Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja dorosłych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja dorosłych. Pokaż wszystkie posty

26 kwietnia 2024

Ciężko było, ale się przeżyło

 To był taki tydzień z takich co to chciało by się przespać i obudzić się w niedzielę, by zobaczyć juz efekty i być po. Niby wiesz, że jakoś to będzie, jakoś przeżyjesz, jakoś dasz rady... lepiej lub gorzej ale wiesz, że mimo wszystko nie zagraża ci żadne śmiertelene niebezpeczeństwo, a tylko dużo trudności i ewentualności nieprzyjemności cię czeka. Niby zatem nie tragedia, ale nerwówka jak diabli i zmęczenie, diabelne zmęczenie...

zrobiłam laleczce sukieneczkę z chusteczki


Akcja poprzedniego weekendu rozgrywała się głównie na Kanapie w pobliżu Laptopa za panowania Wielkiego Zmęczenia. Najsampierw dokończono ostatnie projekty, ale ich nie wydrukowano, bo drukarki spodziewano się dopiero we wtorkowe popołudnie... Później było trochę skrolowania obrazków na instagramach i oglądania przygód filmowych bohaterów z "Rojst' i "Berlina".

Były dobre zamiary pójścia na spacer, ale sił na te zamiary zabrakło i nie zostały zrealizowane. Poza tym za zimno było. No panie, kto to widział o tej porze przymrozki i taką zimową ponurą aurę człowiekowi zmęczonemu życiem zapodawać!? Patrzysz przez okno i widzisz kwtinące drzewa i krzewy, trawy po pas, ptaki uwijające się przy swoich gniazdach i myślisz: ależ piękna wiosna! Po czym wychodzisz i się okazuje, że to nie żadna wiosna jeno środek zimy. Wyciągasz znowu w wielkim smutkiem wszystkie niedawno poprane i odniesione do szafy zimowe kurtki, czapki, rękawice, włączasz znowu ogrzewanie i parzysz hektolitry herbaty albo gorącej czekolady i zapominasz o lodach kupionych tydzień wcześniej z okazji 25 stopni i schowanych w lodówce. 

W poniedziałek kontynuowałam odpoczywanie, bo nadal byłam zmęczona, a nocami nie spałam porządnie, bo mój mózg potrzebował namiętnie myśleć o wszystkich nadchodzących zdarzeniach i potencjanych problemach z tychże wynikających. 

We wtorek był TEN WIELKI DZIEŃ w naszej szkole, który całe naszej klasie i naszej nauczycielce mnóstwo stresu dostarczył. Rano zaczęliśmy w wielkim pośpiechu i zdenerwowaniu szykować dwie sale i migusiem nasz plan zajęć omawiać. Sytuacji nie poprawiał fakt, że dwie koleżanki w ostatnim momencie zrezygnowało. Jednej nagle zmarł tato, druga powiedziała tylko ze łzami w oczach, że "przyczyny osobiste" zmuszają ją do przerwania kursu. W ten sposób z dziesięciu zrobiło się nas osiem.  Żeby było weselej, okazało się, że ten dzień otwarty w naszej szkole organizowany przez VDAB nie polega na tym, jak wszyscy żeśmy myśleli, że ludzie zajrzą czasem do naszej klasy i pójdą dalej, tylko na tym, że przyszli rano i zostali do końca. Każdy łącznie z nauczycielką się wkurzył, bo dla wielu koleżanek był to dodatkowy czynnik stresowy, gdyż nie lubią jak ludzie i to obcy im na ręce patrzą. Mnie to akurat było równo w paski, bo mnie zawsze najbardziej znajomi stresują niż jakieś randomy, których nie znam. Im bliższy znajomi tym większy dla mnie stres, ale rozumiem koleżanki doskonale. Druga sprawa to to, że nasza klasa jest po prostu zwyczajną, przeciętną klasą, czyli salą niezbyt dużych rozmiarów - ot że kilka ławek się zmieści. Gdy ponad 20 nas na początku było, to ludzie ledwo się mieścili, a na tych zajęciach było nas 8 kursantek plus kilku naszych nauczycieli, plus 25 przedszkolaków i ich dwie panie - to już był spory tłum, a my tam zajęcia miałyśmy prowadzić, gdzie dzieci się bawią, skaczą, biegają, gdzie rozstawialiśmy nasze zamki dla księżniczek albo wykopaliska archeologiczne, czy jak moja grupa, prowadziliśmy zabawy ruchowe. I na to wszystko wbija ci do sali jeszcze 10 dodatkowych ludzi, których nikt nie zna, a którzy robią zdjęcia, filmują, ale przede wszystkim zajmują ci miejsce, oddychają twoim powietrzem i generują u ciebie dodatkowy stres. Zabić to mało! Innemi słowy organizacja jak zwykle pierwsza klasa.

No ale dobra. PRZEŻYLIŚMY wszyscy. Nasz występ zaliczony pozytywnie i nawet bez negatywnych komentarzy. Partnerka postanowiła bardzo rozsądnie starać się robić to co ja i całkiem dobrze to wyszło. Mogło oczywiście być lepiej, gdyby wcześniej wykazała więcej zainteresowania i chęci, ale skoro zaliczyłyśmy bez problemu to jest dobrze i nie ma temu co więcej czasu poświęcać.

Wszyscy ogólnie dobrze się spisali i odwalili kawał dobrej roboty, a impreza dla dzieci była udana. Moja grupa odprowadzała skrzaty na przystanek autobusowy, gdzie czekałyśmy z nimi, aż autobus się pojawił, a potem machałyśmy, aż autobus zniknął za urzędem gminy, a wtedy koleżanka zawołała: "uf wreszcie się was pozbyłyśmy, dranie" i wszystkie odetchąwszy z ulgą zaczełyśmy się śmiać i wymieniać wrażeniami i spostrzeżeniami całego dnia. Potem zabrałyśmy się za doprowadzanie sale do stanu sprzed zamieniania ich na przedszkole, a na koniec szybko podpisałyśmy wielką kartkę urodzinową i wręczyłysmy uczycielce, która tego dnia obchodziła w ten zmyślny sposób swoje urodziny.

Takim sposobem najgorsze zostało odfajkowane.

Środa jednak też była ciężka. OSIEM I PÓŁ GODZINY w świetlicy to nie lada wyzwanie nawet dla zdrowego. Miałam dość już przed południem, a tu godziny ciągnęły się w nieskończoność, jak mi się zdawało. Po południu udało mi się zorganizować osobiście jedną zabawę (bo nie było nikogo, kto by mi przeszkadzał). Nie byłam za bardzo przygotowana do tego, a tylko rano zgarnęłam swoją nie dawno zakupioną chustę animacyjną i na szybko przeczytałam instrukcję do podstawowych zabaw, ale nie mam wielkiego doświadczenia z tą zabawką i trochę mało pomysłów miałam i stosownego słownictwa mi brakowało, a poza tym i tak po chwili zaczęło padać i musieliśmy uciekać do sali... Zabawa zatem wypadła tak średnio na jeża... 

W końcu udało mi się dociągnąć jakoś do szóstej godziny i mogłam z wielką ulgą pedałować do domu.

Kolejnego dnia szkolna mentorka zjawiła się zgodnie z zapowiedzią na ostatnią ewaluację. Miałam zatem okazję, by przekazać jej projekty. Nie zazdroszczę jednak jej zadania, bo jakoże w poniedziałek rozpoczyna się oficjalnie ostatni etap kursu, każdy kursant musi zostać oceniony za ten etap, a to oznacza, że nauczyciele mają weekend na przejrzenie naszych zadań i powiadomienie każdego, czy zdał i czy może rozpoczynac kurs. Mówią, że najpierw przeglądają po łebkach ogólnie, co i jak, by ocenić, czy zadania zostały wykonane i powiadamiają kursantów o zaliczeniu lub nie, a potem zabierają się dopiero za dokładne czytanie. Jeśli wtedy im wyjdzie, że coś tam nie ten teges to po prostu zadają dodatkowe zadania do wykonania na ostatnim stażu. 

Od jednego chłopczyka otrzymałam obrazek, który mnie zachwycił. 



Mnie mentorka poinformowała od razu, że dzień wcześniej mieli naradę i uznali od razu, że mogę iść dalej nawat jak moje zadania są niekompletne. Przeto mogę już na prawdę odetchnąc przez weekend, a w poniedziałek iść spokojnie na pierwszy dzień stażu.

Wczoraj ponadto z rańca obskoczyłam skuterem szpital. Szybko załatwiłam płukanie portu, pomachałam pani onkolog, bo miała otwarte drzwi do gabinetu i czym prędzej wracałam do domu, bo jeszcze miałam trochę roboty przed wyjściem do świetlicy. Musiałam na ten przykład odświnić świnie i zapodać im po kropelce antybiotyku, gdyż znowu przygarnęły te cholerne robaki. Głównie to Lady przygarnęła, bo tylko u niej póki co dupa znowu wyłysiała. Podejrzewamy, że głównym powodem tego, że ona to non stop ma jest fakt, że zaraza mała nie chce brać witaminy C. Pozostałe prośki to wręcz dopominają się codziennie swojej tabletki do chrupania. Na początku te młodsze też nie chciały żreć - brały do pyszczka i wypluwały, ale za którymś razem im podeszło i teraz uwielbiają. Lady nie daje się namówić, choć Młoda co jakiś czas próbuje jej pod nos podstawiać, bo to Młoda rozprowadza dragi w świńskim świecie. 

droga na skróty



Po południu nagle coś mnie zaczęło piec na obojczyku. Pomacałam i zaklęłam głośno, gdy wymacałam lepiec, którego zapomniałam odkleić po przyjściu do domu. SHIT! Odkleiłam czym prędzej z uczuciem, że odrywam sobie skórę. Lepiej późno niż później. Strach pomyśleć, jak by to wyglądało, gdybym się dopiero wieczorem zorientowała. Brrr. Od czasów antyrakowych terapii z moją skórą coś się potegowało i nie toleruje żadnych lepców nawet na chwilę. Nawet te tak zwane specjalne dla wrażliwej skóry są niebezpieczne. Momentalnie skóra czerwienieje i zaczyna sędzieć a potem piec. Po dłuższym czasie robią się rany.

gdy zapominam odkleić plastra


Dziś z kolei jeździłam do rodzinnej po zastrzyk, przez co teraz jestem jeszcze gorzej zmęczona niż przez resztę dni, bo to cholerstwo ma takie właśnie skutki uboczne, które aktywują się po kilku godzinach od wbicia igły: zmęczenie i senność.

Zabrałam też i Najstarszą ze sobą, by lekarka mogła ją zbadać i wypisać receptę na inny lek na ADHD zaleconey przez polskiego psychiatrę. Teraz załatwiamy to tak, że pan doktor przysyła mejlem dokument w którym opisuje po angielsku co stwierdza i zaleca, a my przekazujemy to naszej lekarce rodzinnej, która pisze recepty lub daje skierowania. Poprosiłyśmy też o wypisanie jakiegoś zaświedczenia dla biura pracy o tym, że Najstarsza ma stwierdzone ADHD. Informację o autyzmie mają już od dawna. Na tej podstawie otrzymywała też pomoc z GTB. Kolejne spotkanie z VDAB mamy w przyszłym tygodniu, bo pani coś tam jeszcze musi dopytać... Tak przynajmniej napisała w e-mailu do mnie. 

W nazym ogródeczku pojawiły się w tym tygodniu synogarliczki. W zeszłym roku ich nie było, więc bardzo się cieszymy, że powróciły, ale okropne z nich łobuzy. Młoda przyuważyła kiedyś, że to one tak rozwalają dziobami ziarno z kurzego karmnika, a ja się zastanawiałam, co tu naraz taka granda. 







20 kwietnia 2024

Udało mi się trochę zluzować majty.

 Mogę rzec, że od ostatniego wpisu udało mi się trochę zluzować majty. Nie że tam od razu pełen luz, ale jest trochę lepiej. Podkreślam: TROCHĘ. Dobrze nie jest, bo jestem zmęczona i ciągle dosyć zestresowana, no ale po kolei.



Jako się rzekło w poniedziałek odbyłam rozmowę ze swoją mentorką. Gadałyśmy jakieś półtorej godziny i muszę przyznać, że bardzo mi ta rozmowa pomogła i dodała otuchy. Po tym, co nauczycielka powiedziała, od razu postanowiłam spróbować dokończyć ten kurs w tym roku szkolnym. Czy się uda, w dużej mierze zależy od zdrowia i wytrzymałości mojego organizmu (i pierdyliarda losowych rzeczy).

Mentorka powiedziała jedną ważną rzecz, którą chciałam usłyszeć, a mianowicie, że jeśli nie uda mi się wykonać zadań stażowych w tej świetlicy, to wyjątkowo mogę je zrealizować podczas ostatniego stażu, czyli w innej świetlicy (w tej w której byłam na początku). Przy okazji dowiedziałam się, że te zadania stażowe, która dała nam inna nauczycielka, już są nieaktualne, bo w międzyczasie postanowiono, że na tym ostatnim prawdziwym stażu już żadnych zadań nie będzie. Mamy bowiem teoretycznie już wszystko umieć, a więc po prostu idziemy tam i robimy swoją robotę jak pełnoprawni pracownicy.   

Umówiłyśmy się zatem, że spróbuję teraz zrobić, ile się zrobić da i na ile mi siły i zdrowie pozwolą, a resztę potem na ostatecznym stażu, o ile mi zdrowie i siły pozwolą. A nie jestem co do tego przekonana, bo czuję się raczej słabo i szybko się męczę, ale przede mną jeszcze 1 dzień szkoły plus 3 dni stażu. To niewiele, a jednak strasznie dużo.

Dzień szkoły zapowiada się wielce stresująco, bo te przedszkolaki przyjeżdżają a my będziemy się nimi zajmować, a nasi nauczyciel będą się temu przyglądać i oceniać. Nie było zbyt wiele czasu na przygotowania, więc będzie raczej spontan, czyli generator stresu.

A potem w środę mam cały dzień stażu, bo muszę odrobić dwa dni, w które byłam chora. Ten drugi dzień to ostatni czwartek, ale o tym za chwilę. 

Potem kolejnego dnia, żeby było atrakcyjniej, rano muszę skoczyć na chwilę do szpitala, by mi przepłukali port, pobrali krew do badania i żeby powiedzieć "Dzień Dobry" pani onkolog. A potem dup znowu na staż. Mentorka ma się tego dnia pojawić na ostatnią ewaluację. Piątek jest oficjalnie moim ostatnim dniem stażu. Dużo tego jest jak na mój stan, ale bardzo chcę podołać. Liczę się jednak z tym, że wszystko może pójść nie tak...



Jak może pamiętacie z poprzedniego wpisu, po feriach miałam przeprowadzić swoje zajęcia. Bardzo chciałam je przeprowadzić, bo uważam, że były by fajne i dzieciom by się podobały. Zabrałam jeszcze parę rzeczy i powtórzyłam sobie na wszelki wypadek wszystkie zabawy, ale spodziewałam się, że nic z tego może nie wyjść, bo już przecież wystarczająco długo tam ten staż odbywam. No i podejrzenia okazały się jak najbardziej słuszne. Wiedziałam to, zanim zadzwoniłam do drzwi świetlicy, bo zobaczyłam przed budynkiem domu kultury i sportu wielki baner ogłaszający, że oto obchodzimy właśnie "dzień zabawy na świeżym powietrzu". Nawet nie wiedziałam, że takie święto istnieje, no ale się dowiedziałam. 

Zajecia tego dnia były jednak fajne, bo były zabawy ze strażakami, policjantami, było sporo dmuchanych zamków, malowanie twarzy i sporo innych atrakcji dla dzieci w każdym wieku. Śmieszne tylko trochę, że dzień zabawy na świeżym powietrzu odbywał się w sporej części w sali sportowej, bo burze cały dzień przechodziły, czyli padał deszcz, ale ogólnie fajna sprawa.

Nie, nie, to nie były zajęcia organizowane przez świetlicę, tylko przez gminę ogólnie, czyli przy współpracy różnych instytucji i wparciu mediów, rządu itd. Świetlica jednak miejści się w tym samym miejscu, co impreza się odbywała, więc wystarczyło przejść korytarz i już byliśmy na imprezie.

Załapałam się do pilnowania najmłodszej grupy i konkretnie miałam dwa brzdące pod opieką, więc akurat mi oczu i rąk spokojnie wystarczyło. Do organizacji ze strony świetlicy bym trochę klawiaturę postrzępiła, ale nie będę maranować swojego czasu na wywewnętrznianie się z tego tytułu. 

Ta środa była okropnie wyczerpująca, bo takie imprezy masowe, gdzie pilnować trzeba nieswoich dzieci to ostra jazda bez trzymanki, więc wieczorem byłam dętka. Na drugi dzień wcale nie było lepiej, a nawet było gorzej, więc znowu poszłam do doktorki po wolne. Piątek miałam zwyczajnie wolny, więc odpoczywałam sobie i dokończałam moje zadania pisemne, dzięki czemu już prawie są gotowe. Zostało mi tylko ostanią z czternastu wymaganych  zabawę opisać według schematu.

Myślę, aczkolwiek nie jestem pewna, że moje zaplanowane zajęcia można będzie łatwiej, spokojniej  i atrakcyjniej zrobić z kilkoma dzieciakami w tej drugiej małej świetlicy niż z tym czterdziesto- czy siedemdziesięcio osobowym stadem. Jednym słowem te wszystkie problemy w ostatecznym rozliczeniu mogą wyjść na plus. Nie chwalmy jednak dnia przed zachodem słońca, bo jeszcze nie skończyłam ani tego stażu, ani nie oddałam zadań pisemnych, ani nie zaliczyłam imprezy w szkole.

Przed tym cyrkiem w szkole też mam teraz lekkiego cykora przez tego piekielnego tik-taka, którego przygotować miałyśmy w dwójkach, no bo moja dwójka raczej się nie wysiliła a do tego po ostatniej (a zarazem pierwszej) próbie nie jestem przekonana, czy ona mi tego nie spiętroli.

Robiłam sobie nadzieję, że skoro Młodemu wystraczyło to raz wytłumaczyć i za drugim razem grał rolę, jak stary aktor, to dorosła dziewczyna spokojnie powinna sobie poradzić. Tja. 

Ale przyznam się wam, że we wtorek postanowiłam, iż miesiąc dobroci dla koleżanek się skończył i podkablowałam na luzaka do uczycielki, że panienka się nie wysilała zbytnio. 

Gdyby chociaż słowna była, to by się to nie zdarzyło, ale cóż, sama się o to prosiła. We wtorek lekcje mieliśmy tylko po popołudniu. Zaproponowałam zatem, byśmy się rano spotkały w szkole i nasze przedstawionko przećwiczyły, bo za tydzień kurde trzeba je przed dziećmi zagrać. 

Tak, JA TO ZAPROPONOWAŁAM, choć logika podpowiada, że to od niej wyjść powinno, bo to ona nie wie nic o tym. Zaproponowała godzinę dziewiątą. Dobra. Rano wstałam, czym prędzej ogarnęłam poranny burdel i już miałam wychodzić, a tu sms, że panienka będzie "później, bo nie zdąży na autobus". PÓŹNIEJ! Napisała po prostu PÓŹNIEJ! Pytam zatem o której konkretnie godzinie, bo ja nie sram czasem wolnym. Koło dziesiątej - odpisała. No to okej. Wpieniło mnie to jednak jak fiks. Pomyślałam sobie tylko, że dobrze że ja jestem młoda i zdrowa, dzięki czemu do szkoły mogę popierdalać 12 kilometrów na rowerze i nie muszę, jak takie biedne małolaty na żaden głupi autobus czekać. Tak, ona mieszka w sąsiedniej wiosce i do szkoły ma nie wiele dalej niż ja. Tyle że ona jest 26 lat odemnie młodsza, a to robi różnicę. Gdzie by ci tam młodzik się wysilał i rowerem fatygował na taką przerażającą odległość.

Postanowiłam że pojadę i tak od razu, by wstąpić do sklepu po warzywa. No bo jedną z rzeczy, które tam mamy (sorry, ja mam) w programie, jest robienie pociągu z warzyw (no wiem, czasem miewam dosyć głupie pomysły). 

Wsiadłam na rower, pojechałam do sklepu, kupiłam paprykę i ogórka, przyjechałam do szkoły. Przyszłam do klasy, gdzie nasza nauczycielka pracowała sobie nad swoimi papierami (dlatego można było przyjść wcześniej do klasy). Pogadałyśmy chwilkę i zaczęłam przygotowywać wszystko, a wtedy przyszedł sms, że autobus nie jechał, więc panienka będzie MOŻE pół godziny później... 

Wkurw mnie wziął! I wtedy, jak uczycielka zagaiła coś na jej temat, powiedziałam, jak się sprawy naszego przedstawienia przedstawiają w razie, jak coś pójdzie nie tak.  Pojwiłasię przedjedenastą. Ale ciągle ja byłam tą stroną, która proponowała kolejne próby i jeszcze kolejne, a ona tą stroną, która po każdej próbie sięgała po telefon z miną wskazującą znudzenie aktualnym zajęciem i chęć pójścia do domu. 

A potem była jeszcze heca, bo się okazało, że moja partnerka nie jest jedyną w swoim rodzaju. Inna koleżanka zaczęła nagle się żalić, że wszystko sama robiła, a tamta druga nic... No a wtedy  UWAGA TRZYMAJCIE MNIE Panienka siedząca po mojej prawicy wyrywa się z głośnym zdziwionym "COOO?! No to nie fajnie..." 

Myślałam, że spadnę z krzesła. Ale koleżanka zaczęła ciągnąć swoją opowieść, a wtedy reszta obecnych dziewczyn zaczęła wyrażać swoje opinie, że to karygodne, niedopuszczalne, że powinno się to nauczycielce zgłosić, że praca w grupie to praca w grupie i każdy się powinien udzielać, a nie że jeden wszystko robi, a drugi nic...

Wtedy chyba coś tam się przebiło i coś gdzieś zaświtało, ale nie do końca wiadomo co i gdzie...

 Po dłuższej chwili Dziewczę zapytało, czy może jednak mogło by przynieść następnym razem książkę o pociągach i drugą jakąś zupełnie nie na temat, bo przecież ono też nic nie zrobiło i co będzie jak się nauczycielka zapyta, co ono zrobiło... Tu zapadła niezręczna cisza, bo ja nie miałam najmnjejszego zamiaru pocieszać nikogo, że jak coś to będę dla niego kłamać, bo i nie mam takich planów. Poza tym podejrzewam, że nauczycielka pytać nie będzie o to, co już wie... 

Po chwili zapytałam jednak ze słabo ukrywaną złością, gdzie niby ona chce te książki wcisnąć i w jaki spoób do tego przedstawienia, ale nie otrzymałam odpowiedzi. 

Potem zaczęła się lekcja. Robiłyśmy muzyczne pudełko z opakowań po serkach wypełnionych makaronem i ozdobionych.



A wieczorem otrzymałam sms z tym samym pytaniem "czy mogę przynieść te książki?". Nie uznałam za stosowne odpowiadać na niedorzeczne pytania.

Mówią, że tonący nawet brzytwy się chwyta i coś w tym  jest. 

A w naszym ogrodzie tymczasem praca wre. Kogut pieje, kura znosi jaja i drze dziobam by ją wypuścić choć na chwilę poza ogrodzenie. Do ich stołówki zlatują się nasi najróżniejsi pierzaści znajomi. Pani Kosowa przylatuje non stop i zabiera pełny dziób jedzenia. Nie boi się Człowieków i nawet jak w ogródku jesteśmy, to ląduje bez wahania. Sroki i kawki trochę bardziej się boją, ale też nie aż tak, by nasza obecność w kuchni za oknem ich powstrzymywałam od grzebania w kurzym jedzeniu. Kury jednak za nimi nie przepadają i czasem któreś ich pogoni. 

Panieneczki sikoreczki i paniczowie wróblowie też czasem się kręcą, ale nie tak często i nie w takich ilościach jak zimową porą. Miło jest mieć tyle życia w ogródku. Uwielbiam przyglądać się tym sympatycznym maluszkom przez okno siedząc w kuchni przy stole.











22 marca 2024

Czasem zmęczenie wygrywa...

 Przeważnie ja wygrywam ze zmęczeniem, ale bywa i tak, że ono ma swoje ostatnie słowo, a wtedy pozostaje mi tylko pójść na górę i paść na wyro trupem. Po 10 godzinach mogę znowu z życiem się brać za bary, choć czasem mam uczucie jakbym zmartwychwstawała a nie się budziła…

A tu wiosna pełną gębą!

Wymęczył mnie ten tydzień, bo jakiś taki bardzo dziwny, skomplikowany, niezrozumiały i szybki był...

W poniedziałek szkoła. Pojechałam z Panem Rowerem, bo inne opcje aktualnie nie są dostępne albo mnie nie satysfakcjonują, czytaj: skuter zepsuty, a autobusem z przesiadkami to nie na moje nerwy i cierpliwość. Jest jeszcze opcja poproszenia koleżanki o zabranie mnie, ale ja wolę liczyć na siebie, dopóki mogę. Jeśli uznam, że to mnie przerasta, to poproszę. Już nawet wstępnie mam taką ewentualność zaklepaną. 

Jednakowoż po długich przemyśleniach (będzie z kilkaset sekund) i karkołomnych obliczeniach doszłam do wniosku, że może ja to niewłaściwie do kwestii zmęczenia podchodzę. Może to paradoksalnie nie więcej odpoczynku mi potrzeba, a więcej ruchu, panie. Więcej i, przede wszystkim, częściej oraz systematycznie. A nie że dopadnę roweru czy trampka raz na tydzień i od razu maraton, a potem dędka przez resztę tygodnia. Tak się nie robi, panie! Jak już się brać za ruch to wytrwale, uparcie codziennie. 

Zdechły skuter mi dopomógł w dojściu do takich wniosków, bo przypomniało mi się, jak to 7 czy 8 lat temu zaczęłam do pierwszych klientów na rowerze naginać i jak to mało płuc wtedy nie wypluwałam przez to pedałowanie, a jakiś czas potem kręciłam przecież po 30km dziennie plus latanie na miotle po kilka godzin i żadnego większego zmęczenia nie odczuwałam. Teraz mi ciężko pokonywać stare znane, nawet dosyć krótkie trasy i to daje do myślenia. 

To że starych portek nie mogę zapiąć też! Paaanie, ostatnimi czasy kupowałam przeważnie rozmiar 40 czy jak kto woli L, by mieć luźne gacie i koszulki no i w te się mieszczę bez problemu, ale te starsze, na których widnieje 38 to jakby ciasne się ostatnio zrobiły, a niektórych nawet na dupę nie wcisnę. Odkąd przytyłam do 65 podczas leczenia, tak mi już zostało. Od matury praktycznie cały czas (nie licząc ciąż) ważyłam 58-62kg. Przez raka wyhodowałam małą oponkę.

 Czytałam gdzieś, że w ten sposób, czyli wokół bioder i brzucha nasze ciało odkłada tłuszcz przez stres i może faktycznie coś w tym jest, bo gdy wcześniej zdarzało mi się nabyć trochę tłuszczyku, to było to widać na całym ciele, także - a może zwłaszcza - na twarzy. No ale mniejsza o to. Poza tym, że wszystkie wygodne portki są za ciasne, to mi to w niczym na razie nie przeszkadza, ale jest zauważalne i skłania mnie do zastanowienia, czy więcej ruchu nie pozwoliło by się tego pozbyć.... 

Że co…? Że niby stare wróble ćwierkają, iż mniej słodyczy i chipsów też mogło by tu pomóc? Może i tak, ale tu nie ma takiej zasranej możliwości. Chipsy i piwerko do Netflixa, czekoladki do blogowania i nauki, kinder bueno i -country na przerwie w szkole i świetlicy, pączki z budyniem i mini ptysie z bitą śmietaną ...bo są... Nie, nie, niezdrowe jedzonko zostaje na razie, tam gdzie jest. W moim bliskim zasięgu. Amen.

Aktywność fizyczna jednak jest mi zdecydowanie potrzebna. Jeszcze nie wiem ile, ale na pewno trochę więcej niż ostatnio. No więc się wdrażam. Poniedziałek 12km razy 2, wtorek po prosru 2 km, środa 2 razy 5km, czwartek 2 razy 5 km, piątek 0, co daje pi razy oko: 44 km. Do tego sporo łażenia. Tak dla ciekawości w Brukseli przedeptałam wedle aplikacji Zdrowie około 5 tysięcy kroków, a w świetlicy przez 5 godzin ponad 10 tysięcy. Tak że tak, nogi do dupy czasem włażą w tej robocie haha.

Przez tego cholernego raka miałam sporą przerwę we wszelakich poważniejszych aktywnościach fizycznych. Do tego oczywiście doszło podtrucie i wyniszczenie organizmu przez leki i zabiegi, a i stres swoje zrobił zapewne.

Dość rzec, iż trzeba od nowa zacząć budowanie kondycji, sprawności i odporności. Od nowa i na innej bazie, bo ciało działa i wyglada teraz inaczej niż przed rakiem: stawy są sztywne, mięśnie jakieś niedożywione (częste skurcze skądś się biorą), nie mam jednego cycka (miejsce po nim jest obolałe, napięte, swędzące i mało unerwione, w sensie mało czułe z wierzchu), skóra jest sucha i mało elastyczna (choć robię co mogę, by jej stan polepszyć), paznokcie są jak z płyty wiórowej (i trzeba na nie uważać), a i w środku też są różne spustoszenia, ale nie bardzo widać jakie, więc na to nie weźmie poprawki.

Takim oto tokiem myślenia podążając stwierdziwszy któregoś pięknego dnia niezdolność skutera do jazdy, uznałam, że nie będę się spieszyć z jego naprawianiem, bo przecież idzie ku wiośnie, przeto rowerowanie będzie znowu przyjemne, a przy okazji będę zmuszona się nim cieszyć, bo - jak wiadomo - z braku laku dobry i kit. Ha. 

Oczywiście tu nasuwa się pytanie: czy podołam? 

Pewnie że tak! A jak. Opcje są dwie: albo mnie to zabije, albo wzmocni. Czas pokaże.

We wtorek lekcji nie mieliśmy, bo belferka się pochorowała. No i dobrze! Nie że się pochorowała, tylko że lekcji nie było, bo mogłam spokojnie do Brukseli obskoczyć bez kombinowania jak koń pod górę. Doktór od siedmiu boleści i dziesięciu plag orzecznik orzekł był moją całkowitą niezdolność do pracy jako pomoc domowa. Powiedział, że może faktycznie lepiej, bym poszła robić coś innego, no bo i co miał powiedzieć, skoro inny doktór orzecznik z mojego Funduszu Zdrowia dał mi w zeszłym roku na piśmie, że nie mogę pracować jako pomoc domowa i ja mu to pismo pode nos podsunęłam. Ostateczne rozwiązanie umowy dostanę dopiero po miesiącu, bo to musi nabrać mocy urzędowej. Niech i tak będzie. 

Jaka jest różnica z normalnym rozwiązaniem umowy? Ano taka, że w tym wypadku (rozwiązanie umowy z przyczyn niezależnych - medycznych) mam prawo do zasiłku dla szukających pracy.

Biuro doktora jest na Heizel, czyli koło słynnego Atomium, no to se pamiątkową fotkę tych błyszczących kulek cyknęłam. Nie wiem, czy wiecie, ale do roku bodajże 2016 publikowanie zdjęć Atomium czy Dworca Centralnego było dosyć ryzykowne ze względu na prawa autorskie. Dziś nadal nie wolno bez zgody Atomium zdjęć tego przybytku używać na komercyjnych stronach. Prywatnie jednak jest dozwolone  w ramach tzw wolności panoramy. No to cyk. Macie obrazek z daleka i z odbicia tego żelastwa w jakimś oczku wodnym.





gęsia leciała…

most Sobieskiego w Brukseli


Będąc w stolicy, powiozłam się metrem w okolicę Tour & Taxis, by wybadać gdzie konkretnie jest ta wystawa Titanica, na którą bilety jakiś czas temu kupiłam, by potem nie latać w panice po całej okolicy i nie szukać. I dobrzem uczyniła, bo powiem wam, że chwilę mi zeszło, zanim trafiłam na właściwe drzwi.

Turn & Taxis to dziś centrum usługowo-wystawiennicze, ogromna budowla (fotki całości zrobię następnym razem) powstała gdzieś około 1905 roku jako królewski magazyn. Mieści się toto obok dawnego portu, a przez nią przechodziły tory, bo pociąg wjeżdżał do środka. Części torów zachowano i można je sobie przez okna w podłodze oglądać. Budowla robi wrażenie (i dosyć przytłacza) zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Dziś mieszczą się tam różne knajpki, biura, firmy, organizowane są najróżniejsze wystawy, ekspozycje, czasowe muzea i diabli wiedzą, co jeszcze… Okolica, że tak powiem, dupy nie urywa. Tu i ówdzie wygląda, jakby tam coś wybuchło niedawno, a pomiędzy ruinami ktoś jakieś dziwne budowle poustawiał bez większego namysłu. To oczywiście opinia prostej baby ze wsi, bo znawcy sztuki być może widzą w tym jakiś większy sens i ukryty przekaz…



 

A tym mostem pewnie ciopąg do tego magazynu jeździł i tak tu utknął w czasie bezpowrotnie.



Ten brzeg z obu stron wygląda, jak jakieś pobojowisko - jakieś zwały piachu czy cementu, śmieci i inny syf. To wszystko tuż obok tego słynnego budynku, w centrum stolicy Europy.

a ten mural był po drodze…


Jako wisienkę na torcie w tej szybkiej wycieczce po Brukseli zaprezentuję wam Dworzec Północny. No szaleństwo, Panie. Jakiś czas temu należał do miejsc potencjalnie wybuchowych i pełno uzbrojonych żołnierzy i policji na nim było, a wokół krążyły pojazdy opancerzone. Bywałam tam wtenczas często i nawet sporo zdjęć miałam… Bo to „nasz” dworzec, w sensie autobusy do nas stamtąd odjeżdżają. Potem było o nim dosyć głośno, bo uchodźcy na mim całymi stadami spali, srali i okradali podróżnych. Potem ich przegonili i cały dworzec autobusowy w cholerę zamknięto. Później albo w tym samym czasie zabrali się za remont dworca kolejowego (one są połączone ze sobą). Znaleźć drogę na właściwy peron czy automat do biletów to była wtedy niezła zabawa - tu zamknięte, tam coś rozburzone, a tam szaleńcy z młotami pneumatycznymi dokazują, a dalej żołnierze z karabinami… W końcu zakończyli remont, by chwilę później zacząć demolkę na autobusowym. Nie zazdroszczę turystom, czy innym ludziom chcącym np po raz pierwszy akurat z tego dworca skorzystać, bo jak nie znasz tego miejsca, to możesz mieć spore wątpliwości co do tego, czy aby na pewno znalazłeś się aby we właściwym miejscu i właściwym czasie. Kurde, nawet my, stałe bywalczynie,  jak tam ostatnio z Młodą zajechałyśmy nota bene jakąś nową nieznaną drogą, to nam szczeny na asfalt opadły… We wtorek przez chwilę gapiłam się z wielką wątpliwością w górę na kopary pracujące zawzięcie na różnych piętrach i omijałam szerokim łukiem sypiące się na ulicę kawałki szkła… Panie, co to ma niby być? Kto to widział w takich warunkach na autobus czekać? Godverdomme! 

Dworzec Północny

Dworzec Północny (autobusowy)


W środę pokonało mnie zmęczenie, ale sama sobie zgotowałam ten los, bo nie biorąc poprawki na to, że od-teraz-jeżdżę-do-wszędzie-rowerem, przed i po powrocie ze świetlicy poza zapieprzaniem przy swoich zadaniach szkolnych jeszcze ugotowałam, jakieś pranie obskoczyłam, nacięłam trawy, posprzątałam u świń, poodkurzałam tu i ówdzie… A o 2Otej nie byłam w stanie nawet pyska otworzyć, by odpowiedzieć Małżonkowi na pytanie pt „jak tam…?”. Serio, nie miałam sił, by mówić! No ale dobra, zawlokłam zwłoki na górę i zasnęłam od razu kamiennym snem. Przespałam ciągiem 8 godzin, potem poszłam na siku i dospałam jeszcze do 6:30 półsnem. Potem zmartwychwstałam powoli i powlokłam się na obolałych kopytach przygnieciona bólem głowy na dół do kuchni. 

W czwartek już było lepiej. Tyle że uczycielka-mentorka moją świetlicę nawiedzała i dosyć mnie to stresowało… Co oczywiście w ostatecznym rozrachunku nie miało dobrego wpływu na moje samopoczucie. Otrzymałam całkiem sporo komplementów, ale w takim kiepskim stanie będąc mój mózg skupił się tylko i wyłącznie na tej jednej rzeczy, nad którą muszę popracować. Przez to wszystko, czyli zdecydowany nadmiar wrażeń, myśli i bodźców, kolejnej nocy nie spałam prawie wcale, bo musiałam przecież wszystko gruntownie z najdrobniejszymi szczegółami przemyśleć, przeanalizować i przetrawić. Bo mój mózg jest pojebany i musi to robić. Dziś jestem zatem lelum-polelum, ale osiemdziesiąta dziewiąta zasada niepoprawnego optymisty  mówi, że jak zjebałeś się na samo dno, to teraz droga jest tylko jedna - jest to droga w górę ku światłu i ku lepszemu. Czterdziesta siódma mówi, że jak jeszcze nie jest tak źle, by gorzej być nie mogło, to jest dobrze. A jak jest, to znaczy że już  może być tylko lepiej. 

A tymczasem koło naszej chałupy jacyś naiwni skarbu szukali. Mówili niby, że światłowód kładą, ale kto ich tam wie… 

Tak, psze państwa, ogłaszam niniejszym że tak oto do Belgii dotarła cywilizacja! Będziemy mogli już nie długo pędzić do siebie z prędkością światła. Kozacko c’nie?

Wszystko fajnie piknie, tylko teraz wszędzie jest wszystko rozkopane, bo chłopaki się serio ostro za te wykopki wzięły i grzebią wszędzie jak kury za glizdami, a ty człowieku kombinuj jak tu z punktu A do punktu B dotrzeć. Poza nimi jeszcze z tysiącpincetstodziewincet innych firm za tym czy tamtym grzebie w drogach. No kuźwa, serio wom godom, jak mieszkamy tu 10 lat, to takich utrudnień na drogach nigdy nie było jak teraz. Świat nie widział! Nie ma na tym, jak się zdaje, żadnej koordynacji i żadnej nici porozumienia pomiędzy poszczególnymi firmami - każdy uj na swój strój. Ci kładą światłowód, na sąsiedniej ulicy robią przy gazie, kawałek dalej przy kanalizacji i to zaraz potem jak inna firma tyle co nowy asfalt położyła i/albo chodnik ułożyła, a dalej jeszcze kolej coś rozgrzebuje albo elektrycy, albo gmina parking robi czy szkołę przebudowuje… Flandria wygląda jak jeden wielki plac budowy. No i dobrze, że robią, że działają, że naprawiają, poprawiają, wymieniają, ulepszają, ale do cholery w dobie telefonów komórkowych, sztucznej inteligencji, komputerów i internetu człowiek by jednak oczekiwał jakichś bardziej przemyślanych i sensownie zorganizowanych działań, by inni ludzie mogli normalnie i bezpiecznie dostać się do szkoły, pracy, lekarza czy babci, a nie że godzinami w korach się stoi albo szuka objazdu.



Na zakończenie tego wpisu pochwalę się moimi przygotowaniami do realizacji projektów, a konkretnie jednego: stymulowanie samodzielności u dzieci. Mam wybrać jedno dziecko, któremu pomogę w pożegnaniu pieluch, jedno które nauczę wiązać buty plus dwa inne dziecka i dwa inne własne pomysły (wybrałam wstępnie naukę mycia rąk u szkolniaka oraz zakładania na siebie oraz wieszania kurtki na wieszaku przez przedszkolaka). Te dwa ostatnie to działanie jednodniowe (ale do ćwiczenia w dniach kolejnych), buty i kibel trochę bardziej skomplikowane. Na razie mam plan na sznurówki, bo bardzo mi się pomysł tutejszy na króliczka/zajączka spodobał. Naukę ujarzmiania sznurówek i kurtek chcę zrobić dla grup 3-, 4-dzieciowych, by było weselej. 

Nauka wiązania butów „na zajączka”

Czy to działa, opowiem wam, jak wypróbuję na dzieciach. Póki co przygotowałam pomoce naukowe, czyli zajączka z tekstem i sznurówką oraz buty ćwiczebne z podkładki na stół i starych sznurówek oraz mini dyplomiki. Mam też nagrody rzeczowe: skaczące piłeczki gumowe i dwa pudełka naklejek.


Tekst sznurówkowy po polsku (to nie jest dosłowne tłumaczenie).

„Był raz sobie zajączek, który zgubił swoje uszka…
Pomyślał, że może przy swoim łóżku poszuka. (bierzemy sznurówki w dłonie)
Przebiegł najpierw wokół łóżeczka, a potem przepełznął pod spodem  (jedna sznurówka wokół drugiej i do dziury).
Pociągnął trochę za swoje włosy (zaciągnąć węzeł)
i co zobaczył tuż przy nodze łóżka?
- Toż to moje jedno ucho! - wykrzyknął uradowany. (robimy pętelkę) - Ale gdzie może być drugie? - pomyślał zajączek i przebiegł ponownie wokół swojego łóżka, po czym przepełznął pod kołderką (druga sznurówka wokół „uszka” i wyciągamy przez dziurę jako drugie „uszko”). I tak znalazł swoje drugie zajęcze uszko. Umocował je porządnie na swojej główce (zaciągamy pętelki porządnie) i uradowany pobiegł się bawić”.





Epicki w tym tygodniu zaczął kolejne egzaminy. 

Mówi, że matma i przyroda były w porządku, ale w poniedziałek wrócił wkurzony, bo belfry otworzyły "wszystkie okna", a on zapomniał swoich ochraniaczy słuchu i mówi, że mało szału nie dostał od hałasu za oknem i że w ogóle nie mógł się skupić. Na drugi dzień już zabrał słuchawy i po powrocie ze szkoły oznajmił, że to ogromna różnica. 

Jego wyniki w tym trymestrze są bardziej niż satysfakcjonujące. Jak wszedł w szkolnhy rytm tak znowu wszystko mu idzie jak z płatka choć po lekcjach nie poświęca szkole jakoś nie wiadomo ile czasu. Ot, zadanie domowe odrobi i na papierze, i online. Coś tam przygotuje, od czasu do czasu powtórzy... Poza tym sporo gra i gada z rówieśnikami z całego świata, słucha muzyki, przekopuje internety w poszukiwaniu nowych informacji na interesujące go tematy, od czasu do czasu pójdzie pokopać w piłkę z tatą lub kolegami, pozawraca gitarę... Najważniejsze w tej historii, że nikt go praktycznie nie nadzoruje, nikt do niczego nie nagania ani nie zmusza. Czasem, jak mi albo Małżonkowi przypomni, zapytamy, czy ma jakieś zadanie, ale żadne z nas nie idzie tego sprawdzać. Nie grzebiemy mu w tornistrze bez powodu, nigdy nie sprawdzamy przeglądarki, nie zaglądamy do podręczników, jeśli sam o to nie poprosi. On jest w pełni samodzielny i bardzo odpowiedzialny. O wszystkim sam dobrowolnie opowiada. Tak, o popełnionych błędach i odwalonych głupotach również, bo wie, że kara go żadna nie spotka, bo nasz system wychowania kar nie przewiduje. Nagrody czasem jak najbardziej, ale też nie na zasadzie, jak cos zrobisz to coś dostaniesz. Raczej rozdajemy nagrody za całokształt kupując prezenty z i bez okazji. Jak chcę coś o nim (czy naszych dziewczynach) wiedzieć, to po prostu pytam. Oni też wiedzą, że matkę czy ojca można zapytać o wszytko swobodnie. Bo to bardzo dobre nastolatki i młodzi dorośli są.



9 lutego 2024

Gdy stare baby bawią się w ciuciubabkę przed szkołą i kradną po klasach

 Na początek pochwalę się naszą brzydką szafą z Kringloopa za 20€, o której była mowa w poprzednim wpisie. Przywieźliśmy, poskładaliśmy, spasowała idealnie pod sufit i nawet sporo rzeczy się w niej mieści. Przeleciałam jeszcze raz na szybko sklep no i znowu coś przygarnęłam. Panie, półeczki na dokumenty na moje biurko, które mi się od dawna marzyły, ale wydawały za drogie, a tu proszę w Kringloopie za 2€ (słownie: dwa euro). 



Czego uczą w szkole dla dorosłych?

W poniedziałek rozpoczęłam drugi semestr nauki w szkole dla dorosłych. Rozpoczęliśmy przedmiot "zabawa" i bawiłyśmy się tak, że prawie popłakałyśmy się ze śmiechu... 

Panie, dotąd często miałam wrażenie, że jestem jedyną dorosłą osobą w swoim otoczeniu, która w gronie dzieci czy młodzieży sama dobrze się bawi. Wspominałam na pewno nie raz, jak chodziłam z dziećmi na plac zabaw w parku, by się pohuśtać na porządnych huśtawkach i pozjeżdżać na zjeżdżalni. Raz, jak pamiętam, zostałam miło zaskoczona widokiem kobiety starszej odemnie na oko ze 20 lat, czyli emerytki, która też świetnie się bawiła zjeżdżając na zmiany z - prawdopodobnie - wnusią lub prawnusią. 

Często słyszałam określenie, że ktoś "idzie bawić dzieci" albo "MUSI BAWIĆ dzieci" i to własnie widuję najczęściej. Dorośli muszą bawić dzieci, a nie bawić się Z  DZIEĆMI. Jeśli ktoś się pyta, jaka jest różnica, to bez wątpienia należy do tej pierwszej grupy i nawet nie będę się wysilać z tłumaczeniem.

No ale słuchajcie, odkąd chodzę do szkoły, spotykam się systematycznie z ludźmi, którzy nie tylko bawią się z dziećmi, ale i  świetnie potrafią się  bawić nawet bez dzieci w zabawy dla dzieci typowe. Wyraźnie czuć i widać, że brać nie zapomniała, jak to jest być dzieciakiem. I to jest MEGA!

Nauczycielka z okazji pierwszej lekcji urządziła nam pół dnia takich właśnie zabaw. Na początku mieliśmy turniej z budowana  jaknajwyższej wieży z makaronu spaghetti i taśmy samoprzylepnej, która utrzyma piankę marschmallow. Niestety nasza grupa poniosła sromotną porażkę, bo wieża nam się zawaliła.

Potem poszliśmy przed szkołę, by bawić się na trawniku w grupową ciuciubabkę. Wszyscy mieli zasłonięte oczy, ale ciuciubabka była jedna. Zabawa przednia. Zostałam złapana i rozpoznana jako jedna z pierwszych więc miałam okazję obserwować dalszy przebieg zabawy z boku z otwartymki oczami. Miny ludzi przechodzący lub przejeżdżających bezcenne!

Ale to jeszcze nic. Potem to dopiero się działo! Otrzymaliśmy cały szereg zadań do wykonania w godzinę. W razie przegranej, mieliśmy dostać jakies głupie zadanie domowe, w razie wygranej mogliśmy zadań nauczycielce dowolne zadanie. Zadania były następujące:

napełnij flaszkę wodą za pomocą łyżeczki

ułóż zdanie z 10 słów zaczynających się na tę samą literę

policz listki w rolce papieru toaletowego

zrób mumię z użyciem papieru toaletowego

wypastuj całą tubkę pasty do zębów

narysuj klasę stopą

ułóż piosenkę na temat naszego kursu i nagraj wideo

idź do sali nr taki a taki i ukradnij stamtąd coś nie dając sie przyłapać 

rodziel poszczególne kolory koralików (około 10 kolorów w blisko litrowym słoiku)

wystrugaj cały ołówek temperówką

Te zadania mieliśmy wykonywać wspólnie, ale niektóre jak np wypastowywanie pasty miała robić jedna osoba z grupy. Piosenkę układaliśmy razem. Klasę musiał narysować stopą każdy...Jak dzieci, no jak dzieci haha.

Mówię wam, jaja jak berety. Każda z nas świetnie się przy tym bawiła. Dwie koleżanki poszły na szaber i udało im się ukraść pilota do projektora z klasy z drugiego końca szkoły. Śmiechu było co niemiara! (oczywiście, że potem go oddaliśmy).

Udało nam się dokończyć wszystkie zadania w ostatniej minutach. W międzyczasie pojawiła się inna nasze belferka, by nam poprzeszkadzać. Pomieszała nam np dopiero co z mozołem przebrane koraliki. Ale nic to, wygrałyśmy z nauczycielką i mogłyśmy jej zadać zadanie.

Przypadkiem tego dnia odbywało się wręczenie dyplomów dla innych klas i wyrychtowali salę, w której jest podium, mikrofony etc. No i któraś rzuciła pomysł, że nauczycielka razem z dwoma innymi nauczycielkami-sabotażystkami, które nam utrudniały robotę, mają zaśpiewać i zatańczy na scenie. Pomysł został jednogłośnie przyjęty. Zanim doszliśmy do tej auli, dwie kolezanki poleciały po salach i zawołały na "koncert" jakąś randomową klasę, która miała lekcje z jeszcze inną naszą nauczycielką, co tamtą wielce uchachało i nawet  nagrywła telefonem całe zajście. A występ był MEGA. Popłakałyśmy się niemal  ze śmiechu, bo one naprawdę dały czadu na tej scenie. 

Boję się jednak, że zapłacimy za to jakimś innym adaniem od czapy :-) Jedno jest pewne, na naszym kierunku wszyscy są normalni inaczej. Wszyscy mają dzikie poczucie humoru i lubią się wydurniać.

Ta szkoła ma bowiem złe i dobre strony. O wkurzających aspektach pisałam często w poprzednim semestrze. Kto wie, może teraz będzie takich pozytywnych momentów więcej do opisania.

Zaczęłam kolejny staż w świetlicy pozaszkolnej

Pierwsze wrażenia bardzo pozytywne. Jak będzie dalej, czas pokaże.

Aktualnej i poprzedniej świetlicy nie da się w ogóle porównać. To dwa różne światy. Przy czym nie da się powiedzieć, że ta jest gorsza, tamta lepsza. Są po prostu całkiem inne. Inna organizacja, inne zasady.

Gdy w środę o siódmej rano zadzwoniłam do drzwi, już tam na mnie czekano. Przywitało mnie z uśmiechem trzy babki, które od razu się przedstawiły i jedna oprowadziła mnie po lokalu. Opowiem wam, jak wygląda ta świetlica. Mieści się w ogromnym nowoczesnym budynku. Wchodzimy przez oszklone automatycznie odsuwane drzwi do dużego holu. Tam znajdujemy zwyczajne drzwi przy których jest dzwonek, domofon i kamera. Nie ma możliwości by dostać się do świetlicy niezauważonym. 

Zaraz za drzwiami są wieszaki na kurtki i półki na tornistry. Potem jest lada, przy której czuwa przynajmniej jedna pani (lub pan), która rejestruje przybycie i odejście poszczególnych dzieciaków.

Dalej mamy totalety dla dzieci, magazynek z apteczką, kuchnię dla personelu (starszaki używają jej też do odraniania lekcji po południu), łazienka dla personelu. A potem jest półokrągła szklana ściana z kilkoma wyjściami na podwórko. Na środku po całej sali rozstawione są stoliki i krzesełka, a pod ścianami wkoło są zabawki podzielone na rózne działy: szafa gier i puzzli, stół piłkarzyków, kącik lalek barbie i czytania dla maluchów, dział wielkich klocków, dział samochoddzików, dział klocków lego, cichy kącik z miękkimi kanapami dla dzieci, dywanem, książkami i teatrzykiem, piętrowy drewniany dom, który na dole wyposażony jest w zabawkową kuchnię, fotele etc, dział dużych lalek, wózków i kołysek. Zabawki można swobodnie przenosic pomiedzy działami i uzywac ich w całej sali. Sala jest ogromna, choć na pierwszy rzut oka na to nie wygląda. Jednak, gdy jest w niej tylko 20 dzieci, to masz wrażenie, że prawie nikogo nie ma, taka pustka. Gdy natomiast jest koło 80 sztuk, to człowiek czuje się jak w ulu - brzęczenie i zamieszanie. 

I tak rano właśnie jest kilkanaście, dzwadzieścia parę dzieci, a po południu tłum. Jeden dzień jednak od drugiego się różni jeśli idzie o frekwencję. 

Rano dzieci bawią się swobodnie. Gdy jest czas wyjścia do szkoły, włącza się specjalny dzwonek. Wtedy dzieci sprzatają zabawki i siadają przy stolikach. Potem woła się poszczególne szkoły, by dziatwa zakładała kurtki, czapki i zabierała tornistry, w czym oczywiście się pomaga. Najpierw ktos idzie odprowdzic tałatajstwo do najbliższej szkoły - to dosłownie przejść przez plac i już są na miejscu. W tym czasie szykuje się reszta i potem wyruszamy razem na poranny spacer do dalszych placówek. Nie jest daleko, bo około kilometra, ale trzeba maszerować w każdą pogodę i uważać na przejeżdżające rowery, motory, samochody...

Potem wracamy do świetlicy i wykładamy krzesełka na stoliki, bo wtedy przychodzi pani sprzątaczka, a my idziemy do domu. W południe (środa) lub o 15 (inne dni) wracamy. Zdejmuje się krzesełka i rozdziela zadania, czyli kto rejestruje przyjścia, kto idzie odebrać dzieci z najbliższej szkoły, kto czeka na autobusy (reszta przyjeżdża autobusami gminnymi), kto pilnuje szatni, kto kibelków (po lekcjach dzieci muszą kolejno iść na siku i mycie rąk), kto nalewa wodę i rozdziela ciastka czy owoce...

Dzieci się rozbierają, idą na siku, idą do stolika z wodą i ciasteczkami/owocami/warzywami (lub wyjmują swoje kanapki (sroda), zajadają, czasem przychodzą lub wołają o dokładkę, potem odnoszą kubeczki lub flaszki i idą sie bawić. Często (głównie w środy) wychowawczynie (to chyba lepsze słowo niż opiekunki) siadają przy stolikach dzieci i jedzą swoje kanapki razem z nimi. Ten mechanizm działa sprawnie!

Ale co istotne nikt nie zabrania dzieciom gadać, śmiać się się, wygłupiać. Nikt nie krzyczy na dzieci, gdy przewrócą butelkę z wodą, czy upuszczą ciastko na podłogę. No, chyba że się bardzo wydurniały i były wcześniej upominane (szczególnie starszaki). 

Dzieci nie muszą też czekać, aż wszyscy się posilą. Mogą się iść bawić. Po skończonym posiłku pani otwiera drzwi na podwórko i któraś (albo kilka) idzie tam dyżurować. Dzieci, które chcą, biegną po kurtki i zasuwają na podwórko. Drzwi są otwarte do wieczora. I pogoda musi być wyjątkowo zła, by dzieci nie mogły sie bawić na zewnątrz, co raczej rzadko się zdarza, bo to na prawdę musi lać jak z cebra albo wichura z kodem czerwonym przechodzić. Dzieci ganiają w te i wewte cały dzień. Zdarza się, że wracają mokre i upaprane w błocie, jak ostatnio jeden agent, który przyszedł z butem ociekającym wodą w ręce i bosą stopą, mokry do pasa oznajmiając, że piłka non stop leciała w trawę i pytając czy może but dać na kaloryfer. Koleżanka tylko przewracała oczami i się go spytała, gdzie jest taka wysoka trawa na podwórku, że mu do piersi sięgało... Ale poza tym nie było problemu... Taaa, w tym tygodniu ja głównie się plątałam i obserwowałam poczynania koleżanek. No dobra, byłam odprowadzać dzieci do szkół, pomagałam z krzesełkami, miałam dyżur w szatni, pomagałam naciągać portki i majtki po wizytach w toalecie, grałam w memo i bierki, układałm puzzle, rysowałam, trzymałam dzieci na kolanach i przytulałam. I ze sto pięćdziesiąt razy odpowiedziałam na pytanie, jak mam na imię.

Uwielbiam to. Niektóre wchodzą do świetlicy i patrzą na mnie przez chwilę spod oka. Po czym pytają innych dzieci albo innej pani kto to jest. Niektóre od razu prosto z mostu: 

- Czy jesteś nową juf*?

- Jak masz na imię?

- Gdzie mieszkasz?

- Ile masz lat?

*) juf - to skrót od dawniej używanego słowa juffrouw/jufvrouw, czyli panienka. Tak zwraca się we Flandrii do nauczycielek w szkole podstawowej i w świetlicach też dzieci nazywają wychowaczynie juf. Pan nauczyciel w podstawowce to tutaj: meester. W szkole średnej już mówi się "proszę pana", "proszę pani", czyli meneer/mevrouw zwykle plus imię lub nazwisko. Niektórzy nauczyciele pozwalają sobie mówić po imieniu, szczególnie w starszych klasach szkoły średniej.

Poza szkołą dzieci zwracają się do znajomych dorosłych po imieniu. Czyli jeśli twoje dziecko ma flamandzkich znajomych to nie spodziewaj się, że oni będą do ciebie mówić "proszę pani/pana", bo raczej rzadko sie to zdarza. Będą mówić po imieniu, jeśli je znają. Jeśli nie znają, to zapytają jak masz na imię albo będą cię tytułować "mamo/tato Krzysia" (mama/papa van Kristof). To nie brak kultury. Tutaj taki jest zwyczaj. My dorośli też nie paniujemy znajomych nawet jeśli są od nas drugietyle starsi. Można, ale jest to zupełnie zbędne. W przypadku osób starszych to jeszcze  dobrze zabrzmi, szczególnie jeśli samemu jest się młodym szczylem, ale jeśli do rodziców kumpli swoich dzieci po roku znajomości ciągle mówisz per pan/pani to już to może być lekka przesada :-)

Tutaj nawet jeśli do pana doktora czy burmistrza powiesz po imieniu nie będzie to jakoś specjalnie źle odebrane, choć w takich sytuacjach jednak już tytuły są jak najbardziej na miejscu, szczególnie w oficjalnych sytuacjach, bo tam na festynie na wsi to już różnie... ;-)

W tym tygodniu dotarło do mnie, że praca w świetlicy wymaga chodzenia do roboty dwa razy dziennie, czyli dwa razy dziennie wychodzisz do pracy i dwa razy dziennie z pracy wracasz. Dwa razy dziennie pokonujesz drogę do i z pracy. Gdy chodziłam do świetlicy oddalonej od domu raptem kilometr z hakiem to tego nie odczuwałam tak wyraźnie, ale teraz, gdy do pokonania mam odległość blisko 5 km to dopiero dociera do mnie, co to tak na prawdę znaczy. 

Znaczy to, że muszę o piątej wstać, by zdążyć ogarnąć rzeczy do ogarnięcia, zjeść śniadanie i dotrzeć na siódmą do świetlicy. Znaczy to, że przed siódmą wychodze po raz pierwszy  i przed 19 wracam po raz drugi. Znaczy to, że potrzebuję pół godziny, by dojechać tam skuterem, czy rowerem, co czasem trzeba robić dwa razy tego samego dnia. Znaczy to, że jak pada deszcz to dwie pary butów i dwie pary portek idą do suszenia, bo nie chce sie zakładać za każdym razem wszystkich akcesoriów przeciwdeszczowych. A jak się je zakłada to nie zdążają wyschać przecież i trzeba by mieć więcej kompletów: peleryn, spodni przeciwdeszczowych i ochraniaczy na buty... 


Znaczy to też, że jak nie będzie mi się chciało lub sił będę mieć za mało, by jechać rowerem, to zużyję dużo paliwa. A jak mi się będzie chciało jechać rowerem, to będę podwójnie zmęczona będę mieć zajebistą kondycję. 

rowerem przez las


Dodam tu gwoli ścisłości, że godziny pracy (w sensie pracy, czyli nie stażu) w tej placówce są różne. Jedni zaczynają wpół do siódmej, inni o siódmej, kolejni nie przychodzą rano wcale, jeszcze inni przychodzą tylko rano, ale nie przychodzą po południu, jedni po południu przychodzą wcześniej, inni później i tak samo różnie kończą. Czas pracy jest tam dosyć szalony i, jak już zauważyłam, często ustala się dyżury z dnia nia dzień, z tygodnia na tydzień. Szczególnie, gdy ktoś zachoruje, to są takie przetasowania, że głowa mała, bo tu dochodzą jeszcze zastępstwa w filiach po okolicznych miejscowowściach. 

Nie wiem, ile dokładnie ludziów pracuje w tej świetlicy, ale spora gromada. Na razie zapamietałam 6 imion koleżanek. Moja mentorka ma na imię Lena, co z wiadomych przyczyn dla MagdaLeny jest wyjątkowo łatwe do zapamiętania :-) 

Przeżyłam też juz ciekawe zdarzenie. 

W środę rano prowadziliśmy dziatwę do szkoły. Przed ósmą o tej porze roku, szczególnie gdy pada, jest jeszcze dosyć ciemnawo. Wychowawczynie noszą kamizelki odblaskowe. Niektóre dzieci też. Jedna pani zawsze ma znak stopu do przeprowadzania dzieci przez ulice. Dzieciaków idzie około 20-30, czyli raczej sporo nas jest. No, moim zdaniem, raczej trudno takiego pochodu nie zauważyć, nawet po ciemnawu. Jednakowoż nie wszyscy, jak się okazuje, mają taki dobry wzrok...

Nie uszliśmy daleko, gdy po raz pierwszy przewodniczka stada stanęła na środku drogi ze znakiem stopu uniesionym w górę. Dzieci już zaczęły maszerować, gdy nagle jakiś czub na rowerze pomiedzy nimi przejechał, o mały włos nie potrącając pani przewodniczki. Zaczęła na niego krzyczeć, ale ten pojechał dalej. Stwierdzono, że to nauczyciel z pobliskiej szkoły. Wszyscy patrzyli w kierunku, w którym pojechał i wypatrzyli pana maszerującego raźno (bo rower pewnie na jakimś zamknietym parkowisku postawił). Jedna pani zaczęła wołać machając znakiem stopu, czy pan nauczyciel to nie powinien  przypadkiem, wiedzieć, co ta rzecz oznacza? Druga się nie patyczkowała tylko do niego pomaszerowała chyżo i zaczęła mu prawić kazanie, że chyba na drugim końcu wsi słyszeli o tym, że nauczyciele powinni dawać przykład, a nie zachowywać sie jak palanci itd... Pan powiedział: "sorry, nie zauważyłem". Taaa 

Innego dnia opieprz dostała nastolatka, która podobny popis dała. 

Świadczy to tylko o tym, że prowadzenie dzieci ulicami nawet wsi wcale nie jest łatwe ani tym bardziej bezpieczne, bo ludzie mają w dupie bezpieczeństwo dzieci i innych przechodniów, bo ludzie są nieodpowiedzialni i bez wyobraźni... A co tu dopiero mówić o bezpieczeństwie dzieci idących do szkoły samopas... 

Tak, niektórym ludziom tu już całkowicie odpierdala na drodze. Z każdym miesiącem jest gorzej i gorzej. Pojebów na rowerach elektrycznych a szczególnie speedpedelecach (rowery elektryczne jadące do 50km/h) to bym masowo wystrzelała. Tak, pojebów, bo tego to ludźmi nawet nie można nazwać. Już na pewno nie rozumnymi...

Przykład z minionego tygodnia. Pyrkam sobie skuterkiem do szkoły. Przejechałam kilka kilometrów wiejskimi dróżkami i właśnie przemknęłam przez pustą (bo zamkniętą z powodu remontu) drogę główną nie daleko ronda. Rondo wygląda porządnie: duże, na środku trawiasta górka, wokół szeroka jezdnia, a wokół jezdni czerwona szeroka ścieżka dla rowerów i skuterów. Ja jadę zgodnie z przepisami tą czerwoną ścieżką. Auta się zatrzymują ładnie, ale nagle z lewej widzę POJEBA na elektryku, który UWAGA! PRZEPIERDALA RONDO NA WPROST tylko tę wyspę omijając. SZOK W TRAMPKACH. Bo przecież pierdolnięte nie będzie się "wlokło" za skuterem. Najlepsze, że dalej jechał przez kolejne kilka kilometrów (do samej mojej szkoły) cały czas przede mną w tej samej odległości. 

Innego dnia zatrzymuję się na końcu ścieżki rowerowej, by włączyć się do ruchu na jezdni (no bo ścieżka się skończyła i nie ma innej możliwości). Czekam, bo ruch duży, ale widzę że za trzy auta jest duża przerwa, to spokojnie, bezpiecznie sobie wjadę, a tu obok mnie po lewej przejeżdża pojebiec i wpierdala się na chama na jezdnię tak że kierowcy muszą nagle hamować. Oczywiście dalej cipoląg i tak nie naśpieszy, bo sie zwyczajnie nie da i dalej aż do samej mojej szkoły go widzę przede mną w tej samej odległości, bo tam jest duży ruch a droga wąska i żeby się zesrał to nie naśpieszy nawet rowerem. A to zawsze ci sami ludzie na tych samych rowerach.

Gdy zatrzymuję się na dużym skrzyżowaniu i wciskam przycisk na przejeździe dla rowerów (zielone dla rowerów i pieszych nie zapalai się tam, jeśli nie włączysz przycisku) nie raz i nie dwa spotkałam się z sytuacją, że pojeb mnie ominął i przejechał na czerwonym, bo czekanie na zielone światło jest dla lamusów.

I tak każdego tygodnia coś podobnego napotykam. Małżonek, który codziennie blisko 30km w jedną stronę nagina,  to już takie historie opowiada, że słów po prostu brak... W minionym tygodniu widział jak laleczka za kierownicą wjechała na ścieżkę rowerową i potrąciła staruszkę... Babciowina na szczęście wstała o własnych siłach i zaczęła jebać pindzię, więc Małżonek uznał, że nie ma co się mieszać do zdarzenia i pojechał dalej. Ale myśl, że jutro to mogę być ja albo któreś z naszych dzieci jednak nie daje spokoju. 

Wypadki z udziałem dzieci są niestety częste. Szczególnie pod szkołami. Kilka lat temu sama byłam świadkiem takiego zdarzenia u nas pod szkołą na wsi. Pani "nie zauważyła dziewczynki' NA PRZEJŚCIU DLA PIESZYCH POD SZKOŁĄ!!! Na szczęście jechała dosyć wolno i dziecko się "tylko" potłukło i "tylko" przeraziło. ale ja i tak taką biczę bym z przyjemnością potrąciła skuterem, by poczuła na własnej skórze jak to jest, bo może wtedy by coś tam w główce zaświtało, coś by tam może zaiskrzyło i jakies dwie szare komórki by się uaktywniły...

Wszyscy nagle się wszędzie spieszą, bo jeden z drugim nie wyjdzie z domu pięć minut wcześniej, bo by sie zesrał jakby wyszedł...

Tabletki na ADHD powodują problemy z sercem

Najstarsza zaczęła brać Rilatine (10mg) - tabletki na ADHD. Przez pierwsze dni się cieszyła, że czuje wyraźnie pozytywne działanie i że jest tak jak mówił pan doktor, czyli że nagle jej myśli nie rozbiegają się na 20 różnych stron i się nie gubią tylko płyną jednym strumieniem. Może się koncentrować na jednej rzeczy dobrze. Była zadowolona. Po paru dniach jednak serducho zaczęło jej walić jak oszalałe. Kręciło się w głowie, ciśnienie i puls wzrosły znacznie. Nie mogła zasnąć przez całą noc. Zaczęliśmy się zatem bardzo niepokoić. W ulotce kazało, że problemy z sercem są bardzo popularnymi powikłaniami, ale nie kazało, co wtedy robić... Postanowiliśmy zaprzestać brania leku i umówić się do psychiatry. W międzyczasie zasięgnęłam przez chat opinii znajomej, która po pierwsze zna się na lekach z racji wykształcenia, a po drugie sama ma doświadczenie z tym lekiem. Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że istnieje opcja, iż najniższa dawka dla dorosłych może być dla chudej Najstarszej za duża. Najstarsza waży raptem 40 kilo, co jak na dosyć wysoką 21-latkę jest wyjątkowo niską wagą. Oczywiście przyczyn może być bez liku. Może zwyczajnie to nie jest lek tolerowany przez Naszą Najstrarszą i tyle. Wkrótce się dowiemy, co pan doktor myśli na ten temat, a póki co musimy czekać kilka dni. Najstarsza jest smutna z tego powodu, bo już się zaczęła bardzo cieszyć, że może jej życie się poprawi, może będzie mogła sprawniej, a może całkiem normalnie funkcjonować, a tu nagle klapa z tym lekiem... Oczywiście mamy nadzieję, że doktor znajdzie jakieś rozwiązanie tego problemu, bo działanie Rilatiny wydaje się bardzo dobre...

A tymczasem wiosna się skrada powoli 🥀

W zeszłą niedzielę poszliśmy powandelować* z Małżonkiem po okolicy i napotkaliśmy stado przebiśniegów. Małżonek się śmiał, że co to za przebiśniegi bez śniegu, przez który się można przebi(ć).


Czasem... a raczej dosyć często używamy w życiu codziennym własnojęzycznie spolszczonych słów niderlandzkich. Bo to jest fajne. Wandelować pochodzi od słowa wandelen [łandelen] (spacerować).

Właśnie pomyślałam, że napiszę cały post po takiemu naszemu polskonederlands języku. Dla hecy, bom ciekawa, czy ktokolwiek spoza niderlandzkojęzycznych krajów jest w stanie zrozumieć, jak rodacy (szczególnie dzieciaci) na obczyźnie ze sobą rozmawiają.

Poza przebiśniegami napotkaliśy też stado saren, co już mnie wpiekliło niezdrowo. No bo, panie, przeważnie idąc wandelować biorę ze sobą aparat fotograficzny, bo tylko z jego użyciem da się zrobić w miarę sensowne zdjęcia z oddali. Może nie jakiś szał, bo to raczej prosty aparat dla prostych ludzi, ale ma niezły zoom i to się mu chwali. No i aparat to jednak nie telefon, choć nowoczesne telefony zdjęcia robią całkiem przyzwoite... Na potrzeby takiego bloga czy durnego insta w sam raz w każdym razie.

No ale tym razem uznałam, że przecież o tej szaroburej porze to mała szansa by koło domu coś wyhaczyć fotogenicznego. BŁĄD! Najpierw zobaczyłam pustułkę przydrożnym drzewie. Chwilę później kolejną wiszącą z pół metra naz ziemią, bo pewnie coś tam upatrzyła jadalengo. Gdy podeszliśmy bliżej poleciała na pastwisko i usiadła se na palu. Bo może. A ja bez aparatu! Aaaaaaa!

Najgorsze jednak były sarny. No france ubogie! Jak mieszkam tu 10 lat, tak tutejsze sarny znałam głównie ze słyszenia. Młoda często ponoć je spotykała w lesie. Ja natomiast nigdy! Kurde, nawet Małżonek, który mniej niż my po lesie się szwendał, widział kilka razy jelenie czy sarenki w drodze do pracy. A ja nie! I to nie było okej. A tu teraz, gdy idę sobie BEZ APARATU te mendy biegną sobie całym stadkiem wzdłuż lasu, potem po pastwiskach i z powrotem wzdłuż lasu. A ja nie mam aparatu przy sobie i nie mogę zrobić im zdjęcia, by udowodnić, że je serio widziałam. Co za bezczelne złośliwe stworzenia! Ale kiedyś jeszcze je zdybię, zobaczycie.

A Młody się popsuł

Przeczytaliśmy jedną książkę i od razu pojechaliśmy do biblioteki poszukać następnej. Duża Siostra poleciła coś i akurat było na półce. Jest w czytaniu i się podoba. No, popsuł się. Kto to widział czytać książki!?

w bibliotece…