Większość tego tygodnia chyba na kanapie spędziłam. Było ciężko, a nawet bardzo ciężko mentalnie. Ze dwa razy udało mi się siebie zmusić do wieczornej półgodzinnej gimnastyki i jak już zacznę to idzie gładko, a jednak w tym tygodniu niechęć do życia była wielkim dla mnie ciężarem. Z tych półgodzinnych ćwiczeń jednak jestem dumna. Dopóki coś robię, nie jest jeszcze całkiem źle, jeszcze walczę i jeszcze całkiem się nie poddaję…
![]() |
| Niedziela |
W niedzielę poszłam z Małżonkiem na spacer po lesie, a ja wracaliśmy zaczął padać śnieg. Wieczorem się zorientowałam, że nasz biedny Henioczek 🐔 siedzi uwięziony ze swoimi kurami w werandzie. On się panicznie boi śniegu i nie przejdzie przez to. Czym prędzej odmiotłam ścieżkę i od razu zaprowadził kury do szopy, gdzie szybciutko schowali się w swoim kurniku. Kurozaurom śnieg nie straszny. Riko też się nie boi, ale jak pada cokolwiek, zabieram ją do domu, bo głuptas inaczej stoi i moknie, a ona w przeciwieństwie do kurozaurów nie jest wodoodporna. Ona może być w domu nawet cały dzień sama, bo to spokojna ptaszyna. A i kupy robi maleńkie, więc i to nie problem. Tych wielkich dzikusek to nawet se w domu wyobrazić nie potrafię.
![]() |
| Chica i Riko chowają się przed śniegiem |
![]() |
| Riko w domu 💖 |
Jednego dnia musiałam pokręcić z Najstarszą do biura pracy i było to nie lada wyzwanie dla nas obydwu. Na szczęście śnieg stopniał i nic nie padało, a tylko diabelnie zimno było. Obie czułyśmy się niebogato, przygnębienie, depresyjnie, z minimalną chęcią do życia... Pani z biura pracy też jednak narzekała na przedłużającą się ponurość i zimnotę zimową. Zresztą inni nawet przypadkowo gdzieś spotkani ludzie mają już dość zimy i czekają z utęsknieniem na wiosnę. Nie tylko ja kijowo się czuję zatem. Jednakowoż tak kiepsko psychicznie to na prawdę dawno ze mną nie było. Zmuszam się do wstania rano (gdyby nie budzenie Młodego do szkoły i wypuszczanie kur, chyba bym miała z tym poważne problemy, ale to mnie motywuje). Potem zmuszam się do jedzenia... Jestem ciągle głodna, ale na nic nie mam smaku, więc wpycham siebie cokolwiek, zwykle byle co, jak choćby paczka chipsów czy po prostu chleb z masłem po raz piąty pod rząd. Owoce na szczęście też jem, a czasem uda mi się coś ugotować, ale to już jest wyzwanie nie lada, bo bardzo, ale to bardzo mi się nie chce gotować ani w ogóle robić czegokolwiek. Jeśli jeszcze uda mi się wszystkie potrzebne składniki znaleźć to pal licho, ale jeśli potrzebuję czegoś ze sklepu, zwyczajnie odpuszczam gotowanie... Znaczy nie zwyczajnie, bo najpierw jestem strasznie wściekła na cały świat, smutna i spanikowana jednocześnie, a potem przychodzi totalna apatia, pustka wewnętrzna i niemoc całkowita. Dwa dni czytałam całe dnie. Książkę, internet, aż mnie głowa rozbolała, oczy spuchły i zaczęły piec a i nerwa zaczęła brać coraz większa.
Innego dnia otwieralam książkę, by odłożyć i wziąć telefon, by odłożyć i otworzyć laptop, by zamknąć i wziąć znowu książkę, by odłożyć i pójść do kuchni coś ugotować, by się rozmyśleć i wziąż telefon, by odłożyć i znowu pójść do kuchni i tak cały dzien. Zdarzyło mi się nawet wziąć kurtkę z zamiarem pójścia w końcu do apteki po leki, ale też się rozmyśliłam. Jeszcze na tydzień mi starczy, ale już ze 2 tygodnie się do tej apteki zbieram i nie daję rady wyjść z domu, choć to tylko 500 metrów...
W piątek zaplanowałam sobie wyjazd z Młodym do muzeum fotografii, ale ten gnojek nie wstał ani na dziesiątą, ani na jedenastą, jak było umówione. Wkurzyłam się okropnie, bo ja nie lubię, jak ktoś lub coś mi rozpiedala plany. Wkurzenie przeszło w apatię i niemoc. Czułam się tak strasznie, strasznie zmęczona, zniechęcona, senna, wyczerpana, a przecież nie robiłam od kilku dni nic. Nie licząc tej dwudziestokilkukilometrowej przejażdżki do biura pracy…
Młody jednak też nie ma motywacji i nie chce wychodzić z domu. On też ma dość zimy i tego codziennego dojeżdżania, marznięcia i moknięcia w drodze. Rozumiem go. On też czeka na wiosnę i jemu też się nie chce chcieć. Choć takiemu szczylowi to akurat się powinno chcieć mimo wszystko, bo jak nie nastolatkom to komu ma się chcieć robić cokolwiek, szaleć wychodzic z domu...?
Obawiam się, że mój kiepski nastrój, moja deprecha ma niestety zły wpływ na pozostałych z Piątki, bo skoro moja motywacja, optymizm, pozytywna energia zawsze wszystkim wyraźnie się udziela to dziwne by było jakby te te negatywne emocje i uczucia im się nie udzielały. Ja ich wszystkich ciągnę na dno za sobą, albo raczej wszyscy jedno drugie siebie ciągniemy. No ale cóż, mnie nie ma kto motywować ani wspierać. Taki już mój los. To ja jestem od motywowania, wysłuchiwania, dodawania otuchy i wspierania.
Dobrze, że Młoda na tydzień do Wrocka się wyrwała to choć miała okazję się oderwać od tej cieżkiej, depresyjnej demotywującej atmosfery naszego ponurego domu.
No, jednego dnia Młody pogonił radośnie do lasu z chłopakami, bo napisali do niego, że idą sie tłuc po lesie. Wrócił upaprany w błocie jak dzika świnia, zmarznięty, ale też zadowolony, bo dobrze się bawili, jak za starych czasów. To koledzy z podstawówki, z którymi się bardzo lubi, ale on sam nie zagai do nikogo, nie pójdzie ani nie zaprosi. Nie umie. Więc tylko może czekać na gest z ich strony.
W tym tygodniu Małżonek miał urodziny. Nie miałam sił, by cokolwiek przygotowywać specjalnego, jak to zawsze z radością byłam czyniłam poprzednimi laty. Nawet prezentu nie chciało mi się pakować. Dobrze, że kupiłam go jeszcze jak miałam siły i chęci, no i jak promocje były...
Nie miałam najgłupszego pomysłu na tort. Już nawet postanowiłam, że sram na to wszystko. Nie będzie świętowania. Powiem, żeby se wyjął pudło z prezentem spod stołu, bo tam stało kilka tygodni od czasu zamówinia udając moje zwykłe pudło z przydasiami. Jednakże w sam dzień urodzin nadeszło jakieś lekkie przejaśnienie. Wstałam z jakąś tam dozą siły i minimalną motywacją, na tyle dużą, by zobaczyć co mamy w szafie i lodówce. znalazałam jakąś gorzką czekoladę (raczej nieprzeterminowaną, bo tego się u nas często używa do robienia gorącej czekolady), więc postanowiłam upiec ciasto czekoladowe. Takie zwyczajne, najprostrze bez fajerwerków. Wyszło ładne i dobre (choć to nie mój gust). Nawet świeczki właściwe znalazłam. Chyba na moje 45 urodziny były kupione, ale nie użyte i teraz idealnie nadały się na 54 haha. Nigdy nie wiesz, co może się kiedy przydać.
Młodemu zaproponowałam, by udekorował pokój, co z checią zrobił dmuchając kolorowe balony i robiąc na nich różne urodzinowe napisy mazakami. Resztki moich sił zapakowały prezent w jakiś papier pozostały po gwiazdce, a nawet jeszcze odrobina mocy została na pozytywny humor i w miarę dobry nastrój.
Tylko Kidubula nie było, a urodziny bez kidibula to co to za urodziny... haha.
No ale Młodej też nie było, więc nie miał kto pomyśleć o jakimś dobrym szampanie dla dzieci. Nic to, na urodziny Młodego już kupiłam dwie flaszki - zwykły jakbłkowy i jabłkowo-truskawkowy.
Ale dla Młodego za to tortu nie upiekłam, bo nie czułam się na siłach .
Po raz pierwszy przerosło mnie pieczenie tortu urodzinowego. Serio. Taka jestem teraz do niczego.
Miał być Carl z FNAFa, to jest taka zła, agresywna i niebezpieczna, ale śmieszna babeczka, w sensie mufinka, ciasteczko z oczami i paszczą. Moja ulubiona postać. Nawet kupiłam już foremkę do babki bez komina, by upiec czekoladową babkę, a góra miała byc z czekoladowego ciasta upieczonego w wysokiej formie tortowej i obłożona masą cukrową. Masę też mam i barwniki. Nawet świeczkę specjalną kupiłam, bo Carl ma jedną świeczkę. Wszystko mam, opócz chęci i motywacji. Pierwszy raz tak bardzo nie chce mi się świętować urodzin najbliższych. Po raz pierwszy tak badzo mam wszystkiego dość, że nie dam rady sie zmusić do działania, no chyba że już tak na prawdę muszę, czyli że jakaś umówiona wizyta gdzieś czy inne takie....
Zamówiłam czekoladowy tort w cukierni i też piknie. W końcu udało mi się w koncu zapakować mój WIELKI prezent. Trzy rolki papieru do pakowania zużyłam ale fakt, jakieś krótkie były. I śmierdzące. Nigdy więcej papieru a Actionu. Toksyczna śmierdząca rzecz. Mniejsze drobiazgi wsadziłam do jakiejś starej torebki urodzinowej. I też będzie git. Małżonek też swój wsadził do torebki, bo też mu się nie chciało owijać w papier. Prezenty w papierze są zawsze bardziej prezentowe, jakby ktoś nie rozumiał o co chodzi z tymi torebkami i papierem. Zwykli ludzie pewnie i tak nie zrozumieją... ale mniejsza z tym.
Na środę zapowiadają nawet 17 stopni. Może idzie w końcu ona, Wiosna...? Może przyjdzie w końcu słońce i rozjaśni mi drogę, i pomoże wydostać się z ciemności, i ogrzeje mi ducha, i doda mi sił...
Ja wiosna nie pomoże to ja już nie wiem co i czy w ogóle...
No ale, Panie, sobota i tak przebiła wszystko, co powyżej napisałam... Na ten dzień zaplanowane były uroczyste obchody czternastych urodzin Młodego. Rano Małżonek poejchał do cukierni odebrać zamówiony tort, a potem na lotnisko do Walonii po Młodą. Ich powrót i rozpoczęcie urodzin zaplanowaliśmy na około siedemnastą godzinę. Nasze urodziny to odpalenie i zgaszenie świeczek, żeżrenie tortu, wypicie Kidibula, kawy i rozpakowanie prezentów, a potem rodzinne pogaduszki i heheszki w naszym pięcioosobowym gronie.
Młody sobie spał do południa, bo w nocy grał w sieci (w koncu są ferie), a ja zrobiłam jeszcze dekoracje ze starych gazet, bo akurat mnie taka myśl i chęć natchnęła. Przygotowałam nawet na szybko w canvie (z lekką pomca AI, która wyszukała dla mnie ważniejsze informacje i ułożyła w całość) stronę tytułową specjalnego wydania zmyślonej gazety z dnia urodzin Młodego. Gdybym wcześniej się natchnęła i znalała chęci, to zrobiłabym całą gazetę, bo z pomocą internet zrobienie czegoś takiego to bajka. Użyłam realnych wiadomości (muzyka, kultura, pogoda, odkrycia) z dnia i miesiąca urodzin Młodego. A jako główne zdarzenia zapisałam oczywiście jego narodziny ;). Spodobało mu się to.
Jednak jak zwykle okazuje się, że plany planami, a życie życiem...
Gdy zadzwonił telefon i zobaczyłam imię Małżonka na ekranie, od razu pomyślałam, że dzwoni by powiedzieć, iż dotarł na miejsce i tak rzeczywiście było... Tyle tylko, że on był już cały w nerwach... bo auto się zablokowało na parkingu i nie da się odpalić ani w ogóle nic. Nie znam się na autach, ale chodziło o automatyczną skrzynię biegów, która stała na parkowaniu ale twierdziła, że jest na wstecznym i nie dała się przekonać, że jest inaczej, a co za tym idzie, korzystanie z auta stało się niemożliwe...
Małżonek powiedział, że będzie dwonił na assistance i się rozłączył... Ja zaczęłam guglować o co to chodzi i czy można z tym coś zrobić... Potem zadzwoniłam, by mu powiedzieć o znalezieniu i przetestowaniu shift locka, który teoretycznie ma umożliwić awaryjne zmienienie biegów...
W międzyczasie zadzwonila do mnie Młoda i wkurzona się zapytała, czy Stary po nią przyjechał w ogóle i gdzie ewentulanie jest, bo kurde już cały parking obeszła i nigdzie nie znalazła ani Starego, ani naszego auta, a ten na wiadomości nie odpowiada, bo może ma wracać autobusem i w ogóle WTF?! Odpowiedziałam jej, że auto się zesrało i że "Stary" pewnie dzwoni z ubezpieczycielem albo lawetą...
Udało jej się go w końcu znaleźć i telefonicznie, i fizycznie. Dalej już razem czekali i się wkurzali. Przetestowali też lifehacki znalezione przeze mnie i przez nich oboje w necie, ale nic nie działało. ZNaleźli nawet owego magicznego shift locka ukrytego głęboko, ale i on nic ni epomógł w tej kwestii.
Dodzwonić się do ubezpieczyciela Małżonkowi sie nie udało. Zamówił jednak przez internet lawetę. Pokazało mu, że za godzinę będą. Gdy godzina minęła Młoda napisała do mnie wkurzona, że nikogo nie ma i nie wiadomo kiedy będą, narzekając jednocześnie że ona ostatnio jadła drożdżówkę o 10 rano i że jest wchuj głodna, a już dochodziła 18 i że zaczyna jej być zimno coraz bardziej... Zapytałam o link do trackingu lawety, ale nie mieli takowego z jakiegoś powodu, a kontakt z laweciarzem był tylko przez whatsapp, ale to był kontakt żadne bo człowiek nie odpowiadał ani na dzwonienie ani na tekst.
W końcu zadzwonił... a wtedy się okazało, że nie mówi ani po angielsku, ani po niderlandzku, ani po polsku, ani po hiszpańsku (Młoda zapytała o wszystkie jezyki jakie zna), a tylko po francusku. Ona po francusku dogada się w hotelu, na targu, czy knajpie, ale o popsutym samochodzie to już nie bardzo. Jaja jak berety! Po dłużej nieudanej próbie porozumienia się, tamten znalazł jakąś babę, która mówiła po niderlandzku i jej wytłumaczyli, w którym miejscu na parkingu stoją, a ona przekazała dalej.
Przy zgłoszeniu bowiem google automatycznie wysłało po prostu koordynaty, ale to parking piętrowy i to się na nic tamtemu nie zdało. Chłopu to tłumaczenie jednak nie do końca pomogło, bo znowu dzwonił i coś gadał po francusku, a Młoda nie zrozumiała, o co on w ogóle pyta...
W końcu znalazł ich i, jak relacjonowała Młoda, sprawdził to samo, co oni już sprawdzali z takim samym efektem. Potem, śmiała się dalej wiadomościami do mnie, chłop oglądał na yt polski tutorial i jeszcze coś tam testował. W koncu powiedział, że nie da się naprawić na miejscu i że jedzie po małą lawetę, bo tą dużą, którą przyjechał, nie wjedzie na ten parking...
Znowu czekali, stres i zmęczenie rosło, a czas mijał...
Tymczsem w domu Młody czekał niecierpliwie z coraz większą rezygnacją na swoje urodziny...
Gdzieś koło dziewiętnastej zamówiliśmy w końcu pizzę tylko dla naszej trójki, bo tamci napisali, że wnet do domu nie dotrą. Młoda pisała, byśmy kroili tort i rozpakowywali prezenty, ale postanowiliśmhy jednak czekać aż wszyscy będą w domu, bo co to za zabawa, jak nie ma całej rodziny.
W koncu Młoda zupdateowała, że auto jest na holowniku i że oni też już siedzą w środku i jadą do pobliskiego garażu po auto zastępcze.
Dłuższą chwilę później napisała, że koło 22.30 powinni dotrzeć do domu. Tak zaiste było. Każdy z naszej pozostałej w domu Trójki zupelnie bez umówienia sie wstępnego zapytał ich po kolei z ironią, jak było na lotnisku haha...? Ja powiedziałam Młodej, że dobrze, że Stary po nią pojechał na lotnisko, to mogła do domu szybko przyjechać i nie musiała tłuc się autobusami haha. Ubawiło ją to.
Gdy się oboje wykąpali, postanowiliśmy, że świętujemy w końcu te urodziny. Świeczki zdmuchnął Młody o 23, a północy poszedł jeszcze korzystać ze swojego wielkieg prezentu (dla wszystkich), czyli składanej plastikowej wielkiej wanny. Teraz śpi, więc nie wiem, jak tam test wanny wyszedł, bo ja poszłam spać nie czekajac aż się ten nasiedzi w wannie. Młoda czekała i nawet posprzątała potem łazienkę... Zastanawiam się, czy też testowała wannę... ale ona też jeszcze śpi po tych przygodach
![]() |
| tym razem Kidibul był ;) |
A Małżonek teraz siedzi cały w nerwach, ile ta przygoda będzie go kosztowała i skąd na to pieniądze weźmie...? Już samo holowanie pewnie kilkaset euro, a gdzie tu jeszcze naprawa samochodu... Kazał go przywieść do pobliskiej firmy, w której kiedyś pracował (choć w innym oddziale), ale dopiero po niedzieli oczywiście go tam dostarczą. Tu się przynajmniej bowiem dogada po ludzku z mechanikiem i będzie mógł zdecydować, czy opłaca się to w ogóle naprawiać, czy lepiej będzie sprzedać od razu takie jakie jest. Póko co nie wiadmo, co tak na prawdę jest problemem i jakie koszty ewentualnie wchodzą w grę.
Jak nie urok to sraczka...

























































