Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty

28 października 2023

Duch Michaela Jacksona, śmierdzące zabawy i świńskie kąpiele

Life is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. 

Zmęczenie nie daje za wygraną i jak tak dalej pójdzie, będę musieć zaklepać w matę i poddać tę rundę

Patrzcie, jaki ten los jest złośliwy! 

Franca niemiła zawsze tak robi. ZAWSZE! Tylko czeka, bym znalazła coś fajnego i zaczęła  się w to angażować, a wtedy od razu jeb z buta w twarz. Bo proste życie jest dla prostych ludzi, wiadomka. Natomiast ludzie tacy jak my, czyli skromnie mówiąc mądrzy, inteligentni, odważni, silni, epiccy, zajebiści i tak dalej i tak dalej otrzymują życie w wersji PRO i zawsze grają na levelu hard (bo prosty by ich bez wątpienia szybko znudził).

Przeto oczywistym się jawi, że skoro zaczęło mi się podobać i w szkole, i na stażu, i ogólnie, to muszę zostać przeczołgana profilaktycznie po najgoszym gównie. 

Ale spokojnie, 

dopóki nie nie jest tak żle, by gorzej być nie mogło, 

to jest dobrze. 

Jeśli natomiast już gorzej być nie może, 

to wtedy może być już tylko lepiej. 

I tego się trzymajmy.

Jak było w tym tygodniu? Jak zwykle: dużo i prędko.

W niedzielę miałam zły dzień. Wszystko mnie wnerwiało ot tak po prostu. Poszłam zatem w końcu na rower. Pogoda była piękna i fotogeniczna. Kręciłam po okolicy, robiłam zdjęcia i niefrasobliwie kątem oka obserwowałam czarną chmurę w oddali. W końcu ta chmura pojawiła się nade mną i wylało się z niej od całe morze wody. Schowałam się pod drzewem na skraju lasu, ale w końcu i ono zaczęło przeciekać. Stamtąd było raptem 2 km do chałupy, ale przemokłam do suchej nitki. 
Przejażdżkę mimo to uważam za udaną. Zgubiłam sporo złej energii, a jakie widoki były do napawania się…  Chowając się przed chmurą, zauważyłam rzadkie grzyby gwiazdosze.


pole fioletowej brukselki




gwiazdosz



Boba bardzo się bała...
Cały tydzień czułam zmęczenie i chodziłam spać o 20-tej po to by o szóstej wstawać zmęczoną 😫. Od poniedziałku do piątku zgodnie z zaleceniem lekarki faszerowałam się trzy razy na dzień nurofenem 600g. Nie powiem, żeby to cokolwiek zmieniło w moim życiu, no, może poza tym, że nie czułam, iż jestem chora haha... ale o tym później.

Świnie w kąpieli

W poniedziałek zabrałyśmy z Młodą ponownie naszą Lady Świnię do lekarki, bo nadal jej futro kupami wypada i drapie się piszcząc. Wetka stwierdziła, że faktycznie jakaś upierdliwa wersja świeżbu, skoro po kropelce nie przeszło. Sprawdziła jeszcze pod mikroskopem, czy to nie grzyb, ale nie zobaczyła żadnych grzybów. Dała szampon i kazała ją i świńskie koleżanki wykąpać trzy razy co trzy dni. 




Migotka w kapunu

Zapytałam ją co robić z Love, bo guzek nie zniknął ani rana się nie zagoiła. Po wymianie zdań powiedziała, że ona na naszym miejscu nie zdecydowała by się na operację świnki w tym wieku. Love ma 4 lata, co jest już dosyć poważnym wiekiem świnkowym, a narkoza i operacje to ogromne obciążenie dla świnki morskiej. Poza tym, dodała, ma podejrzenia, że to rakowe, a wtedy operacja nic nie da, a tylko pogorszy. No i kosztuje wiele. Zgodziła się ze mnę, że dobrym pomysłem jest pozwolić jej po prostu spokojnie żyć, dopóki wszystko wskazywać będzie, że w miarę dobrze się czuje. Love je, gania po klatce wesoło i ogólnie nic z wierzchu nie wskazuje, by jej coś było. Schudła tylko pare gram. Kąpiemy ją też, bo szampon działa dezynfekująco. 

Świnki nie lubią kąpania. Boba bardzo się bała. Aż się z Młodą wystraszyłyśmy, że ją zabiłyśmy, bo wyglądała przez chwilę jak martwa i miała wytrzeszczone oczy. To była chwila grozy i dla niej, i dla nas. Drugim razem już nie była taka przerażona. 


W poniedziałek o 19.00 dołączyłam do lekcji niderlandzkiego, ale po godzinie się okazało, że mózg mi nie działa, więc znowu się rozłączyłam i poszłam spać.

Któregos dnia postanowiłam, że umówię Najstarszej wizytę w Kasie Pomocowej i pojedziemy, by załatwić wreszcie sprawę zasiłku dla szukających pracy po skończenu edukacji, bo dostała dokumenty z biura pracy z informacją, że już może się starać o zasiłek.

Niestety, w dzisiejszych czasach załatwienie czegokolwiek w jakimkolwiek urzędzie to droga przez mękę. Kurwicy się można nabawić. Do pandemii jeszcze wszystko było fajnie i w miarę normalnie. Można było wbić z ulicy do urzędu i zapytać o to czy tamto, a od korony z każdym miesiącem mniej i  mniej urzędów jest dostępnych. Już chyba żaden lekarz nie ma zwyczajnych godzin otwarcia tylko wszystko na umówienie, banki i bankomaty już prawie wszystkie w okolicy pozamykali, każdy inny urząd pracuje coraz więcej przez internet, a na umówione spotkanie w realu zapieprzać trzeba do głównych biur za siedmią górę, za siódmą rzekę. 

Ja nie mam nic przeciw załatwianiu wszystkiego bez wychodzenia z domu i bardzo by mnie cieszyło to szybkie przechodzenie do nowej komputerowej rzeczywistości, gdyby tylko ludzie i urzędy były na to gotowe. Ale nie są!

Ludzie, szczególnie z mojego pokolenia i starszego (ale i wielu młodszych) w dużej mierze bronili się rękoma i nogoma przed technologią, komputerami i internetem, bo myśleli, że im to nie potrzebne, że automatyzacja i robotyzacja nie zdarzy się za ich życia. I teraz budzą się wszyscy z ręką w nocniku i płaczą, bo nie jesteśmy gotowi na nową erę, a zmusza się nas do ekspresowego w nią wkroczenia, czy nam się to podoba, czy nie. Nikogo też nie obchodzi, czy jesteśmy technologicznie i mentalnie na ten milowy krok przygotowani. Nie jesteśmy. 

No i nerwa bierze, gdy trafia człek na miejsca czy ludzi, którzy chcą lub muszą być nowocześni, ale nie bardzo potrafią.

Wbijam na stronę urzędu. Na stronie widnieje "czatuj z nami" no to klikam w to. I co się okazuje? Ano, że to pieprzony bot.... I to stary, przeterminowany bot. Na czacie prowadzonym przez sztuczną inteligencję, to jeszcze się idzie jakoś dogadać. Czasem nawet lepiej niż z pracownikiem, bo bot ma zawsze czas i jest miły No ale panie, to gówno miało po prostu kilkanaście gotowych pytań i odpowiedzi. Bazowe info to ja se już dawno temu przeczytałam. Ja wiem nawet jakich dokumentów z grubsza potrzebuję, a tylko się chciałam umówić na cholerną wizytę z jakimś ludzkim pracownikiem. 

Bot mnie odesłał do formularza umawiania wizyt. Świetnie. W normalnych miejscach to działa całkiem nieźle. Ja nawet wolę umawiać się z formularza niz gadać z jakimś ludziem, no ale panie, to głupie mi kazało podać kod pocztowy, a w wtedy wyświetla mi się biuro 60 km od naszego domu w mieście, do którego od nas nie ma nawet połączenia autobusowego czy pociągowego. 

Po co mam jechać 60 km jak do najbliższego biura mam nie całe 20 km. Tyle, że to drugie jest w innej prowincji i system tego nie rozumie, bo jakiś Jos wczoraj od pługa oderwany go programował. Ale co mnie to gówno obchodzi. Ocyganiłam system podając inny kod pocztowy i umówiam Najstarszą na spotkanie. Jak mi w biurze powiedzą, że nie mogą mnie obsłużyć, bo jestem z innej prowincji, to obawiam się, że może dojść do rękoczynów. 

Mniejsza jednak o to. Dość że zmarnowałam na to pół dnia i 7 kilo nerwów.

We wtorek rano i po południu byłam na stażu przez 4 godzinki.  

W środę byłam 6 godzin na świetlicy, gdzie w ramach przygotowań do ferii jesiennych narysowałam 30 pajęczyn na kartkach formatu A3 oraz uplotłam 2 wielkie pajęczyny z włóczki na drzwi. Gdy rysowałam, dzieci przychodziły popatrzeć i się pozachwycać, no i oczywiście każde też chciało rysować pajęczynę na swojej kartce. Pokazywałam zatem każdemu, jak się rysuje epickie, ale łatwe pajęczyny, pająki oraz nietoperze. Niektórym wyszły naprawdę ładnie. Koleżanki zawiesiły zatem prace dzieci na ścianie i się cieszyły, że zajęcia kreatywne na ten dzień przy okazji zaliczyły. Świetnie się bawiłam, ale wieczorem byłam bardzo zmęczona i zaraz po powrocie poszłam w kojo. 

pajęczyna z włóczki (pająk nie jest mój)

W czwartek byłam cały dzień w szkole. Dużo nudnych DLA MNIE informacji. Często uczą nas rzeczy, które dla mnnie są tak logiczne i oczywiste, jak to że po nocy jest dzień, więc dla mnie to czas zmarnowany. Wiele koleżanek jednak uważa, że to wszystko jest bardzo trudne i że za dużo informacji nauczyciele podają na raz. Dla mnie natomiast  najlepiej  by było, jakby mi po prostu wysłali te swoje prezentacje i ja bym sobie to w domu poczytała, a nie że ja cały dzień marnuje na słuchanie o tym, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. 

Przebywanie w szkole ma oczywiscie też pozytywne strony, ale w tym momencie jest dla mnie piekielnie meczące. 

W czwartkowy poranek było nawet zwyczajnie, bo dziesięciokilometrowa przejażdżka mnie zawsze orzeźwia, ale koło południa zaczęło się zmęczenie rozgaszczać w moim ciele. Przerwa mnie trochę obudziła, gdy zjadłam swoje kanapki, owoce i popiłam czekoladowym niemlekiem sojowym oraz pogawędziłam z klasową koleżanką. 

Dziewczyna jest w wieku moich córek i ja widzę w niej siebie sprzed lat, co oczywiście jej powiedziałam dzieląc się przy tym swoimi doświadczeniami z zaczynania pracy w wieku 19 lat jako nieśmiała, nie znająca życia i nieumiejąca niczego, zagubiona dziewczynka. Myślę, że ta rozmowa wiele jej dała, bo wiem, że umiem słuchać i potrafię swoim gadaniem dodawać ludziom otuchy, pewności siebie i motywować. To jeden z fajniejszych moich wrodzonych talentów. Wielce go sobie cenię i z radością używam na ludziach w każdym wieku. Jakiś czas temu, gdy po wielu latach udało mi się wstać w końcu z klęczek i podnieść głowę, nauczyłam się też o tym głośno z dumą mówić. Dzięki Młodemu mówię już też odważnie, że jestem mądra, bo takie są fakty i nie ma po co tego ukrywać.

Z fajniejszych rzeczy tego dnia były dwie zabawy. Najpierw bawiliśmy się w telefon, tyle że przekazać od ucha do ucha trzeba było całą długą opowieść a nie jedno słowo czy zdanie. Zabawa przednia.

Drugim zadaniem było spowodowanie bez używania mowy, że na 10 sekund wstanie jednocześnie 4 osoby, a gdy oni usiądą, wstanie kolejne cztery. Tu z zachwytem patrzyłam, jak moja polska koleżanka bez chwili zastanowienia gestami w mig pokazała kto wstaje pierwszy, a kto potem i dalej prowadziła gestami klasę przez zabawę. Od pierwszych dni widzę, że ona posiada talenty, których ja nie mam i mieć nie będę.  To urodzony przywódca po prostu. Można rzec, że w mig stała się samozwańczym przewodniczącym naszej klasy i jest w tym naprawdę dobra. Założyła grupę na whatsappie, dziewczyny rano do niej piszą lub dzwonią, gdy nie mogą przyjść do szkoły albo gdy się im autobus spóźni, a ona informuje nauczycieli. Troszczy się też o materiały z lekcji dla nieobecnych. Patrzę na to z podziwem i szacunkiem. Jest niesamowita. Najfajniejsze jest jednak świadomość tego, że każdy ma inne talenty i umiejętności. 

Najbliższa mi jeśli idzie o charakter, pomysły, podejście do życia, doświadczenie i gadatliwość jest Marokanko-Holenderka wychowana w Amsterdamie, matka 4 dzieci. Dzięki niej i kilku innym wariatkom zaśmiewamy się czasem na lekcji do łez. Jednak z koleżanek jest Czeczenką, która kilka lat mieszkała w Polsce i trochę mówi po naszemu. Fajnie jest słyszeć jak jakaś dzidewczyna w hidżabie pochodząca z zupełnie innego kraju i mówiąca w domu w innym języku, gada do ciebie po polsku. Lubię to! Nieustannie od 10 lat wiele frajdy sprawia mi poznawanie ludzi z innych kultur. Niesamowite jest rozprawianie o wszystkim z ludźmi z całego świata. Tym bardziej cieszę się, że zdecydowałam się na ten kurs. Nawet jak sie okaże, że zdrowie mi nie pozwoli go skończyć albo tego zawodu wykonywać, to warto choćby dla tych ludzi.

W piątek to już w ogóle okropieństwo. Naszej uczycielki nie było, więc nas zagonili do drugiej grupy. Noż kuźwa, myślałam, że wyjdę z siebię, stanę obok i kogoś za uszy wytargam. Stado bab w jednym pomieszczeniu taki jazgot robi, że ocipieć idzie. To już wolę stado dzieciaków. Mało mi łba nie rozsadziło.

A pod koniec mieliśmy JOGĘ, której nikt nie chciał. Jaja były jak berety. To był bez wątpienia pomysł naszej uczycielki, która chodzi od lat na jogę i ogólnie ma hopla na punkcie zdrowego trybu życia. Ta druga nauczycielka najwyraźniej fanem jogi nie jest i robiła to tylko dlatego, że miała w programie. 

Wyobrażacie sobie w klasie zastawionej ławkami blisko 30 mat do jogi a na nich kobiety w wieku każdym? Z braku miejsca na podłodze, niektóre laski rozłożyły swoje maty na stołach, co dopiero było zabawne. A te robiły jeszcze zdjęcia z góry dla beki. 

Każda z nas położyła się na macie i miała słuchać poleceń z nagrania i je wykonywać. Po 5 minutach zaczęła mnie boleć kostka, a sąsiadkę niedawno zoperowane kolano i usiadłyśmy, by zauważyc że połowa dziewczyn też siedzi i głupio się uśmiecha. Pomachałyśmy sobie. Na sali zaczęło się robić coraz głosniej, bo coraz więcej bab gadało do siebie niby po cichu. Ni cholery nie było słychać nagrania, więc i nauczycielka wstała i ogłosiła koniec lekcji i życzyła miłych ferii jesiennych z ulgą zwijając swoja matę. Dobrze, że tej naszej nie było, bo joga była by pewnie o wiele bardziej poważna i nie poszło by tak łatwo.

Po południu odwiedziłam lekarkę i poiedziała, że z badań USG wynika, że faktycznie jest lekki stan zapalny w mojej kostce. Do tego z drugiej strony stopy są jakieś cysty i że zlecają zrobienie MRI. Po czym stwietrdziła, że na MRI się długo czeka, więc ona na razie by się z tym wstrzymała. Wypisała mi skierowanie do fizoterapeuty. No okej. Nie mam ochoty iść na żadne masaże, a poza tym jeszcze za poprzednie nie zapłaciłam, bo jeszcze mi faktury nikt nie przesłał od marca. Nie zastanawiałam się nad tym jednak będąc u doktorki, bo w głowie miałam, że muszę szybko wrócić do domu, żeby w razie co zawieźć Młodego na halloween party, gdyby tata nie wrócił na czas. Dopiero potem, jak leżałam w łóżku z gorączką, uderzyła mnie logika tego, co ona powiedziała: na MRI czeka się długo, więc na razie nie bedziemy się umawiać...😖 Druga rzecz, która mi się uświadomiła, że moja ginekolog 2 lata temu po wykonaniu USG piersi też powiedziała, że to tylko cysta, a kilka miesięcy później mi tę pierś usunęli, bo to nie była cysta...

Wkurzam się na opieszałe działanie mojej mózgownicy i spowolnione przetwarzanie informacji. Gdybym od razu zrozumiała, to co zrozumiałam po kilku godzinach, mogłabym od razu to przedyskutować z lekarką, a tak to znowu siedzę i myślę o tym...

Postanlowiłam, że nie będę szła na razie do żadnego fizjoterapeuty. Nie długo jadę na płukanie portu, to zapytam się onkolog o to MRI, bo z doświadczenia wiem, że z onkologii mogą załatwić badanie czasem nawet na drugi dzień. Przy płukaniu portu robią też zawsze badanie krwim to się zobaczy, czy nic niepokojącego nie pokaże. No i dowiem się, co onkolog myśli na ten temat...

Halloween Party

Epicki kostium Młodego
Wróciłam do domu, umalowałam Młodego i razem z Małżonkiem zawieźliźmy go pod szkołę i kupiliśmy mu bon na napoje i przekąski, który to bon Młody zaraz zgubił...

Kostium Młodego budził zainteresowanie. Już jak wyszliśmy z domu i Młody szedł do auta, jakaś pani na rowerze wykrzyknęła z ekscytacją "O ŁAŁ!". Młody się śmiał, że teraz biedna opowiada wszystkim, że widziała na drodze Michaela Jacksona, ale nikt jej nie chce uwierzyć...

 Dawnym wychowawcom i dyrektorce podstawówki też duch Michaela Jacksona się spodobał i nawet mu specjalnie piosenkę Michaela puścili, a on tańczył... Moonwalk coraz lepiej mu wychodzi.

Gdy uznali, z kumplami, że szkolne hamburgery są niebyt dobre, poszli do pobliskiej budki, gdzie oczywiście nie obeszło się bez komentarzy na temat nietypowego halloweenowego przebrania. Jednym slowem pełen sukces. Jak zwykle ;-)


dekoracje pod szkołą


duch Michaela 

Dlaczego Michael Jackson? Bo nasz jedenastolatek jest jego wielkim fanem. Zna chyba większość piosenek, słucha ich namiętnie, a na ścianie nad łóżkiem ma wielki plakat swojego idola. 

 Mieliśmy z Małżonkiem w planach sami później pójść na szkolnego browarka i zupę dyniową i pogaduszki ze znajomymi rodzicami. Okazało się jednak, że zaczęłam się czuć gorzej niż źle, więc postanowiliśmy zostać w domu. Chwilę później tak mnie zaczęło trząść, iż myślałam że zęby o zęby se powybijam. Dawno nie miałam tej najgorszej wersji gorączki, gdy człowiek nie jest w stanie nawet wstać z kanapy. Temperatura szybko wzrosła z 37 na 39. Najpierw wypiłam gorące mleko z miodem. Potem Małżonek zagrzał mi poduszkę z pestkami  wiśniowymi z uczynił lipowej herbaty. Wsypałam do ust dwie saszetki obrzydliwego paracetamolu dla dzieci o ohydnym smaku waniliowo-truskawkowym, bo innego paracetamolu nie było na stanie, a cały tydzień brałam ibuptofen, to uznałam, że wezmę coś innego i poszłam spać. 

Rano było wciąż 37, ale poza tym jest wporzo. Tylko gardło mnie trochę piecze. 

Co to niby w mordę jeża miało być? - ja się pytam! Czasem mam wrażenie, że gram w życie na jakiejś wersji testowej pełnej błędów stworzonej przez nawiedzonego psychopatę.

A w zeszły weekend znowu uwolniliśmy z Młodym mikroskop ze szafy, bo nasza mała śmierdząca hodowla dojrzala do badań. 

Pleśnie.

 Nie mamy zbyt wiele zdjęć, bo mi się nie chciało robić, ale niektóre obrazy były ekscytujące i epickie. Tylko dziewczyny utyskiwały, że w całym domu strasznie śmierdzi grzybem.



spleśniała cytryna


jabłko, winogron, pomidor, chlebek



Ciekawostki z regionu.

W lokalnej gazetce przeczytałam, że szkoła Młodego nie dawno zakupiła  nową maszynę numeryczną (CNC Computer Numerical Control) dla uczniów za jakies 70 tysięcy ojro. Dzięki temu ustrojstwu uczniowie mogą samodzielnie przygotowywać i produkować metalowe pierdołki z dokladnością do 1 mikrometra (jedna tysięczna milimetra).

Warsztaty ogólnie mają tam nieźle wyposażone. Od młotków i śrubokrętów, poprzez wiertarki, lutownice do drukarek 3D.  I taka szkoła to ja rozumiem. Cieszymy się, że Młody tam się dostał. I on się cieszy, bo szkoła mu się bardzo, ale to bardzo podoba. Chodzi do niej z chęcią. Z wyżej wspomnianej maszyny korzystać będą raczej uczniowie klas szóstych. Pierwszaczki zaczynają od początku. Młody wyprodukował jak na razie samolocik z drewna. Zajęcia na technice nie zawsze są bezpieczne. W minionym tygodniu kolega poparzył się mocno klejem z pistoletu. Młody opowiadał, że krew mu leciała i do domu poszedł z obandażowaną dłonią. Takie doświadczenia są niefajne, ale uczą wszystkich ostrożności i pokazują realne zagrożenia czyhające w warsztacie.

samolocik Młodego

Inna ciekawostka nie ma ze szkołą nic wspólnego, ale tak mi się inicjatywa sąsiedniej wioski spodobała, że muszę o tym napisać. Pewna organizacja opiekuńcza wyszła ze świetną - moim zdaniem - inicjatywą pt "Runda zakupowa". Raz w tygodniu przez wioskę przejeżdża bus z tej organizacji i zabiera na zakupy wszystkich chętnych staruszków, którzy już sami nie są w stanie o własnych siłach do sklepu się dostać. Tutaj dodam, że u nas na wsi do najbliższego marketu jest często bagatela 4-5 kilometrów. Co tydzień jadą do innego marketu, gdzie kierowca czeka na parkingu, aż wszystcy spokojnie sobie sprawunki swoje porobią, po czym rozwozi emerytów do domów. Taki wyjazd to nie tylko okazja do kupienie sobie samodzielnie potrzebnych rzeczy, ale też do pogaduszek i nawiązywania nowych znajomości.

Alternatywą dla samotnie mieszkających emerytów jest np skorzystanie z usług jakiegoś biura czeków usługowych (te same, które zatrudniają sprzątaczki) i pojechanie na zakupy, do banku czy lekarza z jakimś mniej lub bardziej przypadkowym kierowcą, ale za tę usługę już trzeba zapłacić czekami usługowymi tak samo jak za sprzątanie, prasowanie czy gotowanie, a wielu emerytów ledwie wiąże koniec z końcem.








30 października 2021

Impreza halloweenowa w szkole, rozmowa o pracę i inne zdarzenia ostatnich dni

 Miniony tydzień był wielce ekscytujący i bogaty w wydarzenia. 

Staż Najstarszej (18). 

W poniedziałek zadzwoniła kobieta pomagająca Najstarszej w szkole… Nigdy nie wiem, jak ją tu nazywać mam, bo nie ma na to polskiego odpowiednika chyba…

Jest taka sieć instytucji  „Ondersteuningsnetwerk” wspierających uczniów ze specjalnymi potrzebami, czyli np autystycznych, którzy zgodnie z tzw Dekretem M mogą uczyć się w normalnych szkołach zamiast w specjalnych i gdzie dana szkoła musi im zapewnić jak najlepsze warunki do rozwoju i nauki, w czym wspierana jest przez CLB i różne inne instytucje, w tym właśnie Ondersteuningsnetwerk. I tak nasza Najstarsza ma wyznaczonego asystenta, pomocnika, „wspieracza” z tej sieci, która to osoba czasem przychodzi na lekcje, by w tym czy tamtym pomóc, to czy tamto Najstarszej lepiej wytłumaczyć oraz by nauczycielom, mentorowi, dyrektorowi, coachowi uczniowskiemu wytłumaczyć, czego Najstarsza potrzebuje, czego robić nie może, jak można jej pomóc itd itp. Do niej może się też ze wszystkim zwracać Najstarsza oraz mentor czy dyrektor, a także poradnia CLB. 

No i teraz ta asystentka zajmuje się wprowadzeniem Najstarszej na staż. W poniedziałek zadzwoniła, by zapytać o numer buta, jaki córka nosi, bo w miejscu stażu obowiązuje obuwie robocze i będą z Najstarszą próbować odpowiednie buty kupić. Przy okazji opowiedziała o pierwszej wizycie u tapicera. Szef okazał się być sympatyczną i przyjazną osobą wyrozumiałą dla ludzi, którzy są w jakiś sposób inni. Przy czym autyzm nie jest dla niego przeszkodą w przyjęciu ucznia na staż. Więcej, pochwalił się, że aktualnie firma zatrudnia dwóch pracowników ze spektrum autyzmu i nie widzą w tym żadnego problemu. Powiedział też, że jeśli Najstarszej się spodoba u nich i będzie się dobrze sprawować, to niewykluczone, że będzie mogła zostać po zakończeniu stażu i szkoły do pracy. Jednym słowem kobieta była wielce zadowolona z tej wizyty i z tej małej rodzinnej firmy. 

Zatem i my się cieszymy i bardzo pozytywnie jesteśmy do tego stażu nastawieni. Pomyśleć tylko, że jeszcze nie dawno trzęsłam portkami i wielce się martwiłam, co to będzie z tym stażem. Najgorsza jest bowiem niewiedza i brak pewności oraz jakichkolwiek perspektyw czy pomysłów odnośnie przyszłości, a już w szczególności przyszłości własnych dzieci, dla których każdy w miarę normalny rodzic chce przecież  jak najlepiej. A gdy to dziecko jest inne niż przeciętny jego rówieśnik, gdy jest w taki czy inny sposób niepełnosprawne, to ten brak pomysłów i perspektyw jest tym bardziej przerażający. 

Dlatego też pomoc, zrozumienie i wsparcie ze strony szkoły i wszelakich innych instytucji oraz osób jest tutaj nieocenione.

Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna Młodej (16)

Kilka dni temu siedziałam sobie wieczorem zmęczona na kanapie skrolując  bezrefleksyjnie Instagram, tu i ówdzie klikając przy tym serduszko, gdy jakiś obrazek lub wpis mnie zauroczył. 

Nagle widzę post pobliskiego sklepu prezentowego, w którym informują, że szukają jelenia, znaczy elfa dla Świętego Mikołaja do pomocy. Zaciekawiona nietypowym obrazkiem zaczynam czytać i miarkuję, że chodzi o pracę tymczasową w sklepie przy pakowaniu zamówień mikołajkowo-bożonarodzeniowych z firm. Wołam bez namysłu do Młodej, że jelenia, znaczy renifera szukają do roboty i że może by spróbowała. Ta się uśmiała i kazała se przysłać post. Chwilę później mówi, że wysłała mejlem list motywacyjny, bo co jej szkodzi, przecież i tak nigdy nikt nie odpowiada na jej zgłoszenia. Znowu się uchachałyśmy.  Dzień później przylata ucieszona, że zaprosili ją na rozmowę. No to zdziwko mnie szarpnęło, nie ma co. 

Tak oto nasza szesnastolatka zaliczyła pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Jest bardzo z tego zadowolona, bo to nowe ciekawe doświadczenie. Pierwsze koty za płoty. Teraz już wie, jak to się odbywa, o co pytają i w ogóle. Nie zależało jej jakoś specjalnie na tej pracy, bo przecież tego nie planowała, ot taki nagły impuls, czysty przypadek, że w ogóle trafiłam na to ogłoszenie i że ona dla beki wysłała zgłoszenie. Poza tym ma dopiero 16 lat i zero doświadczenia więc nawet nie ma się co spodziewać, że ją zatrudnią, choć nadzieję zawsze warto mieć a i pomarzyć dobrze. Poza nią, jak powiedzieli, było jeszcze dwóch kandydatów i pewnie któryś z nich dostał tę robotę, bo do Młodej do dziś nikt nie napisał ani nie zadzwonił w tej sprawie. No, jeszcze jest szansa, że tamten się w pierwszym dniu nie sprawdzi i wtedy kolejny dostanie swoje pięć minut. Tak bowiem mówiono na rozmowie.

Nie zmienia to faktu, że zarówno Młoda jak i ja cieszymy się, że przynajmniej zareagowali na jej zgłoszenie i że na tę pierwszą w życiu rozmowę kwalifikacyjną ją zaprosili. Bowiem po wysłaniu kilku CV do różnych firm (głównie o studentjob) bez żadnej reakcji z ich strony, choćby „sorry, już kogoś zatrudniliśmy”, człowiek zaczyna być zdołowany i czuje się lekceważony. 

Miłoteż odkryć nagle, że social media czasem też do czegoś pożytecznego się przydają. 

Póki co Młoda znowu opiekuje się zwierzętami znajomych, którzy wyjechali na ferie więc parę centów znów sobie zarobi na chipsy i takie tam.

Halloween w szkole podstawowej. 

Muszę się przyznać, że pomyliłam się co do organizacji wieczoru halloweenowego w naszej podstawówce i do możliwości naszego Komitetu Rodzicielskiego. Przewracałam bowiem tu na blogu oczami i kręciłam nosem na ostatni pomysł. Dziś odszczekuję, co powiedziałam hau! hau! To wcale nie był głupi pomysł. To był kozacki pomysł, a realizacja jeszcze bardziej kozacka.

Co prawda pierwszego pomysłu dotyczącego marszu halloweenowego ostatecznie zaniechano i zorganizowano po prostu zwyczajne halloween party pod gołym niebem, ale efekt w każdym razie zwalił mnie z nóg. Zresztą chyba nie tylko mnie, ale wszystkich z inicjatorami zdarzenia włącznie.

Proszę Państwa to był szok w trampkach, co się działo. Ale może po kolei.

W środę wieczorem od 19.30 każdy kto mógł, stawił się do misji przygotowawczej. Było kilkanaście osób - Komitet plus nauczyciele. Przygotowywaliśmy kramy do sprzedaży posiłków, oświetlenie, nagłośnienie, dekoracje i wszystko inne, co da się i co trzeba zrobić dzień przed. W Komitecie - jak się okazuje - mamy kilku bardzo kreatywnych ludzi, którzy wykombinowali takie rzeczy, że głowa mała. Świecące nietoperze ze światełek choinkowych i rolek po srajtaśmie, glutolampy ze słoików, rajstop i świeczek na baterie, grób ze styropianu pomalowanego sprayem i cegieł na szybko wygrzebanych ze szkolnej piwnicy (przedszkolanka zobaczywszy te kamienie na taczkach pytała udając zatroskanie, czy to przypadkiem nie te, co się w szkolnym chodniku obluzowały). Te wszystkie śmieci i rupieci podrasowane oświetleniem i projekcjami z użyciem szkolnych laptopów i projektorów robiły niesamowite i magiczne wrażenie. 

Będąc tam z tymi ludźmi po raz kolejny mogłam obserwować, że Flamandowie na prawdę potrafią się bawić, także podczas przygotowań. Z tej okazji nawet największe sztywniaki i ważniaki chowają kije z dupy do szafy. W komitecie mamy (lub mieliśmy) nauczycieli z innych szkół, pielęgniarki, policjantów, adwokatów, bankierów, zamożnych buissnesmanów, uchodźców z Syrii, farmerów, czy taką mnie z Polski, słowem ludzi najróżniejszych specjalności i różnym wieku, o różnym statusie społecznym, płci obojga. Wszystkich łączy jedno - chcą coś robić dla szkoły, dla dzieci, dla drugiego człowieka no i potrafią się świetnie przy tym bawić.

Opowiadając o tej imprezie trzeba koniecznie wspomnieć, że los nam sprzyjał, bo po pierwsze pogoda była doskonała jak na koniec października w Belgii. 100% słońca, zero deszczu, a przy tym 10 stopni ciepła wieczorem. Po drugie nie zakazano nagle imprez, choć właśnie zaczęto wprowadzać po raz kolejny obostrzenia koronawirusowe. Dwa dni przed imprezą dyrektorka ogłosiła, że całość imprezy musi być na zewnątrz (dyskoteka miała być wstępnie na sali) i że covidsafe (paszport covidowy) obowiązkowy przy wejściu na imprezę. Śmiech nawet był, bo po skończonych przygotowaniach, już gdzieś blisko północy wszyscy stoją w kółeczku czekając aż ostatnie lampy z dekoracji zostaną wyłączone i ktoś mówi „kurde, dobrze że jeszcze nam się udało z tą imprezą, zanim znowu zakażą wszystkiego…”, na co wszyscy potakują. A tu drugi „ale czekajcie, jeszcze nie ma jutra…” ZAMKNIJ SIĘ! SPADAJ! Ee WEŹ… 

I tu zaczęto rozkminiać, co by było, gdyby „jutro” ogłosili zakaz zgromadzeń i całe przygotowania poszły by się gonić, ech. W emocjonujących czasach żyjemy.

Jutro jednak nie przyniosło niemiłych niespodzianek. Młody poszedł do szkoły przebrany, bo taki był pomysł, żeby już od rana budować atmosferę. Tam zaraz na dzień dobry napisali test z przyrody i zabrali się za dopracowywanie dekoracji i inne takie tam, czyli własny ich uczniowski wkład w tę zabawę. Ze szkoły wrócił normalnie o 15.30, by wrzucić coś na ruszt i chwilę odsapnąć. O 17.30 już staliśmy z powrotem pod szkołą, gdzie w bramie pani dyrektor przebrana i wymalowana tak, że z pierwa jej nawet nie rozpoznałam, skanowała kody z covidsafe. 

Ja wypożyczyłam na tę okazję legginsy i bluzę ze szkieletem od Młodej. Młody założył okrwawiony farbą strój więźnia kupiony w kringwinkel za 1 euro. 

Wszystkie dzieci, wszyscy nauczyciele i wszyscy członkowie Komitetu Rodzicielskiego byli wymalowani i/lub przebrani. Sporo innych dorosłych też przyszło przebranych i to czasem tak, że nie szło ich rozpoznać. Fantastycznie! Ludzie tu potrafią się bawić.

Najbardziej jednak wszystkich zszokowała frekwencja. Nawet napisałam sms do Małżonka, że chyba cała prowincja zjechała się na nasze epickie halloween, bo takie były tłumy na szkolnym podwórzu. Wszystkiego było wielkie ilości nakupione, iż zdawało się, że na następną imprezę sporo zostanie a mięso, że trzeba będzie znowu pobrać do domu, by się nie zmarnowało, a tymczasem chipsów zabrakło już gdzieś po godzinie (chyba ktoś jeździł do sklepu). Kolejki do budek z jedzeniem i piciem były kilometrowe. Impreza zakończyła się pustkami w lodówce. Nie wiem jeszcze, jaki jest dochód, ale raczej niezły. Na podwórku z przodu szkoły były budki i stoliki. Tu bawili się  rodzice, dziadkowie i reszta dorosłych. Zażerali dyniową zupę, hamburgery i hot dogi oraz popijali napoje gazowane, kawę, piwo, wino musujące… Na drugim podwórku była dyskoteka, gdzie tańczyła młodzież pod okiem kilku nauczycieli i rodziców. No, rodzice i nauczyciele też od czasu do czasu sobie poskakali, jakże by inaczej. Na przedszkolnym placu zabaw też wrzało jak w ulu. Dziatwa wszak nie co dzień ma okazję bawić się na placu zabaw po ciemku. W szkolnej jadalni było też spokojne i przytulne stanowisko, gdzie maluszki mogły zamówić sobie u pani przedszkolanki brokatowy tatuaż albo obejrzeć film halloweenowy na dużym ekranie. Coco, Hotel Transylwania… Filmy, nawiasem mówiąc,  to i starszaków wielu przyciągnęły.

Wieczór halloweenowy uważam zatem za bardziej niż udany. Super hiper mega cool. Ludzie rozeszli się po 22giej, jak było ogłoszone na plakatach.

Podoba mi się system płatniczy naszych imprez (raczej popularny ale wspominam - możliwe że po raz kolejny - jako świetne rozwiązanie). Drukuje się karty z 10 kuponami po 1€. Razem 10€. Każdy, kto chce, kupuje sobie kartę lub karty (jak nie chce, nie potrzebuje za 10€, bo np tylko jeden napój chce kupić, to podaje kwotę a kasjer skreśla odpowiednią ilość kuponów). Za wszystko na imprezie płaci się tymi kuponami, a w stoiskach skreślają liczbę wykorzystanych kuponów. Jak cola kosztuje przykładowo 2€ to skreśla się 2 kupony. To świetny system. Można szybko obsługiwać ludzi bez użerania się z forsą. Niewykorzystane kupony to po prostu czysty zysk dla Komitetu, taka cegiełka.

Młody wbija na imprezę

po prawej „glutolampy” z rajstop na przedszkolnym placu zabaw

dyskoteka halloweenowa

obraz z projektora na ścianie jednego ze szkolnych budynków


tłumy przy piciu, jedzeniu i gawędzeniu

pobliski kościółek w diabelskim świetle

po prawej kasa, gdzie można było kupić karty z kuponami


Chórek dziecięcy i zabawa muzyką. Nowe odkrycie Młodego.

Jakiś czas temu Młody wytargał z tornistra jakiś kolorowy papier i mówi, że on chce na to iść. Popatrzyłam na tę kartkę i otworzyłam oczy ze zdumienia. „Muziek plastiek” (muzyka plastyka)?

Tak, on chce śpiewać i próbować grać na różnych instrumentach, bo ta pani co była w szkole, opowiadała że to właśnie tam robią i że każdy może przyjść. 

Wczoraj już Młody miał ferie, bo była konferencja nauczycieli, ale wieczorem kazał się zawieźć do tego kółka muzycznego, które jest całkowicie darmowe, prowadzone przez wolontariuszy z tutejszej grupy muzycznej, którzy nota bene też w ten dzień mają swoje próby tylko oni na dole, a dzieci na górze w „sali parafialnej” (byłej, ale nazwa została). 

Wrócił zachwycony. Okazało się, że nasza sąsiadka, trochę od Młodego młodsza też była po raz pierwszy i jeszcze jego koleżanka (była dziewczyna ;-)) z poprzedniej klasy, która od razu go uściskała serdecznie na przywitanie. Oprócz tego kilka dzieci z innych szkół, w tym jakiś jeden, co też klasę przeskoczył, jak nasz Młody. Śpiewali mikołajkowe piosenki. Jedną po niderlandzku, drugą po angielsku i na czymś tam grali. Rewelacja. Jeszcze jaka radocha, bo zdjęcia robili i on teraz będzie w lokalnej gazecie… Celebryta się kurde znalazł. 

Teraz mamy ferie. Przeto kolejny tydzień będzie być może spokojniejszy… Może.







25 października 2020

Halloween, ferie jesienne i takie tam...

Korona nie korona, czas popitala jak popitalał. ZNOWU ferie jesienne...? 

No tak, jeszcze tylko  siedem dni i wolne. Właśnie zadecydowali, że dłuższe niż zwykle, bo przedłużone o 2 (słownie: dwa) dni do 11 listopada a 11 oczywiście też wolny. Dla mnie bomba, ale nie zazdroszczę rodzicom, którzy nie mają starych dzieci, które mogą same w domu zostać...

Umówiłam się już na wywiadówki online. Bardzo mi się podoba ta nowa koronna  wersja wywiadówek. Jak to ułatwia rodzicowi życie - nie trzeba tłuc się pociągiem czy autem tych 30 czy nawet 15km po nocach (w Belgii wywiadówki są po 20.00 godzinie często). Teraz wystarczy się umówić na konkretną godzinę i potem kliknąć w link i już. Nawet w majtkach można iść na taką internetową wywiadówkę haha. Ważne też, że tego cholernego naryjca nie trzeba zakładać, bo wiecie, nie wiem jak wy, ale ja za kija nie rozumiem ludzi gadających przez szmatę. Belgowie mają zwyczaj mówić, jakby ze trzy dni nie jedli, czyli cholernie cicho. Już bez maski mam problem z usłyszeniem, a co dopiero, gdy mają zatkany pysk. Człowiek gada z Polakiem, Arabem czy Hiszpanem to każdy mówi jak człowiek - głośno, drze się, a Belg mówi niczym anemik jaki. Ni cholery tego nie zrozumiesz przez maskę, więc ja się jak głuchy  po 5 razy pytam CO?! JAK? HYY? a i tak nie wiem, o co chodzi. 

W minionym tygodniu Najstarsza miała test IQ robiony przez poradnię CLB (zlecenie lekarza - potrzebne do interpretacji badań językowych u logopedy), no i potem oni zadzwonili do mnie, żeby umówić się na spotkanie w celu omówienia wyników. Mówią, że mam z córką przyjechać do siedziby CLB do miasta, które nawet nie bardzo wiem, w jakim kierunku jest, ale wiem, że autobusy tam nie jeżdżą od nas ani pociągi. Mówię, że nie wiem, czy tam rowerem dojadę, a już na pewno nie z córką...

 - A to może laptop mam? - Pytają. - Bo wtedy mogłybyśmy omówić to online. I czy umiem z niego korzystać... 

Kuźwa, jakby nie ta korona, to chłop musiał by brać wolne, by pojechać do jakiegoś dzikiego zadupia na 15 minut omówić głupi test IQ. Na szczęście mamy covid19 i  ludzie zaczynają WRESZCIE odkrywać, że kompa i internet można użyć do czegoś więcej niż ogądanie śmiesznych kotów na yt czy hejtowania ludzi na fejsie. Łaał! Śmieszy mnie, gdy takie młode dwudziestoparoletnie dziunie się pytają człowieka, który się z komputerem wychował, (i który osobiście przetestował Atari, Commodore, Amigę, DOSa, Linuxa, Wszystkie Windy)  czy ma laptop i czy umie go obsługiwać. Faktycznie wielka fizjologia otworzyć mejl i klinkąć w link buachacha. Do takiego lajwa z poradnią zresztą wystarczy zwykły tablet czy nawet smartfon, tylko nie wiem, czy takie dziunie to wiedzą :-) 

U Młodego raczej wywiadówki nie będzie teraz. Nic mi o tym nie wiadomo w każdym razie. Już mi się trochę wszystko pokałapućkało, bo chyba za dużo dziecków mam i już nie wiem, co kto kiedy i po co. Jednak chyba wywiadówki w podstawowej są przed świątecznymi feriami... 

Będzie za to Halloween w piątek. Młody już nie może się doczekać. Nie wiem, czy jaja nie zniesie do tego czasu. Już od wczoraj 2 razy robiliśmy próbę makijażu, a chciał trzeci. 

Będzie Śmiercią. 

Wczoraj uszyliśmy na łapu capu ubranie ze starego prześcieradła. Dziś zrobiliśmy kosę z kija bambusowego, plastikowej teczki i srebrnej taśmy z pomocą kleju na gorąco. Jak mamusia zrobi przebranie na halloween to nie ma chuja we wsi haha. Totalna prowizorka (nie umiem szyć, mam za to fantazję), ale Młody uważa, że to epickie przebranie i że nikt w klasie takiego nie bedzie miał, i że w ogóle jego przebrania zawsze są epickie :-) W zeszłym roku z okazji Halloween był Pennywisem i to było bez wątpienia jedno z lepszych przebrań mojego syna. Tak czy owak przebieranie się i przebieranie, malowanie dzieci to czaderska sprawa. Fajnie jest pobyć sobie kimś innym i zrobić coś szalonego, wesołego. W tak porąbancyh czasach wydaje się to szczególnie ważne.

W Belgii nie ma takiego amerykańskiego halloween co to cukierek albo psikus. Nie łazi się po domach. U nas (i wielu innych szkołach) dzieci przychodzą po prostu przebrane i cały dzień uczą się w tych kostiumach. Zwykle jest też "pokaz mody" halloweenowej i konkurs na najlepsze przebranie. Wiem, że już topisałam rok temu i pewnie dwa też, ale nie każdy czyta ten blog od deski do deski raczej ;-)


Gdy matka cię przebierze, za Pennywise'a



Gdy matka kupi strój gangstera 


Gdy matka zrobi strój rekina z bluzy dresowej


 Młody lubi się wydurniać i wymyślać różne rzeczy, a ja lubię pomagać mu w realizacji jego zwariowanych pomysłów, a czasem sama podsuwam mu pomysły. W końcu jestem normalna inaczej.

Powiem, nie wiem po raz który, że mam niesamowite, fantastyczne, superowe i cudowne dzieci. Cała Trójca to wyjątkowe, nietuzinkowe i niepowtarzalne okazy. Jestem szczęsliwa i dumna, że mogę być ich matką. 

W ostatnich czasach obserwuję, jak Młody wiele uczy się od starszych sióstr i jak szybko dzięki nim może się rozwijać i dorastać. One są dla niego wspaniałymi wzorami do naśladowania. Uczy się od nich żartów, uczy się rozwiązywania różnych problemów, uczy się życia. Gdy ma np problem z kompem, czy grą, często wali do sióstr, a one mu cierpliwie tłumaczą jak sobie z tym czy tamtym poradzić. Nie tylko, że mu rozwiążą problem, ale nauczą go sztuczek i wytłumaczą, w czym rzecz, by drugim razem sam ogarnął i nie zawracał gitary. No, czasem jak są akurat zajęte, to każą mu spadać na drzewo banany prostować, ale potem i tak przychodzą z pomocą. Gdy zażyczy sobie frytek lub naleśników, Siostry mu usmażą. Gdy zażyczy sobie kanapki, siostry mu powiedzą, że w jego wieku to już dawno sobie same robiły kanapki i że to obciach prosić w tym wieku o robienie kanapek i żeby nie szedł z tym do mamy, bo mama ma dużo pracy i bez jego kanapek, które sam se może zrobić. On się słucha, bo nie chce być dzidziusiem i siuśmajtkiem. On przygląda się im na codzień i chce być takie jak one i robić to co one, bo to oznacza być dużym.

Gdy w wakacje obiecaliśmy mu, że będzie mógł zabrać kompa do siebie do pokoju, nie mógł się nacieszyć. Bo to oznacza krok w stronę dorosłości i samodzielności. I my teraz  obserwujemy z przyjemnością objawy tej dorosłości. Nasz ośmioletni syn z wielką dumą i radością sprząta swój pokój. Sam układa swoje pranie w szafach. Sam sprząta zabawki. Sam odkurza i ściera podłogę. Wyraźnie sprawia mu to przyjemność, że może sprzątać SWÓJ WŁASNY KAWAŁEK DOMU. Podejrzewam, że radość z czasem wyparuje i zamieni sie w rutynę czy wręcz nudny obowiązek, ale jestem niemal pewna, że mimo wszystko nigdy nie bedzie miał problemu z utrzymaniem porządku na swoim kwadracie, nawet jak od czasu do czasu ktoś będzie mu musiał o tym przypominać. Tak samo jak jego starsze siostry. Choć każda z nich do tematu inaczej podchodzi, to jednak obie dość sprawnie ogarniają swoje  pokoje. Czasem im pomagam, bo jednak każda ma do ogarnięcia po 35 metrów kwadratowych a na tych metrach grasują bezklatkowe ptaki lub króliki, które bobczą, kupczą, kłaczą, pierzą, sianią  i produją tony kurzu. Jest co robić przy sprzątaniu.

Młody w ostatnim roku bardzo dojrzał. Jeszcze rok temu dało się zauważyć, że siostry traktują go jak głupiutkiego dzidziusia, a teraz już coraz częściej prowadzą z nim dyskusje na różne tematy i coraz poważniej go traktują. Ciągle jeszcze widać te 10 i 8 lat różnicy, ale odległość się zmniejsza z każdym dniem. Młody goni za Dużymi jak szalony. Na dzień dzisiejszy jego wiedza o świecie jest niesamowita jak na 8latka, a codziennie sie poszerza, bo Młody zadaje dziesiątki pytań. On wszystko musi wiedzieć. Musi znać znaczenie wszystkich słów, które usłyszał nawet przypadkiem.  Pytania  nie rzadko dotyczą trudnych tematów i czasem się trzeba nagimnastykować, by udzielić odpowiedzi na miarę ośmiolatka. Łebskie pociechy mamy. Oby tylko do czegoś to wszystko się przydało w nowych ciekawych czasach, które nas czekają.

31 października 2019

O akcji ratunkowej dla jeżyka, strasznym clownie i reszcie nudnego tygodnia

Piszę tego bloga 6 lat i jak dotąd nie brakło mi tematów. Wprost przeciwnie - zwykle  brakuje mi czasu albo sił, by spisać to wszystko, co bym chciała. Nie zazdroszczę tym, co mają tak nudne życie, że muszą żyć życiem innych ludzi i to częstokroć życiem nieprawdziwym, bo tylko z filmu czy literatury. Moje życie jest fascynujące, ciekawe, pasjonujące i niesamowite, czasem aż do przesady, czasem aż się ma dość przygód, wyzwań i kopniaków od upierdliwego losu. Przeważnie jednak jest po prostu ciekawie.

nowe hobby naszego siedmiolatka

Szkoła. Wywiadówka. 

Ostanie dni były całkiem dobre. Nie obyło się bez stresu, bo - nie ukrywam - że cykałam się przed wywiadówką u Młodej. No bo wiecie - chodzimy, piszemy, dzwonimy do szkoły, poradni i ogólnie zawracamy dupę połowie świata, by zwrócić uwagę na jej problemy, by poprosić o pomoc, zrozumienie i wsparcie, ale też zawsze coś obiecujemy od siebie dać. Obiecujemy, a potem nie jesteśmy w stanie tych obietnic dotrzymać, bo się okazuje, że przeliczyliśmy się z własnymi siłami, że porwaliśmy się z motyką na słońce.... I tak - jak wspominałam - ugadaliśmy że Młoda będzie chodzić na zajęcia praktyczne, a teorię będzie próbować ogarniać w domu. Załatwiliśmy te wszystkie atesty, zezwolenia, ułatwienia i tak dalej. Niestety okazuje się, że dla Młodej wyjście do szkoły nawet na ulubione zajęcia jest częstokroć ponad siły. Nie zawsze, ale często. Dlatego właśnie bardzo się denerwowałam, bo co sobie cholera o nas pomyślą, co powiedzą w takiej sytuacji. No łazimy, biadolimy, obiecujemy, szkoła robi wszystko by pomóc, dostosowuje się a z naszej strony kicha.  Dlatego miałam cykora przed spotkaniem z wychowaczynią. Okazuje się że zupełnie niepotrzebnie.

Wychowawczyni powiedziała, że najważniejsze jest, by Młoda poczuła się lepiej. Powiedziała, że jak źle się czuje, ma zostać w domu, choć w szkole jest zawsze mile widziana. Powiedziała, że po tych kilku testach i zadaniach z różnych przedmiotów, na których była, już widać, że Młoda jest zdolna i że spokojnie da sobie radę z nauką. Zapytała, czy nauczyciele mają jej wysyłać zadania, by mogła zdobywać dodatkowe punkty siedząc w domu. Uf. Ulżyło mi. Wychowawczyni powiedziała ponadto, że to dorastanie, małpi czas, szaleństwo hormonów i że ona jest pewna, iż w przypadku Młodej to na pewno ma duży wpływ i że trzeba poczekać aż się hormony uspokoją, bo wtedy będzie jej łatwiej zapanować nad wysoką wrażliwością i wyrwać się ze szponów depresji. Ona może mieć rację.

Poza tym mówiła, że ważne by Młoda miała dobrego terapeutę, że jak jeden nie pomaga to szukać innego... Potwierdziła też (podobnie jak wszyscy inni nasi znajomi), że w UZ w Brukseli mają świetnych specjalistów, że faktycznie warto tam robić badania czy się leczyć.

Powtórzyła też to samo co mówiła na pierwszym spotkaniu organizacyjmym do wszystkich rodziców - że można do niej zawsze przyjść, że można napisać email o każdej porze dnia i nocy i  że ona odpowie tak szybko jak tylko będzie mogła. I tak, w Belgii nauczyciele odpowiadają na e-maile także w weekendy a czasem też w nocy, choć wiadomo że kultura nakazuje im byle czym głowy nie zawracać. Po raz kolejny się przekonuję, że na Flamandzkich nauczycieli można liczyć.

Jak zrobić strój Clowna w 15 minut?


W szkole Młodego był dzień Halloween. Od czasow zmiany dyrektorki już nie jest tak czadowo, jak było za poprzedniej i mimo, że niby każdy mógł przyjść do szkoły przebrany, to w tym roku tylko nieliczni z tego skorzystali. No ale cóż - rodzice nie dostali żadnej oficjalnej informacji na ten temat. Nie było mejla ze szkoły, nie było wpisu w agendzie więc każda gapa zapomniała o tym mamie powiedzieć na czas albo mama nie uwierzyła... Nie było też - jak w poprzednich latach - konkursu na najfajniejsze przebranie. Były jakieś zabawy i słodycze, ale bez szału. Młody jednak był wielce zadowolony ze swojego przebrania, które Matka przygotowała na łapu-capu, bo przypomniała sobie o tym o 20tej wieczorem, gdy już była w piżamie i szykowała się do łóżka hahaha.

No, sama to nawet by se w ogóle nie przypomniała, gdyby Syn się nie spytał, co z tym strojem klauna na jutro...

Ale co? Ja nie przygotuję kostiumu Pennywise'a na poczekaniu? JA!? W końcu przecież jestem sprzątaczką - mogę wszystko!

Co potrzeba? Jakąś starą białą koszulkę, sweter, koszulę, cokolwiek białego.
Jakieś guziki wielkie albo pomponiki, albo czerwony materiał do zrobienia kulek, albo czerwony mazak do namalowania guzików.
 Mieliśmy dwa pomponiki dekoracyjne i białą koszulkę z długim rękawem. Znalazł sie też kawałek starej firanki i sznurówki do butów z których powstała kryza.
Do tego szare dresy.
Strój strasznego clowna gotowy w 15 minut. Mogę być z siebie dumna haha.

straszny clown
Rano wymalowałam pysio białą farbą do twarzy i zrobiłam makijaż Pennywise'a czerwoną i czarną kredką. Potem ubrałam Młodego w worek na śmieci, postawiłam włosy na gumie i pomalowałam czerwonym sprayem.

Pewnie niektórzy się dziwią, że też akurat miałam w domu czerwony spray do włosów i farby do makijażu. No cóż - ja jestem normalna inaczej. Może nie mamy w domu takich dziwnych  rzeczy jak babskie cienie do powiek, szminki, tusz do rzęs czy lakier do paznokci, ale zwykle mamy różne peruki, okulary, stroje, najdziwniejsze materiały artystyczne i dekoracyjne, farby, spraye i inne fajne drobiazgi, którymi można się bawić.

Gdy jechaliśmy do szkoły, ludzie machali Młodemu z samochodów, a ten i ów pokazał kciuk w górę. Młody był zachwycony. W szkole też od razu wszyscy do niego przybiegli i mówili, że ma coolerski strój. Tylko, że wtedy pojawił się jeden taki starszak w kompletnym stroju Pennywise'a i zabrał Młodemu cały fejm. Mimo to Młody był wielce zadowolony z tego przebrania. Wieczorem nawet nie chciał się iść kąpać, bo tak mu się podobało bycie strasznym clownem.

Dobrze jest bowiem czasem pobyć kimś innym. Dobrze jest czasem zrobić coś szalonego. Zabawa i wygłupy są nam wszystkim bardzo potrzebne, by dać upóst nazbieranym złym emocjom.


Relaks w lesie.


Miniony tydzień był bardzo ciepły. Termometry pokazywały nawet 20 stopni i można było ganiać jeszcze w krótkich portasach. Korzystaliśmy z tej pogody. Młody doskonalił swoją jazdę na rolkach. W sobotę i w niedzielę spędziliśmy w lesie. Młody robił zdjęcia grzybom za pomocą mojego iphone'a, a Młoda robiła zdjęcia Młodemu za pomocą swojego Nikona. Młody właził na powalone drzewa, ganiał, macał i wąchał grzyby.

Ja też robiłam zdjęcia i oglądałam niezliczone gatunki grzybów. M-Jak-Mąż po prostu spacerował. W lesie było setki ludzi - dzieci, młodzież, rodzice, dziadkowie. Ludzie z psami wszelakich ras. Ludzie pieszo, na hulajnogach i na rowerach.


Młoda zauważyła, że w Polsce to ludzie idą do lasu zbierać grzyby, a w Belgii wszyscy je fotografują. No serio, mnóstwo osób w każdym wieku robiło zdjęcia grzybom, drzewom i sobie na wzajem.
Dodam gwoli ścisłości, że w Belgii nie wolno zbierać ani tym bardziej niszczyć grzybów. Mandaty są dość wysokie (nawet kilkaset euro) . I bardzo dobrze. Dzięki temu las jest piękny i niesamowity jesienią.

Młody pytał, czy w tym lesie są jeże i czy jest szansa, że go spotkamy. Odpowiedziałam mu, że są, ale w dzień raczej nie spotkamy, a poza tym pewnie już szykują się do spania gdzieś pod listkami. Młody był zawiedziony, bo - jak oznajmił - bardzo lubi jeże, ale jeszcze nigdy nie widział prawdziwego jeżyka.


Akcja ratunkowa dla jeżyka


No i proszę Matka Natura spełniła jego życzenie już na następny dzień. Młody nagle wyjrzał przez okno i z głośnym okrzykiem wybiegł przed dom.

- Maamoo, jeż! Jeeeż! Prawdziwy jeeeeżyyyyk!

Wyszłam za nim, a i Młoda z góry też przybiegła zobaczyć co to też za rwetest. Faktycznie drogą maszerował mały jeżyk. Samiuteńki bez mamusi. Maleństwo schowało się za wielką doniczkę przy murze. Doszliśmy do wniosku, że coś się musiało niedobrego wydarzyć w życiu tego stworzenia, bo samotne małe jeże wędrujące drogą w samo południe to nie jest normalne zjawisko. Młoda postanowiła zanieść go do schroniska. Od nas do schroniska dla dzikich zwierząt jest jakieś 4 kilometry, ale Młoda uparła się iść na nogach, bo dla życia jeżyka warto podjąć się takiego trudu.

No i poszła niosąc jezyka w pudełku po butach, gdzie siedział sobie na miękkim ręczniczku i przykryty siankiem pożyczonym od królika. Gdy wróciła, stwierdziła że kopyta jej zaraz odpadną, ale też była z siebie dumna i zadowolona.  Opowiadała, że w drodze spotkała sympatyczną babcię spacerującą z pieskiem, która  do niej zagaiła i zaczęła pogawędkę. Babcia zajrzała do pudełka, pogłaskała jeżyka i opowiedziała, że też różne biedne stworzenia do schroniska nosiła.

Jestem dumna z mojej córki i wiem że każde stworzenie małe i duże może liczyć na jej pomoc. Empatia to wielka zaleta i moc wysokowrażliwych osób. Młody też ma ten dar. Cały wieczór się martwił o jeżyka. Zastanawiał się, czy możliwe, że ktoś znalazł jego mamę, bo może spotka ją tam w schronisku... Powiedziałam mu, że na pewno spotka tam inne zwierzątka, może nawet inne jeżyki, że dobrzy ludzie się nim zaopiekują, że jest tam lekarz dla zwierząt, że jeżyk będzie tam bezpieczny i będzie miał tam ciepło i jedzenie, a na wiosnę, gdy dorośnie, wypuszczą go do lasu, gdzie spotka się z innymi jeżami a może nawet ze swoją mamą albo rodzeństwem. To go uspokoiło i mógł iść spokojnie spać... Tyle że sam zaczął źle się czuć i wyskoczyło mu 38 stopni. 

Urlop. Ortodonta. Choroba


Cieszę się zatem, że mam urlop i mogę z nim spędzac dużo czasu. Wce wtorek do południa miał gorączkę i dużo spał, a jeszcze wiecej się przytulał. Po południu jednak rozebrał sie nagle z gepardowego onesie i kazał dać sobie normalne ubranie i włączył komputer, by sobie zagrać. Super, bo akurat Młoda miała wizytę u ortodonty i musiałyśmy skoczyć do centrum rowerami.

Ortodontka zrobiła odciski japy Młodej, co kosztowało mnie 120€, z czego ubezpieczyciel ma oddać 74€. Następną wizytę ustaliła na ferie świąteczne, kiedy to nam powie, czy trzeba wyrywać 2 zęby u dołu, czy też od razu da się zamontować aparaturę korygującą. Potwierdziła też, że otrzymała mejlem dokumenty od naszego ubezpieczyciela. My też otrzymaliśmy mejlem te dokumenty, w których informują nas, że otrzymamy 375 € zwrotu za aparat. No szał po prostu, przy cenie 2.500€ No, ale lepszy rydz niż nic.

W nocy Młody spał znowu ze mną, a tata u Młodego. Choć nie wiem, czy to można nazwać spaniem. Młody przez większość nocy miał gorączkę, a u niego gorączka to okropne zjawisko. Temperatura rośnie gwałtownie do 39, a Młody ma dreszcze. Po czym równie gwałtownie spada, a Młody się poci i majaczy. Gada od rzeczy, łapie coś w powietrzu i gada do tego, próbuje też czasem gdzieś iść. Masakra. Tej nocy trzy razy zmieniałam mu kompletnie mokrą od potu piżamę. Rano nie pamiętał nic i był zdziwiony, że ma inną piżamę.

Potem postanowił znowu pooglądać "Było sobie życie", który to film odkrył nie dawno na Netflixie. Uważam, że to bajka akuratna na czas choroby. Od razu człowiek lepiej się czuje, jak sobie uświadomi, że w środku mu samolocki latają i żołnierze bronią nas przed wirusami haha. Ale tak serio to ta bajka jest niesmowita. Uwielbiałam ją oglądać za gówniarza i wiele mnie ona nauczyła o moim ciele. Potem poleciłam ją moim córkom i one też oglądały z wielkim zainteresowaniem. Nawet teraz, jak Najstarsza zobaczyła, że Młody to ogląda od razu się przysiadła i wielce się uradowała, gdy powiedziałam jej, że to z Netflixa i że jest nawet w polskiej wersji językowej. Ona stwierdziła, że woli po angielsku i poszła szukać u siebie. Netflixa mamy bowiem wykupionego na 5 stanowisk, więc każdy ma własny profil i może oglądać na własnym laptopie.

Belgisjkie szpitale. 

Wczoraj mieliśmy zaplanowane dwa badania neurologiczne, ale jakaś babka zadzwoniła i powiedziała, że doktor zapisał im to badanie na 15.30 a one pracują tylko do 16, podczas gdy badanie trwa około godziny. Pytały, czy możemy przyjśc rano, ale my mamy wieczorem jeszcze inne badanie w tym samym szpitalu  i 2 razy nie zamierzam tam jechać pociągiem. Złaszcza że nie było wiadomo, jak Młody będzie się czuł i czy może cały dzien siedzieć sam. Znaczy z Najstarszą, ale to nie wiele zmienia, bo siostra to nie mama. Drugie badanie jednak odbyło się normalnie, a nawet wcześniej, bo z godzinę wcześniej dotarłyśmy do poczekalni i doktor kazał nam nigdzie nie łazić, bo może uda mu się wcześniej Młodą przyjąć. I tak się stało.

Ze szpitalami jest tak, że człowiek nigdy nie wie, ile mu zajmie zarejestrowanie się, bo nigdy nie wiadomo ilu ludzi wtedy przyjdzie i ile okienek będzie otwartych. Choć proces rejestracji w belgijskich szpitalach jest bardzo nowoczesny. W tym, w którym byłyśmy wczoraj wygląda to tak, że przy wejściu wtyka się swój dowód do specjalnego czytnika i to ustrojstwo drukuje nam numerek. Idziemy do poczekalni i czekamy aż nasz numerek pojawi się na ekranie wraz z numerek okienka, do którego mamy iść. Gdy podchodzimy do okienka, tam pani (lub pan) już wie o nas wszystko, bo urządzenie przy wejściu pobrało dane z naszego dowodu. Mają więc nazwisko i adres oraz przypisane do nas wizyty, czy informacje o ewentualnym przyjęciu do szpitala, a także informacje o ubezpieczeniu. Jeśli byliśmy już kiedykolwiek w tym samym szpitalu to mają też nazwisko lekarza rodzinnego, adres mejlowy, numer teefonu i wszystko inne. Rejestracja trwa zatem 2-5 minut, nie licząc oczywiście czasu oczekiwania na dojście do okienka, bo to może trwać i godzinę w godzinach szczytu, a innym razem jeszcze dobrze ci się numerk nie wydrukuje a już świeci się on na tablicy. W okienku dostaje się różne dokumenty i wskazówki co do kierunku marszu na dany oddział. Zwykle trasy są oznaczone numerami i trzeba śledzić strzałki w korytarzach. Czasem dla ułatwinia są jeszcze kolorowe kreski albo inne znaczki na podłodze i wtedy pani w okienku mówi "podążaj za żółtą kreską"...


Miniona noc znowu była z gorączką, ale teraz Młody znowu gra na kompie, czyli bedzie żyło :-)

Bardzo się cieszę, że mam ten urlop, bo chyba bym fiu bziu dostała, gdyby musiała teraz do pracy jeszcze chodzić. Wielce prawdopodobne, że zostawię połowę moich klientów po Nowym Roku, żeby pracować tylko do południa, bo tym systemem w takich a nie innych  okolicznościach zwyczajnie długo nie pociągniemy. Z jednej strony pieniądze są nam teraz bardzo potrzebne i te kilkaset euro  miesięcznie mniej, pewnie zrobi różnicę, ale z drugiej strony za te kilkaset euro zdrowia żadne z nas sobie nie kupi. Wszyscy się zgadzamy co do tego, że gdy matka będzie po południu w domu, może to mieć bardzo pozytywny wpływ na nasze życie i zdrowie.





29 października 2016

Halloween, czy Wszystkich Świętych, które święto zmarłych lepsze?

nasza upiorna laleczka z piłki i starych szmat :-)
Halloween! Co to się ludzie w Polsce opsioczą na to - jak twierdzą - "amerykańskie święto" co roku, to głowa mała. A ono takie samo amerykańskie jak i święty Mikołaj czy choinka. Koloniści pojechali do Ameryki, naopowiadali im o naszych europejskich tradycjach i zwyczajach, i tamtym się spodobało. Zaczęli małpować, dostosowywać do własnych potrzeb i warunków, dodawać swoje elementy, a potem z kolei ktoś inny tam pojechał i zobaczył, że te ichnie wersje też fajne i postanowił u nas tak robić...

Ludzie dziś są bardzo mobilni, jest telewizja, Internet, czasopisma, dzięki czemu ludzie z całego świata mogą wymieniać się pomysłami, co kiedyś było nie do pomyślenia. Dlatego tradycje i święta się ujednolicają, zmieniają i mieszają.

Przyjrzyjcie się swojej choince, jak ubieracie ją na święta? Ale prrr! Zacznijmy od wyjaśnienia sobie, że choinka nie jest bynajmniej katolickim symbolem, jak dziś wielu uważa. Przez wiele lat była fanaberią bogaczy i była ostro krytykowana przez kościół, choć dziś przy każdym ołtarzu ze 3 stoi, bo czasy się zmieniają. A w ogóle to dokładnie nikt nie wie, kiedy się to szaleństwo choinkowe zaczęło. Drzewa jako takie już w starożytności były uważane za siedlisko różnych duchów, bogów i temu podobnych. Przystrajanie gałęzi lub całych drzew czy innych chabazi występuje chyba w większości religii całego świata we wszystkich etapach historycznych. Jednak na "katolickiej" choince z pierwa wieszano owoce i ozdoby ze słomy, papieru. Jeszcze za moich dziecięcych czasów sami robiliśmy ozdoby na choinkę - z papieru, z ciasta, wieszaliśmy jabłka i cukierki oraz szklane bombki. A dziś? Choinki ubrane na czarno? Choinki ubrane w kokardy w czerwoną kratkę? Plastikowe choinki w kolorze białym, czarnym, niebieskim i sraczkoburaczkowym..Choinki! Dziś to już częstokroć pogięta wierzba postawiona w kryształowym wazonie za milion złotych czy euro udaje choinkę, czyli - powiedzmy sobie szczerze - nie ma nic wspólnego z "prawdziwą" choinką, ale jaka jest ta prawdziwa? Ano pewnie taka, jaka chcemy żeby była, która pasuje do naszego domu, możliwości i fantazji, bo to do cholery każdego sprawa indywidualna, jakie drzewko se na święta przystroi, czy w ogóle będzie miał drzewko i czy w ogóle obchodzi święta. 

Tak samo jest z Halloween i każdym innym świętem czy uroczystością. Tyle, że ludziom nie dogodzi, ludziom zawsze coś przeszkadza. 

W każdym bądź razie Halloween nie wolno obchodzić 31 października w Polsce, bo na drugi dzień jest Wszystkich Świętych! To jak Młoda ma urodziny w Wigilię to też nie powinna ich obchodzić, bo nazajutrz będzie Boże Narodzenie? Strzelcie se ludzie baranka (rozpędzić się i przywalić łbem w ścianę), a może zaczniecie się zajmować bardziej swoim życiem, niż cudzym. Co kogo interesuje, w jaki sposób sąsiad spędza czas i co świętuje? Katolicki pleban łazi na przeziory i za "cołaską" po domach, kolędnicy chodzą na żebry, Świadkowie Jehowy chcą przekonać do zmiany poglądów to i inni przebierańcy też mogą łazić. Żadnego z nich nie musicie wpuszczać do swojego domu, ani żadnemu niczego dawać, ani z żadnym się identyfikować, bo wam wolno, tak jak im wolno łazić i się przebierać i gadać. Każdemu wolno świętować co chce i z kim chce. Wy nie musicie w tym brać udziału, nikt was nie zmusza przecież. Czy zmusza...? 

No i jak ktoś jednego dnia przebierze się za wampira i przetańczy całą noc z innymi upiorami, a na drugi dzień pójdzie na cmentarz zapalić świeczkę na grobie najbliższych czy całkiem obcych to co? Przecież nawet jak ktoś wierzy w innego niż wy Boga, nawet jak jest ateistą i nie wierzy w życie pozagrobowe, to ma chyba do cholery prawo uczcić pamięć zmarłych, o których myśli. Gdzie jest napisane, że na cmentarz nie wolno wchodzić niekatolikom? Czy może do zniczy w Polsce dołącza się ulotkę, w której się zaznacza, kto nie może z nich korzystać? Myślę oczywiście o dorosłych ludziach, którzy potrafią obchodzić się z zapałkami i mogą sami decydować według jakich zasad żyć chcą i w co wierzyć albo nie wierzyć.

Są jeszcze tacy, co krytykują Halloween za wypieranie polskich tradycji i z tymi była bym się w stanie nawet zgodzić, tylko że ludziom adresaci się pomylili. Rodacy uważają (tak wynikało by z tego co czytam, widzę i słyszę), że to Amerykanie są temu winni. A nie zapomnieli wy przypadkiem kto w Polsce zakazuje świętować andrzejki czy katarzynki jako pogański zabobon?! (tak jakby palenie ognia na grobach takowym nie było). Idźcie do waszego proboszcza i się go zapytajcie, co o tym sądzi, to może wam się przypomni. I jak se będziecie wróżyć albo czytać horoskop w gazecie, to nie zapomnijcie się z tego wyspowiadać ;-P 
Polacy (Słowianie) mieli też swoje święto miłości,  czyli święto kupały, ale bozia się gwiewała, więc wkręcono w nie Świętego Jana, ale i tak umarło z czasem,  no to trzabyło znaleźć zamiennik i teraz mamy walentynki. I co w tym złego? Ano nic. Może szkoda trochę starych tradycji, ale nic nie trwa wiecznie, a życie to wieczne zmiany.

A tak w ogóle to co zrobiliście w celu uratowania przed zaginięciem "naszych" tradycji poza gadaniem że takie są i że Halloween je niszczy? Ja przez kilka lat próbowałam przybliżyć te tradycje dzieciom (nie swoim - obcym), opowiadałam, czytałam im o nich, organizowaliśmy wieczory wróżb, przedstawienia... Dopóki nie zaczęli mi tego zabraniać w imieniu kościoła buahahaha. A wy pieprzycie, że to wina Amerykanów... (gwoli ścisłości, bo pewnie i tak nie poczytacie - halloween jest świętem celtyckim, czyli europejskim)

Od kilkunastu lat w koło to samo do porzygania! Znowu te debilne memy "w Polsce obchodzimy wszystkich świętych a nie halloween". A co ma piernik do wiatraka?! To dwa różne dni, dwa różne święta! To tak jakby krzyczeć świętujmy Wielkanoc zamiast Bożego Narodzenia albo Dzień Babci zamiast Dnia Nauczyciela. Sens taki sam. Niestosowne jest malowanie pisanek na Boże Narodzenie czy czekanie na mikołaja w wielkanoc tak samo jak stawianie dyń na grobach zamiast zniczy, ale poza tym jedno obok drugiego spokojnie może istnieć. Tak uważam ja WIEDŹMA! Jeden lubi pomarańcze, drugi jak mu stopy śmierdzą. 

A skoro wam się tak strasznie nudzi, to idźcie do najbliższej biblioteki, księgarni lub chociażby w sieci poszukajcie rzetelnych informacji na temat tych wszystkich świąt, ich genezy, zwyczajów w różnych krajach, a może przynajmniej zrozumiecie przeciwko czemu protestujecie. Podawanie bowiem w obieg niesprawdzonych informacji może poczynić wiele szkody zarówno innym jak i wam samym.

W Belgii ludziom w każdym bądź razie nie przeszkadza obchodzić tych dwóch świąt na raz. Niektórzy ustawiają koło domu lub w oknach halloweenowe dekoracje jednocześnie przygotowując wieńce na groby swoich najbliższych. Tutaj nie ma zwyczaju palenia zniczy na grobach. (znicze to są na okazję ślubów czy innych imprez zapalane) Nie dawno pokazywałam znajomym zdjęcia polskich cmentarzy nocą po 1 listopada. Bardzo im się spodobał ten zwyczaj. Tutaj tego nie ma i mówili, że taki oświetlony cmentarz musi robić wrażenie i na pewno ma specjalną atmosferę. Taki oświetlony zniczami cmentarz nocą faktycznie robi wrażenie, jakby przez te światła zyskiwał jakąś moc. W nocy jest cisza i można wtedy w spokoju porozmawiać ze zmarłymi, czy raczej ze sobą (nie wiem, co gorzej brzmi, ale spokojnie - ja już jestem pod opieką psychiatry ;-) ).

Zaczęłam pisać ten post z chęcią opowiedzenia wam o naszym wieczorze halloweenowym, ale wcześniej byłam na fejsie i znowu w oczy poraziły mnie wyżej wspomniane memy, no to powiedziałam co myślę. Taki przydługawy wstęp powstał więc niechcący.

Nie mieszkam w Polsce, więc nie muszę się zastanawiać, czy świętować Andrzejki czy Halloween, bo tego pierwszego nikt tu nie zna. Nie chodzi się tu też po domach, ale w szkole dzieci się przebierają na Halloween i to jest przesympatyczny zwyczaj. Opowiadałam w zeszłym roku (czy 2 lata temu), że była w taki dzień w szkole podczas lekcji. Poczułam się wówczas jak w samym Hogwarcie i zaczęłam wypatrywać Harrego i Hermiony. Każdy przechodzi przebrany, dziewczyny noszą miotły, chłopaki czasem jakieś widły czy miecze. I tak cały dzień w przebraniach  się uczą. Nie ma jakiegoś balu, czy dyskoteki jak w Polsce na andrzejki bywało. Czasem jest konkurs na najlepsze przebranie na przerwie, ale poza tym są normalne zajęcia. 

W restauracjach, parkach rozrywki i temu podobnych przybytkach organizowane są zabawy halloweenowe dla dorosłych z przebraniami obowiązkowymi. Sklepy udekorowane są strasznymi dekoracjami. Ot cała fizjologia... czy tam filozofia. Wnerwiające jest co innego. Halloween jest po jutrze, a ja w minionym tygodniu chciałam kupić pajęczynę na nasz wieczór halloweenowy, bo dziewczyny stwierdziły, że jest mało strasznie i wiecie co? Nie ma! A dlaczego nie ma? Bo kurde wszędzie są już artykuły świąteczne: bombki, choinki, renifery, światełka, choinki, łańcuchy i cała reszta. W jednym sklepie to już miesiąc temu wyłożyli te gadżety na Boże Narodzenie. Chcąc kupić coś na Halloween to chyba koło Wielkanocy by się trzeba zacząć  rozglądać, a najpóźniej w wakacje.

Niech się wypchają, zrobiłyśmy se same pajęczyny ze sznurka i ze starych moskitier.

stare moskitiery jako pajęczyna dekoracyjna pokoju Młodych

Zrobiłyśmy też lampiony ze słoików. Pomalowaliśmy je farbą akrylową z dodatkiem kleju. Nawet Młody zrobił jeden lampion samodzielnie.

artyści przy pracy
gotowe lampiony


Młode upiekły ponadto "zgniłe ciastka" marchewkowe z dodatkiem czarnego barwnika, zielone paluchy wiedźmy z drożdżowego ciasta, kości bezowe i na koniec miotły z paluszków, szczypiorku, wędliny i sera. Jednak najlepsze jak zwykle okazały się zwykłe chipsy i cola :-) No nie, bezy jeszcze cieszą się zawsze powodzeniem na każdej imprezie i te też zniknęły w kilka sekund.

Błąd zrobiłam z paluchami. Korzystałam bowiem z przepisu na paluchy drożdżowe, ale jakoś tak bezmyślnie, bo się śpieszyłam. Lepszym pomysłem na paluchy dla dzieci było by dodanie cukru do ciasta i polanie ich sosem truskawkowym. Zwykłe ciasto drożdżowe i ketchup to był nie najlepszy pomysł, choć mi smakowały. Mój błąd!

Dobrym prostym pomysłem jest też zrobienie duchów z bananów i dyni z mandarynek, ale marker nie lubi pisać po owocach...


paluchy wiedźmy - ciasto drożdżowe 


Młoda przygotowała prezentację w Movie makerze o strachach dzieciństwa, na której znalazły się (kolejność przypadkowa):

- Buka z Muminków i Hatifnatowie
- odkurzacz Teletubisiów
- clown
- lekarz i dentysta
- strzykawka
- potwór pod łóżkiem
- ciemność
- zamek błyskawiczny (no co, nie mówicie, że wy nie mamrotaliście w myślach "tylko nie przytnij mi brody, tylko nie przytnij mi brody" gdy dorośli zasuwali wam kurtkę...?)
- otwarta szafa w nocy
- odpływ w wannie (który może wciągnąć)

A wy czego się baliście, jak byliście mali?


Jedną z atrakcji naszej imprezy był spacer po lesie w ciemności. My mamy 500m do lasu i poszliśmy koło 20tej, a ciemno było okropnie. Młody też poszedł z nami, bo nigdy nie był jeszcze w lesie nocą. Dziewczyny straszyły się wzajemnie i było trochę pisków i uciekania. Każda szła uzbrojona w świecącą bransoletkę, ja i młoda miałyśmy latarki a jedna dziewczyna buty ze światłami (takie z włącznikiem i ustawieniami kolorów - ostatnio modne).Nie wiem tylko, co pomyśleli sobie kierowcy mijający naszą wycieczkę w drodze do lasu (bo do lasu wjeżdżać nie można) - te światełka, czapki czarownic na głowach i Młoda na przedzie w tym swoim upiornym makijażu. Mam nadzieję, że nie narobili w spodnie... Oto i moja pociecha. Urocza, prawda :-) Sztuczną krew robiła z ... kakao? Pomysł z internetu. 
Młoda i jej własnoręcznie wykonane przebranie :-)