1 października 2017

Jaki był wrzesień i co wniósł nowego w nasze życie?

Nie piszę ostatnio zbyt często, bo nie mam czasu. Znaczy nie to że w ogóle, ale po prostu poświęcam wolne chwile na co innego niż pisanie. Poza standardowymi rozrywkami typu pranie, sprzątanie, mycie okien, czy gotowanie próbuję spędzać więcej czasu z poszczególnymi członkami rodziny, zarówno w grupach jak i z każdym z osobna, bo wiecie, oni z jakiegoś dziwnego powodu wszyscy potrzebują pobyć z 'mamą'. Stanowisko matka - jak zapewne Wam wiadomo - wymaga wysokich kwalifikacji i ogromnego zaangażowania. Matka jest nie tylko kucharzem, sprzątaczką i praczką. Matka musi też być lekarzem, psychologiem, detektywem, mediatorem, zoologiem, pedagogiem, powiernikiem, meteorologiem, a nawet wróżką czy tam wszystkowiedźmą. Do matki ciągną wszyscy z każdym prawie problemem, bo nawet jak matka nie wie, co robić, to wie kto może wiedzieć no i musi wiedzieć, że taki problem w ogóle jest.  

Nie ma co ukrywać, czasem jest trudno. Mimo że wszystko ogólnie układa się  i funkcjonuje bardzo dobrze, to czasem pojawiają się zgrzyty i trzeba dokonać przeglądu maszyny, naprawić, podokręcać, naoliwić... Kto ma czuwać nad prawidłowym funkcjonowaniem rodziny jak nie matka? :-) Zatem jak matka postanowi se zrobić wakacje i przegapi pierwsze zgrzyty, maszyna może po  chwili wypaść z torów albo całkiem się rozsypać, a wtedy weź to napraw i pozbieraj do kupy...

Nie no, spokojnie, bez przesady... tak na prawdę matka nie jest żadnym superbohaterem. Jeśli pozostali członkowie rodziny nie będą współpracować i się udzielać, pomagać i wspierać wzajemnie to i tak się wszystko posypie i będzie kicha. Bez wsparcia i pomocy ze strony taty i dzieci nic by z tego nie wyszło. 

U nas  jest ta specyficzna sytuacja, że jesteśmy rodzinką sklejaną i czasem jest nam troszkę trudniej niż zwykłym rodzinom. Z każdym rokiem jest łatwiej, z każdym miesiącem lepiej się wszystko dociera i mniej zgrzytów na tej płaszczyźnie się pojawia, ale czasem jeszcze wyczuwam pewne bariery. I tak, bardziej są to bariery niż zgrzyty czy jakieś konflikty. Jednakowoż trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że mimo wszystko jest super. Od pierwszych dni było super. Nigdy nie pojawił się żaden poważny konflikt na lini ojczym-pasierbice (bosszzz kto wymyślił te słowa? NIGDY ich nie używałam i używać nie zamierzam, bo tak są ohydne). Było jednak sporo ...niuansów, których pewnie nikt patrzący z boku nigdy nie zauważył, ale ja matka i żona bardzo wyraźnie odczuwałam te drobne zgrzyty, które nota bene dla mnie związanej z wszystkimi emocjonalnie były bardzo bolesne. Mało tego, bardzo trudne do usunięcia, bo to delikatne kwestie o których trudno się rozmawia, a do tego związane z uczuciami, które są częstokroć niezależne od ludzkiej woli i rozumu. Miłość, nienawiść, gniew, strach, zazdrość, tęsknota, smutek, radość... uczucia, nad którymi trudno zdobyć władzę rozumowi, a które mogą rozwalić najlepiej zaplanowany system, co oczywiście niekoniecznie musi mieć negatywne skutki, ale czasem może...

Ja jestem tym dziwnym typem, który cały czas analizuje swoją sytuację i otoczenie. Nie to że jakoś specjalnie się nad sobą rozczulam, użalam czy zachwycam (choć się zdarza chłe chłe, szczególnie to ostatnie) Zwyczajnie analizuję. Zawsze próbuję zrozumieć i odkryć, co i dlaczego poszło nie tak, gdzie popełniliśmy błąd i jak z tego teraz wybrnąć. O dziwo to zwykle działa i wielce pomaga. Jedyna wada tego zboczenia, to nieodłączne analizowanie postępowania innych, zupełnie obcych ludzi - zajmuje czas a mało się przydaje.

Po ostatnich wakacyjnych analizach (2 tygodnie byłam tylko z Młodym i sporo rozkminiłam) wyszło mi, że mało czasu poświęcam każdemu z osobna i może trzeba by coś z tym zrobić. Do męża napisałam mejl, bo to jedyna sprawdzona metoda wyjaśnienia wszystkiego na raz. Potem można wszystko na spokojnie omówić i przedyskutować.  No wiem, że dla większości z Was wydaje się to tyle samo głupie co śmieszne, ale my nie jesteśmy Wami. My napisaliśmy do siebie dziesiątki, jeśli nie setki długich mejli, w których rozmawialiśmy o wszystkim od muzyki i literatury poprzez pogodę, do osobistych uczuć oraz upodobań erotycznych. My poznaliśmy się bardzo dokładnie za pomocą listów zanim pokazaliśmy sobie wzajemnie swoje pyski. My jesteśmy nietypowi i nieprzeciętni (jak kto woli dziwni) wszyscy razem i każde z piątki z osobna. A nieprzeciętni używają niecodziennych metod :-) Mejl oczywiście zadziałał tak jak tego oczekiwałam, czyli stał się przyczynkiem do wielogodzinnych dyskusji i rozważań oraz podjęcia działań poprawiających wzajemne relacje rodzinne (złe nie były, ale zawsze mogą być jeszcze lepsze). Nie wiadomo, czy poprawianie się uda, ale na pewno warto próbować coś zmienić a już zrozumienie problemu to połowa sukcesu - tak myślę.

Odkryliśmy np że można by zacząć nadrabiać pewne zaległości, czyli np pójść od czasu do czasu na randkę tylko we dwoje, co przez 8 lat znajomości nigdy nie miało miejsca, bo matki małych dzieci nie chadzają nigdzie bez tych dzieci. Teraz dzieci są wystarczająco stare, by mogły obyć się dwie godziny bez nadzoru rodziców. Nie chodzi tu o to że od razu kolacja przy świecach w drogiej restauracji, ale kurcze, nawet na zakupy odzieżowe sobie pojechać tylko we dwoje to bardzo fajna sprawa. Nikt nie jojczy że się nudzi i chce do domu ani nie naciąga na kolejną parę kolczyków. Człowiek może sobie pooglądać na spokojnie ubrania w swoim rozmiarze, przymierzyć i zapytać małżonka o opinię. Mój facet jest dość nietypowy - on lubi zakupy odzieżowe i lubi mi pomagać wybierać ubrania, szczególnie te, których nie ogląda nikt poza nim... 

Postanowiłam też pochodzić na randki z moimi dziećmi, żeby z nimi pobyć na osobności, pogadać o dupie maryni i zwyczajnie fajnie spędzić czas we własnym gronie.

Nie dawno dokonaliśmy wielkiego odkrycia. Odkryliśmy kino w okolicy, w którym jak się okazało bilety są dużo tańsze niż w dużych wypasionych kinach. Po zapłaceniu dwa razy po 70€ za wizytę w jednym ze znanych kin odechciało nam się rodzinnych seansów. W małym kinku bilety są dużo tańsze a kino to kino, nie ważne czy ma  2 sale czy 20. W wakacje byłam z Młodym na Cars3. Trochę nudna ta bajka, ale przeżyłam. We wrześniu Młoda wyciągnęła mnie na horror według Kinga pt It (Coś). Miałam obawy, czy ludzie nie będą dziwnie patrzeć, że matka idzie z dzieckiem na horror, ale się okazało, że mnóstwo małolatów było (film był dozwolony od 12 lat). W ogóle to pierwszy raz w życiu stałam w kolejce po bilety do kina, która kończyła się na chodniku przed kinem. Z pięć minut później pewnie byśmy już nie weszły, bo już i tak trzeba było szukać wolnego miejsca na sali. Oglądałam większość ekranizacji Kinga i każda mi się podobała. Ta też całkiem fajna do oglądania. Nie jakoś strasznie straszna ani nie makabrycznie makabryczna - ot taka w sam raz, także dla 12latki lubiącej horrory, bo w sumie to film o nastolatkach z kilkoma dobrymi elementami humorystycznymi. Potem zaliczyłam jeszcze bajkę o emotikonach z całą Trójcą. Tata nie pisze się na kreskówki, bo one są po niderlandzku bez napisów. Normalne filmy są w oryginale z napisami po francusku i niderlandzku. Mnie i dziewczynom to rybka. Dla Młodego jednak tylko bajki po niderlandzku a dla taty tylko filmy po angielsku. Emotikony są bajką dla nastolatek. Młody się trochę nudził i jak opustoszył paczkę chipsów zaczął standardowo wyczyniać cuda z poddupnikiem (podwyższenie dla maluchów) i pytać kiedy zapalą światło. Mnie też jakoś nie powaliła ta bajka, jakoś tak średnio ciekawa dla matek. W planach na ten miesiąc Trójca ma Lego Ninjago. Myślałam, że na to tylko Młody będzie chciał iść, bo nie dawno dostał parę książek w tej tematyce i się przyjęło,  a tu niespodzianka - dziewczyny są fankami bajek o gadających klockach i już pytają w który dzień idziemy... Ja nie jestem legofanką, ale chyba pora to zmienić hehe.
Na randkę rodzicielską jeszcze nie wybraliśmy seansu na ten miesiąc, bo jakieś same ckliwe bajeczki albo produkcje tutejsze (po niderlandzku), Batman i Gwiezdne Wojny już mi się dawno temu przejadły. Morderstwo w Orient Expres wydaje się dobrym pomysłem, ale czas pokaże, co z tego wyniknie. 

Tymczasem gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi atrakcjami i rozrywkami udaje nam upchnąć takie mało ważne zajęcia jak chodzenie do szkoły, do roboty i te wszystkie zabawne zajęcia domowe.

Najstarsza chodzi do nowej szkoły, z której jest bardzo ale to bardzo zadowolona. Kierunek moda okazał się bardzo trafnym wyborem. Wreszcie robi to co lubi. Większość lekcji stanowią zajęcia kreatywne - projektowanie, szycie, plastyka. Poza tym ma po godzinie angielskiego i francuskiego oraz informatyki tygodniowo oraz PAV, czyli projekt przedmioty ogólne. Ten przedmiot zawiera w sobie niderlandzki, matmę, historię, geografię, przyrodę i wszystko co pod "ogólne" upchac się da. Mają tego kilka w tygodniu ze swoją mentorką, która niestety nie wpadła w oko naszej córce do tego z wzajemnością. Nie polubiły się, co wróży nam znowu kłopoty, no ale nie martwię się na zapas i czekam cierpliwie na pierwszą wywiadówkę, która już w tym miesiącu przed feriami jesiennymi. Dowiemy się wtedy czy szkoła jest równie zadowolona z naszej córki jak ona ze szkoły. Panie od projektowania i mody (szycia) chwalą ją od samego początku (już po tygodniu nauki na wieczorze informacyjnym powtarzały, że pięknie rysuje i że widać talent). Najważniejsze że póki co lubi szkołę i chodzi tam z wielką chęcią i uśmiechem na twarzy. Widzę, że bardzo się stara sprostać szkolnym oczekiwaniom nawet u nielubianej nauczycielki. Choć jako typowy introwertyk i typowy artysta ma spore problemy z ogarnianiem rzeczywistości. Wspieram ją cały czas, przypominam, o czym sama nie zapomnę i poganiam. Jest dobrze i coraz lepiej. Jest już chyba z górki, ale trzeba być, czuwać i pomagać.
Do tej nowej szkoły jest od nas fantastyczny dojazd. Rano pociąg jest co pół godziny i jedzie raptem 10 minut. Tyle samo zajmuje jej dotarcie rowerem na stację. Po lekcjach też od razu ma pociąg i też w razie co, następny za pół godziny. Bomba.

Młodsza buntowniczka często jest bardzo emo (trochę chyba celowo ale sporo zupełnie niezamierzenie z powodów dorastania i szaleństwa hormonów) i teraz ona wymaga najwięcej uwagi, cierpliwości i wsparcia. Ma nową klasę, bo wszystkie pierwsze klasy pomieszali i nie trafił jej się nikt ze starej klasy. Ona jest zadowolona z tego tytułu. Ta gromada jest jednak tak samo hałaśliwa jak poprzednia, a Młoda od małego nie lubiła hałasu w szkole. Pamiętam, jak wychowawczyni opowiadała nie raz jak to ta malutka chudziutka drugoklasistka krzyczała na dryblasów z szóstej czy nawet gimnazjum by zamknęli pyski i przestali ganiać, bo ją to denerwuje. Skarży się non stop na ból głowy i zmęczenie, a na samą myśl o szkole ma mdłości i zawroty głowy. Ciężki mamy czas. Sytuacji nie poprawia ilość nauki i obowiązków szkolnych. Oni tu mają w liceum na prawdę niezły zachrzan. Nie ma tygodnia bez testu, a bywa że po 3 i 4 dziennie mają. Mnóstwo zadań domowych i mnóstwo nauki z każdego przedmiotu. Ona lubi się uczyć, jej w ogóle nigdy niczego nie muszę przypominać. Sama zadba o wszystko i wszystkiego dopilnuje. No wiadomo, zapomnieć się zdarza coś od czasu do czasu albo zwyczajnie oleje i odwali po łebkach jakieś zadanie domowe, gdy ma gorszy dzień, ale to przecież normalna ludzka rzecz. Dźwiga też dzielnie codziennie ten swój cholernie ciężki plecak. Kipling robi wielkie tornistry szkolne i faktycznie wszystko się do nich mieści razem z laptopem. To wszystko waży razem 12 kilo. Ważyłam! Wyobrażacie sobie codzienne dojeżdżanie 7 kilometrów rowerem do szkoły z dwunastokilowym plecakiem? Deszcz, wiatr, skwar - Młoda pedałuje. Tak samo jak czyni to większość jej tutejszych rówieśników. Oczywiście nie zawsze tornister waży 12 kilo, czasem tylko 7, ale czasem jeszcze trzeba worek ze strojem na w-f dołożyć do bagażu. Kupiliśmy jej taki specjalny duży koszyk na bagażnik i gumy do przypinania, bo normalnie to ramiona jej prawie odpadały po tej trasie i hopkania na dołkach. Teraz jedzie się łatwiej, ale trzeba uważac przy wietrze bo z takim obciążeniem z tyłu można łatwo dać się powalić na glebę z rowerem.
A mówią, że dzieci to gówno wiedzą o życiu, obowiązkach i ciężkiej pracy. Taa, ja zapieprzam fizycznie 25 godzin tygodniowo, myję czyjeś kible, zbieram brudne majtki i skarpety po pokojach, praca to nie lekka i nie zawsze przyjemna, ale nie zamieniła bym tego na chodzenie do szkoły, nawet jakby mi płacili za to, że tam chodzę. Szkoła to kawał ciężkiej roboty, nie tylko dla nauczycieli., a dorastanie to jedno z trudniejszych doświadczeń życiowych zarówno dla nastolatka jak i rodziców.

Młody tymczasem zaczął ostatnią klasę przedszkola a weekendy chodzi na taniec. Po drugich zajęciach polubił i chodzi z ochotą. Opowiada do jakich jego ulubionych utworów tańczyli danego dnia i potem szuka ich na swoim jubjubie (youtube). Ma totalnego hopla na punkcie muzyki a to co wybiera z yt czasem mnie powala. On trafia przypadkiem na różne rzeczy i jak coś się spodoba, to słucha do znudzenia i tańczy. Kiedyś odkrył jakiś koncert gitarowy i mówił, że ta gitara to jest superowa. Dziś znalazł Beethovena, popatrzył chwilę, wstał i zaczął dyrygować. Przedszkolak zachwycony utworem Dla Elizy oraz Odą do radości :-) Niezły aparat z tego naszego syna hehe.
 Dorósł też do nauki. Najpierw zaczęła się jazda na na liczenie. Nauczył się sam przy pomocy YT liczyć do 20 w trzech językach (pl, nl i ang). Potem przyszła pora na dodawanie. Gdy kupiliśmy tablicę, wymyślił zabawę w liczenie i katuje nią tatę. On pisze działania dla taty, tata pisze dla niego. Każde dodawanie musi się składać z 3 liczb (np 7+5+3=?) Sprawnie liczy w zakresie 15, do dwudziestu też daje radę. Nie dawno zafascynował go alfabet. Puszcza z YT piosenki o alfabecie i inne filmiki o literach po polsku i już trochę liter zapamietał. Swoje imię umie napisać od dawna i pierwsze litery naszych imion.
Cieszy mnie to, bo za rok będzie mu łatwo wystartować w pierwszej klasie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz