Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hulpkas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hulpkas. Pokaż wszystkie posty

9 marca 2024

Wiosenny powiew nadziei…

 Muszę rzec, że ten tydzień był dosyć pozytywny. Przynajmniej dopóki na scenie nie pojawiła Karen... no ale to drobny szczegół.

Pogoda wiosenna ma bez wątpienia tu jakiś swój udział. Prawie nie padało w tym tygodniu. Niebo często wręcz błękitne było i całkiem sporo słońca widzieliśmy. Temperatury raczej typowo marcowe: od zera do 10 stopni. Raz nawet przymroziło z lekka. Jednak wizualnie to raczej początek kwietnia, bo

 śpiewają ptaki nad nami, 

drzewa strzeliły pąkami 

i ktoś na niebie owce wypasa, hej! 

kalina


Mieszkam pod lasem, więc wiem, co w trawie piszczy, a piszczy dużo. Nawet nie tyle piszczy, co świergocze. O świcie, w południe i wieczorem ptaki dają cudny koncert. Aż się do domu nie chce wracać... No ale jak wyjdę o świcie w szlafroku i crocsach wypuścić koguta, to dość szybko zaczynam zębami dzwonić, gdy tak sobie słucham ptaków w ogródku... W południe, gdy jadę do świetlicy, zwykle nie mam czasu, by gapić się na las, więc przez ten las mknę jak strzała (bo przecież zawsze za późno wychodzę, gdy zasiedzę się przy projektach przeplatanych zadaniami kurodomowymi). Wieczorem z kolei brzuch mi się do pleców z głodu klei, więc zapitalam do domu, by coś wszamać (a tu czasem dopiero trzeba się brać za gotowanie i obiad jemy dopiero koło 20tej).

magnolia


Szkoła

W poniedziałek na lekcji wszyscy byli śpiący i zmęczeni. Nauczycielka odsłoniła okna (były zaciągniete grubymi kotarami, bo inaczej na ekranie nic nie było widać) i rzecze:

 - Patrzcie, jaka piękna pogoda, jak słonecznie! Wyobraźcie sobie, że jesteście tam na zawnątrz w słońcu i od razu nabierzecie energii.

Ja na to, że wyobrażam sobie właśnie i widzę: hamak, poduszkę, kocyk, książkę... No i większość się ze mną zgodziła, co do wykorzystania takiej pogody - idealna na zdrową drzemkę. Czemu oczywiście towarzyszyło morze heheszków.

Koleżanka z kolei wzięła przed lekcją jakiś syrop na kaszel i okazało się, że chyba jest nadwrażliwa na jego skład, bo po chwili oznajmiła z głupim uśmiechem, że jest na haju. I wyglądała, zachowywała się i mówiła, jakby była. Ubaw mieliśmy przedni. Zwłaszcza kiedy, nauczycielka powiedziała do niej, by nie była świnia i by puściła tę flaszkę z syropem po klasie... 

Tak, klasę mam nadal pozytywnie rąbnietą i lekcje są wesołe, ale jak zobaczyliśmy nasze projekty, to niektórzy się prawie załamali. Dużo tych zadań jest do zrealizowania w świetlicy, a z czasem się nie przewala. Nie będzie łatwo, ale - tak jak mówi nauczycielka - idąc na kurs, nikt nie oczekuje raczej, że dyplom dostanie po prostu w paczce płatków, tylko że trzeba cały rok ciężko nań pracować.

Nasza grupa jako pierwsza mogła przeprowadzić swoją zabawę, a wybrałyśmy drzwiczki do elfich domów. Poprosiłam Małżonka, by urwał w robocie ze dwie listewki z palety i trochę je wygładził jaką maszyną. W domu jeszcze mi to pociął na 15 cm ciuczki. Zabrałam to do szkoły wraz z farbami akrylowymi, workiem kolorowych piór, wyciorków do fajki, suszonych liści, kryształków wypożyczonych od Najstarszej, a i koleżanki przyniosły też różne śmieci. Każda z nas majstrowała drzwiczki dla elfów, które potem porozkładałyśmy w klasie, a niektóre koleżanki zabrały do domu, bo pomysł chcą pewnie wykorzystać w swoich świetlicach…

elfie drzwiczki zrobione przez koleżankę

moja elfka z piór i wyciorka oraz jej drzwi ;-) 


Świetlica

W tym tygdniu w świetlicy spędziłam 5 godzin w środę i po 2 i pół godziny w czwartek i piątek. Wydaje się nie wiele, ale tyle się tam dzieje przez ten czas, że spokojnie za miesiąc by człowiekowi wystarczyło. A tu jeszcze masz Karen, która ci na nerwy działa. 

W środę było ponad 70 dziecków. Na szczęście pogoga była piękna, zatem po kanapkach wzięliśmy chołotę na duży plac zabaw, który ma bezpośrednie przejście z mniejszego placu zabaw, na który z kolei się wychodzi prosto z sali. 

Ten plac zabaw jest świetny. To taki mini park. Ma górkę z której można jeździć na linie. Ma szereg wierzb i kupę gęstych krzaczków. Ma wysoką linową piramidę wspinaczkową. Ma ławki, schody, mini boisko do piłki, piaskowniczysko z dwoma huśtawkami łańcuchowymi po środku... Jest gdzie ganiać, jest gdzie się schować.... Raj dla gównażerii, ale dla nas wychowawców to spore wyzwanie, by tałatajswto upilnować i cały komplet w miarę sprawny oddać po południu rodzicom. Dość rzec, że drzwiczki od apteczki u nas całe dnie są w ruchu, gdy dzieci bawią się na podwórku, co znaczy, że co jak co, ale zabawa wtedy jest wyśmienita. 

inna magnolia


W środę było sporo obtarć, jeden krwawiący nos, a ja i jedna koleżanka przeżyłyśmy chwilę grozy, jak mały farfocel wylazł na samą górę około 5-ciometrowej linowej piramidy i tam zawołał, że nie umie zejść, po czym nagle zawisł na dwóch łapkach, a nogi dyndały mu w powietrzu bez możliwości znalezienia oparcia... Aaaaaa!

Zapieprzałam po linach na górę ino gwizdało. Dziewczę na szczęście utrzymało się na tych swoich chudych, malutkich rączkach dopóki się nie wspięłam i nie wzięłam diablika jedną ręką i nie postawiłam na najbliższej linie. Potem zeszłam niżej i zesadziłam niżej diablątko. Potem jeszcze raz i byłyśmy na ziemi. Następnie wyszłam ponownie na górę, by pomóc trochę większemu dziewczęciu, które trzęsło portkami na szczycie i zaczęło wpadac w panikę. 

Koleżanka z 15 lat ode mnie młodsza patrzyła na to z niedowierzaniem, bo ona - jak oznajmiła - w życiu by na to cholerstwo się nie wspięła. Dodała, że mało na zawał nie zeszła, gdy zobaczyła, jak ta mała zawisła na rękach na szczycie. A ona była wtedy kawałek od piramidy, bo poszła z jeszcze inną koleżanką badać sprawę mocno krwawiącego nosa, ale nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikt nie powie, co się stało... 

Ja wcześniej byłam odprowadzić do sali innego karzełka, który cały czas od wyjścia na podwórko trzymał się mojej ręki i z każdą minutą wyglądał coraz bardziej i bardziej na chorego... Zostawiłam go tam po opieką koleżanki dyżurującej przy komputerze i robiącej za odźwiernego, a sama wróciłam pod wieżę wspinaczkową akurat na to zdarzenie z wiszącą małpką. Mogłam zatem uratować diablątko. Dzieci, ech!

W piątek jedna z koleżanek, nota bene ze Słowacji, na dzień dobry podarowała każdej z nas czekoladowy kwiatek z okazji Dnia Kobiet, co wszystkie ucieszyło, bo to bardzo sympatyczny gest. Niektóre dziewczyny przyszły w różowych ubraniach, by uczcić ten dzień. Nawet nie wiedziałam, że istnieje taki zwyczaj w Dniu Kobiet, bo sama bym się na różowo ubrała.



Na koniec tygodnia miałam lekkie (bo na szczęście dzieci były blisko, więc się dosyć pilnowałam) starcie z Karen. Jest bowiem tu taka jedna Karen, która jest dosyć ciężkostrawna. Tym razem najpierw miała wielki problem z tym, że "ją filmowałam" i nie zapytałam się jej o zgodę. 🙄 Chwilę później znowu, że nie pilnowałam, by dzieci chodziły do toalety i dwoje zrobiło w majtki, a "przecież jest mało personelu dziś to chyba oczywiste, że ja powinnam tego pilnować".  Z tym filmowaniem, to wiedziałam, że tak będzie. Mówiłam przecież, że samej mi się to zadanie nie podoba. Zgłoszę nauczycielce, że to bardzo głupi i jeszcze gorzej odbierany pomysł. Niektóre dziewczyny już o tym wspominały przy okazji fotografowania głupich kanapek, bo u nich też są takie Karyny.

Niestety Karyny zawsze myślą, że stażystki są darmową siłą roboczą, która będzie wykonywać za nich robotę, gdy one se wyskakują na papierosa albo oddają się pogawędkom. Dlatego pewnie też nie mogą zdzierżyć, że ja na ten przykład sobie filmuję dzieci, zamiast wycierać dzieciom zadki.

Prawda jest taka, że ja jestem tam by się uczyć i by odrabiać zadania zadane mi przez moich nauczycieli i dla mnie wykonywanie tych zadań ma priorytet. Dużo o tym się w szkole mówi i wiele koleżanek klasowych ma podobne doświadczenia. Okazuje się bowiem, że spora część, jeśli nie większość, pracowników świetlic nie ma najbledszego pojęcia o zasadach obowiazujących na tego rodzaju stażu (to się nazywa dokładnie werkplekleren, czyli nauka w miejscu pracy, a rzeczywisty staż stage, w którym ma się już wszystko umieć, będę mieć dopiero w ostatnim etapie nauki, czyli maj-czerwiec). 

Co dla mnie (i nie tylko dla mnie) jest gorsze i mówiąc szczerze dosyć szokujące to fakt, że wielu wychowawców świetlicy nie ma tu żadnego specjalnego przygotowania, w ogóle jakiegoś wykształcenia. Niektóre moje klasowe koleżanki nie mają nawet liceum, a pracują już jakiś czas w świetlicach. Na prawdę z wielkim zdziwieniem, wręcz niedowierzaniem i przerażeniem zauważam, że ludzie pracujący tu z dziećmi to nie rzadko jakieś randomy wzięte ot tak z ulicy. 

Po raz kolejny odkrywam zatem, że ja to jednak żyję w jakiejś alternatywnej rzeczywistości i ułudzie myśląc, że świat jest taki, jaki ja bym chciała, żeby był, że jak coś mi się wydaje logiczne i oczywiste, to to takie właśnie jest. A figa!

Cieszę się, że jestem już na tym etapie, iż nasze dzieci nie potrzebują ani żłobka, ani świetlicy. Gdybym bowiem wiedziała o żłobkach i świetlicach, to co wiem teraz, chyba nie odważyłabym się wysłać tam własnego dziecka. Serio!

Często zastanawiam się też, czy ja aby na pewno chcę brać udział w tej maskaradzie, czy ja aby na pewno chcę być częścią tego dziwnego tworu. Z drugiej strony jednak myślę, że może tacy ludzie, jak ja czy moje klasowe koleżanki (bo one myślą podobnie jak ja i mają podobną wizję świetlicy) są właśnie potrzebni, bo może można jednak coś zmienic powoli, poprawic jakość usług... Obawiam się jednak, że nie jest to w żaden sposób możliwe w aktualnych i to ciągle pogarszających się okolicznościach. 

Dla mnie na prawdę bardzo dziwne jest, że w świetlicy można było (i nadal ciągle można) zatrudniać ludzi nie posiadających nawet podstaw wiedzy na temat wychowania, zdrowia, rozwoju czy potrzeb dzieci, nie mówiąc już o takich rzeczach jak organizowanie zabawy odpowiedniej dla wieku, zainteresowań i możliwości dzieci… Cóż, życie.

Tak, nieustannie mam wątpliwości co do tej pracy. Nie wiem, na prawdę nie wiem, czy ja na pewno chcę to robić, czy to aby na pewno jest miejsce dla mnie...? Jestem przekonana, że mam duże predyspozycje, odpowiednie talenty i wiedzę do wykonywania tego zawodu. Wiem, że lubię dzieci i chciałabym z nimi pracować, bawić się, wspierać ich i je czegoś uczyć, ale szara rzeczywistość mnie  trochę przeraża. Te warunki, te okoliczności, te tutejsze realia, no i te wszystkie Karyny…

W tym tygodniu jedna ze świetlicowych koleżanek oznajmiła, że ona pracuje najdłużej w tej świetlicy, bo już UWAGA całe pięć lat, a reszta przychodzi i odchodzi. Dalej wymieniła kolejno imiona babek, które w tym roku odchodzą. Jedna na emeryturę, druga idzie studiować, trzecia, czwarta znalazły już lepszą pracę... W świetlicy nikt normalny nie chce pracować, bo ta praca to maksymalnie 19 godzin w tygodniu. Dobrze płacą, ale za mało, by się dało za to wyżyć. Przy tym godziny pracy są tak rozłożone, że ciężko łączyć to z inna pracą, no bo najpierw dyżur rano, potem po południu... Mnie to urządza, bo i tak nie wiem, czy dam rady więcej godzin pracować, a jak dam, to mogę dorabiać sobie na sprzątaniu, bo sprzątanie mogła bym upchać pomiędzy dyżury... Jednak dla większości osób ta praca jest o kant dupy. Dlatego pewnie pełno przypałów trafia się w świetlicach... i jest jak jest. 

Nic to. Póki co w każdym razie spróbuję dokończyć ten rozdział m nabyć uprawnienia i otrzymać stosowny dokument. Jak się uda, na pewno poszukam pracy i zobaczę, co z tego wyniknie. Potem będę myśleć, co dalej... Ale wątpliwości mam ogromne. I raz jestem na tak, a raz na nie.



Inne sprawy

We wtorek pojechałam z Najstarszą do VDAB, bo dostała zaproszenie mejlem. Oczywiście na dzień dobry się przypieprzyłam do tego wysyłania ważnych dokumentów mejlem do osób, które mają w dossier wyraźnie zapisane, że mają na ten przykład ASS, a co za tym idzie, problemy z ogarnianiem administracji. Pani była zdziwiona (albo jest dobrą aktorką), że Córka nie dostała tego pisma też normalnie pocztą, bo rzekomo jest taka opcja że i e-mail, i list zwykły. W ogóle pozwoliłam sobie na wyrecytowanie całej długiej listy skarg i zażaleń na działanie GTB i Emino, instytucji związanych z VDAB, a mających na celu POMAGANIE ludziom z różnymi problemami, ludziom, którzy mają trudności z administracją, ogarnianiem papierologii, samodzielnym szukaniem pracy. Tak, te instytucje są od tego jak dupa od strania, ale na przykładzie dziewczyn widać, że nie zawsze idee pokrywają się z rzeczywistym działaniem.

Byłam bardzo miła i kulturalna, bo pani też była bardzo miła i kulturalna. Przedstawiłam historię w formie "panie, zlituj się nad nami", czyli z perspektywy biednej ofiary systemu i przypadku. Innymi słowy mówiąc, powiedziałam (mniej więcej zgodnie z prawdą), że córka bardzo chce pójść do pracy, ale sama nie jest w stanie pracy znaleźć, ani samodzielnie pójść na rozmowę, załatwić dokumentów etc. Pani w pełni się zgadzała z naszymi oczekiwaniami i przyznawała nam rację. Oznajmiła, że w Emino, jak i każdej innej firmie, są pracownicy dobrzy i pracownicy od siedmiu boleści... i że Najstarsza miała pecha trafić na tych drugich, i że ona sie postara wszystko wyjaśnić, i jak najszybciej znaleźć jej nowego konsultanta, a nawet spróbuje w innej prowincji, do której nie należymy, ale która o wiele bardziej nam odpowieda ze względu na położenie, czyli dojazd. Tam, gdzie teraz byliśmy, czyli w NASZYM urzędzie, nie da się dojechać bez auta, bo od nas nie ma żadnego sensownego połączenia autobusowego czy pociągowego. W Belgii to normalne, że z zadupia jest dobre połączenie do dużych miast, ale z zadupia na zadupie to nichuchu nie dojedzie ani autobusem ani pociągiem.

W tym tygodniu przyszedł też list, że Najstarsza dostanie zasiłek z hulphas w kwocie 23€/dzień. Uf. Jedno z głowy. Ucieszyliśmy się.


Poza tym zaciągnęłam Najstarszą do jednej pobliskiej firmy, która zasłony szyje i inne tam takie, a która - jak wynika z ogłoszeń w VDAB - szuka krawcowej na 3 dni w tygodniu. Najstarsza jest chętna do pracy i bardzo pozytywnie nastawiona, ale nie robimy sobie jakichś wielkich nadziei na tę pracę. 

Nie mieliśmy umówionego spotkania i tak na żywioł weszłyśmy z ulicy. Firma jest otwarta dla klientów, więc nie ma problemu z wejściem. Zanim znalazłyśmy tam jakiegos ludzia, obejrzałyśmy sobie, co tam sprzedają, bo lada była na drugim końcu sali. To co tam sprzedają wygląda bardzo pięknie, bardzo szykownie i BARDZO DROGO... Weź, jakaś głupia świeczka 125€?! ŚWIE-CZKA!!! TAK, STO DWADZIEŚCIA PIĘĆ EURO za ŚWIECZKĘ. W słoiku. Tym bardziej wątpię zatem, że to takie fancy miejsce nada się dla naszej niedoświadczonej Najstarszej. No ale jak się nie spytasz, się nie dowiesz.

Pan był miły i przyjazny. Potwierdził, że zaiste szukają krawcowej. Dodał jednak, że tym jego żona się zajmuje a akurat  jest na wolnym. Powiedział, żeby wysłać CV, ale miałyśmy ze sobą na papierze, więc mu dałam. Zapytał, czy Najstarsza ma doświadczenie w szyciu zasłon, bo najchetniej zatrudnili by kogoś, kto stanie i będzie szył. Ma jednak przekazać żonie, a ona ma się skontaktować, jak wróci z wolnego, Powiedział, że zapewne wtedy zaprosi Najstarszą, by przyszła i pokazała, co potrafi, a wtedy oni się dowiedzą, czy ona  się ewentualnie  nadaje, a Najstarsza się dodatkowo dowie, czy chce coś takiego robić i czy akurat tam chce pracować. Od domu do firmy jest ponad 8 kilometrów, co na początku może być dla Najstarszej nie lada wyzwaniem. Tam czasem sobie 8 kilosów przejechać rowerkiem do polskiego sklepu to raz, a codziennie naginać w te i wewte, a w międzyczasie jeszcze cały dzień szyć to dwa.

Stwierdziłyśmy wspólnie jednak, że jeśli by dostała tam robotę i ta robota się jej nadała, to może sobie od razu kupić rower elektryczny albo i mały skuterek, bo ma wszak jeszcze jakieś oszczędności z poprzednej pracy... Więc dojazdami nie ma się co martwić. Najpierw i tak musieli by ją zatrudnić, a na to szanse raczej niezbyt wielkie. Ale przynajmniej nikt jej nie zarzuci, że nie próbowała. 



Numer jaki wycięłam w zeszłym tygodniu dzwoniąc w sprawie Młodej do VDAB też warty jest utrwalenia, bo do dziś się z Młodą z tego śmiejemy. No więc dzwonię na darmowy ogólny numer i słucham tej głupiej muzyczki (gorsza niż gdziekolwiek indziej), i słucham, i słucham, i słucham... Śmiejemy się z Młodą, że jak w końcu ktoś odbierze, to nie będę wiedzieć, co mam mówić ani w ogóle gdzie ja dzwonię... 

W końcu milknie muzyczka i słyszę "Helan, słucham...". 

WTF? 

Patrzę na Młodą, która stoi obok i widzę na jej twarzy wielki pytajnik i WTF? 

Rozłączam się. 

Młoda krzyczy szeptem: "HELAN?!". 

A wtedy dopiero do mnie dociera, że to była Helen. HE-LEN! Nie żaden Helan. No to śmiechówa!

Helan to nasz fundusz zdrowia a także mój (wciąż oficjalnie) pracodawca. Dlatego nasze mózgi usłyszały Helan a nie Helen, no i pomyslałyśmy obie, że niewłaściwy kontakt wybrałam w telefonie. A przecież  chciałyśmy dzwonić do biura pracy a nie funduszu zdrowia haha. 

No ale dobra, dawaj! Wybrałam ponownie ten sam numer i dosyć szybko zgłosił się jakiś pan... 

Gdy z nim rozmawiałam, Młoda leżała na kanapie twarzą w poduszce, bo najpierw zaczęła wizualizować gestami, jak sobie wyobraża to, co pan w telefonie robi, a potem tak się z tego śmiała, że musiała zakryć paszczę poduszką... No, ja też sobie wyobrażałam rozmówcę jako straszego miłego pana, który nie bardzo lubi komputery i jest z nimi na bakier. I jak szuka tych klawiszy powoli i stuka jednym palcem, potem próbuje zrozumieć co też mu tam się pokazało i pyta 3 razy o to samo, a wszystko tak powolutku, spokojnie, bez pośpiechu, pełen chill... No taki był właśnie w słyszeniu. Ale też bardzo bardzo miły i sympatyczny.

No a propos pana... on mówił, że do tygodnia ktoś ma się z Młodą skontaktować, ale tydzień już minął i ni widu ni słychu... Po niedzieli zadzwonię znowu. Może Helen odbierze... chłe chłe.

☺☺☺

Młody tymczasem zaczął przygotowywać się do wiosennych egzaminów. Tym razem piszą tylko 4 przedmioty: niderlandzki, matematykę, biologię i angielski.

Młody woła ze schodów: Tato, podaj mi czerwoną książkę z plecaka, jeśli możesz.

Tata: Okej, robi się, ziomeczku... Pewnie chcesz się uczyć?

Młody: Tak... znaczy NIE! Nie chcę, ale MUSZĘ!

27 stycznia 2024

Zakończyłam pierwszy semestr!

Zakończyłam pierwszy semestr nauki w szkole dla dorosłych CVO kierunek kinderbegeleider (opiekun świetlicy)

To było ciężkie pół roku, ale właśnie dotarłam do końca pierwszego semestru. Uf! Nie powiem, by mi to zleciało. Nie, to były wyczerpujące i cholernie stresujące miesiące. Chodzenie do szkoły, gdy się ma 46 lat, podtruty i zmęczony mózg oraz kupę innych problemów to wcale nie łatwa sprawa. Nie ma nawet co porównywać do czasów, gdy człowiek mial naście, czy dwadzieściaparę lat i nie miał poza nauką wiele więcej na głowie, gdy głowa działała bezbłędnie, trzeźwo i szybko myślała, zapamietrywała, kojarzyła fakty... A nawet jak te dodatkowe obowiązki były, jak u nas, i trzeba było zapieprzać w polu, czy w domu coś tam zrobić, to sił na wszystko wystarczało. Nawet jak człowiek do rana grał na kompie czy książkę czytał albo głupie zboże rozładowywał wiadrami w stodole, to po trzech godzinach drzemki wstawał rzeźki i mógł nadal góry przenosić. 

Tymczasem teraz wszystko idzie wolno i opornie, multitasking nie działa, zapamiętywanie nie działa, logiczne myślenie zawodzi, emocje ledwo kupy się trzymają i co chwilę coś puszcza w szwach, a do tego człowiek potrzebuje dużo snu a i tak jest ciągle zmęczony, zmęczinhy i jeszcze raz zmęczony...

Dziś rano przebudziłam się koło czwartej, jak Małżonek wstawał, ale zasnęłam w mig kamiennym snem i obudziłam się dopiero po siódmej. Tak, wreczcie mogłam spokojnie spać, bo inne dni budziłam się po kilka razy w nocy i od piątej już nie było spania... Przed ósmą przypomniało mi się, że kurde kury nie wypuszczone, że świnie nie dostały trawy (bo w sobotę Małżonek im nie daje, gdyż za wcześno wychodzi do roboty)... Aaaaa! Pobiegłam w piżamie tylko po drodze starą kurtkę narzucając i do gumiarów bosymi stopami wskakując prosto do kurnika. Sunny coś powiedziała głośno po kurzemu na ten temat... czasem to jednak dobrze kurzego nie rozumieć...

baba ze wsi o poranku - selfiequeen 🫅🏼

Wczoraj na ostatnich zajęciach robiliśmy z klasą wspólne podsumowanie tych kilku miesięcy. Mowiliśmy, co było łatwe, miłe i przyjemne, a co dało nam w kość. Nawet nie wiecie, jak dobrze było usłyszeć, 7że wszystkie koleżanki w grudniu miały pierońsko trudno i że niektóre, tak samo jak ja, miały wtedy ogromną chwilę zwątpienia i że nie jestem jedyną, która miała ochotę podwinąć ogon i spieprzać gdzie pieprz rośnie. Tak, inne dziewczyny też myślały o tym, by zrezygnować. Ale nie zrezygnowałyśmy. Dałyśmy rady. Niektóre muszą powtórzyć pierwszy semestr, bo nie zaliczyły niektórych zadań, ale to nie szkodzi. Najważnejsze, że się nie poddały. Ja nie mam jeszcze oficcjalnego oświadczenia, co co do tego czy zdałam, czy nie. Nauczycielki muszą jeszcze przejrzeć i coenić nasze projekty. Zadania z pracy codziennej mam wszystkie zaliczone, a ostatnie zebrały sporo pozytywnych komentarzy. Moja autorefleksja i dokumentacha pedagogiczna to wręcz wielkie ochy i achy. To drugie zawdzięczam 14 latom pracy w bibliotece i prowadzeniu tam kroniki oraz systematycznym sprawozdaniom. To pierwsze z kolei temu blogowi. Czym jest bowiem większość wpisów jak nie gruntowną autorefleksją.

Na koniec dnia robiłyśmy na zlecenie nauczycielki "prysznic komplementów". NIENAWIDZĘ tego typu zabaw! Ale nie było jak się z tego wymiksować. Po kolei każdy musiał stać na środku kręgu, a reszta grupy prawiła mu komplementy. DLA MNIE KOSZMAR. PEŁNY DYSKOMFORT. OGROMNY STRES. WRĘCZ PANIKA. TAK STAĆ PRZED LUDŹMI gdy o tobie mówią. Nie ważne, że pozytywnie. Nie pamiętam, co mówili na mój temat, bo za bardzo byłam skupiona na tym, by przetrwać ten okropny moment. Wiem jedno:  nigdy więcej się na to nie zgodzę! Następnym razem powiem zwyczajnie KATEGORYCZNE NIE! Szanuję i cenię komplementy i miłe słowa prywatnie w cztery oczy. Ale coś takiego jest nie na moje nerwy. Widziałam, że nie tylko dla mnie, choć wielu najwyraźniej batrdzo się podobało.

Przede mną jeszcze rozmowa ewaluacyjna z moją mentorką ze szkoły, ale najpierw musi ona taką rozmowę przeprowdzic z mentorką ze stażu. Inni już są po, ale moja mentorka ma jakieś opóźnienie.

Teraz mam tydzień wolnego. Muszę dokończyć formalności, czyli podpisać umowę z nową świetlicą i rozplanować godziny. Tymczasem z aktualnej świetlicy dostałam propozycję pracy w ferie krokusowe jako wolontariusz z wynagrodzeniem 10€/h. Propozycja bardzo interesująca, tylko nie wiem, czy mogę na chorobowym, a raczej czy nie zabiorą mi przez to zasiłku, a jak zabiorą to czy to się kalkuluje... Spróbuję się w przyszłym tygodniu jakoś skontaktować z VDAB oraz moim funduszem zdrowia i się wywiedzieć o prawo. No a w międzyczasie sprawdzić, czy da się to pogodzić ze stażem w tamtej drugiej świetlicy. 

Zometa

Na początku tygodnia odebrałam kolejną dawkę ulepszacza kości w kroplóweczce. Żaden tam szał, ale zanotować trzeba, że znowu pół roku minęło i że trzecia Zometa za mną. I że ciągle mnie to nie zabiło.




W szpitalu przy wejściu na oddział stoi pudełko z maskami i wielki napis, że maski obowiązkowe. Poczęstowałam się zatem i założyłam na pysk. Szanuję to, że dają maski gratis i nie musiałam latać po szpitalu, by znaleźć miejsce, w którym można takowe nabyć. Miałam co prawda jedną w plecaku, bo zwykle noszę przy sobie w razie wu, ale plecak zostawiłam w skuterze na parkingu, bo mi mózg nie działał akurat. Czyli jak zwykle. 

Nasze lekarki domowe, jak zauważyłam rejestrując nas przedwczoraj online,  też zalecają przychodzenie w maskach, ale nakazau nie ma póki co. I niech tak zostanie. Zalecenie wydaje mi się bowiem o wiele lepsze niż nakaz. Nakaz (przynajmniej we mnie) natychmiast budzi sprzeciw. Zalecenie za to daje mi do myślenia, że coś jest na rzeczy i daje mi wybór. A jak mam wybór, to staram się wybrać najlepiej i dla siebie i dla innych. 

Najstarsza. Diagnoza ADHD i kolejne przeprawy z hulpkas

W tym tygodniu Najstarsza z moją asystą rozmawiała z naszym polskim psychiatrą i otrzymała oficjalną diagnozę ADHD. Pan doktor przysłał nam ją mejlem w języku angielkim wraz z zaleceniem leku, a z tym dokumentem uderzymy do lekarki rodzinej, by wypisała tutejszą receptę. Najstarsza jest wielce podekscytowana i pełna nadziei. Ja również. Nie liczymy na żaden cud, ale z opowieści znajomych wiemy, że lek na ADHD całkiem nieźle potrafi poprawić jakość życia. Fajnie by było, jakby i w przypadku Naszej Córki też się sprawdził.

Poza tym Najstarsza w towarzystwie Młodszej Siostry była w naszym ulubionym urzędzie hulpkas, czyli kasy pomocowej. Zgdanicjcie, co powiedzieli?! Ja zgadłam. TAK! Oczywiście! Że Najstarsza przyszła za późno. BUACHACHA! Potem jednak uznali, że skoro dopiero w grudniu skończyła 21 i nie ma dyplomu szkoły średniej to jednak faktycznie nie mogła wcześniej się starać.... Jakbym tak kopła w dupę jedno z drugim to tydzień by z motylkami latali. Nie wiem, normalnych ludzi to już nie ma do pracy w urzędach? Czy po prostu tam tylko ochęchów przyjmują...?

Starania o uznanie niepełnosprawności. Kolejny krok z FOD.

Młoda za to otrzymała wreszcie zaproszenie do FODu! Sprawdzala systematycznie na ich stronie logując się z itsme na swój profil i kiedyś przybiegła zaopatrzona w chytry uśmiech i znajmiła, że stasus się zmienił. Pojawiła się tam informacja o spotkaniu z jakąś personą o imieniu nie zdradzającym płci. Parę dni później przyszedł list. Strach się bać, co tam znowu powiedzą... Do spotkania kilka tygodni, więc bedziemy czekać zniecierpliwione wielce. 

Dobra książka dla młodziezy po niderlandzku

U Młodego tym razem nic specjalnego się nie wydarzyło... A nie czekaj! JAK TO NIE!! 

Czytajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzać (tylko siedemdziesiąt osiem):

MŁODY W TYM TYGODNIU ZACZĄŁ CZYTAĆ KSIĄŻKI!!!

Najsampierw Matka przyniosła z biblioteki 2 książki i zapytała Młodego, czy ma ochotę na wspólne czytanie, na co Młody odrzekł z wielkim entuzjazmem i radością, że TAAAAK, bo on BARDZO LUBI CZYTAĆ (ale nie sam). Zaczęliśmy jedną książke tego samego dnia. Czytaliśmy po 2 rozdziały na zmiany i ten urwipołeć powtarzał co chwilę, że bardzo sie cieszy że czytamy, bo on bardzo lubi czytać (tu Matka przewraca oczami). No i się okazuje, że ROZUMIE, o czym czytamy, a to bardzo istotne...

Stara bibliotekara nie wyszła z wprawy podczas kilku lat sprzątania kibli i ciągle ma wyczucie do tego, co do książek i ich potencjalnych czytelników. Wybrałam książkę z nowości dla młodzieży tutejszego autora, którego nie znałam i można rzec TRAFIONY ZATOPIONY. A raczej zaczytany. 



Astrid Sercu: Je speelt met vuur (Igrasz z ogniem)

Wczoraj przeczytaliśmy 20 rozdziałów i Młody był zadziwniony, że tak szybko czas minął i że tyle przeczytaliśmy. Książka bardzo wciągająca. Zaczyna się od tego, że klasa nastolatków przyjeżdża z nauczycielami na obóz w lesie na jakimś zadupiu w Ardenach. Właściciel ma kłopoty finansowy. Syn nie znosi innych małolatów, ale robi wszystko, by pomóc ojcu. Dziewczyny odkrywają ukryty pokój... Ktoś podpala różne rzeczy i nastolatki o włos unikają spalenia.... 

A przed nami jeszcze większa część książki... 

Zapytałam Młodego, co by było jakbyśmy po przeczytaniu książki nie dowiedzieli się, kto jest tym podpalaczem, który co chwilę się pojawia, ale nic o nim nie wiadomo. Ten na to z przerażeniem w oczach: "Jezu, wtedy rzuciłbym tą książką o ścianę, potem bym ją zdeptał, podarł na kawałki, wyrzucił przez okno i jeszcze na to napluł". Tak że tak... żywię nadzieję, że jednak poznamy piromana.

Razem uczymy się nowych wyrazów. Młody dyskutuje z sensem niektórych słówi poddaje w wątpliwość ich znaczenie podawane przez google translate. Jednak słownicwto z literatury to nie to samo co codzienne rozmowy tudzież słownicwto obowiązujące na lekccjach. W ojczystym nie widzi się tego aż tak wyraźnie, jak w języku obcym. 

Gdy ja czytam i coś bardzo źle wymawiam, Młody mnie poprawia i muszę dotąd słowo powtarzać, aż uzyskam akceptację pana profesora Ajzajdora. Dla mnie bomba. Pan profesor orzekł jednak, że spokojnie da się zrozumieć, co czytam i że nawet nieźle wymawiam słowa. Tylko niektóre są masakryczne. Najlepsze, gdy wymawiam źle słowa, które niewłaściwie wymówione co innego oznaczają, a niderlandzkim takich od cholery i ciut ciut. Wtedy on czasem zaśmiewa się do rozpuku, szczególnie jak dołaczy do tego własną interpretację. Ubaw zatem podwójny.

Radość czytania tej książki poprawiają jeszcze imiona nastolatków. Mamy Seppe i Matsa, a to klasowi koledzy Ajzajdora z poprzedniego roku. Żeby było śmieszniej i ci z realu, i ci z książki to najlepsi kumple i takie same przypały. Jeden książkowy ma klasową dziewczynę i nawet się (a fu!) całują! Książka zalecana jest od 12 lat - stoi na okładce. Podoba nam się i książka i wspólne czytanie, bo fajnie się czyta z prawie dwunastolatkiem na zmiany.

Polecam tę książkę dorosłym uczącym się niderlandzkiego na wyższym poziomie. Ciekawa, duże litery, nie za dużo tekstu, krótkie rozdziały. Słownictwo niekonicznie łatwe, ale przeciez o to chodzi, by się uczyć i nie iść na łatwiznę.

Ale to nie wszystko w tym temacie. W tym tygodniu byli z klasą na zajęciach w bibliotece i Młody jako jedyny z klasy wypożyczył sobie książkę i połowę przeczytał w szkole. Znalazł jakąś fajną mangę! Cieszył się jak głupi. 

Tak więc jeszcze będą z niego może ludzie czytający. A nawet jak nie będą, to fajnie jest razem czytać książkę. Ufam jednak, że nie skończy się na tej jednej. No chyba, że nie dowiemy się, kim jest piroman, bo wtedy nas więcej do biblioteki nie wpuszczą raczej...

Świński świat i walka z pasożytami

Wczoraj po powrocie ze szkoły sprzątając w pośpiechu w świńskim wybiegu, zauważyłam, że łysa świnia  już nie jest łysą świnią! Dziś tę samą obserwację poczyniła Młoda podczas porannej rozmowy ze świniami (tak, normalni inaczej rozmawiają ze swoimi zwierzętami regularnie). Dupsko jej ponownie obrosło we futro. 
Czyżby leczenie w końcu przyniosło jakieś efekty...? Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca ani cieszyć się na wyrost, ale od jakiegoś czasu obserwuję, że świnia Lady się nie drapie wściekle ani nie piszczy podczas drapania. Drapanie samo w sobie o tej porze roku nie jest niczym dziwnym, wszak pora zmienić ubranie na letnie... (nie wiem, po co im zimowe futro, gdy mieszkają w domu, ale to nie mój interes). 
Świnie otrzymały 4 dawki ivemektyny: jedna kropelka na kark co około 7-10 dni 

Sprzątanie u tych cudaków czasem dostarcza zabawy. To okropne dranie są. Wszystko muszą obejrzeć zębami. 

Worek z suszoną słomą konopną ? Spróbujmy zeżreć. 

Roślina w doniczce? Mmmm pychota. Dobrze, że człowiek czasem stawia dla nas doniczkę na podłodze.
To rośliny specjalne dla zwierząt: zielistka i smużyna.U nas dostępne w sklepach zoologicznych. Na zdjęciu jeszcze łyse świńskie dupki.


Ooo, worek z sianem. Pachnie dobrze. Wygryźmy w tym dziurę! 

Gdy człowiek zaczyna sprzątanie, świnie wychodzą na spacer i eksplorację pokoju…


….ale co jakiś czas przychodzą na kontrolę. Czasem wchodzą do środka i plątają się człowiekowi pod rękami i nogami. Innym razem tylko patrzą z zewnątrz, czy już wszystko gotowe, czy jeszcze muszą czekać… 

Lady i Migotka:
- Czy już?
- Nie, jeszcze nie
.

Migotka:

Alergia na trociny


Gdy wróciliśmy na kilka dni do zwykłych trocin jako ściółki, potwierdziło się niestety, że Małżonek właśnie na to ma koszmarną alergię. Biedak męczył się wcześniej kilka miesięcy. Kichał bezustannie, smarkał, nie mógł oddychać ani spać, dusił się w nocy…. A wszystkiemu winne głupie trociny! 
Oczywiście nie skojarzyliśmy przyczyny ze skutkiem. Małżonek się męczył, biadolił, pytał lekarki o poradę, testował jakieś krople i inny badziew, a wystarczyło zmienić ściółkę…
No okej, lekko brzmi, ale ciężko kosztuje! Konopne trociny faktycznie są idealne: nie kurzy się z nich wcale, co i ja odczuwam zarówno nosem jak w sprzątaniu, mięciutkie są dla świnkowych stópek, ładnie pachną (no, tu kwestia marki - na ostre i śmierdzące też raz trafiliśmy). Szkopuł w tym, że to raczej droga ściółka jest. Gdyby chcieć częściej niż raz na tydzień sprzątać, to i kilkaset euro euro miesięcznie by trzeba liczyć. Tylko za konopie, plus siano i karma. Na szczęście raz na tydzień wystarcza sprzątać ten duży wybieg.
Świnki to kosztowni przyjaciele i w ostatnim czasie coraz mniej nas na nie stać, ale żywimy nadzieję, że jeszcze nadejdą lepsze czasy i dla świnek i dla nas wszystkich…

Prezent dla papug

Młoda mnie rozbawiła… Wstawszy rano oznajmiła, że idzie zaraz do wierzby po parę gałęzi dla świnek i papug. Chwilę później słyszę harmider w werandzie. Dalej słyszę jak ten hałas, stukot i harmider przeciska się przez drzwi kuchenne i jedzie do salonu. Wtedy moim oczom ukazuje się uchachana Młoda ciągnąca dwie około trzymetrowe GAŁĄZKI wierzbowe.

- A bo piłą ucięłam… - mówi - Tylko nie wiem, jak to do swojego pokoju zaciągnę po schodach…

Jedną gałąź połamałam na kawałki i podarowałam świniom. Drugą pomogłam jej zatargać do pokoju i ułożyć pod sufitem na dwóch szafach. - No, teraz będą i tutaj srać, żeby Człowiek musiał jeszcze więcej sprzątać - stwierdziła ze śmiechem refleksyjnie Młoda. 


9 grudnia 2023

Chyba jednak zostanę projektantem mody ;-)

W niedzielę nawiedzili nas znajomi z pieskiem Abigail

Małym Epickim Pieskiem, z którego wizyty bardzo się Młody radował. Piesek tym razem czuł się bardzo pewnie i na dzień dobry sprawdził, czy dom nadaje się na wizytę obiegając wszystkie kąty, po czym merdanien ogonem oznajmił człowiekom, że jest wporzo. Pogawędziliśmy trochę (z Człowiekami, pieska tylko pogłaskaliśmy), co całkiem dobrze zadziałało na nasze samopoczucie. 



Na poniedziałek 

Małżonek wziął wolne i razem pojechaliśmy z Najstarszą do urzędu HVW (hulpkas) w Leuven. Wszystko po to, by się dowiedzieć, że nic nie załatwimy, bo JEST ZA WCZEŚNIE! Nie, że rano, tylko, że ten zasiłek, o który dla Najstarszej się staramy należy się od 21 roku życia, a Najstarsza dwudzieste pierwsze urodziny dopiero pod koniec roku ma. Najlepsze jest jednak, że ja po przeczytaniu kawałka belgijskiego internetu tak to właśnie zrozumiałam i tak myślałam, dopóki nie pojechałyśmy do urzędu w Aalst, gdzie pan w okienku nam powiedział, że jesteśmy "O WIELE ZA PÓŹNO, a urząd bardzo jest czuły na terminy, w związku z czym może Najstarsza nie otrzymać tego zasiłku..." i jakieś debilne usprawiedliwienia musiałyśmy podawać i on to zapisał w naszych dokumentach... po to, by pan w Leuven to podarł i wyrzucił do kosza... Pff.

Znowu to samo: to ja prosty człowiek, obcokrajowiec, do tego zagoniony mam wszystko wiedzieć najlepiej, na wszystkim się znać, z wszystkich terminów się wywiązywać i wszystkich przepisów przestrzegać (nawet tych, o których nigdy nie słyszałam), sama se mam wszystko znaleźć, zrozumieć, podczas gdy ci, którzy zawodowo poszczególnymi dziedzinami się zajmują i którzy powinni nam prostaczkom pomagać, mogą sobie systematycznie lecieć w chujki na małe bramki i non stop wprowadzać nas zwykłych ludzi w błąd bez żadnych ale to żadnych konsekwencji. Szlag może trafić! Co jest z tymi ludźmi i z tymi urzędami nie tak? Pff! 

Leuven


Dawno nie chorowaliśmy

Małżonek nie czuł się najlepiej już od weekendu, ale z pierwa kładliśmy to na karb zmęczenia. We wtorek się jednak okazało, że jest gorzej niż się mu rankiem zdawało, kiedy to postanowił pojechać do pracy mimo kiepskiego samopoczucia, bo "może się rozchodzi..." Przed południem już jednak był z powrotem w domu i od razu poszedł w kojo... Lekarka stwierdziła jakąś wirusową infekcję, jakich ci w ostatnim czasie wszędy do wyboru i do koloru. 

Ja kitowo zaczęłam się czuć w środę. Znaczy tego dnia w sumie to nic nie wskazywało jeszcze na chorobę. Czułam się tylko nieludzko zmęczona i senna. Znaczy bardziej niż zwykle, czyli bardzo. Dziatwa testowała nowe zabawki w świetlicy, które Sinterklaas (Mikołaj) przyniósł, a ja próbowałam z całych sił wykazywać zainteresowanie ich odkryciami, podzielać ich radość i entuzjazm, ale, powiem wam szczerze, słabo mi szło. Marzyłam tylko o tym, by pójść do domu i położyć się spać. Nie mogłam nijak rozgonić tej mgły, która ogarniała mój mózg. Nie wiedziałam też, skąd znowu taka ogromna (większa niż zwykle) senność i zmęczenie, bo nic przecież specjalnego się nie wydarzyło... Odpowiedź pojawiła sie dopiero w nocy...

Wcześniej po skończeniu dyżuru pojechałam jeszcze do biblioteki pochwalić się moim kursem i projektem, czyli zapytać, czy nie wysłali by kogoś do świetlicy, kto by dzieciom książkę przeczytał w ramach współpracy, bym mogła mój projekt "współpraca" odfajkować. Tak w uproszczeniu mówiąc. Drugim pytaniem była kwestia możliwości wypożyczania książek dla świetlicy i wymieniania ich co jakiś czas. 

Okazało się, że pani dyżurująca przy ladzie, którą zagaiłam, pamiętała iż kiedyś (jeżu, kiedy to było!!!) w ramach wolontariatu oprawiałam im książki... Mniejsza jednak o to. Albo i nie...

Pani odrzekła, że z tym pierwszym to raczej bedzie problem, bo raczej nie wysyłają ludzi ot tak do czytania na czyjeś życzenie i że parę dni temu jakiś inny kursant (nie podała z jakiej szkoły) o to samo pytał i że nic z tego nie wyszło. Odrzekłam, że nie ma problemu (pomyślałam, że trochę kicha, bo teraz muszę coś innego wymyśleć). Z wypożyczaniem pakietów książek dla świetlicy nie ma jednak problemu. Tak czy owak pani zaleciła wysłanie mejla z oficjalnym zapytaniem do głównej bibliotekarki. Podziękowałam i poszłam poszukac sobie jakichs książeczek na temat różnic, tolerancji itd by w nich szukać inspiracji do potencjalnych zajęć z fotoksiążką rodzinną. Gdy podeszłam ponownie do lady z książeczkami, pani oznajmiła, że przedyskutowały w międzyczasie sprawę z koleżanką i myślą, że może jednak by się znalazł jakiś wolontariusz, który by przyszedł mi te książke poczytać.... Nie gwarantują mi tego, bo ona nie wie, czy ktoś będzie chętny i czy szefowa się z nimi zgodzi...  Ponowiła zalecenie co do napisania mejla. 

Napisałam e-mail i dostałam w odpowiedzi, że podają kontakt do mnie wolonatriuszom i że mam czekać, aż ktoś do mnie zadzwoni lub napisze i mamy się umówić co do szczegółów... Czekam zatem. Póki co nic się nie zdarzyło w tej kwestii, ale mam jeszcze trochę czasu... Ale zastanawiam się, czy ta nagła zmiana zdania ma coś wspólnego z moim wolontariatem w rzeczonej bibliotece... Nie, żeby mi to spędzało sen z powiek, ...ale tak sobie myślę, że być może dobrze było być czasem dobrym człowiekiem i dać się ludziom poznać od tej lepszej strony. W ogóle poznać.

Po weekendzie muszę pogadać z mentorką nt książek dla świetlicy, bo może jakby mieli już te ładne bajeczki dla dzieci,  zaczęli by czytać łaskawie dzieciom w świetlicy. Albo choć czasem poglądać z dziećmi jakąś książeczkę. A może by starszaki jakiś komiks czasem przejrzeli czy jakąś popularnonaukową książeczkę... Kto wie. 

Póki co to jeśli dobrze interpretuję, co widzę i słyszę, to oni tam w świetlicy MAJĄ po prostu kącik czytelniczy. Kropka. W sensie jest specjalne miejsce, a nawet dwa, a w jednym to nawet jakieś książki są: taka skrzynia długa na podłodze, w której leży sterta książek. Jakby widłami je ładowano. Nawet mnie to nie zachęciło do podejścia. W domku w drugiej sali znalazłam przy sprzątaniu dwie zmaltretowane i wybebeszone książki z serii disney wciśniete w kąt, bo "dzieci rzucają książkami, targają, nie umieją się obchodzić...". 

Mam podejrzenie, że niektórzy nie jarzą za bardzo, jak działa książka i że to nie zupełnie to samo co np takie klocki czy piłka, że małe dziecko nie bardzo samo da rady się tym bawić i że w sumie to nawet nie powinno, bo książka wymaga obecności i udziału dorosłego... Zarówno mentorka jak i koleżanki miały obiekcje co do wypozyczania książek z biblioteki, bo "dzieci je zniszczą", bo "jak im dawali książki to one nimi rzucały, kopały, rozrywały...". Nosz jasna ciasna! Idąc za tym tokiem rozumowania to do biblioteki też nie powinno się dzieci wpuszczać ani książek wypożyczać do domów, w których są jakieś dzieci. Czy ja to jestem z jakiejś innej planety...?! Czasem mam takie wrażenie. W sumie ostatnio to nawet dosyć często. szczególnie tam.

Dla mnie sprawa jest prosta: półka czy nawet ta durna skrzynia z książkami na widoku, ale dostęp tylko za zgodą i pod nadzorem opiekuna.  Gdy duże dziecko chce czytać, przychodzi, pyta, zabiera książkę i siada gdzieś do czytania, a potem oddaje książkę opiekunowi. Gdy małe dziecko chce książkę, przychodzi, pyta i opiekun idzie czytać jednemu lub kilku maluchom, gdy ma czas lub w innym momencie. Albo dużych wysyła do czytania lub nadzorowania pierdzioszków. Wielka mi fizjologia! Zasadniczo to ja bym jednak oczekiwała od opiekunów dzieci, że to oni wychodzić będą z książką do dzieci, że będą czytać dzieciom, że będą do czytania zachęcać i uczyć dzieci szanować książkę i z nia sie obchodzić, a nie że będą dzieciom książki dawać do zabawy i oczekiwać, że ona same z siebie zaczną czytać nawet liter nie znając. 😳🙎

Jestem zawiedziona tą świetlicą, 

którą sobie wybrałam na miejsce stażu. Jakby jednak ktoś chciał zobaczyć  jak świetlica NIE powinna funkcjonować, to polecam. Na każdym kroku coś mnie drażni w podejściu. Gdyby nie fakt, że to co na lekcjach słyszę w 200% pokrywa się w moimi poglądami, z moim podejściem i moją wizją, gotowam pomyśleć, że coś ze mną jest nie ten teges... Ale wiecie, co jest najgorsze? To, że im dłużej tam jestem, tym większą mam chęć, by tam właśnie kiedyś po skończeniu kursu pójść pracować i ZAPROWADZIĆ TAM KURDE PORZĄDEK! 😈😜😎

Najspampierw jednak to trzeba ten kurs skończyć, a droga jeszcze daleeeeeka.

Fotoksiążkę rodzinną prawie ogarnęłam. Najpierw wzięłam kilka czarnych grubych kartek i przykleiłam na nich drzewa z kolorowego papieru - jedno drzewo na jedną rodzinę, a na drzewach przykleiłam portreciki dzieci, rodzeństwa i rodziców. Na innych kartkach przykleiłam inne zdjęcia rodzin. Na jeszcze innych zrobiłam na tablecie serduszka wypełnione obrazkami przedstawiającymi zainteresowania i ulubione zajęcia dzieci, o których wiem od rodziców... Wszystkie kartki przepuściłam przez laminator i zrobiłam w nich dziurki dziurkaczem. Okładkę zrobiłam z grubej tektury i obkleiłam kolorowym filcem. Fajnie, że dzisiaj człowiek może mieć te wszystkie najróżniejsze gadżety i akcesoria w domu i że tyle pięknych fantastycznych materiałów artystycznych można kupić za parę centów i się bawić na całego... A nie jak dawniej, że trzeba było papierki po cukierkach zbierać albo "złotka" po czekoladzie, by coś ładnego zrobić... 

Nie mam jeszcze sensownego pomysłu na zajęcia dla dzieci z użyciem tej książki, czyli na temat podobieństw i różnic pomiedzy dziećmi i rodzinami, ale coś sie tam może jeszczde wykluje...

W tym tygodniu zabrałam ze świetlicy jedną lalkę do domu i namówiłam Najstarszą na współną zabawę w kreatora lalkowej mody. No bo oni tam mają coś ze 6 lalek-bobasów, ale żadnych ubrań dla nich. No dobra jest dwa kombinezoniki, które zdecydowanie lepsze czasy pamiętają i jeden pampers oraz jedna kołderka i brudna poduszka. Postanowiłam coś z tym zrobić, bo mnie wkurzyło, jak dziewczynka poprosiła mnie o ubranie lalki w za mały kombinezonik i nie potrafiłam temu sprostać. Nie udało mi się też zapiąć pampersa, bo brakowało ze 2 cm od rzepa do rzepa. Poza tym nie wiem jak wy, ale ja bym się tam gołymi lalkami bawić nie chciała. Najstarsza ma w swoim pokoju całą skrzynię najróżniejszych ścinków materiałów. Było nie było chodziła dobrych kilka lat do klasy mody. Znalazłam w necie parę darmowych szablonów na ubranka dla lalek typu bobas i urządziłyśmy z Najstarszą burzę mózgów nad skrzynią z materiałami. Pomysłów obie mamy na kopy, ale czasu i sił już trochę mniej. Niemniej jednak parę ciuszków już mamy. Ona szyje jak profesjonalistka: wybiera, co będzie szyć, wycina szablony, wybiera materiały z rozmysłem, wycina, szyje dokładnie, perfekcyjnie. Ja natomiast preferuję spontan i styl na łapu-capu. Przecież to kurde tylko lalka - łaszki nie muszą być wygodne. Biorę różne ścinki materiału do ręki i myślę, czy by coś z tego prostego nie stworzył. Olewam szablony. Wezmę jakiś kawałek, coś wytnę, coś rozetnę, tu złożę, tam zwinę, tu zeszyję, tam podszyję i zobaczę, co z tego wyjdzie. I tak metodą na głupa zrobiłam kubraczek, portki, papucie i kapelutek. Krawcowa ze mnie jak z koziej dupy trąba - nie umiem szyć, nigdy nie udaj emi się niczego zeszyć prosto, działam nerwowo w pośpiechu, nie mam cierpliwości jak Najstarsza, robię na odpierdol, ale efekt wcale nie jest najgorszy. Jak na garderobę dla głupiej laklki. I to nie naszej. No i zabawa przy tym wyśmienita. Bardzo mnie to zajęcie zrelaksowało. Pół dnia bawiłam się maszyną do szycia w jeden z chorych dni. Nic innego wtedy nie byłam w stanie robić. O nauce nie było mowy, bo mózg mi nie działał i byłam zbyt zmęczona. Żadne sprzątanie czy inne takie też nie wchodziły w grę, bo ledwiem stała na nogach. Natomiast siedzenie za biurkiem przed maszyną i zajmowanie się pierdołami było wykonalne, więc korzystałam z okazji. 

kubraczek, portki, papucie i kapelutek 


Po co to robię? - zapytacie pewnie. A tak, dla własnej satysfakcji i, mam nadzieję, ku radości dzieci. Nic mnie to wiele przecież nie kosztuje, mamy możliwości, potrzebne materiały, skille i fantazję. I ponieważ lubię czasem zrobić coś miłego i dobrego dla innych.

W nocy z wtorku na środę, jako się rzekło, objawiła się przyczyna mojego zmęczenia... Rano mierzyła 38 i pięć kresek i znowu mną dygotało i nie mogłam się ruszać, takie mi było zimno nieludzkie. Napisałam do szkoły, że nie będzie im dane tego tygodnia mojego szlachetnego oblicza oglądać i zadzwoniłam do doktora... Przed południem na dół zeszła Młoda, by pochwalić się swoimi objawami. I tak sobie chorowaliśmy rodzinnie cały dzień. Ze szkoły wieczorem przyleciał mejl zaczynający się do słów: "do wszystkich chorych" z czego należy zapewne wnioskować, że nie jestem jedyną osobą, która sobie wolne zafundowała. W mejlu stało, że mamy materiał z lekcji na naszej szkolnej platformie i zadania do zrobienia online, które obecni zapewne w klasie robili. Zrobiłam je dziś. 

W piątek Małżonek poszedł już do roboty, bo tylko do czwartku miał wolne. A ja sobie nadal chorowałam. Te dwa dni czułam się dość ciulowo: słabizna, zimnica, ból głowy, mięśni, gardła, kaszel, zapchany nos... po prostu pełny zestaw, jak orzekła doktorka. 

świateczne dekoracje mijane po drodze


Co za fatum jakieś! 

Mieliśmy dziś iść do restauracji świętować urodziny, ale dupa. Młoda, która od jakiegoś czasu jest wegetarianką, nawet już uroczyście oświadczyła, że na urodziny daje sobie dyspensę, bo zamierza zgodnie z tradycją opędzlować żeberka. No ale po pierwsze na zdechalaka to nie ma co iść do knajpy, bo przecie kubki smakowe nie działają. No a po drugie to jakby nie mamy piniondzów... Ale pójdziemy. Jeszcze nie wiem kiedy, może za tydzień, może po Nowym Roku, ale to do cholery nasza tradycja. Zawsze na Młodej urodziny chodziliśmy do tej samej restauracji na to samo jedzenie. Potem pandemia wszystko popientroliła, a potem był rak... 

Moje urodziny też się nie odbyły w tym roku z powodu choroby (a w poprzednim przez głupich Januszów). W ogóle choroby wszystkie święta rodzinne nam sabotują ostatnio.

Młoda za zalecenim mojej kołczki, które jej przekazałam, upisała list do JAC, instytucji udzielającej wszelakiego wsparcia zarówno fizycznego jak i mentalnego młodym do 25 roku życia. Odpowiedzieli jej i pytają, czy może pofatygować się do jednej z najbliższych siedzib. Na spotkanie trzeba poczekać kilka tygodni, ale może ktoś jej wreszcie pomoże w taki czy innyc sposób albo załatwić jakiś zasiłek albo jakąś kurde pracę. W FOD dokumenty chyba zaginęły w akcji. Dawno dawno temu poinformowano ją pisemnie, że dokumentację gdzieś tam komuś przekazano, a potem słuch o niej zaginął... Dla przypomnienia powiem, że chodziło o uznanie niepełnosprawności i w dalszej konsekwencji przyznanie Młodej zasiłku. No ale póki co nawet jeszcze do lekarza orzecznika ją nie wezwano ani w ogóle nic. 

Czasem mam wrażenie jakbysmy się przez nieprzebytą dżunglę próbowali przedzierać ze scyzorykiem w ręku i bez mapy. A prowiant się kończył... 

Na prawdę jestem już tym wszystkim zmęczona. 

Wszyscy jesteśmy. 

Tyle dobrze, że ja ciągle dysponuję moim niekończącym się optymizmem i wciąż sporo radosnej energii i entuzjazmu posiadam. Nawet jak one czasem słabną i przygasają albo sie gubią na chwilę, to ja je ciągle gdzieś tam mam i one trzymają trochę najgorsze potwory na dystans.  Reszta z Piątki ma trudniej. Im trzeba często jasniejsze strony strony wskazywać albo samemu je stwarzać i to jest chyba w sumie moje główne zadanie w tej rodzinie - nieść pochodnię i pilnować by światło nie zgasło oraz przekonywać innych, że to światełko w tunelu to droga do wyjścia a nie rozpędzony pociąg...

I siebie samą też muszę pilnować, by nie pozwolić się nikomu ściągnąć na dno, bo jak moja pochodnia zgaśnie, to może nie być nikogo, kto by ją zapalił... 

A parę razy było już blisko...

Teraz jest szczególnie trudno, bo wszystko po kolei się knoci, a najgorzej jak zdrowie siada. O, jak teraz... Taka prosta sprawa, jak te urodziny i ja prawie dałam ciała. Mieliśmy iść do restauracji i to sobie zapisałm w głowie jako załatwione i nie myślałam o tym wcale. Tyle tego wszystkiego jest na głowie i ten czas tak szybko ucieka, że ja prawie o urodzinach mojego dziecka na śmierć zapomniałam. Nic, kompletnie nic nie przyszykowałam. Kupiłam prezent dawno podczas black friday, ale niezapakowany leżał w schowanku na prezenty całkiem zapomniany. Nagle w tej chorobie na kanapie leżąc zdechła sobie uświadomiłam, że to już. A tu nie ma ani tortu, ani dekoracji, ani prezentu, ani kwiatów, a ja nie mam nawet grama siły, by cokolwiek w tej kwestii zmienić. Nie miałam nawet siły, by się na siebie wnerwić. Było mi wszystko jedno. Powiedziałam tylko "wszystkiego najlepszego z okazji urodzin". Dopiero na następny dzień, jak mi się poprawiło, poczułam się gównianie, bo zawiodłam, bo Dziecku na pewno było przykro, że nikt nie pamiętał o urodzinach. Nic nie przyszykował. A To Dziecko ZAWSZE PAMIĘTA o urodzinach wszystkich. Jest jedyną osobą, która nigdy nie zapomina o moich urodzinach. Byłam złą matką tego dnia! Bardzo złą! Ale naprawiam to, jak mogę. Zapakowałam prezent, robię skromny tort z tego, co jest w domu, jutro pójdę po kwiaty do sklepu, nawet jak bedzie lało jak z cebra i wyrychtuję jakieś znośne dekoracje. Będziemy świętować kilka dni później. Lepiej późno niż wcale. Nie wolno zapominać o takich rzeczach. To tylko z pozoru są drobiazgi, ale to takie drobiazgi właśnie oświetlają nasze życie i dodają nam otuchy.