Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gitara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gitara. Pokaż wszystkie posty

15 grudnia 2024

Grudniowe imprezowanie

Grudzień, jak wiadomo, u nas jest bardzo świąteczny. Zaczynamy już na początku grudnia od mniej lub bardziej uroczystych obchodów urodzin Młodej. Takie zdarzenie miało miejsce w zeszłym tygodniu.


W planach Solenizantki była pociągowa wycieczka do Ostendy, gdzie mieliśmy pospacerować trochę po plaży, pooglądać i sfotografować ostendzkie światełka świąteczne na mieście i nażreć się w meksykańskiej knajpie, którą latem owiedziliśmy i uznaliśmy za godną ponownych odwiedzin z resztą z Naszej Piątki. Jednakże w zeszłym tygodniu mieliśmy, jak to tutaj brzydko się mówi: KUT WEER,  opiździałą pogodę. To że zimno było to nic, bo w końcu w grudniu powinno być zimno, ale do tego lało jak z cebra przez kilka dni, co nawet w wielu miejscach do podtopień doprowadziło, to jeszcze wiało. Na TEN dzień prognoza pogody na Ostendę pokazywała wiatr do 100km/h. No to dzięki bardzo. Chyba by nas do morza wwiało albo morze na nas. No więc postanowiliśy rodzinną wycieczkę nad morze na lepsze czasy przełożyć, a tymczasem zadowolić się żarełkiem w jakiejś pobliskiej restauracji. No i tu zaczęły się schody...

Restauracji ci u nas na zadupiu do bólu. W każdej wsi jest ciągle (dawniej ponoć u nas 15 knajp było) co najmniej ze dwie, ale zwykle więcej. Nasza dawniej (gdzieś do pandemii) ulubiona, zmieniła właściciela, a za tym poszły i inne zmiany i już nam się tam nie podoba - porcje zmalały a ceny wzrosły, nie ma dań, które zawsze zamawialiśmy i nie ma kelnera, który wyglądał jakby był z rodziny Adamsów i który był zajebisty. Najważniejszym problemem w znalezieniu restauracja dla nas jest jednak fakt, że Młoda jest teraz wegetarianką.

Pomyślał by kto, że przy takiej nagonce na mięsożerców, promowaniu roślinnego jedzenia i całym tym zielonym szaleństwie , jakie się w ostatnich latach wszędzie opdpierdziela, to  spodziewać się raczej należy, że w każdej knajpie powinno być serwowane głównie żarcie dla królików, a mięso to gdzieś tam daleko na ostatniej stronie menu i to małym druczkiem. Nic bardziej mylnego. Młoda przeszukała przez internet menu wszystkich okolicznych knajp i, proszę ja was, bardzo ciężko jest w ich menu znaleźć w ogóle cokolwiek wegetariańskiego. Często jak w ogóle coś już jest, to jest to jedna potrawa i to często poza menu głównym, czyli nie najesz się tym i nie nadaje się na urodzinowy obiad. Czyli mają te wege potrawy raczej tak bardziej z musu, żeby się nikt nie czepiał...

Jedna z okolicznych knajp serwuje głównie koninę, co wiemy od dawna i co oznacza dla nas, że nie ma mowy by nasza noga tam w ogóle stanęła. To samo tyczy się restautracji serwujących głównie dziczyznę. O-HY-DA! Przy większej ilości czasu, spróbujemy wyguglować, czy w zasięgu samochodu mamy jakieś wegetariańskie jadłodajnie  w naszym regionie, w sensie takie strikte wegetariańskie, gdzie normalnie spokojnie mozna zjeść bez oglądania i wąchania mięsnych dań, bo to nie jest fajne, gdy samemu się mięsa nie je.

Solenizantka wyguglowała, że w starym młynie w sąsiedniej wsi mają wegańskie burgery no to tam poszliśmy. Tam przywitano nas swojskim "Dzień Dobry", ale nauczeni bycia ostrożnym i podejrzliwym wobec ludzi mówiących po polsku, nie wykazaliśmy zbytniego zainteresowania tym faktem. Po wymianie uprzejmości z panią mówiącą po polsku, zajęliśmy się sami sobą, bo w końcu nie po to szliśmy całą rodziną do restauracji, by gadać z obcymi, tylko po to, by spędzić ten czas w swoim własnym rodzinnym towarzystwie. Więcej tam raczej nie pójdziemy, bo burgery wegańskie smakowały - moim nader skromnym zdaniem - jak kotlety z rozgotowanego ziemniaka, słowem, dupy nie urywa. Normalny burger według Najstarszej był nawet smaczny, a Małżonkowi stek bardzo smakował. Młodemu smakowały tylko frytki, a nuggetsy uznał za niedobre, więc wrócił do domu bardzo głodny. Zatem nie powiem, byśmy byli zachwyceni tą knajpą. Wierzę jednak, że uda się wybrać do tej Ostendy jeszcze w tym roku, jak pogoda się ustatkuje i nadrobimy te urodziny.

vegeburger

urodzinowe prezenciki

tort urodzinowy ale łachy codzienne, bo tak...

dekoracje nad świniami, bo świnie też ludzie

ta dracena też zawsze z nami świętuje


nawet girlandę z bibuły skraftowałam w tym roku


Tort bezowy mi się na szczęście znowu udał. W leniwych planach chciałam pójść na łatwiznę i zamówić jakiś tort w cukierni, ale gdy zapytałam Młodej, jaki tort sobie życzy, ta odparła, że bezowy, jak co roku, ale w tym roku chciała by z jagodami. Ja jednak uznałam, że same jagody są za bardzo mdłe, by wyrównać ten wszystek cukier w bezie, więc kupiłyśmy z Najstarszą też jeżyny i porzeczki. Idealnie!  Tort bezowy lubię piec, bo jest łatwy, nie wymaga wiele roboty i prawie zawsze się udaje. No i pewnie taniej niż kupić w cukierni, choć ceny jagód o tej porze to jednak trochę przerażają...


tor bezowy nie ma wyglądać tylko smakować

 Powiedzmy sobie jednak uczciwie, czego ceny dziś nie przerażają...? Czy u Was też tak wszystko drożeje w oczach? Czasem to się cieszę, że mam problemy z pamięcią i nie pamiętam za bardzo, ile co kosztowało w zeszłym tygodniu, nie mówiąc o tym, bym pamiętała ceny sprzed miesiąca. Tylko dziwnie podejrzanym mi się wydaje, że w spożywczym nagle płacę przy kasie 100€, gdy całe zakupy mi się w małym plecaku mieszczą i nic szałowego nie kupiłam... 

Czasem wspominamy z Małżonkiem nasze pierwsze zakupy na święta w Belgii. 

Jeszcze wtedy obchodziliśmy tak bardziej tradycyjnie - ciągle tylko w pięcioro i bez żadnych tam kościołowych spraw, ale piekłam rózne ciasta, robiłam wiele potraw i jedliśmy taką wigilijno-urodzinową kolację i tort urodzinowy na deser, co oznacza, że trzeba było trochę pokupic rzeczy. No i pamiętam jak dziś te zakupy przedświąteczne w wielkim carrefourze... Nakupiliśmy kopiasty wielki wózek, a w nim nie tylko te wszystkie potrzebne produkty, ale też jakieś dekoracje świąteczne, ubrania, zabawki dla dzieci (bo wtedy jeszcze się kupowało zabawki i kredki, i kolorowanki i temu podobny badziew), i jakieś rzeczy do domu, typu poduszka, czy jakieś miski. Zapłaciliśmy ponad 200€ i to był chyba pierwszy raz w Belgii i w ogóle w naszym życiu, kiedy tak dużo rzeczy nakupiliśmy i taką OGROMNĄ kwotę zapłaciliśmy w zwykłym markecie... Pamiętamy te zakupy, bo to było takie łał, że tyle w zwykłym markecie zapłaciliśmy, że było nas na to stać, że mogliśmy sobie pozwolić i w ogóle szał chuja klękajcie narody.

A tymczasem dziś takie zwyczajne codzienne zakupy to 150€, takie grubsze zakupy tygodniowe, gdzie i mięcho się kupi i rybę, i kupę owoców, ale i chipsy czy lody i inne tam chujemuje, bez których można by się obejść, ale fajnie czasem zeżreć,  zwykle plasują się gdzieś powyżej 200€. Do tego oczywiście w tygodniu trzeba coś dokupić na obiad, bo nie wszystko można przechowywać tygodniami. Zauważam też coraz częściej, że "jakiś tani" dezodorant czy szampon wciąż tych samych marek, które od lat kupujemy, to już nie 3-4€ a bardziej 7-15€. O ubraniach to już nawet nie mówię. 

Znowu wspominam zimowy czas kilka lat temu, kiedy jechałam z Dziewczynami na wyprzedaże do Mechelen i dawałam im po 100€ na zakupy odzieżowe i one potem wychodziły z takiego tam H&M czy Coolcata (o, ten już nawet nie istnieje, a szkoda - czadowe oryginalne mieli ubrania) z wielkimi torbami pełnymi ciuchów i jeszcze większymi uśmiechami na pyszczkach po udanych łowach. Od czasu do czasu zamawiam odzież na Zalando i te parę lat temu po wydaniu 100€ otrzymywałam giga pakę z ubraniami dla całej rodziny, a tu w tym tygodniu kupiłam JEDEN sweter na prezent dla Najstarszej i JEDNE portki codziennoszkolne dla Młodego (i to nie że jakieś kuźwa szałowe marki, raczej te same co zawsze) i poszło blisko 80€. Zakupy są coraz mniej przyjemne. 

Panie, dziś to nawet zakupy w kringloopie mogą oszołomić. 

Stare znoszone, sprane zesztywniałe od leżenia portki cenią sobie tam na 15€! Najlepiej jak używane portasy z Sheina, które nowe na Shein tyle kosztują, zobaczysz w kringloopie w cenie nowych. Ale nie powiem, mam jedne takie jeansy i sobie je bardzo chwalę, bo są wygodne i całkiem nieźle wyglądają jak na gacie, które ktoś już przede mną nosił... No chyba, że nie nosił, tylko kupił i oddał do kringloopa, bo się mu na ten przykład du... nie zmieściła, bo przecież i tak bywa. Dość, że używam tych portek intensywnie, bo zakładam je do roboty, gdzie siedzę często na podłodze albo pozwalam dzieciom wspinać się brudnymi buciorami zimowymi czy gumiakami po moich nogach i jeansach , by mogły zrobić fikołka, gdy ja trzymam je mocno za łapki. Piorę więc moje portki czasem kilka razy w tygodniu i szuszę w suszarce, bo nie mam zbyt wiele wygodnych i jednocześnie w miarę wyglądających spodni na zmianę, gdyż powiedzmy sobie szczerze, nie łatwo przecież takie znaleźć, gdy jest się nadwrażliwym. Poza tym przy takich cenach nie chcę wydawać forsy na nowe ubrania, gdy nie wiem, czy długo zabawię w tej pracy. Jeśli będę siedzieć za chwilę znowu całe tylko miesiące w domu, to po kij mi jakieś jeansy, czy inne tam ładne sweterki, skoro w domu tylko dresy noszę, bo nienawidzę jeansów czy ładnych sweterków i jestem je w stanie tolerować tylko i wyłącznie wtedy, gdy mi za to płacą. Choć z drugiej strony sweterki czy inne ładne ubrania mi się podobają... żeby tylko tak nie gryzły i się nie elektryzezowały, ech.

A właśnie parę sweterków sobie w sobotę kupiłam w kringloopie, bo masę tego było i nawet parę szerokich udało się na mnie znaleźć. Tyle, że niektóre z zawartością wełny, co jest już kategorycznie nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania przez moje ciało. Trochę podobnie jest z tymi takimi błyszczącymi nitkami. Co za debil w ogóle coś takiego wymyślił? Wybrałam jednak kilka prawie nie gryzących. 

Najbardziej spodobał mi się różowo różowiasty włochaty sweterek. Jest taki ładny, że gotowam go nawet po domu nosić czasami, nawet jak będzie gryzł trochę. Nie wiem, co ja mam z tym różowym, ale od zawsze kocham ten kolor miłością ogromną. Lubię też czerwony i żółty. O wiele lepiej się czuję mając takie ładne kolory na sobie. 

Gdy płaciłam w kringloopie za nasze (moje i Młodej) zakupy, sprzedawca zapytał nagle, w jakim języku mówimy, a my od razu się domyśliłyśmy, skąd to pytanie, bo mimochodem podsłuchałyśmy rozmowę pracowników na temat tego, że ktoś kupił łóżko i zamówił dowóz, ale oni doszli do wniosku, iż prawdopodobnie ta osoba myśli, że oni to tego samego dnia przywiozą, gdy na dowóz czeka się kilka dni, bo oni mają chyba tylko jedno wielkie auto na cały region, no i poza tym najpierw dzwonią i się umawiają na dzień i godzinę, by ktoś był w domu. W tym wypadku oni nie rozumieli się z kupującym, bo mówił w innym języku. Podejrzewali, że to rosyjski lub ukraiński i dlatego pytanie, po jakiemu my mówimy. Powiedziałam, że mogę sprawdzić, czy mówią po polsku (bo jak są z Ukrainy to jest szansa, że mieli polski w szkole) albo spróbuję dogadać się po rosyjku, jeśli faktycznie są z Rosji czy Ukrainy. Sprzedawca wystukał numer i dał mi telefon, ale niestety zgłosiła się tylko poczta głosowa, więc nie za bardzo im pomogłam. Pracownicy wyrazili obawy, że jak ci ludzie myślą, że dostawa będzie tego dnia, to może się okazać, że parę dni na podłodze będą musieć spać... Pamiętamy takie czasy, w których też głównie na migi się trzeba było dogadywać w sklepach, u lekarzy, w szkole, w pracy, przez co czasem też w różnych dziwnych sytuacjach się człowiek znajdował... Szkoda, że ci ludzie nie odebrali telefonu. Teraz będę myśleć o tym długo...

widzicie renifera?

Tymczasem moje zmęczenie nie daje za wygraną. 

Samopoczucie odrobinę się poprawiło, bo tymczasowo mogę wykonywać pracę na specjalnych mniej uciążliwych warunkach i widzę, że nikt nie ma z tym najmniejszych problemów (w każdym razie nikt nie daje po sobie poznać, że ma). Ba, koleżanki są bardzo pomocne, troskliwe i wyrozumiałe. A co w tym wszystkim jeszcze ważniejsze, mnie udaje się w końcu jakoś ten fakt akceptować i nawet cenić, co w moim przypadku wcale takie oczywiste nie jest, bo choć lubię sobie często i gęsto ponarzekać, to jednak mimo trudności swoją pracę staram się zawsze wykonywać solidnie i raczej więcej robić niż mniej. Ostatnio jednak po tym dłuższym chorobowym zaczęłam się na prawdę opierdalać w pracy i pozwalać innym robić wiele rzeczy za mnie, szczególnie tym, którzy zdają się być przekonani, że wszystko lepiej potrafią...  

Lekarka nakazała wszystko wolniej, spokojniej i mniej robić. Powiedziała, że nie muszę próbować we wszystkim być najlepsza. Psycholożka również nakazała być mniej perfekcyjną,  zaakceptować moje słabości i fakty, do których należy m.in. moje nowe popsute ciało i to że nie mogę tego co przed rakiem. Wszyscy, z Czytelnikami tego bloga włącznie, ciągle mi uświadamiają i przypominają, że mam myśleć przede wszystkim o sobie i swoim zdrowiu, a dopiero potem ewentualnie o innych, przy czym to drugie wcale nie jest konieczne, a na pewno nie zawsze i nie o każdej porze...


Próbuję zatem. Tyle tylko, że istnieje obawa, iż to szybko pójdzie spowrotem w złą stronę... już chyba zaczęło iść powoli... znowu w stronę złości, zniechęcenia i niepewności.

Przedsięwzięte środki, czyli te wspomniane dopasowania (praca 4 dni w tygodniu, głównie w mniejszej spokojniejszej świetlicy, wyrozumiałośc kolegów, dużo mniej obowiązków i zadań...) wcale nie przynoszą takich rezultatów, jakich się spodziewałam, a raczej o jakich marzyłam po cichu. 

Nie przynoszą ŻADNYCH rezultatów w kwestii zmęczenia. 

Po dwóch tygodniach widzę, że nie zmiejszyło to wcale tego cholernego zmęczenia, a byłam przecież psychicznie o wiele spokojniejsza, całkiem spokojna i bardzo pozytywnie nastawiona do tego wszystkiego, wesoła, w miarę dobrze nawet sypiałam, ale nadal budziłam się niewypoczęta. Piłam dużo wody, jadłam dobrze i kolorowo, zazywałam ruchu na świeżym powietrzu rowerując do robory rano, ale nie przemęczałam się. W domu głównie zbijałam bąki, nie chodziłam po sklepach, nie sprzątałam za dużo, czynności ograniczyłam do minimum, by coś tam robić, ale nie za dużo. Nie oczekiwałam, że jakoś bajecznie dużo się poprawi w tak krótkim czasie, ale jednak jakieś zmiany już powinny być odczuwalne, bo zmieniło się bardzo dużo na plus, ale nie są. Rzekłabym, że się tylko ciągle to zmęczenie pogłębia. Coraz częściej miewam też ból i nagłe zawroty głowy. Co oznacza, że nie jest dobrze i co wróży, że po Nowym Roku raczej napewno trzeba będzie jednak pójść na dłuższe chorobowe, czy komukolwiek (ze mną włącznie) to się podoba, czy nie...

Każdego dnia odczuwam  wielką potrzebę żarcia czekolady, orzechów i ketchupowych laysów, a to zawsze oznacza, że jestem potwornie zmęczona. Nie wiem, po co moje ciało potrzebuje tych rzeczy, ale wiem, że nie mam na nie ochoty, gdy dobrze się czuję. No dobra, chipsy lubię pałaszować, gdy oglądam Netflixa, ale nie zawsze ta potrzeba jest taka silna, jak gdy jestem zmęczona.

Nic to, już sobie postanowiłam, że do świątecznej przerwy będę próbować wytrzymać z uśmiechem na pysku i dobrze się bawić w świetlicy, korzystając z  tymczasowych przywilejów, skoro mi je zaoferowano i skoro nikt nie ma z tym problemu. O ile dam rady jeszcze tydzień i jeszcze dwa dni. 23 i 24 grudnia to bowiem ostatnie dni pracy w tym roku kalendarzowym. To 2 dni świetlicowych ferii, czyli robota intensywna po kilka godzin.

Jedna koleżanek  w tym tygodniu chorowała na jakieś grypopodobne badziewie, w związku z czym  trzeba było znowu przetasowań dokonać i przez to i ja dostawałam popołudniowe dyżury w dużej świetlicy, tyle że w "spokojnym kąciku" plus toalety.

A właśnie dokonaliśmy w tym tygodniu wielkiego przemeblowania w świetlicy. Znaczy wróć, ONE DOKONAŁY, bo ja wtedy nie mogłam, gdyż miałam wizytę u psycholożki, a poza tym jedna z koleżanek powiedziała do mnie "przecież ty nie zamierzasz chyba targać mebli, zapomnij o tym, damy rady". No i dały. Od teraz nie ma podziału na małych i dużych. Wszystkie dzieci mogą bawić się razem na całej sali i jeść w jeddnym miejscu. Większość dzieci jest zachwyconych tą wielką zmianą. Koleżanki też są zadowolone, bo dzieci jakby spokojniej się bawią (bo wszystko jest "nowe"). Dla mnie i niektórych małych dzieci to trochę niekomfortowe, bo nie możemy się w tym nowym otoczeniu odnaleźć. Co nie zmienia faktu, że też uważam, iż to dobry pomysł był. Tylko kwestia przyzwyczajenia się do nowego stanu rzeczy.

No i ja teraz dostaję te dyżury w spokojnym kąciku dla przedszkolaków, który to dyżur łączy się z dyżurem w toaletach, czyli zaganianie i pomaganie przedszkolakom przy sikaniu i myciu rąk, podcieranie tyłków, zmiana pampersów pampersiakom, pilnowanie, by papieru toaletowago nie brakowało i by ręczniki czyste były przy umywalkach (szanuję, że używa się zwykłych frotowych ręczników), a na koniec dnia dezynfekcja toalet - szpraj i szmatka i jazda (wszystkie klameczki, umywalki, przewijak, uchwyty na papier, sedesy, nocniki trzeba przetrzeć). Na koniec dnia należy też zamieść salę i ja zamiatam ten teren, którego pilnuję. Myję też stoliki, gdy się napapra mazakami, farbami, klejem, czy jedzeniem. Poza tym mamy sprzątaczkę, która przychodzi kilka razy w tygodniu i większe porządki to ona odwala.

W ferie też mam tam dyżur i szefowa powiedziała, że mogę przygotować jakieś spokojne zajęcia. 

Już mam prawie przygotowane we łbie, tylko rozpisać muszę i przygotować akcesoria z tego, co mam w domu... A jednak trochę się boję tych kolejnych dni i się denerwuję, bo jeśli przygotuję kącik sensoryczny, jakieś proste dekoracje i zajęcia, a potem nie dam rady pójść do pracy, to zwyczajnie mnie trafi szlag na miejscu...  A tu pieprzony skuter znowu ogłosił strajk. Już dwa ostatnie dni miał jakieś sapy, a dziś pod domem były problemy z odpaleniem, a pod sklepem już na kopnik tylko się udało. Nie odważę się więcej do pracy nim pojechać. Nie ma mowy, bo nie uśmiecha mi się potem naginać 4 kilosy z kopyta. Ale rowerem dwa razy dziennie , a niektóre dni nawet sześć razy, bo dwa zebrania są w tym tygodniu i to w innej świetlicy niż mam dyżury, to znowu da mi w dupę... A tu jeszcze w tym tygodniu wypada zastrzyk, który robi zmęczenie z niczego... Dlatego mam cykora, że zwyczajnie nie wydolę, nawet jak bardzo będę chcieć. Ale to się zobaczy. Mam nadzieję, że dam rady mimo wszystko, by ten rok ładnie zakończyć. A po Nowym Roku się zobaczy...

W tym tygodniu odwiedziłam moją starą świetlicę i nagadałam się z koleżanką.

 A zaczęło się od tego, że ta napisała do mnie, czy nie zechciałabym nauczyć jej małżonka paru podstawowych zwrotów po polsku, bo ten wybiera się do Polski na parę dni i chciałby umieć coś powiedzieć po tamtejszemu. No to odpisałam, że nie ma sprawy i że wpadnę do świetlicy na pogaduszki, bo mam piątek wolny. Skoro już zagaiła...

Poszłam z nią po dzieci do szkoły. O, jak niektóre się ucieszyły! Nawet obrazek dla mnie jedna narysowała i wpakowała mi się oczywiście na kolana. Koleżanka też ma niebłahe problemy ze zdrowiem i też ma trudno wybrać pomiędzy zostaniem w domu, jak lekarze nakazują, a chodzeniem do pracy z wielkim bólem pleców... 

dostałam rysunek


Umówiłyśmy się na pierwszą lekcję polskiego. Muszę się jakoś przygotować chyba do tego... jakieś podstawowe zwroty i słowa Chłopu napisać w obu językach... Młodzież sugeruje, że powinnam zacząć od brzydkich wyrazów, bo to przecież jest podstawa haha. Ciekawa jestem, jak będzie mu szło z tym polskim... 

Młody pisał w tym tygodniu egzaminy. 

<atma, angielski, francuski, biologia, geografia... O, z geografią była heca. Znaczy nie z samą geografią, a z atlasem. Rano szukał atlasu. Normalnie ta księga zalega w koszu na kurtki i portki przeciwdeszczowe razem z jego szkolnym laptopem, bo to się nigdzie nie mieści, a wszędzie przeszkadza. Wywalił wszystkie portki i poncza, ale atlasu ani dudu. Pobiegł do swojegi pokoju, ale i tam nie znalazł. Zapytałam, czy w ogóle do domu go przyniósł ze szkoły. Stwierdził, że raczej tak, ale możliwe, że mu się wydawało i może faktycznie atlas zwyczajnie leży w szafce. Po powrocie z egzaminu mówi, że kolega mu atlas pożyczył, więc mógł napisac egzamin, ale nie wie, gdzie jest atlas. Wkurzyłam się zdziebko, bo to gówno ponad 30€ przecież kosztuje i powiedziałam, że idziemy szukać atlasu w jego pokoju. Poszliśmy. Na półce z książkami faktycznie go nie było. Nie leżał też na podłodze. Parę dni wcześniej odbywały się tam generalne porządki nadzorowane przeze mnie, więc byłam pewna, że pod łóżkiem ani w innym  dziwnym miejscu nie widziałam atlasu. Nagle zauważyłam tornister i wskazując na niego zapytałam Młodego dla hecy (bo oczywiste mi się to wydawało) czy tam sprawdzał. Ten na to kiwając głową i szczerząc zęby - O, faktycznie, to może być dobre miejsce na atlas... 

I tak atlas się odnalazł w miejscu, w którym nikt nie spodziewał by się znaleźć atlasu. 

Na początku tygodnia z kolei odbywała się lekcja pokazowa w akademii muzycznej.

 Młody wraz z kilkoma innymi dzieciakami, które chodzą na gitarę do tej samej nauczycielki, zagrali po kilka kawałków na swoich gitarach. Młody jedną melodję zagrał w duecie z nauczycielką, a drugą solo. Zrobił kilka błędów, ale muszę przyznać, że jak na kilka miesięcy nauki, to nieźle chłopakowi szło. Co ważniejsze powiedział, że nawet nie stresował się tak bardzo jak się obawiał. W grupie była też córka znajomych, która już na trzecim roku jest i już więcej trochę umie. Fajnie tak popatrzeć na dzieciaki z gitarami. 

A w przyszłym roku Akademia obchodzić będzie 60. jubileusz i będzie duży koncert w Domu Kultury. Epicki będzie CHYBA miał występ z klasą "grupowe muzykowanie", więc zaraz po świętach trzeba się będzie pobiec po bilety, bo na pewno te szybko się rozejdą. Gdy otrzymałam mejl z informacją o rocznicy, od razu sobie przypomniałam, że przecież Młoda występowała z grupą baletową na 50-lecie, co oznacza, że ona równo 10 late temu chodziła do tej akademii. Jak ten czas leci!

Epicki minikoncert


W zeszłym tygodniu zakupiliśmy w końcu choinkę. 

Wstępnie miałyśmy z Młodą pojechać znowu na targ i przywieźć jakieś drzewko na skuterze, tak jak w zeszłym roku, ale akurat Młoda jakąś gorączkę sobie tego dnia zafundowała, więc nie było mowy o wychodzeniu z domu. Jednak w weekend Małżonek zgodził się nas zawieźć autem do pobliskiego sklepu i tam wybrałyśmy dosyć wielką (bo większą od nas) jodełkę w donicy. Jodły są najlepsze, bo nie kłują  jak te cholene świerki i ładnie pachną. Kocham ten zapach choinkowy i dla tego zapachu warto było wydać pięć dych. Zawiesiłam też światełka na karniszu slalomem, tak że oświetlają całe główne okno od strony ulicy. Choinkę też pewnie widać z drogi. I tą w salonie, i tą u Młodego w pokoju na górze, bo on ubrał swoją sztuczną, też wielką, bo na 180cm. 

Poza tym okno jest ozdobione zimowo. Pierwszy raz malowałam śniegiem w szpraju, co okazało się zajebistą zabawą i aż się sobie dziwiłam, że nigdy wcześniej tego nie spróbowałam. Fajowo się tym maluje, tylko że nie bardzo umiałam się tym posługiwać i nie miałam malutkiej ściągaczki doszybowej. Taka normalna do mycia okien była za duża, a pędzle też nie do wszystkiego się nadawały. Jestem zadowolona z pierwszego mojego obrazka, ale stać mnie na więcej. Za rok bardziej się przygotuję do malowania…








Choinka była bardzo potrzebna, by pozbyć się prezentów z naszej sypialni, bo my teraz z Małżonkiem taką klitę mamy, że każdy nawet najmniejszy drobiazg na podłodze jest niebezpieczny, bo potykamy sie o to idąc w nocy do kibla. Pokój bowiem niewiele jest większy od naszego łoża o wymiarach dwa na dwa. Teraz leżą sobie prezenty już pod choinką, jak należy. Najstarsza łaskawie zgodziła się, byśmy w tym roku wszyscy  odpakowywali prezenty z okazji jej urodzin, więc nie muszę decydować, który prezent na urodziny, a który pod choinkę. 

Ona też już wybrała sobie tort. Ta to dopiero wymyśliła! Życzy sobie bowiem "dziwaka" jako tort. Nie wiem, czy znacie, ale to przepis chyba jeszcze po jakiejś babci. Cztery cienkie placki przekładane masą z kaszą manną i powidłem śliwkowym. Tak samo jak beza to ciasto nie wygląda bynajmniej rewelacyjnie, ale tak właśnie smakuje. Dawnośmy go nie piekli, choć drzrewiej zawdy był na każde święta, a i na niedzielę często.

Zastanawiamy się, czy pogoda się w końcu zmieni na suchszą i czy wypad do parku rozrywki na świątecznę event choć wypali, czy też znowu trzeba będzie siedzieć w domu i patrzyć na ulewę przez okno...?

Odwiedziłyśmy ginkę. Zrobiła Najstarszej echo (USG), co pokazało, że ma dosyć małą macicę jak na kobietę w tym wieku, ale dodała, że jak nie było wystarczająco hormonów, to i nie urosła. Zleciła badanie krwi m.in. pod kątem hormonów i umówiła Najstarszą po Nowym Roku, gdyż teraz miała mieć dłuższy urlop. Potem poszłyśmy do lekarki domowej, by pobrała krew. Ta dopisała jeszcze jakieś inne badania do formularza ze swojej strony... Teraz trzeba znowu czekać. 

Nasi Panowie znowu byli na koncercie w pobliskim miasteczku Sint-Niklaas. 

Małżonek wymyślił, żebym im nabazgrała nazwę zespołu Evergrey na polskiej fladze… Nie powiem, bym rozumiała, o co chodzi, bo muzyka i koncerty to dla mnie obca planeta, ale znalazłam jakiś mazak i nabazgrałam najlepiej jak potrafiłam, bo lubię bazgrać… Młody trochę pomógł z kolorowaniem liter, bo też lubi bazgrać, ale trochę mniej na razie umie…. Małżonek był zadowolony z rezultatu, a jeszcze bardziej byli obaj zadowoleni, że mogli zrobić sobie zdjęcie zespołu z tą flagą. Czyli że ten chytry plan Małżonka zadziałał. 

bazgram...

Młody bazgra

jest nabazgrane

Evergrey 










21 września 2024

Jak pracuje nasza świetlica pozaszkolna? Pierwsze wrażnie z nowej pracy.

 Jeszcze nie całkiem do mnie dotarło, że mam nową pracę, a już przepracowałam cały tydzień.

Pierwsze wrażenia są całkiem dobre. Póki co nawet się nie mam za bardzo do czego przyczepić, co jest dosyć dziwnym uczuciem, ale spokojnie, nie panikujmy, dajcie mi czas, bym mogła się lepiej rozejrzeć, a na pewno nie jeden feler się znajdzie. 



W tej kwestii nie bez znaczenia jest bez wątpienia fakt, że ten tydzień sponsorowała nam letnia pogoda. Cały tydzień był słoneczny, a temperatury dochodziły nawet do 27 stopni, a co za tym idzie, dziatwa bawiła się mniej lub bardziej przymusowo na podwórku, co znacznie ułatwia sprawę. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że nie ważne ile dzieciaki mają lat, ale jeśli mogą biegać, skakać, brudzić się, kopać w piłkę,  drzeć się na cały głos, czuć wiatr we włosach i słońce a twarzy,  to są o wiele łatwiejsze w obsłudze i rzadziej drą koty.

Zwyczaje tu są troszkę inne, niż 2 pozostałych poznanych przeze mnie świetlicach, ale ogólnie wszystko podobnie funkcjonuje.

Koleżanki są w wieku różnym. 

Niektóre już w wieku przedemerytalnym, inne całkiem młode i są to same koleżanki, bo faceci w tym zawodzie ciągle rzadko się zdarzają, choć się zdarzają. Jedna z koleżanek chodziła na ten sam kurs co ja, rok wcześniej, a druga właśnie będzie go zaczynać. Pracuje tu też mama i córka. Będą też pewnie czasem pojawiać się wolontariusze, pracujący studenci/uczniowie (studentjob) i stażyści. Niektóre dziewczyny pracują już kilkanaście lat, inne zaczęły kilka czy kilkanaście miesięcy temu.

Wszyscy zdają się być mili i pomocy. Przydzielono mi mentorkę, która wprowadza mnie krok po kroku w tajniki tej pracy, ale każda z dziewczyn stara się mi wszystko pokazywać i tłumaczyć co i jak. Pod tym względem działa to świetnie. Dostałam dyżury o różnych godzinach, a każda zmiana wiąże się z trochę innymi obowiązkami. 

Jako się rzekło w tej świetlcy przebywają dzieci z dwóch szkół, ale cała brać podzielona jest u nas według wieku, tzn na przedszkolaków (2-6 lat) i podstawówkę (7-12 lat), a my pełnimy raz dyżur w jednej grupie, raz w drugiej. Dyżur u maluchów wiąże się z dyżurem w kibelkach, co oznacza zaganianie malców na siku, do mycia rąk po skorzystaniu z toalety, zmianę ewentualnych osiusianych czy okupkanych gatków (najlepszym się zdarza), a także sprzątanie toalet na koniec dyżuru i pilnowanie by ręczniki i papiery toaletowe były zawsze, gdzie być powinny. Szanuję to, że tu używają zwykłych materiałowych ręczników do wycierania rąk. Sprzątania nie szanuję, bo dla mnie psiukanie szprajem i wycieranie JEDNĄ szmatką wszystkiego po kolei to dla mnie jest jakieś nieporozumienie... Czyszczenie w ten sposób na szybciora doraźnie stolików, drzwi czy innych takich okej, ale kibli...? Hm...Na szczęście (choć tylko ja tak uważam, co oczywiście przezornie przemilczałam)  na zebraniu podano najnowsze wytyczne, które zakazują używania szprajów nakazują od teraz używać wiadra z wodą i produktem i, o z grozo, wylewania tej wody po jednym sprzątaniu... Belgia w kwestii podejścia do higieny i sprzątania to temat na książkę... To powyższe to tylko, jak nadmieniłam, doraźne sprzątanie, więc nie rozczulam się nad tym zanadto. Świetlica ma sprzątaczkę, która przychodzi kilka razy w tygodniu i ogarnia cały lokal. Jest w miarę czysto (w standardach belgijskich - Polki by na zawał zeszły pewnie, jakby się tylko mogły lepiej po kątach rozejrzeć). Dla swojego dobra i jakości snu wolę nie znać szczegółów pracy sprzątaczki. Przez 7 lat widziałam i słyszałam wystarczająco.

Wróćmy lepiej do dzieci.

Rano my wychowawczynie schodzimy się przed siódmą, bo dzieci mogą być odstawiane do nas od siódmej. Czasem rano mamy kilkoro, innym razem kilkanaście dzieci. Które chce i ma ze sobą, może zjeść śniadanie. Każdy może się bawić, rysować, poczytać książkę, czy pobiegać po podwórku, o ile nie pada oczywiście. 

Obie grupy mają cały czas do dyspozycji kredki, kolorowanki, różne gry planszowe, najróżniejsze klocki. Są 2 kąciki ciche (domek, maty, poduszki), jest stół do piłkarzyków, jest kącik dinozaurów, klocków magnetycznych, kącik domowy (lalki, kuchenka, etc). 

Przed ósmą rano włączamy z płyty piosenkę sprzątaniową. Dzieci wiedzą, że to oznacza czas zbierania zabawek i odstawiania wszystkiego na miejsce. Gdy sprzątanie jest zakończone, pada komenda "bierzemy tornistry" i po chwili (i kilkunastu upomnieniach) dzieci z tornistrami są gotowe do wyjścia z sali na korytarz będący jednocześnie szatnią, w której dziatwa zakłada ewentualne kurtki i kamizelki odblaskowe. Sprzątnie oczywiście rzadko kiedy przebiega sprawnie, bo zawsze znajdzie się ten, komu się nie chce, a czasem wybuchnie przy tym kłótnia, ale zasady są jasne "sprzątają wszyscy" "dopóki nie jest posprzątane, nie wychodzimy" "gdy brakuje części gry, zabawki, ta rzecz znika na jakiś czas z dostępnych (pani chowa do szafy), co wydaje się całkiem niezłym pomysłem. Dzieci nie chcą się spóźnić do szkoły, bo z tego wynikają kłopoty, co też je motywuje. Oczywiśćie zwykle jest wystarczająco czasu na użeranie się ze sprzątaniem, więc raczej niewielka szansa jest, że faktycznie mogli by się spóźnić, ale oni wcale nie muszą tego wiedzieć.

Do szkół jest bliżej niż mi się wydawało. Nie ma nawet pół kilometra. Z każdą grupą idzie co najmniej 2 opiekunów. Gdy odprowadzimy dzieci, wracamy do świetlicy, by pogasić światła, zanotować nas czas wyjścia i wychodzimy, by wrócić po południu. 

Wtedy procedura jest odwrotna. Idziemy po dzieci do szkół, by je przyprowadzić do świetlicy. Popołudniami jest o wiele więcej dzieci niż rano. Największe grupy są zwykle w czwartki i wtorki. Czasem z nami idą dzieci, które mają po lekcjach zajęcia w akademii muzycznej, z którą dzielimy budynek. 

Dzieci czekają na nas na szkolnych podwórkach stojąc mniej lub bardziej w jednej grupie. Każde dziecko trzeba za każdym razem zapisać (a potem wypisać, gdy rodzic po nie przyjdzie, bo na tej podstawie wystawiane są faktury). Mamy do tego specjalną aplikację, która umożliwia skanowanie kodów (każde dziecko ma specjalny breloczek zawieszony u tornistra) lub wyszukanie po nazwisku czy imieniu. Gdy skanowanie się zakończy, wyruszamy. 

Dzieci maszerują w parach. Każdy przedszkolak idzie w parze z dzieckiem z podstawówki (nie zawsze chętnie). Słabsze dzieci, np z jakąś niepełnosprawnością, czy zaburzeniem idą zaraz za panią na samym przedzie. Najmłodsi, czyli dwulatki często prowadzone są przez panie za rączkę. Przed każdym przejściem dla pieszych grupa się zatrzymuje i czeka, aż pani niosąca tablicę stop zatrzyma ruch i da znać, by przechodzić. Każda pani i każde dziecko nosi oczywiście kamizelkę odblaskową.

Po dotarciu na plac pod świetlicą przedszkolaki ustawiają się w jednym rzędzie, starszaki w drugim. Wszyscy zdejmuja kamizelki odblaskowe i chowają do tornistrów (by się nie pogubiły). Najpierw wchodzą do środka przedszkolaki z jedną opiekunką i zdejmują kurtki, a tornistry odstawiają na specjalne półki. To samo robią po chwili starszaki, tylko tornistry odstawiają w innej części świetlicy. Potem maluchy są zaganiane do łazienki, by każdy zrobił siku i umył ręce. Potem mogą (ale nie muszą) zjeść ciasto, czy owoc, jeśli mają ze sobą i gdy mają na to ochotę (to jest ta różnica z poprzednimi świetlicami - tam obowiązkowo siadało się do stołu i każdy dostawał ciastko od wychowawczyni). 

W środę jedzą kanapki, bo w środę wyjątkowo cała Flandria kończy lekcje w południe (w inne dni o 15.30, tak gwoli przypomnienia). Kto nie chce jeść, lub już zjadł, może iść się bawić. Przy tak wyśmienitej pogodzie, jaka była ostatnio, wszyscy obowiązkowo byli od razu wyganiani na podwórko i tam mogli jeść swoje przekąski. Bardzo podoba mi się to, że nie ma zmuszania do jedzenie ani tym bardziej siedzenia przy stole.

Na podwórku jest mnóstwo zabawek: rowerki, hulajnogi, rolki, szczudła sprężynowe, piłki, zabawki do piasku, badminton etc etc. Część podwórka wyłożona jest kostką, część gumowymi płytkami, sporą część zajmuje wielka piaskownica, a najwięszą część stanowi trawnik z górką i krzakami.

W piaskownicy dzieci bawią się na bosaka (jeśli chcą, a większość chce), buciki i skarpety zostawiając na trawniku. Po trawie też mogą ganiać na bosaka. Gdy wracają na płytki, muszą założyć buty, co ma chronić trochę ich stopy w razie ewentualnego przejechania hulajnogą po ich stopach przez jakiegoś szalonego kolegę. To jest super, ale trochę mnie wstrzącha, gdy patrzę, jak dzieciaki wkładają skiepy na opiaszczone i brudne stopy... Mnie to jedno ziarno piasku w bucie do szału doprowadza, a co dopiero całe kupy piachu, liści i co tam się do stopiszcza przyczepi. Brrr! Niemniej jednak fajnie patrzeć na te bose upiaszczone stopki tuptające wkoło, na te ganiające za piłką z rozwianym włosem dzieciaki. Brudzą się, rozdzierają o krzaki ubrania, turlają po trawie, przewracają, spadają... Nie rzadko zdarza się otarte kolano, czasem pojawi się śliwa na czole i popłynną łzy, a potem trzeba siedzieć chwilę grzecznie z lodem przy czole i pokazywać wszystkim plasterek, ale dzieci są wyraźnie szczęśliwe i zwykle dobrze się bawią. W piątek jedna dziewczyna wytrąbiła się na plecy z deskorolki tylko zadzwoniło. Chwilę nie mogła złapać tchu. Pomagałam jej trzymać lód przy plecach. Co chwilę pytałyśmy o jej samopoczucie, by w razie co, dzwonić po rodziców, bo nigdy nic nie wiadomo. Po dłuższej chwili zaprowadziłam ją do środka, gdzie spoczęła na miękkiej kanapie koło innej dziewczynki, którą bolał brzuch i miała mdłości. Czytały sobie komiksy w spokoju. Tę z żołądkowymi problemami dosyć szybko odebrała mama. Ta poobijana po godzinie przyszła na podwórko i po chwili zaczęła jeździć na hulajnodze, na co kolega oświadczył - No widzisz, mówiłem, że szybko takie rzeczy przechodzą (wcześniej dzielili się całą ekipą podobnymi doświadczeniami).  Chłopiec z trzeciej przedszkola tego samego dnia obdarł sobie plecy. Skubany nawet wiele nie płakał, a jak po chwili kazałyśmy mu pokazać i zobaczywszy wielką czerwoną sznitę, spytałyśmy, czy nie boli, ten tylko machnął ręką i wskoczył na rowerek. Reakcja jego taty była podobna, gdy koleżanka mu potem oznajmiła - machnięcie ręki i "ojtam".

Na podwórku mamy też ławki i stoliki. Jeśli dzieci chcą, mogą poprosić panią o kredki i kolorowanki albo gry planszowe, a w środę nawet farby i cieszyć się takimi spokojnymi zajęciami pod gołym niebem. W środę, gdy dzieci dłużej siedzą w świetlicy, wynosi się też stoliki i krzesełka z sali.

Ogólnie podobają mi się zasady i metody pracy tej świetlicy oraz podejście do dzieci. Zaobserwowałam, że panie tu ogólnie niezbyt dużo bawią się z dziećmi, bo dzieci całkiem dobrze bawią się w swoim towarzystwie, ale czasem ktoś - moim zdaniem - potrzebuje uwagi i zainteresowania wychowaczyni... Ja w każdym razie lubię się bawić z dziećmi i nie zamierzam z tym walczyć. 

Po tych kilku dniach już udało mi się zawiązać pierwsze nici porozumienia z niektórymi młodymi ludźmi i to zarówno wśród krasnoludków jak i tych trochę więszkych ancymonków. Jest tu kilku łobuziaków i już ich lubię, bo ten rodzaj łobuzerstwa, gdzie oczy się radośnie świecą, główka pracuje, a buzia się nie zamyka. Grzeczne ułożone posłuszne dzieci są dla zwyklaków i looserów. Ja wolę wyzwania i lubię pod prąd... Oczywiście w granicach rozsądku.

Okazało się, że (jakby inaczej) jest u nas jedno polskie dziecko, a panie genialnie opowiedziały mu, że do świetlicy przychodzi polksa juf, a potem jeszcze na domiar złego przedstawiły mnie temu dziecku! Nie lubię! NIE, nie chodzi o dziecko. Dziecko lubię. Dziecko jest bardzo fajne i sympatyczne. 

Irytuje mnie jednak nieodmiennie fakt, że Belgom się wydaje, iż my obcokrajowcy o niczym innym nie marzymy, jak o spotykaniu swoich rodaków. No, dla dziecka to napewno fajne, ale szkoda iż nikt nie pomyślał o konsekwencjach, że jak dziecku powiesz oficjalnie, że pani mówi też po polsku, to ono będzie chciało potem z tą panią w tym języku gadać non stop, a ty i ono potem dostaniecie ochrzan, bo przecież jest obowiązek mówienia po niderlandzku... Ech. 

Tak czy owak polska juf jest tu swoistą atrakcją dla dzieci. Nie zliczę, ile razy w tym tygodniu usłyszałam pytanie "Ben je de Poolsce juf?" (czy jesteś polską panią). Niektórzy prosili też, by coś po polsku powiedzieć.  

Juf mówi się tu zarówno do nauczycielek jak i pań ze świetlicy. Poza tym dzieci często mówią do nas zwyczajnie po imieniu, co w Belgii też jest rzeczą zwyczajną i co mi bardzo odpowiada. Nie ważne, czy masz 12, 25, czy 60 lat, jeśli już trochę znasz się z dzieckiem, to ono będzie mówić do ciebie po imieniu. 

Grupa dziewczyn poprosiła, abym powiedziała po polsku, jak mam na imię, a potem poinformowały mnie, że jedna z nich jest z Maroka i mówi po arabsku. No więc ja też kazałam jej się po arabsku przedstawić. Piękny to język, ale ni cholery nie potrafiłam powtórzyć, tego co ta młoda powiedziała. Arabski to jeden z języków, którego chciałabym się móc nauczyć choć trochę...



Jak już powiedziałam na wstępie, ten pierwszy tydzień nowej pracy minął mi dosyć szybko. Jednakowoż bardzo się cieszyłam, kiedy nadszedł piątkowy wieczór i mogłam wrócić do domu. Po przyjściu do domu codziennie we łbie mam tłoczną autostradę -  szum słyszę z godzinę albo i dłużej. Po tych pięciu dniach mogę rzec, iż dobrze się tam czuję, tak zwyczajnie. W ogóle nie mam uczucia, że to dla mnie całkiem nowa praca, a tylko że nowe miejsce i nowi ludzie. Jednak i to mnie nie niepokoi, jak należało by się spodziewać po nowej pracy. Po prostu czuję i myślę: okej, muszę ich wszystkich poznać, zapamiętać ich imiona, cechy charakterystyczne, zrozumieć i zapamiętać rządzące tym miejscem zasady i się do nich dopasować najlepiej jak potrafię. 

Nie wszystko jednak jest cukierkowo w tych moich odczuciach wobec tej pracy, tego miejsca i siebie na tym tle. Po tych kilku dniach już zdążyłam zmarkować, że jestem inna, że odstaję, że nie jestem jak one, te moje koleżanki...  i nigdy nie będę... 

Niby to żadna nowość, ale niestety dla mnie to za każdym razem jest dosyć przykre odkrycie, bo jednak chyba podświadomie ciągle mam nadzieję, ciągle się łudzę, że kiedyś odnajdę się wśród normalnych ludzi i poczuję wspólnotę, że będę rozumieć innych i przez nich będę rozumiana...

I nie, absolutnie tu nie chodzi o język, ani o pochodzenie, a tylko i wyłącznie o to kim jestem i jaka jestem, a jestem normalna inaczej i w takich sytuacjach odczuwam to wyjątkowo boleśnie. Uświadamiam sobie też od razu, dlaczego praca na sprzątaniu była dla mnie świetna. Tam mogłam pracować zupełnie sama i nie musiałam ciągle udawać normalnej ani z nikim się przymusowo socjalizować. Teraz znowu muszę wybrać, czy lepiej dla mnie będzie pozostać sobą i kontakty z koleżankami ograniczyć strikte do wspólnej pracy, mając w głębokim poważaniu co omnie będę mówić, czy zacząć znowu z uwagą obserwować ludzi i spróbować ich naśladować w poczynaniach, nakładając codzień maskę grać rolę normalsa, a może próbować balansować gdzieś na granicy...? Po 47 latach doświadczenia w próbach (zawsze nieudanych) dopasowywania się do innych jestem niemal pewna, że opcja druga i tak się nie powiedzie. Jedno jest niemal pewne - pod tym względem będzie zawsze mi trudno i zawsze będę odczuwać dyskomfort psychiczny, zawsze coś tam będzie niemiło pod czachą łaskotać, bo jednak chciałabym być rozumiana i w pełni akceptowana taką jaką jestem... autystyczną, normalną inaczej, sobą samą.

Ważne, że z dziećmi się dobrze dogaduję, że umiem się bawić, że je rozumiem, że jestem niebywale empatyczna, kreatywna, pomysłowa, cierpliwa i mam duże poczucie humoru kompatybilne z dziecięcym.  W tej pracy to chyba jest najważniejsze. Kontakty z koleżankami i rodzicami wystacrzy jak będą w miarę dobre, nie muszą być zajebiste. Od jakiegoś czasu podejrzewam nawet nieśmiało, że jedno drugie wyklucza. Jeśli świetnie dogadujesz się z dorosłymi, z dziećmi już tak dobrze nie pójdzie i na odwrót.

Było nie było moje Wszystkie Trzy Dzieci systematycznie powtarzają, że ja jestem najleszą mamą na świecie i że wszyscy koledzy im takej mamy zazdroszczą. A ja nie jestem wszak jak inne mamy... Z czego wniosek, że

zdecydowanie nie muszę być jak inne panie ze świetlicy

mogę przecież być po prostu sobą


Jak będzie w rzeczywistości, wyjdzie w praniu.

w drodze do pracy 


W minionym tygodniu odebrałam kolejną dawkę Decapeptylu, co oczywiście mnie osłabiło dosyć, ale dałam rady. Wydaje mi się też, że już jakby mniej mi to dowala, niż na początku. Moje ciało wyraźnie się w czasie wakacji zrechabilitowało. Wróciły mi siły i ogól nie zdrowie się poprawiło. Wraz z Decaptylem wybrałam drugą dawkę szczepionki przeciwko żółtaczce, co ma mi dać odporność na całe życie. Jeszcze heheszki w temacie szczepionek... Na zebraniu pracowniczym nasza szefowa przeleciała z grubsza ostatnie nowinki około świetlicowe wysłane wszystkim pracownikom naszej firmy "z góry". Stało tam m.in. że w ostatnim czasie znacznie zwiększyła się liczba zachorowań na odrę i że zalecają sprawdzenie swojej karty szczepień oraz w razie co się zaszczepienie... W tym miejscu dziewczyny zaczęły o tym rozmawiać, zastanawiać się, która ma szczepionkę, która chcę się zaszcepić... a wtedy szefowa czyta dalej, że niestety ze względu na duże zainteresowanie szczepionek brakuje. No to zaczęłyśmy się śmiać. Na końcu jednak stało, że ludzie podlegajacy pod "opiekę", czyli np my pracownicy świetlicy mogą kupić takie szczepionki na specjalne zamówienie. 

Mój rocznik chyba nie był szczepiony na odrę i nawet miałam poprosić od razu lekarkę o zrobienie testu na przeciwciała, ale oczywiście że zapomniałam... Następnym razem może się uda niezapomnieć. 

Póki co Młody przyniósł ze szkoły jakiś wirus żołądkowy i podzielił się z Tatą, którego choróbsko rozłożyło na parę dni. Cały zeszły weekend praktycznie z kibla nie wychodził i w ogóle ledwie zipał, bo gorączka mu dowaliła niezdrowo. Było tak źle, że nawet do lekarza poszedł po zwolnienie. No, oczywiście nie zgodził się na tydzień zwolnienia, a tylko dwa dni wziął, a potem poszedł i walczył ze słabizną. 

Moja odporność chyba wróciła do normy (o ile w ogóle kiedykolwiek od niej odbiegała ;-) ), bo tylko z raz na kibel poszłam i przez dwa dni czułam cegły w brzuchu oraz lekki stan podgorączkowy, co świadczyło wyraźnie o tym, że wirus coś tam kombinował w tajemnicy, ale takie błahostki nie dla mnie, panie. Rak mi ciągle nie dał rady, to byle sraczka nawet niech nie próbuje. Ja nie mam czasu teraz na chorowanie, bo nową pracę mam. Teraz znowu boli mnie gardło (zmarzło się na skuterze o poranku haha), a spodziewać się należy, że przez najbliżse miesiące skolekcjonuję wszystkie możliwe wirusy nękające gównażerię w sezonie jesienno-zimowym. Wierzę jednak, że diabli swojego nie wezmą, a jak wezmą to jeszcze prędzej oddadzą buachacha.

Młody miał w tym tygodniu dzień sportu. Zajęcia odbyły się na terenie szkoły, ale były dosyć szalone... Rugby zdecydowanie Młodemu się nie podobało, co doskonale rozumiem, bo mnie też by się nie podobało. Moim nader skromnym zdaniem to jeden ze sportów dla silnych, ale głupich... choć każdemu wolno uważać inaczej. Wojnę na łuki natmiast uznał za świetną, choć trzy razy został postrzelony i to było nawet dosyć bolesne, jak utrzymuje Młody, ale też zabawa przednia. Strzały oczywiście miały gumowe czubki i młodzież miała ochraniacze na twarz. Sama bym poganiała z takim łukiem za innymi głupkami. To musi być zajebiste. 

foto z instagrama szkoły 



Dziś odebraliśmy gitarę Młodego z naprawy, gdzie zawieźliśmy ją w zeszłą sobotę. Nie znam się na gitarach, ale nauczycielka Młodego uznała, że struny są za nisko, przez co kitowo brzmią. Pan ze sklepu muzycznego to potwierdził pobrzdąkawszy chwilkę. Po czym oznajmił, że nie ma problemu, naprawią to. Mieli zrobić na środę, ale widocznie dużo roboty tam mają i dopiero dziś na popołudniu była gotowa. 

Gdyby komu tu potrzeba było jakiegoś instrumentu albo fachowca do tegoż to polecamy sklep Van De Moer Instruments w Aalst, nie daleko szpitala OLV, w którym miałam radioterapię. (także online  https://www.vandemoer.be/ ). Sklep bardzo fajny, sporo dobrych  instrumentów i akcesoriów muzycznych na miejscu, inne na zamówienie. Obsługa profesionalna i sympatyczna. Zapewniają też sewis dokonywany na miejscy przez fachowców.

Entuzjazm gitarowy Młodego utrzymuje się na wysokim poziomie. W Akademii poznał fajnych ludzi w wieku różnym. Pewien starszy kolega już mu wiele rzeczy podpowiedział i polecił dobrą aplikację na telefon do strojenia gitary, co szczędziło nam hajsu na specjalne urządzenie do strojenia. Odkrył też, że dawna klasowa koleżanka w tym samym czasie ma zajęcia baletu na tym sammym piętrze, więc czasem się widują. Aktualny klasowy kolega tego samego dnia ma lekcje wiolonczeli, tyle że mijają się w drzwiach - gdy jeden kończy, gdy drugi zaczyna. 

A ja zobaczyłam w sklepie muzycznym skrzypce... i aż serce mi mocniej zabiło...

To uzmysłowiło mi, że moje marzenie z młodych lat, by umieć na tym grać się nie przeterminowało. Niestety. Smutno mi się zrobiło, że nie mam na to czasu, pieniędzy ani głowy. Gdybym tak jednak srała pieniędzmi, zapisałabym się mimo wszystko do Akademii by choć spróbować, by choć Wlazlkoteknapłotek się nauczyć... ale lekcje dla dorosłych nie są niestety takie tanie jak te dla małolatów, przeto marzenie musi nadal pozostać marzeniem.





Zmęczona jestem dziś. To był dosyć stresujący i emocjonujący tydzień. Łeb mi niemal rozsadza. Rano aż nurofenem musiałam się ratować, bo kiepsko było. 

Muszę na środę przygotować jakieś zajęcia dla przedszkolaków, co jest trudne, bo nie wiem nic o zwyczajach zajęciowych, zainteresowaniach tamtejszych dzieci ani historii zajęć środowych. Nie wiem, co wybrać, bo nie za mało znam świetlicę, co mnie bardzo denerwuje i przez co jestem dosyć skołowana. Za dużo na raz jak dla mnie. 

Nie mam też jeszcze pomysłu jak będę znajdować równowagę i wietrzyć umysł po całym tygodniu pracy w świetlicy przeplatanej ogarnianiem swojej codziennej życiowej kuwety. Wiem tylko, że muszę szybko jakiś sensowny plan wymyśleć zanim za dużo się nazbiera i mnie rozsadzi.

Potrzebuję też czasu, żeby wejść w rytm pracy w szalonych godzinach. Kurde wracając do domu o dziewiątej i myśląc o tym, że za parę godzin trzeba wracać do pracy i że tak już bedzie przez cały ro,  trochę dziwnie się czuję. Boję się, że któregos dnia zajmę się codzienymi sprawami i zapomnę pójśc do świetlicy. Nastawiam sobie przypominajkę w telefonie. Ja nie mam teraz zupełnie poczucia czasu, co znacznie sytuację komplikuje. Mózg mi się zupełnie wyłącza czasem i działa na autopilocie, co ma swoje plusy, ale też wiele minusów. Chwilę potrwa zanim się wdrożę w ten system. Choć na sprzątaniu też czasem wracałam do domu na południe, to to jednak była godzina przerwy czy dwie, a nie sześć, jak teraz. 

Póki co trzeba konczyć to klepanie klawiatury i iść coś zeżryć. Rano placki proziaki zrobiłam i chyba jeszczde parę zostało, to zrobię sobię sobie poprawkę z tego rarytasu dla ubogich. Nawet dobre mi sie udały, co nie zawsze się zdarza. Smażyłam je na patelni bez tłuszczu, więc wyszły prawie jak z blachy na kuchni kaflowej. Nawet jak to "prawie' robi trochę różnicę...

Ale żem ciekawa, ile osób wie, co to w ogóle są placki prozioki… 😅 Ilu z was jadło kiedykolwiek tą wykwintną potrawę?

placki proziaki