Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

1 stycznia 2026

Podsumowanie 2025

Rok się zakończył więc podsumuję sobie wszystkie dobre rzeczy, które przez 12 miesięcy się zdarzyły.

Zakupiłam 2 rowery elektryczne, które ułatwiają życie mnie, córce, a przede wszystkim synowi, który pokonuje codziennie blisko 20 km na rowerze na trasie dom szkoła. 

Odebrałam w tym roku dwie ostatnie dawki Zomety i poddałam się usunięciu portu dożylnego, co zakończyło kolejny etap zdrowienia po raku.

Zakończyłam kolejną trudną próbę odnalezienia się na rynku do pracy. Chociaż świetlica okazała się za trudna, to jednak warto było zdobyć nowe umiejętności i wiedzę, a przede wszystkim dowiedzieć się czegoś nowego o sobie samej uświadamiając sobie, że nowa ja nie jest mną sprzed raka.

Cały rok odkrywałam swoją nową porakową siebie i uczyłam się na nowo myśleć i żyć. To był rok wielu refleksji, wielu frustracji, walki ze sobą i zawierania ze sobą pokoju. Kolejny rok zdrowienia po raku i poznawania siebie.

Kupiłam sobie garnek do pieczenia chleba i inne akcesoria i korzystając z przydługawego zwolnienia lekaeskiego i bycia w domu, nauczyłam się i  zaczęłam systematycznie piec chleb na zakwasie, co dało mi wiele satysfakcji.

Młody uratował życie swojej byłej klasowej koleżance, która wzięła garść tabletek..

Młody zmienił szkołę na alternatywną i jest bardzo zadowolony.

Najstarsza odbyła półroczny staż w "zieleni", dzięki czemu zdobyła wiele nowego doświadzcenia i dodała kolejny punkt do cv.

Najstarsza otrzymała diagnozę (Zespół Turnera), która wreszcie wyjaśniła a zarazem usprawiedliwiła większość jej problemów zdrowotnych. W raz z diagnozą pojawiły się też wytyczne co do tego, jak dbać o zdrowie, jakie kontrole systematycznie przechodzić, by uniknąć lub zminimalizować ryzyko albo przynajmniej na czas wykryć kolejne poważne problemy zdrowotne związane z tą chorobą genetyczną. 

Adoptowaliśmy 3 kury i udało nam się wykurować naszą kurkę Riko.

wrzosowisko


Rok 2025 turystycznie

Odbyłam też całkiem sporo wycieczek po kraju, bo bliższej o daleszej okolicy. Czasem sama, czasem w towarzystwie najbliższych. Wypunktuję je tutaj:

1. W towarzystwie Syna zwiedziłam niedokończony hotel w parku Vrijbroekpark w Mechelen.

2. Jak co roku byliśmy też latem na plaży w Ostendzie, by się poopalać i popływać.

3. Obejrzeliśmy wystawę wśród żonkili w sąsiedniej gminie.

4. Kilka razy owiedziliśmy Antwerpię, spacerując po parkach, pijąc drinki i kawę w fajnych kawiarniach i barach, zwiedzając muzeum MAS.

5. Kilka razy odwiedzałam Brukselę turystycznie. Z Synem zwiedziłam muzeum w ratuszu i Muzeum Kanalizacji, z córką obejrzałam ponownie Muzeum Historii Naturalnej, sama zwiedziłam podziemne muzeum Pałacu Coudenberg i Muzem Instrumentów.

6. W towarzystwie syna zwiedziłam muzeum miejskie w Dendermonde i obfotografowałam parki.

7. Wiosną byliśmy we we czwórkę w Ogrodzie Japońskim w Hasselt.

8. Wraz z dziećmi wybrałam się też na zorganizowany siedmiokilometrowy marsz w naszej gminie, podczas którego obejrzeliśmy dwa piękne zamki, które nie są zwyczajnie dostępne do zwiedzania.

9. Z córką wybrałam się do walonii do Lessen gdzie zwiedziłyśmy ogromne i fascynujące muzeum szpitalne Hospital Notre Dame a la Rose.

10. Sama odwiedziłam ponownie Gandawę, gdzie wybrałam się do dwóch muzeów: Muzeum Uniwersyteckiego GUM oraz muzeum opactwa.

11. Odwiedzilam też byłą sąsiadkę w Charleroi przy okazji zwiedzając to ponure miasteczko.

12. W maju z okazji moich urodzin wybrałam się z dziećmi do De Panne, gdzie jeden dzień spędziliśmy w parku rozrywki Plopsaland, a drugi na plaży.

13. Na początku lata wybrałam się na krótką przejażdżę starą ciuchcią parową w Baasrode wracając myślami do czasów dzieciństwa.

14. W towarzystwie syna wybrałam się na naszych rowerach elektrycznych do Ogrodu Botanicznego w Meise.

15. Wraz z córką wybrałam sie w tym roku na regaty wannowe do Dinant, gdzie poza tym odbyłyśmy też krótki marsz po górkach dinanckich.

16. Pod koniec lata pojechałam w towarzystwie dzieci do belgijsko-holenderskiego Parku Kalmhoutse Heide, gdzie przemaszerowaliśmy ok 9km i podziwialiśmy wrzosy.

17. Byłam też z córką w Brugii na imprzeie kulturalnej, gdzie obserwowałyśmy linoskoczka maszerującego nad dachami po linie, potem wielkiego mechaniczneo pająka, w wcześniej zwiedziłyśmy jedno z miejskich muzeów.

18. Owiedziliśmy też ponownie Pairi Daiza, najpiękniejsze zoo w Europie.

19. Dwa dni spędziłam też z dziećmi w okolicach Rochefort, gdzie jeden dzień poszliśmy na safari w Domaine des Grottes de Han, a drugiego dnia maszerowaliśmy po okolicznych górkach.

20. Z córką byłam na koncercie szantowym w Antwerpii, a innym razem rodzinnie poszliśmy na koncert Kultu do Brukseli.

21. Poza tym odbyłam wiele marszów po okolicy z Małżonkiem, z dziećmi i sama. Trochę też rowerowałam za każdym razem coś ładnego odkrywając.


Rok 2025 czytelniczo

Na początku roku czytanie szło mi opornie, ale powoli coś tam od czasu do czasu kartkowałam. W czasie letnim udało mi się kilka tytułów przeczytać. Późną jesienią nagle powróciła radość i chęć czytania, więc trochę poprawiłam swoje statystki czytelnicze. Więcej udało mi się przeczytać po niderlandzku niż po polsku, choć mam spore zapasy książkowe w ojczystym.


większa część tegorocznych lektur


Po niderlandzku

  1. Beter worden is niet voor watjes
  2. Dasha Kiper - Als het elke dag zondag is
  3. Inge Verbrugen - Noodkreet
  4. Arnold Van De Laar - Onder het mes
  5. David Walton - De plaag
  6. Franck Thilliez - Zwanenzang
  7. Jo Claes - Een tragisch verhaal
  8. Fleur Pierets - Julian (e-book)
  9. Lore T. en Frauke Joossen - Sterke meisjes huilen niet
  10. Suzanne Vermeer - Zomertijd
  11. Helen Vreeswijk - Ontvoerd
  12. Oliver Sacks - Musicofilia. Verhalen over muziek en het brein
  13. Philipp Vandenberg - Het graf van Campo Santo
  14. Martin Pistorius - Ghost boy


Po polsku
  1.  Ryszard Kapuściński - Imperium
  2. Zespół Turnera. Głosy i doświadczenia.
  3. Konrad Malec - Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych
  4. Lars Chittka - Pszczoły. Krótki lot w głąb niezwykłych umysłów
  5. Leah Hazard - Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu
  6. Grażyna Plebanek - Bruksela
  7. Tulia Topa - Jak rozbiłam szkło (e-book)
  8. Lars Berge - Dobry wilk
  9. Stephen Seager - Psychopaci
  10. Babilon. Kryminalna historia kościoła



26 grudnia 2025

nasz grudzień na co dzień i od święta

W tym ostatnim miesiącu roku sporo się działo, ale jakoś nie miałam chęci na pisanie. Przeto teraz, skoro znowu mam ochotę pisać,  będę próbowała to nadrobić. Spodziewaj się zatem długiego tekstu...

Na początku grudnia byliśmy w kinie na FNAF 2. Znaczy ja i dwójka młodzieży. Najstarsza na pytanie, czy jedzie do kina, tylko przewróciła oczami, bo ten film to zupełnie nie jej klimat. Mnie się podobało, mimo że w drugiej części nie ma mojej ulubionej babeczki ;-) Czasem dobrze obejrzeć takie totalne pierdolety, by oderwać się od ponurej i szarej rzeczywistości. Tym razem pojechaliśmy do Mechelen i trzeba tu dodać, że powrót mieliśmy trochę z przygodą.


Młody w swoim epickim płaszczu


Pociąg wyruszył ze stacji, ale po kilku chwilach się zatrzymał. Z pierwa myśleliśmy, że czekamy na czerwone światło, czy coś, ale coś długo to trwało. W końcu zaszumiały głośniki i ogłoszono problem techniczny i że SPRÓBUJĄ go szybko rozwiązać... 

Dłuższą chwilę potem powiedzieli, że będą restartować pociąg i że zgasną światła... Kurde, jak to dziwnie, wręcz niedorzecznie brzmi, że pociąg trzeba zrestartować... 

Przez chwilę siedzieliśmy po ciemku i się zastanawialiśmy, co myślą sobie teraz ludzie, którzy nie rozumieją komunikatów po niderlandzku, a na pewno wielu takich w pociągu jechało... Pierwszy raz zdarzyło mi się siedzieć w pociągu w ciemności. Śmiesznie było. Następnie ogłoszono, że zaraz startujemy, ale zostają wdrożone procedury bezpieczeństwa, co oznacza, że przez kilka kilometrów będziemy jechać w żółwim tempie i tak też było. Już się zaczęliśmy zastanawiać, czy nie wysiąść na pierwszej stacji i nie zadzwonić do Małżonka, by po nas przyjechał, ale też nam się nie spieszyło jakoś specjalnie nigdzie. W rezultacie przyjechalismy na naszą stację z godzinnym opóźnieniem.

W temacie kolei będąc dodam, że parę dnie później Młody przysłał mi zrzut ekranu z telefonu z rzekomą trasą swojego pociągu, która nie miała niczego wspólnego z rzeczywistością. Pokazywała bowiem losowe (choć pobliskie) stacje, których nie ma w ogóle po drodze na tej trasie. To jest zabawne, jeśli to dla kogoś codzienna znana  trasa, ale dla osób, które pierwszy raz jadą w dane miejsce i korzystają z apki, żeby wiedzieć, gdzie się przesiąść, czy wysiąść to niezła musi być zagwozdka. Ta cała elektronika i  nowe technologie to dobra rzecz, która bardzo ułatwia człowiekowi życie, ale niestety czasem bardzo zawodzi i wprowadza w błąd. Dobrze jest o tym pamiętać cały czas, by brać na to poprawkę.

grudzień…




Początek grudnia był wyjątkowo ciepły. Pod domem kwitły  i  owocowały nam poziomki, kwitły też  mniszki i stokrotki, a nie dawno zauważyłam też i boleśnie odczułam, że leszczyna się zażółciła, a ja mam na to zielsko alergię, co mi się już daje we znaki cieknącym nosem i piekącymi oczami. Widzę też zielone pączki liściowe na niektórych drzewach, co już lekko niepokoi, bo to chyba jeszcze nie pora.

Na przekór aurze zaokiennej w domu zrobiłam nam zimową dekorację i może tym sposobem wywołałam zimno...?

Specjalnie na tę okazję kupiłam i ułożyłam zimowe puzzle, a potem zapakowałam je w ramkę z actionu.

Bałwanek za 1 euro z kringloopa.



Choinkę kupilimy za 19€ w budowlanym, do tego wzięłam paczkę białych szklanych bombek, a reszta szklanych bombek kupiłam z w kringloopie po kilka centów za sztukę.

Rodzinę gnomów kupiłam w Action. Od dawna marzyło mi się mieć takie gnomy. Teraz będę je co roku mogła wystawiać.


Wczoraj już było chłodniej, a nawet lekko przymroziło. W informacjach gdzieś nawet w oczy mi się rzuciło, że oczekuje się najzimniejszego okresu świątecznego od 15 lat... Dziś jest ze 3 stopnie poniżej zera i słonecznie, ale wiatr dość mocny i odczuwala to z minus 10, choć bez wątpienia to przyjemna aura i miło się w taką pogodę spaceruje. 

Czasem chodzę na spacery, ale nie będę ukrywać, że często w ogóle mi się nie chce i nie czuję się na siłach, więc olewam to i siedzę sobie całe dnie przed ekranem lub z książką na kanapie pod kocykiem. Ostatnimi czasy staram się jednak prawie codziennie poćwiczyć pół godziny w domu - skakanka, brzuszki, pompki, rozciąganie. Z miłym zaskoczeniem stwierdziłam właśnie, że znowu jestem w stanie zrobić mostek, co na początku moich ćwiczeń było dla mnie kompletnie niewykonalne - za słabe miałam ręce i za mało mi się wyginały do tyłu. Udało się ten błąd jednak naprawić systematycznymie prostymi i niezbyt męczącymi ćwiczeniami ogólnymi. Dodam tutaj też (głównie dla siebie samej), że odkąd przynajmniej parę razy w tygodniu ćwiczę przykładnie, mogę rano, a nawet w nocy, prawie normalnie po schodach schodzić, bo stawy mnie o wiele mniej bolą, a do niedawna schodziłam tyłem, żeby zmniejszyć ból. Znakiem tego gimnastyka działa jak oczekiwałam. 

Zaczynam ćwiczyć i/lub chodzić czy rowerować, by po kilku tygodniach a nawet dniach przerwać i znowu zacząć, a potem znowu zaprzestać, ale ważne, że wcześniej czy później zaczynam i że ogólnie coś tam  porobię od czasu do czasu, by nie zasiedzieć się całkiem na tym przydługawym chorobowym.

wieś o poranku, znaczy koło 8 rano :-)

 Raz dziennie staram się wyjść z kurami poza ogród, by sobie trawy podziobały i pogrzebały, bo to dla nich zdrowe zarówno dla brzuszków jak i kurzej psychiki. Kury znudzone wyrywają sobie piórka i są smutne - tak w skrócie rzecz ujmując. Dla mnie to też zdrowe, bo spędzam te pół godziny na świeżym powietrzu, a obserwując poczynania kurczaków relaksuję się i odstresowuję zapominając o całym świecie i wszystich problemach. Kurczaki mogą być dobrą terapią.

Niestety okazuje się, że dokoptowanie kur nie poprawiło sytuacji pomiędzy naszymi kogutami, a nawet  wprost przeciwnie. Teraz to dopiero się naparzają skurczybyki. Mamy na urwipołciów baczenie i rozganiamy ich, bo teraz to już nie są głupie zabawy tylko bardziej walka na śmierć i życie. Heniek zasadniczo okopał się ze swoimi dwoma kurami w szopie... no, w zasadzie to z jedną, bo Bożena to chodzi, gdzie jej sie podoba i robi co chce, choć wyraźnie należy do heńkowego stada. Sunny towarzyszy Heniowi cały czas i jako jedyna się go słucha. Jak Heniek mówi, by nie wychodziły poza ogród, to ona nie wychodzi, choć bardzo biadoli wtedy kooooo-kooooo-koooo - zawodzi po kurzemu. Bożena wychodzi i tylko odburkuje coś tam na heńkowe nakazy powrotu. Tak, kogut wyraźnie oznajmia, że nie wolno wychodzić i że należy wrócić - ma na to specjalne dźwięki, specyficzne kurze słowa, które my już też znamy. Ogólnie rozumiemy już doskonale, kiedy kury co mówią, a mają tych "słów" całkiem sporo różnych na każdą okazję. Fajnie jest uczyć się kurzego języka i niesamowite jest odkrywać, że kury mają takie skomplikowane relacje i ciekawe życie.

Chica drań

Heniek drugi drań z piórami Chikiego w dziobie


Balbina

Balbina jest moją nową dobrą koleżanką, zaraz po Riko. Chodzi za mną krok w krok jak tylko pojawię się w ogródku. Jak zostawimy otwarte drzwi, wchodzi bez wahania do domu. Kiedyś, jak karmiłam resztę kur  smakołykami, ta pomaszerowała do środka i udała się na zwiedzanie salonu. Szła powoli rozglądając się uważnie wokół niczym turystyka w nowym mieście. Zajrzała nawet do kosza na śmieci przy klatce świnek. Wielka jest i ciężka, bo lubi se zjeść, ale też miękka jest i gładka. Już nie śmierdzi, a pachnie ładnie kurką, ale kurze stopy ma zawsze brudne, bo trawy u nas w ogrodzie nie uświadczysz, więc się brudzą w błocie…

Nie pamiętam, czy mówiłam, ale pozostałe dwie nowe kury mają na imię Wanda i Krystyna. Kryśka to Kryśka - odważna, energiczna, waleczna, wie czego chce i nie zawaha się przydzwonić dziobem, by to osiągnać. Nie można jej dotykać - odskakuje wtedy migusiem wysoko do tyłu lub w bok i nastawia dziób, żeby nie było wątpliwości. Choć wieczorem można ją czasem wziąć w łapy, by włożyć do kurnika, gdy się cuka z wchodzeniem. Wanda jest dosyć miła, ale nie lubi być podnoszona ani dotykana. Często stoi przy oknie i próbuje wyżebrać coś do jedzenia. Wszystkie trzy są wiecznie głodne i przeganiają silki non stop, choć Bożena czasem się wkurzy i kopa jednej czy drugiej zasadzi.

turystka Balbi na salonach 😜

W pierwszej połowie grudnia przez dwa dni świętowaliśmy z opóźnieniem urodziny Młodej. Jednego dnia był tort i prezenty, drugiego obiad w restauracji, czyli wszystko zgodnie z naszą tradycją.

Tym razem upiekłam podwójną porcję bezy i zrobiłam wysoki tort. Młoda miała jeszcze swój ulubiony przysmak na drugi dzień. Ozdobiłam go suszonymi kwiatami, co ładnie wyglądało, ale suszone kwiaty w smaku przypominają żarcie dla świnek i długo się je żuje, więc nie jedliśmy ich.

Znowu szukałam w pobliżu restauracji serwującej wegetariańskie potrawy i znowu przewracałam oczami na tę całą nagonkę na mięsożerców, której manifestację przeczą totalnie temu, co widać w realu, gdzie ciągle podstawą żywienia ludzi jest mięso, mięso  i jeszcze raz mięso. 

 Przejrzałam menu knajp w promieniu 20 km od domu i znalazłam jedną JEDNĄ! w miasteczku, która serwuje wegetariańskie żarcie, tylko że nie było by w niej z kolei nic dla Młodego... Wybraliśmy się zatem znowu do Mechelen do Het Anker. To jest browar, gorzelnia, restauracja i hotel w jednym. Dobra lokalizacja, blisko parking Indigo i przyjemny klimat w środku. Do tego ciekawostka taka, że większość potraw jest przyrządzana na bazie lub z dodatkiem produkowanych przez nich alkoholi, co dosyć interesujący smakowo efekt daje. Przetestowałyśmy też piwerka i likier.

Każdy w sumie znalazł coś dla siebie w menu, ale Młodemu mięsko nie smakowało. Ba, nawet go nie spróbował, bo nie wyglądało po jego myśli. Zjadł tylko frytki, a potem sobie Dame Blanche zamówił na deser i to wsunął oczywiście ze smakiem. Dla tych co nie znają, dame blanche to porcja (zwykle duża) lodów waniliowych z gorącą polewą czekoladową (podawaną zwykle osobno w dzbanuszku) i bitą śmietaną, czyli innymi słowy lody na bogato.

tort bezowy z suszonymi kwiatkami


piwerka w barwach flagi belgijskiej


gulasz wegański na piwie

creme brule z alko


O tym jak Młody je i co staram się nie myśleć, bo już niejedną noc przez to oka nie zmrużyłam. Nie mam do tego siły i nie mam pojęcia, jak ten problem ugryźć.  Już nawet nie chce mi się specjalnie dla niego dań na obiad przygotowywać, bo częstokroć to i tak próżny trud, gdyż on ich i tak nie tknie, bo nie.

Na śniadanie pije on ostanio matchę latte z syropem truskawkowym. Jak nie ma matchy, to nic nie pije ani nie je. Do szkoły idzie o głodzie na cały dzień, bo oczywiście, że do szkoły też nic nie chce brać. Jakiś czas nosił kubki z gotowym makaronem do zalewania, ale mu się przejadły i już ich nie tknie. Typowe dla niego, że jak znajdzie coś, co mu podjedzie to je to non stop póty, póki mu nie zbrzydnie i potem już tego nie tknie nigdy więcej. Czasem uda mi się przekonać go do zabrania pokrojonego w plasterki kiwi albo mandarynki, pokrojonego jabłka lub banana, innym razem weźmie łaskawie jakieś ciastko lub gofra, ale nie rzadko nosi to potem tygodniami w tornistrze niezjedzone. Zdarzało się że jak się zorientoewałam, że brakuje jakieś pudełka, to wtedy mu się przypominało, że jest w tornistrze i że trzeba je wyrzucić, bo jakieś kiwi w nim zgniło. Jeśli chodzi o ciastaka to liczba "jadalnych" jest bardzo niewielka. Nie raz stoję przed wielkimi i długimi, bogato wypchanymi regałami z ciastkami w sklepie i nie potrafię znaleźć jednego rodzaju, który on by tknął, ażebym mu mogła kupić to do szkoły. Czekoladowe wafelki z Milki i jasne lubisie z czekoladą (inne smaki absolutnie nie) to chyba już jedne z ostatnich ciastek, jakie jeszcze zje nasz epicki synio. Czasem jeszcze na krakersy się skusi. Domowych ciast też nie lubi. Brownie czy murzynka oraz inne czekoladowe bez innych dodatków zje, no i amoniaczki też lubi. Jednego dnia pod szkołą zatrzymuje się w południe drobiowy kram, gdzie można kupić gorące przekąski z kurczaka juz za kilka centów. Staramy się mu dawać wtedy gotówkę, by mógł sobie jakiegoś pulpeta kupić czy coś. Tam można też  oczywiście telefonem płacić, ale telefony trzeba rano oddać coachowi, dlatego trzeba mieć gotówkę przy sobie. 

Chleba Młody też nie tknie, choć nieustannie namawiam, by może spróbował kromki z szynką drobiową, którą kiedyś lubił. Nie ma mowy!

Nie dawno wielką radość ogłosiliśmy, gdy zaczął jeść schabowy z ziemniakami, czego wcześniej nie tknął za nic. Nie zje wiele, ot parę gryzów, ale przynajmniej cokolwiek zje. Druga opcja mięsna to kotlety mielone. Poza tym na liście rzeczy jadalnych są gołąbki, które lubi bardzo, i ruskie pierogi (o ile cebulka była starta na tarce przed smażeniem - Młoda ma ten sam wymóg - konsystencja smażonej cebuli jest nieakceptowalna totalnie, choć smak jak najbardziej pożądany). Raz zjadł rybę pangę, ale tylko dlatego, że raz trafiła się taka tortalnie bez smaku. Jeśli smakuje choć odrobinę rybowato - nie ma mowy. Jedyną zupą jadalną jest rosół. Lubi też lazanię i czasem zje spaghetti. Od czasu do czasu wrap ze smażonym kurczaiem, ogórkiem i sałatą. Nie znaczy to jednak, że te potrawy on zawsze zje. Rosół i gołąbki tak, ale pozostałe to jak wiatr zawieje. Nie raz specjalnie dla niego robiłam porcję, by potem sami żeśmy to musieli jeść. 

Ostatnie miesiące Młody najczęściej jadł pizzę pepeperoni czy to z pizzerii, czy gotowca od Oetkera (kupuje margeritę i peperoni w plasterkach i sam se "ozdabia" przed pieczeniem) oraz frytki i inne badziewie z pobliskiej fryciarni. Już kombinowaliśmy tak, że jak nie pójdziemy mu po frytki, to może zje obiad albo chleb. Taa... 

Po frytki idzie się nie raz już po 21 i to jest śniadanie, obiad i kolacja Młodego w jednym. Jak nie pójdziemy po frytki, to on nie zje nic.  Pójdzie głodny spać. Jak ta fryciarnia jest zamknięta, to nie je frytek, bo inne mu nie smakują. Kiedyś myślałam, że może za dużo ma pozwolone w kwestii słodyczy i chipsów i że to jest powodem jego niejadztwa, no ale jakiś czas temu dotarło do mnie, że przecież chipsów i cukierków to on też za wiele nie lubi. Z chipsów ostatnio to już chyba tylko jedne jednej konkfretnej marki zje i czasem je dostaje, ale to czasem. Cukierków i czekoladek on nie lubi chyba żadnych. Tam polskie Michałki lubi, ale to się u nas raz na rok może kupuje, gdy ja mam smaka. Dawniej lubił jeszcze kwaśne żelki, ale teraz nawet tego nie je (i to bynajmniej nie z powodu aparatu ortodontycznego, bo to by go nie powstrzymało raczej). O ciastkach już było, że nie lubi większości. 

Nie raz w weekend od rana chodzi co chwilę do kuchni, otwiera lodówkę, szafy, wysłuchuje naszych najdzikszych pomysłów na posiłek zarówno zdrowych jak i mniej zdrowych,  oferujemy nawet zabranie go do sklepu albo przelanie mu pieniędzy na konto, by se sam poszedł do sklepu i coś wybrał do zmajstrowania jedzenia albo gotowego, ale wszystko na nic. Wkurza się po chwili sam na siebie bo jest głodny, ale na nic nie ma smaku, i odchodzi do swojego pokoju, gdzie wyraża dobitnie swoją frustrację głośno przeklinając, kopiąc lub tłukąc w coś albo owijając się kołdrą i leżąc na łóżku przez dłuższą chwilę, by potem znowu przyjść sprawdzić kuchnię i znowu pójść o niczym. Czasem odgrzeje sobie pizzę, bo zwykle kupujemy na zapas wraz z zapasem peperoni, czasem skusi się na odgrzanie obiadu, gdy było to coś jadalnego.  Zasadniczo jak jest rosół albo gołąbki to je to przez 3 dni, dopóki się nie skończy. Ciężko jest na to patrzeć i nie móc mu pomóc. Kurde taki przecięztny trzynastolatek to konia z kopytami zdaje się potrafić zjeść, a ten ci je jak wróbel i to nawet nie wiem, czy wróbel więcej nie je, bo kura to już napewno.

Mój plan na nowy rok to znaleźć specjalistów od autyzmu i jedzenia dla Młodego. Kiedyś rozmawialiśmy z jakąś dietetyczką z PL poleconą przez znajomych, ale uznaliśmy że żyjąc w innych realiach i w innym kraju niż specjalistka ciężko się ze zobą dogadać, mimo że tym samym językiem się włada. Poza tym w takich sytuacjach potrzebne są też różne badania, kontakt pomiędzy lekarzem rodzinnym, specjalistą, poradnią szkolną etc. To nie przejdzie na odległość, bo  języki i fundusze zdrowia są niekompatybilne. No i dla mnie konsultacje przez internet to ogólnie są o kant dupy. Jakbym z jakimś botem gadała...

Ogólnie to jest koszmar i dla nas, i dla niego. On chodzi całe dnie głodny, a ja całe dnie zestresowana tym, że on jest głodny, a ja nie mam pomysłu, co mu zrobić do jedzenia. Coraz częściej już zwyczajnie nie chce mi się nawet chcieć, bo już wiele razy specjalnie dla niego gotowałam, a on tego nawet nie spróbował. Ja i bez tego nienawidzę gotowania. Jak mam dobry dzień to gotuję dla Młodej i siebie coś bez mięsa, a dla Małżonka i Najstarszej coś z mięsem oraz jakąś potrawę dla Młodego. Gdy wszycy zjedzą, jestem wielce usatysfakcjonowana, nawet jak któreś nie zje to i tak jestem usatysfakcjonowana, że pozostali zjedli, ale jak pokręce do sklepu te 10 kilometrów w chujową pogodę, a potem ostoję się  przy garach, by upitrasić trzy różne dania, a jeden z druim wieczorem przyjdzie i powie - nie mam dziś na to smaku - to wszystkiego mi się odechciewa... 

Młoda na szczęście sama dla siebie robi zakupy i sama gotuje swoje wegetariańskie potrawy. Nauczyła się już różnych trików i wynalazła rozwiązania by wszystko w miarę z jak najmiejszym dyskomfortem robić. Co się da, robi mikserem czy innymi urządzeniami. Zawsze ma wielki zapas jednorazowych rękawiczek, co ogranicza kontakt z wodą, mąką i innymi materiałami, choć niestety samo noszenie rękawiczek też oczywiście jest bolesne, to jednak mniej niż mycie rąk i mniej niż dotykanie ciasta.

Cieszę się, że sobie radzi i że walczy każdego dnia dzielnie z przeciwnościami losu. Cieszymy się, że uznano jej niepełnosprawność i że dzięki temu mogła przez jakiś czas żyć sobie powoli zgodnie ze swoim rytmem i potrzebami i dochodzić do siebie. Teraz widzimy, jak dużo snu ona potrzebuje, by jako tako funkcjonować. Śpi często po kilkanaście godzin dziennie. Niekoniecznie ciągiem, bo często wstaje, porobi coś albo gdzieś pójdzie, a potem znowu robi sobie drzemkę... Dzięki temu, że ma taką możliwość, że wreszcie nikt jej nie zmusza do socjalizowania się, do wychodzenia z domu, może żyć w zgodzie ze sobą i lepiej się czuć. Gdy ma dobry dzień i czuje się na siłach, jedzie do sklepu po zakupy albo nawet na jakiś koncert czy do kina. Jak ma gorsze dni, większość czasu spędza w łóżku albo przy laptopie. Odpoczywa, śpi,  czyta, szuka informacji, uczy się hiszpańskiego, gra i gada z przyjaciółmi.

Od tego czasu, gdy całkiem w rozsypce była i chciała zakonczyć życie, wiele się zmieniło. Przede wszystkim dziś ma różne oficjalne diagnozy, czyli uznanie swoich jakże poważnych, choć na pierwszy rzut oka niezauważalnych, nieoczywistych problemów. Udało się znaleźć specjalistów, którzy nie tylko jej wierzą, ale i próbują znaleźć rozwiązanie jej problemów i to z coraz lepszym skutkiem. Zaczyna też psychoterpię. Powoli drobnymi kroczkami, a czasem nawet na kolanach i łokciach, ale do przodu. 

Na ostatniej rozmowie z psychiatrą dowiedzieliśmy się np, że łatwo pojawiające się siniaki (nawet od spania na boku bez poduszki czy kołdry miedzy kolanami ma czarne siniaki na nogach) to skutek uboczny leku antydepresyjnego, który jest - jak wiemy od początku - dosyć ciężki i ma wiele skutków negatywnych, ale też bardzo wyraźnie pomaga nie tylko w walce z depresją, ale też z wieloma skutkami jej wersji autyzmu.

 Pan doktor przepisał też nowy lek, kytóry właśnie się pojawił. Znaczy lek istnieje od dawna do leczenia choroby alkoholowej, ale okazało się, że w bardzo bardzo minimalnej  dawce pomaga na problemy sensoryczne autystyków. Bardzo ciekawiśmy tego leku, ale jak się ma zlecenie na lek z Polski a chce się go kupić tutaj , trzeba przejść całą procedurę... Młoda musi najpierw pójsć do tutejszego lekarza rodzinnego, by zrobić znowu badania krwi, no i pokazać dokument przysłany przez polskiego psychiatrę, gdzie on opisuje co i jak, a wtedy dopiero nasz lekarz może wypisac receptę, bowiem ten lek trzeba zrobić w aptece na zamówienie. Z gotowcami jest pod tym względem trochę łatwiej. Na wizytę u rodzinnego trzeba jednak trochę poczekać, bo teraz tak się tu porobiło, że do tej lekarki rodzinnej, do której Młoda chce iść - jak się okazało - możliwe było dopiero na drugą połowę stycznia się zarejsterować. Tośmy się czasów doczekali, no! Jak się nie uda tutaj tego leku załatwić, to Młoda kupi go sobie dopiero, jak poleci do Polski w lutym. Pozyjemy, zobaczymy.

Kupiłam Młodej na urodziny Roombę - robot do odkurzania, który sam wypompowuje śmieci do worka i który ma opcje ścierania podłogi. Pomyśłałam bowiem, że to może jej ułatwić życie. Wybrałam z najtańszych prostych modeli na próbę, bo choć Roombę i temu podobne roboty znam ze sprzątania u ludzi, to w domu jeszcze nie mieliśmy nigdy. Owo "ścieranie"  w przypadku podłogi obsrywanej przez ptaki raczej nie ma sensu, ale zobaczymy. Na razie chodzi o to, by zbierał kurz i śmieci i by mniej syfu się w powietrzu unosiło, bo to ważne dla zdrowia zarówno Młodej jak jej małych podopiecznych. Na razie Młoda dopiero z urządzeniem się zapoznała, nadała mu imię (takie było wymaganie, a dla niej frajda haha), pobrała apkę i pozwoliła robotowi zrobić mapę swojego pokoju.  Sprzątane jeszcze nie było, więc nie mam opinii na ten temat. 


Chica raz jeszcze, bo jego jest wszędzie pełno ;-)

Dla Małżonka ostatnie tygodnie były wielce stresujące i bolesne, ale teraz już przynajmniej w końcu wie na czym stoi. O problemach w pracy i szefem kutafonem już tam kiedyś napomknęłam. Może kiedyś więcej na ten temat napiszę, bo to ciekawy bardzo temat, a teraz już można o tym więcej napisać, bo wypowiedzenie poszło...

Małżonek w końcu poszedł  do lekarza i dostał dłuższe zwolnienie. W międzyczasie znalazł sobie pośrednictwo pracy, gdzie Polka pracuje, by móc się swobodnie komunikować i wszystko jasno omówić, a pani szybko znalazła mu kilka ofert pracy w bliższej i dalszej okolicy. Małżonek rozważał dwie - jedną głównie dlatego, że prawie że pod domem... no, w zasięgu roweru powiedzmy, a drugą dlatego, że praca i firma sama w sobie zdawała mu się podobna do pierwszej firmy, w jakiej tu w Belgii pracował i z której był bardzo zadowolony. 

Wybór był bardzo trudny, a żeby było ciekawiej przedstawiciele obu firm bardzo chcieli, by to do nich właśnie przyszedł. Gdy już był prawie przekonany, żeby iść do tej pobliskiej firmy, bo zaproponowali mu wyższe zarobki i by wrócił do stawki, z której zrezygnował, by otrzymać przedostatnią pracę (co jak wiadaomo było wielkim błędem) , wtedy zadzwoniła pani z tej drugiej firmy, by powiedzieć, że oni dają mu taką samą stawkę i obiecują szybkie podpisanie kontraktu (normalnie przez kilka miesięcy robi się na tygodniowe umowy przez pośrednictwo pracy) związane z natychmiastową kolejną podwyżką... Małżonek był u nich na dniu próby i spodobało im się, co zobaczyli... 

No dobra, zobaczymy po Nowym Roku, jak tam Małżonkowi u nich będzie się pracowało. Teraz po doświadczeniach ostatnich lat on się już nie jara nową firmą. Ważne, że z tamtej odszedł i że ma już nową pracę zaklepaną. Potem sie zobaczy.

Niestety praca to nie jedyny jego problem. O wiele gorszym do rozwiązania jest problem zębowy, przed którym dentyści od lat go przestrzegali, ale któremu nie poświęcił zbyt dużo uwagi, bo "jeszcze był na to czas", bo zawsze coś pilniejszego, ważniejszego było niż wizyta u parodontologa, do którego uparcie wysyłał go dentysta. Wiadomo jednak jak to jest, gdy problemy walą się człowiekowi non stop na głowę, jak nie urok to sraczka, aż ciężko zdecydować, czym zająć się najpierw, bo jak jedno puścisz, to drugie się rozdupczy i tak ciągle w kołowortku trudno rozróżnić ważne od ważniejszego, dopóki się całkiem nie jebnie.

I tak któregoś weekendu grudniowego Małżonek pojechał z Młodym na koncert do Brukseli, a po chwili obaj wrócili oznajmiając, że Młody źle się poczuł... Ja na to, że mogli zadzwonić przecież, a bym po Młodego przyjechała autobusem, zresztą na dworzec to on sam by nawet trafił na upartego, ale wtedy Małżonek rzekł, że i on chyba nie dałby rady przetrwac koncertu, tak go bolą zęby... Chwilę później jechaliśmy na pogotowie dentystyczne. Tam dentysta usunął mu ząb, bo był nie do uratowania i powiedział, że jak teraz się nie weźmie za te zęby, to w najbliższym czasie jeden po drugim zwyczajnie mu wypadnie i na ich miejsce poza tym nie da się wstawić sztucznych, no bo bakterie zeżerają mu dziąsła... To zmotywowało go do wiyzty u parodontologa, który powiedział, że przyszedł o kilka dobrych lat za późno, gdyż dziąsła są już w katastrofalnym stanie, ale coś będzie działał, co oczywiście bedzie dużo kosztowało a nie gwarantuje pełnego sukcesu. Co jest przyczyną takiego stanu trudno w zasadzie powiedzieć. Zwykle powodem parodontozy i temu podobnych jest brak lub zła higiena paszczy, czego o Małżonku akurat powiedzieć nie można, albo palenie papierosów, czego tym bardziej nie można powiedzieć, bo Małżonek nigdy nie palił. Ponad 30 lat pracy w szkodliwych warunkach i w maskach na pewno  się przyczyniło, ale też pewnie z pierdyliard innych rzeczy, których człowiek se nawet nie uzmysławia. Szkoda że wcześniej się nie wybrał do tego parodontologa, jak go dentyści wyganiali, bo pewnie było by łatwiej i taniej coś zaradzić, ale lepiej później niż wcale. Nie ma co teraz nad tym jojczyć tylko w końcu zacząc działać. Może jeszcze uratują jego zęby. Plan już jest i wizyty umówione. Ruszyło.  

Nie wszystko człowiek jest w stanie ogarnąć przykładnie i we właściwym momencie, szczególnie gdy wiedzie ciekawe, bogate w wyzwania życie i wiecznie ma pod górę. W życiowym kołowrotku często człowiek przegapia wiele istotnych kwestii. Tu coś zapomnie, tam odłoży na bliżej nieokreślony czas, a potem trzeba za to płacić, a ceną może być nawet życie albo chociażby zęby.

A Ty co odkładasz na potem? Może właśnie pora się za to zabrać właśnie teraz...?




W tym tygodniu obchodziliśmy drugą część uroczystości, czyli urodzino-gwiazdkę. 

Tort szpinakowy, jaki sobie w tym roku Solenizantka wybrała, nawet się udał. Był z masą arbuzową, malinami i porzeczkami. Smakował dobrze.

Na obiado-kolację wybraliśmy potrawy, na które mieliśmy ochotę, tak by każdy mógł coś zjeść i by na kolejne dni zostało do odgrzewania i nie trzeba było myśleć choć 2 dni o gotowaniu. 

Poza tortem-mchem upiekłam jeszcze "murzynka" z myślą o Młodym.

Małżonek ugotował i potem pokroił warzywa na podstawową sałatkę jarzynową, zwaną bałaganem. 

Młoda wymyśliła, że ona ugotuje chinkali - pierogi gruzińskie z serem, których kosztowała w Krakowie w gruzińskiej restauracji i jej bardzo posmakowały. Razem wybrałyśmy się do Antwerpii do sklepu z różnymi produktami z krajów Europy Wschodniej MIXMARKT https://www.mixmarkt.eu/belgium/, gdzie nabyłyśmy gruziński ser sulguni, a potem Młoda skraftowała te fikuśne pierogi. Może nie wyszły jej takie perfekcyjne jak na obrazkach, ale bardzo ładne i co najważniejsze faktycznie bardzo smaczne.

Razem narobiłyśmy też uszek z pół kila mąki, a raczej uszu, bo ja wielkie są łatwiejsze do zrobienia i intensywniej smakują niż jakieś takie pycie małe, jak moja Matka drzewiej robiła narzekając, że tyle z tym certolenia. A po co se życie utrudniać, jak możne wielkie zrobić łatwo i szybko? Ja ugotowałam barszczyk.

Oprócz tego był groch z masłem, bo ja i Najstarsza lubimy bardzo. Jakiś dziwny groch kupiłam. Niby wyglądał jak "jasiek" ale znalazłam go w lodówce, a nie jak zawsze na półce z ziarnami. Podczas moczenia tak samo napęczniał, ale inaczej się gotował i nie miał takiej twardej skórki jak znany mi groch. O wiele lepszy w smaku. 

Zrobiłam też dwa rodzaje gołąbków - z mięsem dla Młodego i z niemięsem dla Młodej. Wszyscy inni też mogli je jeść oczywiście, tak samo jak pozostałe rzeczy. A i jeszcze kompocik ugotowałam, bo wieki nie piliśmy kompotu domowego, a tak mi się przypomniało jak oglądałam obrazki świąteczne na insta... 

Po jedzeniu odpaliliśmy świeczki na torcie i otwarliśmy kidibula (tutejsze pikolo), bo ostatnio ten "szampan" najlepiej nam podchodzi do świętowania uroczystości wszelakich. Czasem dodatkowo kupujemy jakiś babski gęsty i słodki alkohol, który sobie we trzy popijamy. Kidibul jednak najsmaczniejszy haha. Potem było wielkie odpakowywanie prezentów, których jak zawsze dużo zgromadziliśmy pakując najdurniejsze rzeczy osobno.

O ile pomysł na roombę dla Młodej miałam już od wielu miesięcy, tak pomysłu na prezent dla Najstarszej nie miałam w ogóle w tym roku. Zapytałam jej, ale ona też nie miała tym razem żadnych specjalnych potrzeb. Powiedziała, że jakaś lampa stojąca by jej się przydała, bo ciamno ma w tym swoim poddaszu jak w dupie, a teraz spędza tam dużo czasu i czasem diamond painting robi to przydało by jej sie jaśniej. Zamówiłam więc czwartą taką samą lampę w Lidlu, bo wszyscy jesteśmy z nich zadowoleni. Najpierw dawno temu kupiłam jedną do sypialni, potem kupiłam taką samą dla Młodej i w końcu dla Małżonka. One są tanie (ok 15-20€), a bardzo dobre. Potem jednak pomyślałam, że niedobrze czuję się z faktem, że jednej córce kupiłam drogi prezent, a dla drugiej tani i zaczęłam kminić, co by tu jej jeszcze fajnego dokupić. One co prawda w ogóle nie patrzą na ceny prezentów i czasem bardziej sie ucieszą jakąś bzdurą używaną za jedno euro niż drogim prezentem, ale ja po prostu bym się źle czuła z tym, że jedno dostało coś fajnego, a drugie głupią lampę i wcale nie o cenę mi chodzi tylko o fajność dla obdarowywanego. 

Nic nie mogłam jednak wymyślić i dopiero ze 3 dni przed urodzinami mnie olśniło, że bieżnia była by dla niej świetnym pomysłem, bo ona musi się ruszać, musi chodzić lub biegać, by naprawić swoje kości i utrzymać je w jako takim stanie jak najdłużej, a przecież całe życie przed nią. Ruch jest ważny dla jej zdrowia, a teraz widzę, że jak zimno jest i brzydko to ona w ogóle nie wychodzi z domu, chyba że musi iść do sklepu. Przyznaje też, że nie chce jej się ćwiczyć za bardzo. Pomyślałam, że na takiej biezni mogła by se chodzić i jednocześnie oglądać film czy słuchać muzyki z komputera w cieplutkim pokoju. Już dawno mi to przez myśl przebiegło, ale z jakiegoś powodu wydawało mi się, że takie bieżnie to kwestie tysiąca euro co najmniej choć  nigdy się tym bliżej nie zainteresowałam. Nagle pomyślałam, że przecież na kredyt mogę to kupić, bo jak już sobie raz pomyślałam i uznałam, że to ważne dla jej zdrowia, to nic mnie nie odwiedzie od tego pomysłu. Popatrzyłam w necie i zdziwko mnie szarpnęło, że to wcale nie takie drogie, jak mi się wydawało i że kurde taniej to kupię niż tą durną roombę. No i kupiłam. Dostarczyli wcześniej niż pisało w necie i nawet się przed gwiazdką wyrobili...

Okazało się, że Najstarsza nawet bardziej się ucieszyła z prezentu, niż się spodziewałam. Młoda też ucieszyła się z prezentu Najstarszej, bo ma nadzieję, że czasem będzie se też mogła do siostry pokoju pójść pochodzić, gdyż i dla niej bezpieczniej jest ćwiczyć w domu niż na zewnątrz, gdzie każde warunki prawie jej szkodzą. Najstarsza za to pewnie czasem będzie sobie pożyczać robota od młodszej siostry, gdy nie będzie jej się chciało ganiać z odkurzaczem po swoim pokoju.

To są oczywiście nasze wspólne z Małżonkiem prezenty. Dołączyliśmy też kilka bzdurek, by na sztuki było więcej pod choinką, jak co roku. Tu jakaś figurka czy maskotka znaleziona w kringwinkel za 50 centów, tam czekoladki, czy śmieszne skarpety. Młody otrzymał dużo rzeczy, które zbierałam od września, a które i tak miał dostać, bo przecież fajniej dostać na prezent pod choinkę niż ot tak po prostu. Ubaw największy był z dywanu, który Małżonek już we wrzeniu z Ikea przywiózł i który przez te miesiące zawadzał nam w sypialni. Stary dywan z chińczyka bowiem już wieki temu wylądował na wysypisku, a bez dywanu cholernie tu nieprzyjemnie, bo my wszędzie, jak w większości belgijskich domów,  mamy płytki. O ile płytki w kuchni czy łazience są pożądane i praktyczne, tak w sypialni to jak dla mnie jest smutna tragedia. Ani na podłodze usiąść, ani bosą stopą z łóżka w nocy wstać... Brrr. Dlatego Młody dostał w końcu porządny gruby dywan, ale jak to położyłam zapakowane koło choinki, to Młody stwierdził, że to słup jakiś i zaczął się śmiać, zastanawiając, dla kogo taki debilny prezent, ale jak odpakował to micha się śmiała. Dostał też starą książkę-album o Michaelu Jacksonie kupioną w kringwinkelu za 2€, bo wiedziałam, że go zainteresuje. Poza tym nową grę logiczną, bo on je uwielbia. Taką NIE-komputerową z plastiku, w którą na stole się gra, z tym że to jednoosobowa gra, gdzie różne zadania trzeba rozwiązywać. Najlepszym i długo wyczekiwanym prezentem, o którym wiedział, był jednak rysik Lenovo do jego szkolnego laptopa, bo ten z actionu słabo się sprawdzał. Będzie mógł rysować nawet w szkole, bo jego laptop ma nawet specjalną szufladkę, w której rysik się ładuje. Jeszcze był pluszowy długi pies, o którym marzył. Znaczy to miał być kot, ale kotów na Temu nie było akurat. Zobaczył takiego kota kiedyś u internetowego kolegi z Rosji i odtąd już kilka razy pytał, czy mógłby takiego dostać kiedyś na urodziny lub gwiazdkę. Obiecałam poszukać, ale z maskotek-poduszek na ponad metr znalazłam tylko psy, no to zamówiłam psa. Pies też się spodobał na szczęście. Młody kocha maskotki i ma tego dziesiątki w swoim pokoju, dzięki czemu jego pokój jawi się o wiele przytulniejszy, więc lepiej sie w nim można zrelaksować.  

Ja też kochałam maskotki, ale po pierwsze nie było wtedy ich za wiele na rynku, no i rodziców nie było na nie stać, po wtóre wtedy "tak dużym dzieciom" już "nie wypadało się bawić maskotkami". Nie raz zastanawiam się nad tym, dlaczego ludzie takie bzdury własnym dzieciom wciskali, dlaczego własne dzieci zmuszali do tego czy tamtego albo czegoś zakazywali tylko dlatego, że jakis jeden z drugim parchacz powiedział, że NIE WYPADA. O ile rozumiem nakazy i zakazy związane z bezpieczeństwem, zdrowiem czy temu podobne, tak zakazy i nakazy z tytułu "bo tak wypada" "bo wszysy tak robią" były i są zwyczajnie głupie.

Gdy chodziłam do szkoły średniej, czyli miałam ze 16, a może i 18 lat , pamiętam, że raz zobaczyłam w kiosku takiego małego różowego puchatego kotka i zapragneam to mieć. Bardzo chciałam posiadać coś takiego w swoim pokoju, by móc na to patrzeć i się napawać. Oczywiście nie miałam pieniędzy na takie rzeczy, bo w ogóle nie miałam pieniędzy jako nastolatka. Nie dostawalaiśmy wszak kieszonkowego. Jednak czasem w wakcje mogliśmy zarobić przy zbieraniu truskawek u ludzi i zarobiłam. Powiedziałam Matce, że chcę jechać do tego kiosku, by se coś tam kupić. Doskonale wiedziałam co, ale Matka i ta jej psiapsi, która była właścicielką tego przybytku, zaczęły mi doradzać na co mam wydać moje grosiki. Może sukienkę bym se kupiła (Matka chciała mi dołożyć grosza), może kolczyki, może lakier do paznokci, w koncu jestem nastolatką, to logiczne, że JAK KAŻDA nastolatka powinnam kupic se jakąś szmatę jak na NORMALNĄ NASTOLATKĘ przystało. Gdy oznajmiłam, że biorę maskotkę, zaczęły mnie wyśmiewać, że to NIE PRZYSTOI, że MASKOTKI NIE SĄ dla NASTOLATEK, że co najwyżej NARZECZONY mógłby mi coś takiego kupić, a w każdej innej sytuacji jest to, delikatnie mówiąc, NIESTOSOWNE, bo przecież NIE JESTEM JUŻ DZIECKIEM, a ta maskotka jest droga.

Mało się nie zesrały obie, jak mimo ich wszystkich zajebistych porad i kazania ja i tak wybrałam pluszowego różowego kotka a nie jakies idiotyczne paskudne do niczego mi nie potrzebne łachy czy żelastwo. Nigdy jednak nie zapomnę tego wyśmiewania, tego upokarzania mnie przez Matkę, tylko dlatego, że chciałam mieć coś tak ładnego i puchatego jak pluszowa maskotka mając naście lat. 

Ja jako dorosła blisko pięćdziesięcioletnia osoba nadal kocham pluszaki, figurki, puszyste i kolorowe rzeczy. Ja jako matka nie tylko nie zabraniam moim dzieciom samodzielnie wyborów dokonywać co do tego, czym chcą się otaczać, co nosić i jak swój własny czas spędzać, ale wręcz do tego ich zachęcam, by żyły po swojemu i srały na opinie innych. Kupuję im pluszaki, bo wiem, że wszystkie je kochają i że pluszaki mają bardzo dobry wpływ na nasze samopoczucie bez względu na to, ile mamy lat. Co oczywiście nie znaczy, że każdy będzie lubił czy potrzebował mieć pluszaki, bo drugi może woleć kaktusy, trzeci książki,  osiemnasty perfumy a trzydziesty dziewiąty samochody i każdemu wolno lubić co innego, byle wiedział co lubi a nie udawał, że lubi tylko dlatego, że Józek lubi albo że to jest w dobrym tonie.


W Antwerpii na Centralnym stoi "wioska świąteczna" przygotowana przez bol.com (tutejszy odpowiednik allegro), w której zawarto co ważniejsze trendy mijającego roku, co w rezultacie dało dosyć zabawny efekt. Taki zapewne też był zamysł, bo bol znany jest ze śmiesznych reklam w socialmediach. 
We "wiosce" znajdujemy miniaturke Metejoora, K3 (tutejsi artyści), jest pociąg z 60 minutami opóźnienia, dziwne drogowskazy, choinka z wibratora i inne hecne pomysły. Uśmiałyśmy się z Młodą zdrowo oglądając tę dekorację. Wcześniej Młody był w Antwerpii na szkolnej wycieczce i też mieli ubaw.






choinka xD

"uwaga wykrzyknik"


"60 minut opóźnienia"



"dokądś" "Hiszpania" "Twoja matka"

Metejoor 


Poniższa dekoracja świąteczna mnie przeraża bardziej niż dekoracje halloweenowe. Tego "pasterza" widziałam najpierw jak leżał jeszcze w taczkach, podczas gdy ludzie przygotowywali szopkę nieopodal. Wyglądało to jak jakieś zwłoki, co mnie ubawiło nieźle. Jednak jak za parę dni rowerowłam w pośpiechu obok tej wystawki nagle katem oka zobaczyłam tego gościa, aż mnie wzdrechło, bo tam normalnie nieczego nie ma a tu jakiś chłop w kapturze idzie... Patrzę, a to figurka hahaha.


Na koniec zanotuję książki, które ostatnio przeczytałam.

"Grób Campo Santo" to dosyć ciekawy, ale jak na mój gust, niedopracowany thriller. No panie, pojawiają się w książce jakieś motywy, które nie mają żadnego głębszego sensu. Jakby autor miał jakiś pomysł, a potem pisząc dalej w ogóle o tym zapominał, a ty człowieku czytasz i czekasz na jakieś wyjaśnienie tej kwestii, ale się jej niedoczekujesz.

Olivera Sacksa znam z innych książek. W książce "Muzykofilia" ten znany neurolog opisuje różne ciekawe przypadki medyczne związane z muzyką. Dowiadujemy się przy tym wielu interesujących faktów na temat działania ludzkiego mózgu oraz tego, jak mało na jego temat ciągle wiemy. 


O książce Ghost Boy być może już mówiłam, ale nie chce mi się sprawdzać. Najwyżej powtórzę, że to była bardzo interesująca i wciągająca lektura. Coś w rodzaju pamiętnika chłopaka, który jako dziecko nagle zachorował, po czym zapadł w śpiączkę, a wybudziwszy się zrozumiał, że nie może mówić ani za bardzo się poruszać. Przez długie lata tkwił tak uwięziony w swim własnym ciele, a ludzie, w tym rodzice i rodzeństwo traktowali go jak roślinę albo niepotrzebny mebel. Matka głośno wyraziła przy nim zyczenie by umarł i mogła się od niego uwolnić. Opiekunki w ośrodkach się nad nim znęcały i wykorzystywały seksualnie, a on jest mądrym, podejrzewam że ponadprzeciętnie inteligentnym człowiekiem. W końcu jedna z opiekunek odkryła, że on tam jest, że myśli i czuje. W końcu zaczął się komunikować przez komputer i różne specjalistyczne urządzenia. Jakiś czas później został specem od komputerów, dostał pracę, poznał kobietę przez internet i się ożenił...
Wyguglowałam ziomka i znalazłam jego stronę na fb. Żyje do dziś , ma świetną pracę i jest dosyć znaną osobą. Jest film z tego roku o tym samym tytule, ale tylko w nielegalnych źródłach można go znaleźć (przynajmniej u nas).





















19 września 2025

Kurowanie kury i inne wrześniowe przygody

 Jest piątek 19 września. W Belgii mamy dziś 27 stopni ciepła i słońce grzeje na pełnej petardzie. Fajnie tak jeszcze we wrześniu se w ogrodzie posiedzieć na leżaku, ale jednocześnie pogoda taka wrześniowi nie bardzo przystoi i nie ma najlepszego wplywu na samopoczucie. Spać się chce i na nic poza tym siły nie ma.



Rano porowerowałam do sklepu, ale takem się tym zmachała, jakbym conajmniej ze 100 kilometrów pokonała, a nie zaledwie osiem i to elektrykiem. I tak, na pogodę zawsze trzeba se ponarzekać, co by się nie działo...

Padało ostatnio trochę, a nawet lało. Nie było to jednak jakoś specjalnie uciążliwe jak dotąd. Młodego nawet jeszcze nie zdążyło porządnie zlać, jak na tym swoim rowerku jeździ. Tam raz go chyba gdzies lepiej dopadło. Zwykle jednak udawało mu się wstrzeliwać pomiędzy deszcz. Siedzi w szkole, to leje jak z cebra. Wychodzi - sucho. Jedzie pociągiem - ulewa. Wysiada - tęcza na niebie. Farciarz ci to jakich mało.

Chodzi już do tej swojej nowej szkoły trzy tygodnie, a ciągle zadowolony się zdaje. Wracając do domu, wykrzykuje, że super dziś było w szkole! A to chemię pierwszy raz miał i się zachwycił, a to fizyka była fajna i ciekawa, a do tego uznał ją za łatwą, bo to co mieli na fizyce teraz, on w pierwszej klasie już miał w poprzedniej szkole... Ogólnie uważa, że ten kierunek jest na razie bardzo łatwy, przez co szkoła wydaje mu się trochę podejrzana. Chłop przeszedł z klasy inżynierów do liceum humanistycznego i ma za łatwo. Gada z kolegami z byłej klasy i oni biadolą, że mają od peirwszych dni pełno nauki. Nawet na granie nie znajdują za wiele czasu, bo tyle zadań mają i non stop się uczą, a Młody tym czasem ciągle za wiele zadań nie ma. Mówię mu, by się nie martwił, bo z czasem na pewno nauki i zadań mu przybędzie. Uważam, że szkoła ze względu na swój specyficzny styl na pewno daje dzieciakom luz na początku, by się w system wdrożyli. Choc może być też tak jak w PL za moich czasów było, że profil humanistyczny był sporo łatwiejszy niż biol-chem, czy mat-fiz i że może się okazać, że dla niego faktycznie będzie za łatwo. 

Bez względu na to, ile ma nauki, to na nudę tak na prawdę narzekać nie ma jak, bo ma całkiem gęsto dni zaplanowane teraz. Co zresztą przewidywałam, tylko Młody nie chciał w to wierzyć. Uczęszczanie do szkoły oddalonej o ponad 30 km od domu to nie to samo, co nauka we własnej gminie. Jednak narzekać nie ma co. Pamiętam, że martwiłam się, że będzie musiał strasznie wcześno wstawać, a tymczasem on wychodzi z domu dopiero o 7.30 więc wstaje o 6.30, czyli tak jak poprzednimi laty. A i powroty też nie są jakoś specjalnie późne, bo parę minut po 17 już dociera do domu na swoim rowerku. W normalne dni to bajka, tyle że dwa razy w tygodniu musi jeszcze gonić do akademii muzycznej. Nawet poszłam w tym tygodniu razem z nim by zapytać się nauczycielki, czy lekcja "grupowe muzykowanie" jest obowiązkowa, bo ona konczy się o 21, a godzinę przed tą lekcją jest lekcja nut, która zaczyna się przed 19. Niestety (albo stety) jest obowiązkowa i nie można z tego zrezygnować. Innego dnia ma jeszcze godzinę girary, a w tym tygodniu przed gitarą miał jeszcze wizytę u psychologa, o której zapomniał. Ja akurat coś słabo sie czułam i zaległam na kanapie i właśnie udało mi się zasnąć, gdy zadzwonił telefon , a na ekranie wyświetliło sie imię psycholożki... Młody był tuż obok i usłyszawszy głos psycholożki złapał się za głowę. Czym prędzej pobiegł po gitarę i popedałował na wizytę. Na szczęście psychologa mamy nieopodal i za 5 minut już siedział zapewne na kozetce,a gitara tuż obok, bo nie zdążył by wrócić do domu, tylko od razu po wizycie popedałował do akademii. 

Obawiamy się, że może go to szybko przeciążyć, ale kto wie, może akurat się chłopak po prostu wyrobi i wzmocni przez taki napięty program tygodnia. Z gitary nie ma póki co zamiaru rezygnować, bo bardzo to lubi. Musi tylko popracować nad logistyką i planowaniem, by jakoś z głową to wszystko sobie organizować i wystarczająco czasu na odpoczynek sobie fundować. 

O tym jak ogólnie szkoła działa, opowiedziałam w poprzednim wpisie, bo tyle wiem. Każdego dnia wysłuchuję też relacji na temat nowo poznanych kolegów i koleżanek oraz tego, co fajnego było na lekcji i co zabawnego tudzież irytującego sie wydarzyło w szkole, w pociągu i na mieście.

Odpuścił już składanie roweru przed wsiadaniem do pociągu, bo non stop łańcuszek mu spada i potem musiał się męczyć i brudzić przy zakładaniu. Cos felerny jest ten rower, ale jak to mówią - tanie mięso to psy jedzą... Składa go zatem tylko częściowo i próbuje wsiadać do wagonów rowerowych. Konduktor nigdy nie robi problemu. Wszak nigdzie nie stoi że rower musi być złożony. Piszą tylko, że na składak nie potrzeba biletu, a nie że musi być poskładany całkowicie haha.

Młody wkurza się, że ludzie siadają w wagonie rowerowym, choć w normalnych wagonach są wolne miejsca i potem nie ma gdzie wejść z rowerem. Faktycznie, moim zdaniem, to jakoś powinno być odgórnie zarządzone, że wagon rowerowy jest dla ludzi z rowerami i wózkami czy na wózkach inwalidzkich, a nie że każdy może se tam miejsca zajmować... No ale to moja prywatna opinia.

Nie dawno było zaćmienie Księżyca. Wybrałam się z Młodym na pobliską górkę, by tam w spokoju móc zjawisko obserwować. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zastaliśmy tam kupę ludziów. Niektórzy mieli krzesła, inni jakieś koce… A my mieliśmy za to dobrą lornetkę, nienajgorszy aparat i dużo cierpliwości. były chmury i przez godzinę nic nie było widać, a wtedy wiele osób sobie poszło. My trwaliśmy na posterunku  z zadartymi głowami i w końcu się doczekaliśmy. Łysy się pojawił.

ktoś ukradł Księżyc 🌑 

niby w cieniu, ale go widać












Kontunuuję naukę niderlandzkiego

W tym tygodniu zaczęłam kolejny poziom niderlandzkiego. B2 część pisemna. Mowę odrobiłam jakoś 2 lata temu, czy coś koło tego. Lekcje ma przez internet 2 razy w tygodniu po trzy godziny przed południem. Po każdej godzinie jest 10 minut przerwy. Mamy fajną nauczycielkę, a i grupa też zdaje się być interesująca. Ten ma jakieś wystawy swoich zdjęć we Francji, drugi działa w świcie muzycznym... Na tych kursach często nietuzinkowe osobistości się poznaje, a nawet jak to jacyś zwykli zjadacze chleba w zwykłych zawodach pracujący, to znowu z jakichś dalekich krajów pochodzą i dziwnymi językami się na codzień posługują. Nie mamy podręczników. Rozmawiamy przez Zooma. Korzystamy ze strony Moodle, gdzie znajdujemy zadania, i wklepujemy żądane teksty lub uploadujemy wykonane zadania. Jako tablica służą nam Dokumenty Google, gdzie możemy pisać wszyscy jednocześnie i każdy z osobna, a nauczycielka może od razu poprawiać. Korzystamy też z internetowego pakietu Office od Microsoftu, którego abonament wliczony jest w cenę kursu. Po dwóch lekcjach już wiem, że sporo nowych rzeczy się nauczę, a wiele innych powtórzę, przypomnę i utrwalę. Bardzo odpowiada mi sposób prowadzenia lekcji i podejście nauczycielki oraz zaangażowanie innych kursantów. Widzę już też różnicę pomiędzy kursem wieczornym a porannym. Ja zdecydowanie nie jestem nocnym człowiekiem i wieczorne kursy to dla mnie była męczarnia. Byłam zmęczona i senna, w ogóle nie mogłam się skoncentrować, a poza tym wieczorem to wszyscy w domu hałasują, łażą, grzebią za jedzeniem, gadają.... Rano natomiast jest cisza i spokój w domu, a ja czuję się jeszcze żeśko, no i mój mózg działa w miarę normalnie przed południem. Mogę myśleć a nawet to i owo zapamiętywać. Cieszę się, że w ostatniej chwili zdecydowałam się na ten kurs. Pora uporządkować moją znajomość niderlandzkiego i poprawić, bo - jak to ktoś nie dawno na instagramie trafnie określił - okropnie niedbale się tego języka nauczyłam. Bo to tak jest, że na początku człowiek chce po prostu jak najszybciej być w stanie sie dogadać z ludźmi. Ma w dupie gramatykę, poprawną wymowę, czy jakiś akcent. Byle zrozumieć, co inni mówią i samemu powiedzieć, co się ma do powiedzenia. Byle się wysłowić u lekarza i w sklepie, byle się z sąsiadem porozumieć i w urzedach formalności pozałatwiać. Nie ważne jak, byle gadać. Dopiero po paru latach przychodzi refleksja, że człowiek mieszka tu już tyle i niby wszędzie z każdym się dodgada, czy mejla napisze, ale mówi i pisze jak pierwszy lepszy wsiowy głupek robiąc pełno błędów, przekręcając słowa, źle akcentując i fatalnie wymawiając głoski. Mało kto człowieka traktuje poważnie, jak słyszy kaleczenie języka zamiast normalnej wymowy. Wielu Belgów niestety ocenia kompetencje, wiedzę i inteligencję człowieka na podstawie jego znajomości tutejszego języka. Zaobserwowałam, że nawet jak ludzie mówią biegle w 3 czy 4 innych językach, nawet jak  mają  dyplomy szkół wyższych, ale ich niderlandzki kuleje, to niektórzy Belgowie traktują takiego, jak kompletnego idiotę i niedorozwoja, jak gorszą kategorię. Są mili, przyjaźni, tolerancyjni i w ogóle do rany przyłóż, tyle że patrzą z wyższością i traktują na każdym kroku jak ludzika o małym rozumku. Najbardziej mnie irytuje mówienie przez rozmówcę bardzo powoli, bardzo głośno, z otwieraniem szeroko buzi, niemal drukowanymi literami z dokładnym akcentowaniem każdej sylaby, jakby człowiek głuchy był i głupi. Szanuję wolne mówienie czystym niderlandzkim zamiast lokalnej gwary, ale kurde bez przesady. No ale mniejsza o to. Tylko niektórzy mają takie dziwne zwyczaje. 

Gdy kura choruje

Od początku września choruje nam Riko, nasza kurka-pieszczoszka. Nie mam pojęcia, co jej właściwie dolega. Któregoś dnia zaczęła do mnie biec, jak to zwykle ona, z rozłożonymi skzydełkami i po półtora metra nagle się zatrzymała i łebek opadł jej na ziemię. Myśleliśmy, że przydzwoniła w drabinę łepetyną i ją przyćmiło,  położyliśmy ją przeto na leżaku, by odpoczywała i dochodziła do siebie. Na wieczór zabraliśmy ją do domu do pudełka, ale niestety rano, ani też następne rano się nie poleprzało. Wprost przeciwnie. Umówiłam więc wizytę u weta znającego się na kurach. Najlepszego chyba w ogóle weta w okolicy. Pracuje on bowiem w pobliskim schronisku dla ptaków i dzikich zwierząt, więc ma doświadczenie w leczeniu najdziwniejszych zwierząt. W internecie ludzie wystawili mu masę pozytywnych opinii dotyczących leczenia ich kur, kaczek i innego zwierza.



Lekarz obejrzał kurzą kupę pod mikroskopem i orzekł, że to nie jest problem z wolem, co myśmy podejrzewały z Młodą, tylko jakaś infekcja bakteryjna. Najprawdopodobiej coli, co nie jest niczym niezwyczajnym u  kur, bo one byle co potrafią zeżreć. Dał antybiotyk, który mieliśmy podawać jej przez 5 dni. Powiedział, że kura jest bardzo chora i że może nie przeżyć tej choroby. Wet zlecił karmienie kury moczoną kukurydzą i pszenicą. Powiedział, że metody babci, czyli karmienie chorej kury gotowanym jajkiem, jaką to poradę wyczytaliśmy w necie (i jaką znałam z dawnych czasów) to niezbyt mądry pomysł. Jajka są dobre dla pisklaków, a dorosłe kury jedzą ziarno. I tym należy ją też karmić w chorobie... Zastosowaliśmy się do porady i przeszliśmy na ziarno. Trudne to jest tak po jednym ziarnku pszenicy wciskać kurze do gardła. Kukurydzy one nie są zwyczajne jeść. Znaczy jedzą, ale zmieloną na mniejsze kawałki, bo taką karmę im kupujemy. To małe kurki, a nie zwykłe kryśki, co to prawie że pierogi w całości przełykają... Karmienie kury jest uciążliwe, choć łatwe do przeprowadzenia... No, przynajmniej dopóki jet ona bardzo chora i słaba, bo jak się slina zrobi, to trzeba walczyć jak z demonem, by choć troche wola napchać i napoić. Nie chce współpracować.

Mamy już drugą połowę września i Riko ciągle żyje. Może swciąż łabo, bo słabo, ale żyje...

Po kilku dniach zaczęło się ociupinę jej polepszać, ale potem znowu się pogorszyło. Pojawił się wyciek z jednej strony nosa i zaczęło jej cuchnąć z dzioba jak z wylęgarni troli. Znowu osłabła. Zadzwoniłam do weta i tym razem trafiliśmy na panią, bo oni tam we dwoje pracują... Pani dała kolejne 2 lekarstwa. W miedzyczasie zdążyłam już zakupić dla Naszej Riko kurze witaminy, kurze elektrolity i olejek oregano. Lekarka powiedziała, że wszystko możemy jej po trochu dawać na zmiany... Łatwiej pomyśleć, niż zrealizować...

Riko zamieszkała w kuchni pod oknem z widokiem na ogród, przez które widzi i słyszy swoje koleżanki i kolegów. Oni całe dnie przy tym oknie stoją teraz i jej towarzyszą. No dobra, Bożena to ona przez szybę widzi te wszystkie smakołyki i rarytasy, które jej koleżanka dostaje i ona widzi jak to wszystko tam leży i się marnuje, a ona by to to bam-bam-bam na raz dwa trzy wsunęła co do okruszka, bo Bożena jest zawsze głodna i zje wszystko, co dobre. Czasem, gdy dzrwi stoją otwaorem, Bożena zagląda do środka, ale koguty jej zakazują wchodzić, więc nie wchodzi. Tylko od rana przez to okno patrzy i szyję wyciąga, i próbuje dziobać przez szybę i nie rozumie, czemu się to nie udaje...

Za dnia Riko siedzi na ręczniku, a na noc wkłądamy ją do kartonowego pudełka wraz z ręcznikiem i przykrywamy innym ręcznikiem. Rano znów wyjmujemy na ręcznik. Na początku tylko leżała jak zdechła i ledwo łeb podnosiła. Potem zaczęła trochę siedzieć i wstawać. Teraz już łazi. Nawet upiękrzać się próbowała i jogę robiła (wyciąganie skrzydeł i nóg). Parę dni temu zaczęła przyglądać się znowu ziarnom i pisakowi, a nawet przegarnęła je dziobem, ale sama ich nie je. Nie pije też sama. 

Przedwczoraj zaczęła samodzielnie jeść suszone robaki i kawałki jagody oraz drobno pokrojone jabłko. Jest zatem lekka poprawa. Ziarna jednak nie je nadal, a ja nie jestem najlepszym opiekunem zwierząt i o wiele za rzadko ją karmię i poję - tak mi się wydaje - bo mi cierpliwości i sił brakuje często. Rano zwykle ją karmię i wieczorem przed zapakowaniem do pudła również, ale to raczej za mało. Czasem udaje mi się nie zapomnieć nakarmić jej też w południe. Poić też chyba częściej powinnam, ale tak prawdę mówiąc to nie wiem. Wetka nie potrafiła odpowiedzieć na moje pytania, jak często, ile razy dziennie powinno się karmić kurę ani ile gram pokarmu powinna taka kura otrzymać w ciągu dnia. Ona tego nie wiedziała. Nikt kuźwa nie wie, ile kura powinna jeść. Próbuję tak na logikę to brać. Obserwuję zdrowe kury i one jedzą ziarno jakoś 3 razy dziennie. Wodę też nie częściej piją, jeśli nie ma upału. Po parę znurzeń dzioba. No chyba, że ktoś rozleje wodę z węża czy wiadra to wtedy woda z brudną kurzą stopą to rarytas jakich mało i wrzyscy piją. Tyle że zdrowe kury to one cały dzień grzebią i łapią robaczki. Te nasze specjalne kury nie przepadają za resztkami z obiadu jak zwykłe kury kryśki. Tam zjedzą jakiś budyń, ciastko, czasem ociupinkę makaronu, ale ogólnie to one bardziej dziki tryb żywienia preferują, czyli to co się przed dzioba napatoczy i nie zdąży uciec. Obdziubują też nasiona trawy i temu podobne rzeczy.

Riko karmię teraz namoczonymi ziarenkami pszenicy. Po jednym do dzioba. Ziarnko po ziarnku. Do tego kukurydza niesolona z puszki. Też po jednym ziarnku. Niektóre przekrawam na połowę, by łatwiej jej było połknąć. Czasem kilka ziaren słonecznika. Próbowałam też z karmą granulowaną i nawet biologiczną kupiłam, która nie śmierdzi po namoczeniu (ta zwykła tania śmierdzi zmoczona jak gówno, dlatego nie dajemy jej naszym kurom; jaja tez potem śmierdzą), ale ona nienawidzi tego, pluje tym, odkłada na plecki, jak tylko da rady i sprężynuje bardziej niż przy czymkolwiek innym. Jak się ją trzyma, to mocno wybija sie nogami, gdy coś jej nie smakuje albo ma już dość karmienia. Odwraca też głowę mocno do tyłu. Ogólnie nie chce w ogóle współpracowac. Pakowanie jej jedzenia do dzioba jest dla niej najwyraźniej nieprzyjemnym doświadczeniem. Dziś, jak zobaczyła, że układamy na podłodze akcesoria i zbieramy się z Młodą do siadania przy niej, wstała i raźno pomaszerowała na drugi koniec kuchni. To mądra kura jest. Bardzo mądra. Mamy nadzieję, że te 200€, które już wydaliśmy na jej leczenie, nie pójdzie na marne i w końcu wyzdrowieje i będzie nadal radować nas swoją puszystością i darzyć przyjaźnią. Lubimy tę naszą kurkę.

Wczoraj i dziś całe popołudnia spędziła na podwórku zamknięta w specjalnym ogrodzeniu, bo inaczej debilne koguty by jej spokoju nie dały, a i Bożena mogła by być niemiła dla koleżanki, bo kury już takie są. Coś tam sobie dziobała, leżała, poprawiała się. Na wieczór poszłyśmy razem szukać robaków w gnijących liściach i coś tam sobie wciągnęła. Ciekawe to jest, że je owoce, je robaki martwe i żywe, ale ziarna nie chce sama wciągać... Nie rozumiem. W internecie nie ma żadnych sensownych informacji na temat opieki nad chorymi kurami. Już szczególnie po polsku. Po niderlandzku trochę lepiej, ale też szału nie ma. Trzeba działać na wyczucie...


kurze witaminki


Czytanie dobrze mi idzie ostatnio

Odkąd siedzę w domu, mam wielką chęć na czytanie książek. Nadrabiam więc czytelnicze zaległości ostatnich lat. Irytujące jest to, że ci pisarze ciągle piszą i piszą, bo jak człowiek na chwilę odpuści sobie lektury, to potem nie idzie w ogóle tego nadrobić, a tu by jezszcze chciało się od czasu do czasu tę czy inną książkę sobie powtórzyć. Ostatnio kupiłam sobie pierwszą część Muminków, bo tak bardzo mnie naszło na przypomnenie sobie tej bajki. Nie dawno przeczytałam też Bajki Robotów Lema. Innymi książkami z odległej przeszłości, po które chciałabym sięgnąć ponownie są m.in. Ania z Zielonego Wzgórza, Podróż do wnętrza Ziemi i Potop oraz pewnie jeszcze parę innych. Póki co jednak mam dużo nowych rzeczy do czytania, a lista życzeń jest jeszcze bardzo długa.

W ostatnich dniach przeczytałam książkę o Zespole Turnera (o tym chcę napisac osobny post), 

Przeczytałam też niemal jednym tchem "Brukselę" Grażyny Plebanek, którą polecam każdemu, kto lubi literackie zwiedzanie miejsc. Ja czytając wędrowałam razem z autorką po znanych mi z rzeczywistych wycieczek miejscach w Brukseli. Mogłam spojrzeć na nie z innej strony i poznać wiele ciekawych historii, których nie znałam albo uzupełnić swoją wiedzę. Do wielu innych muszę się dopiero udać, bo jeszcze nigdy nie byłam albo byłam, ale nie zwróciłam uwagi. Grażyna nie chodzi głównymi ścieżkami turystycznymi, a raczej mało uczęszczanymi drogami, a nawet włazi tam, gdzie nie powinna. 



Kolejną godną polecania książką jest "Jak rozbiłam szkło" Tulii Topy, która ukazała się parę dni temu. Od razu kupiłam sobie ebooka i w dwa dni pochłonęłam. Tulię poznałam przypadkiem, gdy Instagram podpowiedział mi jej profil i zostałam u niej na dłużej wysłuchując każdej jej rolki z wielkim zainteresowaniem. Akurat szykowała się do wydania książki... Tulia wychowała się wśród Świadków Jehowy, ale w koncu udało jej się "rozbić szkło" i odejść z tej sekty. O tym właśnie opowiada na swoim profilu i w swojej książce, a i z telewizji też ją pewnie już wszyscy znacie. Książkę polecam bardzo. 



Teraz zaczęłam książkę poleconą przez nauczycielkę niderlandzkiego na pierwszej lekcji. Gdy powiedziałam, że jestem fanem Pietera Aspe, ona od razu podrzuciła mi pisarza Jo Claesa, który tak jak Aspe pisze kryminały, których akcja toczy się w Belgii, tyle że o ile u Aspe głównie jest to Brugia, tak u Claesa śledzwta dotyczą Leuven. Nauczycielka dodała, że w książkach sporo jest historii i że czyta sie róœnie dobrze jak Aspe. No to ja od razu do kringwinkla pojechałam poszperać i przyfarciło mi się - była jedna książka tego autora za 2€, więc przygarnęłam, a wraz z nią 2 inne, które też ciekawie się zapowiadają. W tym pobliskim sklepie z rzeczami używanimi, jak już nie raz mówiłam, akurat jest bardzo dużo ładnych książek. Dużo rozumiem przez jakieś 10 regałów pełnych prawie nowych książek. Najnowszych tam może nie znajdzie, ale trafiają się czasem i z poprzedniego roku czy sprzed dwóch. Bardzo często jest kompletny Zmierzch, Milenium, całe kolekcje Agaty Christie, Ludluma, Kinga, Palmera, Danielle Steel, Santy Montefiore i pierdylirad innych mniej lub bardziej znanych autorów. Za co bardziej popularne pozycje trzeba ponad 4 € wybulić, ale często są promocje dzienne i wtedy są książki za połowę stałej ceny. Wiele książek kosztuje zaledwie jednego eurasa czy dwa. Przeczytasz i możesz oddać znowu do kringwinkel, by se kolejny kupił. 

Dziś upiekłam placek ze śliwkami, a na obiad skonstruowałam cykorię z łososiem pod sosem serowym i ziemniaki. Obie rzeczy pierwszy raz robiłam i obie się udały. W przeciwieństwie do bajgli, na które zmarnowałam porcję zakwasu i cały mój dzień, by wyrzucić je do kosza po upieczeniu. To była pierwsza i ostatnia próba. Strasznie z tym dużo zachodu. Pozostanę przy pieczeniu chleba. To mi dobrze wychodzi.

ciasto ze śliwkami i bezą

cykoria z łososiem i serem plus ziemniaczki 


mój chlebuś na zakwasie

Kiedyś wracając ze sklepu przez park poszłam z Młodym na huśtawki. Czasem tak robię, bo uwielbiam się kołysać. Z tego się chyba nie wyrasta, ale pewnie nie każdy lubi…

lubię huśtawki


Pora kończyć ten wpis, bo noc mnie zastała i spać się zaczyna chcieć, a na resztę weekendu mamy plany szalone. Na niedzielę zaplanowaliśmy Pairi Daizę, najpiękniejsze zoo w Europie, jeśli nie na świecie. NMBS (belgijski odpowiednik PKP) poinformowało, że z okazji Dnia Bez Samochodu bilety w niedzielę będą po 8 euro do wszędzie i spowrotem (na terenie Belgii) to trzeba ten fakt wykorzystać, a już od dawna się wybieramy do tego zoo i nie możemy sie wybrać...

Jutro mamy z Młodą jechać do Brugii zobaczyć kilkunastometrowego pająka-animatronika, o którym Młoda wczoraj w gazecie internetowej przeczytała i mi podesłała, a ja stwierdziłam, że chcę to widzieć. Jak nie będzie lało od rana to pewnie się wybierzemy.

Migotka

Bobka