Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusz zdrowia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusz zdrowia. Pokaż wszystkie posty

25 stycznia 2026

I tak styczeń mija właśnie…

Czuję się lepiej niż podczas pisania poprzedniego wpisu. Nie wiem, czy to jego napisanie mi pomogło, czy po prostu sięgnęłam dna i teraz znowu mogę iść POWOLI do przodu, dopóki nie wyjdę na najbliższy szczyt dobrego samopoczucia.... bo przecież jest ono jak gówno na kole - raz na górze, raz na dole.

 Miniony tydzień rozpoczął się wizytą w Antwerpii, dokąd wybrałam się z Młodą na spotkanie z psychologiem. Znaczy to ona się spotykała, a ja tylko jej towarzyszyłam w razie jakby znowu się gdzieś wytarabaniła i jakąś kostkę czy inną tam część ciała se uszkodziła... We dwóch zawsze to raźniej i bezpieczniej. Po wizycie Dziecię zarządziło zwiedzanie sklepów, bo soldeny noworoczne, a ona se jakąś nową koszulę chciała kupić... 



Najsampierw wdepnęłyśmy do sklepu vintage, zwanego potocznie szmateksem. W tym sklepie  zawsze pełno oryginalnych ludzi się spotyka. Już sami sprzedawcy mają stylowe przyodziewki. Większość kupujących też wyróżnia się z tłumu i szukają nowych części garderoby w swoim stylu. Pełno superowych rzeczy było, ale niestety nic z tego, co mi się podobało nie było w moim ani Młodej  rozmiarze, a te które były, nie koniecznie akurat potrzebowałam, choć parę ciuchów przymierzyłam, żeby zobaczyć, jak wyglądam, bo kto mi zabroni. Wzięłam flanelową niebieską koszulę w kratę, bo mi się podobała, ale zapłaciłam za to ponad 8€, bo dosyć ciężka, a to na wagę odzież...

Kolejny na naszej drodze był Primark, gdzie po raz kolejny naocznie się mogłam przekonać, że ludzie to jednak największe bydło wśród zwierząt. Mało kto odłoży ciucha na miejsce. Nie mówiąc o tym, by poskładał tak jak było i ogólnie zostawił miejsce takim, jakie zastał. Ba, krowy, bo to głównie one są, samice człowiecze w wieku każdym, jak dupą zwalą połowę wieszaka na podłogę, nie podniosą ani jednej rzeczy, tylko pójdą dalej odlazłszy jak krowa gówno. Moim zdaniem pracownicy sklepów odzieżowych, zamiast latać ciągle i wszystko podnosić, powinni zacząć śledzić nagrania z kamer i raz, drugi, trzeci wziąć taką damulcię za oszywę i nakazać jednej z drugą posprzątanie całego sklepu, a całą czynność nagrać i wrzucić na stronę sklepu ku przestrodze... Może by to choć odrobinę zmądrzało. Albo każdej kazać zapłacić za zniszczone ubrania, które zrzuciła na podłogę, z własnej kieszeni. Nie rozumiem dlaczego takie skurwysyństwo jest w dzisiejszych czasach tolerowane...

Ja w każdym razie nie mogę robić zakupów w takim sklepie, gdzie cała podłoga usłana jest nowiutką odzieżą, gdzie wszystko porozpierdalane, a ludzie po tym łażą w brudnych buciorach za nic mając czyjąś ciężką pracę zarówno tych, którzy te ubrania uszyli, jak i tych którzy je sprzedają. Podnoszę i składam, gdzie tylko przechodzę i gdzie zatrzymam się, by coś obejrzeć, bo nie mogę zdzierżyć, że wszystko się niszczy, że nic nie można znaleźć w takim rozpierdolu... Nerwa mnie bierze i w ogóle nie jestem w stanie się skupić na zakupach, nie mówiąc by czerpać z tego radość. Jeszcze te ludzie się wszędzie rozpychają, wszędzie ich pełno, śmierdzą... Jeszcze jak perfumem to pół biedy, ale ostatnio obserwuję, że małolaty to czasem tak cuchną, jakby tydzień się nie myły i nie wiedziały co to dezodorant. Co ciekawe to często właśnie dziewuchy są takie śmierdzielki zapyziałe. Obrzydlistwo! 

Kupiłam sobie nowe szorty-kolarki do ćwieczeń za 10€, bo na tyle mnie było stać na ten moment i na tyle mi cierpliwości starczyło. Młoda nie znalazła koszuli, bo w primarku to przecież głównie tanie, kiepskiej jakości szmaty. Serio lepiej kupować w ciucholandzie niż w czymś takim.

Potem miałyśmy iść do H&M, ale jak Młoda zobaczyła z ulicy, ile ludzi jest w środku, powiedziała, że już nie ma ochoty na zakupy i tak poszłyśmy do KFC na wegetariańskie karton-żarcie. Stamtąd już 2 kroki do centralnego. Na dworcu dostałyśmy po puszce energetyka, bo akurat rozdawali jako reklamę. Tam się dosyć często zdarzają takie akcje reklamowe. Akurat się przydał mi jak na lekcji zamulałam rano haha. 



We wtorek miałam rozmowę podsumowującą z niderlandzkiego, a w czwartek odbyła się nasza ostatnia lekcja. Nauczycielka urządziła na tę okazję quizy. Pracowaliśmy w grupach i jako pierwsze zadanie mieliśmy wybrać nazwę dla swojej grupy, która miała być czymś, co kojarzy się z Belgią. Koleżanka zaproponowała "Podatki". Nie widzę lepszej nazwy! Śmiechu było co niemiara. Na koniec nauczycielka podsumowując punkty oznajmiła, że ogólnie wszyscy świetnie się spisali, ale jednak Podatki wygrywają, bo inaczej być w Belgii nie może haha. Świetną miałam grupę i dobrą nauczycielkę. Jakoś tak mi się farci, że przeważnie na superowe, wesołe klasy trafiałam. Na razie robię przerwę. Będę sobie powtarzać trochę przerobiony materiał, by utrwalić. Na następny poziom może od września znowu się zapiszę, jak okoliczności będą sprzyjające i jak mi się będzie nudzić.



W czwartek trochę poogarniałam chatę. Nie tam, że jakieś wiosenne porządki czy coś. Ot po prostu pościel zmieniłam u Młodego i posprzątałam mu zdziebko dokładniej. Niby sam mógłby to zrobić w weekend, ale widzę, że coś kiepsko ciągle po tym extremalnym przebodźcowaniu, z którego nie może się wydobyć. W piątek znowu został w domu, a że udało mi się wizytę umówić u lekarza, to poszliśmy i dostał też wolne na poniedziałek. Lekarka powiedziała, że jakby nadal źle się czuł, może przyjść, ale z badań wynika, że im dłużej w domu posiedzisz, tym ciężej potem do szkoły czy pracy wrócić. Nasze obserwacje by się z tym jak najbardziej zgadzały. Młody też się z tym zdaje zgadzać i dobrze że lekarka o tym powiedziała, bo czasem lepiej jak człowiek coś dostanie czarno na białym, bo wtedy lepiej siebie zrozumieć i swoje poczynania dostosować. Cztery dni pauzy powinno faktycznie dużo mu dać i pozwolić wrócić na prostą, a a od wtorku zacząć już lepiej funkcjonować. Zaniedługo będzie tydzień ferii krokusowych to znowu chwila oddechu. No i może uda się w koncu wystartować z tą hybrydową nauką.  Ostatnio coś wszystko tak nam po grudzie idzie, tak niestabilnie, nieprzywidywalnie się toczy...

W piątek byłam u tego całego koordynatora-powrotu-do-pracy z mojego funduszu zdrowia...




 Dostać się tam to co dobrego. Biuro znajduje się na totalnym podbrukselskim zadupiu. Otoczenie jest okropne, brudne, częściowo opuszczone, drogi w budowie od lat (nie wiem o co kaman), ale że ruch tam wielkomiejski i że wjazd/zjazd z autostrady, to rowerem się przedostać jest ogromnie stresująco. Nic tam nie jest oznaczone nalezycie, w ogóle nic nie oznaczone jesli idzie o ruch pieszy i rowerowy. Droga co kawałek poblokowana, ścieżki rowerowe kończą się nagle płotkiem i zakazem wjazdu i trzeba pomiędzy autami się przedostawać na drugą stronę, gdzie obowiązuje dwustronny ruch rowerowo-pieszy na wąziutkim chodniku. W jednym miejscu jedzie się szeroką dwustronną ścieżka rowerową, która kończy się nagle przed ruchliwym rondem (zjadz z autostrady...? czy coś takiego) na którym nie ma ani osobnej ścieżki rowerowej, jak choćby u nas na wsi, ani w ogóle nie jest zaznaczone w żaden sposób, czy rower w ogóle może tam wjeżdżać i tak jedziesz sobie pomiędzy tirami w nerwach, że coś cie rozjedzie... Wszędzie syf - całe torby z jedzeniem, puszkami, łachami gniją na poboczach, ścieżkach, w krzakach... Trzeci świat... a nie czekaj, to panie stolica Europy!

widok na stolycę


Część drogi pokonałam pociągiem, bo nie czułam się na siłach, by pedałować tego dnia 40 kilometrów. Pojechałam zatem na dworzec te 5 kilosów i wciągnęłam z biedą rower do pociągu. 

Niestety w tym super-nowoczesnym i bardzo rowerowym kraju tylko nieliczne dworce mają już pobudowane wysokie perony, z których prawie po równym się wsiada do pociągu. W wielu miejscach musisz wciągnąć rower do ROWEROWEGO WAGONU po wysokich schodach. Już ze zwyklakiem to co dobrego, a ciężki elektryk to nie lada wyzwanie. W drodze powrotnej jakaś wysiadająca pani mi pomogła wedrzeć rower do pociągu. Miliardy idą na rowerowę autostrady, rowerowe tunele, na parkingu dla rowerów, na przebudowę dworców i torów, ale ciągle nie idzie wsiąść z rowerem do pociągu. Niby płacę za bilet dla roweru, ale za co ja płacę, skoro nie mogę normalnie do tego pociągu wsiąść? Gdybym przypadkowo nie była akurat silną, stosunkowo wysoką babą z długimi nogami, tylko małą słabiutką kobiecinką to nie byłabym w stanie nawet zwykłego roweru zabrać do pociągu. No ale dobra, pal licho rowery... Ciągle zastanawiamy się z Młodą, jak pociągami poruszają się ludzie na wózkach albo matki z dziećmi w wózkach. Nawet ja silna baba nie wyobrażam sobie, bym dała rady wsadzić wózek z dzieckiem do pociągu po tych schodach. Nie ma takiej zasranej możiwości! A samo wejście do pociągu i z niego wysiądnięcie to i tak pikuś z dostaniem się na poszczególne perony. Na tej wiejskiej stacji jest dwa tory. Na drugi peron przechodzi się tunelem pod torami. Na oko ze 20 schodów w dół, ze 20 do góry. Oczywiście, że nie ma windy ani podjazdu żadnego. Na boku schodów jest rynienka do prowadzenia roweru. Ja ledwo co daję rady upchać rower pod górę i utrzymać go podczas sprowadzania w dół, bo to taka górka z pieca na łeb... A miastach jeszcze gorzej, bo schodów od cholery więcej. Wtedy masz wysoki peron i łatwiej wsiąść do pociągu, ale jak się dostać na ów peron nie umiejąc przypadkiem latać to już nie wiadomo.

Zaobserwowaliśmy, że jak osoba na wózku jedzie pociągiem, to pociąg zawsze przyjeżdża na tor pierwszy. Pewnie zatem się taki przejazd zgłasza i robią przetasowanie przyjazdów i odjazdów. Mają na dworach też specjalne podesty (może to nawet z opcją windy jest?) , które kilka osób przyciaga, gdy osoba na wózku jedzie... No ale raczej nie dostosowują odjazdów do rodziców z wózkami. 

Co ciekawe, Młoda zauważyła, że w Mechelen, gdzie od lat trwają pracę nad przebudową dworca i już kilka peronów zrobiono, na schodach na nowe perony nie ma rynienki do prowadzenie rowerów. Są tam windy, do których z rowerami wsiadać nie można (jest zakaz), są ruchome schody, po których w sumie z rowerem też nie powinno się poruszać. Jak zatem mają się ludzie z rowerami dostawać na te perony, pozostaje dla nas zagadką. A budowanie infrastruktury rowerowej wokół dworóww, specjalne wagony dla rowerów, suplementy rowerowe i szerokie reklamowanie rowerowania zdawało by się sugerować, że rowery są w pociągach mile widziane. Coś tu zatem nie pykło. Najprędzej panowie (i panie) projektanci nawet nie wiedzą z której strony na rower się wsiada, ani jak kupić bilet na pociąg, bo autem nawet do kibla jeżdżą... 

A co koordynator na moją wizytę? Ano spytał(a), "czego ja od niej oczekuję?". Na dzień dobry czuje się pomoc i wsparcie HAHAHA! Odparłam lekko skonsternowana, że chciałabym jeszcze raz spróbować znaleźć jakąś dla siebie pracę, bo z poprzednią się mi nie powiodło, a a biurze pracy mi powiedzieli, że muszę mieć zgodę swojego funduszu zdrowia. Na to ona, że w takim razie zapyta lekarza orzecznika o zgodę i do tygodnia przyśle mi mejlem odpowiedź. I to cała filofia. Po to zmarnowałam pół dnia i za to pani koordynator-powrotu-do-pracy pobiera swoją pensję. By się zapytać, czego chcę i by moje chcenia przekazać jakiemuś panu doktórowi-od-chuj-wie-czego, a potem od doktóra do mnie. I w sumie ja se myślę, że to była by idealna robota dla mnie: se siedzisz całe dnie w ciepełku i pytasz sie naiwnych ludzi, czego chcą, a potem jeszcze się chwalisz znajmym że koordynujesz, czyli pomagasz ludziom po np raku wrócić na rynek pracy. To musi być wielce satysfakcjonujaca praca. Szczegół, że to samo można by załatwić dwoma kliknięciami przez internet (dzięki czemu takie "koordynatorki" mogły by np uzupełnić braki kadrowe w firmach sprzątających czy przy pilnowaniu dzieci). I tak na każdym kroku człowiek na własnej skórze przekonuje się, że w ostanim czasie potworzyło się tu tyle abstakcyjnych stanowisk, które utrudniają życie przeciętnemu śmiertelnikowi a są utrzymywane za pieniadze, które można by było przeznaczyć np na przyśpieszenie prac remontowych, naprawę dróg, czy utrzymanie szpitali albo szkół... A nie wróć, teraz to są wszystko rzeczy mało ważne. Teraz liczy się tylko zielone szaleńswto i zbrojenie (koniecznie nieswojego kraju).

W sobotę pokręciłam z Młodym do innego lasu, bo ten koło domu nam się znudził. Zimno trochę jeszcze na dłuższe rowerowania i pałętanie się po lesie z aparatami, ale wycieczka miła. Młody z daleka wypatrzył sarenki, ale nie wiem, czy zdażył na czas pstryknąć zdjęcie choć z oddali. Po drodze za to wypatrzył jastrzębia, a że ten siadł na płocie przy jakimś domu, to narobił mu zdjęć z daleka z zoomem. Potem jeszcze tropiliśmy bażanta, ale nam nawiał z hałasem. Któregoś dnia Młody upolował sarny pod lasem. Zdjęcia trochę słabe mu wyszły, ale sarny widać w każdym razie. Za jastrzębiami ipustułkami non stop łazi koło domu. Dopiero się uczy wszystkiego, ale ma frajdę z tego sporą, jak widać, co nas bardzo cieszy.

Od wizyty u dietetyczki zaczął więcej jeść. Myśli o tych porach jedzeniowych i non stop przychodzi szukać czegoś po kuchni. Wracając od lekarza wstąpiliśmy też do sklepu i nawybierał sobie rzeczy, które chce popróbować. Za wczasu by się z tego cieszyć, ale wyraźnie widać dobry początek i że porady dietetyczki coś mu dały. Ananasy z puszki mu podeszły i się zajadał. Nie parzyły mu ust jak świeży ananas. Będzie jedzone. 

Dziś robiliśmy eksperymenty z czasem naświetlania, by zrozumiał, co to w zasadzie robi. Siostra mu już teorię wytłumaczyła uprzednio, gdy raz po ciemku światełka u sąsiadów fotografowali. Zadała mu też pierwsze zadania fotograficzne. Z wodą więcej pobawimy się jak się zdziebko ociepli, bo dziś to tak na granicy zera itrochę zimno się przed domem było chlapać hehe. 

Na koniec wrzucę właśnie jego zdjęcia ptaków i nasze eksperymenty dzisiejsze. Zabawa była świetna i śmiechu sporo…

dzięcioł pstry

czapla siwa (to akurat moje zdjęcie)




stary koteł sąsiada

kowalik

mewa

kawka

kocica innego sąsiada

koteł jeszcze innegosąsiada

kokosy ;-)

bambi

ulubieńcy Młodego


gniazdo szerszeni azjatyckich


barany w ciapki

biała czapla


bażant







wywijanie światełkami choinkowymi na baterie



disco latarka 🪩 



7




2 lutego 2024

Zawsze coś…

Przejażdżka

W zeszłą niedzielę kręciłam po okolicy, bo było ciepło i ładnie. Spotkałam gęsi nilowe, ale spitalały szybko, gdy tylko się zatrzymałam… Potem zatrzymałam się przy łąkowej kałuży, by zrobić ładne zdjęcia zachodu słońca… Nawet się udało. Po drugiej stronie drogi jest duży dom i słońce mu uroczo szyby pomalowało. Też uwieczniłam… No a las jak las… Jeszcze szarobury.


gęś nilowa

zachód słońca nad kałużą



Medycznie

Tydzień moich ferii zaczął się od porannej wizyty u lekarki. Pojechałam razem z Młodą. Ja potrzebowałam, by mi wstrzyknięto kolejną dawkę Decapeptylu w zadnią część ciała, a Młoda potrzebowała skierowania na MRI, bo odkłada to i odkłada... ale nowy rok to nowe siły do łażenia po doktorach. Potem od razu zadzwoniłam do szpitala, by jej umówić to MRI i zdziwko mnie szarpnęło, gdy powiedziano, że termin na połowę lutego. Nawet szybko!

Problem tylko taki, że tego samego dnia Najstasza ma mieć usuwane zęby mądrości i ja sobie sprytnie zaplanowałam, że Młoda jej będzie towarzyszyć, więc ja będę sobie mogła żyć swoim życiem, ale w takich okolicznościach to ja muszę pojechać najpierw z jedną a potem z drugą... To oznacza dzień z głowy. 

Dobrze, że po wyguglowaniu mi wykazało, że nie mogę robić płatnego wolontariatu, bo teraz musiałabym to odkręcać, gdyż już trzy dni feryjne mam zaplanowane medycznie...

W poniedziałkowe popołudnie z kolei odwiedziłam dentystkę. Naprawiała te same dwa zęby, które nie tak dawno naprawiał mi poprzedni dentysta, a wcześniej jeszcze w Polsce dentystka dwa razy, no i gdzie stan zapalny miałam po chemii, co to mi cięli w szpitalu… Nie wiem, o co w tym chodzi i co dentyści tam widzą… bo ja to nic specjalnego…

Placki bidoki

Wtorek był luz, więc zrobiłam coś, na co wszyscy mieli od kilku już lat ochotę, ale nikt nie chciał robić: placki ziemniaczane, czyli po naszymu „bidoki”. Z gulaszem wołowym w opcji dla niewegetarian... Tak, dobre były, ale nie przewiduje się kolejnej edycji  w najbliższych miesiącach. Obieranie ziemniaków to pikuś. Starcie ich na tarce już ciut nudne, ale szczytem szczytów jest smażenie tej fury placków, a jeszcze potem myć wszystko trzeba, bo oliwa z patelni opryska wszystko wokół. No i trzy dni w domu śmierdzi smażonymi plackami. 

Ale smaczne były! 

placki bidoki

oliwą nasra wszędzie… :-/

ADHD i kurzajki

W środę rano znowu pojechałam do lekarki. Tym razem z Najstarszą. Poprosiła o receptę na lek na ADHD wedle pisemnych wskazówek naszego psychiatry oraz o wymrożenie kurzajek na stopach. To ci jest pieroństwo wredne. Kilka lat temu Młoda to przyniosła skądś. Namnożyło jej się tego całe kupy na stopach. W końcu wyleczyła i chwilę był spokój, ale w pewnym momencie pojawiły się na stopiszczach u Małżonka i u Młodego. Małżonek to, jak pamiętam, miał problemy z wykonywaniem pracy przez to gówno... Potem było trochę spokoju, ale nie dawno Najstarsza mówi, że ma dwie zarazy na stopie. Jedna taka "minimini" jak powiedziała doktorka, ale wymroziła obie. Za 3-4 tygodnie ma powtórzyć zabieg. Teraz muszę Młodego zabrać na wymrożenie, bo to on jest teraz źródłem zła. Parę miesięcy temu pokazywał swoje kurzaje lekarce, ale bał się wymrażania, mimo oświadczenia dowciapnej pani doktor, że wszystkie dzieci, którym wymrażała kurzajki jeszcze żyją... Zdecydował, że będziemy je próbować smarowaniem wytępić, bo u Dużej Siostry to przecież dało doskonałe wyniki. Tyle, że Duża Siostra jest konsekwentna, dokładna i obowiązkowa... Młody natomiast jest dosyć zapominalski, a matka jest już całkiem zapominalska i jak zrobiliśmy nakazaną przerwę, tak ona ciągle trwa... od kilku dobrych miesięcy haha. A kurzajki się rozmnożyły i teraz są już na obydwu epickich stopach. Młody ma stopy nieczułe więc mu te kurzajki nie przeszkadzają, a że człowiek se stóp bez powodu nie ogląda to i łatwo zapomnieć, że coś im dolega... Tak, Młody ma nieczułe stopy, bo - jak już wielokrotnie mówiłam - on ma rozregulowane czujniki: w jednym miejscu działaja za bardzo, w drugim wcale. 

A propos czujników, to zapomniałam podczas incydentu śnieżnego nadmienić, że Młody dotykał śniegu gołymi rękami i MÓGŁ TO ROBIĆ. Ja sobie to uświadomiłam dopiero w nocy po tym, jak lepiliśmy bałwana i zaraz na drugi dzień zapytałam Młodego, co to za ściema z tymi puchnącymi dłońmi, a ten na to, że właśnie też to zauważył (ale później do niego dotarło), że naparzał się z kolegami śnieżkami pod szkołą i dłonie mu nie od razu spuchły. Bolałay wciąż jak diabli, ale spuchły dopiero dużo później. No i przy lepieniu bałwana (chwilę klepał go bez rękawic) też mu nie spuchły (choć bolały - jak mówi). Zastanawiamy się zatem, co powoduje, że alergia na zimno jest czasem silniejsza niż innymi razy. No ale dobra, teraz mniejsza o to.

Wypadki chodzą po ludziach

W środowe południe postanowiłam pojechać do świetlicy, bo zaczęłam się denerwować trochę albowiem w poniedziałek wysłałam e-mail z pytaniem, kiedy mogę przyjść podpisać umowę stażową, ale nie otrzymałam odpowiedzi. 

- Co jest z tymi ludźmi? - myślałam - Czy tak trudno odpisać człowiekowi na mejl?! 

Babka jednak mówiła, że mogę przyjść w dowolny dzień, więc pójdę...

Wsiadłam na Tośkę i popyrkałam zatem, by zapytać, o co biega. No i się dowiedziałam, że pani z którą ostatnio rozmawiałam jest chora... Do końca marca.

- MARCA?!

Tak, okazuje się, że pani wykopyrtnęła się na swoim nowym rowerze elektrycznym, którym się ostatnio chwaliła, i złamała rękę tak, że trzeba było operacyjnie składać. No trochę niefart. Dla mnie trochę, bo dla niej to trochę bardziej niż trochę. Na szczęście był miły pan, który myślałam, że jest panią, bo jak ci mówią "Franky" to nie wiesz, czy to on czy ona, ale ja jakoś niewiedzieć czemu pomyślałam, że to ona... (no dobra wiedzieć czemu: niektóre stare informacje w mózgu się niezaktualizowały i wciąż widnieje, że  "praca z dziećmi" równa się "kobiety")

Poszłam tam, gdzie mnie skierowali, czyli na drugą stronę budynku, zapukałam do drzwi, na których była tabliczka z imieniem "Franky", weszłam i wtedy mój mózg przekonany, że tam powinna być baba, miał chwilowego laga... Na szczęście użyłam sformułowania, że wysłano mnie tam ze świetlicy do Franky albo Caroline. Tu się na szczęście nie odmienia imion przez rodzaje więc to tak samo brzmi jak mówię o babie i o chłopie... Dopiero usiadłszy i zobaczywszy pieczątkę z imieniem i inne gadżety z tym imieniem coś mi tam zaiskrzyło na stykach i udało mi się skonstatować, że TEN PAN to jest  właśnie FRANKY. Mózg to czasem jednak dosyć dziwną rzeczywistość kreuje i robi nas w konia... 

Obok świetlicy jest ławka Serdecznego Williama (w dosłownym tłumaczeniu było by „gorącego”, ale po naszemu to jakby co innego znaczy…). „Coś cię gnębi? opowiedz o tym. Serdeczny William słucha”. Każdy może zostać takim słuchającym Williamem. Na misiu jest informacja, jak się zgłosić do akcji.



Wypowiedzenie?

W czwartek z kolei miałam spotkanie z moją konsultantką z biura sprzątającego. Przygotowała mi dokumenty do wysłania w sprawie zakończenia umowy o pracę z przyczyn medycznych i podała adresy, na które mam to wysłać. Po 9 miesiącach niezdolności do pracy mam bowiem prawo złożyć wypowiedzenie z przyczyn ode mnie niezależnych, a wtedy zachowuję wszelakie prawa do ewentualnego zasiłku dla bezrobotnych itd itp. Wstrzymam się z tym jednak trochę i doinformuję, jak to właśnie z tymi zasiłkami wygląda, by się nie wdupić znowu i nie zostać bez pieniędzy. 



Właśnie otrzymałam wezwanie na kontrolę do funduszu zdrowia, która ma się oczywiście odbyć w ferie krokusowe... Nie wiem, czy to spotknaie z lekarzem czy z jakimś koordynatorem , czy obydwojgiem... Ale może tam się dowiem, jak stoją sprawy z zasiłkami... Bo kolejna kwestia jest taka, że po roku chorobowego przechodzi się na niepełnosprawność... A może po prostu napiszę e-majl do koordyntorki powrotu do pracy, u której byłam w zeszłym roku i która załatwiała mi u lekarza zgodę na przekwalifikowanie... 

A tak przy okazji to nie pamiętam, czy wspominałam już, ale poza zasiłkiem teraz otrzymuję jeszcze z funduszczu zdrowia dodatkowe pieniążki z tytułu przekwalifikowania się. Nie jest to jakaś wielka kwota, ale kilkadziesiąt euro to bardzo miły dodatek. W sensie nie dość, że państwo mi funduje ten wcale nie tani kurs (łącznie to koło tysiąca pewnie się uzbiera za rok), płaci mi za dojazdy (stała kwota od kilometra), funduje mi również wcale nie tanie szczepienia na żółtaczkę itd to jeszcze nagradza sam fakt, że mi się chce chodzić do szkoły. I gra gitara!

Rzeczy z drugiej ręki i zabawne dekoracje

Do biura pojechałam oczywiście swoim pierdzikółkiem, bo do Dupnicy mamy kilkanaście kilometrów po pierońskich górkach. Po drodze zauważyłyśmy ROWER… Uśmiałyśmy się zdrowo. Zdjęcie słabe, bo z daleka, ale widać, w czym rzecz.

 Dlaczego Dupnica? Bo miejscowość owa nazywa się ASSE, czyli w naszym wolnym tłumaczeniu Dupnica. Młoda zabrała się ze mną, bo po drodze mamy dwa Kringwinkel-e. W Dupnicy jest taki raczej słaby - niby dużo rzeczy, ale tak naprawdę to nic ciekawego i straszny bałagan. Kawałek dalej w Opwijk [czyt: opłek] za to jest fajny mały Kringwinkel. Jeszcze chyba tam nie weszłyśmy nigdy, by wyjść z pustymi rękami. Czasem mamy problem z zabraniem się z naszymi zakupami na skuter: książki, ubrania, durnostojki, puzzle, talerze, szklanki, zabawki i inne cuda niewidy. Tym razem kupiłam tylko jedną książkę Pietera Aspe za 3€, jeden niebieskawy t-shirt z błyszczącym motylkiem za 2€ i... WIELKĄ BRZYDKĄ szafę na ubrania za 20€. Nie, no oczywiście, że nie przywiozłyśmy ponad dwumetrowej szafy na skuterze, bez przesadyzmu. Napisałam do Małżonka, że w sobotę musi po robocie po nią pojechać, czy się mu to podoba, czy nie. 

moja kolekcja powieści Aspe kupowanych zawsze w Kringwinkel


Szafa sama w sobie nie jest brzydka, tylko ma kolor opiździały. Nawet nie wiadomo, co to za kolor wogle. Panu przy kasie powiedziałam, że chcę kupić tę NIEBIESKĄ szafę, co w kącie stoi, to nie wiedział, o czym mówię... Musiałam mu pokazać, a ten wtedy mówi do kolegów, by zabierali się natychmiast do rozkręcania tej ZIELONEJ szafy i zanieśli ją do magazynu. Ona nie jest ani zielona ani niebieska. Opiździała po prostu, ale, Panie, za dwie dychy to ja se ją przemaluję potem na dowolny kolor, gdy będzie trzeba. Byle się tylko do naszej sypialni zmieściła, bo wedle moich pomiarów to na styk powinna wejść. Nasza sypialnia to mała klitka, bo w sumie starym na co większa. Przeciez tam tylko śpimy. Młodzi to co innego. Oni potrzebują przestrzenych pokoi, bo oni tam spędzają większość czasu, grają, jedzą, zapraszają czasem znajomych...

W każdym razie każda szafa lepsza niż kartonowe pudła, bo właśnie w kartonowych pudłach i na "sklepowym" wieszaku trzymamy pościel i ubrania od czasów zamiany pokojami z Młodym. Do tego mamy różowe ściany! RÓ-ŻO-WE, Panie, takie Barbie-różowe, bo Młody wtedy kochał różowy, a nie ma czasu ani chęci by to przemalować.

Mniejsza jednak o to. Czekam na naszą nową starą szafę z nadzieją, że się zmieści w tej naszej różowej klitce i że w końcu będę mogła ubrania poukładać normalnie na półkach i że będzie tam można normalnie posprzątać, by jakoś po ludzku wyglądało i przede wszystkim by mi się łachy nie kurzyły. 

W drodze powrotnej też coś niesamowitego zauważyłyśmy. Dom wielkiego miłośnika dekoracji ogrodowych… Szanuję oryginalność. Lubię takich wariatów! Młoda tylko się zastanawiała głośno, jak ten ktoś ma w domu, skoro TAK ma w ogrodzie…?

Pająk

A Młoda parę dni temu zgłosiła, że ma w pokoju nowego pająka. Ładny jest, ale była na niego zła, bo prawdopodobnie zjadł innego pająka, który mieszkał u niej za biurkiem już kilka miesięcy.

Mówi, że ten łazi czasem po ścianie nie wiadomo za czym, a potem chowa się za biurkiem. Zrobiła mu zdjęcie, jak wyszedł i mi wysłała. Akurat czytaliśmy z Młodym książkę i w te pędy biegliśmy zobaczyć to nowe zwierzątko Młodej, ale już uciekło… Po niderlandzku to muisspin, czyli pająk mysi, ale nie wiem, jak po polsku się nazywa. Myszowato jednak faktycznie wygląda.