Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubezpieczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubezpieczenie. Pokaż wszystkie posty

7 października 2022

Sprzątaczka chce wrócić do pracy by złożyć wypowiedzenie B-)

 Poniedziałek

Poniedziałek był ciężki psychicznie. Bardzo entuzjastycznie byłam nastawiona do powrotu to pracy. ZBYT entuzjastycznie. Dlatego, gdy się nie powiodło, poczułam się, jakbym dostała z gołej dupy w pysk. No panie, kibluję w domu od 10 miesięcy i nie jest to zwykłe kiblowanie jak tam niektórzy mają, że w sensie jakieś dłuższe wakacje czy zwykłe tam bezrobocie. Wolne z powodu raka to nie jest rzecz, z której człowiek może się cieszyć, to nie jest wolne podczas którego nabiera się sił, wypoczywa, wesoło spędza czas. Nie, to jest czas, w którym człowiek jest torturowany. Po pierwsze psychicznie - 10 długich miesięcy stresu, strachu, niepewności, zniechęcenia, zmęczenia itd itd, a do tego tortury fizyczne. Jak cię nie kroją, to kłują, to podtruwają, to przysmażają. Ból, sraczka, zawroty głowy, piekielne osłabienie i inne plagi.

 Nie, proszę państwa, to nie był ani fajny, ani miły, ani spokojny czas. To było dziesięć długich gównianych miesięcy. Po czymś takim możliwość powrotu do swojej nudnej pospolitej męczącej pracy, czyli do normalnego życia wydaje się rozkosznym rajem. Człowiek się cieszy, jakby co najmniej z milion w totka wygrał i szedł odebrać nagrodę. 

A tu ci ktoś mówi wtedy, że sorry pomyłka, żartowaliśmy z tym milionem. 

Miałam doła. Nie chciało mi się z nikim gadać ani niczego robić. A w nocy nie mogłam spać, bo jak powszechnie wiadomo, noc jest najlepszą porą na życiowe rozkminy, co spaniu nie sprzyja. To był zły dzień. 

Jednak powoli wstałam, podniosłam koronę i zaczęłam obmyślać jakiś plan i szukać dobrego rozwiązania. 

Przeanalizowałam różne opcje, ale postanowienie o odejściu z aktualnego biura się nie zmieniło. Nie, nie będzie mnie nikt wkurzał i leciał se ze mną w kulki. Po czymś takim nie ma już żadnego zaufania ani sympatii. 

Jednakowoż pomysł przedstawiony w poprzednim poście wydał mi się mało atrakcyjny. Coś jak na złość mamie odmrożę sobie uszy. Przecież najbardziej mi zależy na powrocie do pracy, no więc chcę wrócić do pracy i to jak najszybciej. A wypowiedzenie mogę potem złożyć. Nie wiedziałam tylko, jak długi jest okres wypowiedzenia, bo umów mam kilka i trochę jest namieszane. Jak zwykle zresztą w tego typu instytucjach.  Zadzwoniłam zatem do mojego vakbondu (związku zawodowego) i umówiłam się na wtorek.

Potem przemyślałam kwestię, do jakiego biura czeków usługowych uderzyć. Najpierw myślałam o najbliższym, które jest podobne do mojego aktualnego, no bo nowy rower elektryczny by się przydał a i ubrania tam fajne mają - kolor mi się podoba. Już miałam lecieć do znajomej, która u nich pracuje, ale żarówka mi się zapaliła nad głową jak u pomysłowego Dobromira i w jej świetle zobaczyłam, że niezbyt rozsądne iść do identycznego kolosa nastawionego na fejm, zysk i igrzyska. Dobrze by było jakieś inksze znaleźć. I wtedy tak jakoś mi się nagle przypomniało, że kiedyś na szybie biura naszego funduszu zdrowia widziałam chyba „sprzątanie za czeki usługowe”. Wyguglowałam i faktycznie prowadzą taką działalność.

 Nie wiem, czy dobrze kombinuję, ale tak mi przyszło do głowy, że stabilna, poważna firma ubezpieczeniowa z wieloletnim doświadczeniem może być bardziej godna zaufania niż te nowoczesne firmy stworzone by szybko zarabiać i szybko zdobywać popularność. Jestem ponadto zadowolona z naszego funduszu jeśli chodzi o kontakt z klientem i wszelaką administrację, a na chorobowym miałam okazję te kwestie nieźle przetestować i wszystko zawsze szło sprawnie. Nawet jak jakiś błąd czy niedopatrzenie wynikało, w moment zostawało rozwiązane po pierwszym zgłoszeniu. Co mi szkodzi zatem spróbować? Cudów co prawda nie oczekuję. Każda firma wszak przede wszystkim chce zarobić, ale lubię jak jest jako taki porządek i jak ludzie wiedzą, na czym ich praca polega i tym właśnie, a nie pierdołami się zajmują. Pożyjemy zobaczymy. 

 Na stronie akurat był przycisk automatycznego zgłoszenia kandydatury, to kliknęłam i podałam swoje namiary. Po chwili otrzymałam na mejla ankietę do wypełnienia, więc wypełniłam i odesłałam. W jednym pytaniu było zdjęcie łazienki i należało opisać, jak zabierzemy się za sprzątanie w tym pomieszczeniu, jakich produktów użyjemy… Pozostałe pytania były zwyczajne.

Wtorek

Pojechałam w towarzystwie Młodej do miasta do związku zaraz z rana. Przyjęta zostałam punktualnie przez bardzo miłą panią. Tak, moje biuro oczywiście jest im znane i laska doskonale rozumie moją chęć odejścia, jak powiedziała. Niestety, tak jak się obawiałam, po 5 latach okres wypowiedzenia wynosi 9 tygodni, czyli kurde dosyć długo. 

Urzędniczka przedstawiła mi różne opcje, z wyżej wspomnianą, czyli zostaniem na chorobowym, włącznie. Mogę wrócić do pracy i tego samego dnia wysłać wypowiedzenie albo poczekać trochę i wysłać. Mogę też za te dni, kiedy miałam zacząć pracę, domagać się wypłacenia technicznego bezrobocia, bo byłam gotowa do pracy, ale pracodawca nie miał dla mnie pracy. Co jednak nie specjalnie różni się finansowo od zasiłku chorobowego, więc nie ma się co z tym użerać. Babka dała mi też swoją wizytówkę z bezpośrednim do niej numerem i kazała zadzwonić lub napisać mejl, jak tylko się zdecyduję, a wtedy ona napisze mi właściwe wypowiedzenie i powie, kiedy je wysłać. 

W urzędzie poszłam skorzystać z toalety, gdzie siedząc na tronie zaczęłam się głośno śmiać, ku zgorszeniu Młodej czekającej za drzwiami, bo przeczytałam rymowany „regulamin toalety” przyklejony na ścianie.


W wolnym tłumaczeniu: 
„Rób czyściutko bez pośpiechu, do środka nie obok” 
„Panowie niech podnoszą deskę, wtedy panie będą też na suchym mogły usiąść”
„Nie myśl przy ostatnim listku, że ten co po tobie przyjdzie, to załatwi” (chodzi o wymianę rolki, bo tu zwykle w szpitalach czy urzędach stoją zapasowe rolki do wymiany, jeśli używa się zwykłych małych”)
„Jeśli skończyłeś, spuść wodę” „Jeśli śmierdzi, trochę posprajuj”
„zanim opuścisz to pomieszczenie, zadbaj by zostało czyste”

Tu mi się od razu przypomniało, jak babcia opowiadała kiedyś o jakimś publicznym wychodku, gdzie ktoś na ścianie napisał w podobnym stylu:
 „Panowie i panie ogromnej kultury, nie srajcie na deskę, tylko wprost do dziury”, 
a po pewnym czasie, według wspomnień babci,  pojawiła się obok odpowiedź:
 „Dupa nie armata, nie umie celować, jak nasra na deskę, proszę podarować”.

Trochę heheszków nigdy nie zaszkodzi. Podobają mi się zabawne teksty nie tylko na ścianach kibla.
To poprawia zawsze człowiekowi humor. Tak było i tym razem.

Żeby się jeszcze bardziej poprawił, poszłyśmy z Młodą pobuszować po sklepach. Nie mamy co prawda pieniędzy na zakupy, ale ubrań nie trzeba kupować, bo już oglądanie i przymierzanie daje sporo frajdy. Młoda jednak coś tam sobie drobnego zafundowała. 
Gdy oglądałam bluzę w czachy, zadzwoniła baba z tego biura, do którego wysłałam zgłoszenie. Umówiłam się z nią na rozmowę kwalifikacyjną online na popołudnie. Po chwili otrzymałam stosowny link. O umówionej godzinie kliknęłam i tak odbyłam wideorozmowę kwalifikacyjną.

Po rozmowie naszły mnie zabawne reflekcje. Podczas tego typu rozmowy do normalnej firmy, kandydat musi przekonać pracodawcę o swoich zaletach i przydatności dla firmy.
Natomiast po kilku minutach tej rozmowy, ja zaczęłam mieć wrażenie, iż to ta dziewczyna próbuje mnie przekonać do przyjęcia pracy w ich firmie, a nie odwrotnie.  Wypadli całkiem dobrze, zatem postanowiłam przyjąć łaskawie ich ofertę hehe. 

Nie dają gadżetów i pokazowych bajerów, jak ta, w której pracuję, ale jakieś ubrania (koszulki, takie rzeczy), czeki żywnościowe, dodatek za dojazdy, za pranie, za telefon,  zniżkę na ubezpieczenia z ich firmy, zniżki do parków rozrywki, jakieś bony do popularnych sklepów spożywczych, budowlano-remontowych etc i tego typu rzeczy. Mają też 5 dni urlopu bezpłatnego oraz bonusy za przyprowadzenie nowych klientów lub pomocy domowych oraz nowych klientów funduszu zdrowia. Podoba mi się, że - jak powiedziała rekruterka - praktycznie nie trzeba chodzić do biura stacjonarnego, bo wszystko jest załatwiane w miarę możliwości online za pomocą specjalnej aplikacji. Dla mnie bomba! Administracja online funduszu zdrowia działa sprawnie i szybko, zatem spodziewam się, że z robotą będzie podobnie. Nie chwalmy jednak dnia, przed zachodem słońca. Za parę dni złożę wypowiedzenie, potem pojadę podpisać papiery w nowym biurze i będę czekać spokojnie do końca roku na upłynięcie okresu wypowiedzenia. 

Zmiana pracy w ramach czeków usługowych to tak czy owak dziwna rzecz. Prawda jest bowiem taka, że w sumie nic się wiele przecież dla pracownika nie zmienia. Biur czeków usługowych jest w tym kraju od kija i trochę, ale wszystkie działają mniej więcej na takich samych zasadach, płacą podobne pieniądze. Nie ważne pod jaką banderą płyniesz do swojej roboty, bo wykonujesz ją przecież wciąż tak samo i w tym samym miejscu, które z twoim biurem de facto nic wspólnego nie ma. Dlatego, moim nader skromnym zdaniem, każde biuro powinno się bardzo starać dobrze troszczyć o pomoce domowe i o ich klientów, być miłym, pomocnym, uczynnym, uczciwym itd, bo podarowanie komuś lizaka na samym początku za przyjście to o wiele za mało, gdy chwilę później ma się człowieka w dupie. 

Środa


W środę to już w ogóle była jazda bez trzymanki ze sporą dawką adrenaliny. 

Z rana byłam w swoim biurze, bo nagrali się na pocztę głosową, że mam przyjść omówić (po raz kolejny) mój start. Poznałam kolejną babę. Laska w hidżabie okazała się być najbardziej ogarniętą w temacie swojej pracy konsultantką, jaką spotkałam przez 5 lat w tym biurze, a od groma się ich tam przewinęło. 
Po raz kolejny podałam klientów, którzy na mnie czekają i ona od razu przy mnie do nich wszystkich kolejno zadzwoniła, a jak nie odbierali, mejlowała. Czyli że jak się chce, to można. Zanim zaczęła dzwonić, jej koleżanka nadmieniła, że kilku moich klientów ostatnio dzwoniło i się piekliło o to, kiedy wrócę. Dobre klienty! polać im! Laska zdawała się być jakby lekko zszokowana, gdy pierwszy obdzwoniony klient od razu entuzjastycznie odpowiedział: „tak, chcemy, by Magdalena u nas sprzątała od poniedziałku i tak, dokonamy stosownych formalności i płatności”. Potem kopara opadała jej tylko bardziej, bo kolejne telefony spotykały się z podobną reakcją. 
Co skłoniło ją do próby przekonania mnie, że powinnam to odebrać jak komplement i się cieszyć…
Serio, kurwa?! Ja znam zarówno swoją wartość jak i swoich klientów. Wiem, że większość klientów jest zadowolonych z mojej pracy, a niektórzy najzwyczajniej mnie lubią, bo od czasu do czasu dają mi to do zrozumienia. A ja jestem zadowolona z moich klientów, bo też są mili i dobrze mi się u nich pracuje. Zatem nikt, a już na pewno nie jakaś obca baba, nie musi mi o tym mówić, kiedy i z czego powinnam się cieszyć i co traktować jako komplement, bo to akurat to ja chyba najlepiej sama wiem. Baba mogłaby  natomiast przekazać swoim koleżankom, co i kogo one powinny doceniać i szanować, bo one najwyraźniej tego nie wiedzą…

No dobra, jeden klient wykazuje dosyć dziwne zachowania zarówno w związku z moim porotem do pracy, jak i ewentualnym wypowiedzeniem. Nie wiem, co mam o tym myśleć, ale póki co po prostu wkładam to do szufladki „archiwum x”. Zaraz wam powiem, dlaczego.

Gdy wysłałam pytanie, kto chce, bym u niego wróciła sprzątać po chorobowym, ten klient nie odpowiedział. Wiedząc, że są zadowoleni z mojej zastępczyni, doszłam do wniosku, że pewnie wolą, by ona u nich została, co w sumie nawet mnie po trosze cieszyło, bo wiecie - troje małych dzieci, jakieś zwierzaki, wszędzie w domu zabawki, ubrania… ja wolę sprzątać u bezdzieciowych ludzi, więc jak ktoś inny chce to robić, to czemu nie. Jednak chciałam mieć pewność „tak” czy „nie”, by potem kto nie marudził. Poszłam rano pod szkołę i zaczepiłam klienta z pytaniem, czy dotarła wiadomość. Usłyszałam, że tak, ale „moja zastępczyni też potrzebuje pracy, bo jest samotną matką” i cośtamcośtam… Po czym człowiek zniknął porwany tłumem innych rodziców, a ja zostałam zbierać szczękę z asfaltu… 

 No okeeej, wróciłam do domu, myśląc, że wystarczyło odpowiedzieć krótkim esemesem, że „nie, dziękujemy, mamy już sprzątaczkę”. Co mnie obchodzi prywatne życie czyichś pomocy domowych? No zlitujcie się. Chwilę później otrzymałam jednak esemesa, że sorry, bo oni jednak chcą żebym do nich wróciła, tylko martwią się o moją zastępczynię (jej losy nadal mnie nie obchodzą), czy znajdzie pracę… Zapewniłam, że klientów nie brakuje itd. i mogą spać spokojnie.

No dobra, ale gdy konsultantka z biura do nich przy mnie dzwoniła, to znowu o te same pytania o przyszłość sprzątaczki, potem nie pasował im dzień (dokładnie ten sam co przed moim chorobowym). Kurde, jakby mi ludzie musieli łaskę robić, że u nich mogę pracować! Każdy sam do jasnego grzyba decyduje o tym jaką sprzątaczkę zatrudni. Jako się rzekło, klientów nie brakuje, a mienja wsierawno.

Ale mało tego, gdy powiadomiłam ich o planowanej zmianie biura, zaczęli mnie przekonywać do zostania w aktualnym, bo „przecież ma zalety”🙄, namawiali do zastanowienia się, by na koniec poinformować, że oni jeszcze się zastanowią, czy ze mną przejdą… Łał! 

Dla mnie to zachowanie, delikatnie mówiąc, dziwne, zwłaszcza że znamy się już trochę i kilka lat temu kilka razy mnie nagabywali, bym przyszła do nich sprzątać, bo próbowałam się od tego wykręcić sianem (dzieci, zwierzęta… wiem co to znaczy dla sprzątaczki). Poza tym mnie by nawet do głowy nie przyszło, przekonywać kogokolwiek do zostania w danym zakładzie pracy… Wyobraźcie sobie, że wasza ulubiona fryzjerka postanowiła przenieść się do innego salonu piękności na sąsiedniej ulicy. Będziecie do niej pisać i dzwonić, by wróciła, gdzie była, czy zwyczajnie zaczniecie chodzić do niej do tego nowego salonu albo poszukacie nowej? 

Ludzie to so…

Kolejnym, o wiele gorszym etapem dnia była wizyta na stomatologii. Brrrr. Pierwszy raz chyba w dorosłym życiu miałam cykora siadając na fotelu dentystycznym. Nie wiem dlaczego, ale chyba wynik ogromnego stresu w ostatnich dniach i miesiącach. No albo zwyczajnie SKS (starośc, kurwa, starość). Na szczęście szybko się ogarnęłam, a żarty dentysty dokończyły odbudowy mojego spokoju. 

 Pielęgniarka najsampierw przykryła mi tułów i górną część twarzy jakimiś płachtami. Potem dentysta-sadysta zasadził mi cztery zastrzyki znieczulające z lewej i cztery z prawej strony. Następnie wydobyli z mojej paszczy jeden ząb mądrości (i już nigdy nie zmądrzeję) i jeden zwykły po leczeniu kanałowym, bo jakiś tam stan zapalny wykryli, a do podania tej nieszczęsnej Zomety, uzębienie musi być pico belo. Na koniec pozszywali i kazali spadać do domu i w sobotę wpaść na kontrolę. Dentysta powiedział, że lewa strona pewnie spuchnie. No i spuchła. Dziś na dodatek zgranatowiała, przeto wyglądam, jakbym dostała w ryj… 

Po powrocie ze szpitala piłam pierwszy raz w życiu kawę przez rurkę haha. Bo bardzo mi się chciało kawy, a cała dolna szczęka i warga była znieczulona, przez co nie czułam, czy kubeczek dotyka ust, czy nie, co było bardzo głupim uczuciem. Zatem wzięłam metalową słomkę i sobie ułatwiłam życie. Język na szczęście działał normalnie i czuł rurkę oraz kawę.

Wieczorem jeszcze skoczyłam do rodzinnego z wykupionym wcześniej w aptece zastrzykiem Decapeptylu, by mi go doktor zaserwował. Przy okazji poprosiłam o recepty na tabsy dla Młodej. Teraz fajnie z receptami, bo wszystko elektronicznie na dowodzie osobistym lub karcie ISI+ (dzieci i inne osoby, które nie mają dowodu) i nawet telefonicznie można załatwić bez fatygowania się do lekarza. 

Czwartek

To był dzień egzaminu pisemnego z niderlandzkiego w Komisji Egzaminacyjnej. Pojechałam Młodej potowarzyszyć. Pisała ponad 2 godziny, a ja tam umierałam z głodu i nudów. Dokończyłam książkę, którą zabrałam i potem tylko czekanie mi pozostało. Ludzie kupowali w mini barze kanapki, ale mój pysk tak szeroko się nie otwierał, więc mogłam tylko patrzeć, jak jedzą. 
W końcu Młoda wyszła. Oznajmiła, że nie wie, jak poszło, ale ma nadzieję, że udało jej się napisać na te wymagane 50%. O tym jednak przekona się za jakiś czas. Potem poszłam jej towarzyszyć w zakupach, które postanowiła poczynić, korzystając z wizyty w stolicy. 

Obie całkiem na śmierć zapomniałyśmy, że jak jesteśmy w stolicy, to nie ma nas w domu, a jak nas nie ma w domu, to drzwi są zamknięte, a tylko my obie i Małżonek mamy klucz. Żadne z nas nie zostawiło klucza w schowku, a tymczasem nadeszła ta godzina, kiedy Najstarsza wraca do domu z pracy. Uświadomiłam to sobie, sprawdzając na przystanku czas przyjazdu naszego autobusu. Wtedy już Najstarsza od godziny stała pod domem, a że zapomniała se doładować telefonu, to nie mogła zadzwonić. Zadzwoniłam do niej i pocieszyłam ją, że za półtorej godziny dotrzemy chłe chłe. Chwilę później do siostry dołączył Młody i razem se czekali. Pogoda na szczęście była ładna - ciepło i słonecznie. Jaja jak berety. Tak, jestem wredną bezduszną matką.


Bruksela

Piątek


Dziś Małżonek dorobił wreszcie po drodze z roboty klucze dla Młodego i Najstarszej, bo inaczej za jakiś czas historia na pewno znowu by się powtórzyła.
Ja miałam zamotany dzień. Wedle porannego postanowienia miałam szybko posprzątać dom i nagotować pierogów a potem się zrelaksować. Wszystko jednak szło jak po grudzie. Szybko tylko 2 prania uczyniłam i rozwiesiłam w ogródku. Ze sprzątania tylko odkurzanie się udało zrobić. Pierogi ugotowałam - na raty bo na raty i z lekkim poślizgiem, ale można odfajkować. Dlaczego? Bo przez większość dnia  wymieniałam namiętnie mejle i telefony z aktualnym i przyszłym biurem, bo to bo tamto bo siamto owamto. 

Z aktualnego biura zadzwonili, by powiedzieć, że jeszcze nie znaleźli dla mnie brakującego nowego klienta na piątek. Spytałam zatem, czy sama se mogę poszukać. Laska powiedziała ucieszona, że jak najbardziej. No to wrzuciłam pytanie na grupę mojej wioski na fejsa i po 5 minutach dostałam wiadomość od męża emerytowanej nauczycielki moich dzieci. Chwilę później pojechałam do niej omówić sprawę. Tak oto w parę minut znalazłam pierwszego klienta na co drugi tydzień. Kobieta obiecała zapytać swojego syna, który też ponoć szuka nowej sprzątaczki… Ma dać znać jutro. Gdyby nie był zainteresowany, to pod ogłoszeniem na fb już jest kilka komentarzy osób zainteresowanych, w tym tacy, których znam trochę… 
Co tylko potwierdza, to co wcześniej powiedziałam na temat pracy dla pomocy domowych - kto chce pracować, klientów znajdzie bez problemów. W 5 minut.

W poniedziałek idę do pracy! Po 10 miesiącach chorobowego. Jestem podekscytowana. Nie wiem, jak mi będzie szło na początku po takiej przerwie. Nie wiem, ile zajmie mi wdrożenie się na nowo do kołowrotka, jak fizycznie będę się czuć, jak to sobie na nowo poukładam by pogodzić pracę z obowiązkami domowymi i czasem wolnym. Ale jestem bardzo uradowana i pozytywnie nastawiona. Dobrze, że klata mi się zagoiła i wygląda prawie jak nowa. No nie, cycek mi nie odrósł, do tego skóra tam jest ciągle bardziej brązowa, ale rana się pięknie zagoiła i to mi wystarczy. 

Teraz jednak zaczynam weekend. Muszę się nim nacieszyć, zrelaksować i mentalnie przygotować na uroczysty start w nową starą przygodę. 















26 kwietnia 2019

Gdy złapiesz kapcia w rowerze elektrycznym to alleluja

Właśnie się przekonałam jak wielce pomocne  może być darmowa naprawa roweru i darmowe ubezpieczenie roweru od pecha. HA!

To jest dobre, jak się nic nie dzieje albo tam jakiś hamulec trzeba dociągnąc czy światełko wymienić. Wtedy spoko, nie pali się, ze słabym hamulcem i bez światła nadal można jeździć choćby z latarką i czekać tydzień czy dwa na mechanika. Dobre jest jak rowerujesz turystycznie, okazyjnie, a nie dzień w dzień, nie gdy twój rower jest twoim jedenym środkiem transportu. 
Jak złapiesz kapcia w tylnym kole wracając z roboty, to alleluja... 

Tak było 2 tygodnie temu. Klienci akurat świętowali swoje urodziny i z tej okazji wspaniałomyślnie kazali mi skończyć pół godziny wcześniej (bo wychodzili wieczorem gdzies do knajpki). Świetnie. Wyszłam. Wyprowadziłam rower za bramę, już mam wsiadać ale wówczas spostrzegłam kapeć w tylnim kole. K%$%# MAĆ!!! 

A zimno było wtedy. Wiało jakby się kto wściekł... 

Zadzwoniłam na Pech Bijstand... 
"Mówisz po niderlandzku wybierz 1,
 mówisz po francusku wybierz 2, 
mówisz po mandaryńsku wybierz 3249, 
jesteś w Belgii wybierz 1,
 jesteś w Holandii wybierz 2..." 

O jak mnie wkurzają te cholerne automaty! No ale dobra, przebrnęłam.
I wtedy słyszę, że dodzwoniłam się tam gdzie się dodzwoniłam, ale  wszyscy konsultanci są zajęci... i tu się zapętla. Boszzzz.

W końcu udało się porozmawiać z jakimś ludziem. Ale co to była za rozmowa jeżu... Tak piździło że nie wiele słyszałam ani ludź nie wiele słyszał więc pińcet razy trza było powtarzać i się dopytywać jak głuchy... 

Przebrnęłam jednak i przez tę procedurę. Gdy już podałam  moje namiary, nazwisko, typ i numer roweru, numer buta teściowej,  imię kota i markę jego szczoteczki do zębów, ludź poinformował mnie, że spec będzie u mnie za jakąś godzinę i 15 minut. 

CO KURWA?! Ja tu w zimnie stoję, jeść mi się chce, pić mi się chce, siku mi się chce...

Ale spoko bo dostałam esemesem link, gdzie mogłam se patrzeć, ile spec ma do mnie kilometrów i ile minut jeszcze będzie jechał. Fajny bajer, ale powiem wam, że takie patrzenie na minuty trochę jakby jest nudnawe... Na szczęście ktoś napisał do mnie na Whatsaapie i mając w głębokim poważaniu to, że ja tam samiutenka w zimnie stoję z moim chorym rowerkem, zaczął opowiadać jak zwykle swoje problemy i wylewać swoje żale do całego świata... Uwierzcie mi, po roku czasu to jest jeszcze bardziej nudne niż patrzenie na minuty i jeszcze bardziej irytujące. No ale nic to, wszystko ma swoje granice i ta akurat została przekroczona, a znajomość zakończona. Ale to inna historia.

Spec w końcu przyjechał. 
Przyjechał, spróbował skleić dętkę, ale powietrze i tak zaraz zeszło. No to zabrał mnie i mój rower na lawetę i zawiózł mnie do domu. Lawetą jeszcze nie wracałam z pracy. Tak że luzik. 

No i dobra, do domu dotarłam. Tyle tylko, że rower nadal był niesprawny, a tu do roboty trza chodzić, a raczej jeździć, bo po 20-30 km dziennie to by się zesrał a nie obskoczył na piechty. 

W poniedziałek napisałam wiadomość do firmy zajmującej się naprawami mojego roweru (naprawami, za które płaci moje biuro). Po 2 dniach zadzwoniła jakaś kobiecinka i powiedziała, że mechanik z mojego regionu właśnie miał operację, a reszta ma full roboty i mogę albo czekać niewiadomoile, albo zawieść rower do miejscowego speca a oni pokryją koszty naprawy. Dodała też, że będą prowadzić śledztwo, dlaczego tamten spec z pechbijstand nie naprawił, bo oni im za to płacą by rowery z mojego biura były naprawione... No cóż, nie mój cyrk...

Zwieźliśmy do mechanika na wiosce. No ale to tuż przed świętami było i mechanik orzekł, że dopiero w środę po świętach rower będzie do odebrania.

Ja pitolę, dwa tygodnie zasuwałam na zwykłym rowerze i to męskim, no i muszę rzec, że w tym systemie dłużej bym nie dała rady fizycznie.  Nie na takie odległości, nie przy takim zachrzanie w robocie, nie w takim tempie. Znowu padałam na wyro o 20tej i spałam po 10 godzin a rano myślałam, że zmartwychwstaję a nie że zwyczajnie się budzę. 

W końcu poszliśmy po ten rower a gość mówi, że więcej tego shitu nie chce widzieć. O co się obiadolił i oprzeklinał. Powiedział, że ten rower to wg niego tylko na złom się nadaje. Dwie godziny rzekomo robił, by zmienić głupią dętkę... 

To by wyjaśniało, dlaczego ten spec z pechbijstand tego nie zrobił w drodze. 

A mnie teraz jeszcze bardziej zastanawia jak moje biuro na tych rowerach dla pracowników wyjdzie, skoro to taki shit, a my mamy 4 lata darmowego pechbijstnd i darmowych napraw. Ciekawe. Bardzo ciekawe. 




2 marca 2018

Pierwsze spotkanie III stopnia z kinezystą :-)

JAKI TU SPOKÓJ NA-NA-NA... 

Ktoś się musi opierdzielać, ażeby inni mogli sobie popracować. I ja właśnie się opierdzielam już kolejny dzień. Powiem wam, że bardzo fajnie mieć takie nagłe  nieoczekiwane nieplanowane wakacje w najgorszym ku temu czasie. Za oknem piździ jak w kieleckiem (nie, wyraz "wieje", proszę państwa, zdecydowanie nie oddaje tego, co się dzeje ostanimi dniami za oknem). Temperatury minusowe (przedwczoraj było minus osiem) i wiatr w okolicach 80km/h, do tego wysoka wilgotność - jak mówią niektórzy - temperatura odczuwalna to jakieś minus sto haha. Tymczasem nie dawno zaczęły kwitnąć krokusy, a także żonkile, bo w Belgii dla nich to normalny czas. Obawiam się, że dużo roślin mogło wymarznąć.  Żal mi też tych wszystkich gadzinek, które stoją na pastwiskach, niektóre bez żadnego schowanka. W Belgii sporo stworzeń zimuje na polu. Owce, konie, osły... Trawa tu rośnie zwykle całą zimę, tylko wolniej niż w sezonie letnim. Zwierzaki dostają codziennie sianokiszonkę, suchy chleb i inne pasze, ale cieplej to im sie od tego raczej nie robi. Woda wystawiona w starych wannach to też teraz tylko do lizania się nadaje, bo zamarzła na kość. 
Wolvertem wieczorem
  ZIMNO jak diabli. Młodego wożę do szkoły cały czas rowerem i kiedyś się dziwił, dlaczego mu się buzia sama otwiera i zamyka, bo moje dziecko po raz pierwszy w życiu miało okazję szczękać z zimna zębami. Na szczęście w szkole uznali, że lepiej będzie w ten zimowy incydent przedszkolaków trzymać w budynku. Rano zatem zaprowadzamy je do świelicy, gdzie spokojnie w cieple czekają na dzwonek. Starsze dziecka, czyli pierwszaki np, już muszą czekac na dzwonek na podwórku. Na długiej przerwie południowej tak samo - podwórko obowiązkowo. Młode opowiadają, że w średniej szkole też nie ma zmiłuj. Niektórzy próbują sie chować w murach, ale zaraz dostają opierdziel od nauczycieli i muszą wracać do stania na wietrze. Trochę to irytujące. Bo co prawda dzieci tu zahartowane, na świeżym powietrzu jest zdrowo, ale kurde jak ktoś dojeżdża rowerem to nie może się zubierać jak na Syberię, bo by się we własnym pocie utopił po przejechaniu tych 5 czy 10km pod wiatr. Do torby zapasowej bluzy też nie weźmie, bo jak się ma do targania 10 kilowy tornister, laptop, plus worek na w-f (buty, portki oraz t-shirt i bluza z emblematem szkoły) to chyba by trza osła prowadzać do szkoły, który by to wszystko dźwigał. Młoda teraz dojeżdża autobusem, ale do przystanku ciągle jest te 2 km.

No i nastolatki to już niekoniecznie będą sie codziennie bawić w "tikkertje" (berek po tutejszemu), czy ganiać za piłką (szczególnie dziopy), a co można innego robić na szkolnym podwórku? Żeby jeszcze śnieg czy lód był to rozumiem, ale na asfalcie czy zamarznietej trawie to co można porobić w taką zimnicę? Ino stać i ciupać na telefonie w jakąś gierkę, a przy tym można łapy przeco odmrozić. Rękawiczki do ekranów dotykowych bynajmniej nie pomagają - w tym sie pisać ani grać nie da za bardzo :-) Moimi to się nie przejmuję, skoro im w Polsce minus 30 nie przeszkadzało wyjść pokopać w śniegu to i minus 5 ich nie zabije, ale tubylców czy Afrykanów to mi żal. Oni często nawet porządnej zimowej kurtki czy czapki nie mają (bo tu "nie ma zimy"), no a zimowcyh butów to chyba nikt nie ma, bo skoro  butów się nie zmienia, to najlepiej ganiać do budy w trampkach. 

Merchtem wieczorem
Śmiać mi się chce, jak sobie przypomnę, że w Polsce wielkim problemem było, gdy w dzień planowanej wycieczki do kina czy Domu Kultury okazywało się, że pada cokolwiek albo wieje. Nauczyciele bali się iść z dziećmi, bo matki zaraz wpadały  z jazgotem i wielkiemi pretensjami do szkoły, że głupi belfer ich skarby najgłupsze ...znaczy najdroższe naraża na poważną utratę zdrowia albo i życia. Albo taki wyjazd na basen - Jezu, jak to posłać dziecko w zimie na basen, może dobrze nie wysuszy włosów, nie wytrze się porządnie... A tu dzieci w ogóle nie suszą włosów po basenie nawet w zimie i mało kto nosi czapkę, gdy temperatura powyżej zera, a basen jest obowiązkowy dla wszystkich. Jeszcze nie słyszłam, żeby kto umarł albo choćby się przez basen rozchorował. Oczywiście jest różnica pomiedzy minus 15 a plus pięć, ale w PL biadolenia zaczynały się już we wrześniu gdy jeszcze plus 15 było :-)
Przypomnę,  że w Belgii dzieci mało chorują, mimo że całą zimę chodzą w trampkach i krótkich portkach czy spódnicach, moczą się, marzną, brudzą, taplają w błocie i leżą na gołej ziemi. Dziwne, prawda?

Nie wiem, może to klimat zdrowszy jest, bo ja też tu nie choruję na żadne grypy, przeziębienia, zapalenie oskrzeli, anginy, co w PL zdarzało się kilka razy do roku. W moim przypadku i moich dzieci to jednak podejrzewam naszą sytuację ekonomiczną i stan wody w kranie. W PL na porządku dziennym była bakteria coli  i inny gówno w wodociągu, u nas na wsi z kranu wypadały czasem, kawałki żab lub myszy albo kijanki. Tutaj wodę z kranu pije się bez gotowania i ponoć jest jakościowo lepsza niż ta w butelkach. Nie śmierdzi też niczym (chlorem też nie), nigdy nie jest brudna. 

Ja choruję za to na kregosłup. Ale to od leżenia na pewno :-) Czas na chorobowe w każdym bądź razie udał się idealny. Gdy wracam do domu po dostarczeniu Młodego do szkoły i mało nie zamarzam na tym rowerze, to moja radość jest bezgraniczna, bo nie muszę iść do roboty w tą zimnicę. Wymarzłam w życiu sporo i teraz nienawidzę zimna, ba, boję się go panicznie. W domu mam ogrzewanie ustawione na 23 stopnie, siedzę pod kocem i czasem mówię, że mi zimno... Gdy wspominam czas swojej szkoły średniej, kiedy w moim pokoju było tylko 5 (słownie pięć) stopni i tam musiałam siedzieć nad książkami i odrabiać lekcje. Spałam w dresach nałożonych na piżamę, szlafroku i skarpetach, a na kołdrze jeszcze koc. A potem praca w nieogrzewanej bibliotece - koszmar mojego życia. Wtedy miałam mało lat i dużo byłam w stanie znieść i nie stracić optymistycznego podejścia do życia. Dziś chyba nie dałabym rady wytrwać w takich warunkach z uśmiechem na pysku. Była bym już pewnie jedną z tych wiecznie niezadowolonych, zgorzkniałych, starych czterdziestolatek... Dobrze, że życie podarowało mi w koncu ogromny szczęśliwy los i jestem tu gdzie jestem... 

Problemy z kręgosłupem pozwoliły mi zobaczyć z bliska jak działają tu 'kinezyści' (w skrócie kine) (bardziej po polsku to chyba fizjoterapeuci) i dowiedzieć się więcej na ten temat.
Okazuje się, że na zabieg nie trzeba tu czekać w kilkumiesięcznych kolejkach jak w Polsce. U nas na wsi jest dwóch specjalistów. Gabinety oczywiście mają w domu, podobnie jak większośc lekarzy wszelakiej specjalności. Gdy dostałam skierownie od lekarza rodzinnego, natychmiast zadzwoniłam do jednego kine by umówić się na wizytę. Na wizytę czeka się u nas góra kilka dni, a często można iść tego samego dnia albo zaraz na drugi dzień. 

Ile zapłaci się za wizytę i ile dostanie się zwrotu z ubezpieczenia zależy jak zwykle od tego czy nasz specjalista podpisał konwencję czy nie. Dla przypomnienia: firmy ubezpieczenia zdrowotnego ustalają jednolite stawki każdej usługi medycznej i zwrotu jaki otrzyma pacjent od danej usługi. Lekarz, który się pod tym podpisze (geconventioneerd) weźmie od nas właśnie taką kwotę, jaką ustalono. Ten który nie podpiszę (niet-geconventioneerd) ustalać se może stawki wedle własnego widzimisię, a z ubezpieczenia dostaniemy tylko tyle, ile przewiduje zapisana stawka. Są też lekarze (czy inni medycy) którzy zgadzają się na częściowe przestrzeganie konwencji (gedeeltelijk geconventioneerd); na zasadzie, że np w szpitalu, w którym pracują, biorą za usługę tyle ile przewiduje konwencja, zaś w swoim w gabinecie prywatnym już nie. 

Jest wiele stron internetowych, gdzie można sprawdzić medyka,. Oto strona naszej Parteny:
Tu wpisuje się konkretne nazwisko, gdy chcemy konkretnego specjalistę sprawdzić lub kod pocztowy i gminę w której chcemu poszukać specjalisty.

U nas jeden zabieg kosztuje jakieś 25€, z czego całkiem sporo zwraca ubezpieczyciel. 

Ja mam największy (acz nie jedyny) problem (od dawna - pojawia się i znika) z dolnym odcinkiem rusztowania. Ostatnio bolało jak szlag jasny zwalisty, co lekko utrudniało każdą robotę, a od czasu do czasu także przemieszczanie się a nawet spanie...  Piguły przeciwbólowo-przeciwzapalne nie pomogły i doktor pogonił mnie do kinezysty, a ja mam nadzieję, że te wszystkie czary pomogą. 

Nigdy wcześniej nie miałam przyjemności (bardzo wątpliwej) chodzenia na takie zabiegi, nie wiem przeto jak to wygląda w Polsce. Tutaj zabieg trwa około godziny. Pierwszego dnia najpierw musiałam leżeć 20 minut pod kwoką (no wiecie, taka żarówa do wygrzewania kurczaków). Potem babka próbowała rozmasować to co się popsuło. Nie powiem, żeby to był przyjeny masaż. Pod tym względem to jednak mój osobity M-jak-Mąż wypada o niebo lepiej... Chwilami bolało nawet dość fest. No nie żeby się nie dało zdzierżyć, to taki bardziej śmiechoból, że jednocześnie łaskocze i boli, ale fajne nie jest. Po masażu dostawałam gorącą ciężką kołderkę na plery (jakis rodzaj wielkiego termoforu). A potem było najgorsze. Trzabyło sie ubrać i wyjść na tę cholerną piździawicę. Pierwszy dzień pojechałam rowerem (bo to raptem rzut beretem, czyli z 1 km od domu), ale kurna zanim dotarłam do domu to buzia zaczęła mi się już sama otwierać i zamykać dy-dy-dy-dy..
. 
Kolejną wizytę miałam wieczorem, więc małżonek mnie podwiózł autem, to było łatwiej. Na następną też, ...ale zapomniał po mnie przyjechać na czas i już połowę drogi przeszłam na butach zanim się ogarnął chłe chłe :P Te kolejne wizyty jednak miały ciut ciekawszy przebieg. Baba pomyślała chyba, że ja to jednak na prąd działam i podpięła mi do zadka jakieś kable. Hm... elektoterapia jest całkiem spoko - jakby chrabąszcze drapały po skórze. Po 18 minutach zabawy z chrabąszczami znowu 20 minut kwoki i ten wątpliwie przyjemny masaż. Tym razem bez kołderki na koniec. Więc szok termiczny jakby mniejszy po wyjściu na ulicę, ale przy minus 5 i tym przenikliwym wietrze to i tak bardzo brrrrr i dy-dy-dy.

Dziś mam kolejna wizytę. Jak wymyśli nowe tortury, to opowiem o nich kolejną razą. 

A teraz słyszę jakiś szum na oknach i widzę że śnieg z deszczem zaczął nap... padać.... To ja jednak poproszę te minus osiem z powrotem...  Tak najbardziej to jednak chciałabym plus 25, mogło by nawet wiać :-) No co? Pomarzyć dobra rzecz.

Siedzę i nicnierobię. To jest piękne. Potrzebowałam wakacji i to właśnie takich, żeby nic nie musieć robić, żeby posiedzieć sobie w domu i ponapawać samotnością i ciszą. W normalne wakacje wszak ciągle trzeba sprzątać, bawić się z dziećmi itp. Teraz tylko gotuję i robię pranie, no i tam kuchnię ogarniam, bo jak się gotuje to już po jednym dniu bałagan i syf się tworzy.

Przedwczoraj zrobiłam gołąbasy, przedprzedwczoraj upiekłam drożdżówy z jabłkami, a dziś pójdę na łatwiznę, w końcu piątek - będzie kurczak w sosie kokosowo-imbirowym z makaronem, czyli tzw danie w pięć minut. 2 danie po spagetti, które szybko się robi i wszysy jedzą. W necie przepisy sa różne i jak ktoś chce, niech se wygugluje. Przepis w skrócie:cycki z kury pokroić, podsmażyć na cebulce i czosnku, wlać mleko kokosowe, zetrzeć trochę imbiru, pogotować dodać przecier z kartonu, sól, pieprz, przyprawę curry, pieprz cayenne, czy co tam kto chce i już. Do tego makaron, ziemniaki albo ryż - co komu pasi. Proste jak meter drutu w kieszeni.... 

A co do jedzenie mięsa w piątek (już czuję przez net to święte oburzenie) to ja jestem święcie przekonana że kurom, świniom, rybom  i krowom to zupełnie wszystko jedno, kiedy się je zeżre ;-)