Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypowiedzenie umowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypowiedzenie umowy. Pokaż wszystkie posty

8 czerwca 2024

Niby nic nie robię a wciąż tyle się dzieje

Pozostał mi jeszcze jeden tydzień stażu. W środę ma zjawić się szkolna mentorka na ostatnią ewaluację. Muszę zatem zabrać się za opisanie moich ostanich zadań, bo gdzieś na przypadkowych karteluszkch się walają. Chęci jakoś zabrakło, by to systematycznie robić, no bo zawiódł  mnie ten kurs i moje ciało mnie ciągle zawodzi i wkurza, co znacznie przygasiło entuzjazm, z jakim wyruszałam w tę drogę. 

Cieszę się, że już widać koniec i że już prawie wakacje. Potrzebuję odpoczynku i to bardzo. Znowu nienormalne i niepokonywalne zmęczenie mi towarzyszy każdego dnia. Wystarczy, że coś więcej zrobię i już padam na ryj i wszystko mnie boli. Znowu śpię po 10 godzin i wstaję zmęczona. Znowu mnie wszystko irytuje i znowu rano po schodach tyłem schodzę, bo do przodu się nie da z powodu bólu stawów. Diabli mnie od tego biorą, no!

W tym tygodniu spodziewaliśmy się wykluwania kurczaczków, w związku z tym próbowałam przygotować ogród na ich przybycie. Kupiłam dwie pięciometrowe rolki taśmy ogrodniczej, by uszczelnić ogrodzenie, żeby nam cipczaki nie uciekły. Oczka siatki są bowiem duże, a cipczaki malutkie i spokojnie się zmieszczą. Najgorzej jakby do sąsiadki się przedostały, bo tam by zginęły pewnie w psiej paszczy. Falcon może by im nic nie zrobił. Cane corso to co prawda ogromne bydlę z wielką paszczą, ale raczej przyjazne. Heniek raz się do niego jakimś cudem przedostał i tamten tylko patrzał na niego zdziwiony. Sąsiadka przyszła i powiedziała, że kogut u niej jest... Po Athenie jednak spodziewałabym się najgorszego, jeśli idzie o kurczaki. To młody i dosyć dziki owczarek belgijski. Dlatego próbujemy zabezpieczyć naszą posiadłość możliwie jaknajlepiej.


Rozciąganie tej taśmy okazało się trudniejsze niż przewidywałam. Pierwszego dnia wystroiłam się w kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe, by czołgać się pod tujami w miarę bezpiecznie, czyli jak najmniej się podrapać i uniknąć robali i kłujących suchych gałązek za ubraniem. No i by się nie wypaprać za bardzo, bo przecież u nas padało kilka miesięcy i ziemia jest mokra. 

Technika była dobra, ale upociłam się w tym kostiumie jak świnia. Koszulka i spodnie były całe mokre, gdy skończyłam robotę w pierwszym dniu. Mój plan był bajeczny - ot postawię rolkę z jednej strony ogrodu i będę sobie tę taśmę za tujami przeciągać wzdłuż siaty wczołgując się pod kolejne tuje. Nie wzięłam jednak pod uwagę drobnego szczególiku, a mianowicie, że niektóre prawie wszystkie tuje mają nisko gałęzie, które przerosły przez siatę na drugą stronę (do sąsiadki) i te gałęzie urozmaicone jeszcze cholernym pnączem blokują drogę dla taśmy pomiędzy drzewem a siatą, czyli że nie można jej ot tak sobie przeciągać. Najsampierw trzeba sobie utorować drogę wyciągając gałązki z siatki i wypychając je do góry albo ucinając sekatorem czy piłką (zależnie od grubości) oraz wydzierając te piekielne znienawidzone pnącza.



W rezultacie to bajecznie proste rozwijanie taśmy zajęło mi parę godzin z jednej strony ogrodu. Ostatnie  parę tuj było zbyt gętych, więc postanowiłam zmienić taktykę i tę część objechać drobną siatką od przodu, ale najpierw trzeba było kupić ową siatkę, ale ja już musiałam się wykąpać i iść do świetlicy. Poszłam zmęczona i podrapana, bo kurtka się podciągnęła do góry na rękach... Ale też zadowolona i usatysfakcjonowana z dobrze wykonanej roboty. Na drugi dzień z rańca pojechałyśmy z Młodą po siatkę i drugą rolkę taśmy. Z siatką poszło łatwo. Przytwierdziłam ją na trytki na początku do siatki, a dalej do tuj i na końcu do muru. Z tym ostatnim to już Małżonek pomógł, gdy wrócił z roboty.



 Druga strona ogrodzenia wydawała się łatwiejsza, ale w praktyce była równie upierdliwa i znowu musiałam się czołgać pod tujami i dokonywać skomplikowanej ekwilibrystyki, by dosięgnąć piłką albo sekatorem do żądanej gałęzi przez kłujące tuje, a potem tam z tyłu przepychać tę plastikową taśmę ogrodniczą. Tym razem odpuściłam łachy przeciwdeszczowe, bo było za gorąco, przeto jeszcze bardziej mnie pieroństwo kolaczaste podrapało. Człowiek myśli, że tuja to takie milutkie drzewko, dopóki nie spróbuje francy zatakować sekatorem... Ilekroć przycinałam nasz żywopłot, zawsze byłam podrapana. Nie ważne, czy walczyłam nożycami zwykłymi czy elektrycznymi, czy miałam bluzę, czy tylko koszulkę... To drapie i przez ubranie. Nie zmienia to faktu, że lubię przycinać żywopłot i nieukrywam, że teraz bardzo mi tego brakuje. Niestety nie nawojowałabym teraz zbyt nawet z elektrycznymi nożycami, bo z jednej strony mam uszkodzony ramień, z drugiej obolałe miejce po cycku. Już teraz po walce z ogrodzeniem czuję tę cholerną bliznę, jak ciągnie...



Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym będę mogła poszaleć z nożycami do żywopłotu...

Z kupionych jajek wykluło się 4 kurczaczki. Na razie siedzą w kurniku z mamą. Wstawiliśmy im tam pojemniczek z paszą i z wodą. Dziobią i piją. Wędrują po kurniku w pobliżu Mamy-Sunny.






W czwartek byłam u kardiologa w prywatnej przychodni, bo tam mnie umówili w rejestracji szpitalnej. Pani doktor obejrzała i osłuchała moje serce za pomocą różnych urządzeń: EKG, echo... Musiałam też pojeździć rowerkiem z przyczepionymi do ciała kabelkami. Nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości. W sercem jest wszystko w porządku. Zatem dziwne zachowania serducha wynikają pewnie ze zmęczenia, niespania, stresu... Myślę zatem, że gdy skończę kurs i trochę odsapnę, wszystko wróci do normy.


Najstarsza też była u kardiologa, tyle że ona była w szpitalu, ale i u niej niczego nieprawidłowego nie stwierdzono. Ona ma jednak w przyszłym tygodniu pojechać po holter, by monitorować pracę serca przez cały dzień. Miejmy nadzieję, że i to nic niezwyczajnego nie zanotuje i że u niej też jest wszystko okej, a problemy są wynikiem stresu... 

Od mojej choroby wszyscy jakoś teraz bardziej martwią się swoim zdrowiem i każda nieprawidłowość budzi niepokój, bo łepetyny od razu najczarniejsze scenariusze przedstawiają... Pewnie jeszcze trochę czasu minie, zanim wszystko się ustatkuje i człowiek przestanie się bać potworów spod łóżka.

Dobrze jednak, że mamy możliwości, by od razu z każdym problemem pobiec do lekarza, by zrobić szybko potrzebne badania i rozwiać niepokoje. No i tak sobie myślę, że kiedyś, gdyby jakieś problemy z tym czy tatmtym organem się pojawiły, to w kartotece już będą jakieś dane, będzie można porównać wyniki...

Takie badanie u kardiologa kosztowało mnie 30€, czyli niezbyt dużo, bo większość pokrywa fundusz zdrowia. A dzięki temu wiem, że wszystko jest w porządeczku.



Po długich oczekiwaniach Młoda otrzymała decyzję z FODu. Uznali jej niepełnosprawność, ale nie przyznanli jej prawa do zasiłku. Zabrakło jednego punktu. Młoda myśli się odwoływać...

Jednak jakieś pozytywy tej niepełnosprawności chyba też są, bo już zaraz na drugi dzień od otrzymania listu z FODu, otrzymaliśmy powiadomienie od dostawcy energii, że przysługuje nam teraz socjalna taryfa. Jeszcze nie wiemy, co to dokładnie dla nas oznacza, ale coś się zadziało.

Wypowiedzenie dotarło do szefa Małżonka. Nawet nie srał jakoś specjalnie żarem i nawet dosyć spokojnie do tego podszedł. Bez wydziwiania zgodził się od razu na to, by Małżonek w piątki miał wolne. W Belgii pracownikowi przysługuje bowiem jeden dzień (lub dwie połówki) płatnego urlopu tygodniowo na szukanie pracy, co jest dobrą sprawą.

Szefuncio opowiada jednak do pracowników, czyli kolegów Małżonka, że to głupia decyzja i że Małżonek jeszcze wróci do niego blagać o ponowne przyjęcie do jego jakże wspaniałej firmy. Chłopina dosyć wysokie mniemanie ma o sobie i firmie, no ale to jego problem. 

Małżonek tymczasem już ma nową pracę w firmie, w którą odwiedził zanim podjął pracę w aktualnej firmie, ale coś go wtedy podkusiło, by pójść gdzie indziej... Nowy szef pamięta go oczywiście i cieszy się, że jednak się zdecydował w końcu na jego firmę, która właśnie się rozbudowuje i doświadczony pracownik jest witany z radością. Poczekają na Małżonka spokojnie, aż upłynie okres wypowiedzenia i zatrudniają go bez interimu. Wiele firm tutejszych najpierw zatrudnia pracowników przez interim (pracownicy delegowani) zanim podpisze z nimi umowę. Czy Małżonek ma się z czego cieszyć, okaże się za parę miesięcy...

Póki co ma ból dupy... Niestety dosłownie, bo przez ten ogromny stres ostatnich miesięcy w końcu odezwały się hemoroidy, a to nie są fajne ani miłe rzeczy... Jak do poniedziałku się nie poprawi, pewnie wizyta u lekarza będzie wskazana. 

No i tak, panie, cały czas - jak nie urok to sraczka.


W tym tygodniu dokończyłam z Młodym czytać lekturę. Powtórzę raz jeszcze, że to była zaprawdę dobra książka. Porządny młodzieżowy thriller. W piatek Młody prezentował swoją książkę przed klasą na początek streszczając ją, a potem odpowiadając na pytania, które wcześnej otrzymał mejlem od nauczycielki, czyli np: Która postać najbardziej do ciebie przemawia i dlaczego? Co byś zmienił w książce. Najpiękniejsze 2 zdania z książki. 

Młody wrócił uradowany ze szkoły ogłaszając wszem i wobec, że otrzymał 85% z odpowiedzi. Cieszyliśmy się razem z nim i gratulowaliśmy dobrego wyniku.

Byłam znowu z Najstarszą w VDAB (biurze pracy). Znowu ma nową konsultantkę. Jakie to kurde belgijskie! Jechałyśmy te kilkanaście kilometrów po to by ją poznać i by powiedziała (tak samo jak jej poprzedniczka), że Najstarsza będzie prowadzona dalej przez GTB (dział, który pomaga w szukaniu pracy ludziom niepełnosprawnym albo z innymi tam problemami). Po raz kolejny zapytałam, czy może być prowadzona przez GTB w Dendermomnde zamiast w Asse, bo do tej dupnicy (ASSe) nie ma czym się dostać, bo rowerem trochę za daleko i za wielkie górki, a autobusem czy pociągiem nie ma od nas żadnego połączenia. Poszła się zapytać kogoś i wróciwszy odpowiedziała, że jest to możliwe. Po czym dodała, iż dobrze, że TERAZ o tym mówię, bo potem było by za późno. Bardzo chciałam powiedzieć, że już kilka razy o tym mówiłam i fajnie, że ktoś w końcu słucha, ale się powstrzymałam... Bo pewnie i tak za chwilę wyślą Najstarszej wezwanie do Asse zamiast do Dendermonde... I pewnie znowu wyślą jej tylko esemesem 2 dni przed spotkaniem zamiast pocztą, o co za każdym razem proszę, uzasadnijaąc że niektórzy ludzie  autyzmem nieogarniają elektronicznych powiadomień, a oni za każdym razem odpowiadają, że rozumieją, że oczywiście, że nie ma problemu, po czym wysyłają esemesem lub mejlem.

Tutaj jest sporo możliwości i pomocy dla niepełnosprawnych, ale najsampierw taki niepełnosprawny musi sam się zorientować, kto, gdzie i jak mu może pomóc. Potem się o tę pomoc z 700 razy upomnieć i jeszcze znaleźć kogoś do pomocy, żeby mu pomógł tę pomoc i wsparcie wyegzekwować. Tak że ten....

Czasem mam wrażenie, że jesteśmy Donkiszotami ciągle naparzającymi się z głupimi wiatrakami. Szukasz, prosisz, biegasz, piszesz mejle, dzwonisz, przedzierasz się, poznajesz najróżniejszych ludzi, wypełniasz tony formularzy, chodzisz na dziesiątki spotkań, wydaje ci się, że już tyle zrobiłeś, długą drogę pokonałeś, oglądasz się i wtedy się okazuje, że w sumie to stoisz cały czas w miejscu i nie ruszyłeś ani na krok... A wiatraki machają tymi swoimi skrzydłami, machają i machają.... i nic z tego nie wynika.

Poza tym w międzyczasie jak zwykle próbuję się cieszyć z małych rzeczy a od czasu do czasu palę głupa.

Wreszcie nadeszła pora umiarkowanie sucha, przeto mogę nosić moje wszystkie oczobolne buty i ubrania oraz cieszyć się jazdą skuterem i rowerem, czyli napawać się drogą a nawet zatrzymywać co 5 minut, by robić zdjęcie tejże. 




w takich portkach nie chodzę, bo mnie bolą…
 mierzyłam je tylko niewiempoco

Ścieżki rowerowe przemierzone w tym tygodniu na skuterze (w BE motorowery klasy A poruszają się obowiązkowo po ścieżkach rowerowych). 














Trafiłam na zakończenie lekcji, co oznacza mrowie szkolników na rowerach…

„ulica szkolna”







1 czerwca 2024

Minął maj i znowu jestem o rok starsza

Minął kolejny tydzień, a w Belgii ciągle pada i pada. Do tego dziś termometry pokazują zaledwie 15 stopni. Ciulowo. 

Miniony tydzień dla mnie był w miarę spokojny. Za to Małżonek funkcjonuje w ogromnym stresie. Przez cały tydzień szef się do niego nie odzywał i traktował go jak trędowatego. Do tego naopowiadał o nim jakichś niestworzonych głupot pozostałym pracownikom, przez co większość kolegów też spode łba na niego spogląda. Tak oto nagradzają Małżonka za kilka lat ciężkiej pracy. Nie wiadomo nawet o co frajerowi zwanemu szefem się rozchodzi. Wygląda na to, że facet zdecydowanie potrzebuje dobrego terapeuty... a może już na nogi się powinien leczyć, bo na głowę za późno.

Pora złożyć wypowiedzenie

Najgorsze jednak jeszcze przed Małżonkiem, bo dziś wysłał pocztą wypowiedzenie. Okres wypowiedzenia wynosi w jego przypadku 9 tygodni, a to strasznie dużo czasu na gnojenie człowieka. Tymczasem z opowiadań Małżonka wiem, że tam nawet ludzie odchodzący na emeryturę po przepracowaniau całego życia w tej firmie byli traktowani bardzo źle, gdy oświadczali, że nie zamierzają pracować ani godzinhy dłużej niż wymagane, czego od nich oczekiwano, bo ludzi do roboty brakuje... Jego obawy są zatem, moim zdaniem, słuszne, bo szefostwo to okropne prostactwo bez ogłady, bez zasad i bez skrupułów. 

Mimo wszystko mamy cichą nadzieję, że chłop jednak stanie na wysokości zadania i przyjmie wypowiedzenie choć z odrobiną godności i zwyczajnie pogodzi się z tym faktem bez robenia scen niczym zmanieryzowana pizda w chujogniotach. Niestety mamy podstawy do obaw, że będzie wprost przeciwnie i że gościem zawładną najniższe instynkty...

Na tę drugą okoliczność jest plan B, który przewiduje przeczekanie okresu wypowiedzenia na zwolnieniu lekarskim a na sytucję całkiem złą jest też plan C przewidujący zagranie ich kartami, czyli np wizytę w związkach zawodowych i nasłanie na nich wszelakich możliwch kontroli, co biorąc pod uwagę wszystkie błędy, niedociągnięcia, cygaństwa i braki mogło by się zakończyć nawet upadłością. Małżonek uważa jednak, że i bez tego dni tej firemki są już policzone. Jeśli on odejdzie, a za nim ci wszyscy, którzy z takim zamiarem się rzekomo szykują to i tak popłyną jak woda w klozecie, bo nie będzie komu robić. Małżonek ostatnio po odejściu kilku dobrych pracowników na emeryturę robił tam co najmniej za trzech, bo nikt sensowny na tamtych miejsce jak dotąd się nie pojawił. Przychodzą jakieś jełopy na A1, którzy albo nic nie umieją, albo nie chce im się robić i po kilku dniach czy tygodniach odchodzą. W Belgii brakuje bowiem fachowców. Jest to ogromny problem wielu firm i lepiej raczej nie będzie, a tylko z każdym rokiem gorzej.

W takiej sytuacji złe traktowanie pracowników jest tym bardziej niepojęte, ale co zrobisz? Bok se wyrwiesz? Trzeba będzie przetrwać jakoś ten trudny okres z nadzieją, że kolejnej firmie będzie lepiej. Gorzej raczej już nigdzie nie będzie. 

Świetlica jak dobrze (nie)działa.

U nas w świetlicy też dosyć niepojęte rzeczy się dzieją. Mi to tam równo w paski, ale ogólnie sprawa jest, delikatnie mówiąc, dziwna...

Gdy w piątek zaszłam do świetlicy wraz z nową koleżanką-zastępczynią, korytarz zawalony był różnymi gratami wyglądającymi na własność jakiejś firmy budowlano-remontowej. Nie wiedziałam, co tam kto zamierza remontować, czy budować i koleżanka też nie wiedziała. Nikt nie mówił nic o jakimś remoncie, a nasza świetlica znajduje się na piętrze i ma osobne wejście. Korytarz, na którym zalergały te wszystkie graty oraz wszystkie pomieszczenia, do których prowadzi, należą tylko i wyłącznie do świetlicy. Tak mi się przynajmniej wydawało do poniedziałku. Gdy przyszłam w poniedziałek na staż, zastałam tam moją szefową i jej mamę zasuwających w pocie czoła przy sprzątaniu i porządkowaniu gartów świetlicowych.

Okazuje się, proszę ja was, że nasz magazyn (dawna szkolna klasa, czyli duże pomieszczenie) jest właśnie przerabiany na salę dla żłobka. Żłobek znajduje się pod naszą świetlicą, należy do tej samej sieci i właśnie się rozbudowuje zajmując część dotychczasowej świetlicy dla dzieci szkolnych...

Tak jeszcze tytułem wyjaśnienia - do żłobków w Belgii chodzą dzieci od 0 do 2 i pół roku. Od 2 i pół do 12 lat chodzą do świetlic pozaszkolnych.

Tam gdzie do piątku był nasz snoezelruimte, czyli sala spokoju (zaciemniony pokój z domkiem pełnym poduszek, kanapą, materacami, w którym dzieci mogły odpoczywać, zdrzemnąć się, wyciszyć) teraz jest nasz magazyn, a reszta rupieci typu artykuły i materiały plastyczne powendrowało do jednej z 2 klas. Dokładnie to tylko w części snoezelruimte jest magazyn, bo część zabrano na korytarz, który musiał zostać wydłużony żeby prowadził do nowych drzwi do nowej sali żłobka.

Najśmieszniejsze dla mnie jest to, że w środę dokładnie całe snoezelruimte sprzątałam. Wywaliłam wszystko na środek, wyczyściłam kaloryfery w środku, umyłam materace dokładnie, nawet od spodu... no, wypicowałam na błysk. A w sobotę snoezelruimte przestało istnieć! Moja robota była totalnie bezsensowna. Zmarnowałam siły i czas, który mogłam poświęcić na zabawę czy jakieś zajęcia z dzieciakami. 

Szefowa dowiedziała się o planach rozbudowy kilka dni wcześniej. W związku z czym cały weekend zapitalała ze swoją mamą (starszą już panią) od świtu do nocy przenosząc wszystkie klamoty i próbując doprowadzić świetlicę do stanu jako takiej używalności. W moim mniemaniu to jest chore: zero informacji, zero porozumienia, zero pomyślunku czy choćby namiastki odpowiedzialności i szacunku dla drugiego człowieka. No przecież taki plan rozbudowy nie powstał z dnia na dzień, tylko musiał być znany najpóźniej na początku tego roku. Dlaczego nikt o tym nas nie poinformował? Nie że tam mnie, ale mojej koleżanki, mojej szefowej, czy szefowej szefowej (bo ta wyżej też nie wiedziała)...? Nie zgadniesz tego. Nie zrozumiesz tym bardziej.

W związku z powyższym w naszej świetlicy pracowało się w tym tygodniu dosyć ciekawie. Jedna sala, przez którą dzieci przechodzą w drodze ze szkoły (z niej mamy drugie wejście od strony szkolnego podwórka), jest zawalona jeszcze różnymi randomowymi rupieciami, które jeszcze nie znalazły swojego stałego miejsca albo czekają na przewóz do innej świetlicy. Na korytarzu zalegają różne rupieci robotników i materiały potrzebne do przebudowy. Plus oczywiście tony kurzu i innego syfu, jak to przy remoncie. Tymczasem dziatwa musi cały korytarz przejść, by dotrzeć z sali do toalety i z powrotem. Trzeba ich pilnować, bo ciekawią się tym wszystkim, co leży na korytarzu i chętnie by się tym pobawiły... Noszą też cały ten syf do naszej sali, gdzie przecież bawią się często leżąc, siedząc czy pełzając po podłodze. Wszystko jest też przykurzone... Jednym słowem warunki pracy mamy zajebiste. No a na to nałożyła się nieobecność koleżanki i co jeden dzień, to kto inny miał dyżur. Dla dzieci to denerwujące i niefajne. Każda pani ma trochę inne zasady. Do tego zastępczynie nie znały tej świetlicy, bo były tu po raz pierwszy, więc to ja musiałam im wszystko tłumaczyć, co i jak, gdzie i kiedy. Dla mnie bomba, bo mogłam być szefem, choć oficjalnie to te obce nim były dla mnie. W ten sposób, można rzec, odrobiłam z nawiązką swoje zadanie stażowe, które polegało na przejęciu świetlicy na 2 dni. Oficjalnie zrobię jeszcze jedną środę z koleżanką, żeby nie było, że kombinuję...

Nowe koleżanki okazały się dosyć fajne, choć też miały inne niż ja podejście do tej pracy... W środę zarówno ja jak i zastępczyni miałyśmy przygtowane zajęcia. Mimo że jedna o  pomyśle drugiej nie wiedziała, ani nawet się nie znałyśmy, to obie miałyśmy meduzy. Bardzo mnie to ubawiło. Zatem najpierw ja przeczytałam książkę o meduzach i podyskutowałam z dzieciakami na ich temat. Potem ja zabrałam straszaków i robiliśmy meduzy w butelce, co bardzo im się podobało i aż po 2 sobie zrobili. Koleżanka zaś robiła z przedszkolakami meduzy z talerzyków papierowych. 



W czwartek wróciła koleżanka z chorobowego i śmiała się, że ledwie 4 dni jej zabrakło, a już ktoś nam pół świetlicy ukradł i wszystko zdemolował. Ja jej na to, że powinna się cieszyć, iż chorowała, bo inaczej naginała by cały weekend przy przenosinach gratów. 

Martwi się, że ta świetlica pewnie pójdzie do zamknięcia, bo za dużo dziwnych rzeczy się ostatnio tu dzieje. Nic to. Póki co pomagam jej w przygotowaniach do zajęć wakacyjnych, bo jest roboty kupa. Trzeba przygotować wszystko do zajęć na każdy dzień. W wakacje, jak już chyba wspominałam, taka świetlica funkcjonuje jako półkolonia i dużo się wtedy dzieje, co wymaga masy przygotowań.

Na razie rysuję wszystkie duże rzeczy, które będą im potrzebne, bo koleżanka w rysowaniu dużych obrazków na bristolu nie jest dobra, jak mówi. Ja lubię rysować, więc to dla mnie czysta przyjemność. Potem bedziemy pewnie wycinać i sklejać różne pierdolety do zajęć, zabaw, dekoracji itp.



Problemy zębowe

Młoda była w tym tygodniu u dentystki. Ta naprawiała jej jeden poważnie zepsuty po noszeniu aparatu ząb, co długo trwało, a wieczorem się okazało, że aparat retencyjny teraz nie da się założyć na noc. Od razu napisała e-mail, ale potem na drugi dzień przegapiła odpowiedź, że może przyjść po południu na spiłowanie zęba no i  nie poszła, bo nie wiedziała... Napisała kolejny e-mail z przeprosinami ale w piątek nie otrzymała odpowiedzi. Normalnie na wizytę czeka się 2 miesiące, więc mamy nadzieję, że po niedzieli znowu ją zaproszą...

Egzaminy końcowe klasy pierwszej tuż tuż

Młody szykuje się do egzaminów, ale nie przykłada się do tego jakoś specjalnie, bo to okropny leń jest. Z tego, co czytam i słyszę, to typowy problem wysoko uzdolnionych - wszystko łatwo im przychodzi, więc nie umieją ciężej pracować, co w szkole często rodzi problemy. Mam nadzieję, że nie zawali egzaminów i że dobre wyniki będzie miał. Nie boję się, że jakoś całkiem zawali (choć nigdy nic nie wiadomo), bo jednak jest mądry i faktycznie wszytko mu łatwo przychodzi, ale oczekiwalibyśmy, żeby pokazał choć na koniec roku na co go na prawdę stać. 

Szczepienie 

W tym tygodniu miał też w szkole powtórne szczepienie HPV i okropnie mu ręka po tym spuchła i trochę bolała. Miał też biegunkę i lekki ból głowy. W piątek rano napisałam mu zwolnienie z wf, co wielce go radowało, bo miał tekst z pływania z maską i bał się, że się utopi, bo to jest podobno straszna rzecz. Wieczorem oznajmił, że więcej chłopaków miało zwolnienia tego dnia z basenu, bo jeden ma kurzajki, drugi jakąś egzemę, trzeciego też coś bolało i coś tam jeszcze... Pan od wf jest ich wychowawcą i to równy gość. Młody go lubi. Z wzajemnością. Nienawidzi tylko baby od francuskiego, bo dosyć się na niego uwzięła. Po jego opowieściach podejrzewamy nawet rasizm. Punkty ma raczej dobre, więc tu nie ma problemu, ale baba do wszystkiego się przypierdziela i daje mu czasem uwagi za byle co (tak uważa Młody). Inni chłopcy też jej nie lubią, a razem z jedym kolegą już ze szkolnym pedagogiem (czy kimś w ten deseń) już kilka razy rozmawiali. My na razie nie reagujemy, bo Młody sobie nie życzy, ale trzymamy rękę na pulsie. Z belframi dziś bowiem nigdy nic nie wiadomo.

Urodziny

Poza tym na ten tydzień przypadało wielkie święto: czterdziesta siódma rocznica mojego spektakularnego pojawienia się na tym świecie, co pozwoliłam sobie uczcić w swoim prywatnym domu z Resztą z Piątki.

Reszta z Piątki wyrychtowała wypasione przyjęcie dla Nas Wszystkich Pięciorga (świnie, kury i papugi nie były zaproszone). Zanim wróciłam ze stażu zdążyli przywieźć wielki zestaw sushi z azjatyckiej knajpy, tort o smaku pasji z cukierni, wielki bukiet róż z kwiaciarni i zajebiste prezenty od Każdego z Nich. Zmajstrowali też oczywiście stosowne dekoracje salonu, a Dziewczyny wypisały kartki. Nasze kartki urodzinowe nie są tym, czym dla większości, bo zwykle nie są to żadne oklepane życzenia, tylko bardzo osobiste listy, w których dziękujemy sobie wzajemnie szczerymi słowami za to że dla siebie jesteśmy. Otrzymanie i czytanie takiej kartki jest zwykle wielce wzruszające. Tak samo jak otrzymanie kartki własnoręcznie z wielkim sercem zrobionej. Ale i kartki zwykłe ze zwykłymi zyczeniami, ale z wielkim przekazem wypisanym pomiędzy wierszami czy w obrazku są niesamowite.



całe życie z wariatami


A tak, tak... bo niektórzy pewnie się dziwują co ja w ogóle wygaduję i kto to widział dawać sobie kartki urodzinowe tak w ogóle. Otóż w Belgii jest to czymś normalnym i oczywistym. Belgowie kochają kartki i wręczają je sobie z najróżniejszych okazji. Także, tak samo jak u nas,  we wlasnym domu kupuje się kartki dla mamy, taty, babci, syna, córki. Wręcza się kartki z okazji urodzin, komunii, czy lendte feest, kartki z okazji świąt, Nowego Roku, Dnia Mamy, Taty, Babci, z okazji narodzin dziecka. Wybór różnych, najdzikszych kartek na różne okazje znajdzie się praktycznie w każdym sklepie. 

Jeśli zajdziecie do kogoś po jego urodzinach, zobaczycie niekiedy 20 albo i więcej różnych kartek urodzinowych ustawionych, czy zawieszonych w widocznym miejscu. Bardzo sobie cenię ten belgijski zwyczaj i traktuję jak swój.

Śmieszki mieliśmy z tym, że każda z bab pomyślała o tym, że trzeba jakiś dobry likier albo piwo kupić, a najlepiej od razu dwa no i teraz mamy całą kolekcję kolorowych alkoholi ;-) Przybyło też śmiesznych kubków do naszej kolekcji :-)

Darmowa wyżerka

Z innych wspomnień z minionego tygodnia wspomnę o degustacji kawy. W dużych Colruyt’ach (jeden z belgijskich hipermarketów) zawsze są wystawione jakieś produkty do degustacji. Znajoma kiedyś się śmiała, że wygoda z tym sklepem, bo najpierw zjesz trochę sera, potem winogronu, przegryziesz chipsami, potem idziesz po darmową kawę i ciastko albo cukierki a na koniec po winko. Wina zakazali nie dawno, ale pozostałe darmowe poczęstunki prawie zawsze są. Z kawy prawie zawsze korzystamy i z rozbawieniem obserwujemy potem łańcuch naśladowców. Za każdym razem odnoszę wrażenie, że wielu ludzi nie wie, że tam sobie można robić kawę, bo wszyscy przechodzą koło tego automatu bez zwracania nań uwagi, dopóki ja z Młodą nie przyjdę i nie staniemy tam z parującymi kubeczkaminrozsiewającymi obłędny zapach świeżej kawy… Tym razem zaraz za nami do automatu podeszła staruszka i zaczęła obczajać, jak to działa. Zaraz za nią kubeczki podstawiła para emerytów. Potem poszłyśmy dalej, ale jestem pewna, że kawowy łańcuch poszedł dalej…



Chytry sposób na pozbycie się owocówek 

Zimno zimnem, ale owocówkom zdaje się to nie przeszkadzać. Znowu mieliśmy mały rój w kuchni. Na szczęście moja metoda na te wredne gnojki jest wielce skuteczna i po paru dniach wszystkie popełniają samobójstwo. Do szklanki czy słoika nalewam odrobinę wina i dodaję kropelkę płynu do naczyń. Po paru godzinach pierwsze idiotki już leżą na dnie. Po paru dniach jest ich już kilkadziesiąt.

Chętnie poznałabym jeszcze jakąś równie skuteczną metodę na mrówki, bo tej plagi nijak nie możemy się pozbyć.
trup ściele się gęsto

Dwie wersje tego samego dania

W tym tygodniu zapodałam jedno z dań, które łatwo robi się w dwóch wersjach jednocześnie - mięsna i wegetariańska lazania.
Sos pomidorowy gotuję w dwóch garnkach w ten sam sposób z tych samych składników z wyjątkiem jednego. Do jednego idzie mięso, do drugiego niemięso. Sos taki sam jak do spaghetti: najpierw smażę (nie)mięso, dodaję czosnek, wino, starte marchew, seler, paprykę, oregano, curry, majeranek, pieprz, sól, estragon, lubczyk i passatę.
Sos serowy do obydwóch ten sam na bazie beszamelu. Makaron gotowy. Łatwizna, ale smaczna łatwizna, którą wszyscy jedzą.
 






11 listopada 2022

Ha, wiem co się stało z moim wypowiedzeniem!

 Czy pracodawca może zgubić twoje wypowiedzenie? Tak!!!

Pojechałam w końcu w środę do biura, by wyjaśnić wszelakie wątpliwości, których się nazbierało przez te kilka tygodni mojej pracy… Wysłałam np  kilka mejli z prośbą o urlop i nie dostałam na nie odpowiedzi. Zatem nie wiadomo, wpisano, czy nie. W innym mejlu prosiłam o skorygowanie jednego dnia, bo zarejestrowałam niewłaściwego klienta (mam dwie klientki, których nazwiska różnią się tylko jedną literą, a do tego mają podobne imiona, a bywam roztargniona). Zero reakcji… No ale to, co tam zastałam, przerosło wszelakie oczekiwania. To biuro ostatnimi czasy jest jednym wielkim nieporozumieniem! Jeżu kolczasty! 🦔

Ledwo otworzyłam drzwi, usłyszałam - Dag, Magdalena! (cześć, Magdalena) - a zaraz potem, że mają problem. Od razu pomyślałam, aha, jednak dostali to wypowiedzenie i teraz będą jojczyć, że niby dlaczego odchodzę itd itp. No ale jak usłyszałam co to za problem, prawie padłam trupem.


ZGUBILI MOJE WYPOWIEDZENIE!!! 😳🤯

No tak po prostu! Zgu-bi-li dokument w biurze, gdzie stoi raptem dwa biurka i dwie szafy! Mistrzostwo świata! 🏆

Laska pokazując na biurko obok siebie mówi, że o tu położyła no i się zawieruszyło. Nie wie, co się stało. Szukała i nie znalazła. Może sprzątaczka przełożyła… 🤷🏼‍♀️ Najlepiej zawsze na kogoś zwalić…

I tak, że nie Smurfy…

Otrzymali moje wypowiedzenie, nie muszę się martwić, wszystko jest w porządku, tylko ten tego ten, ona nie zdążyła zanotować od kiedy do kiedy ten okres wypowiedzenia, a dokument zginął i czy może przypadkiem pamiętam daty…? Litości! 🙄

Podałam jej daty i powiedziałam, że wyślę jej kopie dokumentu mejlem. Uf, odetchnęła z ulgą. No nie ukrywam, nie ukrywam, że ja też… bo z tego wynika, że mogę już spać do stycznia spokojnie. Chyba…

 No ale to był dopiero początek mojej wizyty. Potem to już całkiem zwątpiłam.

W moim planie pracy na listopad pojawił się nie wiadomo skąd klient, u którego nie pracuję już ze 3 lata albo i dalej. Nowych klientów nie było wcale. Ba, w biurze nie mieli ich wszystkich danych. Urlopy oczywiście, że nie zanotowane, za to techniczne bezrobocie wpisane w jakieś randomowe dni, gdy dotąd ja ani jednego dnia bezrobocia nie miałam… 👺Powiedziała, że musi zgłosić do głównego biura, żeby skorygowali z instytucją płacącą bezrobocie. Jaja jak berety!

Siedziałam tam ze 40 minut, a baba próbowała doprowadzić wszystko do ładu. Drukarka nie działała, zatem poprosiłam o wysłanie mi planów na mejl. Rzekomo wysłała. W domu zobaczyłam, że nie otrzymałam nic… Upomniała. się o to wysyłając kopię tego nieszczęsnego wypowiedzenia. Dostałam plany i gorące podziękowania za kopię. Wiadomes, jakbym była bardzo wredna, to bym zgłosiła do głównego biura i by się jej dostało… Ale widzę, że baba się na prawdę stara i zna się na robocie, tylko prawdopodobnie ma do zrobienia robotę za 5 ludzi, bo konsultantów też brakuje. Poza tym miałam okazję podejrzeć działanie tego ich systemu no i ręce opadają… Nie wiem, dzieci z podstawówki chyba pisały im ten program, bo jest gorzej niż beznadziejny, wszystko baba musi ręcznie wklepywać, dane każdego klienta na każdy dzień trzeba wystukać, bo  nic nie uzupełnia się autonatycznie. Przy tym muli i laguje.

Borze zielony, jak dobrze że moje dni w tym cyrku są już policzone! Pomyśleć tylko, że Trixxo ma jakieś 160 biur, które obsługują ponoć około 80 tysięcy klientów… Ja każda pomoc biurowa i każdy klient ma taki burdel w dossier to tylko pogratulować organizacji i zarządzania. Nie polecam!

Młody będzie miał okulary.

Młody co jakiś czas skarżył się, że nie widzi z daleka, co pan pisze na tablicy. W końcu w poniedziałek zadzwoniłam do okulisty. Jakie było moje zdziwienie, gdy pani spytała, czy środa w południe mi pasuje. Oczekiwałam wszak kilku tygodni czekania na wizytę. 

W środę zostawiłam Młodego w domu, żeby sobie ułatwić zadanie, ale ciii, nie mówcie nikomu, bo w Belgii nie wolno tak robić. Dzieci muszą chodzić do szkoły! 

Młody jednak jest mądry i jak jeden dzień opuści, to nie wielka strata. Ostatnio jego była nauczycielka, u której pracuję, zapytała, jak tam Młodego raport. Ja mówię, że świetny, że ciągle głównie 70-80%, a ta na to, kręcąc głową z niedowierzaniem, że to jest niesamowite, bo on przecież nic nie robi. W sensie, że w ogóle nie musi się przykładać do nauki. Odwala na szybko, co jest zadane, a wyniki jakoś same się osiągają. Przeskoczenie klasy mu dało tyle, że ze starszymi dziećmi się przynajmniej nie nudzi ani przy nauce, ani przy zabawie, ale trudniej mu jakoś specjalnie się przez to nie zrobiło. 

Wyszło, że Młody ma lekką wadę wzroku - jest krótkowidzem plus lekki astygmatyzm. Okulistka przepisała okulary do noszenia przy aktywności wzrokowej zarówno z bliskiej jak dalekiej. Zatem ma zakładać bryle do czytania, oglądania filmów jak patrzenia na tablicę z ostatniej ławki. Do ganiania i zabaw nie potrzebuje nosić okularów. Za rok kazała się stawić na kontrolę w związku z astygmatyzmem.

Wariat się cieszy, że będzie miał okulary, bo to jest według niego cool. 


W czwartek Młody nadal nie poszedł do szkoły, bo się okazało, że coś go wzięło. Już po wizycie u okulisty zaczął narzekać na ból głowy, brzucha i uczucie zimna. Na drugi dzień było tak samo, więc pozwoliłam mu zostać w domu… A piątek wolny. Obijać też się trzeba umieć 😉

Młoda pojechała zagranicę świętować osiemnaste urodziny.

W poniedziałek odwieźliśmy Młodą na lotnisko. Postanowiła bowiem z okazji zbliżającej się osiemnastki pierwszy raz polecieć samolotem udając się w samotną podróż do Krakowa, gdzie miało też zjawić się  kilku kumpli z różnych części Polski, którzy poznali się przez internet i którzy zaplanowali sobie w Krakowie cały szereg atrakcji do zaliczenia. 


Młodzież wszystko sobie sama zaplanowała od A do Z i wszystko sama zrealizowała (choć z wiedzą i aprobatą rodziców) . Tak, Młoda sama kupiła sobie bilety na samolot, przeczytała regulaminy i zasady korzystania z tego środka transportu, po czym do nich dostosowała swoje działania. Kumple z Polski zajęli się rezerwacją apartamentu, a w końcu wspólnie zrobili listę rzeczy do zrobienia. Teraz to realizują punkt po punkcie. Dostałam nawet kilka zdjęć na Whatsappa:





Wieliczka




Byli już w kilku krakowskich muzeach, u smoka, na skałkach, w Wieliczce. Systematycznie odwiedzają galerie, kawiarnie i inne takie. Szczegółów nie znam i nawet wolę nie znać, ale to i owo jest mi dane poznać. Wiem też, że Młoda czasem musi odpuścić i wrócić samotnie do apartamentu, by odpocząć i się wyciszyć. Życie z autyzmem wymaga bowiem całego szeregu dostosowań i wyrzeczeń. Wtedy pisze albo dzwoni, by zapytać o swoich pierzastych podopiecznych oraz z nimi porozmawiać przez whatsapp. 

Opowiedziałam jej m.in., że Summer odczepiła kolejny liść od żyrandola, a Snowy znowu przyciął trochę zielistkę… Przypomnę tu, że nimfy Młodej funkcjonują w trybie bezklatkowym, co oznacza, że mogą korzystać dobrowolnie z całego 35-metrowego pokoju swojej Pani. Także podczas jej nieobecności. Tak, srają, gdzie popadnie, ale pod żyrandolem i innych bardziej okupowanych miejscach leżą gazety…








Jestem dumna z mojej samodzielnej i odpowiedzialnej córki. Tak, już to mówiłam z tysiąc razy, ale powtórzę jeszcze nie raz i sto, bo takie są fakty.

 Cieszę się, że taki fajny pomysł przyszedł Młodzieży do głowy. Wielu osiemnastka kojarzy się zapewne z imprezą mocno alkoholową, ale jak się ma fantazję, można ciekawszy sposób na świętowanie znaleźć. Podejrzewam, że i tu nie jedno piwerko zagościło czy inne takie, bo wiem, że reszta braci już jest formalnie dorosła, choć wszyscy są z jednego roku. I świetnie, niech się bawią. Niech korzystają z życia, póki jest okazja, bo nigdy nie wiadomo, co przyszłość przyniesie…

Ja sama nie świętowałam swojej osiemnastki, bo nie miałam z kim. Na prezent dostałam od babci złoty pierścionek, co miało dla mnie ogromne znaczenie, mimo że nie byłam fanką biżuterii. To był mój jedyny prezent urodzinowy. I ciągle jest mi przykro, że musiałam go sprzedać za kilka złotych, gdy zostałam z trójką dzieci bez pieniędzy, bo polska popierdolona, skurwiała i patologiczna „pomoc społeczna” (a tfu!) pozbawiła moje dzieci zarówno dodatku rodzinnego jak i alimentów… Nigdy tym skurwielom tego nie wybaczę a pracownikom tej chorej instytucji życzę z całego czarnego serca, by choć raz w życiu znaleźli się w podobnej sytuacji… 

Pamiętając o swoich młodych latach i ciężkich pierwszych latach macierzyństwa, tym bardziej raduję się, gdy moja Młodzież dziś doświadcza czegoś fajnego. Czuję się szczęśliwa mogąc obdarowywać moją Trójcę drobnymi i większymi podarkami, mogąc zabrać ich do restauracji z okazji urodzin i nie tylko, mogąc urządzić im pokoje, kupić meble, ładne ubrania, nowoczesny sprzęt…

A teraz idę zagrać parę razy w Uno z moimi chłopakami, a potem mamy oglądać Jojo’s Bizarre Adventure we troje…



6 listopada 2022

Jak bolesny jest powrót do pracy po długim chorobowym

 Z każdym tygodniem praca jest bardziej odczuwalna fizycznie. Po trzecim tygodniu czuję każdą część ciała. Najbardziej bolą oczywiście stopy i kostki, ramiona, nadgarstki i dłonie ogólnie oraz dół pleców oraz biodra, czyli pewnie znowu mi się miednica zapaliła, bo już znam ten ból. Tak, to jest prawdziwy ból dupy! Z tym najgorzej, że w nocy też jest aktywny. A raczej zwłaszcza w nocy. Jak by się nie ułożył, tak biodra bolą albo plecy. Jak nie poprawi się, pójdę do jakiego fizjoterapeuty na parę sesji, by mi naprawił trochę plecy… Pod koniec tygodnia, żeby było śmieszniej, zaczęło mnie boleć miejsce po cycku, co mi mówi, że przedobrzyłam z używaniem prawej ręki. Spytałam rodzinnego przy okazji zastrzyku w piątek i potwierdził, zalecając częstsze posługiwanie się lewą ręką. Łatwiej powiedzieć, niż wykonać. Prawa ręka sama się zawsze pcha pierwsza do roboty…

Dobrze, że w tym tygodniu było święto we wtorek, a potem i środę miałam wolną, to tylko 3 dni pracowałam. Z tym, że pełne dni, więc i tak 6 domów posprzątałam, plus swój z 15 razy haha. Nie, żart, żart. W swoim sprzątam na odpierdziel. Bo słabo tu płacą ;-) Poza tym, każdy ma swój kwadrat pod kontrolą, a jednocześnie nikt niczego nie kontroluje, bo chaos to nasze hasło.

W środę byłam podpisać umowę z nowym biurem i podoba mi się, to co już się dowiedziałam. Nie będę jednak chwalić dnia przed zachodem słońca… Zacznę w styczniu dla nich pracować, to się okaże, czy piękne słowa autoreklamy mają jakieś pokrycie w rzeczywistości. 

Niepodoba mi się natomiast sytuacja z moim wypowiedzeniem. Powiem więcej, jestem tym wielce zdenerwowana i nie wiem, co mam myśleć. Wśród klientów mam osobę zajmującą się pośrednictwem pracy i ona uspokaja, że nie ma się co przejmować, choć uważa sytuację za dziwną…

No bo sytuacja wygląda tak, że w zeszłym tygodniu wysłałam wypowiedzenie pocztą listem poleconym, czyli jak nakazuje regulamin i nic. Oczekiwałam telefonu lub mejla z biura potwierdzającego otrzymanie wypowiedzenia, ale dotąd nic takiego nie miało miejsca. Wypowiedzenie spełnia teoretycznie wszystkie normy, bo okres wypowiedzenia wyliczono mi w związkach i pismo też im do sprawdzenia wysyłałam. Podpisać ręcznie też się podpisałam. Czyli teoretycznie wszystko w porządku. A jednak niepokoi mnie to, bo co jak coś jest nie tak…? Niby nie ma, logicznie rzecz ujmując,  takiej zasranej możliwości, ale mnie to uwiera w mózg cały czas.

Tak czy owak omijajcie biura Trixxo szerokim łukiem i trzymajcie się od nich jak najdalej z dala. Banda oszołomów. O ile kilka lat temu było jeszcze całkiem wporzo, tak teraz okazuje się, że koleżanka, która mnie do tego biura sama wciągnęła, miała rację, że wszystko się zmieni na gorsze i w czas przeszła do innego biura, zanim burdel się zrobił. Niech im pypcie wszystkim na języku wyrosną i krowy przestaną się doić, o!

Póki co i tak muszę dla nich pracować do końca roku i jeden dzień dłużej. Myślę sobie, że może być tak, że jak główne biuro zleciło skontaktowanie się ze mną mojemu lokalnemu oddziałowi, to przecież ci nie zadzwonią do mnie i się nie spytają, dlaczego złożyłam wypowiedzenie. Podejrzewam, że domyślają się też, iż od stycznia nie tylko będą mieć jedną dobrą sprzątaczkę mniej, ale też kilku klientów… Niemniej jednak nadal oczekuję tego telefonu. Pytać, lepiej by nie pytali… Bo nie wiem, czy będę akurat w dyplomatycznym nastroju, czy nie…

A z tym rakiem piersi to jakaś epidemia chyba… Babka, u której podpisywałam nową umowę, wypytywała mnie o szczegóły biopsji, bo u jej mamy właśnie wykryto „kolesia”… Chwilę później pod naszą apteką na wsi spotkałam zaprzyjaźnioną Rodaczką, starszą panią, która podzieliła się niefajną nowiną, że nasza wspólna znajoma, a dokładnie jej przyjaciółka, właśnie wybiera się z tym samym problemem do szpitala. No i co to niby ma być?! Co kogo spotkam, to mówi o raku? Nawet jacyś niemal obcy ludzie do mnie piszą lub dzwonią, żeby opowiedzieć, że też ich to spotkało… Okej, zdaję sobie sprawę, że mnie każdy mówi, bo ja też to mam… czyli zrozumiem, podpowiem, no ale mimo wszystko wygląda dla mnie niczym jakaś epidemia…

Nie zaprzątam jednak sobie za bardzo tym głowy. Mam ciekawsze dla niej zajęcia do przemyślania, decydowania, a najchętniej to w ogóle lubię dać głowie odpocząć i pozajmować się głupotami.

W wolnym czasie ciągle oglądamy z Małżonkiem namiętnie serial House of Cards na Netflixie. Tak nam się podoba, że i po 5 odcinków dajemy ciągiem. Oglądamy i żremy chipsy na przemian z ciastem i owocami. Może przytyjemy trochę, żeby nam było cieplej, jak zima nadejdzie, bo na ogrzewaniu teraz trzeba będzie oszczędzać przy takich cenach prądu i gazu. Kurde, do niedawna płaciliśmy miesięcznie po 250€, a teraz oczekują, że wyskoczymy co miesiąc grzecznie z 800€ za sam prąd i gaz. A gdzie tu, panie, czynsz, internety, telefony, paliwo, o jedzeniu nawet nie wspominając? 

Podoba mi się jednak filozofia Belgów w tej kwestii. Niektórzy się chwalą, że ani razu jeszcze ogrzewania  w tym roku nie włączyli, bo oszczędzają. Siedzą po ciemku i pod kocami, modem od internetu czy inne elektryczne  urządzenia włączają tylko, gdy potrzebują np wysłać mejl czy ogólnie coś tam zrobić. Niektórzy zrezygnowali z odkurzania i proszą, bym izbę zamiatała miotłą… Ogólnie zachowania oszczędzania zakrawające na lekką paranoję. Gdy wchodzę do ich mieszkania, smród stęchlizny prawie zwala mnie z nóg, grzyb na ścianach i meblach taki, że co dzień grzybową można gotować… Wilgotność powietrza w ostatnich dniach często wynosiła grubo ponad 90% (bo taki tu jest klimat). Ale na ferie wszyscy pojechali za granicę. Na cały tydzień. Po raz któryś w tym roku. Bo ich stać. Niektórzy być może potem ustawią się w kolejce do banku żywności, ale wyjazd na ferie w tym kraju to jakaś totalna szajba. Oszczędzanie do granicy obłędu druga. 

No ale cóż, każdy ma swoje priorytety i każdemu wolno żyć i wydawać pieniądze po swojemu. Nasze podejście do życia pewnie dla wielu, jeśli nie większości ludzi też jest dziwne i niezrozumiałe…

Młody korzystał też z ferii. Głównie oczywiście grał w sieci z klasowymi kolegami i koleżankami. Niezłą ma bowiem ekipę. Co jedno to lepsze. 

Jednego kolegę odwiedził zaraz w pierwszą niedzielę. Tłukli się po dzielni na hulajnogach i placu zabaw. Wrócił cały w siniakach, ale zadowolony że hej. W ostatnią sobotę z kolei został zaproszony wraz i drugim kumplem i kumpelą przez rodziców innej kumpeli. Mama koleżanki podwiozła całą gromadę pod kino w Brukseli, kupiła bilety i popcorn, po czym sama poszła z młodszymi swoimi dziećmi z wizytą do jakichś ciotek. Młodzież obejrzała film „Czarny Adam” i fajnie spędzili razem czas.

Powiem wam, że dziwne się nam z pierwa wydawało, iż nasz synek zostanie w wielkim kinie bez opieki dorosłych, ale potem nam się przypomniało, że nasz maluszek ma już cholibka 10 lat i już maluszkiem nie jest, bo jest już uczniem 6 klasy, a to jest ostatni rok podstawówki i najwyższa pora, by stawał się coraz bardziej samodzielny i odpowiedzialny za siebie.

Wszak za rok będzie już w szkole średniej. Będzie już musiał sam się do niej dostać i sam z niej wrócić. Nie ważne rowerem, pociągiem, czy autobusem, bo w każdym wypadku potrzeba być uważnym i odpowiedzialnym, by się nie zgubić ani nie zgubić torby z laptopem czy innym wartościowym sprzętem, nie dać się przejechać, co tu jest na prawdę sporym wyzwaniem przy takim natężeniu ruchu i pojebaniu kierowców. Będzie musiał umieć kupić bilet na pociąg czy autobus, czytać rozkład jazdy, ogarniać mapy i nawigacje  w telefonie, gdyby wynikły komplikacje z dojazdami, co w Belgii jest na porządku dziennym ze względu na wszechobecne roboty na drodze, torach, w budownictwie etc. 

W tym momencie nam się przypomniało, że jeszcze nie wybraliśmy szkoły średniej, a zapisy przecież zaraz po Nowym Roku ruszą, a z miejscami się nigdzie nie przewala i trzeba już teraz wybrać szkoły, w których spróbujemy szczęścia. 

Póki co stanęło na liceum ogólnokształcącym ASO i kierunku nauki przyrodnicze w dalszej perspektywie. Szkoły mamy dwie na oku. Do jednej chwilę Młoda chodziła, drugiej nie znamy, ale to w niczym nie przeszkadza. Zobaczymy, gdzie reszta ekipy będzie się wybierać, bo fajnie by było, gdyby większa grupa poszła do jednej szkoły, nawet jeśli by wybrali różne kierunki, to jest z kim jeździć rano na rowerach.

Młoda znowu robiła pet sitting u znajomych. Tym razem było niezbyt miło, bo jedna kura była chora. I raczej nie wyglądała, jakby miała wyzdrowieć… Kot za to jak zwykle był miły i zabawny. Młoda zawsze kupuje mu kocie łakocie i daje mu wieczorem, gdy wpuszcza go do domu po całodziennych wojażach. 

Teraz sama szykuje się do wyjazdu na wakacje. Jest adrenalina. I dla niej i dla nas, bo pierwszy raz sama wyjeżdża na dłużej i na dalszą trasę. Co nie zmienia faktu, że cieszymy się wszyscy. Dla mnie oznacza to przede wszystkim, że ona dobrze się czuje, że jest znowu po prostu zwyczajną zdrową młodą wesołą dziewczyną. Młoda zamierza spędzić kilka dni z kumplami, by wspólnie świętować wejście w dorosłość. Jednym słowem, strach się bać! ;-)

Nie, bać się nie boję, bo ufam roztropności i odpowiedzialności Mojej Córki i jej ekipy, ale bycie młodym ma też swoje prawa, co dla matek i ojców bywa czasem trochę niepokojące. Poprawkę trzeba też brać na złośliwość losu i istnienie na świecie skurwieli różnej maści, co wzmaga mój niepokój. Nie na tyle jednak, by przygasiło to mą radość i dumę z bycia matką takich świetnych dzieciaków, jak Nasza Trójca.