21 czerwca 2026

Czas upałów, burz i złości na wszystkich i wszystko

 Mamy upalne i burzowe lato. Termometry pokazują ponad 30 stopni, a że do tego wilgotność powietrza jest wysoka, to czuję się poza domem jak w tropikalnej szklarni. W domu na parterze nawet jeszcze dosyć chłodno - około 25 stopni - się utrzymuje. Na poddaszu to już piekarnik, ale Córka włącza czasem klimatyzator. Tyle, że niestety nie ma w nim pompki, by wypompować wodę za okno, a na drugim ani nawet na pierwszym piętrze nie ma kanalizacji ani żadnego innego odpływu, by puścić wężyk do kanalizacji, więc skroploną wodę musi wynosić we wiaderkach na parter do łazienki. Popatrzyłam na ceny pompek i najtańsze to wydatek bagatela 100€. Kurde ta maszyna kosztowała ponad 4 stówy, a to już kupa kasy, więc póki co trzeba wynosić wiaderka... ale to i tak dobra inwestycja i bardzo przydatn urządzenie w takich okolicznościach.

Na zewnątrz skwar i duchota. Ja zawsze uwielbiałam upały, ale teraz coś nie za bardzo mi odpowiadają. Nadal lubię słońce i ciepełko, ale szybko zaczynam się zwyczajnie źle czuć: ból i zawroty glowy, serce mi się męczy (takie przynajmiej mam uczucie), bolą mnie nogi, gdy chodzę i ręce robią się ciężkie. Siedzę zatem dużo w domu. Któregoś dnia wybrałam się jednak z Najstarszą do Mechelen, by obejrzeć ogród różany w parku Vrijbroekpark. O panie, co za zapach tam się unosi! A i te wszystkie róże jakie one są piękne... Najstarsza marzyła głośno, że gdybyśmy kiedyś mieli wielki ogród, to chciała by hodować róże. Ja zgadzam się z tym pomysłem. Fajnie by było mieć własny ogród różany koło domu. 

Na koncu postu znajdziecie więcej fotek i krótkie wideo z parku. Polubienia i subskrybcje mile widziane ;-)


Po wywąchaniu wszystkich róż wdepnęłyśmy do jadłodajni znajdującej się na terenie parku, gdzie ja zamówiłam sałatkę z fenkułem a córka nacho's, a po jedzeniu wsiadłyśmy ponownie na wypozyczone niebieskie rowery i popedałowałyśmy do centrum. Tam uśmiałyśmy się ze zmyślnej dekoracji rozwieszonej nad ulicą... 

Potem sobie oczywiście wyguglowałam, by się dowiedzieć, o co kaman i się okazuje, że to pranie rozwieszono z okazji premiery i reklamy nowej serii videopodcastów o równych szansach, prawach osób LGBTQIA "Het Wassalon". Ta dekoracja ma zwracać uwagę na to, byśmy nie ocenianiali innych ludzi po metkach, etykietkach. Goście prowadzących przynosili elementy garderoby, które miały dla nich znaczenie, co było przyczynkiem do dyskusji na temat tożsamości, uprzedzeniach, nierównościach...


Następnie poszłyśmy na kawę do ulubionej kawiarni, a potem do sklepu z produktami z Europy Wschodniej, gdzie kupiłyśmy gruziński ser na kimkali. To była krótka, ale bardzo przyjemna i wielce relaksująca wizyta w naszym ulubionym miasteczku. 

Młoda tymczasem znowu za granicą w odwiedzinach u psiapsi, a ja doglądam jej pierzastych podopiecznych. Jako że i do ptasiego pokoju lato się przez okna dostaje i gorąco jest, to któregoś wieczoru zrobiłam, za sugestią Młodej, ptakom deszczyk za pomocą specjalnego rozpryskiwacza (widoczny na zdjęciu pod stołem). One lubią się kąpać w takim sztucznym deszczu. Rozkładają wtedy skrzydła,  pochylają głowy i ogólnie usiłują każdą część piór wystawić na deszcz. Summer czasem kąpie się też w misce na stole. Snowflake czasem też tam wchodzi, ale stoi na wysokich nogach nie bardzo wiedząc, jak się zachowywać należy w kąpieli. 

Po zorganizowaniu pory deszczowej trzeba oczywiscie potem posprzątać cały zalany teren, czyli wymienić gazety, piasek i pościerać stół, klatkę i podłogę. Starałam się jednak tak pryskać, by nie utopić Roomby haha. Dużo zachodu z takim prysznicem dla papug, ale jak przyjemnie się patrzy, gdy one się cieszą z kąpieli.



Kury nie lubią się kąpać w wodzie, ale lubią kąpiele piaskowe i ogólny plażing. Wyciągają skrzydła i nóżki kładąc się na boku, zamykają oczki i leżą pomrukując z zadowolenia. Bardzo wysokie i długotrwałe temperatury są jednak i dla nich uciążliwe i niezdrowe. Stoją w cieniu z rozłożonymi skrzydełkami i otwarymi dziobami dysząc ciężko. Wymieniam im kilka razy dziennie wodę, by miały chłodną, no i stawiam po jednej misce wody z elektrolitami dla kur. 

Bożenka na plaży ;)

Upałom towarzyszą dosyć intensywne burze, ale poczytwaszy internety, postanowiłam pogdybać sobie na temat burz... 

Od kilku dni ostrzegali u nas w mediach o upałach i możliwych burzach. Zalecali pochowanie rzeczy, które mogą zostać porwane z wiatrem lub zwalone komuś na głowy itd itd. Ogłoszono kod pomarańczowy ze względu na temperatury i ostrzegano o burzach. Zamknięto parki, odwołano niektóre imprezy plenerowe, jakby koniec świata miał nastąpić, co mnie dosyć bawiło, bo to wszak oczywiste mi się wydało....

No ale okazuje się , że  ludzie, nawet pomimo tych wszystkich ostrzeżeń i poczuczeń dla - zdawało by się - idiotów i tak  to wszystko mieli  w dupie, no a potem wielki lament, płacz i zgrzytanie zębów... JPRDL! "Wielka tragedia, straszne rzeczy, katrastrofa i w ogole armagedon". Ja patrzę na te nagrania i zdjęcia zamieszczone w prasie i nie wiem, czy się śmiać, czy zapłakać nad głupotą tego narodu...  (narodów?).

Na nagraniach widzę bowiem: 

- PLASTIKOWE krzesełka w ogródkach przy restaurcjach PRZESUWANE i WYWRACANE przez wiatr (szok i niedowierzanie, katastrofa)

- idiotów ludzi uciekajacych z tarasu z talerzami i kubkami w rękach, bo nagle zaczęło padać (jacie, ludzie siedzieli w czasie burzy na tarasie i zmokli - niedowierzam własnym oczom, toż to galopujący szok jest w trampkach!)

- przychlastów ludzi uciekajacych w popłochu pod parasole podczas jakiegoś festynu, bo nagle zaczęło padać (no zaiste kto by po setkach ostrzeżeń i w ogóle podczas letnich upałów spodziewał się nagłej burzy w Belgii - chyba się nie pozbieram po tym widoku)

- samochód na który zwaliło się jakieś drzewo (serio? wiedząc, że idzie burza zostawiłeś auto pod drzewem? Kto by mógł przypuszczać, że drzewo może zostać przewrócone przez silny wiatr. Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy, no!)

- drzewo wyrwane z korzeniami (j.w.)

- przezroczysty dach werandy na który pada deszcz lub grad (tak, faktycznie padało, tak samo jak dzień wcześniej, i dzien wcześniej, i dzień wcześniej... noż kurwa mieszkamy w BELGII!!!)

- jakieś drzewa uginajace się mocno pod naporem wiatru (no ten widok już w ogóle z kapci mnie wyrwał, jeszcze nigdy nie widziałam by drzewo się uginało, jak wiatr wieje - jakbyście chcieli zobaczyć, to mam kilka nagrań naszej brzózki, ale może powinnam je wysłać do mediów...?!)

- jedna zwykła ALE ROZGAŁĘZIONA błyskawica w slow motion - no ja wiem, że mało kto wie, że można nagrać błyskawicę (i wszystko inne) w zwolnionym tempie (większość telefonów dziś chyba posiada taką opcję) i wtedy faktycznie widać tę błyskawiczę długo i wyraźnie i to jest fajniejsze i efektowniejsze niż sekundowy błysk, którego nasze oko nawet za bardzo nie rejestruje, ale żeby z tego faktu robić sensację dnia i ogłupiać plebs...?

- wywrócony stary drewniany młyn wiatrowy - wiatraka faktycznie szkoda, ale też to tylko stary głupi wiatrak, który stał na pustym polu... 

To wszystko były nagrania zwykłej acz intensywnej burzy z silnym wiatrem i opadami, nie żadne tragedia i katastrofa.

Ta narracja mnie po prostru rozpierdala! Jest taka bajka, która mówi o dziewczynce, która non stop krzyczała - Wilk, wilk! - a kiedy wilk na prawdę przyszedł, nikt jej nie uwierzył i wilk ją zjadł. 

Tutaj krzyczą non stop, że zbliża się straszna nawałnica (upały, śnieg, susza, grad, wiatr, grypa, siedem olag egipskich* niepotrzebne skreślić), przepowiadają katastrofę, bo ...w zimie będzie padał śnieg, bo latem bedzie gorąco, bo będzie padał deszcz... I dziwić się, że ludzie już przestali słuchać i siedzą sobie na tarasie mimo licznych ostrzeżeć o nawałnicy i że nikt niczego nie uprzątnął...

Kolejna kwestia to taka, że w tym kraju wszędzie masowo karczuje się normalne wysokie drzewa. Już ciężko w ogóle jakieś drzewo znaleźć, a jak jest to właśnie pojedyncze, które mimo usilnych starań nie jest w stanie powstrzymac wiatru ani wytrzymać jego naporu. Często do tego te drzewa są przesadzane jak już mają kilka metrów i sadzone są w jakimś nieprzyjaznym im terenie, gdzie nie ukorzenią się należycie i są słabe jak gówno. Wszędzie karczuje się krzaki, a trawę kosi na kilka mm. I nikomu nic tam nie styka na synapsach, nikt nawet nie zająknie sie w tym całym pierdoleniu o ratowaniu planety, że zwykłe drzewa, krzaki i normalna naturalna trawa mogły by wiele podratować, mogły by zapewnić nam ochronę przed upałem, wiatrem, podtopieniami etc. Podobnie zresztą jak mało kto wie o tym ile wody zużywa ta cała sztuczna inteligencja i jakie mogą być tego konsekwencje dla planety,  ale to inna historia. 

Ale najbarziej to zdziwiły mnie komentarze pod moim postem z piorunami, bo ja też dla zabawy nagrałam se kilka błyskawic w slow motion i wrzuciałm to na instagram... Ja się jaram tymi burzami, bo jak tu zamieszkaliśmi w Belgii to tu nie było w ogóle żadnych prawdziwych burz ani nie dało się zobaczyć pioruna. Tam pierdziało coś czasem cichutko i błyskało w chmurach, ale przez kilka dobrych lat nie widziałam w Belgii normalnej burzy. Dopiero w ostatnich latach się zaczęły uaktywniać i można jakieś liche błyskawice zobaczyć. Mówię liche, bo w porównanii z tymi burzowymi spektaklami, które rozgrywały sie na podkarpackich niebiosach to to są popierdółki, a żadne nie błyskawice i grzmoty haha. Ja lubię burze. Są fascynujące. Burze to część natury. Z bratem i ojcem często obserwowaliśmy błyskawice i fotografowaliśmy je. Moja Młodzież też podziela tę zabawę. No i ja publikując wideo oczekiwałam, że ludzie napiszą tam, że oni widzieli lepszą błyskawicę i opowiedzą, czy u nich też była burza, a tu się okazało, że sporo osób zwyczajnie paniczne burz się boi. Niektórzy nawet byli przekonani że narażałam swoje i dziecka życie. No i okazuje się, że normalni ludzie to oni nie wiedzą nic o burzach. 

To dopiero jest przerażające. 

Ja tu nie twierzdę bynajmniej, że burz nie trzeba się bać, bo owszem burze bywają bardzo niebezpieczne, ale przede wszystkim to - moim zdaniem - powinno się posiadać choćby podstawową wiedzę na ich temat, a nie srać żarem tylko dlatego, że radio straszyło i ciągle popadać w skrajności. Dobrze jest zadadniczo używać mózgu czasem, zdrowego rozsądku, pomyślunku... Czego większości współczesnych ludzi zdaje się zwyczajnie brakować. Jedni w panice zamykają się w komórce na wieść o zbliżającej się burzy, a drudzy znowu beztrosko idą na masowe imprezy albo zostawiają samochody pod drzewami i nie ogarną nawet swojego podwórka, by wszystkie rezczy i ich własne zdrowie było bezpieczne. Co jest z tymi ludźmi nie tak? Ludzie się z gołębi śmieją, że nie potrafią gniazda zbudować i zachowywać się bezpiecznie, gdy biedne gołębie zostały zabrane przez człowieka z gór, gdzie znajdował sie ich naturalny habitat, do którego były dostosowane i zmusiły ich do życia wśród głupich ludzi, którzy nawet swój natutralny habitat zniszczyli. A tu czlowiek mieni się istotą inteligentą, myślącą. Koń by się uśmiał, a nawet gołąb. Mnie się wydaje, że większość ludzi nie ma nawet podstawej wiedzy potrzebnej do przeżycia, że nie posiadają już nawet podstawowych instyktów samozachowaczych, nie mają za grosz pomyślunku. A w tym kraju jest to wyjątkowo intesywnie widoczne, że ludzkość stała się strasznie głupia, że jednostki nie potrafią samodzielnie połączyć prostych faktów, że nie potrafią wyciągać wniosków z tego, co rejestrują ich zmysły, nie potrafią brać za siebie i swoje czyny odpowiedzialności. Ludzie nie potrafią zinterpretoewać tego, co widzą za oknem i co czuje ich ciało. Nie, im musi radio powiedzieć, że dziś jest gorąco i jakie są tego konsekwencje, a i tak buc jeden z drugim nie zrozumie i jeszcze będzie miał pretensje do wszystkich że słońce go spaliło i jego dziedek stracił przytomność z upału, bo idiota zabrał go na spacer w najwiekszy upał, a nikt mu nie powiedział, że tak nie można. 

No nie wiem, jak było u was i innych ludzi, ale nas uczono prawd o burzach od małego, tak jak się uczy prawd o ogniu, wodzie, osach, żmijach, wbijaniu gwoździ i krojeniu chleba i reszcie otaczającego nas świata. Rodzice, dziadkowie, nauczyciele tłumaczą dzieciom, że ogień może podpalić wiele rzeczy, że może nas poparzyć, ale też może nas ogrzać i zupę nam ugotować. Uczą, jak należy się obchodzić z ogniem. Tak czy nie? I tak samo z burzami. Odkąd pamiętam wszyscy na wsi brali sobie informacje na temat prognozowanych burz zawsze do serca. Już dzień wcześniej albo przynajmniej parę godzin czy choćby w ostatniej chwili zamykało się okna, sprawdzało czy wszystkie drzwi od stodoły są dobrze zabezpieczone, czy koło domu nie walają ją rzeczy, które może porwać wiatr. Nas gówniarzy przestrzegano, byśmy swoje zabawki pochowali do piwnicy czy stodoły, bo nam je inaczej porwie wiatr, zmoczy deszcz albo wytłucze gradem. Sprawdzało się też okrycia kop siana i ewentualnie poprawiało, nakrywało to czy tamto, zganiało krowy z pastwiska, psy brało sie do domu, zbierało pranie ze sznura i pościel z balkonu. Wyłączało się wszystkie urządzenia z gniazdek. Systematycznie sprawdzało sie piorunochrony przy domu. Nigdy nie parkowało się traktora pod drzewem, które mogło być potencjalną ofiarą burzy. No i powtarzane systematycznie przez wszystkich starszych z rodziny nauki, że w czasie burzy nie wolno się chować pod drzewami, bo w drzewa często trafia piorun. Że nie chodzić z kosą na ramieniu ani nie stać z widłami czy łopatą podczas burzy, bu piorun może w nie strzelić i porazić. To było dla wszystkich oczywiste. Tak samo jak to, że im krótszy czas pomiędzy zobaczenem blysku a usłyszeniem grzmotu, tym burza bliżej. Jak grzmotu nie słychać prawie albo czas jest długi, to spokojnie można siedzieć przed domem i napawać sie widokiem błyskawic. Tymczasem jak patrzę na belgijskie (i nie tylko) społeczeństwo, to mam wrażenie, że oni po prostu wczoraj się urodzili albo z jakiejś innej planety spadli i nic o życiu nie wiedzą, nie kumaja, nie myślą. Stado głupich baranów i tyle. 

A kiedyś zrobiłam wyśmienitą sałatkę (może już o tym mówiłam...? mówiłam?!) korzystając  z przepisu sklepu Colruyt . Z tym że to i owo po swojemu zrobiłam. 

Sałatka z fasolką, ziemniaczkami, serem i truskawkami

Ugotowałam małe ziemniaczki (w przepisie są ugotowane gotowe), a potem podsmażyłam je na maśle. Ugotowąłam fasolkę w osolonej wodzie.

Wymieszałam je razem, potem dodałam szpinak i pokrojoną w paseczki czerwoną cebulę oraz ser berloumi i polałam sosikiem z musztardy, miodu, octu i wody. Truskawki były u nas w opcji, bo Najstaszra stwierdziła, że jej to nie pasuje, ale dla mnie bomba. Berloumi to belgijska wersja sera halloumi.


sałatka z fenkuła zjedzona w restauracji


Wkurzyłam się znowu na kołczkę i cały tę tzw pomoc z biura pracy. Ostatnio stwierdziła, że może powinnam szukać pracy w zakładzie pracy chronionej... No dobra, pomyślałam sobie, może to faktycznie jest dla mnie najlepsze rozwiązanie. Poleciła mi konkretny zakład pracy w - powiedzmy - okolicy, czyli ok 15 km od domu. Od razu wykazała się też całkowitym brakiem wiedzy na temat belgijskich środków komunikacji publicznej znajomością obsługi wyszukiwarki internetowej i wytłumaczyła mi, że mam świetne połączenie autobusowe... potem jeszcze zaczęła mi tłumaczyć, gdzie znajduje się przystanek najbliżej mojego domu, ale w tym momencie już jej litościwie przerwałam... i przypomniałam, że ja w przeciwnieństwie do niej nie mam samochodu i co za tym idzie doskonale znam położenie wszystkich przystanków i dworców kolejowych w promieniu 5 km od domu i że to znalezione przez nią zajebste połączenie to ona se może wsadzić...  No jak mówiłam, uważa się mnie za debila, który kurwa sam na przystanek nie trafi ani połączenia nie jest w stanie sam znaleźć. Powalające jest poza tym jak wielu belgijskich urzędników mało wie o realnych szansach na dojeżdżanie autobusami do pracy, szkoły czy temu podobnych miejsc, gdzie nalezy zjawiać się codziennie na czas, a szczególnie o dojazdach z przesiadkami. Nie po raz pierwszy spotykam się z faktem, że ludzie  nie wiedzą, iż autobusy na belgijskim zadupiu systematycznie przyjeżdżają z wielominutowym (nawet godzinnym) opóźnieniem, a nie rzadko w ogóle się nie zjawiają. No ale przede wszystkim, że w najlepszym wypadku autobusy na danej lini kursują co godzinę, a w niektóre miejsca (jak np nasza wieś) przyjeżdżają raptem 2 razy dziennie. Raz na jakiś czas można se autobusem pojechać, ale dojeżdżania do pracy to ja bym nie ryzykowała... Jak idę na wizytę u lekarza, na którą muszę dotrzeć autobusem, zawsze wychodzę godzinę wcześniej. Nie wyobrażam sobie jednak, bym codziennie wychodziła do pracy godzinę wcześniej... Podzieliłam się swoją wiedzą tajemną o tym, że ludzie ze wsi, którzy nie mają samochodu, zwykle dojeżdżają 5 km na miejsce odjazdu tego drugiego autobusu zwiększając swoje szanse na dotarcie do punktu docelowego na czas o 50%. 
No ale mniejsza o moją złośliwość (nic nie poradzę na to, że ludzie mnie ostatnio wyjątkowo irytują). Samo miejsce to jakieś gospodarstwo biologiczne. gdzie mają też sklepik i przygotowuja jakieś paczki z warzywami... co wydaje się ogólnie ciekawe, choć nie wiem, czy akurat dla mnie. Spróbować w każdym razie jak najbardziej bym chciała, bo tylko w ten sposób się dowiem... No i znowu się trochę podjarałam, że jest jaka nowa opcja dla mnie - zakład pracy chronionej... Wyguglowałąm se tę firmę, wypełniłam formularz kontaktowy i zaraz na drugi dzień, akurat wtedy w Mechelen byłam w parku - zadzwoniła do mnie jakaś babka. Pierwsze o co zapytała, to czy mam dokument uprawniający do pracy w zakładzie pracy chronionej... Odparłam, że nie, ale że moja kołcza poleciła mi ich firmę i że podobno wysłała też wiadomość na ten temat do mojej asystentki z biura pracy... Babka na to, że otrzymanie stosownego dokumentu to bynajmniej nie jest takie hop-siup i że to mnóstwo warunków trzeba spełniać i w ogóle... zanim VDAB wystawi taki dokument... 
No jak mnie to wkurwiło!!! 
Bo czemu ta mądra mi tego nie powiedziała...?
Nic to, babka powiedziała, że na wolontariat czy niepłatny staż - co w sumie jest moim tymczasowym celem - jak najbardziej mogę przyjść i w ogóle obejrzeć sobie wszystko i że ona mi chętnie wszystko wytłumaczy co i jak... Miała mi wysłać mejl z datami kiedy mogę przyjść... ale może mi się pomerdało i to ja miałam wysłać mejl, bo jednak byłam myślami trochę gdzie indziej, a mój mózg niełatwo się przestawia teraz z trybu luz na tryb poważne sprawy (bardziej niełatwo niż przódzi). Nienawidzę, gdy się do mnie dzwoni w randomowych momentach, gdy nie przygotowana jestem mentalnie na to że ktoś będzie dzwonił i nie mam ani gotowych pytań, ani odpowiedzi na potencjalne pytania z drugiej strony, ani nie mam na czym zapisać, ani nie mam swojej agendy. 
Zadzwonię po niedzieli do niej albo napiszę mejl i się umówię.
A do tej najmądrzejszej z mądrych też zadzwonię po niedzieli i powiem, że nie ma takiej zasranej możliwości, bym ja zapierdalała rowerem w taki gorąc do gdziekolwiek, nawet na pierdoloną stację, bo na pierdoloną stację to ciągle 5km w ted i 5 km nazad. Jak chce, może se sama do mnie przyjechać rowerem. Niech mi wyśle link do wideokonferencji albo niech się goni.  O i tak się teraz byle czym i byle kim wnerwiam na potęgę. Kiepsko u mnie z psychiką raczej. Byłam już raz u psycholożki, ale teraz ma wakacje i na następną wizytę przyjdzie mi troche poczekać. No to czekam.

Małżonek też się cziluje teraz w domu, bo jego to dopiero wszystko wkurwia. Ma zapalenie mięśnia sercowego. Lekarka powiedziała, że ze stresu. Po niedzieli ma wracać teoretycznie do roboty, ale raczej jeszcze trochę zostanie w domu. Niech se a-jedynkowcy zapierdalaja sami w taki upał, jak tak kochają tę robotę. Banda popierdoleńców. Sorry, no sorry. Taka jest prawda. Wyobraźcie sobie że ci debile pracują do godziny 20, a nawet do 22, przychodzą we wszystkie soboty a nawet niedziele i święta. Sam fakt, że oni tak pracują, mógłby nas gówno obchodzić. Jak dla nas mogą nawet spać w firmie (zresztą niedługo będą, bo właściciel własnie kończy apartamenty przy firmie i już ponoć się o nie biją), ale problem jest taki, że te bezmózgi mają wielki problem z tymi, którzy pracują normalnie, zgodnie z tym co mają zapisane w umowie o pracę, tak jak np Małżonek. Niestety tak jest dziś w większośći belgijskich firm, bo normalnych ludzi na normalnych kontraktach jest coraz mniej. Bo ludziom sie nie chce robić. Każdy chce mieć lekka pracę. Do ciężkiej chcą chorych wysyłać haha.
Coraz więcej ciężkiej roboty wykonują tzw pracownicy delegowani (a-1kowcy), których - można rzec - nie obowiązują tutejsze przepisy, prawo pracy, którzy nie mają tutejszego ubezpieczenia, nie płącą tutaj podatków. Wielu pracuje w warunkach wręcz nieludzkich. Bez nich ten kraj już by padł całkiem. Z nimi prawo pracy jest abstrakcją i kpiną. Niewolnictwo w XXI wieku jest faktem, a większość społeczeństwa zdaje się być tego kompletnie nieświadoma. Choć tak powoli zauważam że niektórym już coś tam zaczyna świtać, coś zaczyna się niezgadzać, coś zaburza ich idealny obraz świata, cos już tam gdzieś dzwoni, ino nie wiadomo za bardzo co, i czy na pewno dzwoni... Trochę za późno już na pobudkę, ale pozyjemy zobaczymy. Małżonek obmyśla plan B ale to plan karkołomny i trudny. Ale w takich warunach pracy, jakie tu zaczęły panować, nie da się normalnie funkcjonować. Zresztą już nie tylko pracy...


Na koniec zapowiadane wideo z parku i kilka luźnych zdjęć.























12 czerwca 2026

Wszystko opornie idzie nawet gdy jestem starsza o rok

 Nie poszłam do azylu, bo nie czuję się na siłach. Ani fizycznych ani mentalnych. W planach było pójścide tam najpierw we wtorek, potem w środę, a potem w piątek, ale nie byłam ani razu w tym tygodniu, bo to był kiepski tydzień. 

Choć przyznać należy, że zaczął się bardzo dobrze i w sumie przyjemnie... Wybrałam się bowiem najpierw do Brukseli, by zdeponować tablicę rejestracyjną mojego skutera w DIV, czyli wydziale komunikacji. Pora bowiem wyrejestrować to badziewie. Może uda się go sprzedać, ale potencjalny kupiec coś nie może się zdecydować, czy go chce, czy nie. Nie ukrywam, że wkurzają mnie tacy ludzie, którzy się umawiaja, a potem im "coś wypada". Bo wiecie, raz to może coś wypaść, ale po miesiącu zaczynasz się zastanawiać, o co komuś chodzi. Chłop ponoć mówi, że na 100% weźmie, bo jemu nie przeszkadza, że to ustrojstwo czasem nie pali, gdyż jest mechanikiem i ogarnie taką drobnostkę i nawet zaliczkę chciał dawać, ale wybiera się po ten pojazd jak sójka za morze. Normalnie by mi to nie przeszkadzało, bo skoro skuter stoi tyle czasu to miesiąc w te czy wte nie robi różnicy, ale ubezpieczenie się właśnie kończy i albo będę musieć je zapłacić i potem czekać na zwrot albo przedstawić ubezpieczycielowi dowód sprzedaży, bo normalnie wypowiedzieć umowę trzeba było przed terminem, ale czekałam z tym, bo przecież chłop miał miesiąc temu przyjechać po skuter.

Bruksela z okna autobusu

 A mnie teraz wszystko tak opornie idzie, że takie niejasne sytuacje są dla mnie okropnie ciężkie i niebywale stresujące. Mózg mi nie mózguje. Każda nawet najprostrza czynność, każda nawet najbanalniejsza decyzja to dziś dla mnie wielkie wyzwanie, czasem wręcz zdające się być ponad moje siły fizyczne i mentalne. Często czuję się, jakbym patrzyła na świat z innej planety, a mój mózg spowijała gęsta lepka mgła,  jakby moje własne życie działo się obok mnie i mnie nie do końca dotyczyło, więc tylko sobie siedzę i patrzę nie podejmując żadnych działań. Bardzo ciężko jest mi się wtedy zmusić do życia, do jakiegokolwiek działania, do codziennych zadań, czasem nawet do wstania z łóżka...

Ale bywają też dni, że nagle dostaję przypływu energii i od rana działam, kręcę się, ogarniam chałupę, załatwiam załatwienia, tryskam pomysłami, chce mi się chcieć i chce mi się żyć, snuję jakieś niedorzeczne plany i co najgorsze, podejmuję różne dziwne decyzje, które potem mi ciążą niczym kula u nogi w tych gorszych dniach. Bowiem niestety te lepsze dni szybko przemijają. Ba czasem jest to dosłownie jeden dzień, choc innym razem cały tydzień, ale potem spadam znowu nagle w dół i opadam z sił.

Nie dotrzymuję nawet sobie samej danego słowa. Żałuję wielu decyzji podjętych w lepszych chwilach, bo sobie nie radzę z ich realizacją w gorszych dniach. Aaaaaaa! Ocipieć idzie.

Ale w końcu zebrałam się w sobie i napisałam mejl do swojej psycholożki z prośbą o umówienie wizyty. Odpowiedziała od razu, że mogę wpaść za tydzień, co mnie trochę zdziwiło, bo ja się spodziewałam kilku tygodni czekania, a tu proszę niespodzianka. Albo mam farta i akurat ktoś odwołał wizytę, albo dla stałych klientów są zawsze wolne miejsca :-D. Oczywiście zaraz jak tylko otrzymałam odpowiedź, zaczęłam żałować, że w ogóle poprosiłam o to spotkanie... Ale na chwilę obecną jestem z siebie dumna, bo w aktualnych okolicznościach i moim stanie to był swego rodzaju wyczyn. Im bardziej potrzebujesz pomocy, tym trudniej jest o nią poprosić. Taka jest moja obserwacja własna.

Leuven

Leuven, plac koło dworca

jakiś piekarz z leuven


Gdy załatwiłam DIV, poszłam kawałek dalej, by nagrać wideo na YT na słynnej brukselskej ulicy handlowej, a potem wskoczyłam do pociągu i pojechałam do Leuven, dokąd miała przyjechać Młoda, bo razem miałyśmy iść na wizytę w tamtejszym szpitalu uniwersyteckim. Kupiłam se jakąś maczę w Madmun i siedząc na schodach przy tym placu z powyższego zdjęcia próbowałam przez telefon rozwiązać z Młodą problem z drukarką. Młoda chciała w drodze na dworzec nadać paczkę do psiapsi i musiała wydrukować naklejkę na paczkę, ale drukarka postanowiła udawać, że jest zajęta drukowaniem jakiegoś starego dokumentu, a potem przekonywała, że my nie mamy w domu żadnego wi-fi. Drukarki znane są z tego, że są mistrzami we wkurzaniu ludzi. Jeśli chodzi o złośliwość rzeczy martwych to drukarki zdobywają zawsze czarny pas, nobla i wszystkie złote medale. W związku w powyższym przybycie Młodej do Leuven znacznie się opóźniło, a w planach było odchamianie się na mieście przed wizytą, bo ta była dopiero po południu zaplanowana. W ostateczności Młoda, która przez bunt drukarki, nie zdążyła spożyć śniadania,  podała mi przez telefon adres wegetariańskiej knajpki, którą właśnie nie dawno wyguglowała i zleciła mi pójście tam i zamówienie jedzenia, zanim ją pociąg dowiezie do miasta. Pani miała niezły ubaw, gdy musiałam przez whatsapp pytać, jaki Młoda chce sos do burgera i czy woli zwykłe ziemniaki czy bataty jako dodatek. Ja se jakąś sałatkę zamówiłam, która była przepyszna (albo ja byłam przegłodna). Jakby ktoś był w Leuven i miał ochotę na wege żarcie to polecam https://www.tabiloo.be/.




Po zjedzeniu wsiadłyśmy w autobus i pojechałyśmy już pod szpital. Dotarłyśmy tam godzinę przed czasem, więc spodziewałam się, że poczekamy co najmniej ze dwie godziny, bo na ginekologii zawsze było dużo opóźnienia, a tu - proszę ja was - niespodzianka. Ledwo zrobiłyśmy siku i sobie wody nalałyśmy z dystrybutora w poczekalni, już facjata młodej pojawiła się na ekranie. Godzinę przed czasem to ja jeszcze na wizytę chyba nie wchodziłam. Ale to jest ta dobra strona dzisiejszego systemu, że oni od razu widzą, kto przyszedł do szpitala i jest w poczekalni, bo to działa tak, że po przyjściu do szpitala rejestrujesz się z aplikacji w telefonie, w automacie albo w okienku. Wtedy pojawia ci się (albo drukuje) opis drogi... 

Szpital uniwersytecki to gigantyczny labirynt, ale doskonale oznaczony z podziałem na kolorowe drogi, bramy i poczekalnie. Na ginekologię w UZ Leuven wiedzie np czerwona droga, brama nr 4 i poczekalnia D. Pojawia się też kod, który skanujesz w automacie po dotarciu do danej poczekalni i wtedy lekarze wiedzą, że już tam jesteś. Zatem jak kogoś nie ma, bo np odwołał wizytę, to mogą wezwać tego, kto jest.

Po wizycie poszłyśmy jeszcze do czekoladkowni Bittersweet, bo Młoda chciała przetestować ich cudaczne pralinki. Ja też przetestowałam i mogę rzec, że bardzo smaczne. Drogie, tak samo jak w Leonidasie, ale fikuśne bardzo. 

czekoladki na patyczkach

pralinki :-)


Potem jeszcze było testowanie boby w COCO i taki se mix skraftowałam, że aż mnie zemdliło od słodyczy, bo se karmelowe coś wybrałam... Ale było pyszne! W drodze do dworca jeszcześmy do H&M zajrzały, by stwierdzić, że o ile tam zawsze były paskudne szmaty, tak teraz to już nawet określenia na to nie potrafimy znaleźć. Masakra jakaś, po prostu. Stracha na wróble bym w te "ubrania" nie przyodziała nawet. I to ja tam chciałam iść, bo w necie widziałam, że mają kolorowe czapki z daszkiem... Zaiste, mają, ale nie wyglądają jak na zdjęciach w necie, a jak coś co z rok na ulicy leżało... A idź pan... i jakie ceny do tego. Nie wiem, co ludźmi kieruje, by szyć takie rzeczy, ani tym bardziej by je na siebie zakładać. Ale dobra, na męskim znalazłam portki w stylu menel przecenione na 14€ i postanowiłam nabyć... Tylko że przy kasie się okazało, że muszę wziąść drugi produkt, by kupić je za tę cenę, inaczej kosztują ponad 5 dych. WTF?! No dobra, wzięłam dla młodego pierwsze lepsze skiepy, co leżały koło kasy... Aczkolwiek nadal nie rozumiem sensu. Ja to jednak baba ze wsi jestem i tyla.

boba




Na szczęście w Bereszce mieli czapki fajne, że aż się nie mogłam zdecydować. Przy okazji widziałyśmy jak gliny zgarniają jakieś dwie wypindrzone panienki... Pewnie chciały mieć nowe rzeczy za darmo... a może co innego przeskrobały, kto wie. Na pewno nie było to spotkanie towrzystkie w każdym razie... 

Nie wiem, co jest z tymi ludźmi. Trzeba wam wiedzieć, że teraz wszędzie kradną na grandę. Nie tylko w drogich sklepach z ładnymi rzeczami, bo w spożywczych marketach to jest wręcz plaga. Wszędzie porozklejali informacje, że kradzież jest karana i przypomnienia, że jest monitoring i kamery. Wątpię jednak, by złodziei to przekonywało... Przy berschka'ce czy primarku to chyba zawsze się policja kręci, no i ochrona bacznie się każdemu przygląda. 

Trafiłyśmy na tę godzinę, w której jedzie bezpośredni pociąg do nas, a jechał nim zabawny konduktor, który każdy komunikat wygłaszał na wesoło i sypał żartami. Najpierw zachwalał, że jego pociąg jest zajebisty, ale niestety ma tylko "hałaśliwą klimatyzację" (w sensie, że trza okno otworzyć, bo nie ma klimy). Śmiesznie wymawiał nazwy stacji, celowo przekręcając albo dodając jakieś głupoty "...w Mechelen możecie się przesiąść do HAAAAAAAASELT...". Zapowiedział też, że "pociag zatrzymuje się w Baasrode Zuid, ale TYM RAZEM nie zatrzyma się niestety w Baasrode Noord", gdy rzeczone Baasrode Noord jest po prostu muzeum pociągów i tamten tor jest linią turystyczną, po której latem w niedziele jeżdżą  parowozy i spalinówki na krótkiej trasie turystycznej. Dla obcych tekst bez sensu, ale dla tubylców śmieszny :-) Uwielbiam takich konduktorow, a czasem się trafia na takich wariatów. Podróż od razu fajniejsza. Jak sprawdzają bilety oczywiście też se stroją żarty i dogadują podróżnym, gdy tylko wyczają, że na swojego trafili. 

Pozostałe dni były ponure. Za oknem pogoda typowo belgijska, czyli słonce-deszcz-słońce-burza z piorunami-słońce-deszcz-słońce-deszcz i tak codziennie przez cały dzień i noc. Jednego dnia popedałowałam do sklepu i kupiłam bułki i kiełbaski na hot dogi. Dla panów normalne mięso, dla pań roślinne. Udało się też pekińską dużą kapustę natrafić w końcu, to wzięłam na gołąbki dla Młodego i mu zrobiłam. Poza tym nie wiele robiłam w tym tygodniu, bo czułam się beznadziejnie. Dwa dni były dniami prania. Wyprałam i wysuszyłam (częściowo na sznurze, częściowo w suszarce) 3 pościele, jeden zestaw świńskich dywaników (tego nie suszy się w suszarce, bo by potem wszystkie ubrania świniami waliły), jedna pralka ręczników, jedna pralka ścierek róznych ma 90 stopni, jedno pranie białe, jedno pranie czerwone, jedno pranie czarne... Ze dwa razy w tygodniu poodkurzałam. Raz ogarnęłam łazienkę. U świń też ze dwa razy posprzątałam. Kurniki staram się sprzątać codziennie (znaczy kupy zbierać szufelką), ale zdarzają się dni, że odpuszczam, ale wtedy biednym kurom śmierdzi i one potem całe śmierdzą... Zdarzyło się też ze dwa razy, że nie wyprowadziliśmy naszych ku na spacerek poza ogród, a one czekają na to i domagają się codziennie wieczorem - stoją przed furtką albo przed oknem i głośno krzyczą. 

zmokła kura Riko

Najchętniej wypuszczałabym je w dzień, ale sąsiad mógłby je poprzejeżdżać. Ostatnio mało mnie nie przejechał, a kury uskakiwały w popłochu spod kół, bo idiota nawet nie zwolnił. Zastanawiamy się tylko, czy chłop już niedowidzi, czy też robi to specjalnie. Zdarzyło sie już trzy razy, że normalnie na ulicy poboczem idąc czy jadąc rowerem, musieliśmy uskakiwać, zjeżdżać na trawę, gdy jechał jak z macochą do piekła tym swoim rozklekotanym wielkim samochodem, bo mało nas nie potrącił. Chłop jest grubo po siedemdziesiątce i jego rozum, wzrok czy inne zmysły mają prawo odmawiać posłuszeństwa, ale jak ktoś stanowi zagrożenie dla innych, czy siebie to powinien być pod opieką specjalisty, a nie zapierdalać samochodem z przyczepką po wsi jak szaleniec... 

Nie dawno, jak poszłam zanieść dokument z czyszczenia pieca (chyba już wspominałam...?) z zaleceniem, że trzeba zrobic dodatkową wentylację, bo inaczej nie wydadzą pozytywnej opinii na temat bezpieczeństwa pieca, mimo że piec jest sprawny (a to znaczy, że mogą zakazać jego używania) to dla właściceli najważniejszym problemem zdawało się "co to jest za firma?" "kto to jest?" (no bo jak to my możemy zatrudniać kogoś, kogo oni nie znają, no doprawdy skandal!) i od razu, że to na pewno nie oni mają robić i płacić, tylko my. (flamandzie skąpstwo to już jest choroba). Ja na to, że my zapłaciliśmy właśnie ponad 200€ za obowiązkowy przegląd i czyszczenie pieca, co jest naszym obowiązkiem, ale remonty domu i inne naprawy to niestetety obowiązek właściciela domu i że mają to zrobić w ciągu trzech miesięcy... Mniejsza o to czy zrobią, czy nie zrobią, ale takie sytuacje świadczą coraz wyraźniej o tym, że niektorych lekko przerasta dzisiejszy świat...

A tymczasem - skoro już narzekam na dom - podczas każdej grubszej ulewy z wiatrem ciągle kapie nam woda z sufitu na poddaszu, a pod drzwiami wejściowymi w salonie tworzy się wielka kałuża. Już nas to nawet przestało wkurzać. Teraz już się tylko śmiejemy, bo co zrobisz? Bok se wyrwiesz? Z takimi dziadkami i babkami żyjącymi mentalnie w ubiegłum stuleciu ciężko jest prowadzić negocjacje. Oni działają, ale bardzo powoli i trzeba im tysiąc razy przypominać, no i zawsze najpierw próbują każdy szkopół rozwiązywać własnorecznie z pomocą innych, jeszcze starszych dziadków, jak to 50 lat temu robili. Nie umniejsza to bynajmniej naszych problemów z mieszkaniem, ale przynajmniej daje się zrozumieć.

Gdy dla heheszków wrzuciłam wideo na instagram z nagraniem tej wszechobecnej wody to ludzie radzili mi, bardzo rozsądnie nawiasem mówiąc, pójście do sądu, do związków, do gminy itd itd. Teoretycznie to bardzo wszystko ma sens i jest mądrą poradą, ale nie w tym konkretnym przypadku. My jesteśmy bliskimi sąsiadami, a to oznacza, że po zgłoszeniu problemu gdziekolwiek i zaczęciu procedur, może i uzyskamy to, czego się domagamy (ale i to nie jest pewne, bo standardy i normy belgijskie różnią się o tych znanych z Polski, są w cholerę niższe, wręcz śmieszne), ale w gratisie dostaniemy wrogów i nasze życie tutaj stanie się piekłem albo zwyczajnie chwilę później dostaniemy wypowiedzenie umowy najmu pod jakimś idiotycznym pretekstem i dopiero wtedy znajdziemy się w dupie. Niektórzy starsi ludzie są bowiem dosyć złośliwi... 

ta kałuża jest irytująca, ale też nie tragedia


Życie na wsi kieruje się specyficznymi zasadami i jak chcesz w miarę spokojny żywot wieść, a nie jesteś do tego przypadkiem obrzydliwie bogaty, nie masz za sobą połowy wsi ani prawników w rodzinie, to lepiej się za bardzo nie kłócić, nawet w słusznej sprawie, bo można się znaleźć w jeszcze gorszej sytuacji niż się było z powodu danego problemu. Kto na wsi nie mieszka, może nie wiedzieć, jak to wygląda ani nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji zadzierania z ludźmi, którzy mają wszędzie znajomych. Tutaj nikt nie jest anonimowy jak w jakimś mieście, gdzie nikogo nie obchodzi jak żyjesz, co robisz i z kim się kłócisz. Jak dziś bym zgłosiła problem w jakiejś instytucji, już jutro by wiedział o tym listonosz, a pojutrze pół gminy. A kto wie, czy za miesiąc, za rok nie będę potrzebować pomocy albo nie będę chciała pójść do pracy w okolicy...?

Ja ogólnie staram się załatwiać wszystko polubownie i z wielką dozą wyrozumiałości dla różnych ludzi, ale też biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, a nie tylko ten jeden, który w danym momencie najbardziej mnie uwiera. Zdecydowanie nie należę do ludzi, którzy o wszystko się wykłócają i walczą o swoje nawet jakby mieli przy tym wybić pół świata. Ja nade wszystko cenię sobie święty spokój, a już szczególnie na tym etapie mojego życia, gdy nasz stan psychiczny i fizyczny jest raczej kiepski, a i finansowy też już lepsze momenty pamięta... 

Najchętniej po prostu bym się stąd wyprowadziła w inne miejsce, ale o tym juz sto razy mówiłam...

Wakacje letnie zbliżają się wielkimi krokami i Młody już odlicza dni do kończa czerwca. W większości szkół uczniowie zaczynają już trząść portkami przed ostatnimi w tym roku egzaminami. W szkole Młodego nie ma typowych egzaminów, ale też piszą podobne testy (tylko nazwa jest inna i nie ma takiej narracji egzaminacyjnej i srania żarem). Póki co to jeszcze różne wycieczki i inne fajniejsze luźniejsze zajęcia się odbywają. W tym tygodniu Młody np musiał przygotować na angielski jakieś jedzonko. Do każdej potrawy należało sporządzic listę składników po angielsku oraz alergenów, no i info typu vege, halal etc

Wybrał ulubione czekoladowe ciastka, popisowy deser Młodej, które starsza siostra pomogła mu upiec nadzorując każdy krok i pouczając. Gdy się okazało, że każdy z jego grupy przygotowuje coś słodkiego, to Młody bał się liczył, że jego ciastek nikt nie tknie i wszystkie będzie sam musiał mógł zjeść (bo to jego ulubione), ale ciastka okazały się wielkim suksesem. Ledwo jedno udało mu się zachować dla kumpla, który nie chodzi na angielski, a który chciał skosztowac wypieku Młodego. Niektórzy nawet o przepis poprosili, by samemu w domu upiec, tak im posmakowały.

Kołczka przysłała już też termin końcoworocznego driehoekgesprek-u, czyli rozmowy w trójkącie uczeń-rodzic-coach podsumowującej trymester. Za dwa tygodnie w piątek odbędzie się też focusmarkt, czyli prezentacje wszystkich focusów, czyli zajęć, tematów dodatkowych, na których fokusowali się przez cały rok poszczególni uczniowie. Każdy będzie miał swój stolik, kramik na którym zaprezentuje, co udało mu się przez rok nauczyć, osiągnąć... Młody zrobi oczywiście wystawę fotografii. Zdjęcia już są gotowe, a ja własnie wymyśliłam mu proste podpórki wycięte z twardego papieru. 

zdjęcie na podpórce

podpórka do zdjęcia na wystawę fotografii


Zainspirowałam się drewnianymi podpórkami pod obrazy znalezionymi kiedyś w kringwinkel. Przykleiłam jedno zdjęcie do białej twardej kartki z bloku, a podpórkę wycięłam z czarnej. Stoi sztywno, więc można rozpocząc masową produkcję i myślę, że w weekend się zabierzemy, bo wszystkie wybrane zdjęcia trzeba przykleić do białej kartki i wyciąć kilkanaście podpórek. No i podpisy wydrukować. Młody nie wie, jak dużo placu będzie miał, ale trzeba ze 20 zdjęć przygotować. Resztę wkleimy do albumu i też bedzie można go zaprezentować. Pomogę mu, bo on nie jest dobry w drobne prace manualne i zbyt niecierpliwy. Choć rysować lubi i ostatnio batdzo dużo rysuje. Głównie postaci z mangi. Kupiłam mu mnóstwo pisaków, w tym zestaw z różnymi kolorami skóry i bazgroli z przyjemnością, co bardzo mnie cieszy. Systematycznie przychodzi się pochwalić jakimś nowym rysunkiem, a trzeba przyznać, że nieźle mu wychodzą. Ma talent, a powiem wam, że jak był mały to raczej nikt by go o talent plastyczny nie podejrzewał. Ale to brało się zapewne - tak samo jak u Młodej - z wolniejszego rozwoju małej motoryki i hipermobilności. Iluż rzeczy człowiek nie wiedział, nie był świadomy zaczynając przygodę z macierzyństwem! Dopiero, gdy obydwoje wyćwiczyli sobie już swoje chude i lelawe gałązki, mogli zacząć korzystać ze swojego talentu plastycznego. 

Nie dawno Młody odkrył na nowo rolki. Któregoś dnia nagle ni z gruszki nie z pietruszki zapytał, gdzie są rolki, a potem poszedł przekopywać strych... Dłuższą chwilę później wrócił rozentuzjazmowany z pola, chwaląc się że nie tylko nie zapomniał jazdy, ale jeździ o wiele lepiej niż ostatnio, że umie nawet nawracać i hamować. Od tego dnia codziennie wieczorem idzie na rolki nie ma go czasem nawet 2 godziny. Nawet już o fotografii trochę zapomniał, bo nie pozwaliłam mu zabrać aparatu na rolki. Aparat (nawet taki Lumix) nie należy bowiem do tanich zabawek. Na wakacjach zapewne znajdzie czas i na rolowanie, i na fotografowanie. No chyba że okaże się, że jego fucus na tym temacie już się skończył. Tak czy owak, czego się przez rok nauczył, to mu zostanie, a frajdę miał wielką z każdej wytropionej sarenki, wiewiórki czy dzięcioła, a jeszcze większą z każdego udanego zdjęcia. Może być z siebie dumny.

Ja cieszę się, że mimo wielkego umiłowania do komputerów i gier w sieci, znajduje czas i z chęcią i całkowicie dobrowolnie poświęca go na rysowanie, fotografię, rolki oraz codzienne ćwiczenia, a ćwiczy upracie w swoim pokoju wieczorami po kilka minut dziennie, ale codziennie: po kilka pompek, brzuszków, przysiadów - tak jak podglądnął to pewnie podczas moich ćwiczeń - a do tego hantelki. Już niezłe muskuły wyrobił. Twarde jak kamur. Mięśnie w nogach też ma mocne jak diabli. Jakby nie patrzeć, kręci tym swoim rowerkiem po prawie 20 km dziennie, przez 5 dni w tygodniu, no i dźwiga te ponad 20kg wkładając rower do pociągu i z pociągu wyciągając. Słyszę czasem głupawe komentarze, że elektryczny rower to nie rower i młodzi nie powinni jeździć elektrykami, bo to wstyd. Ale ja się pytam, czy lepiej jak człowiek przejedzie ponad 100km/tydzień elektrykiem, czy jak ani razu przez ten czas na żaden rower nie wsiądzie i wszędzie dupsko autem albo autobusami wozi...? Bo z moich obserwacji wynika, że najwięcej do powiedzenia na temat jazdy elektrykiem mają ludzie, którzy żadnym rowerem nie jeżdżą i do pracy, szkoły, sklepu, lekarza, a nawet na siłownię samochodem jadą i swoje dzieci wszędzie podwożą. Ci ludzie zwykle nie są w ogóle świadomi prostego faktu, że jak masz zwykły rower, to możesz dojeżdżać nim, dajmy na to, do 10 km, ale jak masz elektryczny, to już po 20 km dojedziesz codziennie swobodnie, a i 30 dasz rady, jak jesteś młody i wysportowany. Jak zainwestujesz w speedpedeleca to 50km z łatwością przemkniesz codziennie.  Dzięki silniczkowi możesz przemieszczać sie rowerem po pagórkowatym terenie swobodnie i przewozić ze sobą ciężki towar, czy dziecko w foteliku. Młody nie mógł by chodzić do tej szkoły, do której chodzi dziś, gdyby nie miał roweru elektrycznego, bo nie ma połączeń dobrych i 2 razy musiał by sie przesiadać, godzinę wcześniej wychodzić z domu i godzinę wcześniej wracać. No i to ciągle jest przecież rower - pojazd napędzany głównie siłą nóg, nawet jak te nogi mają pomoc silniczka, to ciągle muszą pracować intensywnie, by wprawić pojazd w ruch. A jak nogi pracują codziennie, to są zdrowe i silne, a i kondycja się poprawia z każdym dniem, człowiek oddycha świeżym powietrzem, zażywa słońca, słucha śpiewu ptaków... 

Wczoraj skraftowałam se czaderskie smoothie. Postanowiłam posprzątać resztki i niechcący swteorzyłam napój deserowy o samku tiki-taków (subiektywna opinia). Rozpakowałam dużą paczkę daktyli i chciałam je schować do plastikowego pudełka, żeby mi znowu mrówek nie nalazło, jak ostatnio, kiedy całą (na szczęście małą) paczkę musiałam wyrzucić do kosza, bo cała była zamrówkowana, a nie przepadam za mrówkami... Okazało się że się nie zmieszczą wszystkie, więc pozostałe siedem pokroiłam i wrzuciałm do blendera. Do tego już prawie brązowy banan, bo też szkoda wyrzucać. Dalej poszło pomięte i miękkie jabłko, mały waniliowy napój sojow isolidna łyżka bio masła orzechowego, które kiedyś w mega wielkim słoju kupiłam i trzeba je do czegoś w koncu zużyć. Dziś robiłam ponownie, tym razem ze zwykłym mlekiem. No, mówię wam, tiki-taki z wawela w płynie, choć wygląda trochę jak kupa.



Poprzednią razą się zapomniałam pochwalić, że znowu jestem o rok starsza. Galopujący szok, za rok skończę pół wieku! Czasem czuję się na 90, ale często na 15.

 
Młoda upiekła dla mnie czaderski tort. Nie udał jej się dokłądnie taki jak sobie zaplanowała, bo trochę słabo wyrosło ciasto, ale działał (niestety nie posiadam dobrego zdjęcia z owego działania). To serce po przekrojeniu krwawiło. Mega efekt! W pierwszym pomyśle to miało mieć ponoć kształ prawdziwergo serca ludzkiego, co dało by o wiele efektowniejszy rezulat, ale i tak szacun wielki dla Mojej Córki za pomysł i za wykonanie. To był pracochłonny tort. Cały dzień spędziła w kuchni! A jakie to ci było smaczne! 
No i dostałam od niej talon na balon :-) Polecimy obie, bo nikt więcej z Naszej Piątki nie reflektowal na lot balonem (dziwni ludzie!) to kupiła dla mnie i dla siebie. To był taki prezent co się go wcześniej omawia :-) Teraz musimy jeszcze wybrać termin i miejsce lotu, ale to już najmniejszy problem.
Od Małżonka też dostałam wcześniej omówiony prezent. O wiele bardziej praktyczny, ale równie fajny. Wziął mi nowy telefon do spłacania z abonamentem, bo mój stary niedługo przestanie działać, gdyż od połowy roku nie będzie już aktualizcji dla iphone 11, więc niedługo potem prawdopodobnie przestaną działać aplikacje bankowe i wszystkie inne ważne, bo to zawsze tak jest z tymi telefonami... Dziś bez sprawnego telefonu jak bez nogi... ale dobry telefon musisz wyrzucić albo sprzedać za śmieszną kwotę i przymusowo kupić nowszy, bo firma celowo przestaje go aktualizować. Ja tam bym wolała używać sprzętu jak najdłużej, a nie co chwilę wymieniać, no ale trudno... Ja już stara jestem i absolutnie nie jarają mnie nowsze modele telefonów ani niczego innego. Wolę stare ale jare, o ile są sprawne.




Poniżej jeszcze parę zdjęć z Brukseli.












W Międzyczasie nagrałam opublikowałam dwa nagrania z przemyśleniami na temat długiego chorobowego, a dziś wrzuciłam na Youtube pierwszą historyjkę związaną z popularną ulicą handlową w Brukseli, bo akurat byłam tam i mnie natchnęło, by o tym właśnie opowiedzieć. Nie wiem, czy ktoś poza mną lubi takie prawdziwe opowieści oraz legendy związne z różnymi przypadkowymi miejscami, ale i tak zamierzam je nagrywać, bo dużo ich mam w zanadrzu, a co chwilę na kolejne natrafiam ;-)



7 czerwca 2026

Zmęczył mnie ten tydzień

 Ostatnie dni dosyć, że tam powiem, ciekawe były. Zdaje mi się, że ten tydzień miał jakby więcej dni i godzin, bo więcej niż zwykle się wokół mnie działo i więcej rzeczy zdązyło mnie wnerwić haha.

Zaczęłam tydzień od wizyty w naszej przychodni, gdzie jakiś młody sympatyczny lekarz, którego pierwszy raz na oczy żeśmy widziały, wypełnił najstarszej dokumenty do FOD-u. Tego samego dnia dosłałałam tam jeszcze skany dokumentów z poradni CLB z czasów szkolnych, które uznałam za ważne w kwestii ewentualnego uznania niepełnosprawności. Teraz trzeba będzie czekać diabli wiedzą ile na jakiś ruch FOD-u.  Następnym krokiem powinno być zaproszenie córki na spotkanie z orzecznikiem czy czymś w tym rodzaju. Młoda już czeka od kilku miesięcy i nic na razie z tego nie wynikło. Nie da się też sprawdzić statusu sprawy online. Nic tam się nie zmienia. Zatem trzeba czekać po prostu. Młodej nie długo kończy się zasiłek i teoretycznie już powinni ją zawezwać na rozmowę, ale nic na razie nie przyszło. Oby się tylko nie okazało znowu, że cholerna poczta strajkuje czy że zgubili list, czego niestety w tym kraju można się spodziewać. List do Najstarszej z wezwaniem do przesłania formularzy przez rodzinnego przyszedł np z ponad 2-tygodniowym opóźnieniem i zostało tylko kilka dni na spotkanie z rodzinnym, gdy na wizytę czeka się co najmniej miesiąc. Dodzwoniłam się do FOD-u w ostatnim dniu i baba niby powiedziała, że daje nam dodatkowy miesiąc, ale skąd możesz wiedzieć, że faktycznie tak się stało, jak tego nie widać w dossier online... U nas tego ty[u dokumenty wysyłane są zwykłymi listami, nie poleconymi, jak to dawniej np w Polszy bywało...

Te procedury są wielce irytujące. Człowiek chce wiedzieć, na czym stoi. Przedłużą ci zasiłek? Uznają oficjalnie twoją niepełnosprawność? Chcesz to wiedzieć, by jakoś dalej życie planować. Obecna nasza sytuacja - zarówno moja, jak córek - jest jedną wielką niewiadomą. 

Ja właśnie otrzymałam zaproszenie do orzecznika z Funduszu Zdrowia i znów się głowię, jak mam się tam dostać. Nie wiem, kto w ogóle wymyślił, by umiejscowić tę placówkę w jakimś totalnym wypizdowie, gdzie psy dupami szczekają a wrony nawracają, bo nawet nasrać się nie opłaci. Nie wiem, jak dostają się tam chorzy, którzy mają problem z poruszaniem się... Od stacji stosunkowo daleko. Miejsca parkingowego praktycznie brak. Rowerem czy skuterem to jest lekki hardcore - mnie w każdym razie przeraża droga i w ogóle cała okolica, gdzie owo biuro się znajduje.  Pomijając już nawet wszechobecny syf (całe wory ze śmieciami na poboczach dróg itp) to tam jest wiecznie coś rozkopane, a ulica bardzo ruchliwa, skrzyżowanie, zjadzj z autostrady, przeto przedostawanie się na miejsce jest ogromnie stresujące. I w ogóle jak przyjdziesz za wczasu to kiblujesz przed budynkiem na asfalcie, bo tam nic nie ma, żeby gdzieś zajść, usiąść, czy choćby na stojaka przycupnąć pod zadaszeniem, gdy pada czy żar z nieba się leje. Raz siedziałam godzinę pod jakimś opuszczonym garażem.... Żenada do entej potęgi. Okropnie się zawsze stresuję tymi wizytami nie z powodu samych spotkań z tzw lekarzem, bo to mnie ani grzeje, ani ziębi, ale ta droga mnie przeraża zwyczajnie. To ponad 20 km rowerem a komunikacją przesiadki na jakies autobusy, na które w tym kraju w ogóle liczyć nie można, więc trzeba godzinę wcześniej co najmniej się wybrać, a potem stać pod drzwiami jak debil, gdy autobus na złość przybędzie na czas.

We wtorek odebrałam kolejny Decapeptyl.  Już wieczorem mnie zlagowało, a tu na następny dzień znowu miałam spotkanie z tą całą kołczką cudotwórczynią,  co to ma cud sprawić i znaleźć dla mnie miejsce na rynku pracy... To są jej własne słowa, że "spróbuje sprawić cud". Jak bum-cyk-cyk, nie cyganię. Co tylko jeszcze większe zwątpienie we mnie wzbudziło co do tego typu "pomocy" i "usług" za ciężkie pieniądze podatników, bo jak ja idę do urzędu po poradę i wsparcie, to oczekuję, że oni tam w przeciwieństwie do mnie twardo stąpają po ziemi i że na rzeczywistych faktach i konkretnych realiach swoją pomoc opierają, a nie swojej wybujałej fantazji  i że radośnie o cudach i czarach-marach prawić ci będą... Laska jest w ogóle typiarą z gatunku haha hihi sram tęczą, z którym to gatunkiem fajnie jest pójść na browara, czy pogadać w pociągu, ale kury ani świnki bym temu pod opiekę nie powierzyła... 

Ja to jednak mentalni już stara wredna baba jestem i wszytsko muszę skrytykować chłe chłe.

 Wstałam zmęczona i słaba jak nie przymierzając gówno. Powiedziałam sobie, że pojadę tylko do najbliższej stacji i drugą połowę drogi pojadę pociągiem, bo nie mam sił, by drzeć rowerem po górkach kilkanaście kilosów. Jednak w połowie drogi do stacji rozdarło się niebo i zaczęła się dzika burza z piorunami, gradem i ulewą, że świata nie było widać. Przy pierwszych kroplach deszczu przyodziałam się ze śmiechem w pelerynę, portki przeciwdeszczowe i ochraniacze na buty, ale jak zaczęło walić wkoło mnie piorunami i wiać jakby koniec świata miał zaraz nastąpić, to przestało być to zabawne. Nie było gdzie się skitrać na czas nawałnicy, bo wokół albo łyse pole, albo ogrodzone wysokim płotem chałupy. 

Jadąc w tej zlewie i dumając o sensie tej całej morderczej wyprawy przypomniałam sobie nagle wypierdy rodaków pod pewnym artykulem, które przeczytałam w komentarzach na fb podczas porannej kawy, co mnie jeszcze bardziej zmęczyło i wyprowadziło z równowagi (nie wiem, czy ja w ogóle jestem w równowadze w ostatnich miesiącach). Ludzie jechali tam po chorych na dłuższym zwolnieniu, jak po łysej kobyle. Krzyczeli, że pora, by ludzie przestali "udawać chorych, wymyślać se jakieś depresje i inne rzekome z dupy wyjęte choroby", bo to wszystko udawacze i wyłudzacze, bo ileż można chorować. Przecież to nie jest normalne, bo oni przecież widzą, że ci rzekomo chorzy na wakacje jeżdżą, a jak ktoś jest na prawdę chory, to chyba nie jeździ na wakacje, tylko leży w łóżku co nie?

Tak uważają niektórzy Polacy w Belgii, a nie były to bynajmniej pojedyncze komentarze tylko jednogłośne wołanie o wysłanie długotrwale chorych do roboty... 

Zauważyłam, żde rodacy uwielbiają pisać nienawistne, agresywne komentarze pod każdym postem, na każdy dosłownie temat. Zwykle są to te same nazwiska, bo najwyraźniej niektórzy  "nasi" zdają się znać dosłownie na wszystkim i wszystko wiedzieć lepiej. Do tego wydaje im się, że na fejsbuku powinni pisać wszystko, co tylko w głupich łbach im się urodzi i na każdy temat się wypowiadać, nie bacząc na to, czy temat ich dotyczy, czy mają choćby bazową o nim wiedzę... Przeważnie jest to po prostu śmieszne i czytam czasem takie komentarze dla beki, ale już to, co pojawiło się pod moim wideo o wypadku z udziałem dzieci na MOJEJ blogowej stronie na fb, lekko mnie zszokowało. Niektórzy Polacy potrafią wszędzie zostawić swoje śmierdzące gówno, nawet pod takim postem, w którym opowiadasz o swoich uczuciach, o tragedii, o śmierci niwinnych dzieciaków. Wszędzie potrafią wywołać kłótnię i zrobić oborę... To jest okropne! Niektórzy ludzie są  po prostu pojebani i nawet tego nie widzą.

No ale te komentarze o chorych dotyczyły poniekąd mnie osobiście i o ile podczas ich czytania po prostu się uśmiechnęlam krzywo i przewróciłam oczami, tak jak tak jechałam w tę burzę walcząc ze zmęczeniem i złością, pomyślałam sobie, że ja życzę im wszystkim raka.  TAKżyczę takim ludziom, by znaleźli się choćby w sytuacji choćby do mojej podobnej, w której byli by za zdrowi by leżeć w łóżku, a za słabi, by iść do pracy.  Nagrałam o tym krótkie wideo w drodze powrotnej, emocjonując się do telefonu zawieszonego w uchwycie na kierownicy, ale powiem tutaj raz jeszcze: 

z całego mojego serca życzę tutaj wszystkim, którzy zazdroszczą chorym choroby lub w inny sposób mają z chorymi problem, by ich to samo spotkało, by dostali raka, depresji, czy innej poważnej choroby, aby mogli sami nacieszyć się tymi wszystkimi "profitami" i :radościami", którymi cieszą sie ludzie chorzy, by mogli se na wakacje na chorobowym pojechać, by dostawali zasiłek chorobowy, by nie mogli znaleść pracy, ale by na każdym kroku słyszeli że są leniami i darmozjadami, by byli wiecznie zmęczeni od niczego, by im brakowało sił by wstawać codziennie z łóżka, gotować, by nic ich nie cieszyło. Życzę im tego z całego swojego serca! Bo ja jestem dobrym człowiekiem i chcę by ludzie dostali to, czego pragną i czego zazdroszą chorym. Tylko tyle.

Niektórzy uważają, że nie powinno się drugiemu życzyć źle, ale ja nie widzę ani jednego powodu, by tego nie robić. Przecież to tylko słowa. One nie mają żadnej mocy sprawczej, jakby kto nie wiedział, ale mam nadzieję, że zabolą co najmniej tak samo mocno, jak mowienie choremu, by zabrał się do roboty. Debil jeden z drugim nie zdaje sobie sprawy, że takie słowa mogą nie tylko mocno zranić, ale nawet zabić. Dla wielu może to być bowiem o jedną kroplę za dużo i w końcu wezmę sznur i pójdą nad rzekę... 

A potem będzie zdziwienie, że jak to, dlaczego, przecież tej osobie świetnie się żyło, nawet do pracy nie musiała chodzić, bo miała przeciez zasiłek i w ogóle kurwa raj na ziemi. Ale to ty jeden z drugim bedziesz miał wtedy krew na rękach! 

O tym powinno się więcej mówić, bo ja pewnie też nie raz bedąc zdrową i młodą, pomyślałam sobie, że ludzie zdziwiają, udają chorych. Bo jakoś nie mówi się o tym, jak to jest być chorym kilka lat czy choćby miesięcy. Ja widzę sporo artykułów, filmów itd albo na temat śmierci i żałoby rodziny, albo właśnie na temat wyzdrowienia, na temat bohaterskiej walki z chorobą i przeciwnościami losu, co dla wielu chorych jest na pewno motywujące i dające nadzieję, ale tylko do pewnego momentu. 

Gdy bowiem znajdziesz się na pewnym etapie, to tego typu pozytywne narracje tylko pogarszają twój stan. Gdy walczysz z całych sił, starasz się tygodniami, miesiącami, próbujesz wszystkiego, ale nie otrzymujesz żądanych efektów, zaczynasz w siebie wątpić. No patrz, wszystkimi sie udało wrócić do pracy, a nawet nie nie tylko do pracy, ale nagle zaczęli podróżować, uprawiać sporty ekstremalne, napisali książkę, nagrali podcasty, znaleźcli miłość, robią karierę, założyli rodzinę etc etc a ty ledwo każdego dnia zwlekasz się z łóżka... Zaczynasz się zastanawiać, co z tobą jest nie tak, co robisz źle, że tobie się nie udało, skoro wszyscy inni doskonale sobie poradzili i już dawno poszli dalej, a ty ciągle jesteś chory i słaby. Na pewno za mało się starasz, na pewno wyolbrzymiasz swoje problemy, bo skoro inni potrafili wyjść z choroby, to ty też powinienieś. Wszysycy wokół pracują, a ty gnijesz w domu. 

Tak, to są moje osobiste rozważania. Takie lub tym podobne myśli towarzyszą mi każdego dnia. Co ja do cholery robię nie tak, że wszyscy wrócili po raku do jakiejś pracy, a ja nie potrafię? Dlaczego inni czują się już dobrze, a ja jestem słaba? Może coś robię źle? Może powinnam się bardziej starać...? Nie trafiłam dotąd na żadną książkę, żaden film, żadną opowieść pacjenta onkologicznego, który by opowiadał o tym, że 3, 5, 10 lat siedział na chorobowym po raku (w sensie po zakończeniu leczenia nie mając przerzutów ani nie będąc pacjentem paliatywnym). Nikt o tym nie mówi, czy takich ludzi nie ma? Z rozmów z personelem szpitalnym wynika, że są, że tak się zdarza, ale gdzie w takim razie ci ludzie są i czemu o tym nikt nie mówi...? Dlaczego na szpitalnych stronach nie ma o tym żadnych artykułów, choć na każdej prawie znajdziesz zapisek, że chroniczne zmęczenie po raku może trwać latami, że skutki uboczne chemioterpii i terapii antyhormonalnej mogą towarzyszyć pacjentom długie lata. Nikt nie mówi, jak z tym żyć. Mam wrażenie, że to temat tabu. Może nie chcą martwić i bardziej dołować tych, którzy dopiero dostali diagnozę...? Ale czy to jest w porządku...? Nie wiem. Tylko ciągle o tym myślę i nie mogę przestać. Dlatego ciągle wracam do tego tematu, bo on nie przemija, nie mogę go zamknąć i udawać, że już jest cacy, że wszystko wróciło do normy, bo nie jest i nie wróciło! 

I w takim stanie zwątpienia będąc trafiam nagle na komentarze wielu ludzi, którzy twierdzą, że wieloletnie zasiłki chorobowe to pomyłka, że ludzi powinno się zmusić do pracy, że zdrowi nie powinni robić na chorych... 

a ty pedałujesz właśnie pod górę i pod wiatr w burzę z piorunami na spotkanie z beztroskim młodym dziewczęciem, które, masz nadzieję, pomoże ci się odnaleźć się na rynku pracy po chorobie, bo pragniesz iść do jakiejkolwiek pracy, ale nie potrafisz żadnej wykonywać dłużej niż kilka tygodni

i wtedy zaczynasz marzyć, by jakiś piorun w ciebie w końcu trzasnął i raz na zawsze zakończył twoje problemy... 

A potem przychodzi złość na tych wszystkich ludzi zdrowych, którym się wydaje, że są niezniszczalni, że są od ciebie lepsi, bo są zdrowi, że mają prawo tobą gardzić... i chcesz, by spotkało ich to samo. By zachorowali i poczuli ten ból. 

No ale dobra, wracam do burzy... Jak już mnie zlało to nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że wsiadam w tych wszystkich mokrych pelerynach do pociągu. To jest okropne uczucie być mokrym w suchym miejscu. Poza tym wkurw na głupich podłych ludzi dodał mi energii i potrzebowałam się odwkurwić, więc pedałowałam z całych sił pod wiatr i pod górę. Na miejsce dotarłam wyczerpana i zdemotywowana. Gdy ta laska wyszła do poczekalni i powitawszy mnie z uśmiechem zapytała, czy wszystko okej, miałam chęć jej odszczeknąć, by spierdalała na drzewo i nie zadawała debilnych pytań. W ogóle nie pamiętam, o czym przez godzinę rozmawiałyśmy, bo to działo się jakby obok mnie za mgłą. Byłam zbyt zmulona i wbyt wkurwiona, by myśleć i słuchać. Paplałam zatem o byle czym, co robię często, gdy jestem zdenerwowana, zmęczona lub wyprowadzona z równowagi. Gadam, gadam i nie mogę przestać albo milczę jak głaz, bo wiem, że jak powiem jedno słowo, to nie przestanę gadać przez tydzień.

Wiem, że baba kazała mi skontaktować się z jakąś firmą ogrodniczą lub kwiaciarnią czy innymi w okolicy i zapytać, czy mogę przyjść spróbować u nich pracy za friko, żeby się dowiedzieć, czy to coś dla mnie, czy nie. Bo to jest jedyny zawód, którego nie znam, a który jest w okolicy przynajmniej teoretycznie do znalezienia. Czy chciałabym pracować w kwiaciarni? No raczej nie. To nie moja bajka w ogóle, ale to jedyne co wymyśliłam. Inne moje genialne pomysły to strażnik leśny, przewodnik przyrodniczy, pracownik szklarni... To ostatnio widziałam w ogłoszeniach. Chodziło o pracę w nowoczesnej eksperymentalnej szklarni, gdzie komputery nadzorują wzrost roślin i praca była głównie przy kompie... Tylko to musiałabym widzieć na własne oczy, bo techniczne umiejętności i bazowa wiedza były tam potrzebne, gdyż samemu trzeba drobne awarie naprawiać... a ja mam już stary mózg.

Wróciłam do domu rowerem powoli. I padłam na ryj. 

Zapytałam baby, czy następną wizytę można przez internet. Można, ale tylko wyjątkowo... Nie wiem, czemu niby nie można każdej przez internet. Przecież tam się kompletnie nic nie robi. NIC. Tylko siedzimy i gadamy. Nic tam nie wypełniam żadnych dokumentów ani nic. Jak mi coś daje na papierze,  to równie dobrze może wysłać mejlem. Nie wiem, może chodzi o to, by kazać ci się płaszczyć, udowodnić ci że jesteś tylko durnym robalem, że stoisz niżej w drabinie społecznej, więc musisz się za każdym razem fatygować do tej pierdolonej dziury i łaskawie czekać w śmierdzącym korytarzu na audiencję u paniusi...? Tak, kurewsko tam śmierdzi stęchlizną, bo to jakaś stara, tylko odmalowana rudera. 

Nie dawno zagaiła do mnie czytelniczka, by podzielić się bardzo podobnymi do moich obserwacjami i odczuciami w tej kwestii. To było dla mnie bardzo ważne, bo bardzo często zastanawiam się, tak jak powyżej napisałam, czy to ze mną jest coś nie tak, czy ja za wiele oczekuję, czy też ten system belgijski jest do dupy... No ale szczegół.

Dwa razy byłam w azylu w tym tygodniu. Drugim razem zabrałam ze sobą Najstarszą, której też spodobała się to zajęcie, ale też po 4 godzinach ją bardzo zmęczyło. Nie zabrała ze sobą zatyczek do uszu, a piszczące ciągle ptaki ją bardzo przebodźcowały i zaczęła ją głowa boleć. Ja zostałam znowu jeszcze dwie godziny po przewrie, ale to znowu był błąd. Od 9 do 12tej daję rady. Dłuzej jest za dużo i bardzo mnie wyczerpuje, mimo, że w południe jest godzinna przerwa. Taki test był jednak bardzo potrzebny, bo teraz tylko metodą prób i błędów mogę sprawdzić, na ile mogę sobie pozwolić. Wybracowane bowiem przez lata szablony i miary teraz nie są wiarygodne. W ogóle psu na buty sie zdają. Wszystko jest inne. Ja jestem kimś innym.

Tym razem tylko karmiłam małe ptaszki. Wyjmowałam z ogrzewanej szafy jedno pudełeczko z ptaszkami po drugim i zapychałam szeroko otwierające się małe dziobki rozmrożonymi larwami albo kawałkami serc wołowych. Te dzioby, które się same nie otwierają, trzeba siłą otworzyć i zmusić ptaszęta do jedzenia wpychajc im żarcie głęboko do dziobka. Sporo było tym razem takich uparciuchów, które trzeba było karmić przymusowo. Zielone dzięcioły np dosyć były oporne i do tego jeszcze okropnie się drą, gdy wmusza się w nie żarcie (w każdej innej chwili też się drą i stukają swoimi długimi dziobami w plastikowe pojemniki, w których siedzą zamknięte). Te biało czarne z czerwoną czapeczką o wiele bardziej skłonne są do wspólpracy. Jeden bierze robale z pincety, drugi woli, by mu nasypać robaków na dno pudełka, a on sam sobie je weźmie. Kawki, sroki i wrony natomiast jedzą bardzo chętnie i szeroko otwierają swoje wielkie dziobiska. Małe jaskółki i sikorki też w dużej mierze domagają się karmienia i niecierpliwie na nie czekają, ale i wśród nich jest kiku słabiaków, których trzeba siłą karmić. Dość trudny do karmienia był też jerzyk, taki rodzaj jaskółkowatego stworzenia o krótkim dziobie, który nie bardzo miał chęć być karmionym, ale cos tam wmusiłam w niego. Jednym z ładniejszych podopiecznych tego tygodnia był zimorodek, ale nie wiem, co się z nim stało, bo na drugi raz już go nie było. Myślę, że po prostu go wypuszczono, bo wyglądał na dość silnego i samodzielnego. Czasem zdarza się, że stworzenie tylko w szoku jest albo osłabione, bo np gdzieś w piwnicy czy szopie utknęło, i po jednym czy dwu dniach wraca do natury. 

Ostatnie upały dostarczyły wielu nowych pacjentów, bo ptaszki nawet same wyskakiwały z gniazd z powodu gorąca. Na szczęcie się ochłodziło i to aż za bardzo.

Najstarsza się brechta, że ona to sprawiła. Kupiła sobie bowiem w zeszłym tygodniu klimatyzator do swojego strychu i jeden dzień go testowała. Mówi, że tak dobrze działał, iż na zawnątrz też schłodził i teraz jest zimno wszędzie. A w ogóle to trochę się okombinowałyśmy, by wąż wydechowy zainstalować do jej okna. Kupowałyśmy to urządzenie bowiem online w Lidlu i okazało się, że dostarczone akcesoria przeznaczone są do okien rozsuwanych, a nie otwieranych, ale wyciachałyśmy z Najstarszą zatyczkę do połowy okna z przezroczystego plastiku z jakiejś mini szklarenki, którą kiedyś od ex-sąsiadki kupiłam, a to połączyłyśmy z dostarczonym elementem i wyszło idealnie. Urządzenie dosyć szybko schłodziło to wielkie poddasze do przyjemnej temperatury... No a potem upały się skończyły haha. Gazety podają jednak, że ze względu na zjawisko El Nino raczej trzeba się jeszcze upałów spodziewać w najbliższym czasie, więc ufamy, że nie córka nie wywaliła kupy forsy na darmo.

W czwartek tylko ogarnialam trochę w domu - jakieś pranie, odkurzanie bazowe, ale jakoże już wyczeroana była, to i to ciężkim zadaniem się zdawało... Coraz więcej mam wątpliwości, czy jakiejkolwiek pracy podołać jestem w stanie jeśli musiałbym ją wykonywać codziennie tydzień za tygodniem. Na pełny etat to nawet nie ma mowy, ale zastanawim się, czy i na pół podołam. Tydzień po zastrzyku na pewno jest kicha, ale raczej nie ma nigdzie opcji by jeden tydzień w miesiącu nie pracować...

Wczoraj w południe wybrałam się z córkami do Brukseli. One chciały iść do japońskiego sklepiku w galerii, a ja chciałam nagrać coś na YT. Było fajnie i przyjemnie, ale wyczerpało to resztki mojej energii. Wracając do domu po zaledwie 5 godzinach na mieście już w ogóle nie kontaktowałam. Nie mam zwyczaju zasypiać w autobusach czy innych takich, ale byłam tego bliska. Cienias ze mnie straszny. Dziś zatem siedzę i stukam w klawisze, a w planach było muzeum w Antwerpii. Nie ma jednak sił w ogóle. Trzeba zatem odpoczywać, bo jutro znowu ważna wizyta daleko od domu.... Uff.

Gdy wyszłyśmy z galerii w centrum, akurat lało, a niby nie miało być deszczu według prognoz... Postałyśmy chilę w drzwiach, ale postanowiłyśmy iść. Zelżyło, ale ciapało całą naszą drogę, a było ponad 2km do przystanku. Gdzieś w połowie drogi Młoda stwierdziła, że już jesteśmy tutejsze i umiemy chodzić pomiędzy deszcz, bo tyle drogi żeśmy przeszły w deszczu, a ubrania wciąż mamy praktycznie suche. Tak zaiste było! Nie zmienia to faktu, że chciało mi się siku jeszcze w galerii, ale tam kible na monety, a nie miałyśmy monet. Do tego tak śmierdziały, że mało się nie porzygałam tylko tam zaglądając. Po drodze jednak w pewnym momencie doszło do mnie, że mijałyśmy wejście do jakiegos szpitala, choć nawet nie wiedziałam, że tam taka placówka się znajduje. Powiedziałam do dziewczyn, że w szpitalu na pewno jest jakiś kibel. Najstarsza poszła ze mną, a Młoda została przy wejściu. Kurde, okazało się, że ten sraczyk strasznie daleko od drzwi i że musiałyśmy dostać się na piętro i pół szpitala  przejść, by go znaleźć i tylko jedna kabina była czynna, do tego nie było papieru ani ręczników, a do tego śmierdziało, choć było w miarę czysto. Bruksela to jednak bardzo uboga wieś. Najważniejsze, że załatwiłyśmy swoje potrzeby, bo za cholerę nie dojechałabym do domu o suchych majtkach, bo to ponad godzinę jazdy autobusem po dołach.

Tutaj przesrane jest i to czasem dosłownie, bo w Belgii bardzo trudno o toalety na mieście. Przy dworcach czasem są (CZASEM). Zwykle płatne i czynne np od 9 do 18. Jeśli płatne kartą to spoko, ale na konkretny rodzaj monet (np tylko 50centów czy 1 euro) to jakieś nieporozumienie w czasach, gdy mało kto ma przy sobie jakąkolwiek gotówke i nikt ci nie chce rozmienić. Szpitale i urzędy to zwykle dobre miejsca na siku i kupę, ale trzeba wiedzieć, gdzie maja kible dla klientów. W Brukseli koło Noordu znamy już teraz kilka takich miejsc, gdzie można pójść za darmo na siku, ale ogólnie to jest żenada. Poza tym pozostaje wejść na kawę do jakiejś kawiarni czy restauracji, bo w takich przybytkach wucety tylko dla klientów. Zdarza się, że można wejść z ulicy po uiszczeniu oplaty, ale chyba coraz rzadziej coś takiego widuję. Kurde w barach z fastfoodami typu McDonald, KFC kible są płatne także dla klientów. Tak samo w galerii. No ale płatne są też w porządku, byle tylko były płatne kartą i byle w ogóle były. Ogólnie znalezienie kibla jednak graniczy z cudem.

Opublikowałam kolejny kawałek tego co ostatnio nagrałam, czyli wspomnień z początków w Belgii. To wideo jest o koszmarnej szkole dziewczyn. Jakieś chyba nieścisłości i niedomówienia się wkradły, ale to ciągle jest wideo eksperymentalne i ćwiczebne. 

Nie chce mi się dziś szukać żadnych zdjęć, bo jestem zmęczona.