17 kwietnia 2017

Wielkanoc u normalnych inaczej i wycieczka do Geraardsbergen

Nasza Wielkanoc. 

Jak na rodzinę normalną inaczej przystało nie spędzamy świąt ani 'po polsku' ani tym bardziej 'po bożemu'. Spędzamy je po swojemu, wedle własnego widzimisię. W ogóle dla nas to po prostu długi weekend nie żadne tam święta
W naszym 'wielkanocnym' repertuarze nie było nawet specjalnych typowo polskich przygotowań, bo niby po co. Świąteczne porządki? Sprzątam, gdy stwierdzam, że potrzeba a nie na pokaz czy dla zasady. Specjalne wypieki, potrawy? Przez cały rok jest nas 5 sztuk w domu, ta liczba nie zmienia się z okazji świąt, nie zmienia się też nasz gust kulinarny i ilość wolnego czasu. To nie Polska - tu w Wielki Tydzień pracuje się normalnie po 8 godzin dziennie codziennie do piątku wieczorem. A sobota jak sobota - pranie, koszenie trawy, zakupy.... Noooo tym razem pozwoliłam sobie pojechać na zakupy bez dzieci i kupić dla siebie (TYLKO I WYŁĄCZNIE) parę nowych rzeczy. Załóżmy że to z okazji świąt, bo każda okazja jest dobra by kupić sobie nowe buty hehe. W sumie miały być tylko nowe baleriny,  ale skoro już zauważyłam te milusie trampki bez sznurówek to postanowiłam je również adoptować... Tylko po przyjściu do domu się okazało, że jest z nimi jeden drobny problem - są bardzo w guście Młodej  i pasują jak ulał na jej dwunastoletnie stopiszcza... Obiecałam jednak obydwu po 50€ na trampki w maju, tak na wszelki wypadek.

W tym roku nie robiliśmy nawet dekoracji wielkanocnych, a Belgowie to już z miesiąc temu powywieszali te wszystkie jajka na krzakach i poustawiali zające w ogródkach. Ja po pierwsze nie miałam czasu (9-10 godzin dziennie poza domem), po drugie zwyczajnie stwierdziłam że to bezsens dodawać sobie niepotrzebnej roboty i że mi się nie chce. Jedyną dekoracją jest słomiany zajczyk z lidla z żywym żółtym kalanchoe w koszyczku, którą to ozdóbkę kupił tata dla Młodego. 

Nie byliśmy też na żadnej kościelnej uroczystości, bo ...bo nie...

Z akcentów świątecznych były tylko te dla dzieci (i przez Młodego wymuszone - ogląda się bajki, to się wie), czyli malowanie jajek oraz zając wielkanocny chowający czekoladowe jajka w ogródku, z którego to powodu musiałam w niedzielę wstać o piątej, bo Młody wstaje zwykle  o szóstej w weekendy (w tygodniu budzę go o 6.30). Zając jednak nie jest ani polską ani belgijską tradycją, w każdym razie nie katolicką. Według tutejszych podań czekoladowe jajka roznoszą dzwony ze skrzydełkami. Jak wiadomo dzwony kościelne milkną w Wielki Czwartek, kiedy to - według tutejszej legendy - lecą wtedy do Rzymu po słodycze i potem roznoszą je po ogródkach i balkonach. Nie ważne jednak kto te jaja chowa, ważne że można ich szukać w wielkanocny poranek. Liczy się tylko i wyłącznie szukanie, bo jedzenie już nie bardzo - do dziś leżą w koszyku nietknięte przez Młodego. Z kolorowaniem to samo - Młody nie lubi gotowanych jaj za bardzo, ale obserwowanie jak zmieniają kolor to już atrakcja.

Zjedliśmy też wspólne świąteczne śniadanie, które można uznać za typowo wielkanocne, gdyby się ktoś nie przyczepił do tego że niepoświęcone. Przyznam że nawet przeszło mi przez myśl, żeby pojechać do Brukseli czy Antwerpii na święcenie w celu pokazania Młodemu polskiej tradycji wielkanocnej (bo w sumie dobrze tradycje znać), ale tłuc się 30 km, stać w korkach, szukać godzinami miejsca do parkowania żeby se popatrzeć jak pleban chlapie wodą na jedzenie to trochę jakby pokręcone. A chcąc samemu poświęcić koszyk (nie wam się interesować czy wierzę w sens i w ogóle wierzę - to tylko teoretyczne rozważania) to trzeba by skądsiś koszyk wytrzasnąć, potem produkty do koszyka - bab co prawda w okolicy nie brakuje ale nie wiem czy dały by się wsadzić do koszyka, z baranami podobnie... Jednym słowem (a raczej trzema) za dużo fatygi. 

Szukanie jajek więc łatwiejsze do zrealizowani. Tak to jednak jest na obczyźnie - nic nie jest oczywiste, ciągle trzeba wybierać pomiędzy starym naszym a nowym naszym. Nie można powiedzieć - jesteśmy Polakami więc świętujemy tylko po polsku, bo się zwyczajnie tak nie da. Nie no dobra wiem, są tacy którzy na każde święta jeżdżą do Polski i świętują tylko po polsku. Nas nie stać na takie fanaberie, poza tym mamy trochę insze  priorytety i sposoby na życie oraz pomysły na marnowanie pieniędzy.

My zaliczamy się do tej grupy, która obydwiema nogami stoi tu, a tylko czasem (coraz rzadziej) spogląda w stronę ojczyzny, bo na coś się trzeba zdecydować. Przyjechaliśmy nie tylko tu pracować i zarabiać, ale tu żyć. Nie planujemy powrotu i nie mamy żadnego swojego kąta w Polsce - i to jest istotne w tej kwestii - nie musimy więc tam niczego pilnować, pielęgnować ani nadzorować (nie chodzi tylko o dobra materialne). My musimy troszczyć się przede wszystkim o nasz nowy dom, bo tu jest nasza i naszych dzieci przyszłość. A wszystko trzeba tu zbudować od nowa (my jesteśmy gdzieś przy fundamentach dopiero). 

Ciągle musimy wybierać pomiędzy nowym a starym, pomiędzy tym co polskie a tym co belgijskie i szukać złotego środka.

Nie da sięw Belgii (i w ogóle na obczyźnie) żyć ani tylko po polsku ani tylko po belgijsku, bo jesteśmy tu, ale z bagażem doświadczeń i przeżyć z ojczyzny. Przez ponad 30 lat żyliśmy w Polsce, przez te lata poznawaliśmy polskie tradycje i zwyczaje, całe nasze życie, każdy dzień w szkole i pracy był z nimi związany. Opowiadały nam o nich nasze babcie, uczyli nas o nich nasi nauczyciele. Boże Narodzenie, czy Wielkanoc, Wszystkich Świętych i święta wszystkich patronów,  andrzejki, sobótki, Dzień Kobiet, Dzień Babci, Dzień Nauczyciela wyznaczały nam pory roku i wymuszały adekwatne do chwili zachowania. Nasze dzieci zaczęliśmy wychowywać według tego polskiego kalendarza i zwyczajów. Nagle przyjechaliśmy do Belgii i wszystko się zaczęło kiełbasić. Jak pogodzić to co znamy z Polski z tym co zastaliśmy tutaj.

Ale wróćmy do Wielkanocy. Mamy wspólne rzeczy - czas, kontekst religijny oczywiście, dekoracje  i symbole podobne. Jednak tutejsza palma to kawałek bukszpanu, który trzyma się potem w domu cały rok najczęściej zatknięte za krzyż, a w PL palma to takie kolorowe ozdobne cudo. Koszyk to element dekoracji i rzecz przydatna do zbierania oraz przechowywania jajek, ale nie święci się jedzenia w koszyczku. Nie ma babki wielkanocnej, ani cukrowych baranów. Są czekoladowe jaja i zające.

Nie ma tu tych wszystkich ceregieli jakie wiążą się z Wielkanocą w Polsce. Nie ma na to czasu, bo czas to pieniądz. Nikt nie wychodzi wcześniej z pracy, ustawowo wolna jest tylko niedziela i poniedziałek. W tym okresie przypadają w Belgii dwutygodniowe ferie wielkanocne i część osób bierze wtedy urlop i wyjeżdża gdzieś z dziećmi. Dzieci wyjeżdżają też same na kolonie lub chodzą na półkolonie. Reszta pracuje normalnie i cieszy się po prostu z długiego weekendu, kiedy to spotyka się na grillu z rodziną, idzie gdzieś do restauracji albo zwyczajnie ma okazję by porobić coś koło domu. Dzień jak codzień. Wierzący katolicy chodzą też do kościoła, ale idą tylko ci co czują taką potrzebę, nikt tu nie chodzi na Mszę dla sąsiada czy teściowej ani żadnego innego 'bo co by powiedzieli', czy 'bo w święta wszyscy idą'. 

No i mając na uwadze to wszystko i parę innych rzeczy trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jak my spędzimy święta?

Już wcześniej powiedziałam, że nie da się po polsku, bo (trochę złośliwej ironii oraz sarkazmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło):
- pracujemy w Belgii w belgijskich firmach zatem nie kończymy pracy w południe ani nawet o 15tej,  nie mamy więc czasu (chęci swoją drogą) by pójść w Wielki Czwartek, Piątek do kościoła (a w Polsce się chodzi), 
- nie mamy też możliwości by zrobić zgodnie z polską tradycją 'porządki świąteczne', bo jakoś tak się składa że sprzatamy w miarę regularnie i wszędzie (z kanciapą, pod szafą i na szafie, firankami, pościelą, oknami ogródkiem oraz szopą włącznie) mamy w miarę czysto
- nie mamy baranów ani bab nadających się do koszyków, ani samych koszyków
- nie mamy w pobliżu polskiego kościoła, gdzie powyższe rzeczy można by pochlapać wodą
- nie mamy tu rodziny która mogła by przyjść sprawdzić czy wypraliśmy firanki czy wreszcie kupiliśmy nowe i czy w tym roku starliśmy kurz z lampy w przedpokoju
- nie mamy rodziny, której moglibyśmy pójść pomóc ocalić przed zmarnowaniem te tony jedzenia, które naszykowali na 2 tygodnie zapomniawszy że święta trwają 2 dni i każdy ma jedzenie w domu (w święta zawsze więcej, drożej, ale to samo co u innych w całym kraju i zwykle za dużo),
- w związku z dwoma powyższymi punktami nie mamy też możliwości siedzenia całego dnia za stołem i obrobienia dupy połowie wsi i wszystkim innym, którzy akurat są przy tym stole nieobecni
- uważamy że marnowanie 2 dni (z 3 wolnych) i kilkuset euro na jazdę (do naszych rodzin jedzie sie 16 godzin bez przerwy) czy lot do Polski i z powrotem jest totalną głupotą (przypominam: jesteśmy normalni inaczej)

Pozwoliłam sobie na podśmiechujki, bo mówią że lepiej żartować niż chorować. Nie miałabym nic przeciwko temu, by spędzić te święta czy inne okazje z rodziną z Polski, pogadać o dupie Maryni i innych znajomych, zjeść dobrej swojskiej sałatki jarzynowej czy wafla z masą kajmakową, ale nie mam takiej możliwości. Droga w obie strony jest taka sama (w ciul daleko i drogo), ale czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy uważają inaczej. Niestety fakt, że zarabia sie w euro nie znaczy, że człowieka stać na wszystko. Stać nas na więcej (dużo więcej) niż w Polsce bo pracujemy oboje, ale wydatków też nam nie brakuje a rosną one z każdym miesiącem razem z podwyżkami i dorastaniem dzieci. Dla rodziny z Polski droga jest jeszcze trudniejsza bo oni nie zarabiają w euro, niektórzy w ogóle nie zarabiają bo na tej zajebistej zielonej wyspie nie mają gdzie zarabiać...

Zaś przygotowywanie tych wszystkich świątecznych rzeczy, którymi nawet nie będzie się czasu cieszyć, to marnowanie cennego czasu. Każdemu jednak wolno uważać inaczej.

Niektórzy organizują za granicą spotkania świąteczne w większym polonijnym gronie, ale to moim zdaniem jest dobre dla samotnych osób, które z jakiegoś powodu nie mają tu nikogo z kim mogli by spędzić świąteczny czas no i tych którzy nie potrafią przeżyć bez tych wszystkich mazurków, baranów i innych typowo polskich rzeczy. Mnie tam - szczerze mówiąc - jest równo w paski. Nie mam jakiegoś parcia na polskość za wszelką cenę. Nie mam też parcia na belgijskość - żeby było jasne. Staram się być po prostu sobą na tyle na ile jest to możliwe, robić to na co mam w danej chwili ochotę i na co mi pozwalają okoliczności. Pracujemy wszyscy (starzy w pracy, w szkole młodzi) - 5 dni od rana do wieczora wszyscy jesteśmy poza domem. Poza tym jeszcze zakupy, załatwienia, lekarze, nauka, obowiązki domowe, jakiś posiłek i o dwudziestej już wszyscy szykują się do spania. Dlatego jak człowiek ma ten dzień dodatkowo wolny to fajnie jest zwyczajnie posiedzieć na dupie w chałupie, poleżeć, poczytać, popisać, coś przemyśleć, zaplanować, pojeść sobie na spokojnie, czy tak po prostu pogadać ze sobą, bo w powszednie dni brakuje nam czasu na te zwykłe rzeczy, na jedzenie, na odpoczynek, na rozmowę.

Z tego też powodu postanowiliśmy (nie po raz pierwszy i nie ostatni) w święta zjeść dobry obiad w fajnej restauracji. Ostatnie tygodnie były wyjątkowo ciężkie i wyładowane na full. Jak uporaliśmy się z robotą i innymi planami była już sobota (Wielka) wieczór, czyli restauracje na miejscu odpadają, bo rezerwacji nikt nie zrobił. Postanowiliśmy więc gdzieś dalej wyruszyć. Po przejrzeniu listy miejsc do odwiedzenia i przeczytaniu internetu ze szczególnym zwróceniem uwagi na restauracje (plac zabaw, kindermenu, otwarte w Wielkanoc, niekonieczna rezerwacja) ostatecznie (w niedzielę rano) postanowiliśmy pojechać do ...

Geraardsbergen

To małe miasteczko w Flandrii Wschodniej, dosyć blisko od nas (z 60 km). Małe miasteczko, czyli w sam raz na odwiedzenie w kwietniowy świąteczny dzionek, kiedy to jeszcze nie za ciepło na długie plątanie się po ulicach. To miasteczko w sam raz na nasze potrzeby, by coś zobaczyć fajnego, ale się nie zmęczyć przy tym, bo nie ukrywam że po 30 godzinach łażenia z odkurzaczami, szczotkami i wiadrami oraz kilku godzinach pedałowania tygodniowo moje stopy mają czasem dość, a i ręce też odmawiają posłuszeństwa, no ale to szczegół.

Geraardsbergen to bardzo ładne miasteczko położone we Flamandzkich Ardenach, czyli w terenie pagórkowatym. Podczas słonecznej pogody możemy więc podziwiać piękną panoramę. Mieszkać to jednak bym tam nie chciała za żadne skarby, bo te geraardsbergenckie górki dosyć strome są. Jeśli popatrzeć na liczby to najwyższa górka ma zaledwie 110 metrów nad poziom morza ale co innego podreptać sobie pod taką górkę na wycieczkę, a co innego pokonywać ją kilka razy dziennie odprowadzając dziecko do szkoły, chodząc do pracy, na zakupy etc etc. Tymczasem ciągi kamienic siągają prawie samego szczytu. Pełen szacun dla ludzi mieszkających na górkach (w tym osobistej siostry) za te wspinaczki codzienne.

Czy warto odwiedzić to miasteczko? Nie ma tam jakichś zwalających z nóg atrakcji, ale moim zdaniem każde miasto (i każda wioska) ma w sobie coś niepowtarzalnego, co warto zobaczyć na własne oczy. Nam się podobało.

Atrakcje Geraardsbergen to miedzy innymi 3 razy 'M': 

Muur - "na tym świecie znane są trzy mury: Chiński, Berliński i Geraardsbergencki, z tym że jeden zburzono i jest już tylko dwa" - tak piszą w przewodnikach ;-) kamienista dróżka na górę Oudenberg, będąca przedostatnim (lub ostanim) etapem wyścigów kolarskich Ronde van Vlaanderen w latach 1973-2011. Spotykamy na niej masę szalonych rowerzystów :-)

Manneken Pis, czyli siusiający chłopiec. Nie tylko Bruksela ma taką atrakcję, na dodatek nie bardzo wiadomo który starszy, czyli ważniejszy.

Mattentaarten, czyli ciasteczka pieczone wedle ichnich tajnych receptur. Nie próbowałam niestety, bo obiad był za bardzo sycący.

Poza tym jest też trochę zabytków, muzeów itp

pamiątkowa fotka na tle kapliczki i górki ;-)

Kapliczka na górze Oudenberg (Kapel op de Oudenberg)

całkiem ładna panorama


na szczycie górki Oudenberg

O



wnętrze kapliczki

wnętrze kapliczki - tabliczki z podziękowaniami dla Matki Bożej za uzdrowienie itp




takie wąskie uliczki ciagle mnie fascynują

ozdóbka



w drodze z górki na rynek


Den Olifant
Den Olifant (słoń) to kontrowersyjny pomnik wybudowany rzekomo w chołdzie mieszkańców Geraardsbergen, którzy stracili życie w Kongo (belgijskiej kolonii). Jednak wielu ludzi widzi w nim niepotrzebne przypominanie o niechlubnych czasach  kolonialnych.




fontanna Marbol (ma ponoć 5 metrów głębokości więc uwaga)




gotycka fontanna Marbol

Kościół Świętego Bartłomieja

ratusz

Manneken Pis - Siusiajacy chłopiec




jak widać (na dole ratusz) na rynek schodzi się na dół


restauracja, gdzie jedliśmy wielkanocny obiad (kuchnia tutejsza, dobra i duże porcje)

vol au vent - jedno z moich ulubionych dań

balletjes met tomatensaus - ulubione danie dzieci

widoczek z tarasu restauracji Oudenberghof

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz