8 października 2017

Jak się jeździ rowerem elektrycznym i inne ciekawostki rowerowe.

Rowerowy dzwoneczek Młodego
W czerwcu zmieniłam biuro zabierając ze sobą wszystkich klientów. Dziś mogę rzec, że to była dobra zmiana. Wypłaty dostaję regularnie - pod koniec przepracowanego miesiąca otrzymuję na konto zaliczkę, na początku następnego miesiąca wpływa reszta wypłaty. Tak to można żyć i wydatki jakoś sensownie zaplanować, a nie jak z poprzednim biurem, gdzie wypłaty były co tydzień, co dwa z czego raz było to 100€, drugim razem 500, a trzecim razem 50 lub nic. Tym razem po 3 miesiącach dostałam umowę na czas nieokreślony, podczas gdy w poprzednim biurze przez 2 lata dostawałam umowy na miesiąc, bo zawsze coś było nie tak, no ale tak to jest jak człowiek nowy w systemie (w kraju w ogóle), a do tego nie zna języka i nie ma pojęcia niebieskiego  jak to wszystko działa ani tym bardziej jak powinno działać. Uczymy się powoli na błędach, uczymy...

To biuro pewnie też ma jakieś wady, jak wszytko na tej planecie, ale póki co jestem zadowolona. Poza regularnymi wypłatami a może nawet bardziej niż wypłatami zadowolona jestem z roweru firmowego, który odebrałam z biura po tygodniu od podpisania pierwszej umowy. Wcześniej nigdy nie miałam przyjemności przewieźć się rowerem elektrycznym, ba w Polsce nawet nie wiedziałam, że takie cuś w ogóle istnieje i że tylu ludzi na tym jeździ. W Belgii jeśli idzie o rowery to ludzie mają hopla (w Holandii ponoć jeszcze większego), a na ulicach można spotkać najdziwniejsze wynalazki. Na początku wielce fascynowały mnie głównie rowery z ogromnymi skrzyniami na zakupy albo do przewozu dzieci. No czad po prostu. Takim to i lodówkę można przywieźć ze sklepu a nie tylko zakupy jedzeniowe. Widziałam, jak ktoś wiózł w Mechelen.

rower do przewozu dzieci
rower do przewozu zakupów lub dzieci

inny rower towarowy
składak
Inny gatunek roweru, który bardzo mi się podoba, to składak. Pamietacie rower Wigry3, który składał się na pół? To coś w tym stylu, tylko składa się to w minutę, po czym można to nieść w jednej ręce bo jest wielkości i ciężaru pierwszej lepszej torby na zakupy. Składak można wziąć do pociągu czy autobusu bez specjalnego biletu czy kłopotu, co więcej można na nim siedzieć tam, bo tak jest skonstruowany, że po złożeniu staje się stołeczkiem.

Nie głupie są też te wszystkie torby i koszyki rowerowe. Takie wynalazki w Polsce też były od dawna, ale nie aż taki wybór jak tu w tym raju rowerowym. Torbę na rower ma tu chyba większość rowerzystów co najmniej jedną. Taka torba jest wielkości sporego plecaka i całkiem sporo się w niej mieści. W dwóch mieści się jeszcze więcej. Ja mam aktualnie dwie torby i spory kosz wiklinowy na kierownicy. Gdy wezmę plecak i skrzynkę, mogę załadować pełny wózek zakupów na rower. Wystarczy sensownie układać produkty i pamiętać, że pomidory czy chipsy nie mogą być na spodzie :-) Na ścieżkach widuję jednak ludzi, którzy mają jeszcze torby na przednim kole. Nie mam takich i nie wiem, jak sie je mocuje. One są raczej dla rowerowych turystów. Dla zwykłych ludzi wystarczają te zwykłe na bagażnik. Poza zakupami bardzo przydają się do przewożenia akcesoriów szkolnych typu strój na gimnastykę, jakieś materiały na technikę czy inne cuda, które trzeba akurat do szkoły przynieść a które do tornistra już nie wlezą. W torbach wozi się też akcesoria przeciwdeszczowe, które w tym deszczowym kraju są niezbędnym wyposażeniem każdego rowerzysty od przedszkolaka do emeryta. Tych akcesoriów też jest tu wybór taki, że głowa mała. Nie tylko parasole, kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Są też kapelusze i chustki, ochraniacze na buty, na plecaki i oczywiście na torby rowerowe (te akurat ja mam wbudowane w dno torby). Te gadżety są we wszystkich kolorach tęczy i z najróżniejszych materiałów jak folia pvc, tkaniny wodoodporne, gumy. Jednorazówek tu raczej nikt nie kupuje, zresztą nawet nie widuję takowych za często, bo zwyczajnie się to nie opłaca skoro co dnia może padać nawet jak o poranku niebo jest błękitne bez choćby jednej chmurki i często tak własnie jest. 

rowerowe taxi
Poza wynalazkami praktycznymi w sklepach znajdziemy tu mnóstwo innych bajerów. Jednym z bardziej popularnych, a w Polsce raczej nie spotykanych, są kwiatki na kierownicę. Takie szmaciaki sztuczne na druciku które zakręca się wokół kierownicy. My też sobie takie kupiłyśmy - rower od razu babsko wygląda i łatwiej go znaleźć na parkowiskach dla rowerów :-) 

parkowisko dla rowerów w Brugii na rynku
Chodnik w centrum Antwerpii - rowery są wszędzie
Nietutejsi nie wiedzą, co to znaczy parkowisko dla roweróww Belgii, a to znaczy że w jednym miejscu stoi np kilkaset czy kilka tysięcy rowerów w oczekiwaniu na swoich właścicieli. Tak, na parkingach rowerowych przy dużych dworcach kolejowych trzeba liczyć raczej w tysiącach. Przy szkołach w setkach. Roweradła (tak my nazywamy metalowe stojaki na rowery) są wszędzie i nigdy nie stoją tam na darmo. Poza szkołami i dworcami są przy wszystkich urzędach, sklepach, zakładach fryzjerskich, przy każdym prawie przystanku. Na stacjach kolejowych oprócz stojaków są też wieszaki na rowery, gdzie rower za koło się wiesza na haku.
roweradło pod szkołą podstawową (200 uczniów - 100 rowerów)

rodzice odbierają dzieci ze szkoły, po lewej wózek rowerowy
Z ciekawszych wynalazków rowerowych nie można zapomnieć o specjalnych wózkach dla dzieci i PSÓW! Wózek czy tez fotelik rowerowy dla dzieci pewnie każdy z was choć raz widział albo nawet ma własny, ale dla psów to w Polsce chyba nie są zbyt popularne,  tu i owszem. Całkiem sporo ludzi wozi pupile na rowerze w specjalnym koszyku albo we wózku (są też takie normalne wózki spacerówki dla piesełów ale o tym innym razem). 

I tu dochodzimy do rowerów elektrycznych. Przyznam że na początku pobytu w Belgii poczułam się lekko skonsternowana, gdy tak sobie zasuwałam moim starym rowerem ścieżką rowerową pod górkę i przeciwny wiatr i pot płynął mi ciurkiem po plecach, a kopyta odmawiały posłuszeństwa i tu nagle usłyszawszy  jakiś szum  z tyłu spoglądam i szczęka opada mi na asfalt, bo oto widzę, jak falanga staruszek na rowerach mnie wyprzedza bez większego wysiłku. Ki czort tym babciom dal tyle powera? Ano okazało się, że powera im dała bateryjka zamocowana sprytnie na rowerku i zupełnie nie rzucająca się w oczy. Kurde, pomyślałam, że taki rower to ja bym chciała mieć, by wozić zakupy, no i na dojeżdżanie do roboty, która okazała się bardziej energiożerna niż mi się z pierwa wydawało. Wyguglowałam sobie i wyszło że taki tańszy elektryczny rower to bagatela tysiąc ojro. Może kiedyś - powiedziałam sobie i dopisałam elektryka do listy życzeń do spełnienia.

tu mój rower jeszcze nowiutki


Życzenie spełniło się jednak zupełnie przypadkiem, gdy postanowiłam zmienić biuro. Okazało się, że w tym biurze pomoce domowe mają do wyboru czeki żywnościowe lub pakiet zdrowotny, czyli ubezpieczenie szpitalne, dentystyczne oraz rower elektryczny z 2-letnim darmowym serwisem i ubezpieczeniem od pecha (kapeć, pęknięty łańcuch itp). Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć na początku, że tak zupełnie gratis dają pracownicy rower, no ale jak się okazuje dają i gratisowe serwisowanie z dojazdem do klienta również. Trzeba było wyregulować hamulce - wysłałam mejla i już za dwa dni przyjechał pan i zrobił co trzeba. Gdybym złapała kapcia w drodze, to przyjadą natychmiast i zrobią albo - w poważniejszych kłopotach z rowerem - zabiorą rower do naprawy a mnie odwiozą do domu. Gicio. (nota bene takie ubezpieczenie w Belgii (obejmuje kraje Beneluxu) kosztuje 60-100€ na rok od rodziny i jak ktoś dużo roweruje to polecam to się tu nazywa FIETSBIJSTAND, można wyguglować: 

Jeżdżę na moim elektryku 4 miesiąc, przejechałam już prawie 1000 km (bez kilku kilometrów jak na dzień dzisiejszy). Zatem mogę już coś na temat tej jazdy powiedzieć. Do każdego nowego roweru trzeba się przyzwyczaić i z każdym trzeba się zgrać, ale z elektrycznym jest to trudniejsze niż ze zwykłym. On jest szalony. Trzeba się nauczyć, że startuje się z niskiego biegu, bo jak człowiek zapomni na czym siedzi to może zostać zrzuconym przez tego rumaka. No, może nie zrzuconym, ale startowanie z kopyta to nie jest zdecydowanie najlepszy pomysł. To samo przed skrzyżowaniem czy innym miejscem, gdzie trzeba zwolnić lub się zatrzymać - trzeba pamiętać o zmianie biegu jak w samochodzie, bo kto normalny stratuje z trójki? Cholibka, takim rowerem się trzeba nauczyć jeździć. Nauczyłam się już, ale chwilę to trwało. 

Wiem już też, że używanie największego, w tym wypadku 5 biegu piorunem zużywa baterię, gdy jednak jeżdżę na 3 to spokojnie mogę jeździć cały tydzień. No chyba że piździ... Tak, okazuje się że jazda pod wiatr jest też bateriożerna, co niby logiczne, ale kto by się nad tym zastanawiał, gdy jedzie z wiatrem. Baterię można ładować na rowerze albo można ją wymontować (łatwo i szybko) i ładować w domu. Jak się rozładuje w drodze to trudno, trzeba jechać bez wspomagania. Idzie ciężej niż na zwykłym rowerze, ale da się jechać w razie co i to najważniejsze.

Tyle biorę spokojnie na mój rower, gdy nie mam skrzynki na bagażnik ani plecaka :-)
Tak czy owak na takim rowerze jeździ się fantastycznie. Niby trzeba pedałować cały czas, żeby jechało, ale to jest tak jakby człowiek z górki jechał ciągle, nawet jak de facto pod górę zasuwa albo na ten przykład pod wiatr. Jazda zatem jest niemęcząca, ale to ciągle rower - ciągle człowiek jest w ruchu słysząc wiatru świst w uchu i oddychając świeżym powietrzem, a ja to właśnie lubię, nawet jak pada (co nie znaczy że czasem pogoda mnie nie wkurza, bo co innego 2 dni deszczu a co innego 2 miesiące non stop).

Oczywiście, jak ktoś wsiada na rower po to by spalić kalorie, zażyć relaksu przejeżdżając przy niedzieli 10 km raz na miesiąc i to w ładną pogodę,  czy po to by się wyżyć to zdecydowanie kupowanie takiego roweru mija się z celem. Jednak jak ktoś lubi rowery jak ja, ale poza tym zapieprza fizycznie jak dziki osioł albo zwyczajnie musi codziennie daleko dojeżdżać przewożąc przy tym różne ciężkie rzeczy, czy też np ma już bardzo dużo lat albo problemy zdrowotne, ale lubi być w ruchu, to ten rower jest akuratnym wynalazkiem.

Oto Młoda ze swoim rowerkiem i tornistrem
Właśnie rozważamy zakup takiego roweru dla Młodej na dojazdy do szkoły. Bo wiecie, fajnie się jedzie na rowerku w krótkich porteczkach przy słonecznej niedzieli. Można nawet 30 kilosów przepedałować i ani się nie zauważy - relaksik, przyjemność, radość. Inna jednak sprawa, gdy bez względu na aurę i porę roku człowiek musi wsiadać na rower i kręcić 7-20 kilometrów. Wiecie jak wygląda jazda rowerem do szkoły/roboty w zimie? Termometr wskazuje dajmy na to minus 5 czy 0 stopni, leje jak z cebra, wieje jak by się kto powiesił - jednym słowem plucha. Dla pewności człowiek wychyla łeb przez drzwi i sprawdza, czy aby z bliska to inaczej nie wygląda. Brrrrr. Na normalne ubranie zakłada grubą bluzę i kurtkę, na to jeszcze portki i kurtkę przeciwdeszczową, jeśli zwykła kurtka może przemoknąć. Do tego rękawiczki, czapka i co tam się jeszcze znajdzie. Przywiązuje swój 10kilowy tornisterek, czy torbe roboczą  do kosza na bagażniku i wyrusza. Przez pierwszy kilometr zimno jak diabli, potem zaczyna się rozbić coraz cieplej od pedałowania - im bardziej pod wiatr i pod górę tym szybciej się ociepla. Po 4 kilometrach rozpina się kurtkę, po 7 zsiada się z roweru z kurtką na kierownicy, czyli mokrym zarówno od deszczu jak i własnego potu. Ani w szkole, ani w mojej robocie nie ma możliwości kąpieli, czyli cały dzień człowiek musi sie kisić we własnym pocie i być może czasem lekko podśmierdywać. Niefajnie c'nie? Poza tym - jako się rzekło - rowerownie to czynność wyczerpująca fizycznie, a tu lekcje się się same nie wysłuchają ani nie nauczą, robota się sama nie zrobi, a jeszcze do domu trzeba wrócić wieczorem i tam dalej się uczyć lub pracować, a bywa że to i to. Najlepiej jednak jak pogoda jest taka jak np teraz - rano 10 stopni, deszcz i wiatr a po południu 20 i słonecznie. Wieź pół szafy ubrań na bike'u razem z plecakiem i zakupami. No jak wielbłąd.

Czekamy na wyprzedaże końcoworoczne, bo może i elektryki będą w jakiejś dobrej cenie i może się uda jakoś z kasą wyrobić, by ułatwić dziecku życie, kto wie.

A jak tam u was z rowerowaniem?












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz