Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produkty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produkty. Pokaż wszystkie posty

30 września 2022

Satyra na żel pod prysznic i inne opakowania.

Dziś dla odmiany wpis bzdurny, bezsensowny, dla czystej rozrywki i relaksu wystukany z iPada. 

Opakowania i ja

Tak, opakowania są zdecydowanie numerem jeden, jeśli idzie o systematyczne mnie wkurwianie! Proponuję 10 lat ciężkich robót dla kretynów projektujących te wszystkie flaszki, pudełka, woreczki, zatyczki, flakoniki, torebki i wszystko inne barachło do pakowania. Co rok to pomysły lepsze.

Weźmy taki szampon do włosów czy żel pod prysznic. Nie podam marki, bo co najmniej kilka ma tak samo psychicznych projektantów. Nie wiem jakie jest wasze zdanie, ale według mnie pojemnik, który ma w domyśle gdzieś stać,  a nie na ten przykład wisieć, lewitować, czy pływać, powinien mieć stabilny spód. Do stania. Logika (przynajmniej moja) nakazuje, by ten spód był szerszy niż reszta opakowania albo przynajmniej równy. Tymczasem przeciętny szampon ma oba końce węższe niż reszta, nie rzadko zaoblone albo w ogóle spiczaste. My (jak pewnie z 80% innych ludzi) mamy wąskie półeczki pod prysznicem, a jak ktoś ma wannę to pewnie nie lepiej. Szampony, płyny i oliwki non stop spadają. Zwykle na palce u nóg. A jak nie trafią na palce to spadną na zatyczkę, która zawsze się wtedy odrywa albo łamie w połowie. 

Skoro doszliśmy do zatyczki, to poświećmy i jej trochę uwagi. Zatyczka od produktów kąpielowych najlepiej jak jest mała i dopasowana idealnie bez najmniejszej szczeliny do reszty opakowania, do tego gładka, śliska i wspaniale zaoblona. Wyjątkowo jest wtedy praktyczna do otwierania mokrymi, śliskimi rękami zwłaszcza z zamkniętymi oczami. Ja otwieram szampon często zębami, bo inaczej kuźwa się nie da, a i zęby nie zawsze sprostają zadaniu. O rekacji dentysty nawet nie wspominam. Jak już ten szampon mi raz spadnie i ta zatyczka się ukruszy, to zwykle się kaleczę przy otwieraniu. Fajnie.

Płyny do prania i płukania też nie lepsze. Co do samej flaszki, czy flakonu to jeszcze jak cię mogę, szczególnie gdy ucho jest. No ale miękkość i lelawość plastiku przy kilkulitrowych pojemnikach może powodować, że wlejemy litr płynu na raz i to zwykle bardziej do butów niż do pralki, ale to jeszcze pikuś. Natomiast zatyczki to jest już szczyt szczytów. Śliski, gładki plastik bez jednej wypustki. Wystarczą lekko wilgotne, choćby spocone czy nakremowane dłonie, by dorosły i zdrowy człowiek nie sprostał otwarciu flaszki. I to ja nie jestem jakimś chucherkiem - mam szczupłe, ale długie i silne łapy. Dlaczego dawniej zakrętki mogły być karbowane, mieć wypustki a dziś nie mogą? I nie wyjeżdżajcie m tu z żadną ekologią, bo zabiję was śmiechem. 

Flaszki plastikowe na napoje też są niezłe. Już pomijam sam fakt i sens ich produkowania, skoro butelkę szklaną można niezliczoną ilość razy napełniać, a jak się stłucze to stopić, zrobić nową i znowu napełniać… No ale plastikowe są, a skoro są, to się ich czasem używa, bowiem mają pewne zalety (np dziecko się nimi nie pochlasta, są lżejsze itd). No i pytanie jaki kretyn produkuje 2-litrowe flaszki z tak cienkiego plastiku, że po otworzeniu flaszki wypełnionej płynem nie na się jej trzymać w ręce, bo się flaszka płaszczy i płyn się wylewa? Do tego te cienkie zatyczki, których po otwarciu nie da się zatrzasnąć, bo flaszka się zgniecie przy pierwszej próbie i szyjka się wciśnie do środka. Co lepsze, zwykle nie da się otwartej nigdzie postawić, gdyż denko też jest już wtedy zgniecione.

Nie zapominajmy o sosach typu keczup w plastikowych flaszkach. Najsampierw trza odkręcić zatyczkę, by odkleić złotko lub papierek. Złotko ma taki specjalny wystający dinks, za który w domyśle powinno się chwycić, by oderwać złotko. Zwykle odrywa się sam dinks, a złotko siedzi jak siedziało. Potrzebujemy noża. Gdy już uda się pozbyć złotka i zakręcić zakrętkę, gdzie była, możemy zabrać się za jej otwieranie. Powodzenia! Rękami zwykle za pierwszym razem się nie uda, czasem za trzecim albo za piątym, jak ktoś przytrzyma flaszkę. Dobrze jest mieć zdrowe zęby. Przydają się. Gdy już dokonamy uroczystego otwarcia tej zmyślnej sosjerki, okazuje się, że po pierwsze zatyczka się oderwała i nie nada się do ponownego użycia, a po wtóre sos nie ma ochoty współpracować, bo nie chce być zjedzony, no i urządza bunt trzymając się rękoma i nogoma denka. Potrząsasz, dusisz, gnieciesz i nic. Ani kropli. Jak w końcu się uda, to masz od razu pół talerza keczupu. Wkurzony zamykasz flaszkę w lodówce, po to by wredna wypadła komuś na nogi, przy następnym otwarciu lodówki i by wieczko, którego nie udało ci się jakimś cudem oderwać przy pierwszym otwarciu, roztrzaskało się na drobne kawałki. Kurtyna.

Pakowanie słodyczy i temu podobnych też mnie fascynuje. Lubię zajadać ciastka typu „herbatniki szkolne” z mlekiem. Jak to jak? Normalnie: łamię je na kawałki i wrzucam do letniego mleka, po czym wsuwam łyżką szybko, zanim się rozmokną. Ostatnio otworzyłam paczkę takich ciastek. Było to kolorowe opakowanie, co do którego nigdy nie wiem,  do jakiego kosza mam to wyrzucać, bo nie jest to papier, choć papier ma przypominać, ani folia to nie jest, choć ma pewne do folii podobne właściwości. Nie mam też pewności, czy mieści się to w kategorii plastiku. Wyrzucam zatem pełna wątpliwości do najdroższych worków odpadów ogólnych. Nie o tym jednak… Pod tym papiero-folio-plastikiem znalazłam białą karbowaną tekturkę. Rozwinęłam ją, ale nadal nie dokopałam się do ciastek, a w brzuchu coraz bardziej mi burczało. Pod papierkiem bowiem była kolejna folia. Tym razem zwykła foliowa folia. W zasadzie to dwie foliowe folie, które dzieliły ciastka na pół. Po kilku minutach targania, szarpania, obracania zakończonych udaniem się po nożyczki, udało mi się dostać do ciastek. Mleko mi zdążyło wystygnąć. Po kiego tyle warstw na głupich ciastkach? Na pewno po to, by mnie wnerwić.

Materiały sypkie w specjalnych superprzyjaznych sypkim materiałom workach. Jak zapewne wiecie, mamy worki i worki. Są worki z folii miękkiej i elastycznej, w których można bezkarnie robić dziury, można je rozrywać, przycinać bez ryzyka, że od tego cały worek się rozerwie na pół. Ty właśnie worków nigdy NIE używa się do pakowania produktów sypkich, bo to było by za proste. Produkty sypkie… no jak nie wiecie, jakie to są?! sól, płatki śniadaniowe, drobny makaron, mak, karma dla zwierząt etc. Produkty sypkie prawie zawsze sprzedawane są w workach z tej drugiej folii - szeleszczącej i kruchej. Rozerwanie takich opakowań to samozagłada. Na 100% cała zawartość wyląduje na podłodze. Większe szanse macie używając nożyczek, ale ja bym tam sobie nie dała ręki odciąć, że się powiedzie. Ja się od razu nie rozerwie, to następnym razem na pewno i to wtedy, gdy po prostu będziesz chcieć opakowanie przestawić, by wyjąć z szafki co innego. Tak, no chyba oczywiste, że wtedy makaron wyląduje w zlewie pełnym wody, musli w naleśnikach, a mak po prostu wszędzie. 

Zabawki i akcesoria elektroniczne to już w ogóle jest wyzwanie dla ludzi o mocnych nerwach. Rozumiem, że produkty łatwopalne, żrące, trujące, wybuchowe posiadają konkretne dziecioodporne opakówki. No czekaj, wróć… Badania dowodzą, że pojemniki z otwarciem antydzieciowym tylko dzieci z łatwością potrafią otworzyć. Dorośli podają sobie flaszkę z syropem na kaszel z rąk do rąk, by każdy z dorosłych domowników mógł spróbować szczęścia. Potem goni się jeszcze do sąsiada, a i listonosz czy kominiarz spróbuje, gdy akurat się napatoczy. W końcu ten chory trzylatek z gorączką spokojnie przekręci i zdejmie zakrętkę. No ale to specjalne, trudne opakowania, to wiadomo…

Weźmy jednak pierwszą lepszą koparkę, czy lalkę, które kupiłeś dziecku po drodze, by miało się czym zająć, gdy ty będziesz załatwiać sprawy w urzędzie, robić zakupy, prowadzić samochód (niepotrzebne skreślić). Zabawka jest zapakowana w specjalne opakowanie, na którym w 223 językach jest napisane, że opakowanie nie jest zabawką i że nakładanie go na głowę może spowodować uduszenie, a małe części mogą zostać połknięte lub wchłonięte. To ostatnie zawsze mnie intrygowało, ale nigdy nie doszłam do tego, co autor ma na myśli (ktoś coś?). No dobra, gdy już się dowiesz, że opakowanie nie jest częścią zabawki, to jak najprędzej chcesz jedno od drugiego oddzielić, bo dziecko zaczyna się niecierpliwić. Oglądasz nabytek ze wszystkich stron, tarmosisz, zginasz, ciągniesz, skrobiesz, potrząsasz, przeklinasz, jeszcze raz oglądasz, tarmosisz, zginasz, potrząsasz, zginasz, tarmosisz, przeklinasz, ciagniesz, przeklinasz, przeklinasz, przeklinasz, masz ochotę wypierd… opakowanie razem z zawartością przez okno, ale powstrzymuje się mina kota ze Shreka goszcząca na twarzy twojego potomka i powtarzasz po raz kolejny wszystkie czynności raz jeszcze. Na wszelki wypadek. Niestety jeśli nie masz zupełnie przypadkiem w torebce piły motorowej, sekatora, siekiery albo przynajmniej zwykłej skrzynki z narzędziami to musisz naprędce wymyślić przekonywującą historię dla swojego dziecka albo przekupić go lodami. Co większym farciarzom zdarza się nawet pozbyć tego twardego przezroczystego plastiku z wierzchu, a wtedy się przekonują, że zabawka jest przytwierdzona do drugiej części opakowania na specjalne śrubki albo, jeszcze lepiej, na trytki. Surprise! 

Równie pomysłowo, jak wiadomo, pakowane są wszelakie baterie, słuchawki i różniaste gadżety elektroniczne. Ubaw po pachy za każdym razem. Im prędzej czegoś potrzebujesz, tym trudniej do tego się dobrać.

A Wy macie jakieś ulubione opakowania? 









24 października 2021

Sprzątanie. Rozwiązania i wynalazki do domu odkryte dzięki tej pracy.

 Z mojego poprzedniego życia pamiętam wielkie porządki przedświąteczne. Wielkie biadolenie, utyskiwanie, narzekanie, a w tym wieczny problem np z myciem okien. 

Baby na wsi ciągle prześcigały się w pomysłach na najlepszy sposób na czyste okna i wiecznie narzekały, że żaden z nich się nie sprawdza w 100%, przez co słynne przedświąteczne mycie okien zawsze kojarzyło się z koszmarem. Ile to produktów człowiek wtedy wypróbował i jeden okazywał się gorszy od drugiego. Pamiętam, że do wycierania używaliśmy starych podkoszulek, tudzież majtochów, papieru toaletowego, a nawet gazet! I tak nic nie działało jak należy, ciągle były smugi, mazaje, ciapy, poprawianie, przecieranie i latanie z pola do domu i z domu na pole, bo mazaj był zawsze z drugiej strony! To były czasy! 

Potem w końcu pojawiły się pierwsze gumowe ściągaczki i to było to, ale na wsi ciągle jeszcze wszyscy uparcie próbowali używać tych wszystkich magicznych reklamowanych produktów „do mycia okien bez smug” i gadżetów zachwalanych przez tzw perfekcyjne panie domu (szczególnie te z tv), które prawdopodobnie w rzeczywistości nawet nie wiedzą, z której strony mopa się stoi. 

Nie wiem jak inni, ale ja dopiero tutaj w Belgii, gdy zaczęłam pracować jako sprzątaczka, dokonałam wielu wiekopomnych odkryć w kwestii produktów i sprzętu. Przy czym nie rzadko się okazywało, że to wcale nie markowe produkty za czapkę dukatów, a środki tanie, które każdy ma w domu, są najlepsze. 

Dziś podzielę się tu moim doświadczeniem i odkryciami. Może komuś się przyda. Chętnie jednak poczytała bym w komentarzach, o Waszych odkryciach, o tym co Wam w domu się sprawdza czy w pracy przy sprzątaniu. Jakie wynalazki czy produkty uważacie za niezbędne? 

Jedziem.


1. Jedyny słuszny produkt do mycia okien to zwykły ocet. Można też używać amoniaku, tyle że ten jest bardzo szkodliwy i naszej pracy oficjalnie zakazany (w domu jednak wolno). Do tego trochę wody, gumowa ściągaczka, gąbka lub ścierka zwykła albo i stare majtasy oraz bambusowa ścierka (lub inna która się nie kłaczy). Do wody wlewamy parę kropel octu i jazda (można dodać też kroplę płynu do naczyń wraz z octem lub bez octu). Korzystając z tej metody jestem w stanie w ciągu pół godziny ogarnać wszystkie okna w domu piętrowym, o ile nie jest to dom-akwarium posiadający szyby zamiast ścian. Dom akwarium ogarniam ciut dłużej, ale spokojnie potem daję rady zwyczajnie ten dom jeszcze w całości posprzątać i zmieścić się w 4 godzinach. Zwykły ocet i płyn do garów oraz woda z kranu! Żadne tam specjalne produkty. Tutaj można kupić ocet do sprzątania w kilkulitrowych bańkach.

2. Octu używa się też jako odkamieniacza do prysznica, muszli klozetowej, kranu, czajnika itp. Polewamy lub przemywamy octem. W sedesie czy kranie można przyłożyć rozmoczony w occie papier toaletowy lub ścierkę i poczekać chwilę na efekty. Lepsze i szybsze rezultaty  daje podgrzany ocet. Można też nalać octu do muszli i pozostawić na dłużej. 

3. Octem rozcieńczonym z wodą myje się też kabiny prysnicowe i wiele innych rzeczy. Z tym, że na leży brać pod uwagę, że ocet to substancja żrąca, kwas i że nie wolno tego używać do kamienia, czyli na ten przykład marmuru, kamienia jurajskiego itp, do drewna też nie. Ocet rozpuszcza silikon, co też trzeba pamiętać. 

4. Do odkamieniania muszli (ale także czajnika!) można użyć zwykłej coli, ale to już drożej niż ocet wychodzi. Najpierw zaleca się pozbyć wody z muszli a potem nalać coli i zostawić na noc.

5. Gumowej ściągaczki do podłogi używa się poza myciem podłogi też do odkłaczania dywanów. Wystarczy przeciągnąć parę razy suchą ściągaczką po dywanie i zebrać kłaki odkurzaczem. Rewelka.



6. Podłogi często myje się tu metodą średniowieczną, czyli wylewając wiadro wody na podłogę i szorując podłogę szczotką na kiju, a potem ściągając wodę gumową ściągaczką (jak się da to na zewnątrz, jak nie to zbierając szmatą do wiadra) i na koniec osuszając ścierą. Metoda średnio mi się podoba, bo zajmuje dużo czasu i jest męcząca, zatem zwykle myję podłogi zwyczajnie szmatą okręconą na ściągaczce albo mopem, a tylko w wyjątkowych przypadkach, np kamienne podłogi albo bardzo brudne płytki, używam kilku wiader wody i metody średniowiecznej, bo przynosi lepsze efekty.

7. Istnieją specjalne bezwodne ścierki jednorazowe nasączone jakimś produktem, którymi „myje” się podłogi nietolerujące wody, ale też zwykłe, gdy nie chce się moczyć, a nie są podłogi jakoś specjalnie ufajdane tylko lekko przykurzone.   Całkiem zacny to wynalazek.

8. Dobrze jest mieć w domu kilkadziesiąt ścierek, ręczników i szmat, by po użyciu suszyć je a potem wrzucać do kosza, a raz w tygodniu wszystkie wyprać na raz, ale oddzielnie od innych rzeczy. Do ścierek nie powinno się bowiem używać płynu do płukania. Ja często moczę je wcześniej w sodzie czy produkcie do prania. Ja mam osobne ścierki do kuchni, osobne do łazienki i reszty pomieszczeń, by nie myć kibla czy króliczej kuwety tą samą szmatą, którą ścieram stół w kuchni. 

moja prywatna kolekcja


Są też różne wynalazki, które niekiedy są stosunkowo  drogie i bez których spokojnie da się żyć, ale mimo to warto je sobie kupić. Np

9. Bambusowe ścierki do okien. Dla mnie bomba. Nie kłaczą się, doskonale zbierają wodę, nie robią mazai. Nie zachwyciły mnie natomiast polecane przez wszystkich (klientów, sprzątaczki) irchowe albo udające irchowe ścierki. Dla mnie to jakaś porażka i nieporozumienie, ale każdemu wolno uważać inaczej. Ale to w kwestii okien, bowiem te ścierki świetnie sprawdzają się do mycia mebli drewnianych samą wodą. Świetnie zbierają kurz i odświeżają. 

bambusowe ścierki

 sztuczna ircha

10. Swiffer... nie odkryłam jeszcze, czy to ma polską nazwę, ale to taka specyficzna miotełka do kurzu, która zbiera kurz idealnie. Robią to coś (w sensie podróby) różne firmy, ale póki co tylko ta jedna działa idealnie, a reszta to, moim zdaniem, badziewna namiastka miotełki do kurzu. Ta jeszcze dodatkowo ładnie pachnie, jak jest nowa :-). Tanie to nie jest, ale ja zawsze duże paki kupuję, co jest opłacalne. Świetnie i łatwo czysci się tym kurz z urządzeń typu telewizor, monitor, odtwarzacz czy półek z książkami lub bibelotami. Z samych książek kurzu za bardzo nie zbiera.


11. Miotła do pajęczyn z teleskopowym kijem. Niegłupi wynalazek, bo można wysoko sięgnąć i łatwo daje się zwykle umyć. 



12. Wiadro do mopa z wirówką na pedał (vileda). Jeżeli ktoś używa mopa często, to warto to kupić, bo jest niezmiernie praktyczne. Są też wiadra z wyciskarką do mopa np to na zdjęciu, ale to nieporozumienie, bo woda się z tego na podłogę zawsze leje. Choć niewykluczone, że nowsze wersje są poprawione.


są gorsze wynalazki, ale są też lepsze

13. Gumowe czy silikonowe szczotki (zwane też tutaj fryzjerskimi), którymi np świetnie czesze się frędzle u dywanów, ale też dobre są do zamiatania kłaków czy piór zwierząt i łatwo się je myje. Gumowych szczotek do wc jednak nie polecam. Nie sprawdzają się przy szorowaniu.

(foto Amazon)


14. Specjalne ścierki do szorowania przypalonych garów, piekarnika itp... Najpierw nie wiedziałam, co to w ogóle za kawałki jakiegoś dziwnego sfilcowanego dywanu ludzie mają w kuchennych szafkach. Teraz mam to i w swojej kuchni. Szoruje porządnie. Choć, jak pewnie wiecie, na przypalone gary to jednak soda jest niesamowita. Wystarczy trochę tego magicznego proszku nasypać do gara, dodać troszkę wody i pogotować chwilę, a przypalenizna odklei się od dna. Potem tylko dopracować ścierką i jak nowe. 



15. Myjki gąbeczki od viledy. Moje wielkie odkrycie. Świetne do szorowania patelni i garów, bo nie rysują a robią, co należy. Niesamowicie wytrzymałe i długowieczne. Nie zostawiają „piasku” i przyjemne (jak na gąbkę szorującą) dla dłoni. Ja używam ich też w łazience. Vileda mi nie płaci, ale uważam, że zacne produkty robią do sprzątania. 





16. Spray odgrzybiający do fug. Kilka różnych marek jest - tańsze, droższe. Śmierdzi jebitnie chlorem, ale działa doskonale. Wystarczy popsiukać i zostawić na godzinę, a potem lekko poszczotkować i spłukać. Czarne brzydkie znika.

17. Na zdjęciu w punkcie 12 są też moje buty robocze. We własnym domu może nie potrzebne, ale do pracy trzeba koniecznie mieć wygodne i bezpieczne buty. Jakiś czas temu odkryłam firmęh oxypas, która produkuje obuwie dla szpitali, w tym dla szpitalnych sprzątaczek. Idealne! Można w nich iśc i iść. Wkładki (które można dokupić osobno na wymianę) wyprofilowane idealnie, grube nieśliskie podeszwy, twarde, ale nie metalowe! czubki. W tych butach mogę chodzić 8 godzin i moje nogi czują się komfortowo. Zdarza mi się z jakiegoś powodu czasem używać w pracy trampek od Mustanga (które skądinąd bardzo lubię) czy jakichś sportowych adidasów marek różnych, ale to nie ma porównania. Nawet w sportowych butach do biegania moje kopyta bolą po 4 godzinach okropnie. Te specjalne buty jednak faktycznie się sprawdzają, a ceny tych butów nie są jakieś kosmiczne, bo już za mniej jak 50€ kupi spokojnie taki czy inny midel. Nie są to jednak zdecydowanie eleganckie buty, zatem przez ludzi przedkładających wygląd nad zdrowie i wygodę raczej nie zostaną  zaakceptowane. Ja kupuję co jakiś czas nowe w innym kolorze czy modelu, bo lepszych jak dotąd nie znalazłam. Sugestie jednak mile widziane.

18. Odkurzacze. O tych mogłabym napisać dziś całą książkę. W Belgii popularna jest marka Dyson. Ceny tych odkurzaczy są, jak dla mnie powalające, ale po 5 latach w tym zawodzie, nie bardzo rozumiem zjawisko. Byś może te odkurzacze są wytrzymałe… ? Nie wiem. Wiem, że jak już mają kilka lat to psy chcą je dosłownie pożreć wyjąc przy tym z bólu uszu. Tam psy. Mnie wysoko wrażliwej mało szlag nie trafi i zęby nie wypadną z bólu. Hałas, jaki ten szajs czyni, to szok po prostu. Druga wada to budowa węża i rur. Non stop przycina mi to skórę na rękach. Zalety takie, że zwykle mają ładny design, wszystko jest dopracowane, wybajerowane, są różne szczotki, ale prywatnie za darmo może bym i wzięła do domu, ale na pewno bym tego nie kuoiła, a odkurzacze z popularnych marek za 50-100€ też są jak dla mnie okej. W domu mamy m.in. Saubera za 70€ i Młoda odkurza nim w swoim liście, papuzie ziarno i pióra. Świetnie ciągnie, nie zapycha go tym szajsem i w ogóle cacy. Filtry łatwo się czyści i myje. Najstarsza ma w swoim pokoju jakiś Domo czy cuś za 50€ i odkurza tym non stop od lat siano, królicze kłaki - chodzi i ciągnie jak głupi, odkurza idealnie, no nie ma się do czego przyczepić, jak za taki piniądz. Do reszty domu mamy Rowentę za około 100€. Wszystkie nasze odkurzacze, podobnie jak wymienione dysony (po 400-500€) u moich klientów to odkurzacze bezworkowe. Wszystkie są okej. Klienci mają też workowe z różnych firm i w sumie każdy jest dobry, choć każdy ma swoje plusy i minusy. Totalnym jednak nieporozumieniem są dla mnie odkurzacze pionowe bezprzewodowe. Znaczy wróć, one są okej jako odkurzacz podręczny, gdy kot doniczkę wywali albo dzieci w kuchni nakruszą, t.j. do odkurzania małych powierzchni. Jednak niektórzy z moich klientów uważają, że tym można sprzątać cały dom. Można, ale to beznadziejny pomysł. 

Roboty podobnie. To dobry wynalazek, ale to nie jest zastępstwo normalnego odkurzacza, a dodatek do niego. Sprawdza się w niezagraconych i nieokablowanych pomieszczeniach, gdzie nie ma zwierząt. Dobrze jakby pomieszczenie było okrągłe, bo odkurzacz ten w kątach nie ogarnie ;-)

Na razie to tyle o gratach i gadżetach do sprzątania. Ciekawam, czy kogokolwiek to w ogóle zainteresowało…


PS. Nie mam żadnych profitów z zachwalania tutaj konkretnych marek. Polecam je dlatego, że zwyczajnie uważam je za dobre.