Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2025

Stronger Than All !!!! Czyli byliśmy na koncercie PANTERY!!!!



Spełniam przedwyborcze obietnice i znowu będzie o muzyce. Niezupełnie  jest to dokończenie poprzedniego tekstu , bo na to trzeba jeszcze chwilę poczekać. Ale to co chcę napisać jest dla mnie bardzo ważne gdyż taka okazja może się już nie powtórzyć.

Ian Curtis tragicznie zmarły wokalista zespołu Joy Division powiedział kiedyś  „Marzenia nie spełniają się nigdy, nie wznoszą się lecz spadają „ może coś w tym jest. Jadnak ja uważam że czasem małe marzenie się spełnia i przy odrobinie cierpliwości i poświęceniu można je zrealizować.
O koncercie tego zespołu marzyłem  około 30 lat z małymi przerwami, a to nie grali w Polsce a to alkohol i takie różne zawirowania. Aż wreszcie 10.02. 2025 stanęliśmy oko w oko z Panterą bo  to o nich mowa. Zespół Pantera to dla mnie osobiście jeden z najlepszych i najbardziej nowatorskich,bezkompromisowych , odkrywczych i przede wszystkim najbardziej wpływowych zespołów  ostatnich 35 lat a może nawet wszechczsow. Bez muzyki Pantery nie było takich zespołów jak Korn, Machine Head, Fear Factory czy nawet Slipknot to  pokazuje jak wielkim zespołem są i jaki wpływ wywarli na całe pokolenie muzyków.

Zespół Pantera poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych przez mojego kolegę Jacka z którym pracowałem kilkanaście lat  (Jacek jest obecnie po drugiej stronie  metalowego grania gdyż przegrał walkę z nałogiem ).  Jacek miał kompletnego świra na punkcie Judas Priest ale lubił też wiele innych  kapel i gatunków muzyki o których gadaliśmy praktycznie codziennie. Aż tu nagle któregoś dnia przytargał płytę CD  zupełnie mi nie znanej kapeli Pantera pt. „Vulgar Display Of Power" i mówi posłuchaj tego  i powiedz co myślisz. Wziąłem płytę i pierwsze co przyszło mi do głowy to, co to za nazwa dla metalowego zespołu….śmiech. Już wtedy dysponowałem dobrym sprzętem do słuchania muzyki a mianowicie wieża segmentową Sony oraz głośnikami Tonsil Altus o mocy 110W każdy. Gdy odpaliłem płytę to po prostu zostałem wbity w ziemię, Boże co to był za dźwięk , jakie emocje i energia płynąca z tej muzyki ora niebywała wręcz świeżość.Nikt tak wtedy nie grał a jakość brzmienia i w ogóle dźwięku porażała zmysły swoją nieokiełznaną wręcz gwałtownością. No i odpłynąłem zupełnie, to było to. A trzeba wam wiedzieć że w tym czasie byłem zafascynowany innym zespołem i ich debiutanckim albumem czyli „Burn My Eyes" Machine Head. Dzisiaj mam przed oczami  moje dyskusje i spory z Jackiem o to który zespół jest lepszy  i kto będzie miał większy wpływ mną muzyka metalowa w przyszłości. Zgodnie doszliśmy do wniosku że to Pantera otworzyła nowy rozdział w ciężkim graniu i tchnęła nowego ducha w ten nieco już skostniały w owym czasie gatunek muzyki. Jacek zaraził mnie miłością do muzyki Pantery a ja mu pokazałem Tool oraz Dream Theater. To były czasy, lata dziewięćdziesiąte to dla mnie wspaniały i być może najlepszy okres w muzyce rockowej oraz szeroko pojętej muzyce metalowej.

Trochę historii przed daniem głównym. Pantera powstała w na początku lat osiemdziesiątych w Dallas w Teksasie z inicjatywy braci Vincenta Paula i Darrella „Dimebaga" Abbott, odpowiednio perkusista i gitarzysta. Bracia Abbott pochodzili z bardzo muzykalnej rodziny gdyż ich ojciec był profesjonalnym muzykiem i producentem muzycznym no i na początku miał dużo do powiedzenia w zespole. Początki były takie sobie rzekłbym i  niezbyt oryginalne  gdyż pierwsze trzy albumy są takie jakby gładkie  utrzymane w stylistyce glam czy też power metalu coś jak Motley Cure . Już wtedy dało się zauważyć  niezwykły talent Darrella do gry na gitarze ale tak jak wspomniałem te pierwsze albumy to dopiero zapowiedź tego co miało nadejść a najciekawsze dopiero przed nami. Muzyczny styl grupy zmienił się diametralnie po dołączeniu charyzmatycznego wokalisty Philipa Hansena Anselmo a skład uzupełniał basista Rex Brown i to jest oryginalny i zarazem kultowy skład Pantery czyli Darrell, Vinnie, Rex oraz Phil i ten skład przetrwał aż do końca czyli do 2003 roku. Już z Philem na wokalu w 1990 roku wydają krążek pt „Cowboys From Hell" który pokazuje zupełnie nowe oblicze zespołu i wytycza kierunek w którym  będą podążać gdyż to całkowita zmiana stylu i przed  wszystkim podejścia do gry. Do dziś grają na koncertach utwór tytułowy oraz Damnation, Cemetery Gates czy Psycho Holiday.  Tak oto znaleźliśmy się w latach dziewięćdziesiątych a konkretnie w roku 1992 bowiem wtedy 25 lutego światło dzienne ujrzał album  „Vulgar Display Of Power" który rzucił świat metalu na kolana gdyż przed nimi nikt nie grał w taki sposób. To brzmienie, ta produkcja , gitara oraz perkusja to normalnie kosmos. To z tego albumu pochodzą takie killery jak Walk, Mouth For War, New Level, Fucking  Hostile, This Love oraz Hollow bez których nie może obejść się żaden koncert. Tak ta płyta to prawdziwa petarda, te emocje , energia i niezwykła wręcz chemia pomiędzy muzykami stworzyły arcydzieło. To jest jak okno wychodzące na bezkresny ocean. W 1994 ukazuje się moja ukochana płyta Pantery z bardzo sugestywną okładką pt „Far Beyond Driven" z takimi utworami jak Strenght Beyond Strenght, Becoming, Im Broken, Planet Caravan oraz mój ulubiony Five Minutes Alone. To te dwa albumy na zawsze zmieniły oblicze heavy metalu a z Pantery uczyniły zespół wręcz kultowy i najbardziej oryginalny. Oprócz wyżej wymienionych Pantera nagrała jeszcze dwa albumy studyjne „The Great Southern Trendkill"  oraz „Reinveiting The Steel"  oba równie znakomite, oficjalna  dyskografię zamyka album koncertowy pt „Official Live:101 Proof".

Grali tak ciężko i agresywnie, a mimo to w ich utworach słychać niesamowite melodie. Mieli również tego niesamowitego gitarzystę, który powalał swoją grą i niewiarygodnymi umiejętnościami.

ROB HALFORD

Za czasów ich świetności, nikt nie mógł nawet zbliżyć się do Pantery.

SCOTT IAN 
W szeregach Pantery występował jeden z najbardziej utalentowanych i nietuzinkowych gitarzystów swojego pokolenia tj Darrell Abbott zwany Diamndem lub Dimebagiem. Miał swój charakterystyczny i niepowtarzalny styl a przy tym wielką energię i charyzmę które czyniły z niego prawdziwego wirtuoza gitary. Moim skromnym zdaniem to był najbardziej utalentowany i nowatorski gitarzysta od czasów Randego Rhoadsa tragicznie zmarłego gitarzysty z zespołu Ozzego  Osbourna. Gdyby żył i dalej rozwijał swój talent i te niesamowite umiejętności to muzycznie Pantera byłaby po za zasięgiem dla jakiegokolwiek zespołu. Niestety stało się inaczej. Formalnie zespół przestał istnieć w 2003 roku i nie będę wdawał się tutaj w szczegóły jak i dlaczego bo mnie to po prostu nie interesuje. Dla mnie liczy się tylko muzyka i to ona jest najważniejsza ale chce wspomnieć o jeszcze jednej bardzo ważnej  rzeczy. Zespół naznaczony jest wielką tragedią bowiem po rozpadzie grupy bracia zakładają nowy zespół pod nazwą Damageplan. Jest 8 grudnia 2004 grają koncert w Columbus w stanie Ohio i nagle dochodzi do tragedii gdyż Darrell Abbott zostaje zastrzelony na scenie pięcioma strzałami w tył głowy przez jakiegoś psychola który zabije jeszcze trzy  inne osoby aż zostaje zastrzelony przez policjanta który był na koncercie. To się w głowie normalnie nie miesci, takie rzeczy tylko w USA. Kilkanaście lat później w 2018 roku umiera drugi z
braci Abbott czyli Vinnie Paul i historia zamyka koło. Dwóch założycieli i i najważniejszych muzyków nie żyje. Tak kończy się kariera jednego z największych i najbardziej oryginalnych zespołów w dziejach ciężkiej metalowej muzyki , pozostali nam tylko Rex Brown i Phil Anselmo.

Dobrze , miała być recenzja z koncertu a tu jest lekcja historii ale porządnej wiedzy nigdy za dużo. Mijały lata i co jakiś czas pojawiały się plotki czy też informacje że zespół powróci na trasę koncertową a zmarłych muzyków zastąpi a to ten albo tamten. Sam w to nie wierzyłem, przeciez takich ludzi  nie da się zastąpić. Aż  tu nagle w 2022 roku pojawia się oficjalna informacja że zespół Pantera wraca na trasę koncertową w hołdzie dla zmarłych członków zespołu. Skład uzupełnił gitarzysta Zakk Wylde znany z własnego projektu Black Label Socjety oraz z występów z Ozzym Osbournem oraz perkusista Charlie Benante z grupy Anthrax. Według mnie wybór doskonały choć wśród fanów opinie są podzielone. Ruszyli w trasę w  2023, wiadomo najpierw Ameryka i wszystkie wielkie festiwale , nawet nie myślałem że kiedykolwiek zagrają w tym składzie w Europie. A tu nagle taka  wiadomość  w czerwcu 2024 roku  tj. ogłoszenie europejskiej trasy koncertowej na rok 2025 a w rozpisce oczywiście Belgia i Forest National w Brukseli 10 luty 2025. To jest ta rzecz za którą lubię Instagram i zresztą mam go tylko po to żeby otrzymywać takie wiadomości od ulubionych artystów. Bilety zakupiłem już pierwszego dnia jak tylko pojawiły się w sprzedaży, siedząc na stołówce w pracy. Od razu  tą wiadomością podzieliłem się z synem, Naszym Epickim Izydorem przecież też jest wielkim fanem Pantery no i towarzyszy mi we wszystkich wydarzeniach koncertowych już od prawie roku.  Mamy to!!! Idziemy na koncert Absolutnej   Legendy. Wielka radość i odliczanie miesięcy, tygodni a później już dni.

Wreszcie nadszedł ten wymarzony dzień i pojechaliśmy , do Brukseli na wielkie muzyczne wydarzenie by móc patrzeć ,przeżywać i najważniejsze by poczuć tę moc , tą magię tej muzyki , ten niesamowity  klimat i by wreszcie stanąć twarzą w twarz z tymi legendarnymi muzykami. Ruszyliśmy wcześniej by  zająć jak najlepsze miejsce, by być po prostu blisko sceny. Udało się po mimo tego że czekaliśmy 3,5 godziny w deszczu i zimnie. Izydor dzielnie zniósł czekanie no i to dokuczliwe zimno oraz siąpiący deszcz i takim sposobem wylądowaliśmy w pierwszym rzędzie przy samych barierkach, w zasadzie pośrodku sceny (patrz zdjęcia)  Aha parking przezornie zarezerwowałem trzy tygodnie wcześniej by nie kombinować tylko wjechać i marsz na koncert. Marzenie się spełniło bowiem mieliśmy scenę i muzyków na wyciągnięcie ręki, dosłownie jak w pokoju , warto było poświęcić się i czekać w tej nieprzyjemnej pogodzie. Hala w środku bardzo ładna i przyjemna ale też sporo mniejsza od  naszego „Spodka" ale wrażenie robiła imponująca scena ze wszystkimi bajerami które teraz były zakryte w oczekiwaniu na występ gwiazdy wieczoru. Cały show rozpoczął się o godzinie 19.30  bowiem przed Pantera zagrały dwa inne zespoły tj. kolejno King Parrot oraz Power Trip zwłaszcza ten drugi zrobił na mnie olbrzymią wrażenie niezwykłą energią oraz dynamika swojego występu a muzycznie to taki klasyczny thrash metal. Około godziny 21.00  wielka czarna kurtyna z olbrzymim czerwonym Logo zespołu Pantera zakryła całą scenę i zostały dosłownie minuty do ich wyjścia na scenę gdyż ekipa techniczna uwinęła się bardzo szybko. Boże ależ to było napięcie i emocje, już  dawno czegoś takiego nie doświadczyłem. Dokładnie o 21.20 z głośników popłynęło intro które wprowadza muzyków na scenę a przez kurtynę widać było już pierwsze światła i wizualizacje. Dosłownie po trzech minutach kurtyna nagle opada a naszym oczom ukazał się widok którego nigdy nie zapomnę.Pantera w całej  okazałości czyli w centrum Phil Anselmo oczywiście  na dywanie i na boso, po lewej stronie Rex Brown na basie, po prawej  Zakk Wylde na gitarze oraz z tyłu za imponującym zestawem perkusyjnym z wizerunkami zmarłych braci Abbott  Charlie Benante. Ależ to było wejście po prostu kosmos, ta scena, te światła, te wszystkie efekty pirotechniczne i trzy wielkie ekrany to robiło naprawdę piorunujące wrażenia. Powiem tak gdyż w życiu byłem na wielu koncertach ale to co usłyszałem w Brukseli toż to przechodzi ludzkie pojęcie. Dźwięk który miażdżył i wbijał w ziemię a przy tym  był niezwykle czysty i selektywny , słychać było dosłownie wszystko, każde słowo, każdą nutę i frazę a perkusja toczyła się niczym walec przez cały koncert. Dźwięk jak w wysokiej rozdzielczości, jak z płyt audio, po prostu miazga,  klasa sama w sobie. Gdy do tego dodam niesamowite emocje , energię poszczególnych muzyków  oraz tą chemię którą się czuje to mamy kompletnie wszystko. Cała oprawa sceniczna , te wszystkie  wizualizacje oraz efekty świetle dopełniły całości a trzeba wam wiedzieć że ci ludzie mają grubo po pięćdziesiątce na karku a mogą wpędzić w kompleksy nie jednego młodego muzyka. Powtórzę jeszcze raz że pod względem dźwięku i w ogóle brzmienia czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem i nie wiedziałem, nawet nie wiem jak to opisać. Pod tym względem to najlepszy koncert na jakim kiedykolwiek byliśmy, i na jakim ja byłem sam.

Zagrali wszystko o czym mogłem marzyć począwszy od  „ New Level" przez Mouth For War,  Strenght Beyond Strenght, Becoming, Im Broken, nieśmiertelny Walk, Suicide Note Pt 2, This Love  no i mój ukochany Five Minutes Alone oraz Floods ze specjalnym pokazem i dedykacją. Utwór Floods pochodzi z albumu  „ The Great Southern Trendkill" a  na obecnej trasie jest dedykowany braciom Abbott przez obecny skład zespółu. Muzyce towarzyszą niezwykłe obrazy, filmiki i zdjęcia nieżyjących muzyków, wspaniała, wzruszająca i bardzo nostalgiczna chwila która trwa około 8 minut. Cudowna podróż w czasie, powrót do lat dziewięćdziesiątych, do najpiękniejszego moim zdaniem okresu w muzyce rockowo- metalowej. Te słowa Phila gdy zapowiada utwór, gdy mówi o szacunku, o fanach, o muzyce, o pasji o dziedzictwie Pantery, o dokonaniach tych nieżyjących i niezwykłych muzyków na długo pozostają w pamięci  i uwalniając niesamowite wzruszenie. To najpiękniejszy  i najważniejszy moment koncertu , bo ja  mu wierzę i wiem że nie robią tego dla kasy i chwały gdyż i bez tego są wielkim muzykami i  na zawsze pozostaną w sercach i umysłach swoich najwierniejszych fanów a ich dokonania będą inspiracją dla następnych pokoleń muzyków. Na bis zabrzmiał drapieżny i niesamowicie żywiołowy Fucking Hostile. Ponad sto minut  minęło nie wiedzieć kiedy i zeszli ze sceny a pożegnaniom i zdjęciom nie było końca. Dla nas ten wieczór mógłby trwać w nieskończoność po mimo tego ścisku i tłoku w jakim oglądaliśmy ten występ.  Nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej pod sceną i dzisiaj poszedłby na ich występ jeszcze raz. Tylko tyle i aż tyle.

Słów kilka o tym co działo się w tłumie. Występy zespołu Pantera od samego początku ich istnienia są nacechowane niezwykłą wręcz energią i mnóstwem emocji i tak też było w Brukseli. Był niesamowity ścisk i tłok by nie powiedzieć że momentami wręcz tumult co nie wpływa na koncentrację i poprawny odbiór muzyki. U mnie górę wzięły emocje i jakoś dałem radę ale już  Izydor miał z tym większy problem gdyż zwyczajnie się bał w tych trudnych momentach . Po mimo tego że koncert bardzo mu się podobał i wywarł na Nim olbrzymie wrażenie, gdzieś tam w głębi jego muzycznego serca pozostał pewien niedosyt i lekki niepokój. Marzenie się spełniło, odliczał dni do ich występu ale jednak,on potrzebował więcej spokoju i koncentracji gdyż muzykę odbiera i przeżywa podobnie jak ja czyli całym sobą. Bardzo emocjonalnie.
Ja mam już swoje lata i wiele w życiu widziałem ale jedno chce napisać i podkreślić z całą mocą że tzw. crowdsurfing powinien być całkowicie i bezwzględnie zakazany na wszyskich imprezach czy to rockowych , czy metalowych. Koniec kropka, nie ma i już , jeśli się nie zastosujesz to wypad z imprezy gdyż nasze bezpieczeństwo i przede wszystkim zdrowie są najważniejsze. Ze swej strony będę to propagował i pisał gdzie tylko się da  by tego zabronić.

Podsumowując występ Pantery to najlepszy i najwspanialszy koncert w jakim dane nam było uczestniczyć, to spełnienie młodzieńczych marzeń. Czy Pantera w tym składzie jest najlepsza ? Krótka  odpowiedź brzmi TAK. Niech  nie powstaje nowa muzyka gdyż ten hołd dla braci Abbott jest czymś niezwykłym i niepowtarzalnym  i nie ma drugiego kompozytora jak Darrell i Vinnie Paul. Ogromny szacunek dla Rexa i Phila oraz pozostałych muzyków za to co robią.  Jesteście wielcy i jesteście Wspaniałymi Ludźmi. Legenda jest tylko jedna i jest nią PANTERA na zawsze🤘🤘🤘 
For Fans, For Musić, For Legacy !!!!🤘

Sorry za chaos i wszystkie błędy ale to bardzo emocjonalny wpis gdyż ja tak mam. Tak czuję i odbieram muzykę. Na koniec obiecane zdjęcia.

P.s Zapomniałem napisać o sali. Wyglądem nie zaskakuje, nie wyróżnia się, ot taka większa stodoła. Ale co najważniejsze i to chcę powiedzieć. Akustyka jest tam po prostu rewelacyjna, dosłownie wszystko słychać doskonale, żadnego dudnienia i jakiś innych przesterow. Super miejsce do słuchania muzyki,wracamy tam 9 kwietnia 2025 na koncert kolejnego naszego ulubionego zespołu a mianowicie występ zespołu GODSMACK !!!! Oj będzie się działo gdyż na ten koncert mamy specjalne bilety 🎫 






















Q















R
































































9 stycznia 2025

Pierwszy wspis Małżonka. Muzyka.

 Jakiś czas temu Małżonek napisał do mnie list na temat znaczenia muzyki w Jego życiu. Od razu powiedziałam, że ten tekst kiedyś znajdzie się na blogu, a on się zgodził, uznając, że równie dobze Jego list może być skierowany do szerszego grona, a nie tylko do mnie, jego żony, prywatnie. Myślę, że jeśli się wam, spodoba i wrzucicie pod spodem choć ze dwa  pozytywne komentarze, to zmotywuje Go na napisania kolejnych tekstów, bo On też jest dobry w pisaniu, tylko nie zawsze Mu się chce... ;-) 


MUZYKA

"Muzyka to dusza wszechświata, skrzydła umysłu, lot wyobraźni i całe życie"

Bez muzyki, życie byłoby pomyłką” /Friedrich Nietzsche/

„Muzyka może nazwać nienazwane i przekazywać niepoznawalne” /Leonard Bernstein/ 

„Muzyka to najsilniejsza forma magii” /Marilyn Manson/

Muzyka to sztuka cieszenia się i smucenia bez powodu” /Tadeusz Kotarbiński/  

Matematyka to wielka poezja, muzyka to wielka organizacja” /Otar Iosseliani/ 

Przepraszam za trochę przydługi wstęp, ale dobrze oddaje to o czym będę pisał. Reszta będzie już moimi własnymi słowami,  moimi własnymi odczuciami i przemyśleniami na ten konkretny temat. Do takiego listu przymierzałem się od dawna, bo to temat dla mnie bardzo ważny i istotny, a co za tym idzie wbrew pozorom nie jest mi tak łatwo to wszystko opisać. Postaram się jednakże spróbować, oddać to wszystko, jak to się zaczęło i dlaczego muzyka zawładnęła moim sercem i jest dla mnie czymś wyjątkowym , niepowtarzalnym.

Muzyka w pewnym okresie mojego życia to była moja wolność, moje schronienie i ucieczka przed wszystkim i wszystkimi, to był też ból istnienia w tej szarości i ponurej rzeczywistości, która otaczała mnie każdego dnia. To muzyka opisywała dla mnie świat i wszystko, co mnie otacza dookoła, była wyznacznikiem i drogowskazem; no i najważniejsze, to moja pierwsza i największa miłość oraz jedyny i najwierniejszy przyjaciel. 

W późniejszym czasie przyszło też kino, czyli filmy, ale to muzyka była i jest zawsze na pierwszym planie. Towarzyszyła  mi nawet w mrocznym okresie mojego alkoholowego zagubienia i nigdy też nie sprzedałem niczego związanego z muzyką jak płyty, kasety czy jakieś czasopisma, by kasę przeznaczyć na alkohol. Nigdy,  gdyż to były rzeczy niemal święte dla mnie, niczym relikwie.

1 grudnia 2024

Młodego znowu można było podziwiać na scenie

 Bardzo denerwowałam się powrotem do pracy po dwóch tygodniach chorobowego, bo nie wiedziałam, w jakiej atmosferze zostanę tam przyjęta. Przez co oczywiście nie spałam całą noc z niedzieli na poniedziałek i do pracy poszłam zmęczona i w kitowym nastroju. Taki nastrój utrzymał się do samego wieczora, ale we wtorek już było w porządeczku. 

Popedałowałam na poranny dyżur na rowerku, co jest bardzo przyjemne. 



Do tej świetlicy prowadzi ścieżka rowerowa, która powstała na trasie dawnej linii kolejowej i jest ona prościutka i równa, tzn bez żadnych górek, wiaduktów, czy innego badziewia. Wjeżdżam na tę ścieżkę kilkaset metrów od domu i wyjeżdżam praktycznie koło samej świetlicy. Ścieżka jest niezbyt szeroka - z trudem dwa rowery się mijają - ale w zeszłym roku nowy asfalcik położyli i jest cacy. (no chyba, że rolnicy błoda naciągną z pola, to mniej). Nie ma przy niej oświetlenia, więc rowerem bez lampy lepiej się tam nie wybierać. Rower Małżonka, którego aktualie używam (inne są na umarciu) ma porządne dynamo i dobrze oświetla drogę. W ogóle cały rower jest porządny, bo Małżonek wziął go w poprzedniej firmie na zasadach leasingu, zatem pozwolił sobie na droższy rower, a droższy rower to dobra jakość i wysoki komfort jazdy. Jeździ się nim lekko i praktycznie bezszelestnie. Zatem z przyjemnością pomykam na poranne dyżury te 3 kilometry rowerem. Na popołudniowe już jadę skuterem, bo z aktywnością fizyczną przesadzać nie należy, o czym już nie raz i nie dwa w ostatnim  czasie miałam okazję sie przekonać. Próbuję znaleźć sensowną równowagę - ruszać się trochę, ale nie przesadzić. Co jednak nie koniecznie się udaje.

ścieżka rowerowa o 7 rano


Korzystając z przecen na black friday kupiłam sobie nowe oczobolnie pomarańczowe ponczo przeciwdeszczowe, co by mnie było widać z daleka nawet jak zapomnę kamizelki odblaskowej, co mi się czasem zdarza. Jednakże staram się o niej pamiętać. Jak z Małżonkeim na spacer wieczorem idziemy, to też wdziewamy na się ten żółty przyodziewek, bo ważne, by dać się widzieć na ulicy.

We wtorek zabrałam do świetlicy trzy różne rodzaje ciastoliny/slime'u własnoręcznie zrobionych. Zrobiłam je, by przetestować przepisy z niedawno kupionej książki "Speel!" Zrobione plasteliny potem testowałam na dzieciach. Na końcu zapodam przepisy i wyniki testu w świetlicy, jakby ktoś chciał się sam glutem czy plasteliną pobawić. Zabawa była w każdym razie dobra, co też i pozytywnie na mój nastrój wpłynęło. Tego dnia na popłudniowym dyżurze dostałam przydział przy zadaniach domowych. Polega to na tym, że zabiera się dzieci, które muszą (z woli rodziców) lub chcą (rodzice zezwalają na samodzielne decyzje) odrobić zadanie domowe w świetlicy i maszeruje się z nimi przez podwórko do pobliskiej szkoły, gdzie możemy korzystać z jednej sali i tam się pilnuje, by one faktycznie to zadanie odrabiały w spokoju i nie cudowały. Gdy któreś skończy, podchodzi z książką i pokazuje, że zrobiło, a wtedy może odmaszerować do świetlicy i dołączyć do reszty i zacząć się bawić. Nie pomagamy dzieciom w odrabianiu zadań, bo zadania domowe dzieci mają odrabiać samodzielnie, gdyż sens zadania domowego jest taki, by dziecko sprawdziło, czy opanowało dany materiał, by utrwaliło go i by nauczyciel się zorientował, czy można przejść do następnego tematu, czy też trzeba temu jeszcze trochę czasu poświęcić. Możemy wyjaśnić jakieś niezrozumiałe słówko, czy pomóc zrozumieć sens zadania, ale nie obchodzi nas, jak dzieci się z danym zadaniem uporają. Nie sprawdzamy, nie interesujemy się. Dyżur przy zadaniah domowych to fajna fucha - siedzić przez godzinę, czy nawet dwie w ciszy i spokoju i nic nie robisz. No, oczywiście w innej świetlicy może być hałas, harmider i cyrk na kółkach, ale w tej dzieciaki są spokojne i grzeczne.

Odwiedziłam też psycholożkę i sobie pogadałam trochę. Następnym razem ma mnie zacząć uczyć jakiejś techniki relaksacyjnej.

Środa była męcząca. Gównażeria w dużej świetlicy dała wszystkim paniom zdrowo popalić. Tu jest takie słówko "pittig", czyli ostro, pikantnie, np papryczka chili jest "pittig", ale tego wyrazu używa się też odnośnie takiej uciążliwej, hałaśliwej, wyczerpującej atmosfery, czy intensywnej ciężkiej pracy. W tym tygodniu słyszałam je co najmniej kilkanaście razy z wielu ust w odniesieniu do środy w naszej świetlicy, a koleżanki obcierały przy tym symbolicznie pot z czoła, wzdychały ciężko i przewracały oczami. 

Padało intensywnie  i na podwórku na płytkach wytworzyła się bycza kałuża, więc nie wypuściłyśmy dzieci na podwórko z obawy że się pochorują nagminnie, bo i zimnica była wielka, no więc tałatajstwo nadmiar energii zużywało w środku, co było koszmarne w skutkach: bitki, darcie, kopanie, rzucanie czym popadnie...

Dyżurowałam przy przedszkolachach. Dwóch trzyletnich autystyków non stop darło koty i darło się na całą japę, jak tylko autystycy potrafią. Dwóch innych kogucików też non stop sobie dokuczało i naparzali się ostro. Nie szło ni cholery nad tym zapanować. Doszło do tego, że koleżanka w którymś momencie wykrzyknęła nawet GODVERDOMME!, co jest najgrubszym tutejszym wulgarzymem, ale nawet to nic nie pomogło. Próbowałyśmy organizować jakieś proste zabawy i sporo pierdzioszków chciało się bawić, ale niektórzy są strasznie upierdliwi. Jeden potrafi rozwalić każdą zabawę i wszędzie wprowadzić zamieszanie. Gdy zobaczy, że jakieś dziecko grzecznie się bawi, np leżąc na podłodze i sobie auteczkami jeżdżąc, czy budując wieżę z klocków, zaraz podbiega, by to kopnąć, walnąć i rozwalić, a potem jeszczde z buta dorozwalać po podłodze albo żeby coś porwać i zacząc uciekać. Nie pomaga ani tłumaczenie, ani sadzanie w korytarzyku na krzesełku dla uspokojenia się, jak się ładnie nazywa tę karę.

Gdy siądę na podłodze z książką, zaraz zbierają się wokół dzieciaki i czytamy (albo opglądamy i gadamy). Dzieci zwykle wpychają się na kolana albo i na plecy włażą i uwieszają się u mojej szyi, by z gory patrzeć. Czytamy, a wtedy przychodzi jeden z "trudnych" i krzyczy po niderlandzku "ja też!", po czym albo wpycha na siłę inną książkę, albo przewraca kartki w te i wewte albo wyrywa książkę. Gdy wszystkie dzieci odejdą (a zawsze odchodzą) to i on już czytaniem nie jest zainteresowany. I tak całe dnie kręcą się praktycznie wokół dzieciaków z problemami, co jest cholernie wyczerpujące nie tylko dla wychowawczyń, ale dla pozostałych dzieciaków.

 I tak człowiek zaczyna mieć batdzo mieszane uczucia. Z jednej strony, jako matka dzieci problematycznych i jako osoba nie w pełni sprawna po chorobie, doskonale rozumiem, cenię sobie i szanuję inkluzję społeczną, ale z drugiej strony uważam, że wszystko powinno mieć jakieś granice. Gdy jedno dziecko wymaga więcej uwagi niż 20 innych dzieci razem wziętych  i ta jedna osoba bardzo utrudnia każdego dnia funkcjonowanie całej grupy, to coś jest nie tak. W takiej sytuacji powinny za tym iść jakies zmiany, np specjalne warunki lokalowe (czyli np pomieszczenie, w którym można się wyciszyć) albo np więcej i to przeszkolonego specjalnie w danym kierunku wychowawców, tudzież zapewnienie terapeutów czy innych tam specjalistów. Specjalne dzieci wymagaja specjalnej troski i taka powinna być im zapewniona wszędzie i nie kosztem innych.

Myślę, że żadna placówka nie zgodzi się np (ani nikomu do głowy nie przyjdzie do tego nakłaniać) na przyjęcie dziecka poruszającego się  na wózku inwalidzkim, gdy mieści się ona na czwartym piętrze bez windy. Moim nader skromnym zdaniem, takiej samej logiki wymagało by przyjmowanie dzieci z problemami natury psychologicznej. Rozsądek i logika jednak w tym systemie nie mają zwykle zastosowania. Wprowadza się idee (zwykle całkiem ogólnie porządne i szczytne) na siłę bez patrzenia na to, czy w danej sytuacji ma to sens, czy jest wykonalne, czy nie przyniesie więcej szkody niż pożytku i czy nikt na tym przypadkiem nie ucierpii. A tu, wydaje się, cierpią wszyscy, bo nie ma właściwych warunków. 

Gwolki ścisłości dodam, że ja bardzo lubię tych problematycznych urwipołciów. I chyba każdy ich lubi. Są cholernie męczący i uciążliwi, ale tyleż samo sympatyczni, fajni i oryginalni. Każdy wie, że potrzebują więcej uwagi i każdy próbuje im ją dać, ale kurczaki, nikt się nie rozdwoi ani tym bardziej nie rozczworzy, a tak by trzeba było zrobić, by temu wszystkiemu sprostać.  

Przed pracą koleżanki zapytały, jak się czuję, więc opowiedziałam im co i jak. Zdają się wszystko z grubsza rozumieć. Nakazały mi sygnalizować, gdybym potzrebowała chwili przerwy, wsparcia czy pomocy przy wykonywaniu pracy. Przez cały dzień co chwilę pytały, czy daję rady. Odpowiadałam, że tak, bo tak zaiste było... No i to jest jakby trochę problem właśnie... Bo mi się wydaje, że jest okej. Bo ja bardzo długo nie czuję zmęczenia, gdy ono już jest.

W tym tygodniu, zgodnie z tym co sobie postanowiałam, przyglądałam się sobie i swoim odczuciom bacznie przez całe dnie. No, oczywiście nie non stop, bo tak nie dało by się przecież żyć, ale systematycznie przez całe dnie zwracałam uwagę na to jak w danym momencie sie czuję, czy odczuwam fizyczne zmęczdenie, czy nie, jaki jest mój stan emocjonalnhy i nastrój, jaki jest poziom emocji pozytywnych i negatywnych, jak reauguję w tych okolicznościach i jak te okoliczności wpływają na to wszystko. Każdego dnia notowałam sobie w specjalnie do tego celu zakupionym kalendarzu te wszystkie obserwacje, by za jakiś czas zapiski móc przeanalizować i zobaczyć, czy da się wykryć jakieś zależności, czy też nie koniecznie.

No i w ten sposób zaobserwowałam, że przez 4 godziny dyżuru w tych arcytrudnych okolicznościach cały czas czułam się dobrze (pytania koleżanki przypominały mi nad uświadamianiem sobie, jak się teraz czuję), nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona, czułam się pozytwnie i radośnie. Chwilami miałam ochotę udusić albo sprać jakiegoś łobuza albo nogi mu z d*py powyrywać, ale chyba nie bardziej niż inne panie i nie było to takie rzeczywiste uczucie, tylko... "no szlag mnie zaraz trafi z tym gówniakiem", by po chwili cieszyć się, że chwilę się czymś jeden z drugim zajął. 

Jadąc do domu skuterem ciągle czułam się dobrze i pozytywnie. Byłam zadowolona z dobrze wykonanej roboty, z pozytywnego podejścia koleżanek i fajnie spędzonego czasu.

Przyjechałam do domu i wtedy dopiero pojawiło się zmęczenie, które nagle w jednej sekundzie objawiło się pełną mocą. I utrzymuje się praktycznie do dziś w jakimś tam stopniu, podsycane bieżącymi działaniami i okolicznościami. 

drzewo w centrum wioski


Czwartek był zwyczajny. Miałam oba dyżury, znaczy i przed lekcjami i po, w małej świetlicy, gdzie rano był chill, a po południu urwanie głowy, bo dziecków przyszło coś ponad 50, a dyżurowałyśmy we dwie wychowawczynie plus pani-babcia-wolontariuszka. Było gwarno i wesoło, ale nie było żadnej zadymy.

Wieczorem namówiłam Młodego na skosztowanie pierwszej filmowej części Władcy Pierścieni. Spodobało się i obejrzeliśmy całe trzy godziny, a Młody chciał wiedzieć, kiedy następne będziemy oglądać. 



Piątek miałam wolny, no to sobie poodkurzałam i umyłam podłogę na parterze, a także umyłam ściereczką siedziska skórzane a następnie natarłam je produktem do nacierania skórzanych mebli, co staram się robić choc raz w miesiącu, by przedłuzyć życie tych ładnych mebli z drugiej ręki. Ogarnęłam też świniec oczywiście. Robiłam sobie przerwy na jedzenie i odpoczywanie, ale zmęczyło mnie to, bo jeszcze byłam zmęczona po tych czterech dniach. Z czego nasuwa się pierwszy nieśmiały, ale smutnawy wniosek, że czterowdniowy tydzień pracy może wcale a wcale nie mieć żadnego wpływu na poprawę mojego stanu i zapewnieniu mi spokojnej pracy, ale nie gańmy dnia przed zachodem słońca. Może najsampierw doprowadzić do porządku po trochu wszystko trzeba i odnaleźć rytm. 

Wieczorem Nasi Panowie pojechali na koncert rockowy do Sint-Niklaas, a Babska Część Rodziny zamówiła sobie sushi i obżerała się w domu. No, Młoda musiała zadowlić się kupioną w polskim sklepie chałką, bo Azjaci coś pomerdali z zamówieniem i zapakowali jej danie z kurczakiem zamiast wegetariańskiej wersji, a ona nie je mięsa. Podkradła ode mnie 2 rollsy z avokado i jeden gorący plasterek cukini w panierce, ale nie miała na to smaku...

A tymczasem Epicki znowu został zaproszony na scenę. Tym razem przez zespół Pro-Pain i praktycznie cały występ przeżywał w towarzystwie muzyków patrząc na bawiącą się publiczność z góry... Radość zatem maksymalna, a dla taty wielka duma i radość nie mniejsza. Małżonek z kolei zapoznał jakiegoś miłego fotografa koncertowego i uciął z nim sobie pogawędkę. Wrócili do domu po północy wielce usatysfakcjonowani. 


i nieśli go na rękach

gwiazdor


żółwik 👊🏼 

niezapomniane chwile 

Nie długo u Młodego w Akademii Muzycznej odbędzie się gitarowa lekcja pokazowa. Tym występem już Młody jednak nie jest zachwycony. rzekłabym nawet, że cykora ma… Nie zmienia to jednak faktu, że nadal chętnie na te lekcje muzyki chodzi. Chodzi, jeździ, jest wożony przez starych… Lubi to. 

W sobotę z kolei wybraliśmy się we dwoje na imprezę firmową, która odbywała się w firmie na zwykłej roboczej hali, ale była całkiem fajna. Po raz pierwszy zobaczyłam z bliska, czym Małżonek na co dzień się zajmuje. Nawet kolorytsycznie się moim przyodziewkiem wpasowałam do tych świeżo pomalowanych jeździdeł. A wystroiłam się w różne mniej lub bardziej białe rzeczy zdobyte m.in. na różnych wyprawach do kringwinkela, czyli po polskiemu szmateksu. Sweter ma już swoje lata, spódnicę już tu kiedyś pokazywałam. Płaszczyk w panterkę otrzymałam kiedyś od jednej zamożnej klientki, który po latach znowu ma modny wzór. Buty są z jakiegoś taniego sklepu lata temu kupione, ale wciąż jak nowe,  bo tylko na takie okazje je zakładam. Koraliki niewiemskąd, ale kocham czerwone koraliki, choć bardzo rzadko biżu w ogóle noszę, gdyż mnie uwiera i denerwuje.

Przybyło na to uroczyste zgromadzenie kupę ludu, bo zebrali się tam pracownicy i szefowie z kilku różnych miejsc. Z wszystkimi Belgami trzeba się było jak zwykle wycałować (aż na chwilę zatęskniłam za pandemią), pozostali na szczęście ograniczali się do podawania ręki. Żarcia i picia było w brud, i na gorąco, i na zimno.

Dla dzieci był dmuchany zamek, różne zabawki i wizyta Świętego Mikołaja z Czarnymi Piotrkami.

Wytrwałam tam całe trzy godziny, ale potem zobaczywszy, że pierwsi goście już się zbierają, zarządziłam odwrót, no bo i tak już przekroczyłam dozwoloną dawkę socjalizowania się.





ludzie zajęci Mikołajem to można fotki cykać

dokoracyjka

Święty sprawdzający w Wielkiej Księdze, czy dzieci były grzeczne






przekąski



gorąca szama



małżonkowe pole popisu


Dziś niedziela, więc Małżonek robi za kucharza, a ja się totalnie opintalam pitoląc tu te farmazony. Młody powinien się przygotowywać do egzaminów, ale właśnie gra z klasowym kolegą i czeka na dawno-klasową kumpelę, której jakiś czas temu chyba uratował życie i która zapowiedziała się z wizytą, bo ona co jakiś czas go odwiedza, czemu on bardzo jest rad, gdyż dobrze się z nią gada.

Dziewczyny siedzą u siebie i żyją własnym życiem internetowym, kury gdaczą, a koguty pieją i za nimi ganiają. I tak powolutku zaczyna się grudzień przybliżając nas do końca kolejnego roku i wprowadzając tym samym w osłupienie, bo jak tgo cholera jest możliwe, że już jest grudzień...?



Przepisy na ciastolinę i slime (gluta)

Ciastolina z piasku i mąki.

szklanka piasku, 

szklanka mąki zwykłej, 

łyżka oleju, 

około szklanka wody

Wrzucić do michy piach, mąkę i olej, a potem dodawać po trochu wody i mieszać. Gotowe.

Ta ciastolina jest dosyć dziwna w dotyku. Taka piaskowata po prostu i troszkę (ale nie jakoś bardzo) brudzi ręce, piasek się lepi do skóry. Jednak lepi się z niej fajnie. Chłopaki ze straszych klas zrobiły z tego fajną pizzę. Polecam ten przepis. Uznałam jednak, że lepiej na lato się nada do zabawy na podwórku. Dzieci będą mogły same to przygotować.



Glut z nasion chia.

To jest bajecznie proste do przygotowania. Wystatrszczy szklanę chia zalać trzema szklankami wody i ewentualnie dodać do tego barwniki spożywcze, a potem wstawić na noc do lodówki. Rano mamy praktycznie gotowy glut do zabawy. Następnym razem zakończę przepis na tym. Tutaj jednak dodałam ponad 4 szklanki, tak jak było w książce, maizeny, czyli skrobii kukurydzianej (w PL to bardziej popularna jest mąka ziemniaczana, ale to to samo robi). Glut wyszedł bardzo obrzydliwie gluciasty i trochę lepił się do rąk. Niektóre dzieci się tym bawiły, ale wielu się nie podobało. Młody też uznał, że to mu się nie podoba za bardzo, a on kocha plasteliny i slajmy. Do tego ten specyficzny roślinny zapach blee. 



Najlepszy glut (slime)

Ten glut robiłam trochę wcześniej i był idealny. Lepszy niż ze sklepu. Bo własnoręcznie robiony.

pół szklanki kleju uniwersalnego (z Actiona najlepszy)

pół szklanki wody

1/2 ły zki sody

barwnik spożywczy

1 łyżka płynu do soczewek

ewentualnie brokat i pianka do golenia

Wszystko wymieszać i dobrze wyrobić. Gdy dodamy do tego piankę do golenia, otrzymamy puszysty glut. Czasem trzeba dodawać więcej płynu do soczewek albo więcej sody by otrzymać porzdaną konsystencję. 

Najlepsza plastelina domowa

szklanka mąki zwykłej

1/4 szklanki soli

1 łyżka winianu potasu (kamienia winnego. nl. wijnsteenpoeder)

2 łyzki oleju kokosowego lub innego oleju

3/4 - 1 szklanki wrzącej wody

barwnik

gliceryna

Wypieszać suche produkty. Rozpuszczony olej kokosowy dodać do pół szklanki wody i wlać wrza z barwnikiem do suchych produktów. Porządnie wymierszać dodając ewentualnie wody. Dobrze wyrobić.

Z tego powstaje plastelina idealna. Lepsza niż Playdoh.