na urodziny dziewczyn, ale dzieci nie odważyły się spróbować czegoś takiego dziwnego i trzęsącego. Natomiast sąsiadka z Portugalii, którą kiedyś poczęstowałam, aż do mamy zadzwoniła, by opowiedzieć, że poczuła smak dzieciństwa, bo u nich też wcinało się kolorowe galaretki. Kolory mi się udały tym razem kosmiczne.






Z dobrych rzeczy tego tygodnia wymienić należy przejażdżki rowerowe do sklepu, które celebrowałam okrężnymi ścieżkami przez las. Tymi przejażdżkami raduję się bardziej niż wcześniej, bo wcześniej żyłam złudzeniem, że wystarczy  chcieć rowerować. Teraz wiem, że samo chcieć nie znaczy nic, gdy odpowiednie warunki nie są spełnione. Wiem też, jaką radość się odczuwa, gdy się okazuje, że nagle znowu można robić takie zwykłe rzeczy, jak jeżdżenie rowerem do sklepu po ziemniaki na obiad. 
Zauważyłam też kilka ciekawych rowerów pod sklepem. Jeden np miał zmyślną przyczepkę, a drugi aż dwa koszyki na psy.
ścieżka przez las i widok na pobliski znany browar Bosteels



rower z przyczepką

rower z dwoma koszykami na psy

Zaczynam też dzięki takim moim przejażdżkom jeszcze lepiej rozumieć ludzi, którzy tak zwyczajnych rzeczy robić nie mogą i nie będą mogli nigdy robić i których każdego dnia świat próbuje przekonać, że wystarczy chcieć… 

Przez takie wypaczone poglądy i takich bezdusznych idiotów cierpi m.in. moja Córka. Ona bowiem nie może robić większości takich zwyczajnych rzeczy, których istnienia i posiadania większość ludzi nie docenia albo wręcz nimi gardzi. Tymczasem są na tym świecie ludzie, dla których wyjście z domu do ludzi, na słońce, na wiatr, na rower, na basen oznacza ból, dyskomfort i cierpienie.  Nie dlatego, że nie chcą, tylko że nie mogą… Pomyślcie o nich czasem, gdy idziecie do swojego „głupiego sklepu”, do swojej „durnej szkoły”, do swojej „nudnej pracy”, gdy biegacie, pływacie, spacerujecie, bawicie się na imprezie, czy jeździcie na nartach. Pamiętajcie, że są ludzie, którzy poszli by z przyjemnością do waszej głupiej szkoły, pracy, ugotowali by wasz głupi obiad czy zrobili wasze głupie zakupy, ale kurwa nie mogą…

Wypełniłyśmy z Młodą przez internet zgłoszenie do FOD o uznanie niepełnosprawności i przyznanie zasiłku. Nie wiem, co z tego wyniknie i ile będą trwały procedury. Napisane tam było, że miesiące… Wiemy natomiast jedno, a mianowicie, że pani z biura pracy miała rację. Te kwestionariusze pamiętają chyba poprzednie stulecia, kiedy to niepełnosprawnym można było określić tylko tego, kto nie miał nóg, rąk albo był głuchym czy niewidomym… czyli było widać, że delikwentowi coś dolega. Pytania były tak głupie, że aż przykro. Dobrze, że kobieta nas ostrzegła, bo po pierwszym pytaniu, byśmy stwierdziły, że to nie ma sensu i zrezygnowały z wypełniania. Teraz poczekamy i zobaczymy, czy coś to spowodowało…

Tu zgadzam się z koleżanką Evą, że w Belgii na wszystko trzeba czekać i czekać. Ja czekam już trzeci miesiąc na zasiłek chorobowy… Zajebiście! Zastanawiam się, co robią ludzie chorzy, którzy na ten przykład nie mają przypadkiem pracującego partnera ani nikogo innego, kto jest w stanie ich utrzymywać przez okres chorobowego. Przy tym, powiedzmy sobie szczerze, mnie to guzik jest w tym momencie, to znaczy mogę nie tylko o siebie zadbać, ale i ogarnąć mieszkanie, ugotować, pójść na zakupy. A co, gdybym tak była przykuta do łóżka, nie mogła się samodzielnie nawet podetrzeć? Tak, zamówiłabym sobie pielęgniarkę i specjalne łóżko z funduszu zdrowia, tylko co bym jadła i czym za wszystko płaciła? A jakbym miała do tego małe dziecko? 

Kurde, na dzień dzisiejszy mamy około 2 tysiące euro faktur do opłacenia miesięcznie, a ja od 3 miesięcy nie mam dochodów. To jakaś porażka totalna. Wydałam już większość wakacyjnego, a zdało by się wykupić już bilety na pociąg do Amsterdamu… No i żyję pełna stresu i się zastanawiam, czy będę musieć wrócić do roboty, by zarobić na te wakacje, czy w końcu mi ten zasiłek przyznają… No dobra, wiem, że zabombiłam z tym jednym dokumentem od lekarza, ale już dawno został dosłany. Tyle że to rozpoczęło całą procedurę od nowa, bo to Belgia jest.

Najstarsza wczoraj była w końcu na pierwszym wymarzonym i wyczekanym masażu relakcującym. Na początek wybrała ofertę masażu pleców za 30€. Spodobało jej się i na pewno jeszcze nie raz zafunduje sobie taką przyjemność. Należy jej się jak psu buda i potrzebuje takich rzeczy. Było nie było całe dnie tkwi w ciemnjej zakurzonej hali pochylona nad maszyną do szycia. Systematycznie narzeka na zmęczenie i bóle ciała spowodowane tą samą pozycją. Autyzm i nadwrażliwość na bodźce nie poprawia sytuacji. Dostała od firmy słuchawki i może zatkać uszy i słuchać swojej ulubionej muzyki w pracy, czego innym nie wolno, a co łagodzi trochę narażenie na hałas i przebodźcowanie, ale tylko trochę. Cieszę się, że pomyślała o takim masażo dla siebie i że poszła. Ma 20 lat, nie ma tu rodziny poza nami, nie ma żadnych przyjaciół ni kolegów. Poza pracą mało kiedy wychodzi z domu. Ot czasem wyjdą z siostrą na sushi, do McDonalda czy na jakieś zakupy. Poza tym siedzi zamknieta na poddaszu i gra na komputerze. Typowe życie autysty. 

Ostatnio zauważyłam w sklepie kwiatki po 2,5€ i przywiozłam  do domu w torbie rowerowej, bo  pogoda zachęciła mnie do oporządzenia i upiększenia muru granicznego  z naszej strony. Sąsiedzi po drugiej jego stronie są do bani, ale to nie znaczy, że na granicy nie można mieć czegoś ładnego dla zrównoważenia sytuacji. Potrzebuję poza tym kolorów wokół siebie, by przeganiały moje czarne myśli…


wieża ciśnień w sąsiedniej gminie i tęczowe flagi

nasz mur graniczny i kwiatki samosiejki

mur graniczny i moja kolekcja kurek-doniczek zakupionych w lamusie


Inni sąsiedzi za to są w porządku. W minionym tygodniu pogawędziłam trochę z parą emerytów. Maria-Teresa pracowała z mężem w swoim cudnym ogródku. Wyrywali krzaczki, by posadzić ozdobnej trawy, gdyż on po operacji serca już nie ma tyle sił na pracę w ogrodzie, co dawniej, a i ona już nie ma tyle werwy. Ich dzieci są naszymi rówieśnikami, a wnuki w wieku naszych dzieci. Dowiedziałam się przy okazji, że starszy wnusio też jest wysoko uzdolniony i nadwrażliwy i że chodzi do specjalnej szkoły pracującej w innym systemie, niż zwykłe, gdzie więcej uwagi poświęca się talentom i potrzebom dzieci zdolnych. Zapisuję w razie wu. Dobrze jest czasem przystanąć na chwilę i podejść do płota… 



12 maja 2023

"Lentefeest" alternatywa dla bierzmowania lub komunii.

Lentefeest

W zeszłą niedzielę Młody miał Lentefeest. "Lentefeest" to u nas uroczystości alternatywne do katolickiej "Pierwszej Komunii" i "Bierzmowania", ale bez udziału kościoła. 


pamiątkowe zdjęcie wiosenne matki z synem

Lentefeest znaczy mniej więcej tyle co "święto wiosenne". Obchodzą je głównie dzieci uczęszczające na lekcje etyki, choć nie koniecznie. Nikogo specjalnie nie zdziwi zorganizowanie lentefeest dla dziecka chodzącego do szkoły katolickiej i uczestniczącego w lekcjach religii. Wszak dziś chyba nikt nie zapisuje dziecka do szkoły katolickiej ze względu na przekonania religijne. W Belgii ani komunia, ani bierzmowanie, ani święto wiosenne nie są obowiązkowe.  Nikt nikogo do udziału w którymkolwiek w żaden sposób nie zmusza. Wszystkie są w każdym razie świętowaniem milowych kroków życiowych, rytuałem przejścia do nowego etapu życiowego. Najpierw początek podstawówki, czyli  przeskok z pełnego zabaw wieku przedszkolego do czasu nauki. Nastepnie koniec szkoły podstawowej i pierwszy krok w stronę dorosłości.

Pierwszego lentefeest Izydor nie świętował z powodu korony, gdyż wszystkie uroczystości i zabawy były wtedy przecież zakazane. Tym razem jednak się udało. Zapisy na współne grupowe świętowanie  pani od etyki ogłosiła zaraz na początku roku szkolnego. W uroczystości uczestniczyły dzieci z kilku szkół wraz ze swoimi nauczycielami etyki oraz rodzinami.

Na początek zaraz z rana dzieciarnia wsiadła do autokaru i pojechali do parku linowego w Wavre, gdzie bawili się przez cały dzień.

 Późnym popołudniem zaplanowana była krótka uroczystość na szkolnym podwórku.

pszczoła wypadła wyśmienicie


Impreza rozpoczęłą się z godzinnym poślizgiem, gdyż na autostradzie był jakiś wypadek i autobus z dzieciakami stał w korku. Siedzieliśmy zatem słuchając muzyki, popijając napoje (jak ktoś przezornie akurat zabrał gotówkę, czyli my nie) i gawędząc. Pogoda na szczęście była nie najgorsza. Przez dzień trochę paprał deszcz, ale po południu nawet było przyzwoicie, choć pod chmurką.

W końcu dojechali wybrykani i szczęśliwi. Od razu wskoczyli na scenę i zaczęło się wesołe przedstawienie prowadzone przez szalonego nauczyciela etyki, który przygrywał dzieciakom na gitarze.

Dzieciarnia prezentowała z dumą i humorem kolejno swoje talenty. Jeden chłopak zagrał na organkach, klasowy kolega Młodego na wiolonczeli, kilka dzieciaków zatańczyło jakieś tańce-połamańce. Każda klasa miała przygotowane jakieś zabawne scenki. Wszyscy razem zaśpiewali też kilka miłych dla ucha piosenek, a pszczoły samodzielnie zrobione, razem z moją bezskrzydłą na czele, fruwały radośnie w powietrzu.

Potem poczęstowano nas chipsami i lampką wina musującego oraz innymi napojami. A dzieci otrzymały na pamiątkę placaki i książki. Potem ganiały po podwórku szkolnym testując wszystkie dostępne tam zabawki, bo co innego w swojej szkole, a co innego w obcej się bawić.

Spedziliśmy ten czas w bardzo miłej atmosferze.

Wiele rodzin zapewne zorganizowało potem albo innego dnia jeszcze imprezę w domu dla rodziny. Dzieci dostają też oczywiście prezenty z tej okazji. Czasem robi się też specjalne fotografie, które rozdaje się rodzinie kolegom. 

My nie organizowaliśmy imprezy. Prezent jednak był. Młody z niecierpliwością czeka teraz na jego realizację. Młody otrzymał bowiem bilet na koncert Five Finger Death Punch, na który ma się wybrać  razem z tatą do Luksemburga. Jest bardzo podekscytowany. 








Szukanie pracy

Przez kilka dni zgłębiałam możliwości szkolenia się na opiekuna dzieci. W końcu stwierdziłam, że jestem gotowa, by rok się uczyć, o ile finansowo to się jakoś da ogarnąć. Gdy już mi ten temat uszami zaczął wychodzić, postanowiłam w końcu uzupełnić dane w profilu na stronie VDAB i stworzyć jakieś sensowne CV. Trochę czasu mi to zajęło, zanim przejrzałam wszystkie wytyczne i zebrałam stosowne słownictwo niederlandzkie. 

Skoro już miałam CV, postanowiłam sprawdzić, jakie są realne możliwości w kwestii pracy w bibliotece. Zgodnie z podejrzeniami, nie znalazłam zbyt dużo ofert. Na palcach spokojnie wszystkie można zliczyć. No ale lepsze coś niż nic. Większość ofert oczywiście z drugiego końca kraju albo dla ludzi z wyższym wykształceniem. 

Wtedy zobaczyłam ogłoszenie z okolicy i bez większego namysłu postanowiłam na nie zareagować, bo co mi szkodzi? Stało tam, że do zgłoszenia trzeba dołączyć CV, dyplom szkoły średniej i opcjonalnie  list motywacyjny. Taaa, dyplomy z liceum i kursu bibliotekarskiego mam tylko po polsku,  ale przypomniało mi się, że coach mówiła, iż w Belgii częstokroś doświadczenie jest ważniejsze niż dyplom, ale to zależy od pracodawcy. W tym wypadku pracodawcą jest urząd gminy... No ale stwierdziłam, że w najgorszym wypadku zgłoszenie bez stosownego  dyplomu zostanie wywalone do kosza. Czyli nic nie mam do stracenia. List motywacyjny był nieobowiązkowy, ale logika podpowiada, że skoro nie mam tego dyplomu, to choć jakąś sensowną autoreklamę trzeba wysmażyć.

Nigdy nie pisałam żadnego listu motywacyjnego, nawet po polsku, a co dopiero po niderlandzku, ale od czego są interenety i kopiuj-wklej? Znalazłam kilka przykładów, skopiowałam bardziej przydatne elementy, dostosowałam do własnych potrzeb i dopisałam własną historię doświadczeń w pracy i tak powstał - moim nader skromnym zdaniem - idealny list motywacyjny na całą stronę. No w końcu co jak co, ale z pisaniem to jeszcze sobie radzę. Nawet po niderlandzku, jak mam komputer, który jest mądrzejszy ode mnie. Dokumenty google mają świetną autokorektę. Dałam jeszcze Młodej do przeczytania w celu poszukiwania wielkich błędów, ale nie znalazła niczego specjalnego, no to wysłałam razem z CV. 

Zaraz potem pomyślałam, że mogę chociaż sprawdzić, ile kosztuje tłumaczenie tych piekielnych dyplomików. Znowu guglownica poratowała i wyrzuciła kilku tłumaczy przysięgłych. Zadzwoniłam do dwóch, którzy mieli przyzwoite strony internetowe, bo to jednak daje jakąś wiarygodność. Miła pani powiedziała, że na przyszły tydzień mi to tłumaczenie może zrobić, no to panie, jeszcze zdążę dołączyć do zgłoszenia. Dyplom przetłumaczony przez tłumacza przysięgłego i zalegalizowany może robić różnicę i zwiększyć szanse na to, że ktos przynajmniej na to zgłoszenie raz spojrzy, zanim wywali do kosza. Przy okazji się dowiedziałam, że teraz nawet nie trzeba już takich dokumentów mieć na papierze, bo wystraczą elektroniczne z elektronicznym podpisem. Choć, jak dodała tłumaczka, niektórzy ludzie starej daty mają problem z akceptacją eletronicznych dokumentów. 

Wszystko pięknie, tylko te ceny. Jeżu kolczasy - tłumaczenie dwóch papierków 120 euro?! Te ceny wszystkiego dzisiaj to jakieś nieporozmumienie w ogóle, a ja tu, panie, na chorobowym, a przemielenie przez fundusz zdrowia dokumetów może trwać i półtora miesiąca od dostarczenia wszystkiego, co chcieli, zanim zatwierdzą przyznanie zasiłku chorobowego, a potem kolejne dni, zanim ten zasiłek w końcu wypłącą. Szkoda tylko bardzo, że jak faktury człowiekowi wysyłają, to wtenczas nikt nie czeka, tylko zaraz po 2 tygodniach przysyłają upomnienia zwiększone o 10 czy 15 euro. Ja na chorobowym natomiast przez 2 miesiące muszę się obejść bez pieniędzy, tak? Urzędy są chyba wszędzie tak samo popieprzone.

Nie ukrywam, że cieszyłabym się wielce, gdyby mnie zaprosili na rozmowę kwalifikacyjną, choćby po to, by się dowiedzieć, jak to wygląda. Praca ta jest dla mnie wręcz idealna, bo zakres obowiązków i warunki  podobne do tych z PL, no i chodzi o pół etatu, czuli 19 godzin/tydzień w dwóch bibliotekach około 10km od domu. Pracują po południu od 14 do 20 plus soboty i niedziele. Dla mnie bomba. W ogłoszeniu stoi, że szukają kogoś na pół roku z możliwością przedłużenia. Ja tam z pół roku już bym się cieszyła. Jak to mówią,  pomarzyć dobra rzecz.

Tak serio to dla mnie najistotniejsze jest, że możliwości teoretyczne zatrudnienia jakieś tam są . Choć realne szanse są pewnie niezbyt wielkie. No ale SĄ i tego się trzymajmy. Postanowiłam, że wyślę list motywacyjny i CV  do wszystkich okolicznych  bibliotek, tylko najsampierw poproszę kołczkę, by rzuciła okiem na ten mój list i CV i by dokonała poprawek, bo jakoś nie bardzo wierzę, że to jest poprawnie napisane i że błędów nie ma. Po polsku nie była bym pewna, a co dopiero po tutejszemu...

Zapisy do szkoły średniej w Belgii to ciągle cyrk na kółkach

Młody dostał się do szkoły technicznej, którą przy internetowych zapisach ustawiliśmy na pierwszym miejscu. HURRA!

To jest na prawdę szał, łał, szok i niedowierzanie. Wielu jego klasowych kolegów tę szkołę podało jaką pierwszą, ale oprócz Młodego tylko jeden kolega dostał przydział. Co więcej niektórzy z jego kolegów i koleżanek nie dostali przydziału do żadnej z trzech wybranych szkół. Panie, to jest jakaś parodia!

System elektroniczego zapisu wprowadzono w tym roku po raz pierwszy. Nie wiem, jak potem te szkoły są przydzielane. Nie mam pojęcia, czy to według jakich kryteriów, czy wyborem kieruje totalny przypadek, ale stawiałabym raczej na to drugie... Po co było wybierać trzy szkoły, skoro dziecko do żadnej się ostatecznie nie może zapisać? Jeden z kolegów Młodego otrzymał informację, że jest na 10 miejscu na liście oczekujących do tej naszej szkoły i na 52 miejscu do innej. Ale póki co rodzice muszą spróbować w ogóle w jakiejkolwiek szkole mu miejsce znaleźć. Jaja jak berety! Ile to stresu dla rodziców i dzieci. To już kurde lepiej jednak było nocować przez 3 dni pod szkołami, jak dawniej bywało, by zapisać dziecko do wybranej szkoły. To przynajmniej miało sens.

Tak więc, uwierzcie, mieliśmy ogromnego farta! No albo zwyczajnie to ta słynna epicka epickość epickiego Izydora sprawiła, że dali mu miejsce tam, gdzie chciał najbardziej. 

Uzupełniłam już szybciutko dane przez interenet, zgodnie z instrukcją z mejla i wybrałam dla niego klasę inżynierów. Była jeszcze klasa techniczna, no i zawodówka techniczna. Rodzice kolegi też wybrali inżynierską. Rodzice innego kolegi podobno mają spróbować jakoś załatwić swojemu Młodemu przeniesienie po rozpoczęciu roku, gdyby się nie doczekał z listy oczekujących (może ktoś zrezygnować albo mieć za mało punktówm albo nie dopełnić formalności itd). Tata tego chłopaka był swego czasu dyrektorem jednej ze szkół średnich więc może wie, jak sprawić, by syna wcisnąć do danej szkoły.

No ale patrzcie, nie ma to tamto, dzieci byłych dyrektorów szkół też nie mogą iść, gdzie by chciały. Szkoda, że najlepsi kumple Młodego się nie dostali, bo jednak fajnie by było, gdyby całą ekipą poszli do nowej szkoły... Mamy nadzieję, że jeszcze do rozpoczęcia roku komuś uda się tam dostać... Tak czy siak, Młody się cieszy i my się cieszymy.

Po niedzieli jeszcze musimy pójść osobiście do szkoły, by dokończyć formalności dotyczące zapisu. Godzinę już zarezerwowłam.

Zdjęcie nie ma z tym nic współnego.


Dziwne zasady szkolne

We wtorek Młody wraz z kolegami dostał karę za to, że w czasie przerwy południowej skryli się w szkole. Cały dzień lało jak z cebra i dosyć zimno się zrobiło. Przy wilgotności powietrza 95-100% ma się zwykle wrażenie jakby człowiek wilgotne ubrania na się włożył i cały spowity był lepką mgłą. W domu od czasu do czasu właczamy nawet ogrzewanie na chwilę. Nie dla tego, że jest zimno, bo nie jest, ale z powodu koszmarnej wszechobecnej wilgoci. 

Tak właśnie było w miniony wtorek. Deszcz i zimno.

Taka psia pogoda nie przeszkadza  bynajmniej zmuszaniu dzieci do jedzenia swoich kanapek i spędzania reszty południowej przerwy na podwórku. Bo tak nakazuje regulamin flamandzkiej szkoły. I tak oto Młody wraz z kilkoma kolegami zarobili karę, bo postanowili skryć się w szkole, gdyż okropnie zmarzli.

We Flandrii tak nie wolno. Możesz przemoknąć, przemarznąć, nabawić się choroby, ale masz stać jak kołek na szkolnym podwórku, BO TAK, bo jakiś bubek tak wymyślił i żadne okoliczności nie mogą pozwolić na zrobienie wyjątku! Jak ogólnie flamandzka szkoła i system szkolny mi się podoba, tak niektóre sztywne, nie zawsze sensowne i mądre zasady czy schematy mnie zwyczajnie wkurzają. 

Tak właśnie jest z tym tkwieniem na podwórku nawet jak żabami ciska. Gdy wcześniej musiałam chodzić odebrać Młodego, nie raz próbowałam zrozumieć sens tak sztywnego trzymania się regulaminu.

Wyobraźcie sobie sytację, że leje jak z cebra, wiatr 80km/h, zimno jak diabli, a dzieci wraz z belframi stoją 10 minut na podwórku w szeregach, a rodzice stoją pod zamknietą bramą w tym deszczu i wietrze szczelając zębami i moknąc do majtek. Co prawda lekcje już dawno się skończyły, ale regulamin mówi, że bramy otwierane są po drugim dzwonku, no to trzeba czekać uparcie, aż zadzwoni ten cholerny dzwonek ogłaszający otwieranie bram. Bo nie może w takich wyjątkowych okolicznościach dyrektor ogłosić wyjątkowej sytuacji i wyjątkowo pozwolić na otworzenie bramy 5 minut wcześniej i wypuszczenie dzieciaków te 5 minut wcześniej do domu. 

Tak samo podczas południowej przerwy - wszyscy muszą jeść kanapki na podwórku, bo jedzenie kanapek na podwórku i popijanie ich lodowatą wodą jest najlepsze i najzdrowsze dla każdego dziecka. W naszej szkole jest jadalnia, ale na jadalni można jeść tylko zimą. Dlatego ja już dawno przestałam się dziwić dlaczego moje dzieci nie chciały w ogóle brać do szkoły kanapek. Ja bym też nie jadła kanapek na podwórku, bo by mi śmierdziały mokrym psem i mogła bym się porzygać. Lepiej w ogóle nic nie jeść cały dzień. Oczywiście wiem doskonale, że normalsi, zwyklaki, czyli ludzie obdarzeni zaledwie przeciętną wrażliwością tego za diabła nie zrozumieją, bo im pewnie nie jest ani ekstremalnie mokro, ani ekstremalnie zimno, ani żarcie im nie wali mokrym psem. 

O ile ogólnie spędzanie przerw na świeżym powietrzu uważam za świetny, godny naśladowania zwyczaj, tak brak możliwości dostosowania tych zasad do warunków pogodowych czy choćby zdrowia i samopoczucia dzieci uważam za nienormalny. No sorry.

Mówiąc o przerwach na podwórku warto dodać, że pandemia ludzi kompletnie niczego nie nauczyła i nic nie zmieniła w kwestii higieny w szkole (i poza szkołą). Jak nie myto tu rąk, tak nadal się nie myje. Gównażeria goni po podwórku, paprze się w błocie, obciera se nosy ze smarków rękami, wymienia uściski dłoni i przytulasy, a potem siada do jedzenia. Po wyjściu z kibla też mało kto łapy umyje. Zresztą ja w czasie korony zaliczyłam opad szczęki na asfalt, gdy raz przypomniałam Młademu, by zawsze - epidemia czy nie - mył graby mydłem po wyjściu z kibla, a ten na to, że u nich w żadnej łazience nie ma mydła. Kurtyna.

W ogóle z jedzeniem pod gołym niebem to tutaj ludzie coś mają nie ten teges. Ja nienawidzę jeść na zewnątrz, no chyba że lody czy jakieś inne przekąski, ale, panie,  nie obiad. Kanapkę czy frytki  tam od biedy jeszcze opędzluję na ławce pod chmurką, gdym bardzo głodna, ale obiad? FUJ! Nie po to człowiek zostawił jaskinie i zaczął budować domy, by żyć jak jaskiniowiec. Zlitujcie się! Natomiast Belgowie kochają jeść pod gołym niebem. Gdy latem zachodzimy do restauracji i pytamy, czy możemy zjeść w środku to wszyscy patrzą na nas, jak byśmy się z choinki urwali. Zazwyczaj jesteśmy jedynymi ludźmi siedzącymi w środku, choć na zewnątrz brakuje stolików, bo Belg lubi jak mu muchy po jedzeniu chodzą, liście do zupy wpadają, gołębie na buty srają i jedzenie śmierdzi mokrym psem... Ja nie lubię. 

Pomysły różne kwadratowe i podłużne

Lubię za to chodzić po lesie. Coraz lepie mi idzie z tymi spacerami. No dobra, nie codziennie uda mi się wygonić siebie na spacer, ale się staram. Ostatnio przeszłam blisko 7 kilometrów po naszym lesie i nic mnie nie bolało z tego powodu. Strasznie się tym jaram.

W miniony weekend odbył się kolejny maraton browarowy i ja patrząc na bramę pobliskiego browaru ozdobioną plakatem, powiedziałam do Małżonka, że na drugi rok w końcu wezmę w tym udział. Tam można biec, ale można też iść. Zabawa polega na tym, że łazi się od browaru do browaru i w każdym próbuje się piwa. Małżonek piwa nie pije, ale oświadczył, że też mógłby pójść. 


selfie queen ;-)

Dla hecy podesłałam też mojej nowej kumpeli link do strony Elftopii festiwalu fantasy, w którym też chciałabym raz w życiu wziąć udział, bo spotkanie z innymi dorosłymi czubami, którzy się nie wstydzą publicznie pokazać w odjechanym przebraniu i stosownie do przebrania się zachowywać, musi być bardzo relaksującym i fascynującym doświadczeniem. Jeszcze nie wiem, czy wezmę udział w tym roku, ale nie wykluczam tego typu zagrywek. Bo mogę. Czy ktoś z was był na tej imprezie albo podobnej? Idziecie z nami...?

Przedwczoraj uzgodniłyśmy też z Najstarszą, że bedziemy razem chodzić wieczorami ze 3 razy w tygodniu, bo ona chce ćwiczyć systematycznie, ale co się raz zabierze to zaraz przestaje, w kupie zawsze raźniej. Młoda też jest na tak. Czy się uda, zobaczymy, ale musimy na pewno jakieś zasady ustalić, bo inaczej znowu będzie o kant dupy. Bo plany planami a życie życiem.

Ramię boli mnie coraz mniej, ale jeszcze boli. Teraz robię ćwiczenia u kinezystki. Ta niesprawność łapy mnie trochę ogranicza i powstrzymuje, bo ręka jest potrzebna nie tylko do machania i sięgania, ale też do podpierania się i trzymania, gdy inne części ciała coś robią. 

Przemęczenie - wiekopomne odrycia oczywistych faktów

Zaczynam podejrzewać, że w przeczytanym przeze mnie niderlandzkojęzycznym artykule nt przemeczenia mogło być całkiem sporo prawdy, o którą zwykłego zmęczenia by człowiek z pierwa nie podejrzewał.

To że ma wpływ na myślenie i koncentrację to wiedziałam. 

Wiedziałam, że na przemęczenie spanie ani odpoczynek nie pomaga. 

Wiedziałam jeszcze wiele innych wymienionych tam rzeczy...

Odkryciem jednak było dla mnie np, że przemęczenie może powodować ból mięśni i stawów, bo organizm zużywa całą energię na walkę ze zmęczeniem, czyli regenerację i nie starzca mu paliwka dla wielu organów. Gdy to człowiek przecyzta czarno na białym, widzi w tym logikę i sens. Strzela sobie face palm i woła: NO FAKTYCZNIE!

Drugim zakoczeniem był objaw. Patologiczne myślenie o wakacjach i urlopie. O tak, tak właśnie miałam. Nawet z tego bloga to szło wywnioskować, gdy po chemii i naświetlaniach tak bardzo potrzebowałam wakacji, wyjazdu; to było dla mnie przez spory czas obsesją. Pamiętacie, jak potem byłam zawiedziona, że to nie spełniło zadania, że nic nie zmieniło. Ten artykuł naświetlił mi, dlaczego. Organizm jest zmęczony i woła o litość. Wakacje w naszej głowie = odpoczynek. No więc mózg wyciąga te wakacje na sam wierzch i podtawia nam pod nos, by dać do zrozumienia, że musimy odpocząć. Tym sposobem wprowadza nas poniekąd w błąd, bo człowiek źle to interpretuje... Zwykłe wakacje to za mało w przypadku przemęczenia, czy takiej choroby jak rak oraz  jego leczenie. 

Widzicie, siedzę na zwolnieniu lekarskim już kolejny miesiąc i jeszcze sie mój organizm nie zregenerował, a ja chciałam to w dwa dni załatwić... I to jest właśnie mój - i chyba nie tylko mój - największy problem. Ja nie mam i nie chcę mieć czasu na odpoczywanie, bo ja muszę szybko do przodu, dokądś, nawet nie wiem dokładnie gdzie ani za czym ,ale muszę.  Nie mam czasu na siedzenie, na leżenie, na odpoczynek, bo ciągle jest tyle do zrobienia, do zobaczenia, do odkrycia, do nauczenia, do załatwienia... 

Powiedzmy sobie szczerze, teraz ciągle tak mam. Nie chodzę do pracy, a każdy dzień wydaje mi się za krótki. Bywają dni, że mimo ładnej pogody nie udało mi się nawet na chwilę wyjść z domu, bo jeszcze to, jeszcze tamto. Każdego wieczoru ze smutkiem zauważam, że kolejny dzień minął, a ja tyle rzeczy jeszcze miałam zrobić... JAK MNIE TO WKURZA!

Nie umiem planować sensownie dnia. No dobra, może i umiem, ale nigdy tak na prawdę tego jeszcze nie próbowałam robić... Jadę na spontanie. Widzę, że coś jest do zrobienia, to robię. Często mylę się w oszacowaniu czasu, który jest potrzebny na wykonanie poszczególnych zadań. Dużo rzeczy dodatkowych wychodzi przy tym w trakcie wykonywania innych i ja idę za ciosem. 

Podam przykład. 

Zadanie: ugotować na obiad ziemniaki z mięsem. Planowany czas wykonania: godzina. Pi razy drzwi.

Wykonaie: Idę do kanciapy, by wyjąć mięso z lodówki. Zauważam tam pralkę z ukończonym praniem. Wyjmuję pranie i wynoszę na podwórko, by rozwiesić. Rozwieszając zauważam, że kury narobiły pod drzwiami, więc biorę miotłę by zamieść, ale się okazuje, że trzeba użyć wody. Rozwinąwszy wężą stwierdzam, że mogę przy okazji umyć rower. Skoro już założyłam gumiaki, to trawy przyniosę dla świnek. Myśl o świnkach i gumiaki przypominają mi, że trzeba im posprzątać (świnkom, nie gumiakom). Idę sprzątac świnkom i wynosząc dywaniki do wytrzepania przypominam sobie o obiedzie. Lecę po ziemniaki do szopy i po to mięso, po które poszłam ...o jeżu, już 2... 3... 4... godziny temu. 

A od przyniesienia produktów do ugotowania jeszcze pierdyliard pomysłów się nawinie. I tak wygląda u mnie każdy dzień i wykonywanie każdego zadania. Mów mi chaos.

Tak czy owak w tym tygodniu stwierdziłam i zauważyłam, że mój stan zdrowotny jest dużo lepszy niż w okresie październik - marzec. O niebo lepszy.

Mózg funkcjonuje już bardzo dobrze, co daje się zauważyć na lekcjach niderlandzkiego. Jestem zmęczona co prawda, ale tak samo jak pozostali. Gadamy czasem o tym i wielu ludzi jest wieczorem na lekcji bardzo zmęczonych po pracy i codziennych obowiązkach. Kontaktuje już całkiem dobrze i rozumiem oraz wiele zapamietuję nowych rzeczy. 

Nie bolą mnie stawy. Pomijając ten stan zapalny, nad którym pracuję, jest prawie że normalnie. Rano odczuwam sztywność niektórych stawów. Najbardziej dłoni, co tłumaczę siedzieniem przy kompie i stukaniem w klawisze przez sporą część dnia. Kolana czuję odrobinę przy schodzeniu po schdach, ale schodzę już prawie normalnie rano. W nocy gorzej, ale lepiej niż wcześniej.

Nie męczy mnie przemaszerowanie nawet 7 km. Nie powoduje to bólu kolan ani stóp. Różnica zatem ogromna.

Dysponuję swoim normalnym poziomem optymizmu i radości życia. Nie, że od razu sram tęczą, ale po prostu mam normalny mi poziom szczęścia i normalną dla mnie ilośc gorszych momentów.

Nie jestem jeszcze w pełnej formie. Zdecydowanie nie. Jest po prostu wielki postęp, który mnie raduje i zachęca do daleszej pracy nad sobą i swoim światem. 

Ciagle zastanawiam się nad ewentualnym powrotem do swojej pracy. Znaczy waham się, czy po zakończeniu chorobowego lepiej bedzie poprosić o przedłużenie, czy lepiej bedzie wrócić np z mniejszą ilością godzin. Pierwsza opcja wydaje się rozsądniejsza, ale się waham jeszcze. Jeszcze mam miesiąc czasu na zastanowienie wszystkich za i przeciw. 

Od czasu do czasu myślę też o zaplanowanych wakacjach, ale już przestało mnie to palić, co też świadczy o postępach w zdrowieniu i wychodzeniu z kupy. 

Inna sprawa, że ja się o tych wakacjach zwyczajnie boję myśleć za dużo, bo boję się zawodu, w sensie, że znowu coś się wysra na to. Przez ostatnie lata zbyt często wszystko szło nie tak i zbyt często nie udawało się zrealizować planów. Dlatego teraz zwyczajnie boję się cieszyć na cokolwiek i dlatego dużo rzeczy robię spontanicznie bez większego zastanowienia. 

Jednak bardzo chcę pojechać do tego Amsterdamu, przespać kilka nocy w tym burżujskim hotelu, który wybrałyśmy z Młodą i zobaczyć te wszystkie miejsca, które znalazłyśmy w internetach. No i ciastki z ziołem kupić oczywiście, bo to jesyt wszak główny powód wybrania Amsterdamu. Mówiąc szczerze to o wiele bardziej podoabją mi się te czasy niż te, w których dzieci chciały po prostu iść do zoo.

Książka

Ten tydzień sponsorowała książka Tima O'Briena pt: "Rzeczy które nieśli".
Mało ostatnio czytam. Nie idzie mi za bardzo, bo mam zbyt wiele alternatyw dla tej rozrywki. Dlatego książce pośiwęcam tylko chwilę w łóżku przed pójściem spać, a ta chwila jest krótka, bo sen ją przegania. Starość nie radość. Gdzie te czasy, kiedy czytało sie do białego rana?

O tej książce przecyztałam już nawet nie pamiętam gdzie i nagle mnie obsesja dopadła na jej punkcie. Im bardziej nie mogłam jej znaleść, tym bardziej zależało mi na jej przeczytaniu. Typowe dla mnie zagranie.
W końcu zakup mikroskopu doprowadził do zakupu tej książki. Co ma piernik do wiatraka? Ano to, że moja nowa koleżnka pani doktór biofizyk zaleciła kupić dla Młodego stare repetytoria z biologii dla kandydatów na studia i ona mi te książki na słynnym Allegro znalazła. Nie korzystałam z tej strony odkąd jestem w BE, więc byłam niemal w szoku zobaczywszy, że teraz można tam kupować z Belgii i nawet ceny se w Euro można wybrać. No, panie, śliczota! Skoro już dopadłam jakiegoś antykwatriatu to przeszukałam go wzdłuż i wszerz. No i znalazłam te "Rzeczy...". Za 3 czy 4 dni kurier już stał pod drzwiami. 

Co jest takiego specjalnego w tej książce. Nic. Ktoś gdzieś napisał, że to "najlepsza książka o wojnie". Zaiste. Nie czytałam wszystkich książek o wojnie, ale ta jest dobra. Tak na prawdę mało mówi o wojnie, przez co mówi bardzo dużo. Autor opowiada bzdury, by pokazać prawdę, której sam tak na prawdę nie zna, bo już nie odróżnia jej od kłamstwa. Na prawdę bardzo dobra książka. I wcale nie tylko o wojnie, bo na wielu stronach widziałam własne uczucia z trudnych momentów życiowych.