Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kurs dla dorosych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kurs dla dorosych. Pokaż wszystkie posty

19 września 2025

Kurowanie kury i inne wrześniowe przygody

 Jest piątek 19 września. W Belgii mamy dziś 27 stopni ciepła i słońce grzeje na pełnej petardzie. Fajnie tak jeszcze we wrześniu se w ogrodzie posiedzieć na leżaku, ale jednocześnie pogoda taka wrześniowi nie bardzo przystoi i nie ma najlepszego wplywu na samopoczucie. Spać się chce i na nic poza tym siły nie ma.



Rano porowerowałam do sklepu, ale takem się tym zmachała, jakbym conajmniej ze 100 kilometrów pokonała, a nie zaledwie osiem i to elektrykiem. I tak, na pogodę zawsze trzeba se ponarzekać, co by się nie działo...

Padało ostatnio trochę, a nawet lało. Nie było to jednak jakoś specjalnie uciążliwe jak dotąd. Młodego nawet jeszcze nie zdążyło porządnie zlać, jak na tym swoim rowerku jeździ. Tam raz go chyba gdzies lepiej dopadło. Zwykle jednak udawało mu się wstrzeliwać pomiędzy deszcz. Siedzi w szkole, to leje jak z cebra. Wychodzi - sucho. Jedzie pociągiem - ulewa. Wysiada - tęcza na niebie. Farciarz ci to jakich mało.

Chodzi już do tej swojej nowej szkoły trzy tygodnie, a ciągle zadowolony się zdaje. Wracając do domu, wykrzykuje, że super dziś było w szkole! A to chemię pierwszy raz miał i się zachwycił, a to fizyka była fajna i ciekawa, a do tego uznał ją za łatwą, bo to co mieli na fizyce teraz, on w pierwszej klasie już miał w poprzedniej szkole... Ogólnie uważa, że ten kierunek jest na razie bardzo łatwy, przez co szkoła wydaje mu się trochę podejrzana. Chłop przeszedł z klasy inżynierów do liceum humanistycznego i ma za łatwo. Gada z kolegami z byłej klasy i oni biadolą, że mają od peirwszych dni pełno nauki. Nawet na granie nie znajdują za wiele czasu, bo tyle zadań mają i non stop się uczą, a Młody tym czasem ciągle za wiele zadań nie ma. Mówię mu, by się nie martwił, bo z czasem na pewno nauki i zadań mu przybędzie. Uważam, że szkoła ze względu na swój specyficzny styl na pewno daje dzieciakom luz na początku, by się w system wdrożyli. Choc może być też tak jak w PL za moich czasów było, że profil humanistyczny był sporo łatwiejszy niż biol-chem, czy mat-fiz i że może się okazać, że dla niego faktycznie będzie za łatwo. 

Bez względu na to, ile ma nauki, to na nudę tak na prawdę narzekać nie ma jak, bo ma całkiem gęsto dni zaplanowane teraz. Co zresztą przewidywałam, tylko Młody nie chciał w to wierzyć. Uczęszczanie do szkoły oddalonej o ponad 30 km od domu to nie to samo, co nauka we własnej gminie. Jednak narzekać nie ma co. Pamiętam, że martwiłam się, że będzie musiał strasznie wcześno wstawać, a tymczasem on wychodzi z domu dopiero o 7.30 więc wstaje o 6.30, czyli tak jak poprzednimi laty. A i powroty też nie są jakoś specjalnie późne, bo parę minut po 17 już dociera do domu na swoim rowerku. W normalne dni to bajka, tyle że dwa razy w tygodniu musi jeszcze gonić do akademii muzycznej. Nawet poszłam w tym tygodniu razem z nim by zapytać się nauczycielki, czy lekcja "grupowe muzykowanie" jest obowiązkowa, bo ona konczy się o 21, a godzinę przed tą lekcją jest lekcja nut, która zaczyna się przed 19. Niestety (albo stety) jest obowiązkowa i nie można z tego zrezygnować. Innego dnia ma jeszcze godzinę girary, a w tym tygodniu przed gitarą miał jeszcze wizytę u psychologa, o której zapomniał. Ja akurat coś słabo sie czułam i zaległam na kanapie i właśnie udało mi się zasnąć, gdy zadzwonił telefon , a na ekranie wyświetliło sie imię psycholożki... Młody był tuż obok i usłyszawszy głos psycholożki złapał się za głowę. Czym prędzej pobiegł po gitarę i popedałował na wizytę. Na szczęście psychologa mamy nieopodal i za 5 minut już siedział zapewne na kozetce,a gitara tuż obok, bo nie zdążył by wrócić do domu, tylko od razu po wizycie popedałował do akademii. 

Obawiamy się, że może go to szybko przeciążyć, ale kto wie, może akurat się chłopak po prostu wyrobi i wzmocni przez taki napięty program tygodnia. Z gitary nie ma póki co zamiaru rezygnować, bo bardzo to lubi. Musi tylko popracować nad logistyką i planowaniem, by jakoś z głową to wszystko sobie organizować i wystarczająco czasu na odpoczynek sobie fundować. 

O tym jak ogólnie szkoła działa, opowiedziałam w poprzednim wpisie, bo tyle wiem. Każdego dnia wysłuchuję też relacji na temat nowo poznanych kolegów i koleżanek oraz tego, co fajnego było na lekcji i co zabawnego tudzież irytującego sie wydarzyło w szkole, w pociągu i na mieście.

Odpuścił już składanie roweru przed wsiadaniem do pociągu, bo non stop łańcuszek mu spada i potem musiał się męczyć i brudzić przy zakładaniu. Cos felerny jest ten rower, ale jak to mówią - tanie mięso to psy jedzą... Składa go zatem tylko częściowo i próbuje wsiadać do wagonów rowerowych. Konduktor nigdy nie robi problemu. Wszak nigdzie nie stoi że rower musi być złożony. Piszą tylko, że na składak nie potrzeba biletu, a nie że musi być poskładany całkowicie haha.

Młody wkurza się, że ludzie siadają w wagonie rowerowym, choć w normalnych wagonach są wolne miejsca i potem nie ma gdzie wejść z rowerem. Faktycznie, moim zdaniem, to jakoś powinno być odgórnie zarządzone, że wagon rowerowy jest dla ludzi z rowerami i wózkami czy na wózkach inwalidzkich, a nie że każdy może se tam miejsca zajmować... No ale to moja prywatna opinia.

Nie dawno było zaćmienie Księżyca. Wybrałam się z Młodym na pobliską górkę, by tam w spokoju móc zjawisko obserwować. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zastaliśmy tam kupę ludziów. Niektórzy mieli krzesła, inni jakieś koce… A my mieliśmy za to dobrą lornetkę, nienajgorszy aparat i dużo cierpliwości. były chmury i przez godzinę nic nie było widać, a wtedy wiele osób sobie poszło. My trwaliśmy na posterunku  z zadartymi głowami i w końcu się doczekaliśmy. Łysy się pojawił.

ktoś ukradł Księżyc 🌑 

niby w cieniu, ale go widać












Kontunuuję naukę niderlandzkiego

W tym tygodniu zaczęłam kolejny poziom niderlandzkiego. B2 część pisemna. Mowę odrobiłam jakoś 2 lata temu, czy coś koło tego. Lekcje ma przez internet 2 razy w tygodniu po trzy godziny przed południem. Po każdej godzinie jest 10 minut przerwy. Mamy fajną nauczycielkę, a i grupa też zdaje się być interesująca. Ten ma jakieś wystawy swoich zdjęć we Francji, drugi działa w świcie muzycznym... Na tych kursach często nietuzinkowe osobistości się poznaje, a nawet jak to jacyś zwykli zjadacze chleba w zwykłych zawodach pracujący, to znowu z jakichś dalekich krajów pochodzą i dziwnymi językami się na codzień posługują. Nie mamy podręczników. Rozmawiamy przez Zooma. Korzystamy ze strony Moodle, gdzie znajdujemy zadania, i wklepujemy żądane teksty lub uploadujemy wykonane zadania. Jako tablica służą nam Dokumenty Google, gdzie możemy pisać wszyscy jednocześnie i każdy z osobna, a nauczycielka może od razu poprawiać. Korzystamy też z internetowego pakietu Office od Microsoftu, którego abonament wliczony jest w cenę kursu. Po dwóch lekcjach już wiem, że sporo nowych rzeczy się nauczę, a wiele innych powtórzę, przypomnę i utrwalę. Bardzo odpowiada mi sposób prowadzenia lekcji i podejście nauczycielki oraz zaangażowanie innych kursantów. Widzę już też różnicę pomiędzy kursem wieczornym a porannym. Ja zdecydowanie nie jestem nocnym człowiekiem i wieczorne kursy to dla mnie była męczarnia. Byłam zmęczona i senna, w ogóle nie mogłam się skoncentrować, a poza tym wieczorem to wszyscy w domu hałasują, łażą, grzebią za jedzeniem, gadają.... Rano natomiast jest cisza i spokój w domu, a ja czuję się jeszcze żeśko, no i mój mózg działa w miarę normalnie przed południem. Mogę myśleć a nawet to i owo zapamiętywać. Cieszę się, że w ostatniej chwili zdecydowałam się na ten kurs. Pora uporządkować moją znajomość niderlandzkiego i poprawić, bo - jak to ktoś nie dawno na instagramie trafnie określił - okropnie niedbale się tego języka nauczyłam. Bo to tak jest, że na początku człowiek chce po prostu jak najszybciej być w stanie sie dogadać z ludźmi. Ma w dupie gramatykę, poprawną wymowę, czy jakiś akcent. Byle zrozumieć, co inni mówią i samemu powiedzieć, co się ma do powiedzenia. Byle się wysłowić u lekarza i w sklepie, byle się z sąsiadem porozumieć i w urzedach formalności pozałatwiać. Nie ważne jak, byle gadać. Dopiero po paru latach przychodzi refleksja, że człowiek mieszka tu już tyle i niby wszędzie z każdym się dodgada, czy mejla napisze, ale mówi i pisze jak pierwszy lepszy wsiowy głupek robiąc pełno błędów, przekręcając słowa, źle akcentując i fatalnie wymawiając głoski. Mało kto człowieka traktuje poważnie, jak słyszy kaleczenie języka zamiast normalnej wymowy. Wielu Belgów niestety ocenia kompetencje, wiedzę i inteligencję człowieka na podstawie jego znajomości tutejszego języka. Zaobserwowałam, że nawet jak ludzie mówią biegle w 3 czy 4 innych językach, nawet jak  mają  dyplomy szkół wyższych, ale ich niderlandzki kuleje, to niektórzy Belgowie traktują takiego, jak kompletnego idiotę i niedorozwoja, jak gorszą kategorię. Są mili, przyjaźni, tolerancyjni i w ogóle do rany przyłóż, tyle że patrzą z wyższością i traktują na każdym kroku jak ludzika o małym rozumku. Najbardziej mnie irytuje mówienie przez rozmówcę bardzo powoli, bardzo głośno, z otwieraniem szeroko buzi, niemal drukowanymi literami z dokładnym akcentowaniem każdej sylaby, jakby człowiek głuchy był i głupi. Szanuję wolne mówienie czystym niderlandzkim zamiast lokalnej gwary, ale kurde bez przesady. No ale mniejsza o to. Tylko niektórzy mają takie dziwne zwyczaje. 

Gdy kura choruje

Od początku września choruje nam Riko, nasza kurka-pieszczoszka. Nie mam pojęcia, co jej właściwie dolega. Któregoś dnia zaczęła do mnie biec, jak to zwykle ona, z rozłożonymi skzydełkami i po półtora metra nagle się zatrzymała i łebek opadł jej na ziemię. Myśleliśmy, że przydzwoniła w drabinę łepetyną i ją przyćmiło,  położyliśmy ją przeto na leżaku, by odpoczywała i dochodziła do siebie. Na wieczór zabraliśmy ją do domu do pudełka, ale niestety rano, ani też następne rano się nie poleprzało. Wprost przeciwnie. Umówiłam więc wizytę u weta znającego się na kurach. Najlepszego chyba w ogóle weta w okolicy. Pracuje on bowiem w pobliskim schronisku dla ptaków i dzikich zwierząt, więc ma doświadczenie w leczeniu najdziwniejszych zwierząt. W internecie ludzie wystawili mu masę pozytywnych opinii dotyczących leczenia ich kur, kaczek i innego zwierza.



Lekarz obejrzał kurzą kupę pod mikroskopem i orzekł, że to nie jest problem z wolem, co myśmy podejrzewały z Młodą, tylko jakaś infekcja bakteryjna. Najprawdopodobiej coli, co nie jest niczym niezwyczajnym u  kur, bo one byle co potrafią zeżreć. Dał antybiotyk, który mieliśmy podawać jej przez 5 dni. Powiedział, że kura jest bardzo chora i że może nie przeżyć tej choroby. Wet zlecił karmienie kury moczoną kukurydzą i pszenicą. Powiedział, że metody babci, czyli karmienie chorej kury gotowanym jajkiem, jaką to poradę wyczytaliśmy w necie (i jaką znałam z dawnych czasów) to niezbyt mądry pomysł. Jajka są dobre dla pisklaków, a dorosłe kury jedzą ziarno. I tym należy ją też karmić w chorobie... Zastosowaliśmy się do porady i przeszliśmy na ziarno. Trudne to jest tak po jednym ziarnku pszenicy wciskać kurze do gardła. Kukurydzy one nie są zwyczajne jeść. Znaczy jedzą, ale zmieloną na mniejsze kawałki, bo taką karmę im kupujemy. To małe kurki, a nie zwykłe kryśki, co to prawie że pierogi w całości przełykają... Karmienie kury jest uciążliwe, choć łatwe do przeprowadzenia... No, przynajmniej dopóki jet ona bardzo chora i słaba, bo jak się slina zrobi, to trzeba walczyć jak z demonem, by choć troche wola napchać i napoić. Nie chce współpracować.

Mamy już drugą połowę września i Riko ciągle żyje. Może swciąż łabo, bo słabo, ale żyje...

Po kilku dniach zaczęło się ociupinę jej polepszać, ale potem znowu się pogorszyło. Pojawił się wyciek z jednej strony nosa i zaczęło jej cuchnąć z dzioba jak z wylęgarni troli. Znowu osłabła. Zadzwoniłam do weta i tym razem trafiliśmy na panią, bo oni tam we dwoje pracują... Pani dała kolejne 2 lekarstwa. W miedzyczasie zdążyłam już zakupić dla Naszej Riko kurze witaminy, kurze elektrolity i olejek oregano. Lekarka powiedziała, że wszystko możemy jej po trochu dawać na zmiany... Łatwiej pomyśleć, niż zrealizować...

Riko zamieszkała w kuchni pod oknem z widokiem na ogród, przez które widzi i słyszy swoje koleżanki i kolegów. Oni całe dnie przy tym oknie stoją teraz i jej towarzyszą. No dobra, Bożena to ona przez szybę widzi te wszystkie smakołyki i rarytasy, które jej koleżanka dostaje i ona widzi jak to wszystko tam leży i się marnuje, a ona by to to bam-bam-bam na raz dwa trzy wsunęła co do okruszka, bo Bożena jest zawsze głodna i zje wszystko, co dobre. Czasem, gdy dzrwi stoją otwaorem, Bożena zagląda do środka, ale koguty jej zakazują wchodzić, więc nie wchodzi. Tylko od rana przez to okno patrzy i szyję wyciąga, i próbuje dziobać przez szybę i nie rozumie, czemu się to nie udaje...

Za dnia Riko siedzi na ręczniku, a na noc wkłądamy ją do kartonowego pudełka wraz z ręcznikiem i przykrywamy innym ręcznikiem. Rano znów wyjmujemy na ręcznik. Na początku tylko leżała jak zdechła i ledwo łeb podnosiła. Potem zaczęła trochę siedzieć i wstawać. Teraz już łazi. Nawet upiękrzać się próbowała i jogę robiła (wyciąganie skrzydeł i nóg). Parę dni temu zaczęła przyglądać się znowu ziarnom i pisakowi, a nawet przegarnęła je dziobem, ale sama ich nie je. Nie pije też sama. 

Przedwczoraj zaczęła samodzielnie jeść suszone robaki i kawałki jagody oraz drobno pokrojone jabłko. Jest zatem lekka poprawa. Ziarna jednak nie je nadal, a ja nie jestem najlepszym opiekunem zwierząt i o wiele za rzadko ją karmię i poję - tak mi się wydaje - bo mi cierpliwości i sił brakuje często. Rano zwykle ją karmię i wieczorem przed zapakowaniem do pudła również, ale to raczej za mało. Czasem udaje mi się nie zapomnieć nakarmić jej też w południe. Poić też chyba częściej powinnam, ale tak prawdę mówiąc to nie wiem. Wetka nie potrafiła odpowiedzieć na moje pytania, jak często, ile razy dziennie powinno się karmić kurę ani ile gram pokarmu powinna taka kura otrzymać w ciągu dnia. Ona tego nie wiedziała. Nikt kuźwa nie wie, ile kura powinna jeść. Próbuję tak na logikę to brać. Obserwuję zdrowe kury i one jedzą ziarno jakoś 3 razy dziennie. Wodę też nie częściej piją, jeśli nie ma upału. Po parę znurzeń dzioba. No chyba, że ktoś rozleje wodę z węża czy wiadra to wtedy woda z brudną kurzą stopą to rarytas jakich mało i wrzyscy piją. Tyle że zdrowe kury to one cały dzień grzebią i łapią robaczki. Te nasze specjalne kury nie przepadają za resztkami z obiadu jak zwykłe kury kryśki. Tam zjedzą jakiś budyń, ciastko, czasem ociupinkę makaronu, ale ogólnie to one bardziej dziki tryb żywienia preferują, czyli to co się przed dzioba napatoczy i nie zdąży uciec. Obdziubują też nasiona trawy i temu podobne rzeczy.

Riko karmię teraz namoczonymi ziarenkami pszenicy. Po jednym do dzioba. Ziarnko po ziarnku. Do tego kukurydza niesolona z puszki. Też po jednym ziarnku. Niektóre przekrawam na połowę, by łatwiej jej było połknąć. Czasem kilka ziaren słonecznika. Próbowałam też z karmą granulowaną i nawet biologiczną kupiłam, która nie śmierdzi po namoczeniu (ta zwykła tania śmierdzi zmoczona jak gówno, dlatego nie dajemy jej naszym kurom; jaja tez potem śmierdzą), ale ona nienawidzi tego, pluje tym, odkłada na plecki, jak tylko da rady i sprężynuje bardziej niż przy czymkolwiek innym. Jak się ją trzyma, to mocno wybija sie nogami, gdy coś jej nie smakuje albo ma już dość karmienia. Odwraca też głowę mocno do tyłu. Ogólnie nie chce w ogóle współpracowac. Pakowanie jej jedzenia do dzioba jest dla niej najwyraźniej nieprzyjemnym doświadczeniem. Dziś, jak zobaczyła, że układamy na podłodze akcesoria i zbieramy się z Młodą do siadania przy niej, wstała i raźno pomaszerowała na drugi koniec kuchni. To mądra kura jest. Bardzo mądra. Mamy nadzieję, że te 200€, które już wydaliśmy na jej leczenie, nie pójdzie na marne i w końcu wyzdrowieje i będzie nadal radować nas swoją puszystością i darzyć przyjaźnią. Lubimy tę naszą kurkę.

Wczoraj i dziś całe popołudnia spędziła na podwórku zamknięta w specjalnym ogrodzeniu, bo inaczej debilne koguty by jej spokoju nie dały, a i Bożena mogła by być niemiła dla koleżanki, bo kury już takie są. Coś tam sobie dziobała, leżała, poprawiała się. Na wieczór poszłyśmy razem szukać robaków w gnijących liściach i coś tam sobie wciągnęła. Ciekawe to jest, że je owoce, je robaki martwe i żywe, ale ziarna nie chce sama wciągać... Nie rozumiem. W internecie nie ma żadnych sensownych informacji na temat opieki nad chorymi kurami. Już szczególnie po polsku. Po niderlandzku trochę lepiej, ale też szału nie ma. Trzeba działać na wyczucie...


kurze witaminki


Czytanie dobrze mi idzie ostatnio

Odkąd siedzę w domu, mam wielką chęć na czytanie książek. Nadrabiam więc czytelnicze zaległości ostatnich lat. Irytujące jest to, że ci pisarze ciągle piszą i piszą, bo jak człowiek na chwilę odpuści sobie lektury, to potem nie idzie w ogóle tego nadrobić, a tu by jezszcze chciało się od czasu do czasu tę czy inną książkę sobie powtórzyć. Ostatnio kupiłam sobie pierwszą część Muminków, bo tak bardzo mnie naszło na przypomnenie sobie tej bajki. Nie dawno przeczytałam też Bajki Robotów Lema. Innymi książkami z odległej przeszłości, po które chciałabym sięgnąć ponownie są m.in. Ania z Zielonego Wzgórza, Podróż do wnętrza Ziemi i Potop oraz pewnie jeszcze parę innych. Póki co jednak mam dużo nowych rzeczy do czytania, a lista życzeń jest jeszcze bardzo długa.

W ostatnich dniach przeczytałam książkę o Zespole Turnera (o tym chcę napisac osobny post), 

Przeczytałam też niemal jednym tchem "Brukselę" Grażyny Plebanek, którą polecam każdemu, kto lubi literackie zwiedzanie miejsc. Ja czytając wędrowałam razem z autorką po znanych mi z rzeczywistych wycieczek miejscach w Brukseli. Mogłam spojrzeć na nie z innej strony i poznać wiele ciekawych historii, których nie znałam albo uzupełnić swoją wiedzę. Do wielu innych muszę się dopiero udać, bo jeszcze nigdy nie byłam albo byłam, ale nie zwróciłam uwagi. Grażyna nie chodzi głównymi ścieżkami turystycznymi, a raczej mało uczęszczanymi drogami, a nawet włazi tam, gdzie nie powinna. 



Kolejną godną polecania książką jest "Jak rozbiłam szkło" Tulii Topy, która ukazała się parę dni temu. Od razu kupiłam sobie ebooka i w dwa dni pochłonęłam. Tulię poznałam przypadkiem, gdy Instagram podpowiedział mi jej profil i zostałam u niej na dłużej wysłuchując każdej jej rolki z wielkim zainteresowaniem. Akurat szykowała się do wydania książki... Tulia wychowała się wśród Świadków Jehowy, ale w koncu udało jej się "rozbić szkło" i odejść z tej sekty. O tym właśnie opowiada na swoim profilu i w swojej książce, a i z telewizji też ją pewnie już wszyscy znacie. Książkę polecam bardzo. 



Teraz zaczęłam książkę poleconą przez nauczycielkę niderlandzkiego na pierwszej lekcji. Gdy powiedziałam, że jestem fanem Pietera Aspe, ona od razu podrzuciła mi pisarza Jo Claesa, który tak jak Aspe pisze kryminały, których akcja toczy się w Belgii, tyle że o ile u Aspe głównie jest to Brugia, tak u Claesa śledzwta dotyczą Leuven. Nauczycielka dodała, że w książkach sporo jest historii i że czyta sie róœnie dobrze jak Aspe. No to ja od razu do kringwinkla pojechałam poszperać i przyfarciło mi się - była jedna książka tego autora za 2€, więc przygarnęłam, a wraz z nią 2 inne, które też ciekawie się zapowiadają. W tym pobliskim sklepie z rzeczami używanimi, jak już nie raz mówiłam, akurat jest bardzo dużo ładnych książek. Dużo rozumiem przez jakieś 10 regałów pełnych prawie nowych książek. Najnowszych tam może nie znajdzie, ale trafiają się czasem i z poprzedniego roku czy sprzed dwóch. Bardzo często jest kompletny Zmierzch, Milenium, całe kolekcje Agaty Christie, Ludluma, Kinga, Palmera, Danielle Steel, Santy Montefiore i pierdylirad innych mniej lub bardziej znanych autorów. Za co bardziej popularne pozycje trzeba ponad 4 € wybulić, ale często są promocje dzienne i wtedy są książki za połowę stałej ceny. Wiele książek kosztuje zaledwie jednego eurasa czy dwa. Przeczytasz i możesz oddać znowu do kringwinkel, by se kolejny kupił. 

Dziś upiekłam placek ze śliwkami, a na obiad skonstruowałam cykorię z łososiem pod sosem serowym i ziemniaki. Obie rzeczy pierwszy raz robiłam i obie się udały. W przeciwieństwie do bajgli, na które zmarnowałam porcję zakwasu i cały mój dzień, by wyrzucić je do kosza po upieczeniu. To była pierwsza i ostatnia próba. Strasznie z tym dużo zachodu. Pozostanę przy pieczeniu chleba. To mi dobrze wychodzi.

ciasto ze śliwkami i bezą

cykoria z łososiem i serem plus ziemniaczki 


mój chlebuś na zakwasie

Kiedyś wracając ze sklepu przez park poszłam z Młodym na huśtawki. Czasem tak robię, bo uwielbiam się kołysać. Z tego się chyba nie wyrasta, ale pewnie nie każdy lubi…

lubię huśtawki


Pora kończyć ten wpis, bo noc mnie zastała i spać się zaczyna chcieć, a na resztę weekendu mamy plany szalone. Na niedzielę zaplanowaliśmy Pairi Daizę, najpiękniejsze zoo w Europie, jeśli nie na świecie. NMBS (belgijski odpowiednik PKP) poinformowało, że z okazji Dnia Bez Samochodu bilety w niedzielę będą po 8 euro do wszędzie i spowrotem (na terenie Belgii) to trzeba ten fakt wykorzystać, a już od dawna się wybieramy do tego zoo i nie możemy sie wybrać...

Jutro mamy z Młodą jechać do Brugii zobaczyć kilkunastometrowego pająka-animatronika, o którym Młoda wczoraj w gazecie internetowej przeczytała i mi podesłała, a ja stwierdziłam, że chcę to widzieć. Jak nie będzie lało od rana to pewnie się wybierzemy.

Migotka

Bobka


21 czerwca 2024

Szalony tydzień. Nie wiem, jak Młody to przeżyje... ;-)

Kurczaki promieniuja pozytywną energią 

Siedząc w ogródku i patrząc na nasze maleństwa zrozumiałam, że zakup jajek lęgowych był doskonałym pomysłem. Uwielbiamy te nasze łobuziaki. Od rana do wieczora co chwilę ktoś idzie popatrzeć gdzie są i co robią. Śledzimy je też z uśmiechem przez okno w kuchni. One są fantastyczne! Mam wrażenie, że promieniują pozytywną energią, która na nas przechodzi. Gdy na nie patrzymy, ciepło nam się robi na serduchu i radość nas ogarnia. Non stop o nich rozmawiamy, wymieniamy się poczynionymi obserwacjami, co nas jeszcze bardziej wszystkich zbliża. 

Dlatego blog jest zawalony zdjęciami kurczaków i innych ładnych rzeczy.

na pleckach mamusi najwygodniej

W tym tygodniu kupiłam im nowy, większy i niższy kurnik. Szybko się w nim odnalazły. Gówniaki nawet przymierzały się do grzędy, ale okazała się za wysoka na razie... Do tej na podwórku też się przymierzał jeden, ale nie doskoczył hehe. Podejrzewam jednak, że bardzo szybko się to zmieni. Rosną bowiem skubańce jak na drożdżach. 
nowy kurniczek


Rano Małżonek otwiera kurnik. 
Wtedy Heniek wychodzi i zaczyna piać oznajmiając całemu światu, że on tutaj jest królem. Sunny wyprowadza dzieci trochę później. Maluchy biegną z rozłozonymi skrzydełkami na wyścigi do wyjścia. Heniek zaraz do nich dołącza i razem robią rundę wzdłuż ogrodzenia wyłapując po drodze wszystkie robaki, które się tam przez noc uzbierały. Następnie idą do werandy, by się napić i zjeść coś z karmnika. Po jedzeniu maszerują wzdłuż żywopłotu po drugiej stronie ogrodu. Potem odpoczywają.

 Gdy Sunny uzna, że jest zimno, zabiera dzieci z powrotem do kurnika, by je ogrzać, a po chwili znowu wyprowadza. Czasem ogrzewa je w ogrodzie. Gdy nie pada, łażą przez cały dzień i szukają robali, grzebią, obdziobują trawę, co chwilę robią przerwy na opalanie się (gdy akurat nie pada) i na poprawianie piór. Wieczorem Sunny zabiera dzieci do kurnika około 19. Heniek ich odprowadza do schodków, a potem wraca jeszcze na ogród trochę połazić i popiać. Choć parę razy zdarzyło mu się pójśc do kurnika razem z rodziną.
opalamy się


na razie jesteśmy na wysokość trawy


mamy długie nogi i porteczki

coś znalazłem

mamo, wychodzę na pieńki

wyglądamy jeszcze dosyć pokracznie czasem

takich trzech jak nas czterech to ani jednego nie ma



a-kuku!



Pogoda nadal pod psem. 


Co jeden dzień poświeci słońce, to 3 inne znowu leje. Zapowiadają jednak lato na przyszły tydzień. Czekam na to. Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę! Dziś mnie tak zlało, że mimo kurtki przeciwdeszczowej przemokłam do majtek, a że nie zabrałam portek przeciwdeszczowych, to przekonałam się, że jeansy typu baggy to najgorszy pomysł na deszczową aurę. Nieprzyjemność 300%! OHYDA!

Świnie siedzą przy kinie


W sobotę na życzenie Młodego byliśmy w kinie na Inside out 2. 

Wszystkim nam się film podobał, ale najbardziej chyba Młodemu. Ta część mówi o trudnych emocjach podczas dorastania. Dobra baja, choć ja tam wolałabym coś innego niż kreskówka oglądać...
Małżonek w ogóle nie chciał bajki oglądać, tylko poszedł się po sklepach szwendać i na świnie pod kościołem se popatrzeć… Świnia jest symbolem tej miejscowości i wszędzie tam pełno świń.
zanim reszta ludzi się zejdzie, można se selfiaka cyknąć


świnia w Sint-Gillis-Dendermonde


Ukończyłam kurs. 


W niedzielę zabrałam się za porządkowanie i dokończanie moich zadań szkolnych, ale szło mi to jak krew z nosa. Na jedno pytanie nie wiedziałam co odpowiedzieć i zostawiłam to na biurku, by na drugi dzień napisać, ale napisłam dopiero w czwartek (bo w piątek trzeba było oddać), ale z ogromną niechęcią... 

NIC MI SIĘ NIE CHCIAŁO w związku ze szkołą robić.

Miałam upiec też ciasto na zakończenie. Kupiłam nawet potrzebne produkty na 3 różne ciasta, bo nie mogłam się na jedno zdecydować, ale wiecie co? Nie upiekłam ani jednego, bo mi się nie chciało! Tak mam dość tego kursu, tak mi obmierzł, że nawet nie chciało mi się myśleć, o tym, że mam iść jeszcze raz do szkoły. Najchętniej bym nie szła wcale. A nauczycielka siedząc w słońcu na Ibizie (nawet fotkę nam wysłała na whatsappie) wymyśliła jeszcze na koniec, byśmy te nasze ostatnie zadania przedstawili ustnie, to wtedy od razu powie, czy zdaliśmy czy nie. 

NIE CHCIAŁO MI SIĘ O TYM MYŚLEĆ. 

Bo o niczym nie chciało mi się myśleć. Czuję tylko zmęczenie i senność. 

Drugą genialną rzeczą, którą wymyśliła na tych swoich wakacjach (których jej zazdroszczę i którymi mnie wkurzała haha) było zabranie jakiegoś przedmiotu symbolizującego naszą najlepszą cechę charakterystyczną dla wychowawcy świetlicy. 

O tym też nie chciało mi się myśleć. 

Znaczy cecha jest dla mnie oczywista i jest to kreatywność, ale czym niby mam to obstrakcyjne pojęcie przedstawić...? Uznałam, że to też mam w dupie i że w szkole zawsze mam ze sobą piórnik, a w piórniku jakiś ołówek i wedle mojej fantazji w razie co on może być symbolem mojej kreatywności.... Rano jednak zabrałam motylka, którego kiedyś skraftowałam, bo mi się spodobał na Pintereście i klasa nazwała mnie kreatywnym motylem. Koleżanka wariatka przyniosła dla beki woreczek z lodem, by powiedzieć, że chłodno podchodzi do trudnych sytuacji... Trzeba przyznać, że udało jej się wszystkich do łez tym rozbawić. Poza tym miała też jakieś własne prace...
 

O tej całej imprezce pożegnalnej ani tyle nie chciało mi się myśleć, choć cały tydzień przeżyłam z myślą, że może jutro się zachce...
 Nie zachciało się. Ani ani. 

Któtegoś dnia pojechałyśmy z Młodą do polskiego sklepu i zaopatrzyłam się tam w paluszki i Ptasie Mleczko, co postanowiłam zabrać do szkoły. Laski pisały na czacie, że jedna bierze chipsy, druga ciastka, trzecia colę... to nie ma powodu by się pchać przed szereg i wysilać na jakieś durne ciasta... Jak mi się zachce to upiekę, ale dla nas chłe chłe. Ale to jeszcze nie dziś.

Zapisałam się też pełna wątpliwości na proclamatie, czyli uroczyste wręczenie dyolomów, które odbędzie się w Vilvoorde w przyszłym tygodniu. 

Na to też nie chce mi się iść.

 W ogóle nie mam ochoty na żadne socjalizowanie się z ludźmi, a już na takie spędy tym bardziej.  Czuję zniechęcenie do wszystkiego... Przekonałam siebie tylko tym, że jak pójdę tam, to będę tu mogła opowiedzieć, jak taka impreza wygląda... i to mnie trochę motywuje. No bo w sumie to jestem sama ciekawa, jak taka impreza wygląda.

Dziś było okej. Gdy wszystkie przedstawiłyśmy nasze zadania, nauczycielka powiadomiła każdą z osobna (żeby było więcej napięcia), że wszystkie zaliczyłyśmy rok. Potem poszłyśmy do innej sali, by dołączyć do drugiej grupy i posiedzieć chwilę rarzem po raz ostatni. Było miło, choć przez pierwsze minuty czułam się bardzo źle. Hałas rozmów mnie do szału doprowadzał. Czułam narastające zmęczenie. Miałam ochotę wstać i pójść do domu. Zwalczyłam jednak tę pokusę i zostałam. Potem się trochę poprawiło. W sumie było miło, ale spokojnie mogłabym się bez tego obejść.

Najważniejsze że już koniec. 

Gdybym drugi raz miała jednak podjąć tę decyzję, była by taka sama, bo mimo wszystko było warto. 

W niektórych momentach wydawało mi się, że porwałam się z motyką na słońce, myślałam sobie, że to nie jest kurs dla obcokrajowca w moim wieku, styranego życiem i chorobą,  który dopiero co przeszedł dwie operacje chemio- i radioterapię. 

Wątpiłam. 

Chciałam się poddać. 

Ostatecznie jednak dałam rady. Pokonałam zmęczenie, pokonałam zniechęcenie, dwukrotnie wygrałam ze zwątpieniem. 

Nie dałam się. 

Może i w niektórych momentach musiałam się czołgać ze zmęczenia. 

Może i umierałam prawie ze stresu. 

Może i dojechałam znowu swój organizm. 

Może i jojczyłam i biadoliłam jak stara baba z Koluszek Większych, ale w końcu  dotarłam przecież do mety. I ciągle żyję. 

Wygrałam tę rundę życia. 

Bo żaden rak nie będzie mi mówił jak mam żyć! Kurwa mać!

Teraz jestem zajebiście zmęczona, ale teraz mam już wakacje. Teraz będę odpoczywać i się regenerować. Jak odpocznę i dojdę do siebie, zabiorę się za szukanie pracy. Już raz popatrzyłam na oferty w okolicznych świetlicach i widzę kilka wakatów. Jednak na razie nie zamierzam się im bliżej przyglądać, bo na razie nie mam na nic ochoty i jestem zmęczona nieludzko.

Myślę też oczywiście już o kolejnym kursie, który sobie zaplanowałam zrobić, jak tylko uda mi się ten skończyć. Już nawet córkę przekonałam by poszła razem ze mną na kurs makijażu artystycznego. Zawsze chciałam umieć zamieniać dziecięce (i dorosłych) twarze w dowolne zwierzątka czy inne postaci i znać się na produktach do takiego makijażu i teraz zamierzam to swoje marzenie spełnić. Najstarsza ma nieziemski talent artystyczny i taka umiejka też mogła by jej się przydać w życiu... Takie kursy odbywają się w weekendy. Kosztują co prawda czapkę pieniędzy, bo trzeba też za produkty zapłacić, ale zamierzam to zrobić gdzieś po wakacjach. Jak oczywiście okoliczności pozwolą...

Kupiłam se kanapę.


W minionym tygodniu Młoda wyciągnęła mnie znowu do Kringwinkel-a. Kupiłam se 3 książki po 1,50 każda. I powstrzymałam się przed zakupem 20 innych książek, a wybór tam zawsze bajeczny. 
książki używane w Kringwinkel

   

Kupiłam se piękne czerwone buciki za 4€, na co Młoda się wkurzyła, bo pierwsza je wypatrzyła i przymierzyła, ale jej się kopyto do nich nie zmieściło chłe chłe chłe. Kupiłam se kieckę i żakiet, i spódnicę, i koszulkę, z której koń by się uśmiał, bo lubię nosić śmieszne koszulki... Spódnica ma odprutą listwę, ale to sobie przyszyję przecież... 

Ktoś noszący mój rozmiar najwyraźniej przywiózł całą swoją szafę do naszego kringwinkla, bo zwykle na mnie nic nie ma, na czym by można było oko zawiesić, a tym razem było dużo. Przymierzyłam z 10 pięknych sukienek, ale niestety większość z nich była dla bab z dwoma cyckami. Ale ta jedna nadawała się na jeden cycek no to wzięłam. Będzie akurat na proklamację. Potem powisi se w szafie, z raz założę ją z okazji jakichś urodzin i oddam z powrotem do Kringu. W takich butach to nie wiem, gdzie będę chodzić, ale były ładne i wygodne jak na takie obuwie, to co się będę cykać. Kocham czerwone buty i wszystkie inne oczojebne też. Małżonkowi też się podobają, więc może czasem będę je zakładać jak w ogrodzie kawę pić będziemy i na kury patrzeć. A co!
kiecka na jeden cycek i buty

spódniczka

koń by się uśmiał ;-)


klown jaki jest każdy widzi



Jak już obejrzałyśmy i przymierzyłyśmy wszystkie łachy w sklepie, poszłyśmy dalej i zobaczyłam skórzaną (z plastikowego renifera?) ciemnogranatową kanapę z fotelem do kompletu, które wyglądały lepiej niż te rupieci, które mamy obecnie w salonie i pozwoliłyśmy naszym dupom je wypróbować. Dupy uznały, że wygodne, więc poszłam się zapytać wielo trza wybólić za dowóz, bo na skuterze już różne rzeczy z Młodą woziłyśmy - krzesła ogrodowe, szczudła sprężynowe, jakies małe szafki, ale kanapy trzyosobowej, panie, nie weźmiemy za cholerę. 
Pan oznajmił, że jak od nas, to 4 dychy, bo to od gminy zależy... To połowa wartości mebli, ale bez namysłu postanowiłam jednak nabyć te siedziska, bo mi się bardzo spodobały i bo parę dni wcześniej kurnik o stówkę tańszy kupiłam, niż ten który miałam w planach, więc mi 100 euro zostało... 
Czy to dobry pomysł, okaże się, gdy je przywiozą i gdy je sobie dokładnie z wszystkich stron obejrzymy i posiedzimy dłużej niż 5 minut. Przywieźć mają w przyszłym tygodniu. Mam tylko nadzieję, że nie okażą się śmierdzące, jak to czasem z używanymi rzeczami bywa. W sklepie śmierdzi wszystkimi starociami, więc nie zawsze idzie wywąchać, ale tak, wąchałam kanapę i na pierwszy niuch nie śmierdziała, ale kto wie, jak będzie się zachowywać w domu... Z kanapami wszak nigdy nie wiadomo.
Małżonek za to kupił nam wreszcie suszarkę do ubrań, bo uzbierał w końcu eko-czeków. Ją też przywiozą w przyszłym tygodniu, bo tej którą kiedyś upatrzyliśmy sobie, nie było na sklepie. Mamy nadzieję, że będzie lepsza niż ta ostatnia, która najpierw nam ubrania popsuła, a potem sama padła.

Zdrowie...


Najstarsza była w tym tygodniu w szpitalu po holter, a na drugi dzień siostrzyczka pojechała to odwieźć do szpitala. Wyniki badania będą pewnie za kilka dni. Mam nadzieję, że jednak niczego niepokojącego to ustrojstwo tam nie zanotowało i że Najstarsza jest również zdrowa jak ryba.

Ja przed chwilą sobie przypomniałam, że miałam dziś umówioną wizytę u rodzinnej w sprawie zastrzyku. Rychło w czas. Gdyby mnie tak nie zlało, jak wracałam ze szkoły, to może bym i pomyślała o wizycie, ale gdy wróciłam do domu przemoknięta do majtek i zmarznięta, to pierwsze co zrobiłam, było włączenie ogrzewania, a potem się przebrałam w suche wygodne ciuchy, zaparzyłam gorącej herbaty i wlazłam pod koc, gdzie siedzę do teraz... 
Nic to, jutro zrobię rezerwację na poniedziałek. Najwyżej zapłacę za 2 wizyty przez swoją sklerozę.

Młoda rozentuzjazmowana mnie jeszcze zagadała, bo dostała kolejny list w FODu, który natychmiast kazał mi czytać, bym potwierdziła jej, że to co ona tam wyczytała jest tym, czym jej się wydaje że jest.... Z listu wynika bowiem, że jednak dostanie jakieś pieniądze dla niepełnosprawnych, tylko jakiś inny zasiłek niż ten którego jej w poprzednim liście nie przyznali (zrozumiesz urzędników?!). 

Co więcej pieniadze należą jej się od lipca zeszłego roku i gdzieś za miesiąc ma dostać pierwszą wpłatę oraz wyrównanie za poprzedni rok, co da jakieś 10 tysięcy euro. Oczywiście prawdopodobnie będzie wtedy musiała oddać to, co otrzymywała ostatnie miesiące z OCMW, ale i tak z 7 tysięcy powinno jej zostać... Za miesiąc akurat jej kumple z Polski przyjeżdżają na parę dni więc no ...będzie, będzie się działo...

Póki co musimy się jednak przekonać, że to prawda, co tam jest napisane, bo ja też nie mogę uwierzyć oczom, a poza tym ja bardzo nieufna jestem jeśli chodzi o urzędy. Ale niechby to była prawda.

Młoda odwiedziła ponownie dentystkę, która spiłowała jej ząb i teraz znowu może retainer na noc zakładać. 

Najwięcej atrakcji w tym tygodniu to jednak Młodemu przypadło. 


Po pierwsze cały tydzień pisał egzaminy. Dziś na ostatek miał geografię, ale od rana chłopaka nie widziałam i pewnie dopiero jutro zobaczę, bo zaraz po egzaminie tata zabrał go do auta i pojechali do Dessel na Graspop Metal Meeting, festiwal heavymetalovy. Jak pamiętacie może, koncert na który mieli jechać z okazji lentefeest Młodego, został odwołany. Teraz z kolei ten festiwal też stał pod znakiem zapytania z powodu pogody. Będąc w sklepie z Młodą usłyszałyśmy w radio, że mówią iż parking, na który Małżonek kupił bilet, został zamknięty z powodu zalania... Wczoraj Małżonek w stresie szukał najlepszego rozwiązania na dostanie się na festiwal. Ostatecznie pojechali do Mol, skąd kursowały darmowe autobusy. Dotarli na miejsce bez problemów i nawet pogoda zdaje się im sprzyjać. Większość dnia lało jak z cebra, ale pod wieczór się wypogodziło i teraz nawet słońce świeci. Ufam zatem, że nasi panowie dobrze się będą bawić na festiwalu.
Jutro Młody będzie odpoczywał, a w niedzielę rano ma przyjechać po niego kolega z dawnej klasy ze swoim tatą i pojadą razem do parku rozrywki. W poniedziałek z kolei klasowy kolega z aktualnej klasy Młodego organizuje jakąś imprezę na zakończenie roku szkolnego dla całej klasy i Młody też zamierza iść. Teraz mają bowiem parę dni wolnego, by nauczyciele mogli poprawić egzaminy. W czwartek  będzie wywiadówka i potem można już zaczynać wakacje. 

Mimo deszczu czasem spacerujemy, fotografujemy i podglądamy innych spacerowiczów, rowerowiczów i przyrodę… 

w lesie naszym wszędzie błoto

a ludzie w kurtkach w czerwcu spacerują

staw jak staw




Czerwony Kapturek w lesie


Małżonek odważnie w spodenkach

rowerzystów wszędzie od groma


biedronka zwykła




dziurawiec


Mamooo, daj robaka!

żryj!



mama i maleństwa

żywokost




Kurczak Mały




a lipy kwitną


biedronka azjatycka

wyka