Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GTB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GTB. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2026

Wreszcie udało się załatwić ten staż

 Zacznę od razu od dobrej nowiny (dla nas, bo innych to to raczej kij obchodzi ;-) ). Mamy staż!

Znaczy Córka ma. Ja tam nadal czekam na rozwój wypadków...

bukiet sfotografowany w sklepie, bo taki ładny


W tym tygodniu udało się w końcu dograć wszystko. Ten ziomek z biura pracy, a konkretnie z GTB trochę taki mało słowny jest i trochę trzeba było go poganiać i pilnować, by zrobił, co ma zrobić, co - nie będę ukrywać - uważam za wielce irytujące, ale koniec końców wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i Najstarsza już po niedzieli będzie zaczynać pracę, znaczy bezpłatny staż... Zawsze to coś. Będzie pracować 3 razy w tygodniu po 4 godziny przez miesiąc, a potem się zobaczy, co będzie dalej. Zaczynać będzie na kuchni, ale z tego, co mówiła po rozmowie z panią z tamtego biologicznego gospodarstwa, będzie też mogła ewentualnie spróbować pracy w szklarniach, czy na polu albo w jeszcze innym dziale. Najważniejsze, że zaczyna i że znowu robi kolejny mały kroczek do przodu ku jakiejś pracy w przyszłości.

Aż z radości poszłyśmy na kawę i pankejki zanim nasz autobus przyjechał... Przy okazji odrywszy fajną kawiarnię koło biura pracy. 




Bardzo się cieszymy z tego faktu, że wreszcie to załatwiłyśmy, ale kurde, gdyby nie ja, Córce by tak na prawdę raczej nikt za bardzo nie pomógł. GTB to jest taki dział biura pracy, który ma za zadanie pomagać w szukaniu pracy czy szkolenia, stażu ludziom specjalnej troski, że tak powiem, czyli ludziom np niepełnosprawnym albo na ten przykład powracającym na rynek pracy po chorobie, czy chcącym po 30 latach pracy w jednym zawodzie a będących w starszym wieku, zmienić pracę na inną. To tak oczywiście w wielkim uproszczeniu, ale cholera jasna, takie osoby jak choćby Moja Córka, które potrafią wiele, są chętne do pracy, mają wiele talentów i mogą pracować w sensie fizycznym, ale po prostu słabiej ogarniają rzeczywistość, potrzebują właśnie realnego wsparcia i prowadzenia, większej uwagi, bo zwyczajnie mają problemy z odnalezieniem się w kwestaich administracyjnych, posługiwaniu się komputerem czy telefonem i nie poradzą sobie same z szukaniem pracy, choć chętnie będą ją wykonywać, gdy im ktoś znajdzie. No i - moim zdaniem - po to jest taka specjalna jednostka, żeby takie osoby prowadzić za rękę, tłumaczyć im wszystko tak by zrozumiały, czyli powoli, prostym językiem, pokazując wszystko krok po kroku... No ale to piękna teoria, która w praktyce wcale tak nie działa.

Nie wiem, chłop może wyczaił, że skoro kobieta, czyli moja prawie dwudziestoczteroletnia córka ma pomoc w postaci matki, to można na tę matkę wszystko zwalić i chuj. Bo to zdecydowanie nie była pomoc na poziomie osoby niepełnosprawnej. Moja córka ma autyzm i ADHD (no i zespół Turnera), które w dosyć znacznym stopniu utrudniają jej codzienne funkcjonowanie. Ma np bardzo poważne problemy z koncentracją i pamięcią. Przy trzecim zdaniu, już nie pamięta, co było powiedziane w pierwszym albo pamięta tylko to pierwsze, a dalej już mózg nic nie jest w stanie zapamiętywać... a tymczasem chłop papla jak katarynka, nawija z prędkością karabinu maszynowego nie robiąc żadnych pauz... Nawet ja nie jestem w stanie tego umysłem ogarnąć (tyle że ja większość rzeczy po prostu wiem, to i nie problem). 

No i co dla mnie było dziwne to spotkania przez telefon. Moja Najstarsza NIE ROZMAWIA PRZEZ TELEFON Z NIKIM. Ze mną czy swoją siostrą daje rady rozmawiać i nawet odbierze przeważnie, o ile telefon nie jest zbyt niespodziewany, bo wtedy nawet ode mnie nie odbierze... Mówisz chłopu, że ona nie ogarnia rozmów telefonicznych, a co on robi? Umawia ci kolejne spotkania na telefon! No, tyle że po pierwszym się zreflektował i dzwonił od razu bezpośrednio do mnie, a nie do niej, bo i tak ja odbierałam jej telefon haha. No ale może to dlatego, że nie protestowałam, bo też i uznałam to za okej. Dla mnie najważniejsze było, żeby jej cokolwiek znaleźć. Nie ważne w jaki sposób, Tylko to się dla mnie liczyło i cel, powiedzmy sobie szczerze, został osiągnięty. 

Jednak teraz po wszystkim przychodzi reflekcja na temat całego procesu i o tym jest ten tekst. Bo ja się cieszę, że udało się załatwić staż i że w miarę sprawnie zostały dopełnione wszlekie formalności. Pod tym względem nie mam zastrzeżeń. Chłop poza tym bardzo sympatyczny, energetyczny, obeznany w formalnościach i możliwościach (co, jak wynika z moich doświadczeń, nie jest bynajmniej oczywiste). Ogólnie mnóstwo pozytywów i wszystko przebiegło pomyślnie, ale właśnie  jest to "ale"...

Nie podoba mi się podejście tego typu, że pracownik który ma płacone za pomoc takim osobom specjalnej troski zwala swoją robotę na kogo innego. No i druga kwestia - co z osobami, które nie mają takiej matki, czy innego tam pomocnika...? Moja Córka póki co nie ma ani oficjalnego orzeczenia niepełnosprawności ani tym bardziej wyznaczonego opiekuna. Jest samodzielną dorosłą osobą, ale wymaga wsparcia, które ta instyyucja, w moim mniemaniu, powinna jej zapewnić.

Co, gdyby moja córka nie miała takiej mnie? Została by zostawiona sama sobie. Kuźwa, nawet do tego urzędu by nie dotarła, bo nikt by jej tam nie pokierował. Ona nie potrafila by tam też sama dojechać autobusem ani prawdopodobnie znaleźć tego miejsca samodzielnie, o ile by jej ktoś drogi dokładnie nie wytłumaczył i raz nie pokzał. No a mnie się wydaje (choć wiadomo, że ja prosta  baba ze wsi jestem), że tego typu instytucje powstały właśnie po to, by takich ludzi wspierać, by pomagać także takim osobom, które mają trudniej, na drodze na rymek pracy. No sorry, ale to samo to ja mogłam sama w domu zrobić bez niczyjego łaskawego pośrednictwa i marnowania MIESIĘCY czasu na łażenie od urzędu do urzędu. Tyle tylko, że bez ich pośrednictwa bym nic nie zrobiła, bo to oni muszą wypisać te wszystkie papiery, żeby ona w ogóle mogła taki staż dostać. Ja nie mam takiej mocy, bo wszytsko tu rozbija się o papierki i uprawnienia. 

Powiem jeszcze raz, to co już mówiłam w związku ze swoją misją szukania pracy: zamysł, idea tych instytucji jest dobra, świetna, super pozytywna, ale to jak one faktycznie działają i jakie są (a raczej jakich brakuje) kompetnecje ludzi tam zatrudnionych to już inna para kaloszy. I te kalosze są dziurawe i o 5 numerów za małe...

Jak będę mieć możliwość, to powiem chłopu, co zrobił źle, a co dobrze, bo oni czasem proszą o opinię na koniec. Młody jest - może też musi się jeszcze nauczyć... Ja natomiast, jak na starą babę przystało, zawsze wszystko wiem lepiej i muszę się tym chwalić haha.

Ja też miałam spotknanie ze swoją asystenktą w biurze pracy, której przekazałam dokumenty wypełnione przez lekarza. Może jeszcze od psychologa uda mi się jakiś papier uzyskać, bo babka powiedziała, że im więcej papierów, tym lepiej. Nie wiadomo, czy mimo to wydadzą mi ten dokument uprawniający do starania się o pracę w zakładzie pracy chronionej, ale muszę czekać, co się z tego wykluje... Mieszkając w Belgii trzeba się przyzwyczaić, że na wszystko musisz odpowiednią ilość czasu się wyczekać i za wszystkim ochodzić od Annasza do Kajfasza. Męczące to jest i po pewnym czasie zwyczajnie się odechciewa albo nawet zapomina, o co człowiekowi chodziło na początku... Niemniej jednak ja nie mam poki co jakichś innych opcji więc będę sobie czekać i próbować nie ześwirować do końca.

Tymczasem upały i susza trwają. Wspominany poprzednio deszcz trwał pięć minut i nie zmienił nic w tej kwestii. Potem jeszcze ze dwa razy spadło po kilka kropel, w sensie dosłownie kilka kropel, że nawet trawy nie porosiło, a z betonu czy ziemii wyparowało zanim w ogóle zmokło. Od wielu tygodni nie było deszczu, Już zaczynają o tym pisać i w prasie, że w rolnictwie jest niecukierkowo, że kukurydze - tak jak sama to zaobserowalwam własnymi patrzałami - zeschły, że krowy, źle znoszą takie upały i nie dają mleka tyle co normalnie... Co ciekawe i bardzo przykre, jak dotą ciągle nie widziałam nigdzie wspominku o samych tych krowach, czy innych zwierzętach, które w ten skwar i tę suszę stoją na zeschniętych na wiór pastwiskach, gdzie cudem jest znalezienie źdzbła zielonej trawy, bez choćby odrobiny cienia, a w brudnych wannach i innych tego typu "poidłach"  mają nie rzadko ciepłą syfiastą wodę pełną glonów. To samo dotyczy koni. Jak widzę ludzi jeżdżących w taki gorąc konno albo wiozących dupę w takiej czy inne bryczce, to mnie kurwica bierze. Bo ja bym wzięła takich skurwieli zaprzęgła do jakiejś ciężkiej roboty w taki upał, najlepiej bez picia (ewentualnie z wodą zaczerpniętą ze stawu i podaną w brudnym konserwiaku), może by debilowi jednemu z drugim rozum wrócił... Wkoło nas mnóstwo zwierząt stoi na pastwiskach dzień i noc o każdej porze roku. Często nie mają ani cienia, ani żadnego drzewa, ani zadaszenia. Stoją w skwarze, stoją w deszczu. Czasem wychudzone, brudne, zaniedbane... Nic tu z tym nikt nie robi. Oczywiście nie wszyscy hodowcy są takimi chujami. Masz też zadbane zwierzęta, które mają i zadaszenie i świeżą wodę z automatycznego poidła, i dostatek pożywienia, i zadbane są, futerko aż lśni. Ale byście widzieli "hodowlę" krów mięsnych i kucyków u jednego z sąsiadów, to by wam kopara opadła na asfalt. Stajnia chyba gdzieś z lat dwudziestych, nie dalej, doslownie kijami podparta, dach się wali, mury popękane, ciasnota i syf. Chłop wydaje się robić co może, ale to dziadkowina, który sam ledwie na nogach stoi. O piątej on już na nogach, już pcha taczki albo jedzie traktorem. Wieczorej o dwudzistej drugiej on jesczcze coś przy krowach na pastwisku źdura, ale widać, że już nie daje rady. Jest sam, nie miał dzieci, z tego, co mi wiadomo, choć ostatnio jakiś młody z dalszej rodzinysię tu przeprowadził z rodziną i mu trochę pomaga... Ja podejrzewam, że ta farma to wszystko, co chłopina ma, że on po prostu próbuje przeżyć i jakoś do śmierci dożyć. Jest bardzo pozytywnym i zawsze uśmiechniętym bezzębnym staruszkiem i zawsze z daleka woła "Daaag" do każdego, ale nie zmienia to faktu, że te jego stworzenia żyją w gównianych warunkach. Może nie dramatycznych, ale dobrobytem bym tego też nie nazwała. Niektóre farmy tutaj są w stanie gorszym niż fatalnym. Ludzie starsi - tak samo jak wszędzie - jakoś po prostu muszę dożyć do konca swoich dni i muszą próbować mieć z czego żyć. Niektórzy zapewne - tak jak i ten dziadek - nie mają w życiu już niczego innego poza tym kawałkiem pola i paroma zwierzętami. Gdy ktos całe życie spędził na farmie, zwykle nie zna ani nie ma innego życia. Ta farma nadaje życiu sens. To oczywiście moje osobiste przemyślenia poczynione na podstawie obserwacji wiejskiego życia.

Tylko koni (i wszystkich innych żywych stworzeń) żal, ale moim zdaniem tu też powinno iść jakieś wsparcie ze strony państwa, a już przynajmniej kontrole warunków, w jakich żyją zwierzęta. Niestety nie widzę, by tutaj ktokowliek tym się przejmował. Co innego tam kotki, pieski, ale krowy...? Pff, to nikogo nie obchodzi, chyba że już jakaś skrajna patologia się wydarzy, jak już zaczynają z głodu umierać zwierzęta czy jedne drugie zjadać, to dopiero wtedy ktoś się zaczyna interesować... 

Dziś wzięłam znowu zastrzyk i już zmęczenie mnie zdążyło porządnie opanować. Gorąc też nie polepsza sprawy. Miałam pokręcić gdzie rowerem, ale siedzę zdechła w salonie i nie mam na nic sił, a już na pewno nie na wychodzenie z domu gdziekolwiek, nie mówiąc o tym by pedałować gdzieś dalej. Do pielęgniarki objechałam, co w te i nazad daje ok 10 km, a po drodze jeszcze zakupy "chemii" zrobiłam, bo mi się i płyn do prania kończył, i szampon dla Młodego, i oliwka do mycia, i mydło do rąk  już ostatnie poszło... o i tak ziarnko do ziarnka i wydałam 70€ na różne produkty. No, ale to jest zapas na kilka tygodni albo i miesięcy, a tymczasem jeśli idzie o żywność to za 70€ to nawet do domu nie ma co nieść, a poza tym człowiek zje, wysra i od nowa trzeba iść do sklepu, ech. I jeszcze co się trzeba omyśleć, co dziś ugotować...? No i mnie się dziś za cholerę gotować nie chce. Kupiłam warzywa na bigos, ale to moż jutro, bo dziś nie mam sił. Miałam też zrobić placki ziemniaczane, bo za mną strasznie chodzą, ale nie wyobrażam sobie stania przy patelni. To samo kwestia naleśników, na które też mam smak... Ale nie, nie chce mi się dziś smażyć niczego. Dla Młldego kupiłam peperoni, żeby mu pizzę zrobić, ale to też innym razem. Coś czuję, że dziś pójdziemy po prostu po frytki wieczorem, jak na belgusów przystało. Kocham frytki z majonezem! U nas we fryciarni są pyszne. Biorą je od lokalnego producenta i smażą. Młoda tm kiedyś nawet z klasą była w tej firmie, bo to rodzice jednego z jej klasowych kolegów z podstawówki robią te frytki i inne tego typu rzeczy. Zapytacie może, czy sama se frytek nie potrafię z robić? Potrafię, ale ziemniaki też trzeba kupić, a do tego jeszcze olej i frytownicę grzać, a potem ją myć (co jest najgorsze z tego wszystkiego), no i ziemniaki obrać, a potem pokroić... A do fryciarni jest z 500 metrów i fryteczki gotowe, świeżutkie, gorące, chrupiące, porządnie po belgijsku uzmażone (no dobra, oni nie smażą na szczęście na smalcu - bo to jest tak na prawdę po belgijsku) a w mnie w domu nie capi spalonym olejem, tylko im tam haha. Majonez używamy wegański bo jest najlepszy i nie śmierdzi, jak taki z jajem. Oczywiście, że frytki nie są zdrowe, ale nie samym zdrowym jedzeniem człowiek żyje c'nie. Inne strony zdrowia, do jakich należy mój komfort psychiczny i zmęczenie też się na zdrowie składają, a nie tylko to co w misce leży... Ja tam do wszystkiego se filozofię dorobię ;-)

W tym tygodniu Małżonek wrócił z Polszy. Tym razem - trochę ze względów zdrowotncyh, trochę samochodowych (auto się srało)  jeździł busem i autobusem i ja tu se pozwolę zapisać ze dwa zdania na ten temat, co się z jego relacji dowiedziałam. 

Jeśli chodzi o autobus Sindbada, to był zadowolony. Stwierdził, że od czasu, kiedy po raz ostatni z usług tej firmy przewozowej korzystał lata temu, dużo się zmieniło na plus. Na pokładzie autobusu nie tylko jest wc, ale serwują kawkę, herbatkę, zupki. Cisza, spokój, w miarę komfortowo jak na autobus. Natomiast busy razem z ich kierowcami przeklął i powiedział, że nigdy więcej i że nikomu nie poleca tej PATOLOGII, bo tylko takim słowem można podsumować to, czego doświadczył. 

Pierwsza rzecz, że umówił się z kim innym, a kto inny przyjechał. Po drugie okazało się, że cena jest znacznie wyższa, niż była wcześniej mowa. Potem okazało się, że w aucie jest 16 (słownie: szesnaście) stopni, bo kierowca "musi mieć takie zimno, inaczej by zasnął". JPRDL! Tak, takie było wytłumaczenie, gdy pasażerownie domagali się  zmniejszenia chłodzenia. Przypomnę, że na zewnątrz było 25-30 stopni. Małżonek sie cieszył, że wziął bluzę na wszelki wypadek, ale i tak zmarzł jak cholera przez drogę. Jakby tego było mało, kierowca całą drogę jechał z telefonem przy uchu, kilka razy mało nie powodując wypadku, aż się ludzie wkurwili i go zjebali, co zresztą nie wiele pomogło. Miała być jazda bez przesiadek, a była z przesiadkami i zawracaniem. Mimo ponawianych próśb, kierowca nie zatrzymał się na stacji benzynowej, by Małżonek (i inni ludzie) ludzie mogli skorzystać z toalety, a dopiero po jakichś 160 kilometrach. Plus busa jest taki, że przyjeźdża po pasażerów pod dom i pod domem ich wysadza, ale jest też o wiele drożej niż taki np Sindbad, niekomfortowo i przede wszystkim śmiertelnie niebezpiecznie i żadnych innych plusów nie ma. Kierowcy to ludzie kompletnie bez wyobraźni i odpowiedzialności. Po prostu patologia! Nie jestem w stanie inaczej tego określić. To tak jakby kto się zastanawiał, jak wygląda podróżowwanie busem z Belgii do Polski. 

Dobra, to by było na tyle, bo mi się już nic nie przypomina ciekawego. Na YT w tym tygodniu wrzuciłam krótkie nagranie na temat wody z kranu, bo nic ciekawego nie miałam przygotowane, a i też, bo chciałam o tym powiedzieć... Pojawi się ono o 18 dziś w piątek.



26 sierpnia 2023

Wrzesień się zbliża

Kurs na opiekuna świetlicy dla dzieci szkolnych (kinderbegeleider voor schoolgande kinderen) w czasie chorobowego - formalności

W tym tygodniu udało mi się dokończyć (prawie) formalności dotyczące kursu na opiekuna świetlicy. To była długa i wyboista droga. Podsumujmy.

W czerwcu zapisałam się przez interenet na dzień informacyjny i potem na niego pojechałam. Dowiedziałam się tam, że kurs trwa rok, a zajęcia będą odbywać się 2 razy w tygodniu, z czego połowa będzie stażu w wybranej przeze mnie świetlicy. Aby wziąć udział w takim kursie, trzeba się wykazać znajomością niderlandzkiego lub przedstawić dyplom z poziomu 2.4 (B1).

Tego samego tygodnia pojechałam ponownie do tej szkoły dla dorosłych (CVO - Centrum Voor Volvassenenonderwijs), by się zapisać. Zapisałam się.

Jako że jestem na zwolnieniu lekarskim i pobieram zasiłek chorobowy, musiałam dopełnić różnych formalności, bo okazało się, że po pierwsze jest możliwość, by uczyć się w trakcie niezdolności do pracy i otrzymywać ciągle zasiłek. Po drugie, że można przy tym być szukającym pracy zapisanym w VDAB i dzięki temu odbywać to szkolenie całkowicie za darmo (normalnie taki kurs kosztuje coś około 700€ albo i więcej).

Musiałam umówić się na spotkanie z koordynatorem (terug-naar-werk-coordinator) ze swojego Funduszu Zdrowia (ziekenfonds, mutualiteit), by poprosić o zgodę na odbywanie kursu w trakcie niezdolności do pracy. Koordynator wyraził zgodę.

Potem zgodę musiał jeszcze wyrazić lekarz z mojego funduszu zdrowia, ale o stosowne dokumenty zadbał już koordynator i ja nawet nie musiałam się z tym lekarzem wiedzieć. 

Kolejne formalności to biuro pracy VDAB. Podczas zapisu na kurs obecna była pani z biura pracy VDAB z działu edukacji i to ona prowadzi moją sprawę dalej. Najpierw wysłała mnie na rozmowę kwalifikacyjną z miłą panią z firmy zewnętrznej. Otrzymałam mejlem zadania pisemne do wykonania, potem odbyłam rozmowę przez internet.  Następnie obie panie skierowano mnie na dzień próby (inleefmoment) do świetlicy, którą sama miałam sobie wybrać z listy. Z tym było sporo komplikacji, bo strona internetowa i adresy mejlowe okazały się nieaktualne, ale w końcu w tym tygodniu udało mi się jednak umówić na rozmowę zapoznawczą w wybranej przeze mnie świetlicy, która odbędzie się w przyszłym tygodniu. Podczas tej rozmowy mam się już umówić na ten dzień próby, który ma się udać odbyć przez końcem wakacji.

Poza tym w tym tygodniu otrzymałam telefon z VDAB od innej osoby, która nakazała mi przyjechać do biura pracy w Vilvoorde na rozmowę i dokończenie formalności. 

Podczas tej rozmowy przedłożyłam dokument z funduszu zdrowia i podpisałam dokumenty. 

Urzędniczka ma teraz jeszcze skontaktować się  po pierwsze z lekarzem z funduszu zdrowia, by oficjalnie potwierdzić jego zgodę na mój udział w szkoleniu; po wtóre z RIZIV (Het Rijkinstituut voor Ziekte en Invaliditeitverzekering - Krajowy Instytut Ubezpieczeń Chorób i Inwalidzwtwa), by dokonać formalności dotyczący wypłacania mojego zasiłku oraz opłacenia szkolenia. Gdy formalności zostaną dopełnione i wszyscy wyrażą zgodę, mam otrzymać od RIZIV pismo potwierdzające.

Urzędniczka powiedziała, że to już tylko formalności i mam spać spokojnie do 18 września, kiedy to rozpoczyna się rzeczony kurs. Trochę mi ulżyło. 

Ciekawa jestem tej wakacyjnej świetlicy, do której wybieram się na dzień próbny. 

Gdy siedziałam w poczekalni VDAB w oczekiwaniu na swoją kolej u urzędniczki, przyszedł jakiś pan i podał imię tej pani, do której i ja czekałam. Pomyślałam, że pewnie też ma z nią spotkanie. Potem pani mnie zawołała, a gdy usiadłam przy biurku, ta zawołała do tamtego pana, że on musi iść do OCMV (opieki społecznej), bo ona mu nie pomoże i że już mu to wielokrotnie mówiła. Pan pokiwał głową pokręcił się jeszcze chwilę i poszedł.

Wtedy ona opowiedziała mi jego historię. Mówiła, że on jest chory (psychicznie) i że ciągle, praktycznie każdego dnia przychodzi, by prosić o sprowadzenie jego dzieci z Afryki. Dzieci, które - jak dodała pani - są dorosłe. Nagabuje po kolei wszystkich urzędników. Pani mówi, że nawet szef już mu tłumaczył, że oni nie mogą mu w żaden sposób pomóc i ciągle odsyłają go do opieki społecznej, ale on tam nie idzie, tylko wraca do biura pracy. Powiadamiali też opiekę i oni próbowali chłopu pomóc, ale on ciągle tylko do nich przychodzi... Pani mówi, że czasem jest im wszystkim go okropnie żal, ale nic nie mogą zrobić, bo do niczego go nie zmuszą. Z drugiej strony mówi, że to dosyć uciążliwe, jak tak przychodzi i nagabuje codziennie... I mnie się żal chłopiny zrobiło.

W tym tygodniu miałam też rozmowę ze swoją kołczką z Emino Rentree (tej od ludzi z rakiem) i ona jest niesamowita. Pisze do mnie po każdym ważnym spotkaniu z pyatniem jak poszło, doradza, sprawdza dokumenty, dzwoni po wszystkich ludziach... Do tego VDAB tez dzwoniła i głupot naopowiadała, jaka to ja zajebista jestem i z jakim entuzjazmem podchodzę do tego kursu i potencjalnej pracy... Urzędniczka zaraz o tym powiedziała na dzień dobry. Poza tym ona też zachwycała się jak świetnie mówię po niderlandzku, choć ja tak nadak nie uważam, bo robię tak głupie błędy, że aż przykro czasem... No ale dobrze, że chwalą mój język, bo czuję się pewniej i wiem, że nie powinnam się obawiać w takim razie, że nie podołam językowo na kursie. Doradziła mi jednak, bym spróbowała mówić trochę wolniej. Taaa, wiele osób mi to od zawsze doradza, ale ja nawet po polsku mówię za szybko. Ja sama to wiem, ale nie bardzo jestem w stanie cokolwiek zrobić. Może psychiatra by coś porodził czy choćby logopeda, bo ja wiem, że to wina mojego superszybkiego mózgu i myślenia obrazami... Ja nad tym nie jestem w stanie zapanować niestety. Wielokrotnie próbowałam.

Babka z VDAB po krótkiej rozmowie o bardziej prywatnych sprawach powiedziała, że wyśle mejl do kołczki mojej Młodej, by ponownie się skontaktowała, choć nawet mi do głowy nie przyszło, by o coś takiego prosić, a tylko wspomniałam, że córka jest pod opieka GTB i że nie mamy nowych wizyt zaplanowanacyh choć poprzednią anulowano już ponad miesiąc temu... Pomocni są tu ci urzędnicy.

park wVilvoorde


Nie zabrakło w tym tygodniu też i latania po medykach, 

bo tydzień bez medyka, to tydzień stracony.

Ten tydzień zaliczyłam z Najstarszą okulistkę, ale niestety, tak jak podejrzewałam, ona nie wykazała większego zainteresowania probelmem "śniegu" przed oczami. Zbadała jednak Najstarszej wzrok, wszak od ostatniej wizyty minęło już 2 lata. Okazało się, że Najstarsza ma jedno szkło za mocne, więc dostała receptę na jedno nowe. Poza tym fizycznie z oczami niby w porządku. 

Wypełniłyśmy też z Najstarszą test na ADHD, który Młoda dostała od swojego nowego psychiatry. O ile Młoda na większość pytań  odpowiadała negatywnie, tak Najstarsza prawie na wszystkie odpowiedziała twierdząco. Zatem nie pozostaje nic innego, jak zadzwonić do Polski i umówić i ją do psychiatry, bo teraz to już niemal pewne, że tu jednak ADHD wchodzi w grę. Tymczasem psycholożka poinformowała nas, że dla Najstarszej zrobienie tego testu tutaj odpada, bo dla niej będzie on po niderlandzku za trudny. Po angieslku by może sobie pradziła, ale wątpliwe, by jakiś psychiatra zrobił jej test po angielsku. Zatem polski to najsensowniejszje rozwiązanie.

Z Młodą odwiedziłyśmy naszą psycholożkę w celu zdobycia atestu do FOD w ramach starania się o uznanie jej niepełnosprawności. Papiery będą gotowe na początku września. Wtedy wyślemy wszystko do FODu i zobaczymy, co to przyniesie.

Młoda ponadto odwiedziła lekarkę domową, by poprosić ją o badanie krwi zlecone przez psychiatrę i o skierowanie do dermatologa w celu wykluczenia (lub potwierdzenia), że "alergia" na wodę, kurz, pył, słońce, wiatr etc etc nie ma przypadkiem podłoża fizycznego, czyli nie jest rzeczywiście wynikiem jakiejś alergii. Jesteśmy niemal pewni, że to wina autyzmu, ale psychiatra zlecił pokazanie się dermatologowi. Lekarka orzekła, że do  neurologa nie potrzebujemy skierowania. Mamy zadzwonić do szpitala i się zwyczajnie umówić na wizytę. Tak zrobię.

Lekarka ponadto przypomniała mi przy okazji, żebym nie zapomniała w przyszłym tygodniu o swoim zastrzyku i powiedziała, żebym na wizytę rejestrowała się dopiero po niedzieli, bo zmieniają system do rejestracji internetowej, co może nastręczać kłopotów.

Poza tym Młoda wybrała w aptece pierwszy raz leki ze swojej transgranicznej recepty. Przyznam, że trochę niepewnie szłyśmy do apteki z polską receptą (napisaną po angielsku) bo dosyć dziwne nam się to zdawało. Pani aptekarka też chwilę dumała nad tym, bo widocznie pierwszy raz miała do czynienia z taką receptą, choć wyraźnie było widać, że zorientowana, iż coś takiego istnieje. 

Okazało się, że hydroxyzyny tu nie ma, więc musiała dać zamiennik. Antydepresanty jednak były. Tylko nie było na stanie i trzeba było odebrać w na drugi dzień. Aptekarka upewniła się tylko, czy Młoda aby na pewno wie, że nie może brać na raz dwóch antydepresantów i czy aby na pewno wie, jak brać ten nowy lek. Taka pełna wątpliwości się zdawała, najwyraźniej nie ufa polskim psychiatrom przez interenet, ale to gólnie to super fajna babka i zawsze bardzo pomocna. No i bardzo ciekawska, lubi pogadać, gdy tylko kolejka do okienka nie stoi. 

Młoda schodzi z sertraliny powoli i nie czuje się najlepiej, brak apetytu, różne niemiłe emocje i takie tam. Depresja od razu zaczyna się czaić, jak buka, za rogiem... Ale gdy się wie, że to tylko chwilowy problem spowodowany odstawianiem leków to też inaczej się na to człowiek zapatruje. Trzeba uważać, jeść dobre rzeczy, spędzać czas z kumplami i będzie dobrze.

Czekając na Młodą pod apteką obserwowałam jak zwykle ulicę. W pewnym momencie zatrzymało się na auto, z którego wysiadła nastolatka z bananem i pobiegła na tyły, by zatrzasnąć bagażnik. Wracając wepchnęła resztę banana do ust i cisnęła skórkę na czyjść trawnik. W tym samym pomencie z auta dało się słyszeć głośne - EJ!!! - po którym niesforne dziewczę zrobiło w tył zwrot i podniosło swoją "zgubę", po czym wsiadło na powrót do samochodu i zatrzasnęło drzwi. Nic więcej nie usłyszałam, ale po minach było widać, że matka bez wątpienia wygłaszała kazanie na temat latających skórek od banana.

tęczowy widok z naszej sypialni


Wrzesień nadchodzi

Tymczasem zbliża się wielkimi krokami wrzesień. Młody coraz częściej mówi o szkole. Już z dwoma starymi  kolegami się wstępnie umówił, że będą razem jeździć rowerami. On, jako że mieszka najdalej, ma jechać pod dom pierwszego kolegi, potem już razem po następnego i dalej już wszyscy popedałują do szkoły te 5 km. Jeden z kolegów się pochwalił, że w minionym tygodniu przejechał trasę z rodzicami, by trafić do szkoły samodzielnie. Ja do tego samego zachęcam Młodego, bo chciałam mu pokazać "tajny" skrót przez park i tajne przejście koło biblioteki, którym ponoć jeżdżą starsi uczniowie od lat, ale on się nie kwapi, by ze mną jechać rowerem bez powodu. Sam trafi do szkoły bez problemu, bo jeździ czasem do sklepu w tamtej wsi sam albo ze swoją Czarną Kumpelą. Przez wakacje zaobserwoaliśmy, że nasz Młody zasadniczo często bawi się z innymi "obcymi", bo - mamy takie podejrzenia - tylko ci mają odpowiednią ilość wolności. Flamandzkie dzieciaki mają  bowiem często zaplanowane całe dni co do sekundy przez swoich rodziców. Nawet tzw czas wolny planuja rodzice - klub piłkarski, pianino, tenis, basen, wyjście do biblioteki, zakupy, spotkanie z babcią, spotkanie z kolegą... W każdym razie ja tak to odbieram. Nawet wspominam tak jeden raz, jak kilka lat temu za prośbą Młodej zapytałam ówczesnej kumpeli Młodej, córki moich klientów, czy nie wpadła by po południu do Młodej i ona się strasznie ucieszyła z zaproszenia, a wtedy rodzice odrzekli, że o tej i  tej godzinie idą przecież do biblioteki, a potem na zakupy, a potem... Dziewczyna miała wtedy z 13-14 lat, a moja Młode do biblioteki czy na zakupy to sobie w tym czasie same już jeździły rowerami, kiedy chciały, bez opieki matki, co dla mnie było logiczne i oczywiste. Tutejsze małolaty często nie mają za grosz wolności. Nawet jak do szkoły 10 km samodzielnie rowerem dojeżdzają czy autobusem to jest to zaplanowane i po lekcjach, w weekendy czy wakcje rzadko dostają zgodę czy czas na niekontrolowane i nieplanowane przez starych wyjścia czy zajęcia. Wszystko musi być wyliczone, odmierzone i zaplanowane co do sekundy. Tyle śpimy, tyle jemy, tyle gramy, tyle robimy zakupy, tyle sikamy... 

To samo widzę u kolegów Młodego. Młody od czasu do czasu jest zapraszany do domów, ale to zaproszenie jest planowane z dużym wyprzedzeniem. Młody natomiast sam decyduje, co robi w czasie wolnym albo decydujemy razem, jak np w kwestii wyjścia na basen czy jakiejś wycieczki. I u innych niż flamandzkie dzieci widzę podobny trend jak u nas, tzn dużo większa wolność. I tak, jak już nie raz wspominałam, często np przyjeżdża o dowolnej porze dnia Gaby, czarnoskóra kumpela i albo idą do pokoju Młodego grać na Playstation albo na boisko (ona gra w koszykówkę "zawodowo" ale pokopać piłkę też lubi), albo kręcą rowerami kilometry po calej gminie. Często przyjeżdża też do nas na rowerach bez wsześniejszego umawiania się kilku kumpli z poprzedniej klasy z rodzin belgijsko-arabskich i po prostu dzwonią do drzwi i pytaj a o Młodego, a potem razem jadą się tłuc po lesie albo na boisko z piłką. 

Młody, jak widać, bardzo ciekawy jest nowej szkoły. Cieszy się jednak, że pierwszy dzień będzie tylko do południa, o czym szkoła właśnie nas poinformowała, choć Młody już to wiedział od starszych kolegów. Jest podekscytowany. Ja też. 

O wiele bardziej Młodego przeraża zaplanowana wizyta u ortodonty. Samej wizyty się nie boi, ale decyzji o wyrwaniu niektórych zębów już owszem, a na poprzedniej wizycie rok temu ortodontka poinformowała, że być może będzie konieczne wyrwanie 4 zębów, gdy okaże się, że paszcza jest za mała na wszystkie. Dlatego Młody się stresuje, bo boi się wyrywania zębów. Kto się nie boi, niech pierwszy rzuci szczoteczką do zębów.

Gorzej, że musimy znaleźć nowego dentystę, a ni cholery nie chce mi się za to zabierać. Nasz superowy dentysta gdzieś w maju odwołał wizytę Najstarszej, bo poszedł do szpitala i chyba coś poszło nie tak, bo dotąd się nie odezwał... To starszy miły pan i być może zdrowie mu odmówiło posłuszeństwa.

Zajrzałam na fejsbukową grupę nt dentystów i nie podobało mi się to, co zobaczyłam. W całej Flandrii znalezienie nowego dentysty graniczy z cudem. Większość dentystów nie przyjmuje już nowych pacjentów. Ludzie piszą, że po obdzwonieniu 5 do 9 praktyk się poddają. Co jest tutaj dla mnie najgorsze, to fakt, że ni cholery nie idzie nigdzie znaleźć informacji na temat dentystów w okolicy. Są niby strony z adresami, ale dane są tam często nieaktualne. W przeciwieństwie do innych specjalistów, mało który stomatolog ma swoją stronę internetową. Mają głównie ci, którzy zajmoją się estetyką paszczy, czyli działaniami za dużą kasę. Na stronach ogólnych adresowych prawie nigdy nie ma godzin otwarcia ani terminów w których można telefonować. Nie rozumiem tego trendu. Tutaj nie ma przychodni, gdzie można by pójść i zapytać. Dentyści mają często gabinety w domach lub w innych przypadkowych miejscach. Jednym słowem szukaj wiatru w polu. Jedyna metoda, to pytać ludzi albo dzwonić po kolei pod znalezione w google numery telefonu. A ja nie lubię telefonować nigdzie i bardzo ciężko mi się do tego przekonać i zmotywować.

Ciekawostki okołolekarskie z prasy

W tym tygodniu media podały, że w ciągu ostatnich lat znacznie wzrosła w Belgii ilość zagranicznych lekarzy. Dziś 14 na 100 lekarzy ma dyplom zagraniczny, łącznie jest to około 10 tysięcy medyków, przy czym najwięcej lekarzy jest z Francji (1620 lekarzy), Holandii (1590), Rumunii (1558), Włoch i Niemiec, a Polscy medycy w liczbie 114 plasują się już na 10 miejscu. 

Do tego trzeba zaznaczyć, że Belgijscy doktorzy się starzeją, bo jakoś jedna trzecia jest już po sześćdziesiątce, jak podaje prasa, a do tego młodzi coraz bardziej się obijają, czy jak kto woli szanują swój czas wolny i prywatne życie, co oznacza, że pracują dużo mniej, niż starsze generacje. Do tego państwo dosyć utrudnia młodym dostanie się na studia medyczne, co nawet mnie wydaje się bardziej niż niepokojące, bo każdy wie, że lekarzy brakuje i coraz trudniej się dostać do specjalisty czy znaleźć lekarza rodzinnego.

Co dla mnie, powiem szczerze, nie za bardzo jest zrozumiałe i akceptowalne to, że - jak podają media - wielu z tych zagranicznych lekarzy mówi zaledwie słabo po francusku, a po niderlandzku to już całkiem sporadycznie.  Ciekawa sprawa.

Belgowie obawiają się, moim zdaniem bardzo słusznie, że za jakiś czas we własnym kraju nie będą mogli porozumieć się z lekarzem w języku ojczystym. Wielce niepokojący to trend i całkiem sensownym wydaje mi się, by obcy lekarze jednak musieli się wykazać biegłą znajomością jednego z języków urzędowych, zanim będą mogli otworzyć praktykę. 

Mówią też, że obcy lekarze częstokroć nie spełniają tutejszych standardów, nie mają wystarczających kwalifikacji... Akurat wiem coś na ten temat, bo 10 lat temu mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać jednego polskiego konowała... Prostak, cham i zwykły konował, bo na pewno nie żaden lekarz... Dyplom chyba na allegro kupił albo znalazł w płatkach śniadaniowych. Zdarzyło nam się też raz do rumuńskiego lekarza trafić - bardzo niemiły buc. Co nie znaczy oczywiście, że wszyscy zagraniczni medycy są źli. Bynajmniej! Podejrzewam, że niekiedy są lepsi niż tutejsi. Tak czy owak moim nader skromnym zdaniem w tej kwestii to już dawno coś powinno zostać zrobione i jakieś sensowne zasady wprowadzone, a nie że latami róbta co chceta, a teraz nagle łapią się za głowę. 

Wypada też jednak mieć na uwadze, że na dzień dzisiejszy lekarzy ogólnie brakuje, czas oczekiwania na wizytę z każdym miesiącem się wydłuża, znalezienie lekarza rodzinnego, czy dentysty dziś już graniczy z cudem. Czy zatem lepiej mieć w okolicy lekarza niespełniającego standardów, ale mogącego w razie biedy poratować, czy też nie mieć w ogóle dostępu do lekarza żadnego...?

Ja cenię sobie standardy tutejszej służby zdrowia i chciałabym by one się utrzymały i fajnie, by rząd coś mądrego wymyślił na poprawę sytuacji, a nie tylko co jakiś czas stwierdzał istnienie jakiegoś problemu.

Posprzątałam w komputerze.

Wreszcie zabrałam się za wyczyszczenie starego komputera, którego do wakacji używał Młody, a wcześniej dziewczyny. Młody dostał nowy porządny komputer, który zamówił sobie u kuzyna. Razem go poskładali podczas wakacji z zamówionych przez tamtego uprzednio części. Stary jest już na prawdę stary, ale uznałam, że go sformatuję i może jeszczde trochę poużywam. Na moje potrzeby bowiem powinien wystarczyć. Na co dzień używam iPada, iPhone'a i Chromebooka, na których większość rzeczy mogę robić. Jednak pewnych możliwości mi brakuje. Głównie normalnego Worda czy Power Pointa oraz prostych programów do pracy ze zdjęciami, ale na dużym ekranie, czyli m.in, możliwości przygotowania fotoksiążek, a mam przecież od groma zdjęć, które trzeba wydrukować, by zachować wspomnienia. Zdjęcia w chmurze to na dłuższą metę wszak o kant dupy. Nie ma to jak fizyczny album czy fotoksiążka.

Formatowanie zajęło grubo ponad pół dnia, ale przebiegło sprawnie i bez komplikacji. Już prawie zapomniałam jak się pracuje z windowsem. Komp jest nadal wolny jak żółw, ale póki co działa i będzie w razie wu.

Zabawy mikroskopowe

Młody w tym tygodniu miał tydzień inspiracji i znowu uwolnił mikroskop z szafy, by wpychać pod niego najdziwniejsze rzeczy.

Bardzo spodobała nam się zdechła ćma, a jeszcze bardziej banknot 50€. 

skrzydło ćmy

rureczka do siorbania

skrzydełko ćmy 

oglądamy banknot 50€











kartka z gazety

karta płatnicza

Piwo tego tygodnia

Testowałyśmy z Młodą zamkowe 7% piwerko malinowe Kasteel rubus. Oceniamy je 10/10