17 maja 2026

Moje ulubione zabawy i zabawki z dzieciństwa

Znowu zebrało mi się na wspomnienia z czasów, gdy na poziomki z drabiną jeszcze chodziłam :-)

Jakiś czas temu wspominałam sobie moje "owocowe dzieciństwo."  Dziś opowiem wam czym i w co się na gówniaka bawiłam najczęściej i najchętniej.

Pierwsze wspomnienia są raczej rozmazane i  żyją głównie dzięki opowieściom członków rodziny. Mam tu na myśli np moje przyrodnicze wyprawy z dziadkiem. Dziadek zmarł jak miałam pięć czy sześć lat, więc łatwo się domyśleć, że miałam mało lat wtedy, gdy on ciągał mnie po polach. A ciągał mnie systematycznie i tłumaczył cieprliwie świat. Wyruszaliśmy zwykle tuż po wschodzie słońca...

Z tego co mi wiadomo, łaziłam z nim z własnej i nieprzymuszonej woli i czasem wracałam jak prosię cała w błocie, rzepach itp. Matka nie  raz wspominała, że któregoś dnia po deszczu wróciłam do domu bez butów, krok od rajtuz mając w kolanach, a doły rajtuzowych stóp wlokły się za mną,  bo błoto mi rajtki zciągneło podczas marszu.  Tak mi się coś tam we łbie mgliście kojarzy, że dziadek prowadził chyba jakieś obserwacje czy tam liczenia dla GUS-u, ale jako się rzekło, mała wtedy byłam i guzik mnie tam sprawy dorosłych obchodziły... (może Ojciec mnie poprawi lub uzupełni po przeczytaniu tego tekstu..?). Dość, że dziadek nauczył mnie nazw chyba większości okolicznych roślin i zwierząt. No bo wiecie, jak też z tych dzieci, co to wszystko musiały wiedzieć, bo też byłam mądra, tak samo jak mój Staruszek i Jego Staruszek, czyli  Mój Dziadek. Obaj wiele mnie nauczyli o świecie, przyrodzie, planetach, gwiazdach... Pod kierownictwem ojca z kolei robiliśmy z bratem mnóstwo różnych eksperymentów i doświadczeń. Ojciej pozwalał nam sie też bawić wiertarkami, lutownicami, młotkiem... Co było na pewno lepsze niż jakieś tam głupie lalki. Moje Dziewczyny też zresztą często wpominają czaderskie zabawy u dziadka. 

W albumie znalazłam swoje zdjęcie w balii, która była lepsza niż te wszystkie dzisiejsze plastikowe baseniki :-).

Madzia w balii

Letnimi wieczorami czasem podczas rojów meteorytow Ojciec rozkładał koc czy materacyk na przyczepie, i leżeliśmy tam potem z lornetką gapiąc się w niebo i wypatrując spadających gwiazd. Doskonale potrafiliśmy rozpoznac gwiadę polarną, Mały i Wielki Wóz czy mleczną drogę.

Nasz dom znajdował się trochę na uboczu wsi, jak to farmy mają czasem w zwyczaju, więc blisko domu nie miałam za bardzo innych dzieciaków. Poza tym w dużej mierze preferowałam samotność i życie w świecie własnej fantazji, gdzie nikt sobie ze mnie podśmiechujek nie robił i gdzie nikt nie miał problemów ze zrozumieniem prostych rzeczy... No i miałam brata z którym nieźle się bawiłam... No okej, czasem też kopaliśmy się po dupach, wyzywali od ciuli, pluli na siebie i demolowali drugiemu szafki, ale i tak byliśmy dobrymi kumplami. Czego o siostrze raczej powiedzieć nie można, bo ta była za "wielkim gówniarzem" dla nas starszaków i wieczniej jej dokuczaliśmy albo jej uciekaliśmy ha ha ha... 

Od czasu do czasu złaziło się też do nas trochę towarzystwa albo my gdzieś na wieś leźliśmy, kiedy uporaliśmy się z naszymi obowiązkami i Starzy udzielili nam pozwolenia na opuszczenie domu... Zwykle wyglądało to tak, że otrzymywaliśmy konkretne zadania do wykonania przed wyjściem, których wykonanie było warunkiem do pójścia do sąsiadów czy nad rzekę. Pozwolenie miało też określony limit czasowy. Mogliśmy iść na godzinę albo na trzy. Do tego oczywiscie dostawaliśmy całą listę (ustną) dozwolonych i niedozwolonych zachowań, szczególnie w kwestii samotnych wypadów nad rzekę, a już szczególnie gdy właśnie z kuzynostwem czy sąsiadami żeśmy szli, bo wiadomo, że im więcej ludzia, tym głupsze rzeczy można wykombinować. Ojciec po uprzednim zbadaniu terenu pokazywał nam gdzie możemy włazić do wody, a jakie miejsca omijać ze względu na wiry, korzenie etc. Potem mogliśmy chodzić sami. Nad rzekę było chyba ze dwa kilosy i lubiliśmy bardzo tam łazić, nie tylko latem, gdy można było popływać, ale o dowolnej porze roku, by łązić, gapic się na ptaki, ryby, puszczać kaczki płaskimi kamieniami, robić zapory z wielkich kamieni i ogólnie na wodę sobie popatrzeć. Ta była fascynujaca szczególnie podczas wielkich opadów, gdy bura woda wylewała się z koryta i rozlewała po polach niosąc śmieci.

chlapanie się w rzece to była  obowiązkowa atrakcja każdych naszych wakacji

Tak, bardzo lubiłam chodzić nad rzekę o każdej porze roku, bo lubiłam się szwendać po krzakach, wypatrywać zwierząt no i grzebać po dzikich wysypiskach śmieci, których w tamtym czasie było na wsi mnóstwo, a już szczególnie nad rzeką. Znosiliśmy z bratem oczywiście różne śmieci do domu. A czasem udało się znaleść nawet coś pożytecznego. Raz np znaleźliśmy na wysypisku kupę skórzanych łatek do szycia piłek, które zanieźliśmy znajomym szyjącym piłki zawodowo i oni uszyli nam piłkę. Balon do środka dołożyli od siebie. Piłka to wtedy było coś, a nie jak teraz, że w każdym kiosku se kupisz. Dawniej mało kto miał prawdziwą piłkę, bo to były drogie i trudno dostępne rzeczy.

W piłkę dosyć często kopaliśmy, jak więcej ludu się zeszło w ogrodzie. Zasadniczo woleliśmy jednak zabawy wymyślone przez siebie. Systematycznie odbywała się zabawa rowerowa w policjantów. Grupa dzieci zasuwała wkoło rowerami (koło domu mieliśmy pewnie ze 2 hektary pola, to było się serio gdzie bawić, choc Starzy raczej nie tryskali entuzjazmem, gdy ktoś ganiał po uprawach, a groźba "pucówy" raczej każdego przed tym niecnym czynem skutecznie powstrzymywała). I tu najważniejsze były "dolary" czyli liście specjalnej "dolarowej rośliny", której widok do dziś wzbudza uśmiech na moim pysku i budzi wesołe wspomnienia. Ona się nazywa rdestowiec japoński albo ostrokończysty. Wiem, bo se wyguglowałam ostatnio, jak zrobiłam temu zdjęcie podczas spaceru, bo i w Belgii dolary rosną hehe... Dotąd jednak nie znałam nazwy tej rośliny. Tam gdzieś na pewno widziałam w jakimś przewodniku, ale nie zapamiętałam, bo przecież dolary to dolary, co tu kombinować i język se łamać: Rdestowiec ostrokończysty - no chyba mi nie powiecie, że to jest normalna nazwa dla prostej rośliny.

Powiedzcie lepiej, czym wy płaciliście w swoich sklepikach w dzieciństwie...?

"dolary" ;-)


Czasem owych dolarów używało sie bowiem też do zabawy w sklep albo bank, ale mandaty liściowe i zasuwanie  rowerami to o wiele lepsze zabawy niż nudny sklep.

Koło naszego domu zawsze też była piaskownica i pełno rupieci, którymi można się było na niej bawić. Zwykle w postaci starych garnków, konserwiaków (puszek po konserwach, patelni, słoików, rur etc.

Kolejna ulubiona zabawa to zabawa w piratów. Za stodołą stały wielkie drewniane sanie konne i one zaopatrzone w postawiony w nich stary koślawy stół oraz własnoręcznie zrobioną flagę piracką, były zawsze naszym pirackim statkiem. Drugi był zwykle przy kupie kamieni i złomu - zawsze coś się tam zmajstrowało. Zabawa polegała na utworzeniu dwóch drużyn (raczej nie więcej jak po 2, max 3 osoby, bo miejsca na okrętach nie było na więcej). Potem był czas na zebranie kul armatnich w postaci pacyn - zaschniętych grud ziemi, czasem (bardzo rzadko) woreczków z wodą. I zaczynała się wojna: trafić wroga a samemu nie oberwać za bardzo. Kochałam tę zabawę, mimo że czasem nieźle się oberwało w łeb wielką pacyną. No risk no fun.

W wojnę też się czasem bawiliśmy ganiając z kijami wkoło budynków i drąc się "ta-ta-ta-ta-wojtek-trafiony!" czy coś w tym rodzaju. To było jednak rzadkością. Nasz najmłodszy brat bardzo dużo bawił się w wojnę. Może wtedy była to bardziej popularna zabawa, niż za naszych czasów (braciak jest kilkanaście lat młodszy ode mnie).

tu się szwenadałam za gówniaka 


Kolejna zabawa pełna adrenaliny odbywała się w stodole. Był to berek po belkach pod dachem stodoły, słomie i sianie. To była dosyć niebezpieczna zabawa. Upadek z dużej wysokości nawet na siano mógł się skończyć źle, a na drenianą suszarnię do siana jeszcze gorzej. Przytłuczenie 10-kilową wiązką słomy też. W słomie można było łatwo skręcić kostkę, a nawet złamać nogę... No i dlatego ta zabawa była zajebista, bo dawała jakiegoś tam kopa adrenaliny. No i przez lata jakoś nigdy nikt sobie nic nie zrobił. Skakanie z belek w siano to oczywista oczywistość. Kto z wiejskich dzieci nie skakał w siano i nie jojczał potem podczas wieczornego mycia, gdy podrapana do krwi skóra piekła żywym ogniem...?

Superową zabawą było też podjeżdżanie traktorem, gdy zwoziło się słomę czy siano. Jak sąsiedzkie dzieci przyszły to nie raz i w siedmioro żeśmy w traktorze się gniotli i każdy po trochu kierował traktorem jadącym z prędkością żółwia, tak by dorośli spokojnie mogli ładować wiązki na przyczepę. Było przy tym trochę przepychanek i kłotni, ale i zabawa wyśmienita. Mając kika lat człowiek mógł poczuć się dorosłym i samemu  prowadzić taki wielki pojazd, jakim był poczciwy "rusek", czyli nasz czerwony traktor wiadomej produkcji. 

Chowanie się w kopach siana na polu czy wpolach kukurydzy też fajną było zabawą.

Robienie baz wszędzie to też chyba tradycyjna zabawa z tamtych czasów. My jedną mieliśmy na strychu starego drewnianego niezamieszkanaego już wtedy domu. Wchodziło się do tej bazy albo po piecu w korytarzu przez specjalny właz albo po ścianie domu uzywając wystających belek jako schodów, albo po bujających się schodach które ojciec pomógł nam zamocować, a były zrobone ze starego drewnianego taśmociągu (takie listweki na łańcuchach). Na dole były te schody przymocowane do palika wbitego w ziemię daleo od ściany tak, że tworzyły bujający się mostek. Czasem ściągało się schody z palika, gdy ktoś był w połowie, a wtedy delikwent leciał ze schodami do samej ściany z łoskotem i bum o ścianę. To był swego rodzaju chrzest bojowy, bo każdy się za pierwszym razem scykał. A potem chciał jeszcze raz polecieć.

Mieliśmy też liny czasem do drzewa przymocowane by się bujać, no i drążek do ćwiczeń z jakiejś starej rury. Zawsze też mieliśmy jakąś huśtawkę koło domu. Często na drzewie z łańcucha i rurki albo z opony. Na początku, jak byłam taka jeszcze batdzo mała, miałam "huśtawkę ze szczebelkami", jak widać na załączonym obrazku. Ona była zawieszona na specjalnym stelażu drewnianym.



Raz (jak już oczywiście większa byłam - pewnie nawet nasto) zrobiłam sobie hamak ze sznurka do snopowiązałki. Nie umiałam robić właściwych węzłów więc wiązałam byle jak, ale jak sie na to położyło materacyk z łóżeczka to dało sie spokojnie na tym huśtać. Wisiał on między wiśniami w sadzie. 

Zwykle mieliśmy też skakankę, a jak nie, to se ze sznurka czy powroza robiliśmy. Piłka zawsze jakaś była w domu - przeważnie jakaś tania gumowa albo nadmuchiwana, ale było czym podbijać i rzucać. Czasem pojawiały się rakietki do badmintona, ale to szybko sie psuło. Był też jakis sezon na ping-ponga, ale  głównie w szkole sie grało, bo w domu nie było za bardzo gdzie, choć zdarzało sie coś kombinować ze stołem gościnnym, ku wielkiej radości Matki haha.

A i wrotki miałam bardzo wcześnie. Takie były nakładane na buty i nawet ojciec, jak pamiętam, na nich próbował na początku jeździć... Ja uczyłam się jeździć po dużym pokoju, który stał wtedy pusty po śmierci dziadka i raz zawadziłam o słoik z żółtą  farbą olejną stojący na kaloryferze... Na parkiecie już zawsze była ta wielka żółta plama haha.

Potem już jako nasto czy tam młodzi dorośli mielismy rolki i nawet sporo na nich rolowaliśmy po drodze.

A jeszcze szczudła były w uzyciu. Też ojciec nam je zrobił, czyli pełen profesjonalizm. Dwie pary. Było z tym zabawy.

Prawie zapomniałam o gumie do skakania. Matka kupiła mi 5 metrów zwykłej gumki do majtek. Graliśmy w trójkąta, a nawet w czworokąta. To była jedyna gra na gumie, w którą lubili grać chłopcy. Oskakaliśmy się na szkolnych korytarzach dzień za dniem tygodniami.

Pamiętam też z wczesnego dzieciństwa jak robilimy fujarki z wierzby na wiosnę. Ojciec uczył nas wycinać scyzorykiem te gwizdki, ale nie powiem, bym pamiętała jak to sie robiło.

Fujarki-piszczałki robiło się też z młodego żyta i tak chodzilismy i piszczeliśmy przez pół dnia.  Próbowalismy grać na różnych liściach. Nasza babcia była mistrzyną w grze na liściu bzu. Dosłownie  potrafiła każdą melodie zagwizdać na tym liściu. Nigdy nie posiedliśmy tej sztuki. 

Dalej były lalki z kukurydzy, wianki i naszyjniki z mleczy, stokrotek, torby szyte trawą z liści łopianu i czapki z liści łopaniu. No i zakulanie łodyg "mleczy" (mniszków) w wodzie. Z mleczy robiliśmy też piszczałki ale one są ohydne w smaku blee. No i proce, łuki, które systematycznie co jakis czas kraftowaliśµy z różnym skutkiem. Wędki też robiliśmy z kija, sznurka do snopowiązałki i ugiętego grubego gwoździa. Tylko ryby nam  nie brały za bardzo ha ha ha. Nie należy też zapominać o "dziadach", czyli rzepach - kolczastych kulkach łopianu, którymy się obrzucaliśmy albo przyczepialiśmy drugiemu na plecach. Najlepiej jak się to we włosy komu wczepiło. Oj, bolało wyplątywanie, bolało!

Ja kochałam kołysanie i kręcenie, jak to wielu autystyków. A propos kręcenia to turlanie się oczywiście należało do naszych ulubionych zabaw. Turlanie się z górek po trawie czy śniegu to oczywista oczywistość i super zabawa. Tata jednak pokazał nam coś znacznie lepszego, a mianowicie turlanie się w dętkach od traktora - i w małęj, i w dużej. W dużej musiał ktoś inny turlać. Człowiek wsiadał do dętki, rozciągał kończyny, by się dętka napięła i by sie dobrze trzymać rękoma i nogoma, a drugi (przeważnie ojciec) turlał detkę z osobnikiem w środku. W małej turlało się samemu. Zwijałeś się tam tak, by nogi wystawały po bokach, rękami chwytałeś się mocno dętki u góry nad głową i odpychając się nogami od ziemi robiąc fikołki mknąłeś przed siebie, a potem chodziłeś jak pijany. Zwykle taka jazda konczyła sie wykopyrtnięciem gdzieś w środku pola, ale uwielbiałam to. Nie zawsze oczywiście mieliśmy dętkę do zabawy, bo to nie były nowe dętki tylko dziurawe załatane łatką, z któych często schodziło powietrze po jakimś czasie. To nie były bowiem (i nie są) tanie rzeczy.

Stare dętki brało sie też naturalnie nad rzekę, by na tym pływać. Któregoś lata ojciec zrobił nam z jednej ponton zgniatając trochę dużą dentkę i przymocowując do niej sznurkami bodajże plandekę od siewnika do nawozów. 

Jak juz przy kołach jestem, to swego czasu jakiś ojca znajomy przywiózł nam (do dziś nie wiem w jakim celu) przyczepę starych opon samochodowych. Nie pamiętam, ile tego było, ale dużo. Co myśmy z tym nie wymyślali. Tunele, studnie, tory przeszkód... Najlepsza jednak była zabawa w walki opon. Tak, uwielbialam wszelakie walki i wojny. Zabawa polegała na toczeniu opon i zderzaniu ich z oponami przeciwnika tak by mu wypadły z rąk i się wywaliły. Wygrywał ten, którego opona nie została powalona. Najlepiej jak w oponach była woda po deszczu. To była zwykla taka brudna breja i jak się ktoś wypaplał to był śmiech. Któregoś dnia kuzyn przyszedł się do nas pobawić w "kościołowych" ciuchach i się pobrudził... W domu na pewno usłyszał niezły paternoster...

Też mieliście "kościołowe" ciuchy, szkolne i codzienne? Pamiętam, że my na co dzień tylko w starych dziurawych, połatanych, spranych, za krótkich ubraniach mogliśmy ganiać po podwórku. Pierwsze co się robiło po przyjścu ze szkoły, to była zmiana ubrania na codzienne, żeby nawet przy jedzeniu szkolnego przyodziewku nie pobrudzić. O kościołowym to już nawet nie mówię - ubranie od razu odkładało się z powrotem do szafy, by w kolejną niedzielę znowu móc założyć do kościółka... Miałam kilka róznych ubrań na zmianę, ale każdą sztukę się szanowało, bo nie było za co ani gdzie kupić następnej.

Któregoś roku mieliśmy fazę na zjeżdżanie z górki na starym wózku dziecinnym. Hardcore! To nabierało niezłej prędkości i łatwo było o wywrotkę lub w jechanie w drzewo czy do strumyka.

Zimą zjeżdżaliśmy z okolicznych górek na czym się dało: miski, stare ceraty, worki ze sianem, dętki od traktora... Sanki i narty to oczywiście podstawa. Moje pierwsze narty zrobił samodzielnie ojciec z wujkiem: ucięli deski, wysuszli je i wygięli, Okucia tata gdzieś kupił. Czad! Dostałam je na mikołajki.  Potem jeszcze brat sie na nich uczył jeździć. Sanki też ojciec sam uspawał z rurek i obłożył deskami. Nawet 5 dzieci się na nich mieściło. Jak szliśmy na sanki ze szkoły,  to zawsze je zabierałam, a wszyscy się kłócili o możliwość zjeżdżania na moich sankach bo najszybciej jechały i nie wywalały się łatwo, jak te szkolne. Zdarzało nam się też czasem, ale to już za nastolatka, pójśc pod las i stamtąd się póścić na dół na sankach. Najlepej było mieć do tego dwoje sanek - na jednych się siedziało, a drugie były do kierowania. Spod lasu do wsi była droga, jak to mówili, z pieca na łeb, czyli bardzo stroma i jak oblodzona była, to nie dało się tam niczym wyjechać bez łańcuchów na kołach, więc i ludzie nie jeździli, ale za to jak się sankami puścił, to prawie że do centrum dojechał bez odpychania. Ojciec nam opowiadał, że on z kumplami poszli krok dalej i razu pewnego wypchali całą bandą na tę górkę wielkie sanie konne, potem powskakiwali na nie i dawaj w dół... Dopiero pędząc w tym na złamanie karku skonstatowali, że mogli się byli zabić albo kogoś innego, kto by się napatoczył... Nie było wszak nad tym pojazdem żadnej kontroli. Dzieci to miały dawniej fantazję bogatą. Nie to co teraz, że tylko w interentach kozaczą i mocni są w stukaniu w klawisze.

Skoro już przy sankach jestem, to prawie każdej śnieżnej zimy przynajmniej raz udawało się Staruszka namówić na zorganizowanie kuligu za traktorem. Zapinano do traktora najpierw stare konne sanie (te od pirackiego statku też czasem, ale mielismy jeszcze żelazne o wiele lepsze do tego celu), bo one dawały bezpieczeństwo, że sanki nie wjadą pod traktor. Potem szły sanki zwykłe. Jedne za drugimi sznurkami powiązane. Z domu wyjeżdżaliśmy dwoma sankami w wracało się nie raz i z dwudziestoma, bo jechaliśmy po kuzynów, a oni zwykle powiadomili sąsiadów itd. Czasem akurat ktoś był na górce albo szedł z sankami to też przylatywał i się doczepiał, bo im więcej ludzi tym zabawa lepsza. Po drodze co chwilę ktoś sie wywalał albo sznurek się urywał. To znowu jakaś bitwa na śnieżki się rozwinęła... Fajne to były zabawy.

Z górki zjeżdżaliśmy też w nieckach (takie zabytkowe drewniane długie miski, co to prababcie w nich dzieci kąpały i ciasto robiły) dopóki wszystkich nie rozwalilismy na amen. 

Z zimowych zabaw należy jeszcze wymienić lepienie bałwanów i robienie iglo ze śniegu. No i ganianie po polach w największą śnieżycę. To było wielce satysfakcjonujące. Do tego strącanie sopli poprzez rzucanie w nie kulkami śniegu. O lizaniu sopli i jedzeniu śniegu wspominać nie bedę... 

Mieliśmy też sporo (jak na tamte czasy) normalnych zabawek, bo nasi rodzice systematycznie nam coś kupowali, jak tylko okazja się nadarzyła. Miałam bodajże trzy lalki, do których Matka uszyła mi ubrań i na szydełku narobiła. Czasem stały wytrojone na telewizorze jako dekoracja, gdy Matka zrobiła na szydełku nową sukienkę, czapeczke  i buciki z jakichś resztek. Maskotek też kilka mieliśmy. 

Jak byłam malutka, Ojciec uspawał dla mnie "konia" na biegunach, czyli taką drucianą huśtawkę pokojową. Mam zdjęcie na owym KONIU, ha! A kapelutek też przez matkę albo babkę zapewne robiony na szydełku.

koń na biegunach jaki jest każdy widzi


Jak byłam mała ojciec kupił mi też sterowany traktor na baterię, taki na kabel, który się wihajstrerkami trzymanymi w dłoni sterowało w prawo-lewo. No i kolejkę -  jeżdżące na prąd modele prawdziwych pociągów z torami. Niestety braciszek z kolegą rozpiździli to potem do imentu, bo to było bardzo delikatne i bardziej dla dorosłych przewidziane niż dla dzieci.

Mieliśmy też różne gry planszowe, karty, bierk, domino. Z gier planszowych najbardziej pamiętam Super Buissnes, coś w rodzaju kosmicznego Monopoly. No i szachy. W szachy grywaliśmy namiętnie sami z bratem i z dziećmi sąsiadów, którzy też do zapalonych szachistów należeli. Wtedy też w szkole dużo się grało w szachy i na każdej przerwie wyciągało się na stół szachownice. Ba, nawet jak nauczyciel na chwilę wyszedł to się kontynuowało grę, bo dobrze choć jeden ruch zrobić.... My mieliśmy też książki o szachach, a wnich pełno szachowych zadań, gdzie np przedstawiony był jakis układ na szachownicy i powiedziane w ilu ruchach masz dać mata czarnym. Godzinami żeśmy nad tym siedzieli i dumali, aż się udało. 

Poza tym często wlatywały gry karciane: wojna, goły, tysiąć, 66, cygan, wyścig pokoju, poker, no i kibel. Czasem budowało się też domki z kart z nudów. Bierki i domino też dość popularne wtedy były. Dalej były jeszcze gry na kartce z długopisem: państwa-miasta, kiełbaski (dla maluchów), wisielec (taki z liczbami), okręty, piłkarzyki.

Systematycznie dostawałam też kolorowanki. Nie w takich ilościach jak tera dzieci mają, ale jak była tylko okazja, to rodzice kupowali nam kolorowanki. Wtedy często były one w formie pojedynczych kartek zamkniętych w teczce. Kredki się wtedy bardzo szanowało i wyrysowywało do ostatniego milimetra. Plasteline też miewaliśmy, zwykle w jednym szaroburym kolorze, ale mieliśmy taką ulubioną zabawę w szukanie wzoru. Jedna osoba odbijała na plastelinie coś, dowolną rzecz zanjdująca się w danym pomieszczeniu, a pozostali musieli to znaleźć przyglądając się odbiciu. Oczywiście nie mogli widzieć, jak ktoś to odbija.

Nie mogę też oczywiście zapomnieć o pierwszym naszym komputerze, który rodzice kupili w latach osiemdziesiątych, gdy ja coś koło 10 lat miałam. Mieliśmy dużo gier, a że był to pierwszy komputer na wsi, to cała dzieciarnia do nas przychodziła pograć czasem.

Dużo graliśmy, rysowaliśmy w Koali Microilustratorze (podobne do  późniejszego Painta), uczyliśmy się trochę programowaćw BASIC-u. Mnówto czasu spędzaliśmy przed ekranem monitora. Siedzieliśmy po nocach grając, jak jakaś nowa gra wciągnęła albo znajomi byli do grania.

Mieliśmy też oczywiście mnóstwo zwierząt. Nie tylko krów, świn i kur, jak to wieśniacy, ale też zawsze był przynajmniej jeden pies i kilka kotów (w porywach do dzisięciu). Wszystko to bawiło się z nami i za nami wszędzie łaziło oraz z nami spało w łóżkach. Pamiętam, że któryś z naszych psów, bodajże Reksio, mały czarno-biały kundel, nie znosił z jakiegoś powodu naszego kuzyna. Szczekał na niego, jak tylko ten się poruszył. Na inne dzieci tak nie reagował. Nie wiem do dziś, co nim kierowało, ale jak bawiliśmy się w chowanego, to kuzyn miał przegwizdane, bo Reksio stawał przed kuzynem i na niego szczekał. Wyjątkowo łatwo było go znaleźć, gdziekolwiek by się nie schował haha.

Ja miałam też papużki faliste. Od maleńkiego marzyłam o tych ptakach, a rodzice spełnili to marzenie, gdy byłam gdzieś bodajże w drugiej klasie podstawówki. Moje pierwsze paużki miały na imię Kuba i Kasia. Hodowałam je około 20 lat. Kuba i Kasia doczekały się potomstwa. Kuba raz wyleciał z domu przez okno. Szukaliśmy go koło domu i wołaliśmy. W końcu ktoś zauważył biedaka wysoko na gruszy. Wspiełam się tam i przyniosłam go do domu. Na początku papużki mieszkały w klatce w kuchni. Co wieczór wypuszczaliśmy je, by sobie polatały. Potem, jak już miałam swój pokój zabrałam je do siebie, gdzie miały dużą klatkę, ale często były na wolności. Czasem całe dnie i noce siedziały sobie gdzieś na bluszczu rozpiętym pod sufitem albo na wielkim fikusie, czy na szafie, gdzie psuły stare książki. 

Na koniec powiem jeszcze o naszych rozlicznych kolekcjach.

Brat zbierał puszki po napojach. Ustawiał je na szafach w swoim pokoju. Była to niesamowita kolekcja zwązywszy na fakt, że my nie kupowaliśmy napojów w puszkach, bo nas nie było wtedy stać no i nie było tego w okolicznym sklepie. Większość puszek znajdowaliśy na rowie czy innych tam miejscach ze śmieciami. Grzebanie w śmieciach jakos było wtedy normalne.

Ja zbierałam historyjki z gumy Donald a brat samochody z Turbo (mieliśmy tego oboje ponad setkę każdy). Poza tym latami zbierałam opakowania po czekoladach. Wtedy czekolada to było coś i nowe opakowania nie za często się pojawiały. Ostatecznie uzbierałam ponad 200 różnych opakowań.  Do dziś żałuję, że wyrzuciłam je, gdy sie przeprowadzałam. To by była fajna pamiątka z dawnych lat.

Klasery ze znaczkami na szczęście zachowałam i mam je tutaj wszystkie trzy. Czasem znajduję jakis nowy znaczek i tam dorzucam z przyzwyczajenia, ale kto dziś jeszcze używa znaczków? Kto w ogóle używa poczty w celu pisania listu? Pamiętam, że przez jakiś czas miałam nawet  jakiś abonament na znaczki na poczcie i co jakiś czas przychodziła nowa kolekcja. 

Przy tej okazji wspomnieć też można pamiętniki oraz "Złote myśli" czy "Pele-mele". Wiecie, że do dziś mam swój pamiętnik? Mam! Mowa oczywiście o takim pamiętniku, do któgego inne dzieci się wpisywały. "Wszyscy się wpisują, lecz o tym nie wiedzą, że i ten pamiętnik kiedyś myszy zjedzą". Mojego jak dotąd nie zjadły. Leży sobie w szafie. Pamiętniki były fajne. Każda dziewczynka (chłopaki rzadziej) chyba wtedy miała. Wpisywali się ludzie z klasy, nauczyciele i rodzina. 

Złote myśli i pele-mele to chyba jedno i to samo, o ile się nie mylę. Nie pamiętam za dokłądnie, ale to był jakiś zeszty z mniej lub bardzie durnymi pytaniami, na które każdy wpisujący sie musiał odpowiedzieć. I jeszcze prezent się dawało sklejając kartki i wkładając tam np naklejki, czy suszonego kwiatka. Byli tacy, co okradali te zeszyty z prezentów, gdy dało im się do wpisania i oddawali takie wybebeszone. Bo ludzie to so.

Bardzo chętnie dowiem się, w co wy bawiliście się najchętniej za dzieciaka czy młodzika.




10 maja 2026

Karmiłam małe kuny

W piątek karmiłam specjalnym mlekiem ze strzykawki dwie małe kuny. Bardzo przypominają małe koty. Takie same gramajdy nieporadne. Po nakarmieniu trzeba ich też posmyrać specjalnym wielkim wacikiem na patyku po siusiaku, żeby zrobiły siku. Dowiaduję się w azylu wielu ciekawych rzeczy o opiece nad zwierzętami. Ładne to stworzenia. Mam jednak nadzieję, że jak podrosną i zostaną wypuszczone, to nie przyjdą polować na nasze kury. Kuna po niderlandzku to marter, jakby kogo interesowało. Słyszy się o nich często w okolicy i zwykle w niezbyt pozytywnym znaczeniu. Kuny często zabijają ludziom kury, no i niszczą samochody, kiedy robią sobie w nich gniazda i przegryzają przewody. Mogą się też zagnieździć na strychu... No ale drapieżniki też mają swoje miejsce w naturze i w ekosystemie. Należy im się szacunek i pomoc, gdy tego potrzebują. 

mała kuna

kuniątko w inkubatorze

Pojawił się też nowy duży lis. Nie wiem, co mu było i dlaczego trafił do azylu, bo nie zapytałam, ale pracownicy mówią, że pora go już wypuścić. Najwyraźniej już dobrze się czuje. Skubaniec jest agresywny wobec opiekunów. Drań syczy, warczy i próbuje capnąć w nogę zębami, jak opiekun chce mu postawić miski z wodą i karmą, a do klatki trzeba wejść przez murek na wysokość kolan, cały czas odganiając to wkurzone przestraszone lisisko rękawicą i bardzo uważać. Takimi gagatkami na szczęście zajmują się doświadczeni pracownicy. Drań to, ale też ładna bestia. Ten też oczywiście może później przyjść na kury. Ogólnie kręci się ich tu po okolicy kilku rudzielców. Dlatego my pilnujemy, by każdego wieczoru zamknąć oba kurniki  i by żadna kurka nie została na zewnątrz spać, choć ze dwa czy trzy  razy coś takiego miało miejsce, kiedy któraś się gdzieś w kącie skitrała, zamiast wejść do kurnika, jak należy. Teraz staramy się sprawdzać, czy wszyscy obecni, zanim pójdziemy spać. 

Poza tym sprzątałam też znowu u dwóch grup ultraszybkich kaczątek i u łobuzerskich sroczych oraz szpaczych podrostków, co to już sami jedzą z misek, ale jeszcze trochę krótkie są (ogony im jeszcze nie urosły) i muszą trochę nad samodzielnością popracować. Rośnie to wszystko szybko i też pewnie wkrótce będą mogli opuścić azyl. 

Mnóstwo malców trafia teraz do schroniska z najróżniejszych powodów. Wszystkich próbuje się wykarmić i zaopiekować, by wypuścić, jak tylko staną sie na tyle samodzielne, by mieć szanse na przeżycie w naturze. Niektóre jednak są zbyt słabe, by przeżyć. Inne są zbyt chore czy zbyt poranione i trzeba je zeutanazować. Drobne zranienia się pielegnuje. Tak samo jak niektóre chore osobniki, o ile choroba nie jest zakaźna oczywiście. Szczególnie jeśli idzie o gatunki rzadkie czy zagrożone. 

Zwierząt egzotycznych czy domowych, czy to znalezionych w lesie, czy odebranych ludziom oczywiście się nie wypuszcza, tylko szuka dla nich nowego domu, gdy zostaną podleczone, zaopiekowane i ich stan na to zezwala. Psy i koty nie są u nas w ogóle przyjmowane, tylko wysyłane do odpowiednich schronisk w okolicy. 


Roboty teraz jest od groma. Rano w piątek np byliśmy w sześcioro przy maluchach i od 9 do 13 godziny zajmowaliśmy się intensywnie pierwszą turą karmienia wszystkich stworzeń połączoną z gruntownym sprzątaniem klatek, myciem misek, patyków do siedzenia itp. 

fartuszek opiekuna ;-)
Każdą klatkę trzeba codziennie dokładnie wymyć płynem odkażającym z wszystkich stron: sufit, ściany, podłogi. Niektóre klatki są małe i znajdują się piętrowo jedna nad drugą po dwie trzy. Każda z nich ma jednak podłogę i ściany wyłożone płytkami a sufity czasem są z plastikowych lub metalowych paneli. Z przodu są siatki takie czy inne oraz drzwiczki z szybkami z pleksy. Niektóre klatki są duże i do nich trzeba wejść, by je posprzątać i by połapać zwierzęta. Niektóre stworzenia przekłada się na czas sprzątania do pojemnika, inne przenosi po prostu od razu do czystej klatki. U jeszcze innych można sprzątać w obecności pacjenta. 

W piątek poza tym była w schronisku wycieczka ze szkoły średniej - jakiś kierunek związany z opieką nad zwierzętami. Oprowadzała ich i lekcje prowadziła wolontariuszka, która właśnie do takiej pracy się zgłosiła i przeszła specjalne przeszkolenie. 

Podczas przerwy kawowej wjechał jednak temat małolatów próbujących się migać od wykładu czy pracy podczas stażu. Szefu i paru innych starszych pracowników wymieniało momenty, jak to ścignęli uczniaków stojących gdzieś po kątach z telefonem w ręku, którym najwyraźniej często wydaje się, że jak nie są w szkole, to mogą se bimbać. 

okolica biura pracy

Jednego dnia miałam miałam do odebrania swój ulubiony zastrzyk w przychodni na wsi, a potem spotkanie w VDAB w mieście. Jako że spotkania dzieliło tylko półtorej godziny, nie było szans, by skorzystać z autobusu, bo ten wszak tylko raz na godzinę u nas się pojawia i to przy sprzyjajacym wietrze i to nie była właściwa godzina. Postanowiłam pojechać zatem rowerem, bo to tylko około 15 kilometrów, a droga prosta... Tak przynajmniej mi się wydawało, gdy o tym myślałam.... Okazało się jednak, że musiałam nie jedną litanię do wszystkich skurwysynów wygłosić, zanim dotarłam do tego śmiesznego biura pracy. Najpierw oczywiście było duże opóźnienie w wizycie u pielęgniarki... A nie, najsampierw to rano się okazało, że  przez pogodę - a padało ostatnio i gorąco było - chleb cały spleśniał... Połówkę porządnego chleba na zakwasie musiałam wywalić do kosza. Zjadłam więc tylko kromeczkę namiastki białego chleba sklepowego, a tym to sie człowiek nie naje za bardzo... Peszek. Potem był obsuw w przychodni.

Nie wiem, jak to się dzieje, że każdy umawia się na konkretną godzine, a potem przyjmią cię pół godziny później...? Co ci wszyscy ludzie robią u pielęgniarki? Gdy ustalasz se wizytę (także online) masz do wyboru różne opcje i podajesz, czy to zastrzyk, czy pobranie krwi, EKG itd więc jak kurde potem się okazuje, że ktoś siedzi tam dłuzej niż było zaplanowane? Co z tymi ludźmi jest nie tak? 

Nic to, miałam zapas czasu, a droga miała być prosta z przychodni. Była prosta dopóki nie trafiłam na zamkniętą drogę i objazd dla wszystkich. Czasem rowery mogą przejechać, ale tu nie mogły. Urwał Nać! Wróciłam zatem na drogę główną i wybrałam swoją standardową ścieżkę rowerową na skróty. Która okazała się również zamknięta z powodu jakichś robót i też się nie dało przejechac. Znowu trzeba było nawracać. Ja cierpię dolę! Dla roweru każdy kilometr to dużo jak ci się spieszy, szczególnie jak jesteś głodny i wkurzony. Nie chciało mi się zatrzymywac, by sprawdzać godzinę, bo se durna wzięłam dresy bez kieszeni z tyłu, więc telefon trzymałam w plecaku, a to za dużo roboty, żeby zobaczyć czas. Nie wiedziałam zatem, czy zdążę, czy nie i dusiłam na te padały z całych sił, których nie miałam, bo byłam głodna i zestresowana, bo nie lubię jak mi się plan sypie i muszę kombinować. Upociłam się jak świnia, zanim dojechałam, ale jak dojechałam pod biuro pracy, to sie okazało, że mam jeszcze 15 minut czasu. Uf. Poszłam zatem do Panosa na kawę i tartę ryżową (bo wszystkie niesłodkie-rzeczy-które-lubię już plebs wyżarł). Jeszcze nawet do kibla zdążyłam przed spotkaniem. Baba przyszła na szczęście na czas. 

Poinformowalam ją, że po wszystkich dniach informacyjnych, jakie zaliczyłam, doszłam do wniosku, że kurs i robota krótą mi proponowała, są dla mnie niewykonalne na ten moment, a do pracy w bibliotece praktycznie nie mam szans sie dostać ze względu na brak stosownych dokumentów i bycie obcokrajowcem. Przynajmniej w tej prowincji, w której mieszkam. 

Ona na to, że w takim razie ona proponuje mi spersanolizowaną ścieżkę wsparcia (sprawdziłam w necie i tak po polsku na to chyba mówią) organizowaną przez jakąś firmę, za który to trajekt jednak płaci biuro pracy, czyli państwo... 

"Razem wyruszymy na poszukiwanie twoich talentów, motywacji i zainteresowań. Zapoznamy się również z przeszkodami, które stoją ci na drodze do dobrej pracy" krzyczą jakieś zadowolone młode pyski z ulotki, którą utrzymałam od baby. Dalej piszą, że "kołcz zapozna mnie z okolicznym rynkiem pracy i powie mi, które sektory są dla mnie szansą, a w których mało szans jest na zatrudnienie i że wspólnie stworzymy mój profil i odkryjemy, co jest dla mnie najlepsze".  

Owo profilowanie ma trwać trzy miesiące i składać się z sześciu spotkań. Pierwsze co mi na myśl przychodzi, po przeczytaniu tej ulotki to "srali muchy będzie wiosna, bedzie lepiej trawa rosła". Tego typu akcje jakoś kojarzą mi się z wizytą u wróżki, czy innej tam Cyganki i wróżeniem z fusów. W sensie, że za grube pieniądze powiedzą ci, co już wiesz i co jest oczywiste, ale tak byś pomyślał, że właśnie odkryłeś Amerykę, a co w rezultacie i tak gówno ci da...

Nie wierzę za bardzo, że w moim przypadku ma jakikolwiek sens takie "odkrywanie moich talentów". To może być dobre dla ludzi młodych i pięknych, którzy mają pokończone studia o różnych kierunkach, znają po 3 języki itd nie dla starej styranej 50-letniej baby... No ale dobra. Pójdę i zobaczymy, co to za głupoty. Może jeszcze mnie zaskoczą, kto wie. Może istnieje jeszcze jakaś praca, o której dotąd nie pomyślałam, a którą mogłabym wykonywać na jakąś część etatu...? Tyle tylko, że zaraz potem otrzymałam mejl od nich z ankietą do wypełnienia i tam były te wszystkie debilne (dla mojego przypadku) pytania, na które mogłam odpowiedzieć tylko "a chuj wie" albo "a spierdalaj!". Jak już widzę pytania tego typu, od razu mnie nerw bierze i myśli mordercze mi się pojawiają. O jakich pytaniach mowa? Ano o takich tego typu:

Jaka jest praca twoich marzeń? - No jaka-kurwa-kolwiek, którą dam rady wykonywać! Praca marzeń, kurwa! Co ja mam 15 lat, by żyć marzeniami? 

Rzeczy, którzych nauczyłeś się na kursach i w poprzednich zawodach, które możesz wykorzystać w kolejnej pracy. - Buachachachacha!

Twoje talenty, dyplomy  i umiejętności. - A spierdalaj! 

Jakie branże i firmy w twojej okolicy najbardziej cię interesują? - Buachachacha. Kurwa, człowieku ja mieszkam w pipidówie dolnej a tu nie ma się czym interesować.

Zanotowałam tutaj przykładowe odpowiedzi, jakie mi na myśl jako pierwsze przychodziły haha. W dokumencie nie wypełniłam nic poza jakimis ocenami od zera do dziesięciu nt swoich motywacji, chęci i innych tego typu pytań liczbowych. Tak, wkurwiły mnie te pytania już na dzien dobry i potwierdziły tylko to, co napisałam powyżej o wróżeniu z fusów.

Nie wiem, co w ogóle w tych głupich łbach muszę mieć, żeby pomyśleć iż w w ogole można stworzyć jeden uniwersalny zestaw pytań dla każdego człowieka szukającego pracy. Te pytania "zapoznawcze", które dostałam to pytania dla ludzi wykształconych szukających lekkiej szpanerskiej pracy za biurkiem. dla ludzi robiących tzw kariery. 

To nie są pytania dla ludzi szukajacych po prostu jakiejś pracy. Zakładam zatem, że to całe śmieszne profilowanie też nie jest dla takich osób jak ja ani też dla innych ludzi wykonujących po prostu taką czy inną pracę fizyczną... Dla takich jak ja to prędzej nadał by się jakiś zakład pracy chronionej czy coś a nie kurwa "robienie kariery" i "szukanie pracy marzeń".

Nie ukrywam, że zgłaszając się do tego śmiesznego urzędu pracy liczyłam właśnie na to, że zaproponują mi właśnie bardziej coś w ten deseń. Jakby nie patrzeć ja mam prawie 50 lat, jestem na inwalidzkim i jestem obcokrajowcem... Nie da się ze mnie zrobić zgrabnej młodziutkiej eleganckiej laseczki posiadajacej tytuły i bogate doświadzcenie zawodowe, władającej do tego biegle siedmioma językami.

Doszłam do wniosku, że biura pracy w ogóle nie są przygotowane na pomoc ludziom prostym szukającym prostej pracy, po prostu szukającym jakiejkolwiek pracy. Wszystko co dotąd zobaczyłam, czy to sama czy na przykładzie córki, wskazuje na to, że oni ogólnie nastawieni są na ludzi robiących kariery, czy ogólnie młodych wykształcocnych ludzi, którym po prostu się obecna praca znudziła i szukają jakichś nowych doznań. Ktoś taki jak ja czy Małżonek albo Córka nie mieszczą się za bardzo w kategoriach urzędu pracy i chyba w ogóle aktualnego popierdolonego rynku pracy.

No dobra, przyznaję się do winy! Moja decyzja o próbie szukania pracy była czystą głupotą. Jestem skończonym debilem. Jak można się było w ogóle łudzić, że ktoś pomoże mi znaleźc pracę w takich okolicznościach. W tym kraju to może trzeba raczej szukać coraz to lepszych i nowszych powodów, by nigdy do pracy nie musieć iść... Patrząc na to, co się dzieje wokół, to może lepiej posiedzieć i poczekac, aż w koncu wszystko jebnie... Ale chuj im wszystkim na grób.




Młody w tym tygodniu miał kontrolną wizytę u zębowej wróżki i wynalazła mu jeden malutki ubytek, który trzeba naprawić. Od razu umówiła dla niego wizytę. Kolejnego dnia był na kontroli u swojej orto i dowiedział się, że aparat jeszcze około pół roku będzie nosił. 

Udało mi się wreszcie znaleźć pastę do zębów dla Najstarszej. Zamówiłam kiedyś w jakiejś aptece internetowej ELMEX BEZ MENTOLU i trafiony zatopiony! Nie boli w pysk. Najstarsza zadowolona. Wcześniej używała smakowych past w piance, ale one szybko się psują i ogólnie gówniane są. Najstarsza przetestowała najdziwniejsze pasty o jeszcze dziwniejszych smakach, aż w końcu poczytała internety i stwierdziła, że może mieć uczulenie na mentol i jeszcze coś tam o dziwnej nazwie, no więc poszukałam past bez tych składników i kupiłam dwie. Jeszcze ma Weledę do przetestowania, ale Elmex jest git. To popularna marka i na pewno da się to kupować też w okolicznej aptece, jeśli się wcześniej zamówi, bo akurat tej nigdzie na wsi nie widziałam wcześniej.

Kupiłam jej też specjalne mydło do rąk bez mydła, bo wszystkie, których używamy na co dzień, nieludzko wysuszają jej skórę. Myła sobie dłonie żelem do twarzy, ale testujemy pierwsze mydło bez mydła i zobaczymy. Kosztuje prawie dychę za flakon, ale jakby działało to niech będzie. W koncu jak tylko ona bedzie tego używać, to na pół roku jej starczy.



Poza tym w tym tygodniu miałam kilka bardzo złych, depresyjnych dni, że myślałam, iż nie uciągnę. Ot tak, bez żadnego spektakularnego powodu, bo czasem tak jest. Po prostu. Że spadasz na dno i leżysz tam w ciemnym śmierdzącym gównie nie widząc nawet najsłabszego światełka w tunelu i nie masz sił się podnieść. Potem nagle bum i zaczyna świecić słońce pełną pizdą i wszystko jest normalnie, jakby nigdy nic. I nawet spać możesz w nocy i wstajesz bez wysiłku, a nawet zapierdalasz w dzień jak mały samochodzik i ugotujesz, posprzatasz, pranie zrobisz, a nawet ciasto upieczesz i posprzątasz w jakieś zapomnianej szufladzie czy wyniesiesz na strych rzeczy, które całe tygodnie na to czekały. A potem znowu innego dnia nagle obudzisz się przyduszony tonowym kamieniem i ledwo zwleczesz się z wyra, a potem całe dnie znowu będą walką ze samy sobą i bedziesz walczyć sama ze sobą o każdy najmniejszy ruch, każdy krok, każdy wykonany telefon, każde powstanie z kanapy, każde wypowiedziane słowo, każdy uśmiech, a każde wyjśćie z domu zdawać się będzie nadludzkim osiągnięciem. Taka własnie była dla mnie większość minionego tygodnia. Nienawidziłam siebie i swojego życia. Nie chciało mi się żyć. Na nic nie miałam sił ani ochoty. I ta ogromna pustka oraz uczucie bezsensu. Brak umiejętności cieszenia sie z czegokolwiek. Brak motywacji do jakiegokolwiek działania. Niemoc. 

Przy każdym takim samopoczuciu ujowym czytam od nowa o terapii hormonalnej i skutkach ubocznych tego gówna, którym się faszeruję, by przypomnieć sobie, że ta rozjebana psychika to jeden z nich. No i że na długeij liście są też oczywiście:  zmęczenie, męczliwość, bezsenność, kołatania serca, skurcze mięśni, cierpnięcie dłoni, uderzenia gorąca, zawroty głowy, depresja itd itd. Mam to, znam to. 

W trudnych chwilach czuję, że powinnam umówić się znowu do swojej psycholożki, zanim trafię na krawędź dachu, bo czuję, że mogę sobie sama nie poradzić z wyjsciem na prostą, ale jak jestem na dnie, to nie mam na tyle siły, a znów, jak zaświeci słońce i poczuję się lepiej, to z kolei nie mam odwagi i chęci. Wizyty u psychologa są cholernie trudne i jeszcze bardziej męczące. 

Może kiedyś się wezmę... Może jeszcze muszę dojrzeć do tego kroku... A może poradzę sobie jednak sama.


Z racji kiepskiego samopoczucia w kuchni nie pojawiało się za dużo jedzenia, bo to jest jedna z ostatnich rzeczy, o jakiej myslisz będąc w czarnej dupie. Dopiero jak mi się poprawiło, zajrzałam do garów. Zrobiłam gołąbki dla Młodego. Sama zjadłam jednego, ale raczej słabo mi wchodzą rzeczy z mięsem mielonym, bo za bardzo śmierdzą. Najstarsza też coś tam zjadła. Małżonek też coś z jednego zjadł. Młoda nie miała spamku na gołąbki, więc wegańskich nie robiłam, choć nie-mięso mielone też było kupione. Kury nawet lubią. Coś mi się wydaje, że to mogłby być ostatnie gołąbki w naszym domu. Wnet na pewno się nie pojawią, skoro nikt nie chciał ich za bardzo jeść.

W piątek na fali radosnej euforii i odzyskania pozytywnego nastroju oraz ujrzenia w sklepie rabarbaru, upiekłąm ciasto rabarbarowe z bezą. To w przeciwieństwie do gołąbków spotkało się z entuzjastycznym odbiorem i zniknęło w mig w paszczach. Młody nie lubi takiego warstwowego ciasta o różnych teksturach w jednym miejscu, ale reszta owszem.

Któregoś innego dnia ugotowałam jeszcze makaron z czterema serami. Pomyślałam, że każdemu powinien posmakować. Zrobiłam też karmelizowaną gruszkę na wieszch i prażone orzechy. Młoda powiedziała, że śmierdzi, a gruszka wygląda ohydnie. Młody powiedział, że nie jest głodny a gruszka wygląda ohydnie. Najstarsza zgodziła sie co do gruszki i zapachu, ale zjadła z ciekawością, a nawet wzięła dwie dokładki. Mnie samej smakowało bardzo razem z gruszką (tyle, że większość gruszki wylądowało w koszu, bo dla mnie samej za dużo było, a na drugi dzień już nie była dobra). Kury też nie pogardziły makaronem, choć dla nich to niezbyt zdrowe.

Małżonek gotuje często dla siebie i ewentualnie dla Najstarszej potrawy mięsne. Mówi, że mam na niego nie patrzeć tylko gotować dla siebie, jak uważam. On se poradzi. Czasem oczywiście je nasze bezmięsne dania, niekiedy dodajac do nich jakiejś kiełbachy czy innego mięcha. Nie wszystko jednak jest po jego myśli, więc czasem gotuje se duży gar rosołu czy innego tam makaronu z mięsem na kilka dni.

Nie ma jednego uniwersalnego rozwiązania przy tylu skomplikowanych i problematycznych osobnikach, ale próbujemy różnych opcji i konfiguracji. Nie wszystko się sprawdza, ale jakoś sobie trzeba radzić.




śmierdzący makaron 4 sery i ohudna gruszka






3 maja 2026

Pierwszomajowa kąpiel w morzu

Nie wiem, gdzie podział się ten tydzień, bo wydaje się, jakby dopiero się zaczynał, a tu już piątek i to pierwszy maja, co jest jeszcze bardziej szokujące. Że jak maj?! Skąd? Kiedy?

Spróbuję pozbierać jednak cały tydzień do kupy... albo do siku.

W poniedziałki dotąd Młody miał hybrydę, ale nie dawno rozchorował się jeden z nauczycieli, a na jego miejsce znaleziono zastępstwo. Wymagało to zmian w rozkładach zajęć, no i pech chciał, że nauki przyrodnicze teraz są w poniedziałki, a to jeden z ważniejszych przedmiotów, na który Młody musi chodzić normalnie na wykład stacjonarnie, a zatem hybrydę trzeba było przenieść na inny dzień. Szkopuł w tym, że na ten poniedziałek była wizyta u lekarza zaplanowana w sprawie omówienia prześwietlenia kręgosłupa i zdiagnozowania skoliozy. Gdyby miał hybrydę to tyle, że nie był by na porannym spotkaniu swojej grupy, a potem po prostu zaczął by naukę samodzielną godzine póżniej. Z domu do przychodni jest 5 kilometrów, to 10-15 minut jazdy rowerem. Dworzec, na którym Młody wsiasda do pociągu znajduje się jednak w innej gminie,  w drugą stronę. Koło przychodni też jest dworzec, ale innej linii i wtedy trzeba by się przesiąść w miasteczku, gdzie jest po 20 schodów z peronów i na perony i gdzie nie ma prowadnic przy schodach, a lepiej by Młody nie nosił tego swojego roweru po takich schodach. Waga roweru to bowiem połowa wagi Młodego albo nawet więcej niż połowa, czyli jakby trochę ciężko. Na pewno nie wskazane dla jego pleców. No i bilet dodatkowy trzeba kupować... No i w sumie pewnie wcale szybciej i tak się nie przyjedzie, bo ostatecznie i tak trzeba jechać tym samym pociagiem... Tak więc Młody najpierw wrócił do domu po tornister i dopiero pokręcił na dworzec i tak dotarł do szkoły dopiero na południe, choć w domu byliśmy po wizycie przed dziesiątą. Na nauki przyrodnicze i tak zatem nie zdążył. Życie.

Lekarka powiedziała, że skrzywienie nie jest na tyle duże, by nosić gorset, ale bez wątpienia będzie mu dokuczać przez całe życie. Skrzywiony jest trochę w bok i trochę do tyłu, a na górze z kolei jest prosty, tam gdzie powinna być lekka krzywizna... I tak oto, co Młody sam wydedukował, a lekarka tylko potwierdziła, wyjaśniają się różne, jak dotąd nam się wydawało, DZIWNE problemy Młodego. 

O bólu pleców podczas jazdy rowerem już wspominałam, ale Młody przypomniał jeszcze o tym, że nie może np układać puzzli na podłodze, czy nawet na stole, bo okropnie boli go szyja gdy patrzy się w dół. To samo było z próbą czytania książki w pozycji na brzuchu...

 Wspomniał też, że gdy był jeszcze w przedszkolu, na świetlicy czasem włączali im jakąś bajkę na dużym telewizorze zawieszonym na ścianie, on nie mógł oglądać, bo strasznie bolał go od tego kark i się dziwił, jak inne dzieciaki mogą oglądać. Teraz szybko se dodał dwa do dwóch i lekarak to wszystko potwierdza. Po raz kolejny przekonujemy się, ile problemów może wyjaśnić właściwa diagnoza i jakie to ważne by wiedzieć, co człowiekowi dolega albo w czym różni się od pozostałych, by nie porównywać się do innych i nie próbować za wszelką cenę do reszty się dostosowywać, nie robić sobie wyrzutów i nie zastanawiać się non stop, co do cholery jest ze mną nie tak, co robię źle... 

Lekarka powiedziała, że dobrze będzie pracować nad postawą, nad wzmocnieniem mięśni,. Jak dodałam, że wiele wskazuje na to, że Młody ma też lekką hipermobilność, dodała, że w takim razie jeszcze więcej będzie musiał pracować nad korekcją postawy, siłą mięśni itd. Kazała szukać DOBREGO fizjoterapeuty. My nie zamierzamy jednak zmieniać, bo na miejscu jest najłatwiej chodzić na ćwiczenia i zabiegi. Lekarka dała nam dokument dla naszej kine. Ta poczytała sobie i dowiedziawszy się od Młodego, że już go plecy za bardzo nie bolą, obiecała, że następnym razem spróbują ćwiczeń. Mówi jednak, że w okresie dorastania ćwiczenia mogą nie przynieść większej poprawy, bo dużo rzeczy się zmienia, ale może próbować. Lekarka mówiła, że to niekończąca się robota na całe życie, że to nie wystarczy raz pochodzić sobie do fizjoterapeuty, tylko non stop trzeba nad ciałem pracować. Powiedziała mu jednak, że to on sam najlepiej będzie wiedział co i jak, bo to jego ciało. "Jesteś mądry, na pewno zrozumiesz" - powiedziała. Teraz zna diagnozę, musi lepiej poznać swoje ciało, zasady jego działania, techniki i dalej przede wszystkim sam nad sobą pracować, bo tylko on bedzie wiedział i czuł, co jest dla niego dobre, a co nie. Sam musi znaleźć swoją drogę w tym bałaganie. Mamy wrażenie, że ona "też jest mądra", znaczy bardzo inteligentna. Powiecie, że każdy lekarz jest, bo byle sik medycznych studiów nie skończy, ale jednak wyraźnie daje się odczuć, jeśli ktoś nadaje na tych samych falach i jest na prawdę naturalnie mądry... Młody zwrócił uwagę na jej szybkość mówienia i łapania w lot nawet nie do konca wypowiedzianych myśli (większości ludzi trzeba wszystko jak krowie na rowie... tak,  także niektórym lekarzom) oraz specyficzne poczucie humoru i to w jaki sposób ona sobie z nim żartuje. Podejrzewam, że nie mówi tak do przeciętnego czternastolatka, bo mogła by być opacznie zrozumiana albo w ogóle... Ta jej ironia... Młody śmiał się, że wielu by pewnie nawet nie zrozumiała żartu, że ona "ma nadzieję nas szybko nie zobaczyć, a najlepiej wcale",ale ona ogólnie non stop jakieś heheszki sobie robi, czy to podczas badania, czy odpowiadając na pytania i w pięć minut załatwia wszystko, ale wychodzisz z gabinetu usatysfakcjonowany i dobrze poinformowany, bo nie marnujesz czasu na mozolne wyjaśniania czy też słuchanie wyjaśnień na poziomie przedszkola. Rewelacja taki lekarz rodzinny. Szkoda tylko, że nie zawsze można się do niej dostać albo że miesiącami trzeba czekać. Nasza poprzednia lekarka była podobnym typem.

Udało mi się w końcu zamówić "kilka zdjęć" z focusa fotograficznego Młodego. W planach było zamówienie około 10 - 20 dużych wydruków co ładniejszych portretów zwierząt zrobionych przez Młodego w ostatnich miesiącach i z 50 małych zwykłych odbitek pozostałych ładnych zdjęć do albumu z drugiej ręki. 

Młody zebrał dobre zdjęcia w osobnym folderze na swoim kompie. Któregoś dnia rano siadłam i zaczęłam wybierać duże zdjęcia na duże wydruki, gdy zobaczyłam że w folderze mam już 70 a cena dobija już 200€, a ja jeszcze nie skończyłam wybierać uznałam, że trzeba zmienić taktykę i to drastycznie haha. 

Zaczęłąm od nowa. Wybrałam 20 najciekawszych i zmiejszyłam format o jeden stopień (tak by za zdjęcie niewiele ponad euto wychodziło). W końcu to tylko prezentacja w szkole a nie wystawa w domu kultury czy coś. Mały format, który wstępnie miał być 13x18  też zmiejszyłam o stopień i ograniczyłam się do 100 zdjęć haha. Łącznie zapłaciłam i tak około 7 dych, a potem se i tak uświadomiłam, że nie widziałam tam zdjęć łabędzi, które robił Młody koło pobliskiego zamku oraz paru innych, które pamiętałam, że miały być obowiązkowo wydrukowane, a to oznacza, że jakiejś grupy zdjęć nie było w tym folderze... W każdym razie muszę rzec, że Młody narobił kupę fajnych zdjęć najróżniejszym zwierzakom. Oglądając te wszystkie zdjęcia obydwoje zauważyliśmy jaka ogromna różnica jest pomiędzy tymi zdjęciami z początku  jego przygody z aparatem, a ostatnimi fotkami. Na początku fotografowane obiekty trafiały w przypadkowe miejsca kadru, czasem brakowało im nóg lub połowy głowy. Zdjęcia były rozmazane, krzywe. Obiekty znajdowały się daleko... To jest niesamowicie pozytywne uczucie tak sobie porównać swoje prace na przestrzeni czasu. Widać jak wiele się człowiek nauczył, jak poprawił swoje postrzeganie świata, jak udoskonalił technikę. To bardzo budujące. Dodać tutaj trzeba, że Młody ciągle nie wyszedł poza ustawienia automatyczne. Na początku próbowałam go trochę ścigać "we właściwym"  kierunku, ale poszłam po rozum do głowy i pozwoliłam mu odkrywać fotografię przyrodniczą po swojemu

Fotografia to JEGO FOKUS, jego hobby. Przecież w tym wypadku wcale nie chodzi o to, by zostać profesjonalnym fotografem, tylko by dobrze się bawić i czerpać przyjemność z tego, co się robi. Fokus polega na fokusowaniu się na czymś przez cały rok szkolny i nauczeniu się czegoś nowego, poświęcenie się jakiemuś jednemu tematowi. 

Młody SFOKUSOWAŁ się na samych zwierzętach. Zaczął je tropić po lesie i polach. Poznał okolicę i zwyczaje tutejszych zwierząt. Dziś wie, gdzie i októrej godzinie spotka sarny, gdzie gęsi, gdzie czaple, a gdzie upolować można obiektywem bażanta lub królika. Nauczył się cierpliwie czekać w jednym miejscu, poruszać powoli z rozmysłem bez robienia wielkiego halasu. Przede wszystkim nauczył się patrzeć, by widzieć. Z daleka dostrzega małe ptaszki czy wiewiórki w koronach drzew, czy krzakach koło drogi, zauważa malutkie owady przy minimalnym ich ruchu a nawet nieruchome kamuflujące się z otoczeniem, bo wie, jak należy patrzeć. Jego mózg nauczył się  patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. I o to właśnie na pewno chodzi w FOCUSIE, by zobaczyć, jakie efekty przynosi systematyczna praca, że wszystkiego można się nauczyć, jeśli poświęci się temu wystarczająco czasu i motywacji. I odkryć można, jaka frajda z tego wszystkiego płynie i satysfakcja. 

Może kiedyś zrobię jakiś wpis ze zdjęciami wykonanymi przez Młodego, ale póki co nie dodaję tutaj jego zdjęć, no bo to JEGO zdjęcia :-)

Tu przerwałam pisanie, bo przyszła Młoda i zapytała, czy jedziemy do tej Ostendy, jak było planowane. Odparłam, że ja jadę, jeśli ona jedzie również. Popytaliśmy reszty i nikt więcej się nie zgłosił. Ich strata.

Zabrałyśmy manatki i pokręciłyśmy rowerami na dworzec. Według rozkładu podróż miała zająć ponad 2 godziny, bo przewidywano 50 minut oczekiwania na przesiadkę w Gandawie, ale jak wysiadłyśmy tam, zapowiedziano, że na jakiś peron właśnie podjechał opóźniony o pół godziny pociąg do Ostendy, no to dawaj, pobiegłyśmy tam i udało się wsiąść. Zatem dotarłyśmy nad morze wcześniej. Ludziów tam jak mrówków.

Najpierw poszłyśmy na lody do lodziarni z oferującej oryginalne smaki. Ja wzięłam sernikowy, a Młoda lawendę i mangocośtam. Wyśmienite!

Potem poszłyśmy na plażę, gdzie znalazłszy kawałek miejsca, rozłożyłyśmy nasz koc piknikowy i wyskoczyłyśmy z okryć wierzchnich. Jadąc na plażę zawsze zakładamy stroje kąpielowe pod spód. Zawsze też bierzemy kiecki, by potem łatwo się móc przebrać w suche majty ;-) Przebiernie podubraniowe mamy już opracowane do perfekcji. Czasem korzystamy też z ręczników do przebierania. 

Zostawiwszy bambetle na kocu, poszłyśmy obadać wodę. Była zimna jak lód i brudna. Do tego pływało w niej mnóstwo meduz. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zamoczeniem dupska. Pływania między meduzami jednak nie zaryzykowałam. 

Fale co jakiś czas wywalały te galaretki na brzeg, a wtedy zbierałyśmy je i wrzucałyśmy je z powrotem do wody. Szkoda nam bowiem tych stworzeń. Może to i mózgu nie ma, ale niech se tam żyje swoim galaretkowatym życiem. Pierwszy raz dotykałam meduzy. Niektóre były wielkie i ciężkie. Uczucie jakbyś trzymał mokry woreczek śniadaniowy albo balon wypełniony wodą. Oczywiście ich dotykać można tylko od góry, bo pod spodem mają parzydełka i raczej nie miałyśmy ochoty sprawdzać jak bardzo boli poparzenie ani tym bardziej, czy mamy na to alergię. Normalnie nie są one niebezpieczne dla ludzi, w sensie że nas poparzenie nie zabije.

Pierwszy raz w moim życiu opalałam się na plaży i kąpałam się w morzu pierwszego maja. Termometry pokazywały nawet ponad 25 stopni i tak ciepło było przez kilka dni, więc się nagrzało. Pogoda wręcz idealna na plażowanie, bo ani nie za zimno, ani też nie za gorąco. Piach w stopy nie ani w zad nie parzył. Mecyje!



















dworzec

kolejka przy lodziarni


Dalej kilka obrazków ze wsi... Czasem nie wiem, czy już dawałam wcześniej dane zjęcie, czy nie... Może już były te obrazki w innym poście. Niby wybieram tylko ostatnie, ale nie zawsze pamiętam daty publikacji poprzednich postów. Prawie nigdy nie pamiętam.

jastrząb

krowy pod lasem


kaczka górska

jaskółki u sąsiada



kuropatwa



Któregoś dnia siedząc na kanapie zobaczyłam na ścianie obok fascynujący cień... Domyśliłąm się, że promienie słońca odbijają się pewnie od lustreka skuera zaparkowanego przed oknem i potem przelatując przez dracenę lądują w końcu na ścianie tworząc jajowatą ciekawą ramkę. Wstałam zatem i wetknęłam swój łeb w drogę promieniom a potem zrobiłam zajączka... Bo po to się ma fantazję ;-)



W tym tygodniu tylko raz byłam w azylu. Tym razem poszłam po południu, ale więcej raczej nie wybiorę popołudniowej zmiany. Nie ma za bardzo co robić wtedy. Karmiliśmy ptaki dwa razy i zamiataliśmy a potem myliśmy wodą podłogę, ale dużo było nicnierobienia i nudy, a do tego towarzystwo samych młodych ludzi, głównie stażystów, więc nie czułam się tam komfortowo z nimi. Poranne zmiany były na razie o wiele lepsze.
Zrobiłam zdjęcie wiewióreczki, bo akurat wyszła z rury, gdzie większość czasu siedzą sobie schowane.

wiewióreczka z azylu

Polecę wam jeszcze świetną książkę, którą kiedyś znalazłam w Kringwinkel nie dawno przeczytałam. ja czytałam po niderlandzku, ale ona ma polską wersję. Jeannette Walls: Szklany zamek. Autorka opowiada o swoim dzieciństwie, o tym jak sama od maleńkości musiała sobie radzić, bo ojciec jak nie prawcował to pił a matka uważająca się za artystkę zajęta była malowaniem. O tym jak żyli w ogromnym ubóstwie, nie myli się tygodniami i tygodniami nie jedli, choć matka pochodziła z zamożnej rodziny i posiadała bogactwa, za które mogli by dostatnio żyć, ale rodzice dobrowolnie wybrali życie włóczęgów.
Książka pokazuje alternatywne podejście do życia, do wychowania dzieci i zmusza do myślenia. Czytając tę książkę człowiek zgadza się bowiem z bardzo wieloma poglądami tych, wydawać by sie mogło na pierwszy rzut oka, patologicznych rodziców. Nie są to bowiem typowi głupi prości pijacy czy coś. Wprost przeciwnie. Autorka pokazuje ich jako bardzo intelignetnych ludzi z ogromną wiedzą na temat świata i ludzi. I to jest właśnie niesamowite w tej historii. Do końca nie wiesz, co o tym wszystkim myśleć i jak ich ocenić. Nie da się ich zaszufladkować i to jest  właśnie niesamowite. Dalej zastanawia się człowiek nad sobą samy w kontekście tego, co przeczytał... Polecam ludziom lubiącym myśleć/



Któregoś dnia upiekłam kapuśniaczki, ktore chodziły za mna od kilku tygodni, czy nawet miesięcy. Smakowały wyśmienicie. Idealnie sprawdziły się jako posiłek do zabrania na plażę. W pociągu też dobrze smakowały.


Korzystając z letniej pogody, czytam czasem w ogródku. Kiedyś postanowiłam zjeść sobie przy tym loda.  Moja najlepsza koleżanka Balbinka też uznała, że to świetny pomysł i wskoczywszy na leżak, probowała obdziobać mi mój deser. Czym prędzej zatem objadłam czekoladę i urwałam dla niej kawałek lodzika. Posmakowało jej i to bardzo. Za bardzo. Heniek też chciał, ale on jest trochę nieśmiały, więc tylko podszedł do leżaka i zaczął wydawać dziwne dźwięki. Gdy podałam mu na ręce kawałek loda, Balbina udziobała sobie w tym czasie kawał prosto z patyka pozostawiając brudny opiaszczony ślad dzioba w moim lodzie.
Podzieliłam zatem resztę pomiędzy pozostałe kury, które stały z wyciągniętymi szyjami po drugiej stronie siatki. I tak zakończyło się raczenie lodami na podwórku. Wszyscy się dobrze bawiliśmy.
Lubię moje kury. I koguty.