Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weterynarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weterynarz. Pokaż wszystkie posty

25 maja 2024

Majowa pora deszczowa…

 Wycieczka wycieczką, ale życie toczy się swoim torem i zapisuje kolejne karty.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Rzekłabym nawet, że coraz bardziej jest wkurzająca. Pada, pada, pada i końca opadów nie widać. Czasem budzi nas bezchmurne słoneczne niebo, a wtedy szybko zdejmuję pościel, nastawiam pralkę, sortuję brudne ubrania przygotowując całą serię prań, ale zanim pierwsze pralka wykręci, już na zewnątrz robi się ciemno i zaczyna padać... Czasem pada większość dnia, a słońce tylko na parę minut wychodzi. Czasem pada od rana do nocy. Czasem wytrzyma słoneczność przez cały dzień, by na wieczór lunąć... I tak jest o wielu tygodni, praktycznie od początku tego roku z drobnymi przerwami. Szaro, buro i ponuro, a jeszcze ochłodzenie zapowiadają... Buuu!

wyka

To jest niestety typowo belgijska pogoda. Takie były pierwsze lata naszego pobytu w Belgii.

 Ostatnie lata były słoneczniejsze i suchsze. Nawet za suche niekiedy. Teraz znowu jest "normalnie", ale ja nie lubię tej pogody. Najgorsza jest ta ogólna wszechobecna wilgoć. W domu wszystko jest wilgotne cały czas, nic nie schnie, wszystko szybko pleśnieje i śmierdzi. Ręczniki po jednokrotnym użyciu najlepiej od razu prać, bo inaczej po kilku godzinach cuchną... Nooo, wyprane schną na sznurze trzy dni i nadal są wilgotne, a czasem trzeba wrzucać ponownie do pralki, bo stęchną zamiast wyschnąć... Najlepiej jest zapomnieć albo z lenistwa nie zebrać ubrań spod werandy wieczorem, gdy za dnia była ładna pogoda i wyschły dobrze albo prawie... Gdy zostawić je tam na noc, to rano są mokrzejsze niż po wyjęciu z pralki... 

Pamiętam, jak kiedyś na początku podbytu w Belgii wyniosłam swoim polskim zwyczajem pościel do ogrodu, by się przewietrzyła, bo ładna słoneczna pogoda była... Zbierając to wieczorem z krzeseł i sznura z przykrością stwierdziłam, że pościel jest wilgotna i śmierdząca. Tylko ostatnie lata, gdy upały były, wilgotność powietrza trochę spadła i można było wietrzyć pościel a nawet suszyć na sznurze wypraną kołdrę i poduszki z właściwym suszeniu rezultatem. 

Ubrania w szafie są wilgotne i śmierdzące. Jak najdzie mnie założyć coś, czego nie nosiłam kilka tygodni, to lepiej to najpierw przeprać... No chyba, że w szafie na piętrze leżało czy wisiało, to jeszcze w porządku. Wszystko, co na parterze jest wilgotne i zagrzybione.

Chleb po 2 dniach zaczyna pleśnieć. Ciastka trzeba zjadać od razu po otworzeniu paczki albo w jakimś szczelnym pudełku umieszczać, bo inaczej na drugi dzień są mokre i się rozpadają z wilgoci, no i w smaku są obrzydliwe, co poniekąd usprawiedliwia pakowanie ciastek po jednej czy dwie sztuki, a dopiero to w większe paczki.

Grzyb na ścianach w tym roku taki wybujały, że grzybową można gotować codziennie. 

Wszystko, co w łazience leży, śmierdzi i jest zagrzybione - szczotki do włosów, depilator, dywaniki, czyste ręczniki na półce, kosmetyki, wtyczki od szczoteczek do zębów.... no wszędzie jedna pleśń. OHYDA! O ile prysznic można wymyć chlorem tak maszynkę czy suszarkę do włosów raczej nie za bardzo idzie umyć... Aż tak zdesperowana nie jestem :P

W swojej naiwności już nawet pochłaniacz wilgoci kupiłam, ale może jakby z 20 postawił w łazience to i by zrobiło różnicę. Jeden nic nie robi.

I bądź tu człowieku zdrowy w takich okolicznościach przyrody. Nienawidzę tej wszechobecnej wilgoci!

Co jakiś czas włączamy ogrzewanie na chwilę, mimo że termoetr 20 czy nawet 21 stopni pokazuje, bo to trochę pomaga osuszyć powietrze i człowiek lepiej się czuje, ale i tak beznadzieja... Bardzo pragnę i bardzo potrzebuję słonecznej i suchej pogody przez kilka tygodni bez przerwy, ale się nie zanosi na razie. Buuuu!

krasanka natrawka (bloedcicade)

Małżonek w tym tygodniu siedział na chorobowym, bo robota wykończyła go zarówno fizycznie jak i psychicznie. Z czego to drugie nawet gorzej. Szefostwo przechodzi samego siebie w prostackich, debilnych zachowaniach urągającym wszelakim zasadom i normom społecznym, o kulturze już nawet nie wspominając... Małżonek teraz żałuje, że nie odszedł jakiś czas temu, gdy z taką myślą już zasypiał i z taką się budził, gdy zaczął szukać innej pracy i kilka interesujących ofert miał, ale nie... dał się debilowi naiwnie przekabacić, poleciał na obiecanki-cacanki, a teraz se w brodę pluje... Może teraz już lepiej to rozegra... Do trzech razy sztuka, bo nosił wilk razy kilka, dopóki mu się ucho nie urwało…

Póki co we wtorek poszedł do lekarki i poprosił o zwolnienie do końca tygodnia na poprawę zdrowia psychicznego i fizycznego. Siedzi w domu i się wkurza na to, że nie ma słońca, bo odpoczywanie w ogródku szybsze efekty by przyniosło niż w zagrzybionym ponurym salonie. Próbował kijem chmury rozganiać i dmuchać na niebo, ale nic nie wskórał... Siedzi więc na kanapie i czyta książki, internety i rozkminia nad życiem...  



Ja chodzę codziennie na staż. Koleżanka się pochorowała. Ciągała jakieś meble po domu i kręgosłup jej teraz posłuszeństwa odmawia, ale to baba-harpagan i mimo że lekarz zalecił jej 2 tygodnie siedzenia w domu, ta przyszła do roboty we wtorek. Całe dnie jednak skarżyła się na ból... W końcu wczoraj otrzymałam od niej i szefowej jednocześnie wiadomości, że koleżanka jednak idzie na chorobowe i że ktoś ją zastąpi...

Z racji tego, że koleżanka niedomagała, na mnie spadło środowe sprzątanie. Posprzątałam porządnie dwa pomieszczenia oraz kibelki, na więcej zabrakło mi czasu. Mimo to i tak mnie to wykończyło. Kurde, słabiak jestem ciągle. Sprzątałam intensywnie około 3 godziny, a wcześniej zorganizowałam zajęcia dla dzieci i to było za dużo, choć z pozoru mały pikuś. Do teraz jestem zmęczona.

Zajęcia mi się znowu udały. Tym razem bawiłam się w Szalonego Profesora. Założyłam perukę i śmieszne okulary z nosem i wąsami, co dzieci ubawiło, ale - żeby było sprawiedliwie -  dla dzieci również przygotowałam 2 podobne kudłate kolorowe peruki, fartuchy  i okulary. Kto chciał być asystentem Szalonego Profesora, musiał zakładać te przebrania, nie ma zmiłuj.

Dzieci na początku były średnio przekonane do przebieranek, bo to było coś innego niż zwykle i chyba się bały wyśmiania przez kolegów, ale jak jednemu nic się nie stało i mógł robić te wszystkie fajne rzeczy, po chwili już się kłócili, kto będzie asystentem, a starsi chłopcy nawet makarenę zaczeli tańczyć w tych strojach. 

Eksperymenty bez wątpienia wszystkim się podobały. Po pierwsze mówili, że fajne, po drugie było widać zainteresowanie i skupienie, a jeden starszak poprosił o listę skłądników eksperymentu "lava lamp", no i w końcu po trzecie w pewnym momencie przyszła z dołu ze żłobka koleżanka-wychowaczyni, która tu wcześniej pracowała i którą wszyscy lubią i do której zawsze wszyscy biegną, by się przytulić i coś zabawnego powiedzieć, nawet jak akurat są zajęcia, a tym razem zawołali tylko od naszego stołu - O pani Zosia* (imię wymyślone) - pomachali jej, ale natychmiast wrócili do tego, co działo się na stole. Ha!


lava lamp z oleju, sody, octu i barwników

tęcza na mleku

Koleżanka-zastępczyni miłą kobietą się okazała. Przyjechała na to nagłe zastępstwo z wioski oddalonej ponad 20 km autobusem z przesiadkami, bo też nie ma samochodu. Tak oto poznaję pewne tajniki pracy tej sieci świetlic… Czyli danego dnia można otrzymać nagle zastępstwo nie tylko w sąsiedniej gminie, ale i w innej części prowincji. Nieźle. 

 Nie wiem jeszcze, z kim pracować będę po niedzieli ani jak długo będzie koleżanka chorować… Z jednej strony interesujące, bo poznaję nowych ludzi i podglądam, jak pracują, dzięki czemu czegoś nowego mogę się nauczyć. Z drugiej to ja jednak mam już dosyć wrażeń i niespodzianek na ten rok szkolny i z chęcią bym sobie w spokoju wydeptaną ścieżką podreptała w stronę wakacji… 


W czwartek miałam zaplanowaną wizytę u kardiologa w mieście. Młoda postanowiła się ze mną zabrać do miasta. Już założyłyśmy kurtki i wyjęłyśmy z kosza kaski, gdy zadzwonił mój telefon. Pani poinformowała, że wizyta odwołana, bo internetu nie mają…?! …czy coś w ten deseń i podała mi nowy termin za 2 tygodnie... Tydzień bez niespodzianek to tydzień stracony.

Najstarsza ma też zaplanowaną wizytę u kardiologa na kolejny tydzień, tyle że w innym miejscu. Mam nadzieję, że chociaż jej się powiedzie.

Skoro jednak już był plan wyjście z domu, to wyszłyśmy i pojechałyśmy w stronę miasta z myślą, że pojedziemy do obuwniczego, bo niektóre nasze wygodne buty codzienne właśnie się z koszem przywitały po porządkach na półce.

 W drodze przypomniało mi się, że na przedmieściach Dendermonde odbywa się wyprzedaż stokowa ubrań sportowych i tam zajechałyśmy... Kurde, ostatnio byłam na tej imprezie kilka lat temu i zapomniałam, jaki to pieronacki hangar jest. Ponad 3 godziny zajęło nam przejście tego i obejrzenie towaru... Ja kupiłam 2 pary Skechersów: fioletowe sneakersy za niecałe 40€ i sandały za 25€, a Młoda męskie File za 3 dyszki. Do tego skarpety piłkarskie dla Młodego, odzież przeciwdeszczową i kilka markowych koszulek po parę euro. Młoda nie ma łatwo z butami, bo nosi rozmiar coś koło 41-42, a do tego musi mieć miękką podeszwę. Ja też muszę mieć miękko i elastycznie pod stopiszczami. Inaczej daleko raczej nie zajdę. Skechersy są wygodne zazwyczaj i w miarę tanie, szczególnie na takich czy innych wyprzedażach. Tyle że rozmiary to czasem dosyć dziwne mają i nie raz 20 różnych przymierzę, a żaden na mnie nie pasuje. Gdyby kardiolog przyjmował normalnie, nie straciłabym tyle forsy w jeden dzień, kurde! 

Potem pojechałyśmy dalej po pizzę do Pizza Hut, bo nikomu się nie chciało przy garach stać.

Dziś odwiedziłam masowe wyprzedaże z Najstarszą, gdzie ta zostawiła ponad 200€, ale kupiła sobie plecak z Kiplinga za 45€, Conversy za 30€ i jakieś niebieskie trampki za 25€ oraz kurtkę przeciwdeszczową, 2 bluzy, spódniczkę plisowaną, szorty, dresy i zestaw skiepów. Niektóre rzeczy z 65€ na piątaka czy dyszkę przecenione. Bomba!

Dobrze tak raz na rok zrobić sobie większe fajne zakupy odzieżowe. Wszystkie trzy jesteśmy zadowolone z naszych łowów. Niemniej jednak limit moich prezentów urodzinowych na ten rok chyba już niniejszym należy uznać za wyczerpany. 


 

Młody ma przeczytać książkę na egzaminy. Tu nie ma lektur obowiązkowych, jak w Pl, ale czasem zadają czytanie. W przypadku Młodego jest to po prostu dowolna książka na dowolny temat. Zwykle trzeba wcześniej nauczycielce podać tytuł, by sama zdążyła przeczytać na czas. Tym razem Młody sam sobie wybrał książkę w bibliotece i muszę rzec, że dobrą książkę wybrał. Tim Bowler - Vergelding (odwet).  Znowu razem sobie czytamy na głos (po rozdziale się zmieniając) i na pierwszy rzut przeczytaliśmy 50 stron, bo Młody nie mógł odłożyć, gdyż zbyt ciekawa była. Zaczyna się od tego, że rodzinka z dwójką nastolatków sprowadza się na zadupie, gdzie kupują stary hotel... Obok jest mroczny las, gdzie dziewczyna znajduje zwłoki, które potem znikają... Potem poznajemy co raz to nowych dziwnych i podejrzanych mieszkańców wioski... Książka zaciekawia do pierwszej strony i nie chce się jej odkładać. Młody uważa ponadto, że jest trochę straszna, co go jeszcze bardziej zachęca do czytania.

Poza lekturami w szkole Młodego są godziny czytania książek. Wtedy uczniowie mają przynosić ze sobą książkę do szkoły i wszyscy czytają sobie. Nauczyciel chodzi po klasie i podgląda, co kto czyta, ale nie przeszkadza. Młody lubi te momenty i zawsze z chęcią zabiera jakąś książkę do tornistra. Na egzaminy też wszyscy powinni przynosić coś do czytania, bo gdy ktoś skończy pisać, musi czekać aż minie czas przeznaczony na egzamin i wtedy może wyjąć lekturę i czytać sobie. Nie ważne, czy to powieść, książka popularno-naukowa czy komiks. Moim zdaniem jest to bardzo dobry pomysł na zachęcenie młodzieży do sięgania po książkę. Nie zrobi to pewnie od razu z nikogo wielkiego czytelnika, ale zapewne pokaże, że w wolnym czasie można czasem sięgnąć po książkę zamiast telefonu czy komputera i że książka nie gryzie.

Młody lubi nauczycielkę od niderlandzkiego choć sam niderlandzki to już ta średnio na jeża. Pani prowadzi profil książkowy na insta, co na pewno nie jest bez znaczenia, no i ogólnie jest fajna.

Młody ma dobry kontakt z większością nauczycieli. Jeden z nich - jak już wspominałam - należy do znanego zespołu metalowego, Drugi ma garaż samochodowy i Młody już nawet raz ojcu załatwił tam naprawę drobnej usterki w naszym aucie, a przy okazji mógł się przekonać, że to fajny wesoły nauczyciel.


Ja sama czytam teraz w elektroniczną książkę poleconą mi przez moją nauczycielkę. 

Jest to pozycja na temat metody wychowaczej dr Thomasa Gordona, którą w dużej mierze pokrywa się w moją prywatną metodą wychowaczą i dlatego jest dla mnie wielce interesująca. Przeczytałam już kilka uwag, pomysłów na rozmowy z dziećmi, które zamierzam wypróbować w praktyce na obcych dzieciach, bo idę już od dawna w tym kierunku zupełnie intuicyjnie, ale ta lektura umożliwia mi dostrzeżenie pewnych aspektów i nadaje właściwszy kierunek.  Mieliśmy o tym też na lekcji, ale to było tak po łebkach, a mnie interesuje ten temat o wiele bardziej. 

Poza kwestią edukacyjno-informacyjną, książka stanowi dla mnie źródło przydatnego w mojej pracy słownictwa, które czytawszy takie książki sobie utrwalam i lepiej poznaję.

  

Świnie chyba pozbyły się robali, bo Lady zaczyna powoli dupsko na nowo obrastać. króLove’j guz na brzuchu jest coraz większy. W zeszłą sobotę postanowiłyśmy ją znowu pokazać wetce z myślą, że może trzeba ją uśpić… Ta obejrzała Love i oświadczyła, że skoro Nasza Mała Piękna KróLova normalnie je, biega i nie wygląda na chorą, to nie ma się tym co przejmować. Powiedziała, że możemy popytać ich znajomych, którzy specjalizują się w egzotykach, o ewentualną operację i podała namiary na klinikę tych zaprzyjaźnionych wetów z okolic Dendermonde, ale ona uważa że dla pięcioletniej świnki operacja może być zabójcza. Świnki podobno często sama narkoza zabija, więc w tym  przypadku jest ogromne ryzyko… Nie wiem, czy w ogóle pojedziemy na konsultację, bo to około 20 km, a dla świń to ogromny stres. Już te 5 km całą drogę czułam przez materiałowy transporter i grube „łóżeczko” jak Love się trzęsie ze strachu. Nie ma chyba co ryzykować i jej męczyć. Skoro wetka uważa że jest dobrze mimo ogromnego guza, to może ma rację i zwyczajnie trzeba pozwolić naturze działać… Trudne są takie sytuacje i niezmiernie dla nas stresujące, bo nie wiadomo, co robić i jakie rozwiązanie z kilku złych wybrać.

Co ciekawe jest, nasza wetka nie wzięła nic za tę wizytę, co jej się chwali.

Ostatnio wracając od swojej lekarki po zastrzyku natargałam Pięknym Świniom gałęzi leszczyny. O, jak wpitalały! Nagrałam ten moment dla potomności i radości własnej…



W tym tygodniu w Ogrodzie Heńka pojawił się nowy obywatel. Zauważyłam go, gdy zbierał Heńkowe pióra pewnie na gniazdo. Niektóre były większe od niego, bo taki ci to byczy ptak. Mniejsze toto od wróbla. Aplikacja mówi, że to Tjiftjaf, czyli po naszemu albo piecuszek albo pierwiosnek. Wszystkie nazwy mi się podobają. Na razie mam jedno kiepskie zdjęcie, bo to ruchliwy dosyć trzpiot, ale widać z grubsza jak wygląda.

tjiftjaf

Na chwilę obecną lista Heńkowych gości prezentuje się następująco:

Mały Tiki zwany potocznie rudzikiem, 2 gatunki sikorek, wróble, kosy, pokrzywnice, synogarlice, columby, kawki i TJIFTJAF. Jak na mikroogródek to całkiem niezły kram.

Sunny tymczasem wysiaduje jajuszka. Siedzi uparcie i sama nie schodzi z gniazda. Wyjmuję ją rano i popołudniu, by coś zjadła, napiła się i rozprostowała nóżki. Jest puszysta, cieplutka i pachnie miło kurczakiem. Lubię ją przytulać do twarzy, gdy ją wysadzam z gniazda. Heniek zaraz się wokół niej kręci zalotnie, bo głuptas nie za bardzo kuma, że to nie pora na amory. Czasem trzeba stać przy niej, by jej nie przeszkadzał w posiłku. Ona szybko pije i szybko je, by czym prędzej wrócić na jajka. Prześwietlałam je telefonem i wygląda na to, że zalężone. Czy życie w nich pulsuje, sprawdzimy za parę dni. Mamy jednak nadzieję, że Sunny dobrze wysiaduje i że wie, iż jajka trzeba obracać, by były z wszystkich stron dobrze ogrzane, no i że w końcu zostaną z Heńkiem rodzicami. 

Henio jest teraz jednak bardzo samotny. Często siedzi pod krzakami i nawet czasem go szukamy, bo nigdzie go nie widać… 

Heniek Złotopióry samotny na grzędzie ogrodowej


Jeszcze raz Piękne Świnie. Podwieczorek trawiasty i kolacja warzywna.


Migotka, Lady, Boba i ich Mała KróLova


jakiś motyl słabego zdrowia

taki byk w szopie pilnuje worka z ziemią do kwiatków

nasza pokrzywnica


24 września 2023

Gdy się człowiekowi na starość nauki zachce...

Intensywnie przeżyty tydzień wymiany okien i tysiąca załatwień dał mi się we znaki. Długo to czułam w kościach: zmęczenie, senność, bóle stawów i trudności w pokonywaniu schodów, wstawaniu po dłuższym spoczynku czy długotrwałym tkwieniu w bezruchu.  Miewam bolesne skurcze łydek czasami. 

Kostka prawej nogi jest popsuta. Boli tylko czasem, ale jest  lekko opuchnięta, jakby podeszła płynem. Czasem ból promieniuje do kolana i kolano też mnie pobolewa wtedy i robi się gorące.... Tak se to notuję dla siebie, by ewentualnie móc potem zrekonstruować całą historię medyczną, gdyby była taka potrzeba.

Dużo się dzieje. Jestem zmęczona i skołowana chwilami.

Wnioski: ciało wychodowaniu w nim raka, potraktowaniu go skalpelem, dożylną trutką i przypalaniu promieniami Roentgena nie jest tym samym ciałem, którym było przed tymi wątpliwymi eksperymentami, nawet rok po skończeniu tych eksperymentów. Jest słabsze, bardziej podatne na zmęczenie i nadwyrężenia. Niedomaga. Wolniej się regeneruje. A mnie się to niespecjalnie podoba, ale nic nie mogę z tym zrobić. Wkurzające to wszystko jest niebywale, ale się nie poddam i dalej będę iść do przodu nawet pod górę i z przeszkodami, bo życie się samo nie przeżyje.

W zeszłym tygodniu rozpoczęłam już oficjalnie swoje szkolenie. Lekcje miały trwać cały dzień, ale ostatecznie popołudniowe odwołano. Pierwsze wrażenia były takie, że było dosyć nudno, a krzesła są niewygodne i grupa zbyt wielka. 

Zlitujcie się, babka na początek uczyła nas, jak posługiwać się planem lekcji! No wiecie, taka tabelka na kartce z rozpisanymi dniami i nazwami przedmiotów. Nie wiem jak wy, ale ja pierwszy raz coś takiego otrzymałam jakieś 40 lat temu w pierwszej klasie szkoły podstawowej i jakoś nie przypominam sobie, by ktoś miał większy problem ze zrozumieniem, o co w tym chodzi, a tu wychodzi na to, że niektórzy dorośli musieli mieć z tym problem, inaczej by tego dziś nikt nie tłumaczył. Dla mnie to tak samo potrzebne jak zakaz wjazdu hulajnogami do sklepu, który wywieszono jakiś czas temu na pobliskim markecie. Jakby nikt nie był na tyle głupi, by tam wjeżdżać hulajnogą, to nie było by zakazu... 

Grupa jest duża, bo połączono chwilowo dwa kierunki - opiekun żłobka i opiekun świetlicy szkolnej - gdyż wstępny materiał jest w obu grupach identyczny. Jednak ludzi jest w tym roku wyjątkowo dużo ze względu zmiany przepisów, o czym już mówiłam poprzednio. Mają nas zatem wkrótce podzielić. Oby, bo ja nienawidzę takiego tłumu. W tej drugiej grupie jest rodaczka. Gdy usłyszała moje nazwisko, to podeszła i zapytała po niderlandzku, czy mówię po polsku. Zabawne są takie momenty, gdy do potencjalnego rodaka ostrożnie zagajasz po obcemu... 

Pozostałą część lekcji uczono nas obsługiwać Moodle, internetową platformę szkolną i znowu ze zdziwieniem stwierdzam, że ludzie w 2023 roku ciągle nie ogarniają w ogóle komputerów ani internetu. O ile moim rówieśnikom jeszcze wybaczam, tak dwudziestoparoletnie dziewoje nie potrafiące obsługiwać komputera to zjawisko trochę zadziwiające... Ja to wiecznie zdziwiona.

Lekcje w minionym tygodniu były już o niebo ciekawsze. Mieliśmy pierwszą lekcję EHBO (Eerste Hulp Bij Ongevallen, czyli pierwszą pomoc) i pedagogiki oraz to samo co poprzedniego tygodnia, ale tym razem już ciekawsze...

Eddy Merckx… odkryty podczas spaceru w czasie długiej przerwy


 No dobra, przyznaję - jednego dnia urwałam się na półtoragodzinne wagary, żeby się nie nudzić. Czytaj: wyskoczyłam sobie na wizytę u psychiatry, bo fartownie moja szkoła jest 3 kilometry od gabinetu. Dzień wcześniej psychiatrę odwiedził Młody z tatą. Przede mną jeszczde jedna wizyta w przyszłym tygodniu. Na szczęście udało mi się otrzymać skierowanie od rodzinnej z datą wsteczną, przeto  otrzymamy zwrot z Funduszu Zdrowia. Nie ukrywam jednak, że ten tydzień to nieźle wyczyścił mi konto: poniedziałek 30 € u rodzinnej, wtorek 205 € u ortodonty, środa i czwartek po 235 € u psychiatry i jeszcze na koniec w piątek 35 € u weterynarza i tak ponad 7 stów się uzbierało. A u tej ortodontki to kurde był Izydor może z 25 minut - zrobiła mu kilka różnych zdjęć: najpierw za pomocą specjalnej kamerki, którą przejechała po wszystkich zębach zrobiła obraz uzębienia z wierzchu, potem jeszcze sfotografowała mu paszczę w środku i całą twarz z różnych stron za pomocą telefonu, a na koniec pyknęła rentgena czaszki. I to kosztowało dwie stówy! Panie, ja też chcę tak zarabiać pieniądze :-)

U weta byliśmy z naszą Bozią Bożenką. Pochorowało nam się kurzysko. W czwartek wieczorem zauważyłam, że stoi osobno pod krzaczkiem. Próbowała pojść za kogutem i Chipsą, ale wywracała się na boki. Nie dała rady wejść do kurnika. Próbowała, ale spadła ze schodków. Wtedy zabrałam ją do domu i usadowiłam w kuchni. Na drugi dzień spakowaliśmy ją z Młodym do transportera i zawieźliśmy skuterem do pobliskiego weterynarza, który - wg miejscowych fejsbukowiczów - zna się na kurach. Widzieliśmy u niego pracowników ze schronika dla ptaków (choć nie zauważyliśmy, co przywieźli do leczenia) z czego wniosek, że pewnie jest ich nadwornym lekarzem. 



Wet stwierdził, że to jakaś infekcja bakteryjna i dał antybiotyk w tabletkach, które wrzucamy Bozi do dzioba masując gardełko, by poszły dalej. Bozia siedzi w naszej szpitalnej klatce w kuchni. Ma tam jedzenie i wodę. Trochę je i trochę pije - dużo mniej niż normalnie, ale to i owo weźmie do dzioba. Ugotowałam i starłam jej jajko i nawet trochę wsunęła. Zjadła też serka, bułeczki, kilka ziaren, troszkę piasku i sporo drobno pokrojonej świeżej trawy. Robaków nie chce. Wodę pije. Nie może chodzić. Przewraca się do tyłu i tłucze się czasemi po całej klatce, bo usilnie próbuje stanąć na nogach, ale głównie spokojnie siedzi w kącie. Czasem cichutko coś mówi po kurzemu. Biedna kurka.

Mamy nadzieję, że wyzdrowieje. Wet kazał zadzwonić w środę po południu i zrelacjonować jej stan. Mówi, że być może potrzeba będzie dłużej dawać jej leki.

Lekcje niderlandzkiego mi się podobają. Są bardzo żywe, dużo gadamy, sporo zadań robimy w małych grupach a nauczycielka nas sprawdza i poprawia. Jest dobrze. 

Niestety z przykrością stwierdzam, że ten mój cholerny mózg wciąż nie działa, jak przed rakiem, wciąż ma lagi i problemy z ładowniem i szukaniem danych. Tym razem miałam np problem z wymyślaniem zdań z użyciem słów z listy podenj przez nauczycielkę. Poprostu blue screen, zero pomysłów, jakie zdanie można ułożyć np ze słowem "wskazywać" albo "składać". Żenada do kwadratu. Wychodzę jednak z założenia, że im więcej tego mózgu używam, tym sprawniej będzie działał. Tylko potrzeba czasu i cierpliwości, a to jest trudne.

Skończyły się wielkie upały, ale ciągle jest stosunkowo ciepło w południe. Poranki bywają jednak chłodnawe. Któryś z dni poprzedniego tygodnia dosyć mocno dał się nam we znaki. Ani ja, ani Młody nie wzięliśmy rękawiczek, bo jeszcze nie przyszło nam do głowy, by ich poszukać w zakamarkach szaf no i było niezafajnie. Ja to tam pikuś. Zmarzłam trochę na skuterze, co było nieprzyjemne, ale zaraz się rozgrzałam i zapomniałam o tym. Natomiast Młody po raz pierwszy pojechał w chłodny poranek 5 km bez rękawiczek i sporo się potem wycierpiał i wystraszył.

Gdy dotarł do szkoły, mówił, dłonie miał nie tylko spuchnięte jak beczki, ale dodatkowo pojawiły się białe plamy i bąble jak po poparzeniu pokrzywą, no i co najgorsze to bardzo, bardzo boli. Po takim zmarznięciu opuchlizna utrzymywała się aż do przerwy południowej. Ból po chwili zelżał i dało się wytrzymać, ale o komforcie nie ma mowy. Po powrocie Młody czym prędzej poszukał swoich jednopalcowych polarowych rękawic z Kubusiem Puchatkiem. 

Dla tych co nie wiedzą,o co chodzi, wyjaśniam, że mój syn ma alergię na zimno. Tak, lekarka twierdzi, że to alergia. Co gorsze, jego nadwrażliwość znacznie ogranicza mu noszenie rękawiczek czy czapek. Cienkie rękawiczki z palcami np odpadają, bo obcisłego jego ciało nie toleruje i też go boli. Udało mi się w Kruidvat kupić rękawiczki z jednym palcem, które są w miarę dobre na Młodego (w domyśle są dla kobiet), ale i tak mam obawy co do tego dojeżdżania na rowerze w bardzo zimne dni. Musimy wypróbować autobus w razie wu. Póki co on się trochę boi samotnej jazdy, ale muszę z nim trochę pojeździć, zainstalować mu aplikację autobusową, kupić na nią bilety i nauczyć go korzystać z niej oraz z rozkładów jazdy, rozpoznawania autobusów po numerach i td, żdeby w razie potrzeby mógł bez obaw wsiaść w autobus i pojechać do szkoły, do domu czy np do dentysty. 

W koncu ma już 11 lat i jest mądry, niech się uczy wszystkiego po trochu. Wkurza mnie tylko, że musi do 12 urodzin czekać, by móc otrzymać plastikowy dowód odobisty, bo już byśmy mu z chęcią konto w banku założyli, żeby miał własną kartę do bankomatu i własną aplikację bankową na telefonie. Gotówka to dziś już przecież przeżytek. Koledzy klasowi płacą już kartami w sklepie.

Dostałam już kilka zadań domowych. Z dwóch przedmiotów były krótkie pisemne, z czego jedno z kategorii dziwne - mamy znaleźć jakiś przedmiot, który kojarzy nam się z wychowaniem, pisemnie uzasadnić dlaczego i przynieść to do szkoły oraz o tym opowiedzieć reszcie. Nie lubię takich zadań abstrakcyjnych, bo są dla mnie trudne i zwykle zupełnie opacznie rozumiem, co autor miał na myśli. Wybrałam jako przedmiot książkę i upisałam kawał tekstu na ten temat, ale obawiam się, że może to w ogóle nie zostać zrozumiane przez normalnych ludzi, jak to zwykle bywa z moim sposobem myślenia. 

Mam też w jakiś kreatywny sposób (np majsterkując) przedstawić siebie i tę pracę zabrac do miejsca stażu. Jeszcze gorsze zadanie niż to powyższe, bo mam za dużo pomysłów, a za mało chęci do ich realizacji. Jestem zmęczona psychicznie i fizycznie. Przestawiam się ciągle na tryb szkolny, czyli rzeźkie wstawanie o szóstej, poranny pośpiech, wyjście z domu rano i powrót wieczorem, by w wielkim pośpiechu skraftować jakieś jedzenie dla wszystkich, ogarnać co trzeba i pójść wcześno spać, a raczej paść na pysk o 21.

Najtrudniejszym zadaniem jest jednak skontaktowanie się z trzema świetlicami i umówienie się na spotkania w celu zwiedzenia tych placówek i zadaniu kilku pytań, by ostatecznie którąś wybrać na miejsce pierwszej praktyki, którą zaczynamy już po 6 października. Do tego czasu mamy mieć podpisane umowy. Odpowiadając na wasze niezadane pytanie: praktyki nie są płatne. Idziemy, by się uczyć. Wiem już, gdzie chcę uderzyć, ale telefonowanie dla mnie to koszmar, a jakoś muszę się przecież umówić na wizytę. Sama wizyta to już łatwizna. Chyba.



Dziewczyny bawią się w Polsce ze swoimi znajomymi. Tym razem poleciały tam obie. Młoda spotyka się ponownie ze swoimi kumplami. Najstarsza z poznanym przez internet chłopakiem. Są dorosłe, wolno im robić, na co mają ochotę. Cieszę się, że się zdecydowały razem polecieć do Krakowa. Jestem dumna z nich, że wszystko potrafią sobie same załatwić i zorganizować i że, mimo iż nie są jakimiś najlepszymi psiapsiółkami,  potrafią w takich sytuacjach ze sobą fajnie współpracować i sobie pomagać, że są dobrymi siostrami. Oczywiście trochę się też niepokoję o nie, bo jestem ich matką, ale mam nadzieję, że żadnych wielkich głupot nie narobią i nie wpakują się w żadne wielkie kłopoty oraz że dobrze się tam bawią i miło spędzają czas. Młoda od czasu do czasu wysyła jakieś zdjęcia. Dzwoniła też raz, by spytać o swoje p'Taszunie, a ja czasem wysyłam jej zdjęcia Taszuń, bo wiem, że one są dla niej ważne i na pewno za nimi trochę tęskni.

Taszunie

czasem te małe głupieloczki śpią w ciasnocie pod sufitem

Młody jutro jedzie z innymi pirszorocznymi na dwuipółdniową wycieczkę integracyjną. Nie podoba mu się to. Boi się i stresuje. Rano muszę go zawieźć skuterem pod szkołę razem z bagażem, co łatwe nie będzie, ale co, my nie damy rady? Dalej pojadą pociągiem (szkołę mają nieopodal dworca). Bagaże pewnie pojadą samochodem z urzędu gminy, jak to zwykle u nas się organizuje. 

I znowu ja i Małżonek bedziemy mieć cały tydzień urwanie głowy. Nie wiem, jak ja ogarnę to wszystko, co mam do ogarnięcia. Załatwić praktykę, odwieść Młodego, niderlandzki online, przywieźć Młodego ze stacji i dziewczyny z lotniska (to Małżonek),  lekcje stacjonarne przez 2 pełne dni, wizyta u lekarki (comiesięczny zastrzyk i przedłużenie zwolnienia o kolejne miesiące), wizyta u psychiatry, a tu jeszcze ma ktoś do pieca na przegląd przyjść, a to znowu właściciele się namyślili, by jednak drzwi od kuchni i okienko w kiblu też wymienić na nowe (jakby kuźwa nie można było od razu) i ktoś ma przyjść pomierzyć, więc trzeba komuś być wtedy w domu. Pomieszanie z poplątaniem, jak zwykle. Dobrze by było też czasem coś upichcić, przeprać, izbę zamieść, zwierzęta doglądnąć.... I jeszcze zdążyć się pouczyć, zadania domowe odrobić no i kurde wyspać. 

Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale postaram się dać rady ze wszystkim i przeżyć ten rok szkolny z uśmiechem i entuzjazmem. Narzekać będę, bo mogę i bo tego czasem potrzebuję.

A kiedys, jak ogromnie wiało, puszczaliśmy z Młodym bańki. Wiatr je dmuchał i gonił z nimi po całej okolicy. Zabawa przednia, nawet jak się ma ponad 40 lat. Najlepiej leciały z okna, ale i na łączce fajnie było się bawić.




Na koniec obrazek, który mnie rozbawił. Nie popieram wandalizmu, ale dla tego robię wyjątek. Ten słupek stoi zwykle na wjeździe na ścieżkę rowerową tuż koło drugiego słupka, co mnie za każdym przejazdem wkurza, bo ledwo się tam człowiek wciska pomiędzy te słupki i zawsze mam obawę, że się z tym pieroństwem zderzę. . Wnioskuję, że ktoś miał podobne zdanie w tej kwestii hahaha. Niestety słupek już wrócił na swoje zwykłe miejsce i znowu utrudnia przejazd. Jakby jeden nie wystarczył, by powstrzymać potencjalne samochody. Czasem nie rozumiem sensu tych przeszkód.

 Inna taka, moim zdaniem, bardzo głupia i niebezpieczna blokada jest w lesie. Przy wejściu jest drewniany szlaban, co samo w sobie jest dobrym pomysłem, bo nikt tam ani autem, ani traktorem, ani nawet motorem nie wjedzie bez potrzeby, a służby w razie co przejadą, gdy trzeba. Tyle tylko, że szlaban jest za szeroki i po bokach praktycznie ciężko jest przejść, a już na pewno nie da się przejść z rowerem, z kolei przejeżdżanie jest ryzykowne. Po lesie rowerem można jeździć z wyjątkiem niektórych ścieżek, gdzie stoją stosowne znaki. Koło szlabanu każdy przejeżdża, ale z trudem. Ja zawsze mam cykora, że się wwalę do rowu albo w ten cholerny szlaban. Raz widziałam, jak dziadziuś się wywalił… Nie wiem, czemu ludzie nie myślą, tworząc takie cuda na drodze…

szanuję, że komuś się chciało zrobić ten psikus