Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert rockowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert rockowy. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2025

Stronger Than All !!!! Czyli byliśmy na koncercie PANTERY!!!!



Spełniam przedwyborcze obietnice i znowu będzie o muzyce. Niezupełnie  jest to dokończenie poprzedniego tekstu , bo na to trzeba jeszcze chwilę poczekać. Ale to co chcę napisać jest dla mnie bardzo ważne gdyż taka okazja może się już nie powtórzyć.

Ian Curtis tragicznie zmarły wokalista zespołu Joy Division powiedział kiedyś  „Marzenia nie spełniają się nigdy, nie wznoszą się lecz spadają „ może coś w tym jest. Jadnak ja uważam że czasem małe marzenie się spełnia i przy odrobinie cierpliwości i poświęceniu można je zrealizować.
O koncercie tego zespołu marzyłem  około 30 lat z małymi przerwami, a to nie grali w Polsce a to alkohol i takie różne zawirowania. Aż wreszcie 10.02. 2025 stanęliśmy oko w oko z Panterą bo  to o nich mowa. Zespół Pantera to dla mnie osobiście jeden z najlepszych i najbardziej nowatorskich,bezkompromisowych , odkrywczych i przede wszystkim najbardziej wpływowych zespołów  ostatnich 35 lat a może nawet wszechczsow. Bez muzyki Pantery nie było takich zespołów jak Korn, Machine Head, Fear Factory czy nawet Slipknot to  pokazuje jak wielkim zespołem są i jaki wpływ wywarli na całe pokolenie muzyków.

Zespół Pantera poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych przez mojego kolegę Jacka z którym pracowałem kilkanaście lat  (Jacek jest obecnie po drugiej stronie  metalowego grania gdyż przegrał walkę z nałogiem ).  Jacek miał kompletnego świra na punkcie Judas Priest ale lubił też wiele innych  kapel i gatunków muzyki o których gadaliśmy praktycznie codziennie. Aż tu nagle któregoś dnia przytargał płytę CD  zupełnie mi nie znanej kapeli Pantera pt. „Vulgar Display Of Power" i mówi posłuchaj tego  i powiedz co myślisz. Wziąłem płytę i pierwsze co przyszło mi do głowy to, co to za nazwa dla metalowego zespołu….śmiech. Już wtedy dysponowałem dobrym sprzętem do słuchania muzyki a mianowicie wieża segmentową Sony oraz głośnikami Tonsil Altus o mocy 110W każdy. Gdy odpaliłem płytę to po prostu zostałem wbity w ziemię, Boże co to był za dźwięk , jakie emocje i energia płynąca z tej muzyki ora niebywała wręcz świeżość.Nikt tak wtedy nie grał a jakość brzmienia i w ogóle dźwięku porażała zmysły swoją nieokiełznaną wręcz gwałtownością. No i odpłynąłem zupełnie, to było to. A trzeba wam wiedzieć że w tym czasie byłem zafascynowany innym zespołem i ich debiutanckim albumem czyli „Burn My Eyes" Machine Head. Dzisiaj mam przed oczami  moje dyskusje i spory z Jackiem o to który zespół jest lepszy  i kto będzie miał większy wpływ mną muzyka metalowa w przyszłości. Zgodnie doszliśmy do wniosku że to Pantera otworzyła nowy rozdział w ciężkim graniu i tchnęła nowego ducha w ten nieco już skostniały w owym czasie gatunek muzyki. Jacek zaraził mnie miłością do muzyki Pantery a ja mu pokazałem Tool oraz Dream Theater. To były czasy, lata dziewięćdziesiąte to dla mnie wspaniały i być może najlepszy okres w muzyce rockowej oraz szeroko pojętej muzyce metalowej.

Trochę historii przed daniem głównym. Pantera powstała w na początku lat osiemdziesiątych w Dallas w Teksasie z inicjatywy braci Vincenta Paula i Darrella „Dimebaga" Abbott, odpowiednio perkusista i gitarzysta. Bracia Abbott pochodzili z bardzo muzykalnej rodziny gdyż ich ojciec był profesjonalnym muzykiem i producentem muzycznym no i na początku miał dużo do powiedzenia w zespole. Początki były takie sobie rzekłbym i  niezbyt oryginalne  gdyż pierwsze trzy albumy są takie jakby gładkie  utrzymane w stylistyce glam czy też power metalu coś jak Motley Cure . Już wtedy dało się zauważyć  niezwykły talent Darrella do gry na gitarze ale tak jak wspomniałem te pierwsze albumy to dopiero zapowiedź tego co miało nadejść a najciekawsze dopiero przed nami. Muzyczny styl grupy zmienił się diametralnie po dołączeniu charyzmatycznego wokalisty Philipa Hansena Anselmo a skład uzupełniał basista Rex Brown i to jest oryginalny i zarazem kultowy skład Pantery czyli Darrell, Vinnie, Rex oraz Phil i ten skład przetrwał aż do końca czyli do 2003 roku. Już z Philem na wokalu w 1990 roku wydają krążek pt „Cowboys From Hell" który pokazuje zupełnie nowe oblicze zespołu i wytycza kierunek w którym  będą podążać gdyż to całkowita zmiana stylu i przed  wszystkim podejścia do gry. Do dziś grają na koncertach utwór tytułowy oraz Damnation, Cemetery Gates czy Psycho Holiday.  Tak oto znaleźliśmy się w latach dziewięćdziesiątych a konkretnie w roku 1992 bowiem wtedy 25 lutego światło dzienne ujrzał album  „Vulgar Display Of Power" który rzucił świat metalu na kolana gdyż przed nimi nikt nie grał w taki sposób. To brzmienie, ta produkcja , gitara oraz perkusja to normalnie kosmos. To z tego albumu pochodzą takie killery jak Walk, Mouth For War, New Level, Fucking  Hostile, This Love oraz Hollow bez których nie może obejść się żaden koncert. Tak ta płyta to prawdziwa petarda, te emocje , energia i niezwykła wręcz chemia pomiędzy muzykami stworzyły arcydzieło. To jest jak okno wychodzące na bezkresny ocean. W 1994 ukazuje się moja ukochana płyta Pantery z bardzo sugestywną okładką pt „Far Beyond Driven" z takimi utworami jak Strenght Beyond Strenght, Becoming, Im Broken, Planet Caravan oraz mój ulubiony Five Minutes Alone. To te dwa albumy na zawsze zmieniły oblicze heavy metalu a z Pantery uczyniły zespół wręcz kultowy i najbardziej oryginalny. Oprócz wyżej wymienionych Pantera nagrała jeszcze dwa albumy studyjne „The Great Southern Trendkill"  oraz „Reinveiting The Steel"  oba równie znakomite, oficjalna  dyskografię zamyka album koncertowy pt „Official Live:101 Proof".

Grali tak ciężko i agresywnie, a mimo to w ich utworach słychać niesamowite melodie. Mieli również tego niesamowitego gitarzystę, który powalał swoją grą i niewiarygodnymi umiejętnościami.

ROB HALFORD

Za czasów ich świetności, nikt nie mógł nawet zbliżyć się do Pantery.

SCOTT IAN 
W szeregach Pantery występował jeden z najbardziej utalentowanych i nietuzinkowych gitarzystów swojego pokolenia tj Darrell Abbott zwany Diamndem lub Dimebagiem. Miał swój charakterystyczny i niepowtarzalny styl a przy tym wielką energię i charyzmę które czyniły z niego prawdziwego wirtuoza gitary. Moim skromnym zdaniem to był najbardziej utalentowany i nowatorski gitarzysta od czasów Randego Rhoadsa tragicznie zmarłego gitarzysty z zespołu Ozzego  Osbourna. Gdyby żył i dalej rozwijał swój talent i te niesamowite umiejętności to muzycznie Pantera byłaby po za zasięgiem dla jakiegokolwiek zespołu. Niestety stało się inaczej. Formalnie zespół przestał istnieć w 2003 roku i nie będę wdawał się tutaj w szczegóły jak i dlaczego bo mnie to po prostu nie interesuje. Dla mnie liczy się tylko muzyka i to ona jest najważniejsza ale chce wspomnieć o jeszcze jednej bardzo ważnej  rzeczy. Zespół naznaczony jest wielką tragedią bowiem po rozpadzie grupy bracia zakładają nowy zespół pod nazwą Damageplan. Jest 8 grudnia 2004 grają koncert w Columbus w stanie Ohio i nagle dochodzi do tragedii gdyż Darrell Abbott zostaje zastrzelony na scenie pięcioma strzałami w tył głowy przez jakiegoś psychola który zabije jeszcze trzy  inne osoby aż zostaje zastrzelony przez policjanta który był na koncercie. To się w głowie normalnie nie miesci, takie rzeczy tylko w USA. Kilkanaście lat później w 2018 roku umiera drugi z
braci Abbott czyli Vinnie Paul i historia zamyka koło. Dwóch założycieli i i najważniejszych muzyków nie żyje. Tak kończy się kariera jednego z największych i najbardziej oryginalnych zespołów w dziejach ciężkiej metalowej muzyki , pozostali nam tylko Rex Brown i Phil Anselmo.

Dobrze , miała być recenzja z koncertu a tu jest lekcja historii ale porządnej wiedzy nigdy za dużo. Mijały lata i co jakiś czas pojawiały się plotki czy też informacje że zespół powróci na trasę koncertową a zmarłych muzyków zastąpi a to ten albo tamten. Sam w to nie wierzyłem, przeciez takich ludzi  nie da się zastąpić. Aż  tu nagle w 2022 roku pojawia się oficjalna informacja że zespół Pantera wraca na trasę koncertową w hołdzie dla zmarłych członków zespołu. Skład uzupełnił gitarzysta Zakk Wylde znany z własnego projektu Black Label Socjety oraz z występów z Ozzym Osbournem oraz perkusista Charlie Benante z grupy Anthrax. Według mnie wybór doskonały choć wśród fanów opinie są podzielone. Ruszyli w trasę w  2023, wiadomo najpierw Ameryka i wszystkie wielkie festiwale , nawet nie myślałem że kiedykolwiek zagrają w tym składzie w Europie. A tu nagle taka  wiadomość  w czerwcu 2024 roku  tj. ogłoszenie europejskiej trasy koncertowej na rok 2025 a w rozpisce oczywiście Belgia i Forest National w Brukseli 10 luty 2025. To jest ta rzecz za którą lubię Instagram i zresztą mam go tylko po to żeby otrzymywać takie wiadomości od ulubionych artystów. Bilety zakupiłem już pierwszego dnia jak tylko pojawiły się w sprzedaży, siedząc na stołówce w pracy. Od razu  tą wiadomością podzieliłem się z synem, Naszym Epickim Izydorem przecież też jest wielkim fanem Pantery no i towarzyszy mi we wszystkich wydarzeniach koncertowych już od prawie roku.  Mamy to!!! Idziemy na koncert Absolutnej   Legendy. Wielka radość i odliczanie miesięcy, tygodni a później już dni.

Wreszcie nadszedł ten wymarzony dzień i pojechaliśmy , do Brukseli na wielkie muzyczne wydarzenie by móc patrzeć ,przeżywać i najważniejsze by poczuć tę moc , tą magię tej muzyki , ten niesamowity  klimat i by wreszcie stanąć twarzą w twarz z tymi legendarnymi muzykami. Ruszyliśmy wcześniej by  zająć jak najlepsze miejsce, by być po prostu blisko sceny. Udało się po mimo tego że czekaliśmy 3,5 godziny w deszczu i zimnie. Izydor dzielnie zniósł czekanie no i to dokuczliwe zimno oraz siąpiący deszcz i takim sposobem wylądowaliśmy w pierwszym rzędzie przy samych barierkach, w zasadzie pośrodku sceny (patrz zdjęcia)  Aha parking przezornie zarezerwowałem trzy tygodnie wcześniej by nie kombinować tylko wjechać i marsz na koncert. Marzenie się spełniło bowiem mieliśmy scenę i muzyków na wyciągnięcie ręki, dosłownie jak w pokoju , warto było poświęcić się i czekać w tej nieprzyjemnej pogodzie. Hala w środku bardzo ładna i przyjemna ale też sporo mniejsza od  naszego „Spodka" ale wrażenie robiła imponująca scena ze wszystkimi bajerami które teraz były zakryte w oczekiwaniu na występ gwiazdy wieczoru. Cały show rozpoczął się o godzinie 19.30  bowiem przed Pantera zagrały dwa inne zespoły tj. kolejno King Parrot oraz Power Trip zwłaszcza ten drugi zrobił na mnie olbrzymią wrażenie niezwykłą energią oraz dynamika swojego występu a muzycznie to taki klasyczny thrash metal. Około godziny 21.00  wielka czarna kurtyna z olbrzymim czerwonym Logo zespołu Pantera zakryła całą scenę i zostały dosłownie minuty do ich wyjścia na scenę gdyż ekipa techniczna uwinęła się bardzo szybko. Boże ależ to było napięcie i emocje, już  dawno czegoś takiego nie doświadczyłem. Dokładnie o 21.20 z głośników popłynęło intro które wprowadza muzyków na scenę a przez kurtynę widać było już pierwsze światła i wizualizacje. Dosłownie po trzech minutach kurtyna nagle opada a naszym oczom ukazał się widok którego nigdy nie zapomnę.Pantera w całej  okazałości czyli w centrum Phil Anselmo oczywiście  na dywanie i na boso, po lewej stronie Rex Brown na basie, po prawej  Zakk Wylde na gitarze oraz z tyłu za imponującym zestawem perkusyjnym z wizerunkami zmarłych braci Abbott  Charlie Benante. Ależ to było wejście po prostu kosmos, ta scena, te światła, te wszystkie efekty pirotechniczne i trzy wielkie ekrany to robiło naprawdę piorunujące wrażenia. Powiem tak gdyż w życiu byłem na wielu koncertach ale to co usłyszałem w Brukseli toż to przechodzi ludzkie pojęcie. Dźwięk który miażdżył i wbijał w ziemię a przy tym  był niezwykle czysty i selektywny , słychać było dosłownie wszystko, każde słowo, każdą nutę i frazę a perkusja toczyła się niczym walec przez cały koncert. Dźwięk jak w wysokiej rozdzielczości, jak z płyt audio, po prostu miazga,  klasa sama w sobie. Gdy do tego dodam niesamowite emocje , energię poszczególnych muzyków  oraz tą chemię którą się czuje to mamy kompletnie wszystko. Cała oprawa sceniczna , te wszystkie  wizualizacje oraz efekty świetle dopełniły całości a trzeba wam wiedzieć że ci ludzie mają grubo po pięćdziesiątce na karku a mogą wpędzić w kompleksy nie jednego młodego muzyka. Powtórzę jeszcze raz że pod względem dźwięku i w ogóle brzmienia czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem i nie wiedziałem, nawet nie wiem jak to opisać. Pod tym względem to najlepszy koncert na jakim kiedykolwiek byliśmy, i na jakim ja byłem sam.

Zagrali wszystko o czym mogłem marzyć począwszy od  „ New Level" przez Mouth For War,  Strenght Beyond Strenght, Becoming, Im Broken, nieśmiertelny Walk, Suicide Note Pt 2, This Love  no i mój ukochany Five Minutes Alone oraz Floods ze specjalnym pokazem i dedykacją. Utwór Floods pochodzi z albumu  „ The Great Southern Trendkill" a  na obecnej trasie jest dedykowany braciom Abbott przez obecny skład zespółu. Muzyce towarzyszą niezwykłe obrazy, filmiki i zdjęcia nieżyjących muzyków, wspaniała, wzruszająca i bardzo nostalgiczna chwila która trwa około 8 minut. Cudowna podróż w czasie, powrót do lat dziewięćdziesiątych, do najpiękniejszego moim zdaniem okresu w muzyce rockowo- metalowej. Te słowa Phila gdy zapowiada utwór, gdy mówi o szacunku, o fanach, o muzyce, o pasji o dziedzictwie Pantery, o dokonaniach tych nieżyjących i niezwykłych muzyków na długo pozostają w pamięci  i uwalniając niesamowite wzruszenie. To najpiękniejszy  i najważniejszy moment koncertu , bo ja  mu wierzę i wiem że nie robią tego dla kasy i chwały gdyż i bez tego są wielkim muzykami i  na zawsze pozostaną w sercach i umysłach swoich najwierniejszych fanów a ich dokonania będą inspiracją dla następnych pokoleń muzyków. Na bis zabrzmiał drapieżny i niesamowicie żywiołowy Fucking Hostile. Ponad sto minut  minęło nie wiedzieć kiedy i zeszli ze sceny a pożegnaniom i zdjęciom nie było końca. Dla nas ten wieczór mógłby trwać w nieskończoność po mimo tego ścisku i tłoku w jakim oglądaliśmy ten występ.  Nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej pod sceną i dzisiaj poszedłby na ich występ jeszcze raz. Tylko tyle i aż tyle.

Słów kilka o tym co działo się w tłumie. Występy zespołu Pantera od samego początku ich istnienia są nacechowane niezwykłą wręcz energią i mnóstwem emocji i tak też było w Brukseli. Był niesamowity ścisk i tłok by nie powiedzieć że momentami wręcz tumult co nie wpływa na koncentrację i poprawny odbiór muzyki. U mnie górę wzięły emocje i jakoś dałem radę ale już  Izydor miał z tym większy problem gdyż zwyczajnie się bał w tych trudnych momentach . Po mimo tego że koncert bardzo mu się podobał i wywarł na Nim olbrzymie wrażenie, gdzieś tam w głębi jego muzycznego serca pozostał pewien niedosyt i lekki niepokój. Marzenie się spełniło, odliczał dni do ich występu ale jednak,on potrzebował więcej spokoju i koncentracji gdyż muzykę odbiera i przeżywa podobnie jak ja czyli całym sobą. Bardzo emocjonalnie.
Ja mam już swoje lata i wiele w życiu widziałem ale jedno chce napisać i podkreślić z całą mocą że tzw. crowdsurfing powinien być całkowicie i bezwzględnie zakazany na wszyskich imprezach czy to rockowych , czy metalowych. Koniec kropka, nie ma i już , jeśli się nie zastosujesz to wypad z imprezy gdyż nasze bezpieczeństwo i przede wszystkim zdrowie są najważniejsze. Ze swej strony będę to propagował i pisał gdzie tylko się da  by tego zabronić.

Podsumowując występ Pantery to najlepszy i najwspanialszy koncert w jakim dane nam było uczestniczyć, to spełnienie młodzieńczych marzeń. Czy Pantera w tym składzie jest najlepsza ? Krótka  odpowiedź brzmi TAK. Niech  nie powstaje nowa muzyka gdyż ten hołd dla braci Abbott jest czymś niezwykłym i niepowtarzalnym  i nie ma drugiego kompozytora jak Darrell i Vinnie Paul. Ogromny szacunek dla Rexa i Phila oraz pozostałych muzyków za to co robią.  Jesteście wielcy i jesteście Wspaniałymi Ludźmi. Legenda jest tylko jedna i jest nią PANTERA na zawsze🤘🤘🤘 
For Fans, For Musić, For Legacy !!!!🤘

Sorry za chaos i wszystkie błędy ale to bardzo emocjonalny wpis gdyż ja tak mam. Tak czuję i odbieram muzykę. Na koniec obiecane zdjęcia.

P.s Zapomniałem napisać o sali. Wyglądem nie zaskakuje, nie wyróżnia się, ot taka większa stodoła. Ale co najważniejsze i to chcę powiedzieć. Akustyka jest tam po prostu rewelacyjna, dosłownie wszystko słychać doskonale, żadnego dudnienia i jakiś innych przesterow. Super miejsce do słuchania muzyki,wracamy tam 9 kwietnia 2025 na koncert kolejnego naszego ulubionego zespołu a mianowicie występ zespołu GODSMACK !!!! Oj będzie się działo gdyż na ten koncert mamy specjalne bilety 🎫 






















Q















R
































































9 stycznia 2025

Pierwszy wspis Małżonka. Muzyka.

 Jakiś czas temu Małżonek napisał do mnie list na temat znaczenia muzyki w Jego życiu. Od razu powiedziałam, że ten tekst kiedyś znajdzie się na blogu, a on się zgodził, uznając, że równie dobze Jego list może być skierowany do szerszego grona, a nie tylko do mnie, jego żony, prywatnie. Myślę, że jeśli się wam, spodoba i wrzucicie pod spodem choć ze dwa  pozytywne komentarze, to zmotywuje Go na napisania kolejnych tekstów, bo On też jest dobry w pisaniu, tylko nie zawsze Mu się chce... ;-) 


MUZYKA

"Muzyka to dusza wszechświata, skrzydła umysłu, lot wyobraźni i całe życie"

Bez muzyki, życie byłoby pomyłką” /Friedrich Nietzsche/

„Muzyka może nazwać nienazwane i przekazywać niepoznawalne” /Leonard Bernstein/ 

„Muzyka to najsilniejsza forma magii” /Marilyn Manson/

Muzyka to sztuka cieszenia się i smucenia bez powodu” /Tadeusz Kotarbiński/  

Matematyka to wielka poezja, muzyka to wielka organizacja” /Otar Iosseliani/ 

Przepraszam za trochę przydługi wstęp, ale dobrze oddaje to o czym będę pisał. Reszta będzie już moimi własnymi słowami,  moimi własnymi odczuciami i przemyśleniami na ten konkretny temat. Do takiego listu przymierzałem się od dawna, bo to temat dla mnie bardzo ważny i istotny, a co za tym idzie wbrew pozorom nie jest mi tak łatwo to wszystko opisać. Postaram się jednakże spróbować, oddać to wszystko, jak to się zaczęło i dlaczego muzyka zawładnęła moim sercem i jest dla mnie czymś wyjątkowym , niepowtarzalnym.

Muzyka w pewnym okresie mojego życia to była moja wolność, moje schronienie i ucieczka przed wszystkim i wszystkimi, to był też ból istnienia w tej szarości i ponurej rzeczywistości, która otaczała mnie każdego dnia. To muzyka opisywała dla mnie świat i wszystko, co mnie otacza dookoła, była wyznacznikiem i drogowskazem; no i najważniejsze, to moja pierwsza i największa miłość oraz jedyny i najwierniejszy przyjaciel. 

W późniejszym czasie przyszło też kino, czyli filmy, ale to muzyka była i jest zawsze na pierwszym planie. Towarzyszyła  mi nawet w mrocznym okresie mojego alkoholowego zagubienia i nigdy też nie sprzedałem niczego związanego z muzyką jak płyty, kasety czy jakieś czasopisma, by kasę przeznaczyć na alkohol. Nigdy,  gdyż to były rzeczy niemal święte dla mnie, niczym relikwie.

15 grudnia 2024

Grudniowe imprezowanie

Grudzień, jak wiadomo, u nas jest bardzo świąteczny. Zaczynamy już na początku grudnia od mniej lub bardziej uroczystych obchodów urodzin Młodej. Takie zdarzenie miało miejsce w zeszłym tygodniu.


W planach Solenizantki była pociągowa wycieczka do Ostendy, gdzie mieliśmy pospacerować trochę po plaży, pooglądać i sfotografować ostendzkie światełka świąteczne na mieście i nażreć się w meksykańskiej knajpie, którą latem owiedziliśmy i uznaliśmy za godną ponownych odwiedzin z resztą z Naszej Piątki. Jednakże w zeszłym tygodniu mieliśmy, jak to tutaj brzydko się mówi: KUT WEER,  opiździałą pogodę. To że zimno było to nic, bo w końcu w grudniu powinno być zimno, ale do tego lało jak z cebra przez kilka dni, co nawet w wielu miejscach do podtopień doprowadziło, to jeszcze wiało. Na TEN dzień prognoza pogody na Ostendę pokazywała wiatr do 100km/h. No to dzięki bardzo. Chyba by nas do morza wwiało albo morze na nas. No więc postanowiliśy rodzinną wycieczkę nad morze na lepsze czasy przełożyć, a tymczasem zadowolić się żarełkiem w jakiejś pobliskiej restauracji. No i tu zaczęły się schody...

Restauracji ci u nas na zadupiu do bólu. W każdej wsi jest ciągle (dawniej ponoć u nas 15 knajp było) co najmniej ze dwie, ale zwykle więcej. Nasza dawniej (gdzieś do pandemii) ulubiona, zmieniła właściciela, a za tym poszły i inne zmiany i już nam się tam nie podoba - porcje zmalały a ceny wzrosły, nie ma dań, które zawsze zamawialiśmy i nie ma kelnera, który wyglądał jakby był z rodziny Adamsów i który był zajebisty. Najważniejszym problemem w znalezieniu restauracja dla nas jest jednak fakt, że Młoda jest teraz wegetarianką.

Pomyślał by kto, że przy takiej nagonce na mięsożerców, promowaniu roślinnego jedzenia i całym tym zielonym szaleństwie , jakie się w ostatnich latach wszędzie opdpierdziela, to  spodziewać się raczej należy, że w każdej knajpie powinno być serwowane głównie żarcie dla królików, a mięso to gdzieś tam daleko na ostatniej stronie menu i to małym druczkiem. Nic bardziej mylnego. Młoda przeszukała przez internet menu wszystkich okolicznych knajp i, proszę ja was, bardzo ciężko jest w ich menu znaleźć w ogóle cokolwiek wegetariańskiego. Często jak w ogóle coś już jest, to jest to jedna potrawa i to często poza menu głównym, czyli nie najesz się tym i nie nadaje się na urodzinowy obiad. Czyli mają te wege potrawy raczej tak bardziej z musu, żeby się nikt nie czepiał...

Jedna z okolicznych knajp serwuje głównie koninę, co wiemy od dawna i co oznacza dla nas, że nie ma mowy by nasza noga tam w ogóle stanęła. To samo tyczy się restautracji serwujących głównie dziczyznę. O-HY-DA! Przy większej ilości czasu, spróbujemy wyguglować, czy w zasięgu samochodu mamy jakieś wegetariańskie jadłodajnie  w naszym regionie, w sensie takie strikte wegetariańskie, gdzie normalnie spokojnie mozna zjeść bez oglądania i wąchania mięsnych dań, bo to nie jest fajne, gdy samemu się mięsa nie je.

Solenizantka wyguglowała, że w starym młynie w sąsiedniej wsi mają wegańskie burgery no to tam poszliśmy. Tam przywitano nas swojskim "Dzień Dobry", ale nauczeni bycia ostrożnym i podejrzliwym wobec ludzi mówiących po polsku, nie wykazaliśmy zbytniego zainteresowania tym faktem. Po wymianie uprzejmości z panią mówiącą po polsku, zajęliśmy się sami sobą, bo w końcu nie po to szliśmy całą rodziną do restauracji, by gadać z obcymi, tylko po to, by spędzić ten czas w swoim własnym rodzinnym towarzystwie. Więcej tam raczej nie pójdziemy, bo burgery wegańskie smakowały - moim nader skromnym zdaniem - jak kotlety z rozgotowanego ziemniaka, słowem, dupy nie urywa. Normalny burger według Najstarszej był nawet smaczny, a Małżonkowi stek bardzo smakował. Młodemu smakowały tylko frytki, a nuggetsy uznał za niedobre, więc wrócił do domu bardzo głodny. Zatem nie powiem, byśmy byli zachwyceni tą knajpą. Wierzę jednak, że uda się wybrać do tej Ostendy jeszcze w tym roku, jak pogoda się ustatkuje i nadrobimy te urodziny.

vegeburger

urodzinowe prezenciki

tort urodzinowy ale łachy codzienne, bo tak...

dekoracje nad świniami, bo świnie też ludzie

ta dracena też zawsze z nami świętuje


nawet girlandę z bibuły skraftowałam w tym roku


Tort bezowy mi się na szczęście znowu udał. W leniwych planach chciałam pójść na łatwiznę i zamówić jakiś tort w cukierni, ale gdy zapytałam Młodej, jaki tort sobie życzy, ta odparła, że bezowy, jak co roku, ale w tym roku chciała by z jagodami. Ja jednak uznałam, że same jagody są za bardzo mdłe, by wyrównać ten wszystek cukier w bezie, więc kupiłyśmy z Najstarszą też jeżyny i porzeczki. Idealnie!  Tort bezowy lubię piec, bo jest łatwy, nie wymaga wiele roboty i prawie zawsze się udaje. No i pewnie taniej niż kupić w cukierni, choć ceny jagód o tej porze to jednak trochę przerażają...


tor bezowy nie ma wyglądać tylko smakować

 Powiedzmy sobie jednak uczciwie, czego ceny dziś nie przerażają...? Czy u Was też tak wszystko drożeje w oczach? Czasem to się cieszę, że mam problemy z pamięcią i nie pamiętam za bardzo, ile co kosztowało w zeszłym tygodniu, nie mówiąc o tym, bym pamiętała ceny sprzed miesiąca. Tylko dziwnie podejrzanym mi się wydaje, że w spożywczym nagle płacę przy kasie 100€, gdy całe zakupy mi się w małym plecaku mieszczą i nic szałowego nie kupiłam... 

Czasem wspominamy z Małżonkiem nasze pierwsze zakupy na święta w Belgii. 

Jeszcze wtedy obchodziliśmy tak bardziej tradycyjnie - ciągle tylko w pięcioro i bez żadnych tam kościołowych spraw, ale piekłam rózne ciasta, robiłam wiele potraw i jedliśmy taką wigilijno-urodzinową kolację i tort urodzinowy na deser, co oznacza, że trzeba było trochę pokupic rzeczy. No i pamiętam jak dziś te zakupy przedświąteczne w wielkim carrefourze... Nakupiliśmy kopiasty wielki wózek, a w nim nie tylko te wszystkie potrzebne produkty, ale też jakieś dekoracje świąteczne, ubrania, zabawki dla dzieci (bo wtedy jeszcze się kupowało zabawki i kredki, i kolorowanki i temu podobny badziew), i jakieś rzeczy do domu, typu poduszka, czy jakieś miski. Zapłaciliśmy ponad 200€ i to był chyba pierwszy raz w Belgii i w ogóle w naszym życiu, kiedy tak dużo rzeczy nakupiliśmy i taką OGROMNĄ kwotę zapłaciliśmy w zwykłym markecie... Pamiętamy te zakupy, bo to było takie łał, że tyle w zwykłym markecie zapłaciliśmy, że było nas na to stać, że mogliśmy sobie pozwolić i w ogóle szał chuja klękajcie narody.

A tymczasem dziś takie zwyczajne codzienne zakupy to 150€, takie grubsze zakupy tygodniowe, gdzie i mięcho się kupi i rybę, i kupę owoców, ale i chipsy czy lody i inne tam chujemuje, bez których można by się obejść, ale fajnie czasem zeżreć,  zwykle plasują się gdzieś powyżej 200€. Do tego oczywiście w tygodniu trzeba coś dokupić na obiad, bo nie wszystko można przechowywać tygodniami. Zauważam też coraz częściej, że "jakiś tani" dezodorant czy szampon wciąż tych samych marek, które od lat kupujemy, to już nie 3-4€ a bardziej 7-15€. O ubraniach to już nawet nie mówię. 

Znowu wspominam zimowy czas kilka lat temu, kiedy jechałam z Dziewczynami na wyprzedaże do Mechelen i dawałam im po 100€ na zakupy odzieżowe i one potem wychodziły z takiego tam H&M czy Coolcata (o, ten już nawet nie istnieje, a szkoda - czadowe oryginalne mieli ubrania) z wielkimi torbami pełnymi ciuchów i jeszcze większymi uśmiechami na pyszczkach po udanych łowach. Od czasu do czasu zamawiam odzież na Zalando i te parę lat temu po wydaniu 100€ otrzymywałam giga pakę z ubraniami dla całej rodziny, a tu w tym tygodniu kupiłam JEDEN sweter na prezent dla Najstarszej i JEDNE portki codziennoszkolne dla Młodego (i to nie że jakieś kuźwa szałowe marki, raczej te same co zawsze) i poszło blisko 80€. Zakupy są coraz mniej przyjemne. 

Panie, dziś to nawet zakupy w kringloopie mogą oszołomić. 

Stare znoszone, sprane zesztywniałe od leżenia portki cenią sobie tam na 15€! Najlepiej jak używane portasy z Sheina, które nowe na Shein tyle kosztują, zobaczysz w kringloopie w cenie nowych. Ale nie powiem, mam jedne takie jeansy i sobie je bardzo chwalę, bo są wygodne i całkiem nieźle wyglądają jak na gacie, które ktoś już przede mną nosił... No chyba, że nie nosił, tylko kupił i oddał do kringloopa, bo się mu na ten przykład du... nie zmieściła, bo przecież i tak bywa. Dość, że używam tych portek intensywnie, bo zakładam je do roboty, gdzie siedzę często na podłodze albo pozwalam dzieciom wspinać się brudnymi buciorami zimowymi czy gumiakami po moich nogach i jeansach , by mogły zrobić fikołka, gdy ja trzymam je mocno za łapki. Piorę więc moje portki czasem kilka razy w tygodniu i szuszę w suszarce, bo nie mam zbyt wiele wygodnych i jednocześnie w miarę wyglądających spodni na zmianę, gdyż powiedzmy sobie szczerze, nie łatwo przecież takie znaleźć, gdy jest się nadwrażliwym. Poza tym przy takich cenach nie chcę wydawać forsy na nowe ubrania, gdy nie wiem, czy długo zabawię w tej pracy. Jeśli będę siedzieć za chwilę znowu całe tylko miesiące w domu, to po kij mi jakieś jeansy, czy inne tam ładne sweterki, skoro w domu tylko dresy noszę, bo nienawidzę jeansów czy ładnych sweterków i jestem je w stanie tolerować tylko i wyłącznie wtedy, gdy mi za to płacą. Choć z drugiej strony sweterki czy inne ładne ubrania mi się podobają... żeby tylko tak nie gryzły i się nie elektryzezowały, ech.

A właśnie parę sweterków sobie w sobotę kupiłam w kringloopie, bo masę tego było i nawet parę szerokich udało się na mnie znaleźć. Tyle, że niektóre z zawartością wełny, co jest już kategorycznie nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania przez moje ciało. Trochę podobnie jest z tymi takimi błyszczącymi nitkami. Co za debil w ogóle coś takiego wymyślił? Wybrałam jednak kilka prawie nie gryzących. 

Najbardziej spodobał mi się różowo różowiasty włochaty sweterek. Jest taki ładny, że gotowam go nawet po domu nosić czasami, nawet jak będzie gryzł trochę. Nie wiem, co ja mam z tym różowym, ale od zawsze kocham ten kolor miłością ogromną. Lubię też czerwony i żółty. O wiele lepiej się czuję mając takie ładne kolory na sobie. 

Gdy płaciłam w kringloopie za nasze (moje i Młodej) zakupy, sprzedawca zapytał nagle, w jakim języku mówimy, a my od razu się domyśliłyśmy, skąd to pytanie, bo mimochodem podsłuchałyśmy rozmowę pracowników na temat tego, że ktoś kupił łóżko i zamówił dowóz, ale oni doszli do wniosku, iż prawdopodobnie ta osoba myśli, że oni to tego samego dnia przywiozą, gdy na dowóz czeka się kilka dni, bo oni mają chyba tylko jedno wielkie auto na cały region, no i poza tym najpierw dzwonią i się umawiają na dzień i godzinę, by ktoś był w domu. W tym wypadku oni nie rozumieli się z kupującym, bo mówił w innym języku. Podejrzewali, że to rosyjski lub ukraiński i dlatego pytanie, po jakiemu my mówimy. Powiedziałam, że mogę sprawdzić, czy mówią po polsku (bo jak są z Ukrainy to jest szansa, że mieli polski w szkole) albo spróbuję dogadać się po rosyjku, jeśli faktycznie są z Rosji czy Ukrainy. Sprzedawca wystukał numer i dał mi telefon, ale niestety zgłosiła się tylko poczta głosowa, więc nie za bardzo im pomogłam. Pracownicy wyrazili obawy, że jak ci ludzie myślą, że dostawa będzie tego dnia, to może się okazać, że parę dni na podłodze będą musieć spać... Pamiętamy takie czasy, w których też głównie na migi się trzeba było dogadywać w sklepach, u lekarzy, w szkole, w pracy, przez co czasem też w różnych dziwnych sytuacjach się człowiek znajdował... Szkoda, że ci ludzie nie odebrali telefonu. Teraz będę myśleć o tym długo...

widzicie renifera?

Tymczasem moje zmęczenie nie daje za wygraną. 

Samopoczucie odrobinę się poprawiło, bo tymczasowo mogę wykonywać pracę na specjalnych mniej uciążliwych warunkach i widzę, że nikt nie ma z tym najmniejszych problemów (w każdym razie nikt nie daje po sobie poznać, że ma). Ba, koleżanki są bardzo pomocne, troskliwe i wyrozumiałe. A co w tym wszystkim jeszcze ważniejsze, mnie udaje się w końcu jakoś ten fakt akceptować i nawet cenić, co w moim przypadku wcale takie oczywiste nie jest, bo choć lubię sobie często i gęsto ponarzekać, to jednak mimo trudności swoją pracę staram się zawsze wykonywać solidnie i raczej więcej robić niż mniej. Ostatnio jednak po tym dłuższym chorobowym zaczęłam się na prawdę opierdalać w pracy i pozwalać innym robić wiele rzeczy za mnie, szczególnie tym, którzy zdają się być przekonani, że wszystko lepiej potrafią...  

Lekarka nakazała wszystko wolniej, spokojniej i mniej robić. Powiedziała, że nie muszę próbować we wszystkim być najlepsza. Psycholożka również nakazała być mniej perfekcyjną,  zaakceptować moje słabości i fakty, do których należy m.in. moje nowe popsute ciało i to że nie mogę tego co przed rakiem. Wszyscy, z Czytelnikami tego bloga włącznie, ciągle mi uświadamiają i przypominają, że mam myśleć przede wszystkim o sobie i swoim zdrowiu, a dopiero potem ewentualnie o innych, przy czym to drugie wcale nie jest konieczne, a na pewno nie zawsze i nie o każdej porze...


Próbuję zatem. Tyle tylko, że istnieje obawa, iż to szybko pójdzie spowrotem w złą stronę... już chyba zaczęło iść powoli... znowu w stronę złości, zniechęcenia i niepewności.

Przedsięwzięte środki, czyli te wspomniane dopasowania (praca 4 dni w tygodniu, głównie w mniejszej spokojniejszej świetlicy, wyrozumiałośc kolegów, dużo mniej obowiązków i zadań...) wcale nie przynoszą takich rezultatów, jakich się spodziewałam, a raczej o jakich marzyłam po cichu. 

Nie przynoszą ŻADNYCH rezultatów w kwestii zmęczenia. 

Po dwóch tygodniach widzę, że nie zmiejszyło to wcale tego cholernego zmęczenia, a byłam przecież psychicznie o wiele spokojniejsza, całkiem spokojna i bardzo pozytywnie nastawiona do tego wszystkiego, wesoła, w miarę dobrze nawet sypiałam, ale nadal budziłam się niewypoczęta. Piłam dużo wody, jadłam dobrze i kolorowo, zazywałam ruchu na świeżym powietrzu rowerując do robory rano, ale nie przemęczałam się. W domu głównie zbijałam bąki, nie chodziłam po sklepach, nie sprzątałam za dużo, czynności ograniczyłam do minimum, by coś tam robić, ale nie za dużo. Nie oczekiwałam, że jakoś bajecznie dużo się poprawi w tak krótkim czasie, ale jednak jakieś zmiany już powinny być odczuwalne, bo zmieniło się bardzo dużo na plus, ale nie są. Rzekłabym, że się tylko ciągle to zmęczenie pogłębia. Coraz częściej miewam też ból i nagłe zawroty głowy. Co oznacza, że nie jest dobrze i co wróży, że po Nowym Roku raczej napewno trzeba będzie jednak pójść na dłuższe chorobowe, czy komukolwiek (ze mną włącznie) to się podoba, czy nie...

Każdego dnia odczuwam  wielką potrzebę żarcia czekolady, orzechów i ketchupowych laysów, a to zawsze oznacza, że jestem potwornie zmęczona. Nie wiem, po co moje ciało potrzebuje tych rzeczy, ale wiem, że nie mam na nie ochoty, gdy dobrze się czuję. No dobra, chipsy lubię pałaszować, gdy oglądam Netflixa, ale nie zawsze ta potrzeba jest taka silna, jak gdy jestem zmęczona.

Nic to, już sobie postanowiłam, że do świątecznej przerwy będę próbować wytrzymać z uśmiechem na pysku i dobrze się bawić w świetlicy, korzystając z  tymczasowych przywilejów, skoro mi je zaoferowano i skoro nikt nie ma z tym problemu. O ile dam rady jeszcze tydzień i jeszcze dwa dni. 23 i 24 grudnia to bowiem ostatnie dni pracy w tym roku kalendarzowym. To 2 dni świetlicowych ferii, czyli robota intensywna po kilka godzin.

Jedna koleżanek  w tym tygodniu chorowała na jakieś grypopodobne badziewie, w związku z czym  trzeba było znowu przetasowań dokonać i przez to i ja dostawałam popołudniowe dyżury w dużej świetlicy, tyle że w "spokojnym kąciku" plus toalety.

A właśnie dokonaliśmy w tym tygodniu wielkiego przemeblowania w świetlicy. Znaczy wróć, ONE DOKONAŁY, bo ja wtedy nie mogłam, gdyż miałam wizytę u psycholożki, a poza tym jedna z koleżanek powiedziała do mnie "przecież ty nie zamierzasz chyba targać mebli, zapomnij o tym, damy rady". No i dały. Od teraz nie ma podziału na małych i dużych. Wszystkie dzieci mogą bawić się razem na całej sali i jeść w jeddnym miejscu. Większość dzieci jest zachwyconych tą wielką zmianą. Koleżanki też są zadowolone, bo dzieci jakby spokojniej się bawią (bo wszystko jest "nowe"). Dla mnie i niektórych małych dzieci to trochę niekomfortowe, bo nie możemy się w tym nowym otoczeniu odnaleźć. Co nie zmienia faktu, że też uważam, iż to dobry pomysł był. Tylko kwestia przyzwyczajenia się do nowego stanu rzeczy.

No i ja teraz dostaję te dyżury w spokojnym kąciku dla przedszkolaków, który to dyżur łączy się z dyżurem w toaletach, czyli zaganianie i pomaganie przedszkolakom przy sikaniu i myciu rąk, podcieranie tyłków, zmiana pampersów pampersiakom, pilnowanie, by papieru toaletowago nie brakowało i by ręczniki czyste były przy umywalkach (szanuję, że używa się zwykłych frotowych ręczników), a na koniec dnia dezynfekcja toalet - szpraj i szmatka i jazda (wszystkie klameczki, umywalki, przewijak, uchwyty na papier, sedesy, nocniki trzeba przetrzeć). Na koniec dnia należy też zamieść salę i ja zamiatam ten teren, którego pilnuję. Myję też stoliki, gdy się napapra mazakami, farbami, klejem, czy jedzeniem. Poza tym mamy sprzątaczkę, która przychodzi kilka razy w tygodniu i większe porządki to ona odwala.

W ferie też mam tam dyżur i szefowa powiedziała, że mogę przygotować jakieś spokojne zajęcia. 

Już mam prawie przygotowane we łbie, tylko rozpisać muszę i przygotować akcesoria z tego, co mam w domu... A jednak trochę się boję tych kolejnych dni i się denerwuję, bo jeśli przygotuję kącik sensoryczny, jakieś proste dekoracje i zajęcia, a potem nie dam rady pójść do pracy, to zwyczajnie mnie trafi szlag na miejscu...  A tu pieprzony skuter znowu ogłosił strajk. Już dwa ostatnie dni miał jakieś sapy, a dziś pod domem były problemy z odpaleniem, a pod sklepem już na kopnik tylko się udało. Nie odważę się więcej do pracy nim pojechać. Nie ma mowy, bo nie uśmiecha mi się potem naginać 4 kilosy z kopyta. Ale rowerem dwa razy dziennie , a niektóre dni nawet sześć razy, bo dwa zebrania są w tym tygodniu i to w innej świetlicy niż mam dyżury, to znowu da mi w dupę... A tu jeszcze w tym tygodniu wypada zastrzyk, który robi zmęczenie z niczego... Dlatego mam cykora, że zwyczajnie nie wydolę, nawet jak bardzo będę chcieć. Ale to się zobaczy. Mam nadzieję, że dam rady mimo wszystko, by ten rok ładnie zakończyć. A po Nowym Roku się zobaczy...

W tym tygodniu odwiedziłam moją starą świetlicę i nagadałam się z koleżanką.

 A zaczęło się od tego, że ta napisała do mnie, czy nie zechciałabym nauczyć jej małżonka paru podstawowych zwrotów po polsku, bo ten wybiera się do Polski na parę dni i chciałby umieć coś powiedzieć po tamtejszemu. No to odpisałam, że nie ma sprawy i że wpadnę do świetlicy na pogaduszki, bo mam piątek wolny. Skoro już zagaiła...

Poszłam z nią po dzieci do szkoły. O, jak niektóre się ucieszyły! Nawet obrazek dla mnie jedna narysowała i wpakowała mi się oczywiście na kolana. Koleżanka też ma niebłahe problemy ze zdrowiem i też ma trudno wybrać pomiędzy zostaniem w domu, jak lekarze nakazują, a chodzeniem do pracy z wielkim bólem pleców... 

dostałam rysunek


Umówiłyśmy się na pierwszą lekcję polskiego. Muszę się jakoś przygotować chyba do tego... jakieś podstawowe zwroty i słowa Chłopu napisać w obu językach... Młodzież sugeruje, że powinnam zacząć od brzydkich wyrazów, bo to przecież jest podstawa haha. Ciekawa jestem, jak będzie mu szło z tym polskim... 

Młody pisał w tym tygodniu egzaminy. 

<atma, angielski, francuski, biologia, geografia... O, z geografią była heca. Znaczy nie z samą geografią, a z atlasem. Rano szukał atlasu. Normalnie ta księga zalega w koszu na kurtki i portki przeciwdeszczowe razem z jego szkolnym laptopem, bo to się nigdzie nie mieści, a wszędzie przeszkadza. Wywalił wszystkie portki i poncza, ale atlasu ani dudu. Pobiegł do swojegi pokoju, ale i tam nie znalazł. Zapytałam, czy w ogóle do domu go przyniósł ze szkoły. Stwierdził, że raczej tak, ale możliwe, że mu się wydawało i może faktycznie atlas zwyczajnie leży w szafce. Po powrocie z egzaminu mówi, że kolega mu atlas pożyczył, więc mógł napisac egzamin, ale nie wie, gdzie jest atlas. Wkurzyłam się zdziebko, bo to gówno ponad 30€ przecież kosztuje i powiedziałam, że idziemy szukać atlasu w jego pokoju. Poszliśmy. Na półce z książkami faktycznie go nie było. Nie leżał też na podłodze. Parę dni wcześniej odbywały się tam generalne porządki nadzorowane przeze mnie, więc byłam pewna, że pod łóżkiem ani w innym  dziwnym miejscu nie widziałam atlasu. Nagle zauważyłam tornister i wskazując na niego zapytałam Młodego dla hecy (bo oczywiste mi się to wydawało) czy tam sprawdzał. Ten na to kiwając głową i szczerząc zęby - O, faktycznie, to może być dobre miejsce na atlas... 

I tak atlas się odnalazł w miejscu, w którym nikt nie spodziewał by się znaleźć atlasu. 

Na początku tygodnia z kolei odbywała się lekcja pokazowa w akademii muzycznej.

 Młody wraz z kilkoma innymi dzieciakami, które chodzą na gitarę do tej samej nauczycielki, zagrali po kilka kawałków na swoich gitarach. Młody jedną melodję zagrał w duecie z nauczycielką, a drugą solo. Zrobił kilka błędów, ale muszę przyznać, że jak na kilka miesięcy nauki, to nieźle chłopakowi szło. Co ważniejsze powiedział, że nawet nie stresował się tak bardzo jak się obawiał. W grupie była też córka znajomych, która już na trzecim roku jest i już więcej trochę umie. Fajnie tak popatrzeć na dzieciaki z gitarami. 

A w przyszłym roku Akademia obchodzić będzie 60. jubileusz i będzie duży koncert w Domu Kultury. Epicki będzie CHYBA miał występ z klasą "grupowe muzykowanie", więc zaraz po świętach trzeba się będzie pobiec po bilety, bo na pewno te szybko się rozejdą. Gdy otrzymałam mejl z informacją o rocznicy, od razu sobie przypomniałam, że przecież Młoda występowała z grupą baletową na 50-lecie, co oznacza, że ona równo 10 late temu chodziła do tej akademii. Jak ten czas leci!

Epicki minikoncert


W zeszłym tygodniu zakupiliśmy w końcu choinkę. 

Wstępnie miałyśmy z Młodą pojechać znowu na targ i przywieźć jakieś drzewko na skuterze, tak jak w zeszłym roku, ale akurat Młoda jakąś gorączkę sobie tego dnia zafundowała, więc nie było mowy o wychodzeniu z domu. Jednak w weekend Małżonek zgodził się nas zawieźć autem do pobliskiego sklepu i tam wybrałyśmy dosyć wielką (bo większą od nas) jodełkę w donicy. Jodły są najlepsze, bo nie kłują  jak te cholene świerki i ładnie pachną. Kocham ten zapach choinkowy i dla tego zapachu warto było wydać pięć dych. Zawiesiłam też światełka na karniszu slalomem, tak że oświetlają całe główne okno od strony ulicy. Choinkę też pewnie widać z drogi. I tą w salonie, i tą u Młodego w pokoju na górze, bo on ubrał swoją sztuczną, też wielką, bo na 180cm. 

Poza tym okno jest ozdobione zimowo. Pierwszy raz malowałam śniegiem w szpraju, co okazało się zajebistą zabawą i aż się sobie dziwiłam, że nigdy wcześniej tego nie spróbowałam. Fajowo się tym maluje, tylko że nie bardzo umiałam się tym posługiwać i nie miałam malutkiej ściągaczki doszybowej. Taka normalna do mycia okien była za duża, a pędzle też nie do wszystkiego się nadawały. Jestem zadowolona z pierwszego mojego obrazka, ale stać mnie na więcej. Za rok bardziej się przygotuję do malowania…








Choinka była bardzo potrzebna, by pozbyć się prezentów z naszej sypialni, bo my teraz z Małżonkiem taką klitę mamy, że każdy nawet najmniejszy drobiazg na podłodze jest niebezpieczny, bo potykamy sie o to idąc w nocy do kibla. Pokój bowiem niewiele jest większy od naszego łoża o wymiarach dwa na dwa. Teraz leżą sobie prezenty już pod choinką, jak należy. Najstarsza łaskawie zgodziła się, byśmy w tym roku wszyscy  odpakowywali prezenty z okazji jej urodzin, więc nie muszę decydować, który prezent na urodziny, a który pod choinkę. 

Ona też już wybrała sobie tort. Ta to dopiero wymyśliła! Życzy sobie bowiem "dziwaka" jako tort. Nie wiem, czy znacie, ale to przepis chyba jeszcze po jakiejś babci. Cztery cienkie placki przekładane masą z kaszą manną i powidłem śliwkowym. Tak samo jak beza to ciasto nie wygląda bynajmniej rewelacyjnie, ale tak właśnie smakuje. Dawnośmy go nie piekli, choć drzrewiej zawdy był na każde święta, a i na niedzielę często.

Zastanawiamy się, czy pogoda się w końcu zmieni na suchszą i czy wypad do parku rozrywki na świątecznę event choć wypali, czy też znowu trzeba będzie siedzieć w domu i patrzyć na ulewę przez okno...?

Odwiedziłyśmy ginkę. Zrobiła Najstarszej echo (USG), co pokazało, że ma dosyć małą macicę jak na kobietę w tym wieku, ale dodała, że jak nie było wystarczająco hormonów, to i nie urosła. Zleciła badanie krwi m.in. pod kątem hormonów i umówiła Najstarszą po Nowym Roku, gdyż teraz miała mieć dłuższy urlop. Potem poszłyśmy do lekarki domowej, by pobrała krew. Ta dopisała jeszcze jakieś inne badania do formularza ze swojej strony... Teraz trzeba znowu czekać. 

Nasi Panowie znowu byli na koncercie w pobliskim miasteczku Sint-Niklaas. 

Małżonek wymyślił, żebym im nabazgrała nazwę zespołu Evergrey na polskiej fladze… Nie powiem, bym rozumiała, o co chodzi, bo muzyka i koncerty to dla mnie obca planeta, ale znalazłam jakiś mazak i nabazgrałam najlepiej jak potrafiłam, bo lubię bazgrać… Młody trochę pomógł z kolorowaniem liter, bo też lubi bazgrać, ale trochę mniej na razie umie…. Małżonek był zadowolony z rezultatu, a jeszcze bardziej byli obaj zadowoleni, że mogli zrobić sobie zdjęcie zespołu z tą flagą. Czyli że ten chytry plan Małżonka zadziałał. 

bazgram...

Młody bazgra

jest nabazgrane

Evergrey