Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy. Pokaż wszystkie posty

17 maja 2026

Moje ulubione zabawy i zabawki z dzieciństwa

Znowu zebrało mi się na wspomnienia z czasów, gdy na poziomki z drabiną jeszcze chodziłam :-)

Jakiś czas temu wspominałam sobie moje "owocowe dzieciństwo."  Dziś opowiem wam czym i w co się na gówniaka bawiłam najczęściej i najchętniej.

Pierwsze wspomnienia są raczej rozmazane i  żyją głównie dzięki opowieściom członków rodziny. Mam tu na myśli np moje przyrodnicze wyprawy z dziadkiem. Dziadek zmarł jak miałam pięć czy sześć lat, więc łatwo się domyśleć, że miałam mało lat wtedy, gdy on ciągał mnie po polach. A ciągał mnie systematycznie i tłumaczył cieprliwie świat. Wyruszaliśmy zwykle tuż po wschodzie słońca...

Z tego co mi wiadomo, łaziłam z nim z własnej i nieprzymuszonej woli i czasem wracałam jak prosię cała w błocie, rzepach itp. Matka nie  raz wspominała, że któregoś dnia po deszczu wróciłam do domu bez butów, krok od rajtuz mając w kolanach, a doły rajtuzowych stóp wlokły się za mną,  bo błoto mi rajtki zciągneło podczas marszu.  Tak mi się coś tam we łbie mgliście kojarzy, że dziadek prowadził chyba jakieś obserwacje czy tam liczenia dla GUS-u, ale jako się rzekło, mała wtedy byłam i guzik mnie tam sprawy dorosłych obchodziły... (może Ojciec mnie poprawi lub uzupełni po przeczytaniu tego tekstu..?). Dość, że dziadek nauczył mnie nazw chyba większości okolicznych roślin i zwierząt. No bo wiecie, jak też z tych dzieci, co to wszystko musiały wiedzieć, bo też byłam mądra, tak samo jak mój Staruszek i Jego Staruszek, czyli  Mój Dziadek. Obaj wiele mnie nauczyli o świecie, przyrodzie, planetach, gwiazdach... Pod kierownictwem ojca z kolei robiliśmy z bratem mnóstwo różnych eksperymentów i doświadczeń. Ojciej pozwalał nam sie też bawić wiertarkami, lutownicami, młotkiem... Co było na pewno lepsze niż jakieś tam głupie lalki. Moje Dziewczyny też zresztą często wpominają czaderskie zabawy u dziadka. 

W albumie znalazłam swoje zdjęcie w balii, która była lepsza niż te wszystkie dzisiejsze plastikowe baseniki :-).

Madzia w balii

Letnimi wieczorami czasem podczas rojów meteorytow Ojciec rozkładał koc czy materacyk na przyczepie, i leżeliśmy tam potem z lornetką gapiąc się w niebo i wypatrując spadających gwiazd. Doskonale potrafiliśmy rozpoznac gwiadę polarną, Mały i Wielki Wóz czy mleczną drogę.

Nasz dom znajdował się trochę na uboczu wsi, jak to farmy mają czasem w zwyczaju, więc blisko domu nie miałam za bardzo innych dzieciaków. Poza tym w dużej mierze preferowałam samotność i życie w świecie własnej fantazji, gdzie nikt sobie ze mnie podśmiechujek nie robił i gdzie nikt nie miał problemów ze zrozumieniem prostych rzeczy... No i miałam brata z którym nieźle się bawiłam... No okej, czasem też kopaliśmy się po dupach, wyzywali od ciuli, pluli na siebie i demolowali drugiemu szafki, ale i tak byliśmy dobrymi kumplami. Czego o siostrze raczej powiedzieć nie można, bo ta była za "wielkim gówniarzem" dla nas starszaków i wieczniej jej dokuczaliśmy albo jej uciekaliśmy ha ha ha... 

Od czasu do czasu złaziło się też do nas trochę towarzystwa albo my gdzieś na wieś leźliśmy, kiedy uporaliśmy się z naszymi obowiązkami i Starzy udzielili nam pozwolenia na opuszczenie domu... Zwykle wyglądało to tak, że otrzymywaliśmy konkretne zadania do wykonania przed wyjściem, których wykonanie było warunkiem do pójścia do sąsiadów czy nad rzekę. Pozwolenie miało też określony limit czasowy. Mogliśmy iść na godzinę albo na trzy. Do tego oczywiscie dostawaliśmy całą listę (ustną) dozwolonych i niedozwolonych zachowań, szczególnie w kwestii samotnych wypadów nad rzekę, a już szczególnie gdy właśnie z kuzynostwem czy sąsiadami żeśmy szli, bo wiadomo, że im więcej ludzia, tym głupsze rzeczy można wykombinować. Ojciec po uprzednim zbadaniu terenu pokazywał nam gdzie możemy włazić do wody, a jakie miejsca omijać ze względu na wiry, korzenie etc. Potem mogliśmy chodzić sami. Nad rzekę było chyba ze dwa kilosy i lubiliśmy bardzo tam łazić, nie tylko latem, gdy można było popływać, ale o dowolnej porze roku, by łązić, gapic się na ptaki, ryby, puszczać kaczki płaskimi kamieniami, robić zapory z wielkich kamieni i ogólnie na wodę sobie popatrzeć. Ta była fascynujaca szczególnie podczas wielkich opadów, gdy bura woda wylewała się z koryta i rozlewała po polach niosąc śmieci.

chlapanie się w rzece to była  obowiązkowa atrakcja każdych naszych wakacji

Tak, bardzo lubiłam chodzić nad rzekę o każdej porze roku, bo lubiłam się szwendać po krzakach, wypatrywać zwierząt no i grzebać po dzikich wysypiskach śmieci, których w tamtym czasie było na wsi mnóstwo, a już szczególnie nad rzeką. Znosiliśmy z bratem oczywiście różne śmieci do domu. A czasem udało się znaleść nawet coś pożytecznego. Raz np znaleźliśmy na wysypisku kupę skórzanych łatek do szycia piłek, które zanieźliśmy znajomym szyjącym piłki zawodowo i oni uszyli nam piłkę. Balon do środka dołożyli od siebie. Piłka to wtedy było coś, a nie jak teraz, że w każdym kiosku se kupisz. Dawniej mało kto miał prawdziwą piłkę, bo to były drogie i trudno dostępne rzeczy.

W piłkę dosyć często kopaliśmy, jak więcej ludu się zeszło w ogrodzie. Zasadniczo woleliśmy jednak zabawy wymyślone przez siebie. Systematycznie odbywała się zabawa rowerowa w policjantów. Grupa dzieci zasuwała wkoło rowerami (koło domu mieliśmy pewnie ze 2 hektary pola, to było się serio gdzie bawić, choc Starzy raczej nie tryskali entuzjazmem, gdy ktoś ganiał po uprawach, a groźba "pucówy" raczej każdego przed tym niecnym czynem skutecznie powstrzymywała). I tu najważniejsze były "dolary" czyli liście specjalnej "dolarowej rośliny", której widok do dziś wzbudza uśmiech na moim pysku i budzi wesołe wspomnienia. Ona się nazywa rdestowiec japoński albo ostrokończysty. Wiem, bo se wyguglowałam ostatnio, jak zrobiłam temu zdjęcie podczas spaceru, bo i w Belgii dolary rosną hehe... Dotąd jednak nie znałam nazwy tej rośliny. Tam gdzieś na pewno widziałam w jakimś przewodniku, ale nie zapamiętałam, bo przecież dolary to dolary, co tu kombinować i język se łamać: Rdestowiec ostrokończysty - no chyba mi nie powiecie, że to jest normalna nazwa dla prostej rośliny.

Powiedzcie lepiej, czym wy płaciliście w swoich sklepikach w dzieciństwie...?

"dolary" ;-)


Czasem owych dolarów używało sie bowiem też do zabawy w sklep albo bank, ale mandaty liściowe i zasuwanie  rowerami to o wiele lepsze zabawy niż nudny sklep.

Koło naszego domu zawsze też była piaskownica i pełno rupieci, którymi można się było na niej bawić. Zwykle w postaci starych garnków, konserwiaków (puszek po konserwach, patelni, słoików, rur etc.

Kolejna ulubiona zabawa to zabawa w piratów. Za stodołą stały wielkie drewniane sanie konne i one zaopatrzone w postawiony w nich stary koślawy stół oraz własnoręcznie zrobioną flagę piracką, były zawsze naszym pirackim statkiem. Drugi był zwykle przy kupie kamieni i złomu - zawsze coś się tam zmajstrowało. Zabawa polegała na utworzeniu dwóch drużyn (raczej nie więcej jak po 2, max 3 osoby, bo miejsca na okrętach nie było na więcej). Potem był czas na zebranie kul armatnich w postaci pacyn - zaschniętych grud ziemi, czasem (bardzo rzadko) woreczków z wodą. I zaczynała się wojna: trafić wroga a samemu nie oberwać za bardzo. Kochałam tę zabawę, mimo że czasem nieźle się oberwało w łeb wielką pacyną. No risk no fun.

W wojnę też się czasem bawiliśmy ganiając z kijami wkoło budynków i drąc się "ta-ta-ta-ta-wojtek-trafiony!" czy coś w tym rodzaju. To było jednak rzadkością. Nasz najmłodszy brat bardzo dużo bawił się w wojnę. Może wtedy była to bardziej popularna zabawa, niż za naszych czasów (braciak jest kilkanaście lat młodszy ode mnie).

tu się szwenadałam za gówniaka 


Kolejna zabawa pełna adrenaliny odbywała się w stodole. Był to berek po belkach pod dachem stodoły, słomie i sianie. To była dosyć niebezpieczna zabawa. Upadek z dużej wysokości nawet na siano mógł się skończyć źle, a na drenianą suszarnię do siana jeszcze gorzej. Przytłuczenie 10-kilową wiązką słomy też. W słomie można było łatwo skręcić kostkę, a nawet złamać nogę... No i dlatego ta zabawa była zajebista, bo dawała jakiegoś tam kopa adrenaliny. No i przez lata jakoś nigdy nikt sobie nic nie zrobił. Skakanie z belek w siano to oczywista oczywistość. Kto z wiejskich dzieci nie skakał w siano i nie jojczał potem podczas wieczornego mycia, gdy podrapana do krwi skóra piekła żywym ogniem...?

Superową zabawą było też podjeżdżanie traktorem, gdy zwoziło się słomę czy siano. Jak sąsiedzkie dzieci przyszły to nie raz i w siedmioro żeśmy w traktorze się gniotli i każdy po trochu kierował traktorem jadącym z prędkością żółwia, tak by dorośli spokojnie mogli ładować wiązki na przyczepę. Było przy tym trochę przepychanek i kłotni, ale i zabawa wyśmienita. Mając kika lat człowiek mógł poczuć się dorosłym i samemu  prowadzić taki wielki pojazd, jakim był poczciwy "rusek", czyli nasz czerwony traktor wiadomej produkcji. 

Chowanie się w kopach siana na polu czy wpolach kukurydzy też fajną było zabawą.

Robienie baz wszędzie to też chyba tradycyjna zabawa z tamtych czasów. My jedną mieliśmy na strychu starego drewnianego niezamieszkanaego już wtedy domu. Wchodziło się do tej bazy albo po piecu w korytarzu przez specjalny właz albo po ścianie domu uzywając wystających belek jako schodów, albo po bujających się schodach które ojciec pomógł nam zamocować, a były zrobone ze starego drewnianego taśmociągu (takie listweki na łańcuchach). Na dole były te schody przymocowane do palika wbitego w ziemię daleo od ściany tak, że tworzyły bujający się mostek. Czasem ściągało się schody z palika, gdy ktoś był w połowie, a wtedy delikwent leciał ze schodami do samej ściany z łoskotem i bum o ścianę. To był swego rodzaju chrzest bojowy, bo każdy się za pierwszym razem scykał. A potem chciał jeszcze raz polecieć.

Mieliśmy też liny czasem do drzewa przymocowane by się bujać, no i drążek do ćwiczeń z jakiejś starej rury. Zawsze też mieliśmy jakąś huśtawkę koło domu. Często na drzewie z łańcucha i rurki albo z opony. Na początku, jak byłam taka jeszcze batdzo mała, miałam "huśtawkę ze szczebelkami", jak widać na załączonym obrazku. Ona była zawieszona na specjalnym stelażu drewnianym.



Raz (jak już oczywiście większa byłam - pewnie nawet nasto) zrobiłam sobie hamak ze sznurka do snopowiązałki. Nie umiałam robić właściwych węzłów więc wiązałam byle jak, ale jak sie na to położyło materacyk z łóżeczka to dało sie spokojnie na tym huśtać. Wisiał on między wiśniami w sadzie. 

Zwykle mieliśmy też skakankę, a jak nie, to se ze sznurka czy powroza robiliśmy. Piłka zawsze jakaś była w domu - przeważnie jakaś tania gumowa albo nadmuchiwana, ale było czym podbijać i rzucać. Czasem pojawiały się rakietki do badmintona, ale to szybko sie psuło. Był też jakis sezon na ping-ponga, ale  głównie w szkole sie grało, bo w domu nie było za bardzo gdzie, choć zdarzało sie coś kombinować ze stołem gościnnym, ku wielkiej radości Matki haha.

A i wrotki miałam bardzo wcześnie. Takie były nakładane na buty i nawet ojciec, jak pamiętam, na nich próbował na początku jeździć... Ja uczyłam się jeździć po dużym pokoju, który stał wtedy pusty po śmierci dziadka i raz zawadziłam o słoik z żółtą  farbą olejną stojący na kaloryferze... Na parkiecie już zawsze była ta wielka żółta plama haha.

Potem już jako nasto czy tam młodzi dorośli mielismy rolki i nawet sporo na nich rolowaliśmy po drodze.

A jeszcze szczudła były w uzyciu. Też ojciec nam je zrobił, czyli pełen profesjonalizm. Dwie pary. Było z tym zabawy.

Prawie zapomniałam o gumie do skakania. Matka kupiła mi 5 metrów zwykłej gumki do majtek. Graliśmy w trójkąta, a nawet w czworokąta. To była jedyna gra na gumie, w którą lubili grać chłopcy. Oskakaliśmy się na szkolnych korytarzach dzień za dniem tygodniami.

Pamiętam też z wczesnego dzieciństwa jak robilimy fujarki z wierzby na wiosnę. Ojciec uczył nas wycinać scyzorykiem te gwizdki, ale nie powiem, bym pamiętała jak to sie robiło.

Fujarki-piszczałki robiło się też z młodego żyta i tak chodzilismy i piszczeliśmy przez pół dnia.  Próbowalismy grać na różnych liściach. Nasza babcia była mistrzyną w grze na liściu bzu. Dosłownie  potrafiła każdą melodie zagwizdać na tym liściu. Nigdy nie posiedliśmy tej sztuki. 

Dalej były lalki z kukurydzy, wianki i naszyjniki z mleczy, stokrotek, torby szyte trawą z liści łopianu i czapki z liści łopaniu. No i zakulanie łodyg "mleczy" (mniszków) w wodzie. Z mleczy robiliśmy też piszczałki ale one są ohydne w smaku blee. No i proce, łuki, które systematycznie co jakis czas kraftowaliśµy z różnym skutkiem. Wędki też robiliśmy z kija, sznurka do snopowiązałki i ugiętego grubego gwoździa. Tylko ryby nam  nie brały za bardzo ha ha ha. Nie należy też zapominać o "dziadach", czyli rzepach - kolczastych kulkach łopianu, którymy się obrzucaliśmy albo przyczepialiśmy drugiemu na plecach. Najlepiej jak się to we włosy komu wczepiło. Oj, bolało wyplątywanie, bolało!

Ja kochałam kołysanie i kręcenie, jak to wielu autystyków. A propos kręcenia to turlanie się oczywiście należało do naszych ulubionych zabaw. Turlanie się z górek po trawie czy śniegu to oczywista oczywistość i super zabawa. Tata jednak pokazał nam coś znacznie lepszego, a mianowicie turlanie się w dętkach od traktora - i w małęj, i w dużej. W dużej musiał ktoś inny turlać. Człowiek wsiadał do dętki, rozciągał kończyny, by się dętka napięła i by sie dobrze trzymać rękoma i nogoma, a drugi (przeważnie ojciec) turlał detkę z osobnikiem w środku. W małej turlało się samemu. Zwijałeś się tam tak, by nogi wystawały po bokach, rękami chwytałeś się mocno dętki u góry nad głową i odpychając się nogami od ziemi robiąc fikołki mknąłeś przed siebie, a potem chodziłeś jak pijany. Zwykle taka jazda konczyła sie wykopyrtnięciem gdzieś w środku pola, ale uwielbiałam to. Nie zawsze oczywiście mieliśmy dętkę do zabawy, bo to nie były nowe dętki tylko dziurawe załatane łatką, z któych często schodziło powietrze po jakimś czasie. To nie były bowiem (i nie są) tanie rzeczy.

Stare dętki brało sie też naturalnie nad rzekę, by na tym pływać. Któregoś lata ojciec zrobił nam z jednej ponton zgniatając trochę dużą dentkę i przymocowując do niej sznurkami bodajże plandekę od siewnika do nawozów. 

Jak juz przy kołach jestem, to swego czasu jakiś ojca znajomy przywiózł nam (do dziś nie wiem w jakim celu) przyczepę starych opon samochodowych. Nie pamiętam, ile tego było, ale dużo. Co myśmy z tym nie wymyślali. Tunele, studnie, tory przeszkód... Najlepsza jednak była zabawa w walki opon. Tak, uwielbialam wszelakie walki i wojny. Zabawa polegała na toczeniu opon i zderzaniu ich z oponami przeciwnika tak by mu wypadły z rąk i się wywaliły. Wygrywał ten, którego opona nie została powalona. Najlepiej jak w oponach była woda po deszczu. To była zwykla taka brudna breja i jak się ktoś wypaplał to był śmiech. Któregoś dnia kuzyn przyszedł się do nas pobawić w "kościołowych" ciuchach i się pobrudził... W domu na pewno usłyszał niezły paternoster...

Też mieliście "kościołowe" ciuchy, szkolne i codzienne? Pamiętam, że my na co dzień tylko w starych dziurawych, połatanych, spranych, za krótkich ubraniach mogliśmy ganiać po podwórku. Pierwsze co się robiło po przyjścu ze szkoły, to była zmiana ubrania na codzienne, żeby nawet przy jedzeniu szkolnego przyodziewku nie pobrudzić. O kościołowym to już nawet nie mówię - ubranie od razu odkładało się z powrotem do szafy, by w kolejną niedzielę znowu móc założyć do kościółka... Miałam kilka róznych ubrań na zmianę, ale każdą sztukę się szanowało, bo nie było za co ani gdzie kupić następnej.

Któregoś roku mieliśmy fazę na zjeżdżanie z górki na starym wózku dziecinnym. Hardcore! To nabierało niezłej prędkości i łatwo było o wywrotkę lub w jechanie w drzewo czy do strumyka.

Zimą zjeżdżaliśmy z okolicznych górek na czym się dało: miski, stare ceraty, worki ze sianem, dętki od traktora... Sanki i narty to oczywiście podstawa. Moje pierwsze narty zrobił samodzielnie ojciec z wujkiem: ucięli deski, wysuszli je i wygięli, Okucia tata gdzieś kupił. Czad! Dostałam je na mikołajki.  Potem jeszcze brat sie na nich uczył jeździć. Sanki też ojciec sam uspawał z rurek i obłożył deskami. Nawet 5 dzieci się na nich mieściło. Jak szliśmy na sanki ze szkoły,  to zawsze je zabierałam, a wszyscy się kłócili o możliwość zjeżdżania na moich sankach bo najszybciej jechały i nie wywalały się łatwo, jak te szkolne. Zdarzało nam się też czasem, ale to już za nastolatka, pójśc pod las i stamtąd się póścić na dół na sankach. Najlepej było mieć do tego dwoje sanek - na jednych się siedziało, a drugie były do kierowania. Spod lasu do wsi była droga, jak to mówili, z pieca na łeb, czyli bardzo stroma i jak oblodzona była, to nie dało się tam niczym wyjechać bez łańcuchów na kołach, więc i ludzie nie jeździli, ale za to jak się sankami puścił, to prawie że do centrum dojechał bez odpychania. Ojciec nam opowiadał, że on z kumplami poszli krok dalej i razu pewnego wypchali całą bandą na tę górkę wielkie sanie konne, potem powskakiwali na nie i dawaj w dół... Dopiero pędząc w tym na złamanie karku skonstatowali, że mogli się byli zabić albo kogoś innego, kto by się napatoczył... Nie było wszak nad tym pojazdem żadnej kontroli. Dzieci to miały dawniej fantazję bogatą. Nie to co teraz, że tylko w interentach kozaczą i mocni są w stukaniu w klawisze.

Skoro już przy sankach jestem, to prawie każdej śnieżnej zimy przynajmniej raz udawało się Staruszka namówić na zorganizowanie kuligu za traktorem. Zapinano do traktora najpierw stare konne sanie (te od pirackiego statku też czasem, ale mielismy jeszcze żelazne o wiele lepsze do tego celu), bo one dawały bezpieczeństwo, że sanki nie wjadą pod traktor. Potem szły sanki zwykłe. Jedne za drugimi sznurkami powiązane. Z domu wyjeżdżaliśmy dwoma sankami w wracało się nie raz i z dwudziestoma, bo jechaliśmy po kuzynów, a oni zwykle powiadomili sąsiadów itd. Czasem akurat ktoś był na górce albo szedł z sankami to też przylatywał i się doczepiał, bo im więcej ludzi tym zabawa lepsza. Po drodze co chwilę ktoś sie wywalał albo sznurek się urywał. To znowu jakaś bitwa na śnieżki się rozwinęła... Fajne to były zabawy.

Z górki zjeżdżaliśmy też w nieckach (takie zabytkowe drewniane długie miski, co to prababcie w nich dzieci kąpały i ciasto robiły) dopóki wszystkich nie rozwalilismy na amen. 

Z zimowych zabaw należy jeszcze wymienić lepienie bałwanów i robienie iglo ze śniegu. No i ganianie po polach w największą śnieżycę. To było wielce satysfakcjonujące. Do tego strącanie sopli poprzez rzucanie w nie kulkami śniegu. O lizaniu sopli i jedzeniu śniegu wspominać nie bedę... 

Mieliśmy też sporo (jak na tamte czasy) normalnych zabawek, bo nasi rodzice systematycznie nam coś kupowali, jak tylko okazja się nadarzyła. Miałam bodajże trzy lalki, do których Matka uszyła mi ubrań i na szydełku narobiła. Czasem stały wytrojone na telewizorze jako dekoracja, gdy Matka zrobiła na szydełku nową sukienkę, czapeczke  i buciki z jakichś resztek. Maskotek też kilka mieliśmy. 

Jak byłam malutka, Ojciec uspawał dla mnie "konia" na biegunach, czyli taką drucianą huśtawkę pokojową. Mam zdjęcie na owym KONIU, ha! A kapelutek też przez matkę albo babkę zapewne robiony na szydełku.

koń na biegunach jaki jest każdy widzi


Jak byłam mała ojciec kupił mi też sterowany traktor na baterię, taki na kabel, który się wihajstrerkami trzymanymi w dłoni sterowało w prawo-lewo. No i kolejkę -  jeżdżące na prąd modele prawdziwych pociągów z torami. Niestety braciszek z kolegą rozpiździli to potem do imentu, bo to było bardzo delikatne i bardziej dla dorosłych przewidziane niż dla dzieci.

Mieliśmy też różne gry planszowe, karty, bierk, domino. Z gier planszowych najbardziej pamiętam Super Buissnes, coś w rodzaju kosmicznego Monopoly. No i szachy. W szachy grywaliśmy namiętnie sami z bratem i z dziećmi sąsiadów, którzy też do zapalonych szachistów należeli. Wtedy też w szkole dużo się grało w szachy i na każdej przerwie wyciągało się na stół szachownice. Ba, nawet jak nauczyciel na chwilę wyszedł to się kontynuowało grę, bo dobrze choć jeden ruch zrobić.... My mieliśmy też książki o szachach, a wnich pełno szachowych zadań, gdzie np przedstawiony był jakis układ na szachownicy i powiedziane w ilu ruchach masz dać mata czarnym. Godzinami żeśmy nad tym siedzieli i dumali, aż się udało. 

Poza tym często wlatywały gry karciane: wojna, goły, tysiąć, 66, cygan, wyścig pokoju, poker, no i kibel. Czasem budowało się też domki z kart z nudów. Bierki i domino też dość popularne wtedy były. Dalej były jeszcze gry na kartce z długopisem: państwa-miasta, kiełbaski (dla maluchów), wisielec (taki z liczbami), okręty, piłkarzyki.

Systematycznie dostawałam też kolorowanki. Nie w takich ilościach jak tera dzieci mają, ale jak była tylko okazja, to rodzice kupowali nam kolorowanki. Wtedy często były one w formie pojedynczych kartek zamkniętych w teczce. Kredki się wtedy bardzo szanowało i wyrysowywało do ostatniego milimetra. Plasteline też miewaliśmy, zwykle w jednym szaroburym kolorze, ale mieliśmy taką ulubioną zabawę w szukanie wzoru. Jedna osoba odbijała na plastelinie coś, dowolną rzecz zanjdująca się w danym pomieszczeniu, a pozostali musieli to znaleźć przyglądając się odbiciu. Oczywiście nie mogli widzieć, jak ktoś to odbija.

Nie mogę też oczywiście zapomnieć o pierwszym naszym komputerze, który rodzice kupili w latach osiemdziesiątych, gdy ja coś koło 10 lat miałam. Mieliśmy dużo gier, a że był to pierwszy komputer na wsi, to cała dzieciarnia do nas przychodziła pograć czasem.

Dużo graliśmy, rysowaliśmy w Koali Microilustratorze (podobne do  późniejszego Painta), uczyliśmy się trochę programowaćw BASIC-u. Mnówto czasu spędzaliśmy przed ekranem monitora. Siedzieliśmy po nocach grając, jak jakaś nowa gra wciągnęła albo znajomi byli do grania.

Mieliśmy też oczywiście mnóstwo zwierząt. Nie tylko krów, świn i kur, jak to wieśniacy, ale też zawsze był przynajmniej jeden pies i kilka kotów (w porywach do dzisięciu). Wszystko to bawiło się z nami i za nami wszędzie łaziło oraz z nami spało w łóżkach. Pamiętam, że któryś z naszych psów, bodajże Reksio, mały czarno-biały kundel, nie znosił z jakiegoś powodu naszego kuzyna. Szczekał na niego, jak tylko ten się poruszył. Na inne dzieci tak nie reagował. Nie wiem do dziś, co nim kierowało, ale jak bawiliśmy się w chowanego, to kuzyn miał przegwizdane, bo Reksio stawał przed kuzynem i na niego szczekał. Wyjątkowo łatwo było go znaleźć, gdziekolwiek by się nie schował haha.

Ja miałam też papużki faliste. Od maleńkiego marzyłam o tych ptakach, a rodzice spełnili to marzenie, gdy byłam gdzieś bodajże w drugiej klasie podstawówki. Moje pierwsze paużki miały na imię Kuba i Kasia. Hodowałam je około 20 lat. Kuba i Kasia doczekały się potomstwa. Kuba raz wyleciał z domu przez okno. Szukaliśmy go koło domu i wołaliśmy. W końcu ktoś zauważył biedaka wysoko na gruszy. Wspiełam się tam i przyniosłam go do domu. Na początku papużki mieszkały w klatce w kuchni. Co wieczór wypuszczaliśmy je, by sobie polatały. Potem, jak już miałam swój pokój zabrałam je do siebie, gdzie miały dużą klatkę, ale często były na wolności. Czasem całe dnie i noce siedziały sobie gdzieś na bluszczu rozpiętym pod sufitem albo na wielkim fikusie, czy na szafie, gdzie psuły stare książki. 

Na koniec powiem jeszcze o naszych rozlicznych kolekcjach.

Brat zbierał puszki po napojach. Ustawiał je na szafach w swoim pokoju. Była to niesamowita kolekcja zwązywszy na fakt, że my nie kupowaliśmy napojów w puszkach, bo nas nie było wtedy stać no i nie było tego w okolicznym sklepie. Większość puszek znajdowaliśy na rowie czy innych tam miejscach ze śmieciami. Grzebanie w śmieciach jakos było wtedy normalne.

Ja zbierałam historyjki z gumy Donald a brat samochody z Turbo (mieliśmy tego oboje ponad setkę każdy). Poza tym latami zbierałam opakowania po czekoladach. Wtedy czekolada to było coś i nowe opakowania nie za często się pojawiały. Ostatecznie uzbierałam ponad 200 różnych opakowań.  Do dziś żałuję, że wyrzuciłam je, gdy sie przeprowadzałam. To by była fajna pamiątka z dawnych lat.

Klasery ze znaczkami na szczęście zachowałam i mam je tutaj wszystkie trzy. Czasem znajduję jakis nowy znaczek i tam dorzucam z przyzwyczajenia, ale kto dziś jeszcze używa znaczków? Kto w ogóle używa poczty w celu pisania listu? Pamiętam, że przez jakiś czas miałam nawet  jakiś abonament na znaczki na poczcie i co jakiś czas przychodziła nowa kolekcja. 

Przy tej okazji wspomnieć też można pamiętniki oraz "Złote myśli" czy "Pele-mele". Wiecie, że do dziś mam swój pamiętnik? Mam! Mowa oczywiście o takim pamiętniku, do któgego inne dzieci się wpisywały. "Wszyscy się wpisują, lecz o tym nie wiedzą, że i ten pamiętnik kiedyś myszy zjedzą". Mojego jak dotąd nie zjadły. Leży sobie w szafie. Pamiętniki były fajne. Każda dziewczynka (chłopaki rzadziej) chyba wtedy miała. Wpisywali się ludzie z klasy, nauczyciele i rodzina. 

Złote myśli i pele-mele to chyba jedno i to samo, o ile się nie mylę. Nie pamiętam za dokłądnie, ale to był jakiś zeszty z mniej lub bardzie durnymi pytaniami, na które każdy wpisujący sie musiał odpowiedzieć. I jeszcze prezent się dawało sklejając kartki i wkładając tam np naklejki, czy suszonego kwiatka. Byli tacy, co okradali te zeszyty z prezentów, gdy dało im się do wpisania i oddawali takie wybebeszone. Bo ludzie to so.

Bardzo chętnie dowiem się, w co wy bawiliście się najchętniej za dzieciaka czy młodzika.




6 lipca 2025

W robocie burdel, ale przejażdżka starym pociągiem była fajna

 W robocie coraz to zabawniej. 


W tym tygodniu miałam dyżury z jedną koleżanką i taki jest teraz system, że na dyżurach jest jedna do dwóch pełnoprawnych wychowaców, a reszta to mniej lub bardziej przypadkowe osoby, czyli wolontariusze, studenci. Jeśli trafi się na ludzi ogarniętych, pracowitych, faktycznie chętnych do pracy to jest fajnie, normalnie, wszystko działa jak należy, ale bywa, że do świetlicy zawitają jakieś oszołomy albo lenie, a wtedy to już inna historia.

Nam po-ma-ga-ły w tym tygodniu studentki, które zdają się stanowić wręcz idealny wzór typowej współczesnej młodzieży przedstawiany, czy razej wyszydzany w socialmediach.

Nie powiem, że one nam jakoś specjalnie przeszkadzają, bo one w ogole nie przeszkadzają nikomu w niczym... ale gdy pomyślę, że studentjob to praca normalnie pełnowymkiarowo płatna, tylko zwolniona z podatku i ubezpieczenia, czyli innymi słowy, ze te studenciaki zarabiają pewnie więcej niż ja czy koleżanki, to jednak nerwa trochę bierze…

Parkur bosych stópek uważam za udany. 

Pewnie dlatego, że wymyślony na poczekaniu. Wieczorem wymyśliłam, Młody poddał jeszcze parę pomysłów, a rano zabrałam do toreb rowerowych trochę kamyczków, trochę słomy, trocin, jakieś miękkie piankowe arkusze z przesyłek różnych, po drodze ze rałam trochę wierzbowej kory pod lasem… No ale po kolei. 

Jest poranek  pięknego upalnego dnia w naszej placówce. Mamy pod opieką ok 50 dzieci, głównie maluchów w wieku przedszkolnym, wczesnoszkolnym, ale też parę starszaków. Koleżanka robi za odźwierną... (pełni dyżur przy drzwiach - wpuszcza, wypuszca rodziców do/z świetlicy, rejestruje przybycia i wyjścia dzieci, a także wszelakie uwagi dotyczące dzieci, typu "dziecko źle rano się czuło" więc musimy mieć je na oku, "dziecko się wywaliło i nabiło se guza" więc trzeba rodzicowi to przekazać, "dziecko skupkało sie w porty" "dziecko tłukło się z innym dzieckiem" "dziecko nie może dziś bawić się na słońcu..." "dziecko ma alergię na cośtam" - jej zadaniem jest to wszystko ogarnąć i dopilnować, a poza tym oczywiście pilnuje dzieci biegających wkoło, czasem podciera zadki, gdy któreś zawoła z toalety, koordynuje też czas jedzenia, wolnej zabawy, prowadzonych zajęć, jednym słowem ma baba co robić.

Ja mam dyżur na podwórku, gdzie wymyśliłam sobie zorganizować i prowadzić tą ścieżkę bosych stópek dla wszystkich chętnych dzieci. Jednocześnie muszę mieć też resztę podwórka na oku, odpowiedać na pytania, wydawać sprzęt (zabawki) ze szopy, zdejmować i zakładać buciki, czasem lecieć opatrywać ranę albo zlecać koleżance to opatrywanie. Przy budowie parkuru i ukrywaniu rzeczy do szukania pomiędzy drzewami (inna zabawa) z chęcią i dobrze się bawiąc oraz pomysłami służąć pomagały starszaki. One też pomagały potem maluchom na trasie - prowadziły, tłumaczyły co i jak... super sprawa, fajne dzieci.

Mamy dwie studentki-pracownice do pomocy. 

Jedna wyszła za mną na podwórko, usiadła na ławce w słoneczku i założywszy nogę za nogę kontempluje otoczenie nie wykazując jakiegokoliek zainteresowania jakąkolwiek pracą, pomocą, czy co tam powinien taki studecik robić podczas w pracy w świetlicy. Nie pyta też, czy może jakoś pomóc, coś zrobić…

 Druga pomaga, jak się należy domyślać, koleżance w środku. Taką przynajmniej mam nadzieję. 

Dzieci mogą wybierać, czy bawią sie na podwórku, czy w sali, więc wielu lata w te i wewte, że ciężko ogarnąć to rozumem.

Zwołałam dzieci, które chcą wziąć udział w zabawie i mówię, że powinny zdjąć buciki, choć nie muszą. To jeszcze małe gamonie. Niektóre mają zaledwie 2,5 roku i nie wszystko ogarniają samodzielnie, a czasem nawet nie bardzo kumają, o co ci chodzi. Chetnych jest dużo. Pomagam zdejmować buciki, jednocześnie zaganiam do kolejki tych, którzy zabierają się za psucie trasy, bo to dzieci. Starzaki ciągle pomagają, gdzie mogą, choć sami chcą wziąć udział w zabawie i sami mają zalewdwie po kilka lat, a tymczasem nasza pani-studentka, siedzi sobie na ławce, jak siedziała, jakby kuźwa na jakimś przedstawieniu była. Nic jej tam pod kopułką nie zaświta, że może by tak podejść do jakiegoś dziecka, pomóc przy zdejmowaniu bucików... Ja myślę o tym wszystkim dopiero potem, gdy mam czas na rozkminy, bo w trakcie tego kołowrotka to ja po prostu dwoję się i troję, by jakoś nad tym zapanować odrobinę i wszystko przebiegało z planem. Nie jestem przygotowana do prowadzenia studentów.

No ale dobra, zrobiliśmy parkour. Jakieś dziecko w końcu wyciągnęło w którymś momencie pannę za rękę na trasę i musiała z nim przejść całą ścieżkę. Nawet dobrze jej szło, ale entuzjazmu to ja tam nie widziałam, czego chyba człowiek jednak by się po młodej dziewusze, która pcha się do pracy z dziećmi,  spodziewać powinien. Choć może dzisiaj w pracy już nie trzeba pracować…? Diaboł wie, czego dziś w szkołach tych wszystkich młodych ludzi uczą…?

Zabawa była przednia. Niektóre dzieci zapytały, czy mogą jeszcze raz przejść całą trasę, a potem jeszcze raz. 

Na trasie najpierw zrobiliśmy z koca i krzeseł "tunel", potem slalom z pachołków, gumowe kółka, a potem było sensorycznie: mokre piłeczki basenowe, kamienie, sznury, słoma, trociny, błoto, arkusze piankowe do pakowania pomiędzy belkami, orzechy (pod orzechem miało to miejsce i chłopaki sporo zielonych orzechów nazbierali), kora i cała mała piaskownica piachu, którą to atrakcję dzieciaki same wymyśliły i przygotowały. 

.







Drugim, osobnym etapem było szukanie pokemonów pomiedzy drzewami (wydrukowałam różne małe pokemony, wycięłam i nasadziłam je na drewniane patyczki do mieszania kawy, a dziatwa powtykała to w randomowych miejscach, a część umieścili też na drzewach i krzakach. Znajdowali i chowali od nowa, by znowu szukać. Gdy zaczęli się kłócić, zakończyłam zabawę. Pomysł jednak wielce udany.


Tymczasem druga pomocnica wyniosła za sugestią koleżanki na podwórko dwa stoliki oraz akcesoria plastyczne i robiła z chętnymi dziećmi fajne obrazki oraz papierowe zegarki. Potem ta, co się dotąd opalała, poszła jej towarzyszyć. No i fajno. Niech robią, co lubią, byle coś robić pożytecznego.

Potem ogłosiłyśmy z koleżanką czas sprzątania. Popsuł nam się odtwarzacz, więc nie było piosenki sprzątaniowej, która nawołuje do zbierania zabawek i porządku, zatem łaziłam po sali i po podwórku drąc się, że "SPRZĄTAMY! i idziemu do środka", bo pora na siku, mycie rąk i siadanie do stolików, by zjeść owoce i się napić. Podeszłam też do stołu studentek studentek oznajmiając czas sprzątania, ale jakoś nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Dzieci siedzące tam, popatrzyły na panie, ale że te nic nie robiły to i dzieci nie ruszyły się  z miejsca. Pomyślałam, że  może coś muszą tam dokończyć z dzieciakami czy coś i poszłam dalej. Aż tak się nie pali. Wtedy usłyszałam płacz, więc pobiegłam tam, a tu chłopiec sobie drzwiami w palucha przydzwonił. Gdy zdjął buta, na skarpecie od razu mała czerwona plamka się pojawiła. Akurat kolezanka nadeszła z drugiego krańca sali i zaoferowała się, że opatrzy szkraba, no to poszłam dalej ogłaszać przerwę i obszedłszy całą salę i cały ogród  wróciłam  znowu do stolika studentek, gdzie nic nie drgnęło, więc powtórzyłam dosyć dosadnie że WSZYYSCYYY! sprzątają i że WSZYSTKIE dzieci muszą natychmiast stawić się w srodku. Dzieci poszły a studenki wstały z wielkim ociąganiem i zaczeły się niezdecydowanie rozglądać. Nie wiem, może krasnoludków wypatrywały w trawie, które by ogarnęly ten burdel, które one zrobiły...? Na stołach i pod stołami na trawie pełno ścinków papierów, kleju, kolorowych kryształków i piankowych kształtów. Nic nie ogarnęly. NIC! Gdy ja poszłam prowadzić dziatwę do toalety to one zostawiły  wszystko  i snuły się bez celu niczym jakieś zombiaki po sali. Ani nie posprzatały swojego miejsca pracy, ani nie wnisoły tych stolików i krzesełek do sali, żeby dzieci miały przy czym usiąść, ani nic niczego nigdzie. Dopiero koleżanka skończywszy opatrywać malca, poszła i zagoniła je do pomocy w kiblach. Akurat już wtedy wszystkie dzieci zdążyły się załatwić i już tylko troje dzieci czekało do mycia rąk, gdy zjawiła się pomoc. Podziękowałam zatem grzecznie.

Dobra, kurde, ja rozumiem, że młode dziewczyny mogą nie wiedzieć, co, kiedy i jak trzeba robić, że czekają na wskazówki czy jasne, konkretne polecenia. Może są też niepewne siebie i trochę przytłoczone tym chaosem świetlicowym, ale do cholery jasnej, jak mówisz komuś jasno i wyraźnie, że jest pora sprzątania to chyba już nie trzeba tłumaczyć, jak się to robi...? Czy trzeba...? Bo może to pokolenie faktycznie już takie głupie jest, że trzeba jak debilowi krok po kroczku tłumaczyć "wyciągnij rącię, schyl się i podnieść ten papierek, i tamten też, a teraz się wyprostuj i idź zanieść ten papierek do tego takiego szarego dziwnego pudła, bo to jest kosz na śmieci...". 

Tak serio to zakładam, że laski nie są z Marsa, tylko tu się wychowały i tu chodziły do szkoły, a pewnie nadal chodzą, skoro mogą studenjob robić, czyli raczej oczywiste jest dla nich, co trzeba robić po ogłoszeniu sprzątnia, bo tutaj w każdej szkole, w każdej świetlicy, w każdym przedszkolu wygląda to tak samo. Być może wydaje się pannom, że skoro już nie są dziećmi to już niczego nie muszą...? Wszak na kursie miałyśmy taką, co to była przekonana, że w świetlicy to ona się będzie tylko z dziećmi bawić, a tu kazali jej, o zgrozo, nosy i dupy dzieciom podcierać, a nawet zamiatać. 

Zresztą, jak one by się z tymi dziećmi po prostu bawiły, czy pogaduszki jakieś prowadziły, to też by nikt nie miał pretensji, ale one - jak im nic nie zadasz konkretnego, to będą se po prostu siedzieć. Ustaliłyśmy z koleżanką, że dziewczynim trzeba zadawać konkretne proste zadania i wszystko dobrze tłumaczyć, ale w takim cyrku przy tak małej liczbie właściwego personelu nie zawsze jest to takie proste jak się wydaje. U mnie teraz multitasking w ogóle nie działa. Jak widzę np bałagan, to próbuję go sama najszybciej ogarnąć bez kombinowania i szukania chętnych do pomocy. Zwyczajnie mi to do głowy wtedy nie przychodzi. A powinno. Tak przynajmniej logika by nakazywała i spróbuję w przyszłym tygodniu jednak szukać potencjalnych jeleni chętnych do wykonywania roboty i rozdzielać zadania. Aktualne moje podejście było bowiem niewłaściwe w tych nowych niecodziennych okolicznościach. Nie umiem teraz na poczekaniu wymyślić nowych rozwiązań tak jak dawniej. Mózg jest wciąż taki strasznie zamulony, że już nie mogę tego zdzierżyć. To jest bardzo uciążliwy stan. W spokoju w domu mogę jeszcze coś wykombinować, ale w nagłych wypadkach, pod presją, w nerwach mam po prostu blue screen, czy jak kto woli czarną dziurę.

Wczoraj przyszłam po południu tylko na dwie godziny. Koleżanka, gdy mnie zobaczyła, pyta, czy do pracy jeszcze teraz przyszłam (bo myślała, że może po coś innego). Jak potwierdziłam, odrzekła, że chyba nawet nie wiem, jak bardzo ją to cieszy i od razu zleciła mi pójście do sali ze stołami i spróbowanie ogarnięcia tego miejsca, by dzieci mogły za chwilę zjeść ciastka. Borze szumiący! Jakby tam jakaś bomba wybuchła. Wszystko wszędzie, a szczególnie tam, gdzie nie powinno być. Co za szajs!

Poustawiałam prosto stoliki, bo jakimś dziwnym trafem każdy stał w inną stronę, zebrałam z nich papier, prace plastyczne, akcesoria rózne, gry pozbierałam w miarę możliwości ze stołów i podłogi, tak samo jak mazaki i zatyczki do nich rozpitolone po całej sali i odłożyłam na półki,  zamiotłam tonę piachu z podłogi, bo na tym się przecież zabić można... Koleżanka zagoniła studentki z dziećmi do kibli na siki i mycie łap. Na podwórku tego dnia dyżurowała wolontariuszka - fajna babeczka ze świetnym podejściem do dzieci - ona jeszcze trochę pomogła przy szykowaniu się do ciasteczkowania, ale akurat dyżur kończyła, więc zaraz zabrała się do domu. 

Ciężko mi się pracuje w takich okolicznościach. Dla mnie o wiele za duży chaos i burdel. Okropnie mnie to stresuje i męczy, a to z kolei powoduje, że łatwo tracę cierpliwość. Udało mi się nawet porządnie opiedolić jednego smrola, którego przyłapałam na rozwalaniu (tyle co pozamiatanych na kupkę) śmieci po całej podłodze, co raczej mało pedagogiczne było. Choć z drugiej strony, pomyślałam sobie potem, że może dzięki temu gówniarzyk na całe życie zapamięta, że nie rozpierdala się pozamiatanych śmieci. Wyobraziłam sobie też, jak ktoś za naszych czasów by zrobił coś takiego. Kuźwa, chyba tydzień by na dupie nie siadł. A dziś nawet głosu podnieść nie wolno, bo od razu drama…

Coraz bardziej dochodzę też do wniosku, że dziś większość dzieci w domu nie robi kompletnie nic i nikt ich nie nauczył też szacunku do czyjeś pracy. Zamiatanie podłogi w świetlicy to jest syzyfowa praca. Mało które dziecko (a i sporo rodziców) przelezie ci przez podmiecione śmieci, nawet gdy hektar miejsca dalej mają. Podejrzewam, że to wszyscy ci, którzy zatrudniają sprzątaczki i zwyczajnie nie mają pojęcia co to znaczy sprzątać. Nie potrafią tego i nie rozumieją w czym w ogóle problem. No albo zwyczajnie niektórzy ludzie są po prostu cholernie tępi tudzież chamscy.


W przyszłym tygodnu będzie już chyba mniej dzieci. Tak przynajmniej wynika z informacji w naszej aplikacji. Może zatem będzie się lepiej i spokojniej pracowało...? To, jak wyglądała praca i opieka nad dziećmi u nas w minionym tygodniu, odbiegało dosyć od norm i standardów oferowanych dotąd przez tę organizację, choć koleżanki i szefowa starają się jak mogą. Wyżej dupy jednak nie podskoczysz. 

Koleżanka, z którą dyżurowałam, nie przygotowywała żadnych specjalnych zajęć. Wymyśla po prostu jakieś proste rzeczy na poczekaniu. Wszystkie się bowiem bardzo wkurzyły na naszą firmę, która w poprzednim tygodniu wysłała ludzi do przejrzenia rzeczy, materiałów, sprzętu, by mogli oszacować, co się potem przyda w innych placówkach. Przy okazji mieli zabrać rzeczy, z których już korzystać nie będziemy. Przybyli poza godzinami pracy i nikogo o nic nie pytając ani nie informując pobrali ze szaf z materiałami artystycznymi i różnymi przydasiami, co im się żywnie podobało. Jedna koleżanka otworzyła potem szafę, by coś dzieciom dać do majsterkowania a tu dupa - nie ma. Druga kolejnego dnia miała robić z dziećmi mydełka. Otwiera szafę, a tu nie ma żadnego z  przygotowanych wcześniej składników i akcesoriów. Mnie by chyba tam szlag na miejscu trafił. One i tak są cierpliwe albo dobrze to ukrywają. Dziewczyny miały tam poodkładane do osobnych pudełek rzeczy potrzebne im do zajęć wakacyjnych i to wszystko zniknęło. Mnóstwo materiałów zabrali, tak że teraz nie ma za bardzo z czym organizować zajęć dla dzieci. Jest dziwnie. Na prawdę dziwnie się porobiło w tej placówce. Człowiek by oczekiwał, że przynajmniej ze strony obecnego pracodawcy wsparcie i sympatię dostanie ten kto zostaje do końca, a tu jeszcze kłody pod nogi. Idzie się domyślić, że nagłe odejście części personelu jest pracodawcy nie po nosie, ale czy to powód by karać tych, którzy zostali samotni na placu boju? No chyba raczej medale by i  się należały, kwiaty i czerwony dywan, a nie że szabrowników się wysyła i traktuje jak śmierdzące gówno, zło konieczne i oiąte koło u wozu. Tak to przynajmniej odbierają koleżanki, które przepracowały tu po kilka do kilkunastu lat. I ja też tak to widzę, choć poniekąd to ja trochę z boku patrzę, bo nie zdążyłam się z tą placówką ani z tą drużyną jeszcze jakoś specjalnie związać, no i gdyby nie ta cała sytuacja, już bym tam dawno nie pracowała, bo gdyby było tam normalnie, nie wróciłabym z chorobowego do świetlicy w lutym.



Wspominam, jak przyszłam tam we wrześniu. Na pierwszysm zebraniu przy stole siedziało ponad 10 wesołych, uśmiechniętych, energicznych, pełnych entuzjazmu i niesamowitych pomysłów babeczek. Dziś jest nas 5, z czego jedna przyszła już później, a druga jest oficjalnie na zwolnieniu lekarskim, czyli 4. 

Dzieci te same, co wtedy. Sala ta sama. Klimat całkowicie odmienny od tamtego. Zero entuzjazmu. Zero satysfakcji czy radości z wykonywanej pracy. Bałagan, żeby nie powiedzieć burdel i to zarówno fizyczny w salach, jak i kadrowo-godzinowy. Plan pracy zmienia się niemak każdego dnia. Nawet w połowie dnia dostaję wiadomość od szefowej z pytaniem, czy na drugi dzień mogę przyjść o innej godzinie niż stoi w planie, bo np (jak w tym tygodniu) student tego dnia się nie stawił do pracy i nie ma z nim kontaktu, więc nie wiadomo, czy przyjdzie jutro... Dziś na nikogo nie można liczyć. Ludzie (nie tylko u nas, Małżonek obserwuje to samo) są niesłowni, bez honoru, kultury. Jednego dnia po prostu nie stawiają się w pracy albo przychodzą grubo spóźnieni bez jednego słowa przeprosin, usprawiedliwienia, bez powiadomienia. Była koleżanka spotkana w sklepie opowiadała, że w jej nowej pracy studentka po prostu jednego dnia powiedziała dzieciom, że idzie się opalać, bo ładna pogoda i poszła nikogo z pracowników nie informując. Szukali jej wszyscy, a dzieciom nie chciał z pierwa nikt uwierzyć… W jakich my czasach, ludziska, żyjemy? Ciekawam, czy w innych krajach też młodzi mają czasem takie dziwne nam staruszkom podejście do życia…?



Pamiętacie jeszcze zapewne jak się denerwowałam na koleżanki, które mnie non stop pouczały, strofowały, poprawiały... Minęło zaledwie kilka miesięcy od tego czasu, a one już od dawna tu nie pracują i dziś już nikt nikogo nie poprawia ani nie krytykuje, nawet takie sytuacje jak te opisane powyżej są dziś normą. Nie ma już wyśrubowanych standardów. Nie wiem, czy w ogóle jeszcze mamy jakieś standardy. Dziś wystarczy, że przyjdziesz do pracy i posiedzisz przez 4 godziny przy stoliku, a i tak ci podziękują.

 A wracając do tych super mądrych byłych koleżanek, to właśnie się dowiedziałam, że jedna od kilku miesięcy jest chora, a druga bardzo niezadowolona z nowego miejsca pracy i ponoć ma odchodzić... No i prawidłowo. Nie żebym była złośliwa. No skąd. Co ty.



Nie rozumiem całej tej naszej sytuacji. Jest arcydziwna, żeby nie powiedzieć chora i patologiczna.

Postanowienie gminy o zmianie firmy jest może głupie, bo szukanie oszczędności kosztem dzieci ja za normalne nigdy nie uznam, ale też wolno urzędnikom podjąc taką decyzję, nawet jak to wielu się nie podoba. Tak samo jednak moim koleżankom wolno było podjąć decyzję na temat swojej kariery zawodowej i swojego własnego życia, bo nie są niewolnikami gminy póki co. 

Chyba żaden urzędas nie jest na tyle głupi, aby twierdzić, że dla kogokolwiek 200-800€/mc mniejsze wynagrodzenie nie robi żadnej róznicy i że raczej nie powinno się od ludzi oczekiwać, że nie skorzystają z możliwości zmiany miejsca pracy zachowując dotychczasowe lub zbliżone wynagrodzenie. Z atmosfery, jaka teraz panuje, jednak należy chyba wnioskować, że urzędas jednak był aż tak głupi, bo wychodzi na to, że decyzja naszego personelu była dla gminy szokująca, bardziej niż niespodziewana... No i teraz są wszyscy obrażeni i sytuacja jest śmierdząca, a relacje napięte. A raczej jest brak jakiejkolwiek relacji.

Ja to myślałam, że jednak mimo wszystko jakis radny, burmistrz czy inny tam pracownik gminy odpowiedzialny za szkoły i świetlice jakoś się pofatyguje na koniec do takiej świetlicy, by pożegnać, podziękować ludziom za lata ciężkiej pracy i co tam się robi w takich okolicznościach... A tymczasem gmina nie raczyła nawet podstawowych informacji przekazać związanych z przejeciem. CHORE!

Myślałam też, że ta nowa firma też jakoś normalnie z godnością i rozumnie się zachowa, że przyjdzie ktoś choćby raz okiem rzucić na lokal, otoczenie. Że porozmawiają z dotychczasowymi pracownikami, by poznać trochę warunki, dowiedzieć się coś choćby ogólnikowo na temat dzieci, problemów, jakie istnieją w tej grupie etc… 

W mim mniemaniu tak powinno wyglądać przejęcie świetlicy. Kurde, przecież to chodzi o dzieci, o ludzi, a nie o stado gęsi, czy jakies meble. 

Wyobraźcie sobie, że rodzice przychodzili do nas z formularzami zapisowymi do nowej świetlicy, a my im na to, że to już nie do nas, że my nie wiemy nic na ten temat i nie mamy pojęcia, komu mają rodzice te dokumenty przekazać. Którys tam rodzic się pocztą pantoflową dowiedział, że to do dyrektorów szkół trzeba było dawać, no to przekazywaliśmy tę informację dalej z zaznaczeniem, że to informacja nieoficjalna, bo nas nikt o niczym nie informował oficjalnie. Jest zero jakiejkolwiek komunikacji z gmną czy nową firmą. 

 Rodzice się denerwują, bo przecież to sprawa ważna, czy od września będą mieć opiekę dla swoich dzieci, czy nie. I jaka to opieka będzie.  Jeszcze wielu przy tym w ogóle jakby z księżyca spadło i zdumieni są, a nawet spanikowani, że od września nie będzie już żadnej znanej pani, ani nawet znanej zabawki. Że jak to? Że co? Dlaczego?!

Nikt dziś nie wie, kto będzie pracował w świetlicach od września. Nie ma na ten temat żadnej informacji. Nie dziw, że wielu rodziców się niepokoi. Szczególnie ci rodzice, których dzieci wymagają specjalnej troski i z którymi moje koleżanki pracowały razem z poradniami, nauczycielami itd. 

I jeszcze się zastanawiam, jak ta nowa firma niby zamierza to wszystko ogarnąć w 2 tygodnie. My pracujemy tam do połowy sierpnia, a szkoła zaczyna się we wrześniu...

Jako że u nas nie byli, to należy założyć, że nawet nie wiedzą, jak lokale wyglądają ani co jest im potrzebne, by je wyposażyć. Chodzą słuchy, że wciąż szukają personelu. Mimo że w ich ogłoszeniach stało, że do tej pracy nie potrzeba żadnych kwalifikacji czy dyplomów, to jakoś ludzie się drzwiami i oknami jakoś najwyraźniej nie pchali. Tak swoją drogą to ja też nie wyobrażam sobie podpisywania kontraktu na wychowacę świetlicy, której jeszcze nie ma. Nie wiadomo, jak będzie wyglądał lokal, jak będzie wyposażony, z kim trzeba będzie pracować i na jakich zasadach… Bardzo durna sytuacja. 

Jeszcze mniej potrafię sobie taką świetlicę wyobrazić. Ludzie z łapanki, bez przygotowania, nie znający się wzajemnie, nie mający pojęcia o pracy z dziećmi (skoro nie trzeba dyplomów, doświadczenia), którzy nagle spotykają się pierwszego września o umówionej godzinie i muszą przyprowadzić bezpiecznie nieznane sobie dzieci z dwóch szkół, a potem zajmować się nimi przez 3 godziny i oddać je na koniec właściwym osobom dorosłym (mamy np rodziny, gdzie jedno z rodziców ma zakaz zbliżania się do dzieci). Pominęłam tu jeszcze takie drobiazgi, jak fakt, że naszej czeladce są dzieci, które nie pójdą z osobami, któych nie znają. Mamy dzieci specjalnej troski, które np uciekają i gnają prosto przed siebie, jeśli nie trzymać je za łapkę mocno. Mamy takie, które potrafią się położyć na chodniku i nie chcą iść dalej i jeśli nie znasz trików na nie to jesteś w dupie. Mamy takich gagatków, których trzeba daleko jedno od drugiego od siebie trzymać, by się nie tłukli ze sobą... Nie wiem, czy można ot tak po prostu przekazać bezpiecznie jakąś 50-osobową grupę dzieci ot tak bez jakiegokolwiek porozumienia pomiędzy dotychczasowym a nowym opiekunem. Dziwna to sytuacja zaprawdę powiadam wam. Niby nie powinno mnie to wszystko obchodzić i po zakończeniu pracy, szybko pewnie o tym zapomnę, ale jednak ta cała sytuacja budzi moje głębokie zainteresowanie, bo lubię obserwować ludzi i próbować zrozumieć ich zachowania i nawet w najbardziej niedorzecznych i nielogicznych odkryć jakiś sens.

Na tym zakończę ten wpis. Potrzebowałam o tym właśnie sobie głośno porozmyślać i się powywnętrzać. 



Jestem ciekawa, co też za niespodzianki i wrażenia kolejny tydzień przyniesie, choć z drugiej strony trochę się ich boję. Odliczam już dni do końca i bardzo go wypatruję, choć potem pewnie znowu będzie mi tego szumu brakować, bo człowiekowi to nigdy nie dogodzi...

A nie, na koniec dodam jeszcze kilka zdjęć z pobliskiego muzeum pociągów i moich przejażdżek zabytkowym pociągami ciągniętymi przez parowóz i lokomotywę spalinową. Byłam na otwarciu sezonu w Baasrode-Noord (Dendermonde), które to muzeum i tory w odległości kilkunastu minut rowerem się znajdują. Pociągi te kursować będą prawie każdy wakacyjny weekend, gdyby kogoś to interesowało, to polecam.


Fajnie tak było sobie jechać powoli ciuchcią i patrzeć przez OTWARTE OKNO na naszą piękną okolicę, na pola, drzewa, wiatraki, na mijane domy i ludzi…
Miny ludzi, którzy nie są tutejsi i nie wiedzą o tej muzealnej kursującej ciuchci, a tylko przypadkiem znaleźli się na trasie pociągu i zatrzymali się przed szlabanem były dość ciekawe… 🤔. Wielu (wcale nie tylko dzieci) machało, a pasażerowie oczywiście odmachiwali. 
Jadąc tak przy otwartym oknie wspominałam dawne czasy i pociągowe przejażdżki. Za dzieciaka jeździłam czasem z mamą lub babcią taką ciuchcią do miasta. Spalinowymi potem do szkoły czasem, a i nad morze na obóz karate jadąc z naszym klubem, czy znad morza do Rzeszowa wracając, nie raz wsiadaliśmy przez okna, by zająć przedział i potem tylko plecaki i namioty się podawalo. Na pociąg z przedziałami mówiliśmy „kurnik” haha. 
W ogóle te powroty znad morza. Całą drogę do Wrocka nie raz na stojąco upchani jak sardynki w wąskich korytarzach pociągu z tymi wszystkimi bagażami pod nogami, gdy nie udało się zająć przedziału, a gdy się udało, to po dwoje na jednym miejscu, na kolanach jeden drugiemu siedział. Czlowiek miał zdrowie!

widok przez okno pociągu 
Były też zabytkowe pojazdy różne wystawione przy stacyjce muzealnej. Taki zielony piękny  „Trampek” na ten przykład… I Czerwone Traktorki.











drewniany wagon też jeździł

selfiak pamiątkowy

opuszczona nieużywana stacja

drewniane drzwi




kurnik ;-)

przejście pomiędzy wagonami- widać tory



ta ciuchcia ciągnęła mój wagon



chłopacy się bardzo wczuli w klimat

tablica odjazdów aktualizowana ręcznie






maszyna parowa




do tej maszyny można było wsiąść i usiąść za sterami oraz zapytać o wszystko pracowników 

to jakby z innej bajki, ale ciekawe




wystawa modeli

wystawa modeli

wystawa modeli