Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmęczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmęczenie. Pokaż wszystkie posty

17 listopada 2024

Z porakowym zmęczeniem nie wygrasz tradycyjnymi metodami.

 Miałam odpoczywać i się releksować, a tymczasem ten tydzień chorobowego spędzony w domu zdawał mi się gorszy niż jakbym chodziła do pracy. Czułam się okropnie. 



Zmęczenie trwa. TO PORAKOWE zmęczenie, przy którym nie wystarczy usiąść na dupie, napić się czegoś dobrego i posilić, by poczuć się lepiej. To zmęczenie powodowane jest w sporej części przez medykamenty, a w dużej mierze przez ciężko pracujący i wystawiany na szkodliwe bodźce i emocje mózg. Wysiłek fizyczny też ma tu zapewne swój udział, ale jednak w moim wypadku to mózg zużywa najwięcej energii no i to zmęczenie bierze się z nikąd, z niczego, ze środka. Ono tam jest cały czas i wyłazi kiedy chce... Bo może.

Przekonałam się o tym dobitnie właśnie w tym tygodniu, gdy siedziałam, czilowałam bombę, jadłam owoce i inne dobre rzeczy, piłam dużo wody i herbatek, spacerowałam spokojnie po świeżym powietrzu, rozmawiałam z rodzinka, a zmęczenie tylko się potęgowało. Zero w tym logiki czy jakiegoś związku przyczynowo skutkowego. To nie ma żadnego sensu. To trzeba brać na wiarę i czucie.

Mój mózg świrował, cudował i gnał, gnał, gnał myśli przed siebie bez ustanku całe dnie i co gorsza całe noce. Myślałam bez ustanku, czytałam, robiłam notatki, dyskutowałam z Małżonkiem, przekopywałam intermety w poszukiwaniu informacji na temat pracy po raku i życia po raku. Wiedziałam, że samo siedzenie w domu nic nie da, w niczym mi nie pomoże. Na pewno nie śmieszne 2 tygodnie spędzone w domu. Bo już znam ten system mojego porakowego ciała. Przerabiałam to już i wiem, jak to działa i że zwyczajne metody tu nic nie poradzą.

Potrzebuję coś zmienić. Albo w pracy albo w sobie, albo i tu i tu jednocześnie... Musiałam znaleźć jakieś pomysły, musiałam wymyślic nowatorskie rozwiązania do wypróbowania. Nie ważne, czy to zadziała, czy przyniesie jakieś wymierne korzyści. Ważne, by próbować coś zmienić, by spróbować czegoś nowego, ugryźć to z innej strony. Poddać się można zawsze, ale dopiero jak skończą się pomysły.

Czytałam więc namiętnie belgijskie internety. Jest np taka dobra strona "wszystko o raku" czyli "alles over kanker" https://www.allesoverkanker.be/, na którą co jakiś czas trafiam, by poczytać, ale  nie sposób przeczytać wszystko na raz, a tym bardziej choć z połowę zapamiętać, szczególnie, gdy pamięć zawodzi...

Na stronach szpitali jest również wiele ciekawych fachowych informacji. Tym razem odkryłam stronę szpitala uniwersyteckiego w Gandawie: https://www.uzgent.be/zorg-na-kanker, gdzie przeczytałam po raz kolejny coś, o czym ciągle muszę sobie na nowo przypominać...

Langdurige vermoeidheid is een van de belangrijkste neveneffecten van een kanker(behandeling). Ze beïnvloedt in sterke mate de levenskwaliteit van patiënten en hun naasten.
Kankergerelateerde vermoeidheid verbetert vaak het eerste jaar na de behandeling. Toch heeft ongeveer 25 tot 30 procent van de patiënten er langdurig last van. 

"Długotrwałe zmęczenie jest jednym z najważniejszych skutków ubocznych leczenia raka. Bardzo wpływa na życie pacjentów onkologicznych i ich rodzin. Zmęczenie związane z rakiem często ustępuje w pierwszym roku po leczeniu. Jednakże około 25-30% pacjentów cierpi długo z tego powodu."

Dalej stoi czarno na białym, że charakterystyczną cechą tego porakowego zmęczenia jest to, że jest ono nieoczekiwane i nieprzewidywalne, intensywne, trwałe i niemające wyraźnego związku z wysiłkiem oraz odpoczynkiem czy snem.

Piszą tam też, że mechanizm powstawania tego porakowego zmęczenia jest złożony i obejmuje szereg czynników biopsychospołecznych, czyli że składa się nań to jak i czym leczony był dany pacjent, jak organizm jego zareagował na te leczenia, w jakim środowisku pacjent się obraca i jakie są wobec niego oczekiwania, ile zrozumienia odnajduje w otoczeniu i jak sobie z tym wszystkim radzi oraz pierdyliard innych rzeczy. Na stronie podany jest nawet przykład, który znam z autopsji i który powoduje, że czasem  mam ochotę kimś potrząsnąć mocno i zaryczeć by spierdalał... . "To zmęczenie jest takie frustrujące. Mówię, że jestem zmęczony, a inni na to, że oni też czasem bywają zmęczeni [...] To jest jak cios młotkiem, że nagle nie możesz już nic więcej zrobić". Tak, znam to. Mam to. 

To jest to, o czym ja ciągle tu opowiadam (i czego pewnie większość nie rozumie, bo to trzeba poczuć), ale dla mnie jest ważne, gdy czytam czy słyszę o tym gdzieś, gdy jakiś fachowiec czy inny pacjent potwierdza to, co ja czuję, co oznacza dla mnie, że nie wydaje mi się,  nie jest to złudzeniem, nie zdziwiam i że nie jest to nic nadzwyczajnego, że wielu innych ludzi też tak ma, ale też że są ludzie, którzy faktycznie szybko i łatwo do zdrowia wracają, bo i to jest ważne. Łatwiej się żyje z danym problemem wiedząc, że inni też z podobnymi dolegliwościami i trudnościami się borykają, ale wiedza, że niektórzy tego problemu nie znają, jest również ważna, bo inaczej człowiek zobaczy takiego żeśkiego ozdrowieńca i pomyśli sobie, że też musi być jak on żeśki, silny, w pełni zdrowy... i będzie próbował do upadłego... 

Dla porównania pokazano tam też tabelę, którą też tym razem postanowiłam sobie skopiować, bo jest to dla mnie ważne:

ZWYCZAJNE ZMĘCZENIE                                                PORAKOWE ZMĘCZENIE

- przewidywalne, oczekiwane                                                -   nieprzewidywalne, nieoczekiwane

- normalny proces                                                                   - wyraźny symptom 

- krótkotrwałe                                                                         - długotrwałe

- wyraźna przyczyna, związane z wysiłkiem                           - brak wyraźnej przyczyny czy związku z                                                                                                             wysiłkiem

- sen i wypoczynek pomaga                                                    - sen i wypoczynek niewiele pomaga


O tych różnicach też już wielokrotnie tu pisałam, ale to były moje własne odczucia i przemyślenia, które teraz zobaczyłam czarno na białym spisane w rządku przez specjalistów onkologicznych z uniwersyteteu. Jakkolwiek głupio czy dziecinnie by to nie zabrzmiało, takie fachowe teksty potwierdzające to co samemu się czuje mają dla mnie ogromne znaczenie. Czynią jakby moje odczucia fizyczne czy emocje bardziej prawdziwymi, ważnymi. Mówią, że mam prawo tak się czuć, czyli nie muszę się tu jakoś czuć winną, dziwną, nienormalną ani też wyjątkową. Mówią, że to jest normalny objaw, czyli że nie trzeba się tu niczego więcej doszukiwać. Bo czasem człowiek się zastanawia, co jest kuźwa ze mną nie tak, że inni, nie rzadko dużo starsi skończyli leczenie i żyją dalej jak gdyby nigdy nic, a ja nie mogę się podnieść ani pozbierać. Bo my ludzie lubimy się porównywać i ścigać z innymi. Mamy to we krwi, w genach czy nam się to podoba, czy nie... Innej postawy musimy się dopiero nauczyć. Zwykle na własnych błędach i porażkach.

U niektórych to zmęczenie trwa miesiące, u innych długie lata. Niektórzy nie są w stanie wykonywać pracy, innym udaje się na jakąś część etatu pracować, ale np rezygnują z hobby, ograniczają życie towarzyskie i inne wyjścia... 

Niektórzy uważają (na tych stronach też o tym było), że człowiek powinnien poszukać podobnych sobie i z nimi kontakt utrzymywać, bo swój swojego zrozumie najlepiej i to jest na pewno świetna sprawa dla normalsów, czyli ludzi lubiących i ceniących sobie życie towarzyskie, lubiących spotykać się z innymi, czy choćby przez telefon czy internet z niemi gadać. Tyle, że ja do tej grupy nie należę. Dla mnie spotkania towarzystkie na dłuższą metę są nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania. Lubię czasem z kimś się spotkać, czasem z kimś pogadać, ale podkreślam tu CZASEM.  Raz na kilka miesięcy lubię do kogoś pojechać albo do siebie kogoś zaprosić. Raz na kilka miesięcy z chęcią pogadam z kimś nawet i godzinę przez telefon. To musi jednak być właściwy moment, właściwy dzień, w którym mam chęć na socjalizowanie się. Nie wyobrażam sobie, że systematycznie gdzieś wychodzę, z kimś się spotykam albo że ktoś do mnie non stop, codziennie czy co tydzień nawet dzwoni. To było by okropne. No chyba by mnie szlag trafił. 

Już do różnych grup się przez internet zapisywałam w życiu: grupy hodowców papużek, królików,  fani puzzli czy Harrego Pottera, kreatywna praca z dziećmi,  rodzice dzieci z autyzmem, depresją, sprzątaczki, grupy blogerów, zwiedzanie Belgii, mikroskop amatorsko, fotografia amatorska i tak dalej i tak dalej. Każda z tych grup była ciekawa i zwykle ze trzy dni czytałam wypowiedzi, sama się intensywanie udzielałam, by czwartego czy siódemgo dnia zapomnieć o istnieniu grupy, potem po miesiącu czy roku sobie przypomnieć, znowu coś napisać, przeczytać a po jakimś czasie odejść, bo przecież to nudne i uciążliwe na dłuższą metę takie wymiany poglądów z innymi.

Należenia do jakiejkowliek grupy onkologicznej to już w ogóle sobie nie wyobrażam. Zapewne poznać można w ten sposób fascynujące osoby i wielu rzeczy się dowiedzieć, ale spotkania były by dla mnie bez wątpienia zbyt  męczące. No a poza tym mieszkam przecież na totalnym zadupiu. Żeby się z kimś spotkać trzeba by tę wieś móc łatwo opuszczać, a tymczasem od nas w dzień roboczy odjeżdża jeden autobus na godzinę na jednej trasie. W weekend co 2 godziny, a wieczorami nie jeździ nic. 

Myślałam nad tym trochę w tym tygodniu. Nie nad grupami onkologicznymi, ale już nad jogą dla pacjentów onkologicznych owszem. Jest taka za friko w szpitalu, w którym się leczyłam. Tyle, że to kilkanaście kilometrów od mojego domu. I tak ze wszystkim, co chciało by sie robić i co mogło by pomóc w odstresowaniu - wszędzie mam kuźwa daleko. A czasem nie dość, że daleko to jeszcze drogo. Kiedyś na basenie wzięłam ulotkę o Tai Chi i już nawet się napaliłam... bo to by fajne było. Tai Chi to taka sztuka dla zramolałych staruszek akuratna. Jak zobaczyłam ceny, to trzy dni szczenę z gleby zbierałam. Basen zresztą też jest daleko, bo z chęcią bym chodziła choć raz w tygodniu, ale tam się więcej jedzie niż pływa. 

Tak więc zorganizowana relaksująca aktywność fizyczna choć kusząca to nieosiągalna czyli nieprzydatna dla mojego przypadku.

Ważniejsze, że w końcu znalazłam przynajmniej to czego szukałam, a co mi się wydawało, że gdzieś kiedyś mi się o uszy obiło, ale nie byłam pewna, czy mi się nie śniło... Znalazłam informację, że przy takim chronicznym porakowym zmęczeniu i otępieniu utrudniającym mi wykonywanie pracy mogę się postarać w VDAB (biuro pracy) o uznanie tymczasowej niepełnosprawności (czy jak to nazwać) na (wstępnie) 2 lata oraz związanej z tym premii dla mojego pracodawcy, które to pieniądze mają np zrekompensować fakt, że wolniej czy mniej wydajniej pracuję albo np zapewnić mi opiekuna, czyli kolegę, który będzie mi pomagał, wspierał itp, czy tam jeszczde inne rzeczy, ale te inne mnie nie dotyczą.

Wydrukowałam sobie stosowne dokumenty do wypełnienia przez lekarzy oraz inne do wypełnienia przeze mnie samodzielnie lub z pomocą pracodawcy. Nie wiem tylko, ile trwają takie procedury ani czy w ogóle uda się takie coś otrzymać, ale bez wątpienia warto się o to postarać, by mieć więcej możliwości w pracy i czuć się zwyczajnie komfortowiej z tym faktem, że nie wykonuje się roboty tak dobrze, jakby się chciało i jak inni ją wykonują, że więcej się potrzebuje odpoczywać, czy np tylko popołudniowe dyżury dostawać... To mogło by też znacznie zmienić oczekiwania innych wobec mnie w pracy, a być może nawet więcej zrozumienia przydać.

Wkurzyłam się tylko znowu, że człowiek sam musi takich rzeczy sobie szukać, że nikt ci nie powie, nie doradzi. Kuźwa, przecież ten cały ciul zwany koordynatorem-powrotu-do-pracy, który oficjalnie mnie prowadził chyba do chuja pana powinien mi takie informacje przekazać, bo taka osoba jest właśnie od tego, jak dupa od srania. Tak samo jak ta baba z VDAB, która oficjalnie w szkole nam miała doradzać i odpowiadać na pytania. Szkoda, że to wszystko tylko teoretycznie, bo w praktyce to babsztyl nawet na mejle nie raczył nikomu odpowiadać. 

Wcześniej się u lekarki zrytowałam z tego samego powodu, bo ona stwierdziła, że ja powinnam tę pracę w ogóle na innych zasadach zacząć po wcześniejszej niezdolności do pracy. Skoro teraz pracuję na pół etatu, to powinnam ciagle dostawać częściowy zasiłek, jeśli wcześniej pracowałam więcej, ale teraz już na to za późno, bo to trzeba było jakieś specjalne formularze wypełnić i specjalną zgodę z funduszu zdrowia otrzymać... O czym, co zdaje się oczywiste, powinien mnie był ów wyżej wymieniony koordynator nie tylko poinformować, ale wręcz pomóc mi to załatwić. No ale ważne że on sam ma cieplutką posadkę polegającą na pierdzeniu w stołek całe dnie, po co miałby robić cokolwiek, wszak wypłata się należy czy się stoi, czy się leży... A gdybym miała wcześniej to uznanie z VDAB, to pracowadca przyjmujący mnie po niezdolności do pracy dostał by też jakiś hajs za to, że taką osobę raczył zatrudnić... Że też człowiek u lekarza rodzinnego albo zupełnie przypadkiem się takich rzeczy dowiaduje, a nie tam gdzie powinien.

No i tak, ja czy Małżonek oraz wielu innych ludzi uczciwie pracujących wyrzucamy sobie, że nie możemy pracować tak wydajnie jakbyśmy chciali, bo zdrowie nam niedomaga, staramy się nie chorować za dużo ani urlopów z byle powodu nie brać, a tymczasem ludzie pracujący w tych wszystkich instytuacjach mających nas maluczkich wspierać, pomagać nam, doradzać mają swoją robotę w dupie. Oni się tam nie szczypią, nie mają wyrzutów sumienia. Oni nawet nie wiedzą za bardzo, co należy do ich obowiązków ani na czym ich praca tak w ogóle polega... Takie mam przynajmniej często wrażenie. Ale kij im wszystkim w oko i chuj na grób. 

Spisałam gruntownie wszystkie rzeczy, które muszę zmienić i dopasować w swoim życiu codziennym, a także te które chciałabym zmienić w pracy, gdyby się tylko dało, a nawet te, które potrzebuję zmienić, poprawić i naprawić w sobie.

Te pierwsze wstępnie omówiłam z Małżonkiem, a w daleszej konsekwencji zamierzam omówić z resztą z Piątki, potem wprowadzić w życie na mocy ustawy Bo-Matka-Tak-Mówi.

Te drugie zamierzam omówić z szefową. Zaraz po niedzieli napiszę do niej na Whatsappie, by się umówić na spotkanie. Zrobiłabym to w tym tygodniu, ale ona była na urlopie... 

Co dosyć niefortunnie się złożyło, bo ona na urlopie, ja nagle 2 tygodnie na wolnym, a inna koleżanka dzień po mnie napisała, że ma zwolnienie do grudnia. 

Czytałam cały czas, co piszą dziewczyny na grupie i widziałam, że musiały się dwoić i troić, by sprostać opiece nad dziećmi. Udało im się zdobyc jakąś jedną, czy dwie wolontariuszki, koleżanki oczywiście zgłaszały się do dodatkowych dyżurów i ciągnęły nadgodziny, uprosiły jakies nauczycielki, by pomogły im w przeprowadzaniu dzieci pomiędzy świetlicą a szkołą, bo czasem wychodziło tak, że jedna osoba musiała przeprowadzić ponad 20 dzieci, co jest niebywale niebezpieczne, a czasem wręcz niemożliwe. Jednym słowem niezłego bigosu narobiłam tym swoim chorobowym. Nie powiem jednak, bym jakoś się bardzo tym przejmowała. Gdybym chodziła do pracy, świetlica lepiej i łatwiej by funkcjonowała, nawet biorąc pod uwagę fakt, że ja pracowałabym w zwolnionym tempie, bo tak właśnie działał mój zmęczony mózg... Jednakże dla mnie by to wcale dobre nie było. Zwolnienie lekarskie jest legalne i tak ktoś to wymyślił właśnie uznając za sensowne i potrzebne... czy się to komuś podoba, czy nie. 

Mnie to zwolnienie bez wątpienia było potrzebne nawet mimo tego, że na zmęczenie jak dotąd mi nie pomogło, a nawet chyba wprost przeciwnie. To wszystko jednak co zdążyłam przemyśleć i spisać było mi potrzebne, bo być może dzięki tym informacjom i pomysłom będę mogła nadal tę pracę wykonywać i wydostać się z tej czarnej dupy. Nie jest to może na 100% pewne, ale warte spróbowania.

Poza tym to złośliwie sobie nawet pomyślałam, że po takiej jeździe, jaką miały koleżanki przez moją nieobecność, to może one bardziej moją obecność teraz doceniać będą...? Mogą mnie też znienawidzić, ale staram się być dobrej myśli chłe chłe.

Kwestią naprawy siebie też już się zajęłam poprzez umówienie się na wizytę u naszej psycholożki. 

Dłużej teraz trzeba czekać, niż poprzednimi razy, bo ponad tydzień, a nie że zaraz na drugi dzień, jak poprzednio, ale za to teraz jest tanio, bo wizyty będą mnie kosztowały tylko 11€, gdyż tej pani udało się uzyskać stosowne certyfikaty, by zostać psychologiem, u którego wizyty (ograniczona liczba) opłacane są przez RIZIV. Standardowa cena wizyty to 70€, z czego nasz fundusz 20€ zwraca. Tyle płaciłam poprzednimi razy, ale teraz chyba bym się nie zdecydowała na wizyty po 7 dych, bo to jednak kupa hajsu, nawet jak się tylko co 2 tygodnie chodzi...

Czego oczekuję od psychologa? Między innymi pomocy w znalezieniu właściwej metody na relaks, walkę ze stresem, innego spojrzenia na moją sytuację i siebie, które to obrazy być może mi umykają; podpowiedzi jak zwolnić swoje życie i jak opanować gonitwę myśli i polepszyć swoją jakość snu. Tak, mam całą długą listę życzeń... ;-)

Kobieta jest w moim wieku i ma ponad 20 lat doświadczenia w zawodzie, a w tym coś koło 10 lat z pacjentami onkologicznymi. Zna się na rzeczy i czuję się u niej bardzo rozumiana, co samo to już warte jest wizyty... Nie wiem, czy we wszystkim mi pomoże, co sobie umyśliłam, ale na pewno jakieś porady i podpowiedzi otrzymam. Dalej już sobie sama pójdę. 

No a poza tym to sobie tak myślę, że w razie gdyby moje zdrowie jednak dalej odmawiało współpracy, a praca okazała się na dłuższą metę niemożliwa, to dobrze jest mieć tu i ówdzie jakieś medyczne dossier grubo zapisane, by w razie biedy starać się o uznanie choćby częściowego inwalidztwa i zasiłku. 

Mam nadzieję, że wcześniej czy później uda mi się w końcu dograć moje ciało do tej czy innej pracy i ze swoim zdrowiem ją pogodzić. Jednak dobrze jest mieć w obwodzie jakiś plan B a nawet C i D, bo nikt nie przewidzi, co los nam przyniesie w darze.

O, i takimi rzeczami zajmowałam się właśnie w tym tygodniu zarówno za dnia jak i w nocy. To drugie było zdecydowanie niezamierzone, nieplanowane i niepożądane, ale z mózgiem nie wygrasz. Jak se postanowi, że o 2 w nocy będzie o czymś myślał, to nic go nie powstrzyma. Mimo tego, że źle sypiałam, starałam się wstawać w miarę rano, czyli nie później niż o siódmej trzydzieści, by zachować swój stały system wstawania i chodzenia spać. W dzień zdarzało mi się poleżeć a nawet podrzemać, ale nie sypiam za dnia prawie nigdy, bo źle się po tym czuję.

Obejrzałam też kawałek Netflixa z Małżonkiem, który też ciągle chorował. Obejrzałam też z Młodym parę filmów. Dokończyliśmy wreszcie szósty sezon Good Doctor. Potem on zaproponował, bym obejrzała z nim stary film Fight Club, który to film on sam już ponoć dwukrotnie sam obejrzał i chciał mi go pokazać. Ja z kolei zaproponowałam mu obejrzenie Lotu, który też mu się spodobał. Na koniec zaczęliśmy oglądać Doktora House'a. Ja oglądałam ten serial, jak dziewczyny były małe, a mała wtedy Najstarsza podglądała czasem operacje, bo wielce ją fascynowały. Młodemu też się spodobał, choć ten uznał, że film jest straszny. Tyle że straszny tak, by tdodawać dreszczyku i tylko bardziej go zachęcać do oglądania.

Zabrałam się ponadto za książkę, która długo czekała na swoją chwilę na naszej półce, ale o tym pisałam już w poprzednim wpisie.

Na przyszły tydzień zaplanowaną mam wizytę u lekarza, bo znowu pora na zastrzyk Decapeptylu. Zapytam też lekarki o te dokumenty do wypełnienia, czy wie coś na temat procedury i czy może je wypełnić, czy lepiej dobijać się z tym do onkologa.

Mam nadzieję, że uda się też umówić z szefową i ustalić pewne rzeczy, na których ustaleniu mi zależy, bym w następnym tygodniu mogła już z czystym sumieniem i spokojem wrócić do pracy i móc ją jak najdłużej wykonywać bez kolejnego chorobowego.

Poza tym chcę sobie spokojnie choć ze trzy zajęcia tak od A do Z dla dzieci przygotować, tak by mieć gotowe, gdy nadejdzie mój dzień zajęć z dziećmi, a w kolejnych tygodniach przygotowywać będę sobie już na zaś z dużym wyprzedzeniem. To by mi dało trochę spokoju.

Mam przeczucie, że nadchodzący tydzień będzie spokonniejszy, ale tego nie przewidzę.

W minionym tygodniu zabazgrałam też już trochę kalendarz na następny rok. No niektóre wizyty u specjalistów już jakiś czas temu tam zapisałam, ale kurde jest już tego trochę: dentysta dla wszystkich po kolei, ortodonta Młodego, no ale to co miesiąc to nic szczególnego, tak samo jak mój zastrzyk, dalej jednak moja mammografia i badanie kości oraz wizyta w klinice piersi, a także kolejna dawka Zomety. W międzyczasie jeszcze okulista dla mnie i Najstarszej. Do innego niż dotąd nas zapisałam, bo ta baba jest jakaś dziwna... Kurde, ja nie widzę już czasem kresek jak rysuję obrazki dla dzieci. Czytam też czasem niemal na macanego. Najwyższa pora odwiedzić specjalistę. Jeszcze do ginekologa nas nie zapisałam (mnie i Najstarszą), a już dawno powinnam to była zrobić... Ale zwyczajnie zapomniałam o tym. Ja to wiadomo, normalnie zwykły przegląd techniczny, a Najstarsza ciągle nie ma okresu, choć ten pierwszy dostała w miarę normalnie jeszcze gdzieś w podstawówce, tyle że potem miewała je raz, dwa razy na rok, ale już nawet to się chyba nie zdarza... 

Poprzednim razem lekarka kazała jeszcze trochę poczekać, brać jakieś witaminy, które jej przepisała i spróbować przytyć, bo - jak powiedziała - żeby miesiączkować, to jednak trzeba mieć trochę ciała, a Najstarsza ważyła wtedy tyle co wróbel i była chuda jak szczapa, co jednak nie jest jakimś wyjątkiem, bo z obu stron swoich przodków chudych szczap nie brakuje. Ja sama do nich należałam w jej wieku, a po porodach to nawet nie mówię - wtedy to byłam chodzący szkielet. Teraz jednak ona już trochę ciała nabrała. Nie, że jest jakoś specjalnie gruba czy coś, ale normalną wagę ma jak na 22latkę, a ciotka jednakże jak nie przyjeżdżała, tak nie przyjeżdża... Przez moje przygody ten problem odszedł w zapomnienie, ale pora by ruszyć coś w tej kwestii. 

W zeszłym tygodniu coach Najstarszej z tej specjalnej jednostki biura pracy (po dłuższej wymianie mejli w tym temacie) powiadomił, że skontaktował się z naszym urzędem gminy w sprawie stażu dla niej w "zieleni", którym była zainteresowana, ale jeszcze nie dostał jednoznacznej odpowiedzi. Co z tego wyniknie, nie ma sensu gdybać, ale ciekawe by to było zapewne dla niej doświadczenie, a nie wykluczone, że nadaje się do takiej pracy... Ona przecie w polu wychowana i zawsze lubiła rośliny, błoto i świeże powietrze... Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, robota w dziale zieleni, to mogła by być całkiem niezła fucha... Na moje oko (często obserwuję ludzi przy pracy) pracują tu mniej więcej tak samo jak w znanych mi gminach w PL, że w sensie w siedmiu jeden krzaczek spokojnie na luzie przycinają, bo jeden tnie, a sześciu mówi mu z której strony piłki ma stać...  ^_^ 

No i taka gmina zwykle ma lepsze warunki i możliwości do zatrudniania osób z niepełnosprawnością, niż jakieś prywatne firmy, gdzie liczy się tylko zysk, zysk i jeszcze raz zysk, a ludzie mają być silni i zdrowi, by zapindalać dzień noc najlepiej bez przerw i jedzenia, czy sikania. 

Najważniejsze, że coś tam jednak w tym systemie najwyraźniej się mieli. Może i bardzo powoli, ale się mieli. Kto wie, może jak uzbroimy się w cierpliwość to nawet kiedyś coś zatrybi i ruszy z miejsca.

Najstarsza póki co żyje sobie powoli. Chodzi sobie na długie spacery, czasem coś upichci, od czasu do czasu świniom posprząta albo i w innej części domu, naczynia pozmywa,  pranie z pralki do suszarki przełoży, a potem poskłada... Ona potrafi wiele i , co ważniejsze, z chęcią wszystko robi, tyle że trzeba jej o tym powiedzieć, a potem jeszcze przypomnieć, bo jej mózg ma problemy z koncentracją i organizacją życia codziennego, ale trzeba też przyznać, że to się ciągle poprawia, ciągle ewoluuje. Powoli do przodu.

Na koniec trochę obrazków z okolicy do pooglądnia.





purchawka



fioletowe grzybki













różowe grzybki










cały świat w kropli wody




leśne ściezki




idzie na dysc


w żółtych płomieniach liści

listopad w Belgii

las był piękny, a słonko świeciło

przelazłam przez całe kukurydzisko, by zrobić to zdjęcie

spektakularne niebo




placek na oleju

Benia i Gęsia

Rico 

Chica Kogucik piejący

Chica na grzędzie 

czarne kury

całe stadko

dziewczęta

Chica zaglądający przez okno do kuchni





9 listopada 2024

Dość tej roboty, idę chorować...

 Dwa tygodnie temu czułam się w czwartek fatalnie, a w piątek nie miałam sił ani najmiejszych chęci by pójść do roboty, ale poszłam i przeżyłam. Potem było 4 dni ferii jesiennych, których się bałam, że nie podołam. Postanowiłam, że pójdę w poniedziałek i zobaczę, jak jest. Gdy będzie źle, pójdę do lekarza po zwolnienie. Przeżyłam jednak i te cztery dni. Nie było mi łatwo. Czułam zmęczenie. Chwilami nie kontaktowałam i miałam wrażenie, że odpływam, ale cieszyłam się, że daję rady. Było lepiej niż się spodziewałam, więc cieszyłam się z tego. 

Dziś pytam się siebie, czy było się z czego cieszyć i być dumnym, czy to jednak była głupota i nierozwaga. Może jednak powinnam przyznać, że jest ciężko i pójśc do lekarza przed feriami. Granica pomiedzy tym co normalne a niebezpieczne jest teraz dosyć cienka i trudno ją zauważyć.

Nastał kolejny tydzień. Ten, który właśnie minął... Przez weekend było nawet jako tako. Był to dłuższy weekend i nawet znajomych żeśmy nawiedzili i trochę pogadali, coś dobrego wszamali. Miło było.

Niedziela była leniwa, nijaka i Netflixowa. Nic się nie chciało ani sił nie było za wiele. Małżonek też jest zmęczony, więc oboje powoli toczymy nasze gówniane kule pod górę...

W poniedziałek rano mieliśmy zebranie zespołu. To jest spokojny czas. Omawialiśmy bierzące problemy i plany. Jedna koleżanka przyszła z roczną córeczką, bo nie miała jej z kim zostawić i szkrab czasem pełzał pod stołem i hałasował zabawką. Dziewczyny co jakiś czas do niej zagadywały i zabawiały. Dwie godziny zebrania minęły niepostrzeżenie i ciekawie. Potem rozeszłyśmy się do domu, by po południu powrócić na pole boju. Czułam znowu narastające zmęczenie, więc gdy koleżanka powiedziała, że mogę wyjśc wsześniej, gdyż juz tylko troje urwisów zostało, uradowało mnie to niezmiernie i z wielką ulgą wsiadłam na skuter. Zaraz po dwudziestej powlokłam się na piętro, by zalec na wyrku. 

We wtorek miałam z dwoma nowymi koleżankami  szkolenie bazowe w małej miejscowości  pod Leuven. Pojechałam tam pociągiem. Szkolenie było takie sobie. Nic specjalnie ciekawego, ale też spokojnie, na luzie. Dostaliśmy kanapki i napoje typu kawa, herbata. W drodze powrotnej wysiadłam w Mechelen, gdzie i tak się musialam przesiąść, i poszłam na ulicę handlową z nadzieją znalezienia jakiegoś prezentu pod choinkę. Nic specjalnego jednak nie udało mi się znaleźć, a tylko jeansy dla Młodego kupiłam i sobie szary golfik w JBC. 

Postanowiłam zatem w wolnych chwilach przeszukać internety i udało mi się nawet zakupić to i owo. Ponownie zamówiłam prezent dla Młodego, bo oddano mi pieniądze za ten, który zaginął. Już leży w naszej sypialni i czeka na choinkę.

A choinkę bardzo mam ochotę w tym roku przystroić i dużo światełek nawieszać... Gdy w poniedziałek  szłyśmy z koleżanką do szkoły po dzieci, ta zauważyłą, że w jednym sklepiku choinka już ubrana i w ogóle całe okno w świątecznym klimiacie. Dzieci też to potem zauważyły i zaczęły dyskutować na ten temat. Dziś jak tak siedzę na kanapie z laptopem na kolanach i Beethovenem w słuchawkach, a za oknem widzę ponury listopadowy deszczowy i zimny klimat, oczami wyobraźni widzę już światełka na oknie i kolorową choinkę... No bo zimno się zrobiło i niemiło. Człowiek chciałby to jakoś rozjaśnić i ocieplić...

W nocy z wtorku na środę spałam fatalnie i czułam się gorzej niż źle. Koło północy wzięłam telefon do ręki by umówić wizytę, bo stwierdziłam, że dłużej  już nie wytrzymam tego wszystkiego, ale  na stronie nie było wolnych miejsc. Smutno mi się zrobiło.

Postanowiłam zatem, że rano zadzwonię do lekarza, bo zwykle w razie pilnej potrzeby można się wcisnąć jeszcze.  Rano jednak czułam się w miarę dobrze, więc poszłam do pracy. Jeszcze kiedy dochodziłam do pracy było świetnie. Radośnie witałam się z koleżankami, cieszyłam na widok dzieci, by godzinę później ledwo stać ze zmęczenia, by mieć problemy z panowaniem nad sobą i ledwie doczekać skończenia dyżuru, a po powrocie do domu nie móc nawet rozmawiać i paść natychmiast na łóżko jak nieżywa.

Jakież to jest irytujące! Nawet kurde nie wiem, jak ja się w danym momencie czuję i na ile mi starczy sił.

Kiedyś znowu, gdy dyżurowałam na podwórku, nagle zaczęły mi sie recę trząść i we środku też podobne uczucie miałam, jakbym była bardzo głodna albo za dużo kawy wypiła na pusty żołądek, ale najadłam się przeco, zanim wyszłam do roboty i nie powinnam byc głodna wtedy jeszcze. Zjadłam ciastko, popiłam wodą i delirka trochę minęła. Mogłam żyć dalej, choć zmęczenie ogarniało mnie coraz bardziej i bardziej. Nie mam pojęcia, czy to dostraczenie kalorii pomogło, czy zwyczajnie sam proces jedzenia uspokoił nerwy, czy o co to w ogóle chodzi mojemu ciału. Robi dziwne rzeczy, których nie rozumiem.

Metalnie też jest tak średnio na jeża - ciagle od euforii i pełnej petardy do dna piekła i z powrotem. 

W czwartek umówiłam wizytę na piątek, bo znowu rano czułam się dobrze, a po południu dętka, mimo że byłam w tej spokojnej mniejszej świetlicy i to z dwama koleżankami, gdzie dwie spokojnie by sobie radziło a nawet nudziło czasami. 

W piątek rano już jednak miałam watpliwości co do sensu tej wizyty, bo obudziałam się wyspana, zadowolona z życia, pełna energii, jakby nigdy nic. Znowu zaczęłam poddawać w wątpliwość moje rzekome zmęczenie i złe samopoczucie, no bo jakie złe samopoczucie, jak przecież czuję się wyśmienicie. Nawet mi przez myśl przeszło, że Małżonek może pójść na moje miejsce, a ja pójdę normalnie do pracy. Jakby nie fakt, że w czwartek powiedziałam koleżance o tej wizycie i złym samopoczuciu, to kto wie, czy tak właśnie bym nie zrobiła, by po południu tego żałować, jak 2 tygodnie temu... Ta huśtawka jest okropna!

Poszłam na poranny dyżur. Przez większość czasu było tylko troje dzieciaków, a nas dwie panie. Potem doszło trochę ludzików, ale było spokojnie, cichutko, sielsko, anielsko. Dzieci kolorowały obrazki, inne bawiły się klockami, a jeszcze inne lalkami. Ja sobie też rysowałam obrazki razem z dzieciakami. Pełen relaks. Potem poszłyśmy odprowadzić przedszkolaki do szkoły. To jest ze 300 merów drogi. Dzieci maszerowały raźno i wesoło. Wracałam już zmęczona, jakbym z dwie przyczepy gnoju widłami rozwaliła. Sorry, ale to nie jest normalne! Mam dość tej jazdy z góry w dół. 

Małżonek tego dnia został w domu, bo w czwartek tak sobie dowalił w robocie, że zajechał się praktycznie. Podłapał do tego chyba jakiś wirus i w piątek już go całkowicie rozłożyło. Ledwie na oczy patrzył i ledwo zipał, ale uparł się, że zawiezie mnie autem do lekarza, żebym nie marzła na skuterze bez potrzeby, skoro auto stoi pod domem. Bo to dobry chłopina jest.

Dziś leży jak z diabła skóra cały dzień w wyrku z koszmarnym niepokonywalnym bólem głowy łykając proszki, które nic nie dają i pijąc hektolitry różnorakich gorących napojów, by się choć odrobinę rozgzrać i ugasić wielkie pragnienie podyscane gorączką. Ja narzekam na zmęczenie, ale takiego zmęczenia jak on to ja jeszcze nie miałam. 

Moje jest inne i czym innym spowodowane. Moje zaczyna się wewnątrz i nie wynika z przepracowania fizycznego, choć jest z wysiłkiem związane i wysiłek je pogarsza.

Lekarka nawet wiele pytań mi nie zadała. Mój słowotok zupełnie jej pewnie wystarczył, by mój stan ocenić, bo od razu spytała po prostu, czy 2 tygodnie wolnego mnie urządza. Zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i nie bardzo do mnie dotarło, co ona powiedziała, bo w mojej głowie był plan, że może poproszę o wolne do środy... Nie spodziewałam się, że lekarka od razu da mi dwa tygdodnie. W sumie dopiero w domu zrozumiałam, że dostałam zwolnienie do 22 listopada i od razu zaczęłam się źle z tym faktem czuć. A jak napisałam na naszej pracowej whatsappowej grupie i koleżanki zaczęly mi kolejno życzyć "veel beterschap" (dużo zdrowia) a potem zgłaszać kolejno, która w który dzień może mój dyżur wypełnić to poczułam się z tym jeszcze gorzej. Dyskomfort psychiczny i poczucie winy towarzyszył mi przez długą chwilę. Potem jednak przypomniałam sobie rozmowy z trzema koleżankami. Jedna z moich mentorek powiedziała - Jesteś chora to jesteś chora. Idź na wolne i nie cykaj się w ogóle. Zdrowie jest najważniejsze. My sobie tu damy rady spokojnie. 

Druga starsza ode mnie koleżanka powiedziała, że w ostatnim czasie zrozumiała, że jej zdowie i jej własna osoba są ważniejsze niż jakakolwiek praca czy dobro koleżanek i że jak czuje, że niedomaga to idzie do lekarza i nie przejmuje się pracą, jak dawniej. Nie stawia już pracy nad swoim życiem, bo przekonała się już, że życie jest jedno i szybko może się ono skończyć. Doradziła mi też, bym się rozmówiła z szefową, bo prawdopodobnie jest możliwe by mi np nie dawano w ogóle dyżurów porannych albo inne opcje, dzięki którym będzie mi łatwiej sprostać tej pracy.

Z inną koleżanką też na ten temat trochę rozmawiałam, bo i jej życie dało już popalić i w tym momencie też zmaga się z kilkoma poważnymi problemami. Okazuje się, że podobny ma dylemat: pójść do lekarza i zostać w domu, by tam pogrążyć się w czarncyh myślach, czy chodzić do pracy i walczyć ze zmęczeniem i złym samopoczuciem przez całe dnie. Każdy kij ma bowiem dwa końce. Jedną stroną się podeprzesz, a drugą dostaniesz w łeb. I tak źle i tak niedobrze. Nie ma rozwiązania idealnego.

Te rozmowy z koleżankami w każdym razie dodały mi otuchy i odwagi do pójścia do lekarza i na zwolnienie, choć nie powiem, by mnie to radowało. Tyle, że przynajmniej zmiejsza poczucie winy.

Lekarka powiedziała ponadto, bym się nie poddawała łatwo, o ile czuję się na siłach i chcę tę pracę dalej wykonywać. Mówiła, bym próbowała rozmówić się z szefową, jeśli są szanse, że mogą pójść mi na jakieś ustępstwa i w jakikolwiek sposób ułatwić mi wykonywanie pracy. Dała też jednak do zrozumienia, że może być ciężko.... Potwierdziła to, co kiedyś powiedziała psycholożka, że czasem zwyczajnie po raku nie da się wykonywać pracy... Nakazała mi nauczyć się spokojniej wszystko robić, wolniej, bez nerwów, bez pośpiechu...

Nie ukrywam, że to jest moim marzeniem - nauczyć się na nowo spokojnego podejścia do życia. Nauczyć się jak się nie denerować, jak nas sobą panować, jak nie myśleć za dużo, jak opanować tę okropną nieustajacą gonitwę myśli.

Nie wiem jeszcze jak tego dokonam i czy w ogóle mi się uda, ale chcę nauczyć się akceptować moją nową siebie. Mnie taką jaka teraz jestem: starą, wolno kojarzącą fakty, wolno przetwarzającą informacje rejestrowane przez moje zmysły,wolno myślącą, wolno sie uczącą,  szybko się męczącą, lekko niepełnosprawną umysłowo i fizycznie.  Starszą niż mój paszport pokazuje.

Jeśli uda mi się to zaakceptować i z tym pogodzić, to może i uda mi się nauczyć z tym żyć. Żyć wolniej niż dawniej, robić mniej niż kiedykolwiek przedtem, nie próbować ciągle pchać się przed szereg ani z innymi się ścigać, nie próbować, nie próbować we wszystkim być perfekcyjną i lepszą od innych a nawet taką samą jak inni, bo już nie mam ku temu predyspozycji, jak dawniej. 

Nie jest łatwo pogodzić się z faktem, że człowiek jest coraz głupszy, coraz wolniejszy, coraz mniej sprawny fizycznie jak i umysłowo, że jest coraz brzydszy i coraz mniej może. I że to stało się tak szybko. 

Nigdy nie miałam problemu z upływem czasu. Przyjmowałam zawsze ze spokojem, ciekawością i otwartością każdą zmianę. Najpierw dorastanie, a potem powolne starzenie się. Wszystko było okej. Aż do teraz. Bo oto nagle podczas choroby w ciągu kilku tygodni moje ciało postarzało się o co najmniej 10 lat. To widać nawet i to bardzo wyraźnie na zdjęciach. Czuję to i zmagam się z oznakami tego nagłego postarzenia każdego dnia, o czym było już nie raz i nie dwa, choćby powyżej, ale są też wielkie zmiany wizualno namacalne. Moja skóra, która jeszcze 3 lata temu była jędrna, nagle stała się obwisła, sucha i szorstka jak papier. Włosy są rzadkie, suche i niemiłe w dotyku. Paznokcie są całe w bruzdy, kruszą się i łuszczą. Stawy skrzypią przy chodzeniu i straciły dawną elastyczność, którą jeszcze 3 lata temu miały całkiem niezłą. Błony śluzowe nie produkują należytej ilości śluzu albo jest on inny, bylejaki, co w niektórych aspektach bardzo utrudnia życie. Nawet zwykła przejażdżka rowerem czy ciaśniejsze portki powodują bolesne otarcia wiadomogdzie, a nos krwawi przy bodaj smarknięciu. 

Nie jest łatwo przyzwyczaić się do tej nowej mnie. Wszystko zdaje się jakby obce, nie moje. Nie jest łatwo pokornie stanąć w ostatnim czy choćby przedostatnim rzędzie. Nie jest łatwo być słabiakiem, niepełnosprawną, chorowitą, gdy było się sportsmenką, wojowniczką, gdy zawsze było się silniejszą, sprawniejszą niż większość rówieśniczek, gdy zawsze tryskało się energią, optymizmem i radością, gdy myślenie przychodziło z łatwością, a zadania na inteligencję, na które rówieśnikom godziny brakowało, rozwiązywało się w 5 minut...

Ja nie lubię być ostatnia, nie lubię być głupsza od innych, nie lubię być powolna ani słabsza od innych. 

Nie lubię przyznawać się do porażek a jeszcze bardziej nie lubię ich ponosić, a obawiam się, że ta praca właśnie kolejną porażką okazać się może.

Przekonuję siebie, że powinnam umówić się znowu do naszej psycholożki, bo może pomogła by mi w kwestii ujarzmiania galopującyh myśli i niesfornych emocji czy innych aspektach. Wiem, że by mi pomogła, coś doradziła, przyśpieszyła proces, wyjaśniła i jedno moje ja mówi - zrób to -, ale drugie krzyczy - nie ma mowy! Wizyty u psychologa są bowiem trudne i jak się o tym wie, to ciężko się zebrać na odwagę. Nie wiem, czy tę odwagę znajdę. 

Wiele muszę przemyśleć, przeanalizować. Może uda mi się przez te dwa tygodnie poukładać sobie wiele rzeczy w głowie na nowo z psychologiem czy bez. Może uda mi się trochę odpocząć i zdystansować do nowej pracy i siebie samej. 

Dziś rozpoczęłam ten proces od porządnego posprzątania domu. No dobra, porządnego, to może zbyt mocne słowo, ale dokładnie poodkurzałam i umyłam podłogę. Także w kątach, za kanapą, pod kanapą, a nawet pod i za tymi wszystkimi drobniejszymi przedmiotami, którze wszędzie stoją. Dokładnie posprzątałam toaletę i łazienkę. Naprawdę dokładnie. Że w sensie kabinę prysznicową szczoteczką do zębów porządnie w każdym zakamarku, a nie tylko siach mach gąbeczką na odpierdol. Nawet w sypialni posprzątałam dokładnie, co już bardzo dawno się nie zdarzyło, bo mi się nie chciało ostatnimi czasy sprzątać dokładnie gdziekolwiek. 

To ważny krok. Nie wiem jak tam inni mają, ale u mnie porządek w domu ma ścisły związek z porządkiem w umyśle i emocjach. Jeśli źle się czuję, to nie mam ochoty czegokolwiek sprzątać ani układać dobrowolnie. No i mi zwisa i powiewa, jak wygląda moje otoczenie. Nie obchodzi mnie to w ogóle i nie zależy mi na tym wcale, by wyglądało dobrze.  Co oznacza, że jeśli zabieram się za sprzątanie, to chcę coś zmienić w moim życiu i myśleniu. 

Upiekłam też sernik, bo od kilku dni miałam na sernik ochotę. Dobry wyszedł, jak zawsze i z ochotą spałaszowałam wielki kawał. Czuję się z tym dobrze, że posprzątałam i że upiekłam. Jestem oczywiście teraz zmęczona, ale zadowolona z siebie. Dawno już niczego nie piekłam, choć co jakiś czas miałam na coś ochotę. Nawet czasem produkty kupowałam, ale złe samopoczucie nie pozwalało mi moich planów zrealizować. 

Teraz tylko pytanie, czy to blade światełko w tunelu to jest wyjście, czy rozpędzony pociąg...

Nie długo się okaże.

Póki co idę coś zjeść, wziąć prysznic, dać świnkom trawy i warzywek, a potem pomaszeruję na górę... Może obejrzę coś z Młodym, a może pójdę zobaczyć jak się Małżonkowi choruje w naszej posprzątanej sypialni... 

Nie chce mi się szukać iPada, więc zdjęć dziś nie będę dodawać. Piszę z chromebooka, a toto nie jest za bardzo kompatybilne z urządzeniami Ugryzionego Jabłka, z których mam dostęp do chmury ze zdjęciami.


20 października 2024

Czy park rozrywki jest dobry na zmęczenie?

Dobra jest ta moja nowa praca, ale męcząca.

W tym tygodniu już w poniedziałek przed południem chciałam, by był piątek wieczór. Zmęczenie nastało bowiem wielkie i nie chce sobie wcale pójść. Nie podoba mi się to, oj nie. Dopiero miesiąc minął przecież. 



W domu pomiędzy dyżurami mało co robię. Tam nastawię jakieś pranie, potem przełożę do suszarki i poskładam. Czasem poodkurzam z grubsza. Podkreślmy z GRUBSZA, bo najczęściej rynek tylko przelecę, gdy się od świń naświni, w kuchni żarcia nawali i wszędzie błota z butów nasypie. Wszak prosto z ogrodu czy też z ulicy wchodzimy na nasze salony, gdyż ani ganku ci u nas, ani przedpokoju, ani garażu żadnego. Gotować staramy się raz na dwa dni, a czasem i to się nie zdarza, tylko jakis takeway zamawiamy albo jajecznicę robimy wieczorem. 

Nie wysilam się zatem. Robię tylko, co na prawdę konieczne i niezbędne, bo boję się, że nia podołam. Nie chcę za dużo robić, bo nie czuję się za bardzo na siłach. A mimo wszystko już mam uczucie, że za bardzo jestem zmęczona, że to nie jest zwykłe zmęczenie, tylko TO zmęczenie... Ciągle jednak mam nadzieję, że to tylko ZWYKŁE zmęczenie i że ono minie, wystarczy poczekać...

13 października 2023

Dziś nie jest dobrze.

 Dziś nie jest dobrze. Nie jest też jakoś specjalnie źle. Ba, w ogólnym rozrachunku jest nawet całkiem nieźle. Niedobrze jest dziś w pewnym aspekcie. Tym jednym konkretym i dosyć ważnym. Zrowotnym.

Nie podoba mi się to, co czuję i jak się czuję dziś ani to, jak się czułam wczoraj. Ale zacznę od początku tygodnia.

W poniedziałek wybiegłam z domu za dziesięc siódma, bo w świetlicy miałam być o siódmej. Rano zawsze mamy z Młodym  mnóstwo super ważnych spraw niecierpiących zwłoki do obganania typu sytuacja pogodowa na Marsie czy wpływ czarów na ilość ziarenek piasku na plaży. No i potem musimy z domu wybiegać albo nawet wylatywać, bo na normalne wyjście już nie ma czasu.

Ledwie przyszłam do świetlicy i usiadłam przy stoliku z papierami, zaraz zauważyłam za oknem kilkanaście dobijających się do okna os. O siódmej godzinie tu jest teraz jeszcze ciemna noc i one do światła przyleciały, co dla mnie było oczywiste, że gniado muszą mieć tuż tuż. Gdy się rozwidniło, koleżanka otwarła drzwi i zaraz zauważyłyśmy, że latają przy dziurach w murze pod dachem, jakieś 2 metry nad drzwiami i schodami wiodącymi na podwórko szkolne, czyli tuż nad głowami. Oznajmiła, że powiadomi natyhmiast jakąś lokalną firmę do spraw usuwania osich gniazd. (dawniej zajmowała się tym straż, teraz są od tego specjalne firmy).

Gdy za dwa dni znowu przyszłam na staż, właśnie pogromcy os przybyli z dziwnymi opryskiwaczami i spryskali dziuru w murze, po czym zakazali używać tego dnia schodów i kręcić się w okolicy. No to potem wyszliśmy z dzieciakami przez żłobek na podwórko. Wtedy wszędzie leżały dogorywające osy. Pozwoliłam sobie ten fakt głośno zauważyć, dodając że martwa lub prawie martwa osa nadal może poczęstować żądłem i że bawienie się na trawie w takich okolicznościach może być trochę niebezpieczne, ale nie spotkało się to z jakimś większym zainteresowaniem ze strony koleżanek. Dzieciaki bawiły się na podwórku do wieczora i nikomu nic się nie stało. Dla mnie jednak już fakt, że nikt wcześniej os nie zauważył, jest dziwny, bo nie wierzę, że akurat przed moim przyjściem się nocą pojawiły. Poniekąd wyjaśnia (a poniekąd bardziej zaciemnia) mi to fakt, że pani pisząc wiadomość do szefa, zapytała mnie, czy te owady to są osy, bo nie pamiętała, co mówiłam, jak je zobaczyłam... Kilka godzin później koleżanki ze żłobka, patrząc na mur - zadawało mi się ze smutkiem  - zauważyły że "pszczółek" już nie ma. 

Ja tam się ani os, ani pszczółek nie boję, ale małe dzieci bawiące się koło ich gniazd nie wydają mi się zbyt dobrym pomysłem. Każdemu wolno inaczej uważać.

Rano na świetlicy było raptem dwoje dzieci. Załatwiłyśmy zatem spokojnie papierologię, a potem poszłymy zaprowadzić tych dwóch ancymonków do szkoły na lekcje. Po południami, szczególnie w środę dzieciaków jest trochę więcej, ale też niezbyt dużo. 15 pierdzioszków to bardzo malutka grupa. Na feriach ma jednak być drugie tyle.

Czułam się dobrze tam w świetlicy, całkiem zwyczajnie, choć jest kilka rzeczy, których muszę się nauczyć, nad którymi muszę popracować, bo jednak Belgia to nie Polska a niderlandzki to nie ojczysty. Jest też kilka rzeczy, które mi się nie spodobały już na dzień dobry. W tym niektóre tak różne od moich oczekiwań i tak bardzo niezgodne z moją filozofią życiową, że obawiam się iż mogę mieć poważny problem z ich akceptacją i przejściem nad tym do porządku dziennego. Moje przeczucia i błyskawiczna ocena sytuacji rzadko mnie zawodzą, ale się zdarza, więc nie martwię sie na zapas.

Dzieciaki są fajne, wesołe i sympatyczne, ale też oczywiście męczące.

Martwię się moim samopoczuciem po tych 10 godzinach na świetlicy. 

Po pierwsze już w środę wieczorem odnotowałam ogromne zmęczenie oraz opuchliznę kostki i nasilający się ból (ciągle lekki, ale już upierdliwy) kostki promieniujący do kolana. W nocy nie mogła znaleźć miejsca na nogę, bo każda pozycja była niewygodna. Obudziłam się zmęczona.

W czwartek była szkoła a ja cały dzień czułam się nieludzko zmęczona. Najgorzej było do południa. Chyba miałam gorączkę albo stan podgorączkowy, bo było mi bardzo zimno i ławka wydawała mi się lodowata w dotyku. Chciało mi się spać. Po południu się trochę przejaśniło i lepiej sie poczułam przez chwilę, ale wieczorem już Małżonek zauważył, że wyglądam na bardzo zmęczoną z pyska. Miałam iść już o 20 spać, ale Młody se o zadaniu przypomniał i razem je robiliśmy do 21. Potem poszłam do wyra i padłam. Obudziłam się gdzieś w środku nocy, by zauważyć że pościel wokół mnie jest mokra. Śpię bez ubrania i nie było za gorąco w nocy z czego wniosek, że spociłam się jak świnia, co nie jest zbyt zdrowym objawem.

Dziś cały dzień jestem zmęczona. Pół dnia byłam w szkole i cały czas myślałam, że było lepiej pójśc do doktora rano zamiast na lekcję. Uwierała mnie też kostka przy każdym ruchu stopą. Po południu jednak nie miałam ochoty nigdzie iść, a już na pewno nie do lekarza. Rozwiesiłam tylko ręczniki, które rano nastawiłam do prania, a potem jeszcze ściereczki, umyłam prysznic i umywalkę oraz ugotowałam rosół, bo Młody rano zamówił taki obiad. 

Teraz jest siódma i ledwo na oczy patrzę więc zaraz idę w kimę. Mam nadzieję, że do poniedziałku poczuję się lepiej, ale do lekarza i tak pewnie trzeba będzie się pofatygować. 

Nie jest zatem dobrze. Stresuje mnie to wszystko ogromnie. No bo jeśli tak szybko nadal będę się byle gównem męczyć, to wszystko o kant dupy rozbić. Spuchnięta boląca kostka bez powodu to też nie jest dobry znak. Nie podoba mi się to wszystko. Wkurza mnie i złości. 

A tu mam sporo nauki, trochę zadań domowych i nic z tego nie zrobię, gdy jestem zmęczona, bo zwyczajnie nie dam rady. Już mam zaległości z poprzedniego tygodnia, a teraz ważniejsze, by odpocząć i się naprawić.



24 września 2023

Gdy się człowiekowi na starość nauki zachce...

Intensywnie przeżyty tydzień wymiany okien i tysiąca załatwień dał mi się we znaki. Długo to czułam w kościach: zmęczenie, senność, bóle stawów i trudności w pokonywaniu schodów, wstawaniu po dłuższym spoczynku czy długotrwałym tkwieniu w bezruchu.  Miewam bolesne skurcze łydek czasami. 

Kostka prawej nogi jest popsuta. Boli tylko czasem, ale jest  lekko opuchnięta, jakby podeszła płynem. Czasem ból promieniuje do kolana i kolano też mnie pobolewa wtedy i robi się gorące.... Tak se to notuję dla siebie, by ewentualnie móc potem zrekonstruować całą historię medyczną, gdyby była taka potrzeba.

Dużo się dzieje. Jestem zmęczona i skołowana chwilami.

Wnioski: ciało wychodowaniu w nim raka, potraktowaniu go skalpelem, dożylną trutką i przypalaniu promieniami Roentgena nie jest tym samym ciałem, którym było przed tymi wątpliwymi eksperymentami, nawet rok po skończeniu tych eksperymentów. Jest słabsze, bardziej podatne na zmęczenie i nadwyrężenia. Niedomaga. Wolniej się regeneruje. A mnie się to niespecjalnie podoba, ale nic nie mogę z tym zrobić. Wkurzające to wszystko jest niebywale, ale się nie poddam i dalej będę iść do przodu nawet pod górę i z przeszkodami, bo życie się samo nie przeżyje.

W zeszłym tygodniu rozpoczęłam już oficjalnie swoje szkolenie. Lekcje miały trwać cały dzień, ale ostatecznie popołudniowe odwołano. Pierwsze wrażenia były takie, że było dosyć nudno, a krzesła są niewygodne i grupa zbyt wielka. 

Zlitujcie się, babka na początek uczyła nas, jak posługiwać się planem lekcji! No wiecie, taka tabelka na kartce z rozpisanymi dniami i nazwami przedmiotów. Nie wiem jak wy, ale ja pierwszy raz coś takiego otrzymałam jakieś 40 lat temu w pierwszej klasie szkoły podstawowej i jakoś nie przypominam sobie, by ktoś miał większy problem ze zrozumieniem, o co w tym chodzi, a tu wychodzi na to, że niektórzy dorośli musieli mieć z tym problem, inaczej by tego dziś nikt nie tłumaczył. Dla mnie to tak samo potrzebne jak zakaz wjazdu hulajnogami do sklepu, który wywieszono jakiś czas temu na pobliskim markecie. Jakby nikt nie był na tyle głupi, by tam wjeżdżać hulajnogą, to nie było by zakazu... 

Grupa jest duża, bo połączono chwilowo dwa kierunki - opiekun żłobka i opiekun świetlicy szkolnej - gdyż wstępny materiał jest w obu grupach identyczny. Jednak ludzi jest w tym roku wyjątkowo dużo ze względu zmiany przepisów, o czym już mówiłam poprzednio. Mają nas zatem wkrótce podzielić. Oby, bo ja nienawidzę takiego tłumu. W tej drugiej grupie jest rodaczka. Gdy usłyszała moje nazwisko, to podeszła i zapytała po niderlandzku, czy mówię po polsku. Zabawne są takie momenty, gdy do potencjalnego rodaka ostrożnie zagajasz po obcemu... 

Pozostałą część lekcji uczono nas obsługiwać Moodle, internetową platformę szkolną i znowu ze zdziwieniem stwierdzam, że ludzie w 2023 roku ciągle nie ogarniają w ogóle komputerów ani internetu. O ile moim rówieśnikom jeszcze wybaczam, tak dwudziestoparoletnie dziewoje nie potrafiące obsługiwać komputera to zjawisko trochę zadziwiające... Ja to wiecznie zdziwiona.

Lekcje w minionym tygodniu były już o niebo ciekawsze. Mieliśmy pierwszą lekcję EHBO (Eerste Hulp Bij Ongevallen, czyli pierwszą pomoc) i pedagogiki oraz to samo co poprzedniego tygodnia, ale tym razem już ciekawsze...

Eddy Merckx… odkryty podczas spaceru w czasie długiej przerwy


 No dobra, przyznaję - jednego dnia urwałam się na półtoragodzinne wagary, żeby się nie nudzić. Czytaj: wyskoczyłam sobie na wizytę u psychiatry, bo fartownie moja szkoła jest 3 kilometry od gabinetu. Dzień wcześniej psychiatrę odwiedził Młody z tatą. Przede mną jeszczde jedna wizyta w przyszłym tygodniu. Na szczęście udało mi się otrzymać skierowanie od rodzinnej z datą wsteczną, przeto  otrzymamy zwrot z Funduszu Zdrowia. Nie ukrywam jednak, że ten tydzień to nieźle wyczyścił mi konto: poniedziałek 30 € u rodzinnej, wtorek 205 € u ortodonty, środa i czwartek po 235 € u psychiatry i jeszcze na koniec w piątek 35 € u weterynarza i tak ponad 7 stów się uzbierało. A u tej ortodontki to kurde był Izydor może z 25 minut - zrobiła mu kilka różnych zdjęć: najpierw za pomocą specjalnej kamerki, którą przejechała po wszystkich zębach zrobiła obraz uzębienia z wierzchu, potem jeszcze sfotografowała mu paszczę w środku i całą twarz z różnych stron za pomocą telefonu, a na koniec pyknęła rentgena czaszki. I to kosztowało dwie stówy! Panie, ja też chcę tak zarabiać pieniądze :-)

U weta byliśmy z naszą Bozią Bożenką. Pochorowało nam się kurzysko. W czwartek wieczorem zauważyłam, że stoi osobno pod krzaczkiem. Próbowała pojść za kogutem i Chipsą, ale wywracała się na boki. Nie dała rady wejść do kurnika. Próbowała, ale spadła ze schodków. Wtedy zabrałam ją do domu i usadowiłam w kuchni. Na drugi dzień spakowaliśmy ją z Młodym do transportera i zawieźliśmy skuterem do pobliskiego weterynarza, który - wg miejscowych fejsbukowiczów - zna się na kurach. Widzieliśmy u niego pracowników ze schronika dla ptaków (choć nie zauważyliśmy, co przywieźli do leczenia) z czego wniosek, że pewnie jest ich nadwornym lekarzem. 



Wet stwierdził, że to jakaś infekcja bakteryjna i dał antybiotyk w tabletkach, które wrzucamy Bozi do dzioba masując gardełko, by poszły dalej. Bozia siedzi w naszej szpitalnej klatce w kuchni. Ma tam jedzenie i wodę. Trochę je i trochę pije - dużo mniej niż normalnie, ale to i owo weźmie do dzioba. Ugotowałam i starłam jej jajko i nawet trochę wsunęła. Zjadła też serka, bułeczki, kilka ziaren, troszkę piasku i sporo drobno pokrojonej świeżej trawy. Robaków nie chce. Wodę pije. Nie może chodzić. Przewraca się do tyłu i tłucze się czasemi po całej klatce, bo usilnie próbuje stanąć na nogach, ale głównie spokojnie siedzi w kącie. Czasem cichutko coś mówi po kurzemu. Biedna kurka.

Mamy nadzieję, że wyzdrowieje. Wet kazał zadzwonić w środę po południu i zrelacjonować jej stan. Mówi, że być może potrzeba będzie dłużej dawać jej leki.

Lekcje niderlandzkiego mi się podobają. Są bardzo żywe, dużo gadamy, sporo zadań robimy w małych grupach a nauczycielka nas sprawdza i poprawia. Jest dobrze. 

Niestety z przykrością stwierdzam, że ten mój cholerny mózg wciąż nie działa, jak przed rakiem, wciąż ma lagi i problemy z ładowniem i szukaniem danych. Tym razem miałam np problem z wymyślaniem zdań z użyciem słów z listy podenj przez nauczycielkę. Poprostu blue screen, zero pomysłów, jakie zdanie można ułożyć np ze słowem "wskazywać" albo "składać". Żenada do kwadratu. Wychodzę jednak z założenia, że im więcej tego mózgu używam, tym sprawniej będzie działał. Tylko potrzeba czasu i cierpliwości, a to jest trudne.

Skończyły się wielkie upały, ale ciągle jest stosunkowo ciepło w południe. Poranki bywają jednak chłodnawe. Któryś z dni poprzedniego tygodnia dosyć mocno dał się nam we znaki. Ani ja, ani Młody nie wzięliśmy rękawiczek, bo jeszcze nie przyszło nam do głowy, by ich poszukać w zakamarkach szaf no i było niezafajnie. Ja to tam pikuś. Zmarzłam trochę na skuterze, co było nieprzyjemne, ale zaraz się rozgrzałam i zapomniałam o tym. Natomiast Młody po raz pierwszy pojechał w chłodny poranek 5 km bez rękawiczek i sporo się potem wycierpiał i wystraszył.

Gdy dotarł do szkoły, mówił, dłonie miał nie tylko spuchnięte jak beczki, ale dodatkowo pojawiły się białe plamy i bąble jak po poparzeniu pokrzywą, no i co najgorsze to bardzo, bardzo boli. Po takim zmarznięciu opuchlizna utrzymywała się aż do przerwy południowej. Ból po chwili zelżał i dało się wytrzymać, ale o komforcie nie ma mowy. Po powrocie Młody czym prędzej poszukał swoich jednopalcowych polarowych rękawic z Kubusiem Puchatkiem. 

Dla tych co nie wiedzą,o co chodzi, wyjaśniam, że mój syn ma alergię na zimno. Tak, lekarka twierdzi, że to alergia. Co gorsze, jego nadwrażliwość znacznie ogranicza mu noszenie rękawiczek czy czapek. Cienkie rękawiczki z palcami np odpadają, bo obcisłego jego ciało nie toleruje i też go boli. Udało mi się w Kruidvat kupić rękawiczki z jednym palcem, które są w miarę dobre na Młodego (w domyśle są dla kobiet), ale i tak mam obawy co do tego dojeżdżania na rowerze w bardzo zimne dni. Musimy wypróbować autobus w razie wu. Póki co on się trochę boi samotnej jazdy, ale muszę z nim trochę pojeździć, zainstalować mu aplikację autobusową, kupić na nią bilety i nauczyć go korzystać z niej oraz z rozkładów jazdy, rozpoznawania autobusów po numerach i td, żdeby w razie potrzeby mógł bez obaw wsiaść w autobus i pojechać do szkoły, do domu czy np do dentysty. 

W koncu ma już 11 lat i jest mądry, niech się uczy wszystkiego po trochu. Wkurza mnie tylko, że musi do 12 urodzin czekać, by móc otrzymać plastikowy dowód odobisty, bo już byśmy mu z chęcią konto w banku założyli, żeby miał własną kartę do bankomatu i własną aplikację bankową na telefonie. Gotówka to dziś już przecież przeżytek. Koledzy klasowi płacą już kartami w sklepie.

Dostałam już kilka zadań domowych. Z dwóch przedmiotów były krótkie pisemne, z czego jedno z kategorii dziwne - mamy znaleźć jakiś przedmiot, który kojarzy nam się z wychowaniem, pisemnie uzasadnić dlaczego i przynieść to do szkoły oraz o tym opowiedzieć reszcie. Nie lubię takich zadań abstrakcyjnych, bo są dla mnie trudne i zwykle zupełnie opacznie rozumiem, co autor miał na myśli. Wybrałam jako przedmiot książkę i upisałam kawał tekstu na ten temat, ale obawiam się, że może to w ogóle nie zostać zrozumiane przez normalnych ludzi, jak to zwykle bywa z moim sposobem myślenia. 

Mam też w jakiś kreatywny sposób (np majsterkując) przedstawić siebie i tę pracę zabrac do miejsca stażu. Jeszcze gorsze zadanie niż to powyższe, bo mam za dużo pomysłów, a za mało chęci do ich realizacji. Jestem zmęczona psychicznie i fizycznie. Przestawiam się ciągle na tryb szkolny, czyli rzeźkie wstawanie o szóstej, poranny pośpiech, wyjście z domu rano i powrót wieczorem, by w wielkim pośpiechu skraftować jakieś jedzenie dla wszystkich, ogarnać co trzeba i pójść wcześno spać, a raczej paść na pysk o 21.

Najtrudniejszym zadaniem jest jednak skontaktowanie się z trzema świetlicami i umówienie się na spotkania w celu zwiedzenia tych placówek i zadaniu kilku pytań, by ostatecznie którąś wybrać na miejsce pierwszej praktyki, którą zaczynamy już po 6 października. Do tego czasu mamy mieć podpisane umowy. Odpowiadając na wasze niezadane pytanie: praktyki nie są płatne. Idziemy, by się uczyć. Wiem już, gdzie chcę uderzyć, ale telefonowanie dla mnie to koszmar, a jakoś muszę się przecież umówić na wizytę. Sama wizyta to już łatwizna. Chyba.



Dziewczyny bawią się w Polsce ze swoimi znajomymi. Tym razem poleciały tam obie. Młoda spotyka się ponownie ze swoimi kumplami. Najstarsza z poznanym przez internet chłopakiem. Są dorosłe, wolno im robić, na co mają ochotę. Cieszę się, że się zdecydowały razem polecieć do Krakowa. Jestem dumna z nich, że wszystko potrafią sobie same załatwić i zorganizować i że, mimo iż nie są jakimiś najlepszymi psiapsiółkami,  potrafią w takich sytuacjach ze sobą fajnie współpracować i sobie pomagać, że są dobrymi siostrami. Oczywiście trochę się też niepokoję o nie, bo jestem ich matką, ale mam nadzieję, że żadnych wielkich głupot nie narobią i nie wpakują się w żadne wielkie kłopoty oraz że dobrze się tam bawią i miło spędzają czas. Młoda od czasu do czasu wysyła jakieś zdjęcia. Dzwoniła też raz, by spytać o swoje p'Taszunie, a ja czasem wysyłam jej zdjęcia Taszuń, bo wiem, że one są dla niej ważne i na pewno za nimi trochę tęskni.

Taszunie

czasem te małe głupieloczki śpią w ciasnocie pod sufitem

Młody jutro jedzie z innymi pirszorocznymi na dwuipółdniową wycieczkę integracyjną. Nie podoba mu się to. Boi się i stresuje. Rano muszę go zawieźć skuterem pod szkołę razem z bagażem, co łatwe nie będzie, ale co, my nie damy rady? Dalej pojadą pociągiem (szkołę mają nieopodal dworca). Bagaże pewnie pojadą samochodem z urzędu gminy, jak to zwykle u nas się organizuje. 

I znowu ja i Małżonek bedziemy mieć cały tydzień urwanie głowy. Nie wiem, jak ja ogarnę to wszystko, co mam do ogarnięcia. Załatwić praktykę, odwieść Młodego, niderlandzki online, przywieźć Młodego ze stacji i dziewczyny z lotniska (to Małżonek),  lekcje stacjonarne przez 2 pełne dni, wizyta u lekarki (comiesięczny zastrzyk i przedłużenie zwolnienia o kolejne miesiące), wizyta u psychiatry, a tu jeszcze ma ktoś do pieca na przegląd przyjść, a to znowu właściciele się namyślili, by jednak drzwi od kuchni i okienko w kiblu też wymienić na nowe (jakby kuźwa nie można było od razu) i ktoś ma przyjść pomierzyć, więc trzeba komuś być wtedy w domu. Pomieszanie z poplątaniem, jak zwykle. Dobrze by było też czasem coś upichcić, przeprać, izbę zamieść, zwierzęta doglądnąć.... I jeszcze zdążyć się pouczyć, zadania domowe odrobić no i kurde wyspać. 

Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale postaram się dać rady ze wszystkim i przeżyć ten rok szkolny z uśmiechem i entuzjazmem. Narzekać będę, bo mogę i bo tego czasem potrzebuję.

A kiedys, jak ogromnie wiało, puszczaliśmy z Młodym bańki. Wiatr je dmuchał i gonił z nimi po całej okolicy. Zabawa przednia, nawet jak się ma ponad 40 lat. Najlepiej leciały z okna, ale i na łączce fajnie było się bawić.




Na koniec obrazek, który mnie rozbawił. Nie popieram wandalizmu, ale dla tego robię wyjątek. Ten słupek stoi zwykle na wjeździe na ścieżkę rowerową tuż koło drugiego słupka, co mnie za każdym przejazdem wkurza, bo ledwo się tam człowiek wciska pomiędzy te słupki i zawsze mam obawę, że się z tym pieroństwem zderzę. . Wnioskuję, że ktoś miał podobne zdanie w tej kwestii hahaha. Niestety słupek już wrócił na swoje zwykłe miejsce i znowu utrudnia przejazd. Jakby jeden nie wystarczył, by powstrzymać potencjalne samochody. Czasem nie rozumiem sensu tych przeszkód.

 Inna taka, moim zdaniem, bardzo głupia i niebezpieczna blokada jest w lesie. Przy wejściu jest drewniany szlaban, co samo w sobie jest dobrym pomysłem, bo nikt tam ani autem, ani traktorem, ani nawet motorem nie wjedzie bez potrzeby, a służby w razie co przejadą, gdy trzeba. Tyle tylko, że szlaban jest za szeroki i po bokach praktycznie ciężko jest przejść, a już na pewno nie da się przejść z rowerem, z kolei przejeżdżanie jest ryzykowne. Po lesie rowerem można jeździć z wyjątkiem niektórych ścieżek, gdzie stoją stosowne znaki. Koło szlabanu każdy przejeżdża, ale z trudem. Ja zawsze mam cykora, że się wwalę do rowu albo w ten cholerny szlaban. Raz widziałam, jak dziadziuś się wywalił… Nie wiem, czemu ludzie nie myślą, tworząc takie cuda na drodze…

szanuję, że komuś się chciało zrobić ten psikus