30 stycznia 2026

W złą stronę to zmierza... ale na razie jest znośnie.

 To był dosyć wyczerpujący psychicznie tydzień, ale ogólnie nienajgorszy.

W poniedziałek podreptałam do apteki wybrać kolejny przydział Decapeptylu. Kolejka stała do drzwi, a aptekarka tłumaczyła jakiemuś starszemu panu, że musi do specjalisty swojego iść, by mu wypisał nowe zlecenie, bo inaczej następnym razem nie dostanie już tego leku... Dalej aptekarka wspominała o ostatnich zmianach, że jest coraz więcej trudnień ze wszystkim. Potem znowu coś następnemy klientowi tłumaczyła o zmianach, o droższych lekach... 

W końcu przyszła moja kolej i się dowiedziałam, że Decapeptyl już nie jest za darmo. Na szczęście tylko 2€ mnie to teraz kosztować będzie co miesiąc, ale niektórych ludzi zmiany dotkną o wiele boleśniej. Aptekarka mówiła coś o diabetykach i którejś innej grupie, która dostaje w dupę. Zasadniczo rząd stwierdził, że lekarze za dużo leków przepisują i trzeba to ograniczyć podwyższeniem wkładu własnego pacjentów (czyli zmniejszeniem refundacji). No wiadomo, że cukrzycę czy raka ludzie maja dla fanu i głupich fanaberii, a te wszystkie piguły, czy zastrzyki lekarze pacjentom przepisują po prostu na złość. 

No cóż, ktoś musi za pandemię i prezenty dla Ukrainy zapłacić. Miło, że mogą to robić właśnie najsłabsze grupy społeczne. Choć tyle się do czegoś przydamy, więc chyba powinniśmy być dumni, że na nas padło, prawda...?

szmateksowy przyodziewek

Kolejnego dnia poszłam z Młodą do rodzinnej, po skierowanie na badanie krwi  i recepty. Po krótkiej rozmowie lekarka jej nakazała w te pędy szukać tutaj psychiatry, bo teraz po zmianach będzie mieć przesrane. Jeśli nie przedstawi orzecznikom dokumentów belgijskich na to, że się leczy, marniutkie szanse, że przedłużą jej uznanie niepełnosprawności. Powiedziała jej, że każą jej iść do pracy, a przecież ona (lekarka) wie, że Młoda nie da rady pracować, ale niestety to co się dzieje, może skończyć się tragicznie dla wielu ludzi. No i tak wedle porady lekarki z naszej przychodni  (u której nota bene Młoda była po raz pierwszy) Młoda ma leczyć się u polskiego psychiatry jak dotąd, ale dla papierów ma znaleść jakiegokolwiek psychiatrę na miejscu, co jak wiadomo może nie być łatwe.

Słyszałam kiedyś, że zarówno Belgia jak i Polska dojakiejś unii europejskiej należą, czy coś, ale wychodzi na to, że to chyba jednak jakieś plotki i pomówienia.

Małżonek tydzień temu zaczął nową pracę i już po tygodniu dyskutuje z belgijskimi kolegami na temat ostatnich zmian i starzy Belgowie potwierdzają to, o czym ja tutaj piszę i oczym non stop w domu gadamy - w bardzo złą stronę ten kraj zmierza. Najbiedniejsi i najbardziej przeciętni zaczynają się coraz bardziej bać o swoją przyszłość, o zdrowie, pracę, życie, o przyszłośc swoich dzieci i wnuków oraz ogólne bezpieczeństwo. A naszym zdaniem to dopiero skromny początek... Lepiej raczej nie będzie. Jednym słowem chyba mamy przejebane...

mural w Leuven

Odwiedziłyśmy w tym tygodniu też ponownie Szpital Uniwesrystecki w Leuven

Tym razem z drugą córką odwiedziłam dział reumatologiczny. Profesor wraz z asystującą mu lekarką stwierdzili że Młoda jednak nie ma EDS (Zespół Ehlersa Danlosa), ale potwierdzili oficjalnie hipermobilność stawów i profesor wytłumaczył jakie są tego konsekwencje i dlaczego Młodą non stop bolą stawy stawy. Przy takiej hipermobilności prawdopodobnie często do chodzi do mikrourazów,  minimalnych zwichnięć czy skręceń  różnych stawów nawet podczas normalnych codziennych czynności. W dalszej konsekwencji bardzo szybko może zacząć dochodzić do zwyrodnień stawów.

Doktor skierował ją do swojej koleżanki od hipermobilności do Gandawy. Powiedział, że bardzo istotne jest skonkretyzowanie, sklasyfikowanie tego problemu i rozpoczęcie terapii (u fizjoterapeuty). Tak oto znowu znaleźliśmy się o krok bliżej poznania prawdy o zdrowiu (a raczej jego braku) Młodej. 

W szpitalu obowiązuje kod pomarańczowy, czyli noszenie masek. Na szczęście teraz nie trzeba mieć swojego naryjca, bo przy drzwiach jest specjalny dozownik maskowy i se można pobrać za darmo. Szanuję.

 Jako że w Belgii znowu kolej strajkuje i część pociągów nie jeździ, wyjechałyśmy z Młodą odpowiednio wcześnie, by się nie spóźnić. W efekcie w szpitalu byłyśmy prawie godzinę przed zaplanowaną wizytą. No ale mają tam super wygodne, miękkie kanapy w poczekalni, to się rozłożyłyśmy z książką, telefonem i se czekałyśmy. Problem tylko taki, że ja w masce bardzo szybko robię się nieludzko senna i zmęczona. Mam tez zawroty głowy. Chwilami trochę przycinałam komara i po 5 razy czytałam jedno zdanie w książce. Do tego ja nie mogę długo siedzieć, zwłaszcza jak nie mogę se stóp pod dupę wygodnie powkładać albo na stole położyć... Wszystko mnie boli od dłuższego siedzenia w miejscu. Na szczęście w końcu nas zawołali, bo już myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok albo nawet się położę.

Dziś towarzyszyłam jeszcze Dziecięciu na badaniu krwi, bo ona bardzo źle nosi kłucie i czasem słabo jej się robi. Mnie natomiast było słabo podczas pedałowania do przychodni. Od wczoraj jestem totalne lelum polelum bez sił. Ino bym plaszczyła dupsko na kanapie, co też zresztą i robię. Poszłam z niechęcią, ale szybko się uwinęłyśmy i mogłam wrócić do domu i dokończyć pisanie tego wpisu.

Potem będę dokańczać oglądanie mini serialu "Matki Pingwinów". Długo się do tego filmu zabierałam, bo czegoś innego się spodziewałam, ale chciałam obejrzeć. Świetny film. Doskonale pokazuje jak ludzie reagują na diagnozę autyzmu. W głównej bohaterce widzę siebie sprzed kilku lat... "moje dziecko jest normalne" "jest po prostu indywidualistą" "wszystko jest z nim wporządku" "odpierdolcie się od mojego dziecka". Dokładnie te same słowa padały z naszych ust. Co gorsze od jakiejś polskiej pomocy psychologicznej (czy kim ta pani była) usłyszeliśmy, o zgrozo, to samo! Wszystko to wynika z braku choćby podstawowej wiedzy na temat autyzmu. Ludzie boją się panicznie tego, czego nie znają, o czym niczego nie wiedzą.

W tym tygodniu trafiłam przypadkiem na post informujący, że w Polsce wreszcie znoszą używanie określenia "asperger" i wreszcie zaczynają używać po prostu określenia "spektrum autyzmu". 

Ileż tam było płaczu i złorzeczenia w komentarzach. Tylko dlatego, że ludzie nie mają pojęcia czym jest spektrum autyzmu, ani też tego kim był słynny Asperger (kolega Mengele, który pomagał Adolfowi pozbywać się niepełnosprawnych ze społeczeństwa). Polacy dzielą na razie ludzi w spektrum na "dobrych i supermądrych z lekkimi dziwnościami" oraz na "przygłupów z autyzmem". Ja i Nasza Trójka w PL dostalibyśmy pewnie właśnie diagnozę "asperger". U nas bowiem autyzmu PRAWIE nie widać. Ja byłam po prostu "strasznie wstydliwa i miałam dziwne zainteresowania", Najstarsza "była po prostu okropnie uparta i krnąbrna". Młoda to po prostu "niezdara" która "lubi zwracać na siebie uwagę i się drzeć głośno i która wydziwia przy czesaniu, mierzeniu ubrań". Młody byłby tam zapewne "typowym kujonem mającym się za niewiadomoco i dlatego nie miałby przyjaciół" etc etc. Bo takie są konsekwencje udawania, że autyzm nie istnieje, bagatelizowania poważnych problemów dzieci i dorosłych, dzielenia ludzi na lepszych z "tylko aspergerem" i gorszych "ze strasznym autyzmem". Ani jedna, ani druga grupa nie jest jednolita, a granica między jedną a drugą nie istnieje. Dlatego mówimy właśnie o SPEKTRUM AUTYZMU. Spektrum znaczy różnorodność, wachlarz, zakres. Każdy chyba wie, co znaczy np spektrum kolorów. Tak samo wygląda spektrum autyzmu: jedna cecha zachodzi na drugą i z drugą się miesza. Jedna jest bledsza, druga wyraźniejsza, inaczej jest u dziewczyn i kobiet, inaczej u chłopców, inaczej u ludzi z wysokim ilorazem inteligencji, inaczej u ludzi z przeciętnym, czy niskim. Każdy jest inny, a jednak jest są pewne cechyb wspólne dla wszystkich, dzięki którym psychiatra może zdiagnozować autyzm. Być może kiedyś, za jakiś czas wiedza na temat ludzkiego mózgu i genów będzie na tyle duża, że będzie można owo spektrum podzielić na węższe kategorie. Póki co o mózgu wiemy całe gie, a o genach i wielu innych rzeczach jeszcze mniejsze. Na razie cieszmy się zatem, że w ten poważny problem w ogóle został nazwany, bo jeszcze wcale nie dawno, kilka lat przed moim narodzeniem, w Ameryce podejrzane o autyzm dzieci hodowano do piątego roku życia, a gdy się okazywało, że ich autyzm jest poważny, to je zabijano. Może stąd też ten strach, że jak się okaże, że ktoś ma "prawdziwy autyzm" a nie "tylko Aspergera" to każą go zutylizować, by nie zawadzał. "Aspich" (nie wiem, kto ten debilny słodziutki termin wymyślił) można jeszcze próbować naprawić i zmusić do udawania normalnych i olać ich ból, strach, czy inne mniej lub bardziej poważne problemy z codziennym funkcjonowaniem w "normalnym" świecie.


Film polecam. Dużo wyjaśnia. Nie tylko o autyzmie, czy innych niepełnosprawnościach, ale pokazuje też jak działa polski system (i ni etylko polski) i ileż trzeba się z nim nawalaczyć, by nie traktowano cię wszędzie z buta.  Mały Jaś bardzo przypomina naszą Najstarszą w dzieciństwie. Przypomina też pewnie trochę małą mnie. Tyle że ja nie rozpierdalałam niczego, bo za bardzo się bałam, że wyrzucą mnie z domu, oddadzą (dla mnie tego typu głupie  teksty rodziców czy wujostwa były najprawdziwszą prawdą i bałam się tego panicznie, bo - tak jak wielu autystyków - takie stwierdzenia brałam serio dopóki mi ktoś nie wytłumaczył że tak się tylko mówi) albo że zleją kablem (to akurat było realne zagrożenie w tatmtych czasach). Do dziś zresztą boję się w głębi duszy, że spotka mnie coś złego, jeśli nie będę się zachowywać należycie, tak jak się ode mnie oczekuje. Wiele udało mi się  przepracować, ale niestety to bardzo długotrwały i trudny proces. Moja Matka  nie raz się mnie wstydziła, bo byłam nienormalna. Nie raz w każdym rzie o tym mówiła otwarcie. W filmie też jest to pokazane. Do takich dzieci wstyd się przyznać.

Moje dzieci też będą mieć wiele do przepracowania, bo zbyt długo żyliśmy w niewiedzy i zacofaniu, zbyt wiele się złego zdarzyło, bo byłam "głupią cipą" i nie wiedziałam, co to autyzm i nikt mnie nie nauczył jak należy z tym żyć. Nauczono mnie natomiast, jak powinnam żyć według normalnych ludzi, mimo że ja normalna nie jestem. Nie w takim sensie, jakiego oczekuje ode mnie większość społeczeństwa. Jedna taka, którą przez bloga poznałam w realu, napisała mi tu kiedyś, że "jakbym chciała to mogę być normalna, ale jeśli wolę udawać nienormalną to moja sprawa", bo tak właśnie uważają ludzie - masz zachowywać się NORMALNIE, czyli tak jak większość, tak jak inni i MUSISZ CHCIEĆ się tak zachowywać, bo to przeciez oczywiste. Najważniejsze, że TO WYSTARCZY CHCIEĆ. Moim problememejest tylko to, że nie chcę. Nie chcę być normalna. Nie chcę się dostosować. To tylko i wyłącznie moja wina, że zachowuję się jak nienormalna. Dla takich ludzi właśnie zniesienie "aspergera" jest problematyczne, bo od aspergera można oczekiwać by się dostosował, by sie zachowywał normalnie, bo przecież ma tylko aspergera, czyli leciutką formę autyzmu, że prawie nie autyzm i czasem "jest po prostu indywidualistą". A wiecie co? Obejrzyjcie se ten film. Mama Jasia też miała problem z zaakceptowniem diagnozy. Film fajnie pokazuje, jakie mogą być tego efekty, choć zaledwie muska ten złożony problem. 

No ale dość o tym.

Będąc w Leuven mogłam na własne oczy zobaczyć autonomiczny autobusik, który od zeszłego tygodnia (22 stycznia) kursuje na trasie Leuven - Heverlee. Bardzo miałam ochotę sie nim przejechać, ale się nie złożyło. Jeździ on po południu, ale po wyjściu ze szpitala to już nie bardzo cokolwiek mi się chciało. 

autonomiczny autobusik w Leuven


Busik testowali już od dawna. Najpierw spece od komputerów go zaprogramowali, jeździł jakiś czas z kierowcami robiąc mapę, czyli ucząc się trasy, sytuacji typowej dla tego odcinka i reakcji na nietypowe zdarzenie na drodze, czyli np rowerzystów i pieszych nagle wpadających na jezdnię (Leuven akurat jest znane z tego, że autobusy przejeżdżają tam ludzi, co mnie bynajmniej nie dziwi, gdy patrzę na zachowania pieszych i rowerzystów - niektórzy nie mają z grosz wyobraźni i samoświadomości). Potem jeździł sam, ale bez pasażerów. Teraz przyszła pora na wożenie ludzi. W autobusiku jest 8 miejsc (no szaleństwo co nie?). Trzeba obowiązkowo zapinać pasy. Nie trzeba dzwonić, gdy chce się wysiąść, bo busik zatrzymuje się automatycznie na każdym przystanku. Bilety kupuje się z apki De Lijn, jak na każdy inny autobus.

To nadal jest faza testowa, ale burmistrz i inne tam urzędasy mają nadzieję, że może ten wynalazek pomoże w poprawie transportu publicznego. Wiadomo dziś, że ludzie nie kwapią się do pracy za kółkiem. Mimo że wciąż zachęcają reklamami do tej roboty, organizują darmowe kursy, mimo że sporo kobiet zaczęło jeźdżić jako kierowcy to i tak braki kierowców autobusowych są bardzo duże. Może faktycznie autobusy-robociki rozwiązały by ten problem, ale to też nie takie hop-siup. Niemniej jednak ciekawa sprawa.

Na dworzec wracałyśmy z trampka, co dobrze na niedotlenione mózgi nam zrobiło, bo to parę kilometrów jest. Pogoda mało przyjazna, bo  ciemno, zimno i mglisto było, że aż żyć się odechciewało, a powietrze ciężkie jak z ołowiu. Szłyśmy ulicą sklepową i wstąpiłyśmy do Hunkemoller, gdzie Młoda se wzięła jakieś majtoszki, a ja koszulę nocną za dyszkę, bo wciąż trwają te słynne wyprzedaże i czasem można coś tanio upolować. Bieliznę z Hunkemoller lubimy, ale obserwuję, że i tu jakość z roku na rok też spada i czasem lepiej se majtochy w Zeemanie czy Takko Fashion kupić, bo tańsze, nie raz ładniejsze i często lepszej jakości. Ba, majtochy codzienne w stylu bokserki  to ja w Action kupuję i też nie narzekam - suszę je nawet czasem w suszarce i nic im to nie robi. 

Jako, że tego dnia (w sumie to cały tydzień) odbywał się strajk kolei i liczba pociągów była ograniczona, po przyjeździe z Leuven do Mechelen musiałyśmy czekać godzinę na przesiadkę. W taką pogodę nie chce się czekać na dworcu, bo zimno. Na szczęście jeszcze dworcowe stoisko Madmun było otwarte, więc se gorącą matchę z białą czekoladą zafundowałam (Młoda kupowła to podczas porannej przesiadki, gdy ja wtedy gorące kakao duldałam w Panosie). Jesu jakie to dobre. Będziemy próbować zrobić se takie w domu...

Na peron poszłyśmy mimo wszystko strzelając zębami, ale z parującymi kubeczkami (Młoda wzięła gorący sok jabłkowy) w dłoniach, ale jak tam zobaczyłyśmy skautki w krótkich spódnicach z gołymi nogami, to jeszcze zimnej nam się zrobiło. Brrr. Było koło zera, może 2 stopnie, może nie. Do tego mgła i zimny wiatr. Może i nie tragedia, ale zimno diabelnie. Przypomniało mi się, że kiedyś w zimie na bosaczka za młodego ganiałam... To musiało być strasznie dawno hahaha.

brrr... 


Młody na początku tygodnia jeszcze zamulał trochę i z niechęcią wstawał. W środę miał wyraźnego doła i był bardzo sfrustrowany oraz zestresowany. Wróciłam do domu z Leuven bólem głowy i trohę musiałam odtajać, najeść się i ogarnąć, więc dopiero późnym wieczorem do niego poszłam pogadać... Usiadłszy na kanapie zauważyłam, że na kompie szkolna agenda otwarta i że pod czwartkiem ma zapisane "actua", a na innych kartach widzę stronę z wiadomościami się świecącą, a tymczasem Młody leży na łóżku w ubraniach pod kołdrą zdepresowany... Tak, to jego kolei na przygotowanie opisu jakiegoś zdarzenia, ale nie wie co. Spojrzałam na wiadomości i faktycznie wojna, wojna, wojna, plityka, wojna, polityka... Samo gówno i nic ciekawego, a to wybrane zdarzenie dodatkowo musi wpisywać się w jeden z edukacyjnych celów do zrealizowania na ten rok. 

Zaproponowałam, by napisał o tym autonomicznym busiku. Trochę się ożywił, ale nie był przekonany, bo jaki niby cel pod to wpisze... Mówię, że może AI, bo coś mi się tam majaczyło, że stało to w celach edukacyjnych na ten rok. Fakt! Młody zeskoczył z łóżka i zaczął tworzyć prezentację w Power Point. Wyguglował jakąś stronę, gdzie opisywano co robi sztuczna inteligencja w pojazdach autonomicznych Idealnie! Skończyliśmy gdzieś koło 23. Rano Młody wyruszył ze stresem, bo zrobić PowerPointa to pikuś w porównaniu z przedstawieniem tego przed grupą...

Wieczorem jednak wrócił z uśmiechem na paszczy usatysfakcjonowany i jakby z 10 kilo lżejszy. Od razu zapytał, czy czytałam już mejl od kołczki. Zanim zdąrzyłam pocztę otworzyć już się pochwalił, że actua poszło dobrze i że od przyszłego tygdonia zaczyna hybrydę. W poniedziałek będzie zostawał uczyć się w domu, bo wtedy tylko matematykę ma, a reszta to i tak nauka samodzielna. Super wiadomość!

Dziś już z zupełnie innym nastawieniem wstał i poszedł do szkoły. Piątek jest ogólnie ciężki, bo to już piątek - człek jest zmęczony okrutnie całym tygodniem, a tu jeszcze jakies 2 testy, ale mimo wszystko to już VRIJDAAAG! (PIĄTEEEK!). 

W weekend może na basen się wybierzemy albo nawet do zoo - jak pogoda, siły i nastrój bedą kompatybilne - żeby się zrelaksować trochę.

Umówiłam Młodemu "niepilną" wizytę u rodzinnego, bo potrzebuje wyczyścić ucho i recepty na desloratadine (antyalergiczne piguły), gdyż sezon pylenia nieprzyjaznych mu roślin już tuż tuż. Pierwsza możliwa była za cztery tygodnie i to u doktorka, którego nie lubimy... Pewnie nikt go nie lubi, skoro do innych nie ma już w ogóle miejsc w najbliższym miesiącu i tyllo do niego są. No ale ogólnie to chyba kogoś popieściło mocno, żeby do rodzinnego trzeba było miesiąc czekać. Z jednej strony dobrze, że choć to podzielili na wizyty pilne i nie pilne, bo inaczej trzeba by było z każdą głupotą na pogotowie do miasta jechać... Niemniej jednak to jest chore! Jak człowiek nagle potrzebuje do lekarza niesety nie zawsze jest miejsce tego samego dnia, a już na pewno se nie można wybrać wtedy lekarza. Na pilnych wizytach nie można omawiać więcej niż jeden problem - tak przynajmniej napisane na stronie, a czy ludzie tego przestrzegają, to ja wątpię. 

W tym tygodniu w końcu pomalowałam naszą skrzynkę na paczki. 📦 Młoda kupiła skrzynkę ogrodową na promce za niecałe cztery dychy. Ja zrobiłam napis i wystawiłam przed dom. Jeszcze musimy ją przykleić do płytek, bo coraz więcej kradzieży w okolicy. Skurwysyństwo się szerzy jak zaraza, więc i skrzynka może długo nie postać.

Mam nadzieję, że kurierzy i listonosze zrozumieją, po co to stoi i przynajmniej małe paczki będą tam wkłądać, a nie po sąsiadach zostawiać czy w ogóle diabli wiedzą gdzie...


Jeśli chodzi o działalność artystyczną to jeszczde jedną fajną - mam nadzieję - rzecz zrobiłam, a jest to
Epicki Dziennik Motywacyjny ⭐ związany z pracą domową i dbaniem o zdrowie.

Od teraz Młody ma MISJE do wypełniania:

Focus to szkolny projekt całoroczny. W tym roku, jak pisałam, wybrał fotografię i to jest od teraz jedna z jego misji. Za każdy dzień pracy z aparatem otrzyma jedną gwiazdkę, za pracę z siostrą (ekspertką) dwie gwiazdki.
Challenges też samemu się wyznacza. Temat challenge'u jest dowolny. Chodzi jednak o to, by opracowując go i szukając informacji, a następnie przedstawiając przed grupą i nauczycielem zdobyło się wiedzę, którą określają cele edukacyjne na dany rok. 
Opdrachten to po naszemu zadania. W tym wypadku do wykonania w domu, czy tu po lekcjach czy podczas hybrydowego dnia. Tu może zdobyć różną liczbę gwiazdek. Szybkość wykonania jest nagradzana, w tym sensie, że zadanie zadane w poniedziałek na piątek najlepiej punktowane jest, gdy wykona go od razu w poniedziałek, za wykonanie go w czwartek dostanie już tylko jedną gwiazdkę, a za wykonanie go w piatek rano przed lekcjami (co już się zdarzało) gwiadka zostanie mu odebrana. Każdy dzień po deadline czegokowliek to też minus jedna gwiazdka.
Studeren to nauka, przygotowanie do testów, odpowiedzi, prezentacji etc.
Praktijk to praktyka. Tu jeszcze nie wiemy, jak to będzie, bo tyle co zmienił kierunek nauki.
W końcu jest czytanie i zdrowie. Za każde przeczytane 20 stron gwiazdka. Kolejne gwiazdki można zdobyć za zjedzenie owocu, wypicie 2 litrów płynów, za 30 minut sportu (rower do szkoły się nie liczy, ale spacer z aparatem już tak), 4 posiłki dziennie (po miesiącu 5, a potem 6).
Bonus-owe gwiazdki przyznawać będzie sobie sam.  Na koniec tygodnia ma ocenić na ile gwiazdek zasługuje: od jednej do pięciu. Może też wybrać przyznawanie gwiazdki za dzień, czyli każdego dnia ocenić, czy danego dnia zasłużył na gwiazdkę czy nie.


Nie zdecydowaliśmy jeszcze, ile gwiazdek będzie zasługiwało na nagrodę. Zdecydujemy za kilka dni od rozpoczęcia prowadzenia dziennika.

Ustaliliśmy, że będą małe nagrody i potem większa (np za trymestr) i w końcu za koniec roku. 

Pomysł nagrody głównej Młody ma, ale nie wiem, czy uda nam się znaleźć tutaj tatuażystę, który zgodzi się wytatuować czternastolatkowi gwiazdkę (znamię) rodziny Joestar na łopatce (Jojo's bizzare adventure). Za słabszą pracę była by pusta gwiazdka, za lepsze wyniki różowa. W Belgii nie ma chyba prawa zakazującego tatuaże przed 16 rokiem życia, ale studia raczej nie godzą się na wykonanie tatuażu przed 16. Może jednak uda się kogoś znaleźć prywatnie. W razie co, pomyślimy nad inną nagrodą, a ta zostanie odłożona na za 2 lata.

Drobniejsze nagrody jeszcze trzeba wymyśleć... Może 5 kubków matchy w Madmum albo 4 boxy w Pizza Hut...? Może hajs na nową grę...? Może extra lody czy jakaś płyta...? 

Póki co zobaczymy, czy zabawa się przyjmie i czy będzie to działać faktycznie, tak jak nam się wydaje, że może. Młody jest na tak. On lubi takie zabawy.

DZienni miał działać od 2 tygodni, ale dostawa z Temu dotarła później, niż na to liczyliśmy, ale wstrzeliła się w rozpoczęcie hybrydowych dni, więc akurat.

A jak Ty motywujesz dzieci lub siebie do lepszej pracy? Co myślisz o takich dziennikach?


27 stycznia 2026

Dlaczego dzieci siedzą przed ekranem?

 Ludzie jojczą czasem często, że dzieci tylko przed ekranami siedzą. No bo siedzą! Nie tylko dzieci, tak nawiasem mówiąc...

Powiedzmy sobie jednak tak szczerze z ręką na sercu, co innego one mogą tak na prawdę robić i gdzie?

Ja się wychowałam na wsi, gdzie miałam ze 3 ha pola koło domu, czyli dużo placu, dużo drzew, poza tym mogłam pójść w dowolne miejsce na wsi, by się tam bawić, czy choćby spacerować z psem albo samemu.

Miałam ze 2 km do rzeki, gdzie można się było bawić dowolnie z dowolną ilością osób. Tyle samo do lasu. Latem można było się chlapać w wodzie, zimą zjeżdżało się z górek. Koło domu też mieliśmy małe górki, gdzie na worku ze sianem czy na nartach można było pozjeżdżać. Można było zbudować igloo, gdy było więcej śniegu, zrobić se ślizgawkę polewając jakić kawałek terenu codziennie wodą, gdy był mróz. Można też było łazić po zamarzniętych strumykach, stawach i kałużach, ślizgając się, tłukac lód itp. Można było zorganizować kulig albo wojnę na śnieżki, czy ulepić bałwana. Można było łaizć w śnieżycę po prostu dla samego łażenia, robić aniołki na śniegu i wymyślać pierdylirad innych zabaw. Latem to samo: piłka, rower, kije, drzewa, kamienie, piasek, deski, ziemia, stodoła, pole, las, rzeka... Ograniczała nas tylko wyobraźnia. Każdy na wsi miał jakiś rower, jakąś hulajnogę, ktoś miał piłkę, inny szczudła czy skakankę. Wystarczyło pójść do sąsiada i zapytać, czy dzieci są w domu i czy można się u nich pobawić. Każdy miał podwórko, gdzie można zwykle było ganiac do woli, bawiąc się w berka, chowanego, puchę, kopać w piłkę, bawić się w policjantów i złodziei, w dom, szkołę i co tam komu do łba strzeliło. Gdy pogoda nie sprzyjała, zwykle można było się bawić u kolegi czy koleżnaki w domu lalkami, klockami, ale też grało się w gumę, w państwa-miasta, wisielca czy inne gry na papierze. Każdy też miał karty do gry i każdy znał wiele gier z nimi. Ten i ów miał szachy czy inne planszówki. A i bez gotowych gier coś tam sobie można było wydumać albo zywczajnie posiedzieć i pogadać o życiu.

My mieliśmy komputer (kliknij, by przejść do wpisu o moich komputerach)   jako pierwsi w okolicy, więc cała wioska się do nas schodziła, by pograć i graliśmy sporo. Jednak nie mniej tłukliśmy się po podwórku.

Gdy dziewczyny były małe, już rzadziej można było do sąsiada pójść, ale wciąż się zdarzało. Gdy zamieszkaliśmy w miasteczku, dziewczyny praktycznie codziennie szły pod blok się bawić. Latem biegała tam cała zgraja dzieci i zawsze było co robić. Jak nie pod naszym blokiem, to pod następnym albo pod jeszcze następnym. Dziatwa ganiała raz tu, raz tam. Zimą mniej było ludzi, bo sporo rodziców traktowało dzieci, jakby z cukru były i mogły się na deszczu czy śniegu roztopić. Najważniejsze, że można było gdzieś wyjść i choćby samemu się pobawić. Ale też bardzo często można było jakiegoś innego ludzia spotkać. Poza tym był tam jakiś park z placem zabaw, gdzie też można było się bawić... No i w Polsce dawniej dzieci w wieku naszego Młodego przebywały w szkole stosunkowo krótko. Lekcje często wszak już w południe sie kończyły, czy choćby o 14.

Nie mam pojęcia, jak tam teraz jest w Polsce (chętnie się dowiem). Wiem, jak jest u nas. U nas nie ma co robić poza domem. W sensie tak za darmo, spontanicznie.

 Jest tu od cholery różnych zorganizowanych aktywności jak piłka, karate, judo, gimnastyka, taniec, muzyka, skauty i inne dzicięce oraz młodzieżowe organizacje. Jest tego ogromna ilość, ale do każdej trzeba się uprzednio zapisać, zapłacić i uczęszczać systematycznie, a tego już nie można nazwać zabawą w czasie wolnym, bo jak gdzieś chodzisz obowiązkowo raz czy dwa razy w tygodniu to jest to obowiązek, a nie wolna spontaniczna zabawa. 

Gdy nie należysz do żadnego klubu, stowarzyszenia, organizacji, akademii,  to nie masz dokąd pójść. U nas na wsi to choć kawałek lasku jest, gdzie można na upartego pójść czasem, ale taki las to w Belgii rzadkie zjawisko. No i w lesie też nie wszystko można robić. Rowerem tam nie pojeździsz jak głupi, nie pościgasz się z kolegami, bo tam non stop od rana do wieczora dziesiątki ludzi spaceruje z psami, dziećmi, emeryci, pary, koniarze... Chwili spokoju nie ma. Z tego powodu nie pobawisz się też swobodnie, bo ciągle ci ktoś na ręce patrzy... No ale lepszy las, niż brak lasu. Las to zawsze coś...

Poza lasem to już w ogóle tragedia.

Jest jeden taki paseudo plac zabaw, gdzie jest ławka do siedzenia, bramka do piłki (ale bez boiska), jakaś huśtawka i zjeżdżalnia. Dobre  i cokolwiek, ale idź tam spróbuj się powygłupiać, pośmiać głośniej, czy  w piłkę pokopać, a zaraz wylezą burżujskie dziady w chujogniotach z domów i będą sapać, że za głośno, żeby nie kopać piłką, bo może ona wpaść do ich ogrodu albo na ich drogi samochód, a jak tak się zdarzy, to już drama na całą dzielnię i darcie ryja, straszenie policją... Wcześniej było tam wysokie ogrodzenie, ale tym starym prykom z kolei widok z domu zasłaniało. Bo wiecie, jeden z drugim niedojebek przeprowdził się z miasta i kupił se dom koło placu zabaw chyba tylko właśnie po to, by mieć na co sapać i do czego się przypierdalać. To taki stan umysłu. No ale mniejsza o to. Dość, że takie zachowanie mocno ogranicza możliwość korzystania z owego placu zabaw dla dzieci, gdzie lepiej żeby dzieci nie przychodziły jednak, bo one przeszkadzają dorosłym w gapieniu sie w telewizor...

W Polsce można sobie było na wsi po polach łazić praktycznie nieograniczenie. Nie w sensie, że uprawy komuś deptać, bo to by zaraz ktoś z kijem poleciał, ale miedzami, ścieżkami, dróżkami można było się plątać dowoli i iść dokąd oczy poniosą kilometrami. Nikogo to nie obchodziło, jeśli tylko nie właziłeś w uprawy.

Tutaj każde pole jest albo ogrodzone ogrodzeniem elektrycznym czy drutem kolczastym albo na ścieżkach i dróżkach stoi wielki znak "teren prywatny" "Zakaz wstępu" i jakbyś tak go zlekceważył, zaraz idiota jeden z drugi dzwoni po policję albo z ryjem wyskakuje. To samo dotyczy się lasów. We Flandrii większość lasów jest prywatna, a nawet jak część należy do gminy to zawsze jakiś kawałek jest prywatny i też ogrodzony wysoko drutem koczastym i znakami zakaz wjazdu. Nie wiem, czy ludzie się boją, że im szyszki albo ziemię na butach wyniesiesz czy co? Bo co innego możesz komuś zrobić na pustym polu czy kawałku lasu? Nasrać? Tragedia doprawdy by to była takie gówno w lesie.

Wszystkie drogi polne są tu wyłożone cementowymi płytami i nimi jeżdżą samochody masowo, bo ludzie mają tu wyjątkowo nasrane we łbie, jeśli idzie o jeżdżenie polnymi drogami, nawet jak z obu stron krzaki trą ci po aucie, nawate jak nie idzie się minąć, bo drogi polne są wąskie. Spacerowanie takimi drogami, czy tym bardziej rowerowanie, to droga przez mękę. Non stop jedzie jakieś auto i musisz schodzic w pole. Ledwie wyjdziesz na drogę, już następny jedzie, więc znowu złazisz w pole. W błoto. Jak nie zejdziesz, to możesz zostać potrącony. Jeszcze parę lat temu takie akcje były nie do pomyślenia, ale teraz ludziem odjebuje totalnie, szczególnie dotyczy to starych dziadów w mercedesach i gówniarzy płci obojga, co dopiero prawko odebrali... Choć częściej mam wrażenie, że raczej znaleźli w paczce chipsów, bo ani to jeździć nie potrafi, ani tym bardziej nie zna podstawowych zasad ruchu drogowego, o kulturze i rozsądku nawet nie wspominając. Widząc wieczorem pieszego, te pojeby włączają długie światła tak by pieszy nic kompletnie nie widział i oślepiony mógł wpaść albo do rowu albo pod auto. Za dnia nie lepiej - mało który zwolni. Droga betonowa polna, na której dwa auta się nie minie, a psychol jeden z drugim jedzie na pęłnej piździe i ani nie zwolni, ani nawet na kraj nie zjedzie, gdy wymija, wyprzedza rowerzystę lub pieszego. Już kilka razy się zdarzyło, że dosłownie poczułam lusterko na ramieniu. Dlatego idąc zawsze schodzę w błoto czy trawę, bo z psychopatami żartów nie ma.

Moim zdaniem na wszystkich takich polnych drogach powinna być tzw śluza dla traktorów. Ograniczyło by to patologię w samochodach. Nauczyli by się jak normalni ludzie jeździć drogami przeznaczonymi dla ruchu samochodów, a drogi polne były by bezpieczne zarówno dla traktorów, rowerzystów jak i pieszych. 

Weź puść dziś dziecko czy nastolatka na taką drogę. Nie ważne, czy pieszo, czy rowerem - to jest śmiertelne zagrożenie, bo dzisiejsi kierowcy samochodów są posrani i stanowią śmiertelne zagrożenie dla wszystkich innych uczestników ruchu.

Nie ma tu jednej bezpiecznej ścieżki poza typowymi rowerowymi, gdzie można spokojnie, bezpiecznie pojechać sobie rowerem, czy pójść na spacer. Nie mówiąc o tym by się było gdzie pobawić, pojeździć na deskorolce, rowerze, pościgać... Zresztą na ściezkach rowerowych w ostatnich latach też bardzo niebezpoecznie się zrobiło, gdyż pojawiły sie na nich masowo rowery elektryczne, fatbike'y, hulajnogi elektryczne i speepedelece (do 50km/h), stanowiący śmiertelne zagrożenie dla pozostałych uczestników ruchu na ścieżkach rowerowych. 

Nie ma tu takich miejsc w okolicy poza wspomnanym już lasem, w którym ostatnio z kolei gangi zasranych koniarzy się panoszą. To kolejny gatunek człowiekowatych, któremu brak rozsądku i samoświadomości o respekcie do innych nawet nie mówiąc.

Dotąd nie miałam tez z koniarzami problemu, bo jakoś mniej tego było. W zeszłym roku zanotowaliśmy, że też coś się niedobrego z tymi ludźmi porobiło. Głównymi drogami już przez las ciężko przejść, bo stanowią one jedno wielkie końskie gówno. Kurde właściciele psów mają obowiązek sprzątać po swoich pupilach i robią to przykładnie. Psiarzy u nas jest od groma i ciut ciut, ale stosunkowo rzadko trafia się na psie kupy. Trafia się, owszem, ale większość psiarzy zbiera kupy do woreczków. Koniarzy natomiast z jakiegoś głupiego powodu taki obowiązek zdaje się nie dotyczyć, a psie gówno w porówaniuu z końskim to jednak mały miki. Leśne drogi zesrane są przez konie, że aż się rzygać chce. I weź idź się tam bawić. A tfu!

Skoro nie ma miejsca, gdzie młodzi mogli by się swobodnie bawić, to i nie ma po co z domu wychodzić.

 Tam takie smarki z przedszkola, czy wczesnych klas podstawówki to jeszcze z rodzicami chętnie wychodzą i dużo, bo mały smark ma co robić. Starsi jednak z mamą i tatą to za bardzo nie chcą chodzić, co chyba dla każdego normalnego jest oczywiste. Okej, czasem i nastolatki chodzą z rodzicami na spacer albo z kolegami czy koleżankami. Powiedzmy se jednak szczerze, czy ktokolwiek wspomniawszy swoje młode lata jest dziś w stanie uznać, że spokojny spacer to jest serio to, czego nastolatek oczekuje od życia i co go usatysfakcjonuje? Tak, bez wątpienia...

Młody kilka lat temu miał tutaj kilku kolegów, z którymi wychodził na rower. Jechali albo do lasu i tam włazili na drzewa, budowali szałasy, darli się,  że do domu było słychać, albo znowu na ten plac zabaw szli z piłką i tam sobie kopali chwilę, drugą chwilę siedzieli i gadali, wygłupiali się... Ale wiecie co? Już o tym wspominałam kiedyś, ale powtórzę tu raz jeszcze, W tej grupie byli głównie obcokrajowcy. Belgowie nie mogli bawić się z nimi, bo albo byli wtedy na lekcji pianina, albo na basenie z mamusią, albo w skautach, albo na piłce, albo na karate, albo - co najbardziej prawdopodobne - po prostu się musieli uczyć, bo belgijskie dzieci obowiązkowo muszą spędzać ileś czasu przy zadaniu i nauce, bo nawet jak wszystkie lekcje odrobili i wszystkiego, co trzeba się nauczyli, muszą jeszcze raz i drugi i osiemnasty powtórzyć. Na wszelki wypadek.... Ludzie tu mają totalnego fioła na punkcie nauki. 

W domach na spontanie też odwiedzać się tu nie można. Jeśli idziesz do kogoś, to tylko na zaproszenie i zwykle tylko ze specjalnej okazji, jak urodziny, czy koniec roku szkolnego. Nie ma tak, że po prostu umówisz się z kolegą i wbijesz do niego na chatę, jak za naszych czasów było. Nie ma szans! Wyjątkiem mogą być wspólne grupowe projekty, kiedy trzeba coś razem przygotowac do szkoły, no ale wtedy to nie jest wizyta towarzyska, bardziej spotkanie biznesowe.

No i jak niby mają młodzi się bawić na świeżym powietrzu i jak ze sobą socjalizować, skoro ani nie ma gdzie, ani jak, ani kiedy, bo młodzi zawaleni są nauką. Tak, wszakże wszystkie dzieci od przedszkola do dorosłości w szkole spędzają codziennie co najmniej po 7 godzin, do tego dochodzi następny czas spędzony na świetlicy lub w drodze do i ze szkoły, a poza tym jeszcze te wszystkie kluby, akademie, skauty, czy inne aktywności zorganizowane. I wy serio myślicie, że jak dziecko, bez względu na to w jakim ono jest wieku, otłucze się tak po świecie, osiedzi pomiędzy rozwrzeszczaną, nie zawsze przyjacielsko i serdecznie nastawioną  hałastrą, to im się jeszcze chce wyłazić z domu w tym krótkim pozostałym czasie wolnym? Nie wiem. Mnie by się raczej nie chciało... 

Nie raz i nie dwa też martwiliśmy się z Małżonkiem, że Młody zbyt dużo czasu spędza przed ekranem, ale potem próbujemy wymyśleć, jakieś alterantywy dla niego, no ale nie bardzo nam się to udaje. Za każdym razem wracamy do tego, co powyżej napisałam, że co on niby ma robić innego? Nie mamy tu rodziny żadnej, nie mamy żadnych bliższych znajomych w okolicy, do których można by pójść w odwiedziny. Zresztą ludzie się tutaj nie za bardzo odwiedzają, bo też nie mają czasu. Jak już to w knajpie sie spotykają albo właśnie w jakimś klubie, stowarzyszeniu, organizacji... Młody też nie ma teraz żadnych kolegów w okolicy, bo z dawnego towarzystwa każdy poszedł do innej szkoły i znajomości się już rozluźniły...

Czasem robimy coś razem - idziemy do lasu, do muzeum, gramy w państwa-miasta, czy pogadamy chwilę o byle czym, ale też nie zawsze my mamy chęć i czas coś razem robić, nie zawsze on ma chęć na wychodzenie z domu, czy siedzenie ze starymi... Poza tym to on i tego czasu wolnego to znowu nie ma tak wiele. Wstaje o szóstej i idzie do szkoły. Do domu wraca po siedemnastej zmęczony, głodny i przebodźcowany, a tu jeszcze sporo zadania domowego czeka... 

Hm, a jak dzisiaj robi się zadanie domowe?

 Oczywiście na komputerze, online. Mają też kilka podręczników, ale i tak większa część zadań wymaga użycia komputera. Poza tym po przejechaniu blisko 20 kilometrów na rowerze i 60 km w pociągu ani Młodemu w głowie opuszczanie swojego ciepłego przytulnego pokoju. Po powrocie ze szkoły lubi sobie poleżeć w łóżku i posłuchać swojej ulubionej muzyki. Potem coś wrzuci na ruszt, odrobi lekcje i trzeba się zbierać pod prysznic i szykować do spania. Spać chodzi ok 22 w dniu roboczym i niewiele później w weekendy. Tylko w ferie pozwala sobie na siedzenie po nocach, bo wtedy może nawet w południe wstawać. Nie dziwni mnie też zbytnio, że w czasie ferii nie chce on za bardzo nigdzie jechać ani wychodzić. Ma bowiem dość codziennego jeżdżenia do szkoły. Było nie było on ma dopiero nie całe 14 lat, a już tak daleko do szkoły dojeżdża i tak dużo czasu spędza poza domem. Gdy ma w koncu czas wolny i nie musi iść do szkoły, chce po prostu siedzieć we własnym domu, we własnym pokoju i nic ważnego nie robić, niczym się nie stresować, z niczym nie spieszyć.

 A co można robić w domu? Oczywiście że przede wszystkim grać na kompie i gadać z ludźmi z całego świata, poza tym szukać nowych informacji do poczytania na interesujące go tematy, szukać nowej ciekawej muzyki i słuchać jej, uczyć się włoskiego, rysować... Młody ma różne zainteresowania, ale prawie wszystkie związane są z używaniem komputera lub telefonu. Jezyka uczy się z aplikacji, rysuje na laptopie  rysikiem, rozmawia i pisze ze znajomymi (oraz tych znajomych poznaje) przez telefon lub komputer, muzyki słucha ze Spotify, czyta teksty z internetu... Dawniej języka uczyło się albo z nauczycielem albo w domu z kaset i książek (bez ekranu), muzyki słuchało się z gramofonu, radia, czy magnetofonu (bez ekranu), ludzi poznawało się i kontakty utrzymywało tylko na imprezach (trzeba było do tego wyjść z domu) albo korespondencyjnie pisząc listy piórem na papierze. (nie było internetu), rysowało się na kartce, w zeszycie czy bloku (nie można było na ekranie). W telewizji dawniej było 2 programy, które z rzadka nadawały cokolwiek ciekawego, a dziś filmy, koncerty, programy przyrodnicze, informacyjne etc mamy 24/7 w interecie. Wszystko  to, co kiedyś wymagało różnych urządzeń, przedmiotów i przebywania w róznych miejscach dziś mamy w jednym miejscu bez wychodzenia z domu. Nie ma zatem co się dziwić, że ludzie całe dnie gapią się w ekrany. Rzekłabym, że inne możliwość wręcz są bardzo ograniczone albo nawet ich brak.

Dobrze, że teraz Młody jara się fotografią i aparat wyciąga go na poszukiwania ptaków i saren, to i weekendy  poleci na świeże powietrze z chęcią. 

A jak tam u was z miejscami i atrakcjami dla dzieci i młodzieży? Jest gdzie pójść? Jest z kim? Można bawić się byle gdzie?



25 stycznia 2026

I tak styczeń mija właśnie…

Czuję się lepiej niż podczas pisania poprzedniego wpisu. Nie wiem, czy to jego napisanie mi pomogło, czy po prostu sięgnęłam dna i teraz znowu mogę iść POWOLI do przodu, dopóki nie wyjdę na najbliższy szczyt dobrego samopoczucia.... bo przecież jest ono jak gówno na kole - raz na górze, raz na dole.

 Miniony tydzień rozpoczął się wizytą w Antwerpii, dokąd wybrałam się z Młodą na spotkanie z psychologiem. Znaczy to ona się spotykała, a ja tylko jej towarzyszyłam w razie jakby znowu się gdzieś wytarabaniła i jakąś kostkę czy inną tam część ciała se uszkodziła... We dwóch zawsze to raźniej i bezpieczniej. Po wizycie Dziecię zarządziło zwiedzanie sklepów, bo soldeny noworoczne, a ona se jakąś nową koszulę chciała kupić... 



Najsampierw wdepnęłyśmy do sklepu vintage, zwanego potocznie szmateksem. W tym sklepie  zawsze pełno oryginalnych ludzi się spotyka. Już sami sprzedawcy mają stylowe przyodziewki. Większość kupujących też wyróżnia się z tłumu i szukają nowych części garderoby w swoim stylu. Pełno superowych rzeczy było, ale niestety nic z tego, co mi się podobało nie było w moim ani Młodej  rozmiarze, a te które były, nie koniecznie akurat potrzebowałam, choć parę ciuchów przymierzyłam, żeby zobaczyć, jak wyglądam, bo kto mi zabroni. Wzięłam flanelową niebieską koszulę w kratę, bo mi się podobała, ale zapłaciłam za to ponad 8€, bo dosyć ciężka, a to na wagę odzież...

Kolejny na naszej drodze był Primark, gdzie po raz kolejny naocznie się mogłam przekonać, że ludzie to jednak największe bydło wśród zwierząt. Mało kto odłoży ciucha na miejsce. Nie mówiąc o tym, by poskładał tak jak było i ogólnie zostawił miejsce takim, jakie zastał. Ba, krowy, bo to głównie one są, samice człowiecze w wieku każdym, jak dupą zwalą połowę wieszaka na podłogę, nie podniosą ani jednej rzeczy, tylko pójdą dalej odlazłszy jak krowa gówno. Moim zdaniem pracownicy sklepów odzieżowych, zamiast latać ciągle i wszystko podnosić, powinni zacząć śledzić nagrania z kamer i raz, drugi, trzeci wziąć taką damulcię za oszywę i nakazać jednej z drugą posprzątanie całego sklepu, a całą czynność nagrać i wrzucić na stronę sklepu ku przestrodze... Może by to choć odrobinę zmądrzało. Albo każdej kazać zapłacić za zniszczone ubrania, które zrzuciła na podłogę, z własnej kieszeni. Nie rozumiem dlaczego takie skurwysyństwo jest w dzisiejszych czasach tolerowane...

Ja w każdym razie nie mogę robić zakupów w takim sklepie, gdzie cała podłoga usłana jest nowiutką odzieżą, gdzie wszystko porozpierdalane, a ludzie po tym łażą w brudnych buciorach za nic mając czyjąś ciężką pracę zarówno tych, którzy te ubrania uszyli, jak i tych którzy je sprzedają. Podnoszę i składam, gdzie tylko przechodzę i gdzie zatrzymam się, by coś obejrzeć, bo nie mogę zdzierżyć, że wszystko się niszczy, że nic nie można znaleźć w takim rozpierdolu... Nerwa mnie bierze i w ogóle nie jestem w stanie się skupić na zakupach, nie mówiąc by czerpać z tego radość. Jeszcze te ludzie się wszędzie rozpychają, wszędzie ich pełno, śmierdzą... Jeszcze jak perfumem to pół biedy, ale ostatnio obserwuję, że małolaty to czasem tak cuchną, jakby tydzień się nie myły i nie wiedziały co to dezodorant. Co ciekawe to często właśnie dziewuchy są takie śmierdzielki zapyziałe. Obrzydlistwo! 

Kupiłam sobie nowe szorty-kolarki do ćwieczeń za 10€, bo na tyle mnie było stać na ten moment i na tyle mi cierpliwości starczyło. Młoda nie znalazła koszuli, bo w primarku to przecież głównie tanie, kiepskiej jakości szmaty. Serio lepiej kupować w ciucholandzie niż w czymś takim.

Potem miałyśmy iść do H&M, ale jak Młoda zobaczyła z ulicy, ile ludzi jest w środku, powiedziała, że już nie ma ochoty na zakupy i tak poszłyśmy do KFC na wegetariańskie karton-żarcie. Stamtąd już 2 kroki do centralnego. Na dworcu dostałyśmy po puszce energetyka, bo akurat rozdawali jako reklamę. Tam się dosyć często zdarzają takie akcje reklamowe. Akurat się przydał mi jak na lekcji zamulałam rano haha. 



We wtorek miałam rozmowę podsumowującą z niderlandzkiego, a w czwartek odbyła się nasza ostatnia lekcja. Nauczycielka urządziła na tę okazję quizy. Pracowaliśmy w grupach i jako pierwsze zadanie mieliśmy wybrać nazwę dla swojej grupy, która miała być czymś, co kojarzy się z Belgią. Koleżanka zaproponowała "Podatki". Nie widzę lepszej nazwy! Śmiechu było co niemiara. Na koniec nauczycielka podsumowując punkty oznajmiła, że ogólnie wszyscy świetnie się spisali, ale jednak Podatki wygrywają, bo inaczej być w Belgii nie może haha. Świetną miałam grupę i dobrą nauczycielkę. Jakoś tak mi się farci, że przeważnie na superowe, wesołe klasy trafiałam. Na razie robię przerwę. Będę sobie powtarzać trochę przerobiony materiał, by utrwalić. Na następny poziom może od września znowu się zapiszę, jak okoliczności będą sprzyjające i jak mi się będzie nudzić.



W czwartek trochę poogarniałam chatę. Nie tam, że jakieś wiosenne porządki czy coś. Ot po prostu pościel zmieniłam u Młodego i posprzątałam mu zdziebko dokładniej. Niby sam mógłby to zrobić w weekend, ale widzę, że coś kiepsko ciągle po tym extremalnym przebodźcowaniu, z którego nie może się wydobyć. W piątek znowu został w domu, a że udało mi się wizytę umówić u lekarza, to poszliśmy i dostał też wolne na poniedziałek. Lekarka powiedziała, że jakby nadal źle się czuł, może przyjść, ale z badań wynika, że im dłużej w domu posiedzisz, tym ciężej potem do szkoły czy pracy wrócić. Nasze obserwacje by się z tym jak najbardziej zgadzały. Młody też się z tym zdaje zgadzać i dobrze że lekarka o tym powiedziała, bo czasem lepiej jak człowiek coś dostanie czarno na białym, bo wtedy lepiej siebie zrozumieć i swoje poczynania dostosować. Cztery dni pauzy powinno faktycznie dużo mu dać i pozwolić wrócić na prostą, a a od wtorku zacząć już lepiej funkcjonować. Zaniedługo będzie tydzień ferii krokusowych to znowu chwila oddechu. No i może uda się w koncu wystartować z tą hybrydową nauką.  Ostatnio coś wszystko tak nam po grudzie idzie, tak niestabilnie, nieprzywidywalnie się toczy...

W piątek byłam u tego całego koordynatora-powrotu-do-pracy z mojego funduszu zdrowia...




 Dostać się tam to co dobrego. Biuro znajduje się na totalnym podbrukselskim zadupiu. Otoczenie jest okropne, brudne, częściowo opuszczone, drogi w budowie od lat (nie wiem o co kaman), ale że ruch tam wielkomiejski i że wjazd/zjazd z autostrady, to rowerem się przedostać jest ogromnie stresująco. Nic tam nie jest oznaczone nalezycie, w ogóle nic nie oznaczone jesli idzie o ruch pieszy i rowerowy. Droga co kawałek poblokowana, ścieżki rowerowe kończą się nagle płotkiem i zakazem wjazdu i trzeba pomiędzy autami się przedostawać na drugą stronę, gdzie obowiązuje dwustronny ruch rowerowo-pieszy na wąziutkim chodniku. W jednym miejscu jedzie się szeroką dwustronną ścieżka rowerową, która kończy się nagle przed ruchliwym rondem (zjadz z autostrady...? czy coś takiego) na którym nie ma ani osobnej ścieżki rowerowej, jak choćby u nas na wsi, ani w ogóle nie jest zaznaczone w żaden sposób, czy rower w ogóle może tam wjeżdżać i tak jedziesz sobie pomiędzy tirami w nerwach, że coś cie rozjedzie... Wszędzie syf - całe torby z jedzeniem, puszkami, łachami gniją na poboczach, ścieżkach, w krzakach... Trzeci świat... a nie czekaj, to panie stolica Europy!

widok na stolycę


Część drogi pokonałam pociągiem, bo nie czułam się na siłach, by pedałować tego dnia 40 kilometrów. Pojechałam zatem na dworzec te 5 kilosów i wciągnęłam z biedą rower do pociągu. 

Niestety w tym super-nowoczesnym i bardzo rowerowym kraju tylko nieliczne dworce mają już pobudowane wysokie perony, z których prawie po równym się wsiada do pociągu. W wielu miejscach musisz wciągnąć rower do ROWEROWEGO WAGONU po wysokich schodach. Już ze zwyklakiem to co dobrego, a ciężki elektryk to nie lada wyzwanie. W drodze powrotnej jakaś wysiadająca pani mi pomogła wedrzeć rower do pociągu. Miliardy idą na rowerowę autostrady, rowerowe tunele, na parkingu dla rowerów, na przebudowę dworców i torów, ale ciągle nie idzie wsiąść z rowerem do pociągu. Niby płacę za bilet dla roweru, ale za co ja płacę, skoro nie mogę normalnie do tego pociągu wsiąść? Gdybym przypadkowo nie była akurat silną, stosunkowo wysoką babą z długimi nogami, tylko małą słabiutką kobiecinką to nie byłabym w stanie nawet zwykłego roweru zabrać do pociągu. No ale dobra, pal licho rowery... Ciągle zastanawiamy się z Młodą, jak pociągami poruszają się ludzie na wózkach albo matki z dziećmi w wózkach. Nawet ja silna baba nie wyobrażam sobie, bym dała rady wsadzić wózek z dzieckiem do pociągu po tych schodach. Nie ma takiej zasranej możiwości! A samo wejście do pociągu i z niego wysiądnięcie to i tak pikuś z dostaniem się na poszczególne perony. Na tej wiejskiej stacji jest dwa tory. Na drugi peron przechodzi się tunelem pod torami. Na oko ze 20 schodów w dół, ze 20 do góry. Oczywiście, że nie ma windy ani podjazdu żadnego. Na boku schodów jest rynienka do prowadzenia roweru. Ja ledwo co daję rady upchać rower pod górę i utrzymać go podczas sprowadzania w dół, bo to taka górka z pieca na łeb... A miastach jeszcze gorzej, bo schodów od cholery więcej. Wtedy masz wysoki peron i łatwiej wsiąść do pociągu, ale jak się dostać na ów peron nie umiejąc przypadkiem latać to już nie wiadomo.

Zaobserwowaliśmy, że jak osoba na wózku jedzie pociągiem, to pociąg zawsze przyjeżdża na tor pierwszy. Pewnie zatem się taki przejazd zgłasza i robią przetasowanie przyjazdów i odjazdów. Mają na dworach też specjalne podesty (może to nawet z opcją windy jest?) , które kilka osób przyciaga, gdy osoba na wózku jedzie... No ale raczej nie dostosowują odjazdów do rodziców z wózkami. 

Co ciekawe, Młoda zauważyła, że w Mechelen, gdzie od lat trwają pracę nad przebudową dworca i już kilka peronów zrobiono, na schodach na nowe perony nie ma rynienki do prowadzenie rowerów. Są tam windy, do których z rowerami wsiadać nie można (jest zakaz), są ruchome schody, po których w sumie z rowerem też nie powinno się poruszać. Jak zatem mają się ludzie z rowerami dostawać na te perony, pozostaje dla nas zagadką. A budowanie infrastruktury rowerowej wokół dworóww, specjalne wagony dla rowerów, suplementy rowerowe i szerokie reklamowanie rowerowania zdawało by się sugerować, że rowery są w pociągach mile widziane. Coś tu zatem nie pykło. Najprędzej panowie (i panie) projektanci nawet nie wiedzą z której strony na rower się wsiada, ani jak kupić bilet na pociąg, bo autem nawet do kibla jeżdżą... 

A co koordynator na moją wizytę? Ano spytał(a), "czego ja od niej oczekuję?". Na dzień dobry czuje się pomoc i wsparcie HAHAHA! Odparłam lekko skonsternowana, że chciałabym jeszcze raz spróbować znaleźć jakąś dla siebie pracę, bo z poprzednią się mi nie powiodło, a a biurze pracy mi powiedzieli, że muszę mieć zgodę swojego funduszu zdrowia. Na to ona, że w takim razie zapyta lekarza orzecznika o zgodę i do tygodnia przyśle mi mejlem odpowiedź. I to cała filofia. Po to zmarnowałam pół dnia i za to pani koordynator-powrotu-do-pracy pobiera swoją pensję. By się zapytać, czego chcę i by moje chcenia przekazać jakiemuś panu doktórowi-od-chuj-wie-czego, a potem od doktóra do mnie. I w sumie ja se myślę, że to była by idealna robota dla mnie: se siedzisz całe dnie w ciepełku i pytasz sie naiwnych ludzi, czego chcą, a potem jeszcze się chwalisz znajmym że koordynujesz, czyli pomagasz ludziom po np raku wrócić na rynek pracy. To musi być wielce satysfakcjonujaca praca. Szczegół, że to samo można by załatwić dwoma kliknięciami przez internet (dzięki czemu takie "koordynatorki" mogły by np uzupełnić braki kadrowe w firmach sprzątających czy przy pilnowaniu dzieci). I tak na każdym kroku człowiek na własnej skórze przekonuje się, że w ostanim czasie potworzyło się tu tyle abstakcyjnych stanowisk, które utrudniają życie przeciętnemu śmiertelnikowi a są utrzymywane za pieniadze, które można by było przeznaczyć np na przyśpieszenie prac remontowych, naprawę dróg, czy utrzymanie szpitali albo szkół... A nie wróć, teraz to są wszystko rzeczy mało ważne. Teraz liczy się tylko zielone szaleńswto i zbrojenie (koniecznie nieswojego kraju).

W sobotę pokręciłam z Młodym do innego lasu, bo ten koło domu nam się znudził. Zimno trochę jeszcze na dłuższe rowerowania i pałętanie się po lesie z aparatami, ale wycieczka miła. Młody z daleka wypatrzył sarenki, ale nie wiem, czy zdażył na czas pstryknąć zdjęcie choć z oddali. Po drodze za to wypatrzył jastrzębia, a że ten siadł na płocie przy jakimś domu, to narobił mu zdjęć z daleka z zoomem. Potem jeszcze tropiliśmy bażanta, ale nam nawiał z hałasem. Któregoś dnia Młody upolował sarny pod lasem. Zdjęcia trochę słabe mu wyszły, ale sarny widać w każdym razie. Za jastrzębiami ipustułkami non stop łazi koło domu. Dopiero się uczy wszystkiego, ale ma frajdę z tego sporą, jak widać, co nas bardzo cieszy.

Od wizyty u dietetyczki zaczął więcej jeść. Myśli o tych porach jedzeniowych i non stop przychodzi szukać czegoś po kuchni. Wracając od lekarza wstąpiliśmy też do sklepu i nawybierał sobie rzeczy, które chce popróbować. Za wczasu by się z tego cieszyć, ale wyraźnie widać dobry początek i że porady dietetyczki coś mu dały. Ananasy z puszki mu podeszły i się zajadał. Nie parzyły mu ust jak świeży ananas. Będzie jedzone. 

Dziś robiliśmy eksperymenty z czasem naświetlania, by zrozumiał, co to w zasadzie robi. Siostra mu już teorię wytłumaczyła uprzednio, gdy raz po ciemku światełka u sąsiadów fotografowali. Zadała mu też pierwsze zadania fotograficzne. Z wodą więcej pobawimy się jak się zdziebko ociepli, bo dziś to tak na granicy zera itrochę zimno się przed domem było chlapać hehe. 

Na koniec wrzucę właśnie jego zdjęcia ptaków i nasze eksperymenty dzisiejsze. Zabawa była świetna i śmiechu sporo…

dzięcioł pstry

czapla siwa (to akurat moje zdjęcie)




stary koteł sąsiada

kowalik

mewa

kawka

kocica innego sąsiada

koteł jeszcze innegosąsiada

kokosy ;-)

bambi

ulubieńcy Młodego


gniazdo szerszeni azjatyckich


barany w ciapki

biała czapla


bażant







wywijanie światełkami choinkowymi na baterie



disco latarka 🪩 



7




18 stycznia 2026

Wymienię fiubziu na fiksum dyrdum

 Wymienię fiu-bziu na fiksum-dyrdum. 

Korby dostaję z tymi wszystkimi zajęciami codziennymi połączonymi z gonitwą myśli na każdy temat. 

U nas nawet jak nic się nie dzieje to i tak się dzieje o wiele za dużo. 

Mam dość 

myślenia o wszystkim

nieustannego szukania rozwiązań i nowych pomysłów

sprawdzania nowych dróg prowadzących donikąd lub na manowce

podpierania jednocześnie wszystkich stron walącej się konstrukcji

bycia w kilku miejscach jednocześnie

wysłuchiwania wszystkich

niekończącego się odpowiadania na  pytania co? kto? gdzie? kiedy? po co? dlaczego? jak?

ja nawet nie chcę tego wiedzieć

Jestem zmęczona byciem dla wszystkich

Marzę, by móc być przez chwilę tylko dla siebie.

Ale tak na prawdę dla siebie.

Bo to że ja jestem w domu na zwolnieniu lekarskim ciągle niczego nie zmienia. W domu nie jestem prawie nigdy sama. Nawet jak taki wyjątkowy moment się przytrafi to wtedy albo gotuję, albo myślę co ugotować, albo piekę chleb, albo sprzątam, piorę albo wymyślam jakies nowe rozwiązania, planuję poszczególne kroki...

A czasem jest jeszcze gorzej, bo czasem nie robię nic pożytecznego, ale za to robię wiele nieistotnych, bezsensownych rzeczy, nie po to by się zrelaksować, nie dla przyjemności, ale by zabić myślenie, by nie widzieć, by nie słyszeć, by zagłuszyć emocje i gonitwę myśli, by dołożyć trudne rzeczy, a których nie mam sił nawet myśleć, nie mówiąc o wykonaniu. Bywa, że pół dnia albo cały skroluję instagrama niczego nie widząc albo gram w pasjansa, by nie myśleć, nie widzieć, nie słyszeć, nie żyć...

Takie tygodnie jak ten i poprzednie przypominają mi, że jestem ciągle wrakiem dawnej mnie, że jestem słaba, wyczerpana i ledwie się trzymam kupy.

Z drugiej strony takie dni jak te choć trochę motywują mnie do działania, dodają mi skrzydeł, powodują że wygrzebuję skądś jakieś resztki energii, pomysłów, motywacji i choć przez chwilę mogę znowu czuć się prawie jak dawniej.  Mogę czuć się ważna, zdrowa, silna, coś znaczyć dla bliskich.... choć przez chwilę...

Tyle że jak nagle coś nie idzie zgodnie z planem, coś zawodzi lub po prostu jest zbyt trudne na daną chwilę albo jest za dużo na raz, to spadam od razu głęboko w dół. Dół bezsilności, demotywacji, osłabienia fizycznego... Z byle powodu mogę wpaść w panikę albo w blokadę decyzyjną, tudzież oba na raz.

Ale życie samo się nie przeżyje tak czy owak. Jak nic się nie dzieje, to spoko, ale jak się już zacznie, to trzeba próbować temu sprostać...

Jest coraz trudniej.

W poniedziałek była dobra pogoda, więc pokręciałam rowerem do szpitala na mammografię i echo oraz spotkanie z onkolog. Chyba wszystko dobrze wyszło, bo nic nie gadali. Nie chciało mi się pytać. Nie obchodziło mnie to. Następna wizyta za parę miesięcy...

Powiedziałam onko, że niepokoi mnie to, że często mam bardzo niskie ciśnienie i słaby puls, nieraz zaledwie 40 i że wtedy kiepsko się czuję. Ona odrzekła na to po prostu "przecież miałaś chemię...". 

No miałam, fakt. Nawet się domyślam, że to dlatego, że to stąd biorą się wszystkie moje dzisiejsze problemy zdrowotne. Ba, wydaje się to wręcz oczywiste. Niemniej jednak nie skończyłam medycyny, nawet nie zaczęłam, więc bym chciała, by ktoś mi te jebane 5 minut czasem na jakieś choćby krótkie wyjaśnienie poświęcił, bo ja bym chciała może wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, jak długo coś takiego będzie trwało, czy się będzie poleszać, czy pogarszać, co mogę ewentualnie z tym zrobić, by lepiej mi się funkcjonowało na co dzień, bo może ja bym chciała jakoś normalnie móc żyć, do pracy pójść i takie tam... 

Kurde sam fakt, że operacje i inne terapie usunęły raka z mojego ciała, że to przeżyłam i że żyję to jakby trochę za mało do szczęścia. Kuźwa ja nie mam jeszcze emerytury, by po prostu se powolutku móc żyć z dnia na dzień. Ba, do wieku emerytalnego brakuje mi prawie 20 lat!, a moje dzieci jeszcze nie są samodzielne. Młodemu do dorosłości brakuje jeszcze z 5 lat... A takie traktowanie ze strony lekarzy mówi mi, że powinnam się cieszyć że w ogóle żyję i być im wdzięczną, że mi to nędzne życie uratowali no i nie zadawać głupich pytań, bo oni mają ważniejsze sprawy na głowie... Złości mnie to, dołuje i demotywuje, że lekarze mają mnie w dupie, że bagatelizują albo totalnie olewają to jak się czuję i jakie problemy zgłaszam. 

W ogóle tego nie rozumiem... Z jednej strony każdy oczekuje, że wrócisz do pracy i normalnego życia, z drugiej słyszysz, że musisz dać sobie czas, że musisz odpoczywać, rewalidować się, a z trzeciej nikt przecież życia nie zatrzymał, rachunki same się nie płacą, dom się sam nie ogarnia, z czwartej moje zdrowie jest za słabe, by móc robic, to co robiłam przed rakiem... A ja stoję pośrodku tego wszystkiego i niechuja nie wiem, co począć, jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak znaleźć złoty środek, zrozumienie, akceptację, jak jednocześnie opiekować się sobą i pchać swój wyłądowany problemami wózek do przodu...?

Tak samo, a na pewno podobnie ma się sprawa z dziewczynami. Za bardzo niepełnosprawne by dostać pracę, za zdrowe by nie pracować... A idź pan w chuj!

Byłam z Najstarszą na tej długo (prawie pół roku) wyczekiwanej wizycie w VDAB (biurze pracy) i wróciłam do domu totalnie pusta, wyzuta z emocji, zdołowana. Do tego zmęczona w pierony, bo tym razem musiała się Najstarsza stawić w biurze pracy, pod które regionalnie należymy, a tam nie ma czym się dostać, bo nie ma żadnego połączenia, więc trzeba było kręcić rowerami te 12 km w jedną i 12 km w drugą stronę po cholernych górkach. Po powrocie nawet nie chciało mi się Małżonkowi opowiedzieć, a tylko łapą machnęłam na jego zainteresowanie, ani słowem się nie zająknąwszy. Miałam dość. Ciągle mam.

Parę lat temu w takiej sytuacji po prostu przewróciłabym oczami, powiedziałabym, że chuj im wszystkim na grób, niech spierdalają i zabrałabym się za samodzielne szukanie rozwiązania.

Teraz po prostu czuję się wyczerpana. Wiem, co mam robić, bo już to przerabiałam, ale nie potrafię znaleźć na to sił... Mam już dość tej walki z wiatrakami i kopania się z koniem w postaci skurwiałej biurokracji.

Wiecie po co Najstarsza musiała czekać na tę wizytę. PO NIC! Zmarnowaliśmy 5 miesięcy czasu, by się dowiedzieć, że oni jej wolontariatu nie załatwią, ale może sobie sama załatwić, jak chce (łał dzięki kurwa za pozwolenie) i że najlepiej jak się postara o uznanie niepełnosprawności, bo bez tego nie mogą jej też załatwić pracy w zakładzie pracy chronionej. Dobra, okej, takie są fakty. Ja z tym nie dyskutuję, tylko chciałabym wiedzieć po jaki chuj tamci poprzedni w innym biurze kazali nam czekać na tę wizytę i przekonali, że biuro zacznie nową procedurę, dzięki której Najstarsza będzie mogła dzięki wolontariatowi, który miał się odbywać pod opieką asystenta, czegoś nowego sie nauczyć. Po chuj wprowadzać człowieka w błąd i robić jakieś nadzieje na chujwieco?!

Zajebiście by było jakby w belgijskim systemie oni jakoś ze sobą współdziałali i tymi samymi zasadami i prawami się kierowali a nie że każdy chuj na swój strój...

No i wiecie, Najstarsza ciągle ma mnie, swoją matkę, która jej we wszystkim pomaga, wspiera, załatwia formalności, chodzi na rozmowy, szuka rozwiązań... Ma też Młodszą siostrę, która również ją wspiera w ogarnianiu całej administracji i temu podobnych. Ma też ojczyma, który na nią pracuje i zapewnia jej dach nad głową... Wyobraźcie sobie, że ktoś inny niepełnosoprawny może takich osób nie mieć z takiego czy innego powodu... O wszystko się trzeba dopominać, chodzić od Kajfasza do Annasza i z powrotem, błagać, żebrać, pytać, przekopywać internet...

Jako się rzekło, ja już też zaczynam mieć tego dość. Nie, już mam dość.  Nie mam sił mentalnych na to wszystko.

Teraz musimy złożyć papiery do FOD, co wymaga oblecenia wszystkich specjalistów, zebrania największej liczby dokumentów potwierdzających, że Najstarsza nie jest w stanie sama funkcjonować i sama na siebie zarobić i czekając znowu w nerwach miesiącami liczyć na uznanie jej niepełnosprawności. 

Mnie się nawet nie chce chcieć za to zabierać. Wiem, że muszę i to jak najszybciej, bo już jesteśmy dzięki uprzejmości głupich pomysłom urzędasów prawie pół roku w plecy. A przemielenie wniosku przez FOD trwa miesiącami, rok trzeba liczyć spokojnie.

Dalej będę jej też załatwiać wolontariat. Ciągle rozważam bibliotekę, bo przy oprawianiu książek na pewno świetnie by sobie radziła, ale jednak chyba poczekamy na wiosnę, by mogła pójść do azylu dla ptaków i dzikich zwierząt, bo tam o wiele przydatniejszych rzeczy może sie nauczyć. Nie dla przyszłej pracy, bo to akurat marne szansce, ale dla siebie samej.

Jedno przydatne, co na tej mało wnoszącej wizycie się dowiedziałyśmy, to że wolontariat trzeba zgłosić do RVA za pomocą specjalnego formularza, który można pobrać ze strony interenetowej. Bowiem taki wolontariat urząd mógłby uznac za pracę i zabrać jej zasiłek, no i w ogóle jakieś kłopoty z tym. Choć nie wiem, jaki niby w tym jest sens i logika, skoro pracy dla niej nie mają... No ale dobrze wiedzieć...

Baba powiedziała, że w każdej gminie raz na jakis czas są spotkania z ludźmi z FOD. Po czym sprawdziła i się okazało, że w naszej gminie akurat nie ma, bo jednak nie w każdej tylko w iektórych są takie spotkania. Najwcześniejsze jest w połowie lutego w pobliskim mieście... Za ten czas to pewnie już sama ogarnę co, jak i gdzie bez niczyjej łaski.

Najstarsza wróciła do domu z uczuciem, że chcieli jej się po prostu pozbyć, że z tego, co baba mówił, wybrzmiewało pomiędzy wierszami "nie mamy pracy dla takich jak ty, nie zawracaj nam więcej głowy". Podzielam jej odczucia. Może powodem był fakt, że mieli tam tego dnia urwanie głowy. Nigdy wcześniej nie widziałam tam tylu ludzi. Cyrk jakiś. To pewnie wszyscy ci, którym zabrali zasiłki od stycznia hahaha. Dobrze im tak! Bo ja nadal sobie nie wyobrażam, że ktoś kto uważa się za normalnego, pobiera zasiłek DLA SZUKAJĄCYCH PRACY przez 20 lat! No chyba że ludzie rozumieją to w ten sposób, że to trzeba tylko szukać pracy, a nie chodzi o to, by ją znaleźć. Nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go go go... W mediach mówią, że 1/3 tych, co im zabrali zasiłek teraz stoi w kolejce do pomocy społecznej... No kto by pomyślał, że tak się stanie... co za szok i wielkie odkrycie... Pojebany świat.

W epickim świecie też znowu zawirowania. Wszystko zaczęło się od śniegu, ale o tym było poprzednim razem. W sumie to niepokój kiełkował już jakiś czas, bo przebodźcowanie objawiało się już na różne sposoby, ale dopiero jak Młody poważniej się pochorował, zmotywowało mnie do szybkiego rzeczywistego działania. Zdążyliśmy dosłownie na osatnią chwilę. W czwartek Młody znowu został w domu z rozładowanymi bateriami, ale postanowiliśmy razem udać się na rozmowę z coachem w wirtualu (normalnie miała odbywać się w szkole, ale Młody został w domu, więc poprosił o rozmowę online).

Po wcześniejszej konsultacji z Młodym, zapytałam kołczki, czy może on wrócić do poziomu technikum (choć teraz już się tu to tak nie nazywa), tak jak zaczął. Dalej wyjaśniłam, że tamten poziom nie bez powodu wybraliśmy, a powodem był właśnie autyzm i jego skutki uboczne, czyli szybki stan przebodźcowania, a w dalszej konsekwencji zmęczenie, problemy z koncentracją etc, które utrudniają naukę. Dodałam też, że ja nie wątpię w to, że intelektualnie Młody spokojnie da sobie radę na poziomie liceum, ale po pierwsze jest to trudne ze wzgl na to co powyżej, po wtóre jemu nie chce się zbyt dużo uczyć i ja absolutnie na dzień dzisiejszy nie widzę go na studiach, a co ważniejsze absolutnie tego od niego nie oczekuję. Ważne jest dla mnie i Małżonka natomiast, by ukończył szkołę średnią z dyplomem. Czy będzie chciał pójść do pracy, czy studiować to już jego decyzja.

Coach jak najbardziej była za. Zapytała tylko na jakich poziomach z poszczególnych przedmiotów chce zostać Młody, bo w tej szkole fakt, że ktoś chodzi na niższy kierunek  nie oznacza, że nie może uczyc się na poziomie najwyższym z poszczególnych przedmiotów. Młody upierał sie przez chwilę o najwyższym poziomie "wetenschappen" (biologia, chemia, fizyka...), bo to lubi, ale najwyższy poziom wymaga uczestnictwa we wszytkich wykładach, a dla niego ważny jest ten dzień hybrydowy (nauka w domu), by więcej odpoczywać, ktory będzie możliwy tylko, jeśli obniży poziom wetenschappen choćby o jeden piorunek. Na poziomie technikum wymagany jest 1 piorunek, a Młody chciał 3. Zgodził się jednak w końcu na dwa. Angielski też pozostaje na dwóch, tylko dla francuskiego i matmy wybrał po jednym bo nie chce mu się z tego uczyć.

W tym tygodniu zatem już będzie się uczył na innym kierunku i na innym poziomie oraz będzie miał inny rozkład zajęć i innych niektórych ekspertów (nauczycieli) od poszczególnych przedmiotów. W normalnej szkole chodził by w takiej sytuacji do innej klasy, ale tutaj pozostaje w tej samej  grupie u tego samego coacha, bo grupy nie są podzielone wg kierunków, a utworzone z losowych uczniów jednego stopnia (jeden stopień to dwa roczniki, dwie klasy). Będzie jednak czasem chodził na inne wykłady do innych nauczycieli i inny program będzie realizował.

Czwartek był ostatnim dniem, kiedy dozwolona była zmiana klasy ot tak bez zwoływania rady nauczycielskiej, więc mieliśmy szczęście, że akurat się zdecydowaliśmy.

Fotografia Młodego wciągnęła. Gania z aparatem po ogródku i po lesie. Sporo ciekawych ptaków już udało mu się sfotografować, a zdjęcia wychodzą mu coraz lepsze. W sobotę dopadł też starego kota sąsiedzkiego i najpierw wygłaskał go porządnie, a potem obcykał aparatem. Któregoś dnia wróciwszy z lasu, relacjonował, że jakiś dziadek do niego zagaił i potem długo gadali o różnych zwierzętach... Wybranie fotografi jako tematu FOCUSA w tym roku szkolnym wydaje się bardziej niż trafiony, bo poza tym, że on się czegoś fajnego uczy, to aparat wyciąga go z domu, sprzed kompa na słońce. No, codziennie kręci rowerkiem te 20 km, ale dobrze też w weekend czasem wyleźć na świat. Sam obserwuje, że jak pójdzie do lasu to lepiej mu się potem myśli, sprawniej zapamietuje i rozwiązuje zadania no i lepiej je i pije.

Odwiedziliśmy dietetyczkę. Przyjęła nas w domu, gdzie panuje swojski chaos. Zaraz na początku pochwaliła się że jej dzieci mają autyzm, stąd specjalizacja w dietetyce autystyków. Sama też zapewne jest autystyczna. Nie powiedziała tego, ale to widać na pierwszy rzut oka: sposób mówienia, zadawania pytań, łatwego rozumienia się z znami, no i od razu zauważyła, że datę urodzin Młodego czyta się tak samo od przodu jak od tyłu. 

Pierwsze zadanie zlecony przez dietetyczkę: spróbować ananasa z puszki i startej marchewki. Oraz zaplanować 4 momenty na posiłki dziennie i skrupulatnie ich przestrzegać. Jeśli nie ma chęci na jedzenie, ma się choćby czegoś napić w danej godzinie...

Najważniejsze, że wytłumaczyła prosto, dlaczego on nie wie czasem, co jeść i dlaczego tak ostro reaguje (np demolowaniem pokoju, niszczeniem rzeczy, przeklinaniem, krzyczeniem), gdy nie może sie na nic zdecydować. To wszystko przez inny sposób reagowania i analizowania przez mózg bodźców. U niego, jak i u wielu innych autystyków, głód pojawia się nagle i od razu objawia pełną siłą, gdy u przeciętnego człowieka narasta on powoli stopniowo. Zwykły człowiek robi się coraz bardzej głodny, coraz bardziej i coraz bardziej. U Młodego natomiast są tylko dwa etapy: nie jestem głodny - jestem głodny w chuj. Tak samo szybko jak głód sie pojawia, tak samo szybko przechodzi. Każdemu innemu uczucie głodu też wcześniej czy później mija, gdy nie ma czasu zjeść i pojawi się dopiero w następnej normalnej porze spozywania posiłków. U Młodego głód wybucha pełną siłą, a po minucie czy dwóch znika. Dlatego on ma bardzo mało czasu, ba, praktycznie w ogóle nie ma czasu, na zdecydowanie, co by chciał zjeść w danej chwili. To jest stresujące. Gdy głód wybuchnie, powinien on natychmiast zaczynać jeść. Nie ma czasu, by myśleć nad tym co, nie ma czasu by gotować, nie ma czasu, by długo czekać na takeway, bo za minutę już nie będzie głodny.

Dlatego tak ważne są te konkretne godziny. Gdy będzie wiedział, o której dokładnie ma jeść, może się do tego momentu przygotować, a jedzenie przez jakis czas o tych samych godzinach, spowoduje, że mózg właśnie wtedy będzie wołał jeść, a nie w przypadkowych momentach. Kolejnym krokiem jest przygotowanie się na te momenty, czyli przyszykowanie sobie szamy. Gdyby nie było pod ręką jedzenia, na które ma się ochotę, należy zjeść cokolwiek, choćby ciastko, orzecha, czy choćby się czegoś napić, by zachować schemat i dać mózgowi złudzenie, że dostał szamę. Potem można sobie zjeść w dowolnej chwili lub przy następnej zaplanowanej porze coś konkretniejszego. Jeśli zjadło się coś pomiędzy zaplanowanymi godzinami i nie ma głodu, nadal należy o zaplanowanej godzinie coś zjeść lub się napić.

Wizyta kosztowała 75€. Kolejne będą tańsze. Nie przewiduje się więcej niż 3 wizyty.

Tego dnia znowu zażyłam rowerowania. Pojechałam tak samo jak Młody codziennie jeździ, czyli rowerem na stację, rower do pociągu i znowu rowerem do miejsca docelowego ze stacji. Byłam za wczasu, więc pokręciłam się prawie godzinę po okolicy, bo pogoda była dosyć miła... Fajnie, tylko że mnie to znowu zmęczyło fizycznie za bardzo, bo nałożyło się na te jazdy z poprzednich dni. Jak zauważył słusznie Małżonek, teraz moja regeneracja po większym zmęczeniu nie trwa jak dawniej jedną noc, tylko co najmniej tydzień, więc jak się w następne dni znowu coś męczącego porobi, to zmęczenie się nakłąda na siebie... Wczoraj nic nie robiłam, a dziś  poszłam z Małżonkiem na coniedzielny spacer. On zawsze mierzy kilometry i aż sie go zapytałam, ile żeśmy dziś przeszli i byłam zszokowana jego odpowiedzią, że tylko cztery z hakiem, czyli średni zwykły spacer. Intensywność zmęczenia sugerowała by jednak z 10 km co najmniej... 

To są dla mnie bardzo nieprzyjemne obserwacje i wnioski. Już miałam uczucie i nadzieję, że mi się poprawiło znacznie, jeśli idzie o kondycję, wytrzymałość itd. Ćwiczę już trochę czasu systematycznie i widzę oraz czuję rezultaty. Poprawiła mi się gibkość (do szpagatu brakuje coraz mniej, mostek robię coraz lepszy). Poprawiła się siła - już zrobię nawet 10 zwykłych (w sensie nie babskich, nie na kolanach) pompek, spokojnie robię 100 przeskoków na skakance i nawet mnie stawy po tym nie bolą ani nie czuję się zmęczona na drugi dzień. Często ćwiczę intensywnie dzień po dniu po pół godziny i nie czuję zmęczenia na kolejny dzień, a nawet wprost przeciwnie - czuję się lepiej. Kurde, jeździłam już na dalekie trasy rowerem wcześniej i było git, ale ostatnio miałam trochę przerwy w rowerowaniu, bo tylko tyle co do sklepu kręcę, gdy trzeba, gdyż zimą nie lubię rowerować w tych wszystkich łachach na sobie. Myślałam jednak, że skoro ćwiczę i maszeruję, to przejechanie tych kilkudziesięciu kilometrów w ciągu tygodnia nie bedzie problemem. Co lepsze, podczas rowerowania nie czuję za bardzo zmęczenia. Swobodnie bez wysiłku, zdawało by się, sobie roweruję na lekkim wspomaganiu. Myliłam się jednak i to bardzo: rowerowanie mnie wyczerpało okropnie, a w połączeniu ze złym stanem psychicznym to mieszanina trująca. 

Nie podoba mi się to, bo to mi mówi, że jednak nie dam rady wykonywać żadnej pracy na dłuższę metę, bo znowu skończy się tak samo. Nie wiem już co myśleć i co robić z tym wszystkim...

Na pewno będę więcej rowerować, skoro idzie ku wiośnie, by pracować nad kondycją jeszcze bardziej, Tylko muszę powoli ją budować, kilometr po kilometrze sobie dodawać, a nie od razu do Tour de France startować. To było głupie, ale też nieuniknione, bo tak wyszło z tymi różnymi wizytami, spotkaniami. Co zrobisz? Bok se wyrwiesz?

Niestety to jeszcze nie koniec rowerowania przymusowego na ten miesiąc, bo jeszcze parę wizyt tu i ówdzie stoi w kalendarzu zapisanych, a ja ciągle nie mam szofera z limuzyną...

Mój stan psychiczny jest raczej kiepski i raczej się nie poprawia, a tylko pogarsza z każdym tygodniem. Zasadniczo jest to huśtawka, ale jednak częściej jestem na dole niż na górze. Brak mi energii, nadziei, chęci do robienia czegokolwiek, nawet, a może zwłaszcza wykonywania codziennych obowiązków domowych. Umówienie głupiej wizyty czy wypełnienie jakichś dokumentów, a nawt zamówienie jakiegoś potzrebnego produktu w internecie (nie mówiąc, by po to do sklepu się fatygować) wydaje się często przerażającą barierą nie do pokonania. Odkładam wszystko na potem, na jutro, a potem na popojutrze, na bliżej nieokreślony czas. Najchętniej nie wstawałabym z kanapy całe dnie, nawet jak słońce świeci. Trudno mi się zabrać za cokolwiek, choć próbuję z tym walczyć i zmuszać moją leniwą ciężką dupę do jakiejś roboty. Budzę się w nocy po nic i nie mogę zasnąć z powrotem. Korba totalna.

Jeszcze się łudzę, że z wiosną będzie lepiej, ale to dosyć mglista i słaba ułuda.

Jedyne co mi się udaje na ten czas, to te półgodzinne ćwiczenia fizyczne. W tym widzę sens i satysfakcję, bo czuję efekty, bo to jest coś znanego, zaufanego, coś co robiłam przez większość życia systematycznie i w czym jestem dobra. 

Reszta jest o kant dupy. W pozostałych aspektach jestem obecnie do niczego albo moje działania i starania nie przynoszą żadnych zadowalających efektów. Doszłam do jakiejś ściany i utknęłam, nie mam żadnego ruchu. Tkwię w miejscu, w którym być nie chcę, ale nie mogę stąd uciec ani pójść w inne. 

Nie jestem na tyle silna, by pójść do pracy, ale potrzebuję pracy, by poczuć się lepiej. Potrzebuję pracy, by się przeprowadzic w inne miejsce. Nie wynajmiemy nowego domu nie mając stałej pracy. Potrzebuję się przeprowadzić, by mieć szansę na pracę. Potrzebuję nowego miejsca i nowej pracy, by poczuć sie lepiej i znowu zacząć żyć. No i jak niby mam z tego błędnego koła się wydostać? Myślę o tym non stop dzień i noc i chuja wymyśliłam. 

Potrzebowałam to wszystko opowiedzieć. Nie zrobię się od tego mniej zmęczona, mniej zdołowana ani nawet mniej zła, ale potrzebowałam se ponarzekać.

Zdjęć nie chce mi się dodawać, bo za dużo z tym certolenia.