18 stycznia 2026

Wymienię fiubziu na fiksum dyrdum

 Wymienię fiu-bziu na fiksum-dyrdum. 

Korby dostaję z tymi wszystkimi zajęciami codziennymi połączonymi z gonitwą myśli na każdy temat. 

U nas nawet jak nic się nie dzieje to i tak się dzieje o wiele za dużo. 

Mam dość 

myślenia o wszystkim

nieustannego szukania rozwiązań i nowych pomysłów

sprawdzania nowych dróg prowadzących donikąd lub na manowce

podpierania jednocześnie wszystkich stron walącej się konstrukcji

bycia w kilku miejscach jednocześnie

wysłuchiwania wszystkich

niekończącego się odpowiadania na  pytania co? kto? gdzie? kiedy? po co? dlaczego? jak?

ja nawet nie chcę tego wiedzieć

Jestem zmęczona byciem dla wszystkich

Marzę, by móc być przez chwilę tylko dla siebie.

Ale tak na prawdę dla siebie.

Bo to że ja jestem w domu na zwolnieniu lekarskim ciągle niczego nie zmienia. W domu nie jestem prawie nigdy sama. Nawet jak taki wyjątkowy moment się przytrafi to wtedy albo gotuję, albo myślę co ugotować, albo piekę chleb, albo sprzątam, piorę albo wymyślam jakies nowe rozwiązania, planuję poszczególne kroki...

A czasem jest jeszcze gorzej, bo czasem nie robię nic pożytecznego, ale za to robię wiele nieistotnych, bezsensownych rzeczy, nie po to by się zrelaksować, nie dla przyjemności, ale by zabić myślenie, by nie widzieć, by nie słyszeć, by zagłuszyć emocje i gonitwę myśli, by dołożyć trudne rzeczy, a których nie mam sił nawet myśleć, nie mówiąc o wykonaniu. Bywa, że pół dnia albo cały skroluję instagrama niczego nie widząc albo gram w pasjansa, by nie myśleć, nie widzieć, nie słyszeć, nie żyć...

Takie tygodnie jak ten i poprzednie przypominają mi, że jestem ciągle wrakiem dawnej mnie, że jestem słaba, wyczerpana i ledwie się trzymam kupy.

Z drugiej strony takie dni jak te choć trochę motywują mnie do działania, dodają mi skrzydeł, powodują że wygrzebuję skądś jakieś resztki energii, pomysłów, motywacji i choć przez chwilę mogę znowu czuć się prawie jak dawniej.  Mogę czuć się ważna, zdrowa, silna, coś znaczyć dla bliskich.... choć przez chwilę...

Tyle że jak nagle coś nie idzie zgodnie z planem, coś zawodzi lub po prostu jest zbyt trudne na daną chwilę albo jest za dużo na raz, to spadam od razu głęboko w dół. Dół bezsilności, demotywacji, osłabienia fizycznego... Z byle powodu mogę wpaść w panikę albo w blokadę decyzyjną, tudzież oba na raz.

Ale życie samo się nie przeżyje tak czy owak. Jak nic się nie dzieje, to spoko, ale jak się już zacznie, to trzeba próbować temu sprostać...

Jest coraz trudniej.

W poniedziałek była dobra pogoda, więc pokręciałam rowerem do szpitala na mammografię i echo oraz spotkanie z onkolog. Chyba wszystko dobrze wyszło, bo nic nie gadali. Nie chciało mi się pytać. Nie obchodziło mnie to. Następna wizyta za parę miesięcy...

Powiedziałam onko, że niepokoi mnie to, że często mam bardzo niskie ciśnienie i słaby puls, nieraz zaledwie 40 i że wtedy kiepsko się czuję. Ona odrzekła na to po prostu "przecież miałaś chemię...". 

No miałam, fakt. Nawet się domyślam, że to dlatego, że to stąd biorą się wszystkie moje dzisiejsze problemy zdrowotne. Ba, wydaje się to wręcz oczywiste. Niemniej jednak nie skończyłam medycyny, nawet nie zaczęłam, więc bym chciała, by ktoś mi te jebane 5 minut czasem na jakieś choćby krótkie wyjaśnienie poświęcił, bo ja bym chciała może wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, jak długo coś takiego będzie trwało, czy się będzie poleszać, czy pogarszać, co mogę ewentualnie z tym zrobić, by lepiej mi się funkcjonowało na co dzień, bo może ja bym chciała jakoś normalnie móc żyć, do pracy pójść i takie tam... 

Kurde sam fakt, że operacje i inne terapie usunęły raka z mojego ciała, że to przeżyłam i że żyję to jakby trochę za mało do szczęścia. Kuźwa ja nie mam jeszcze emerytury, by po prostu se powolutku móc żyć z dnia na dzień. Ba, do wieku emerytalnego brakuje mi prawie 20 lat!, a moje dzieci jeszcze nie są samodzielne. Młodemu do dorosłości brakuje jeszcze z 5 lat... A takie traktowanie ze strony lekarzy mówi mi, że powinnam się cieszyć że w ogóle żyję i być im wdzięczną, że mi to nędzne życie uratowali no i nie zadawać głupich pytań, bo oni mają ważniejsze sprawy na głowie... Złości mnie to, dołuje i demotywuje, że lekarze mają mnie w dupie, że bagatelizują albo totalnie olewają to jak się czuję i jakie problemy zgłaszam. 

W ogóle tego nie rozumiem... Z jednej strony każdy oczekuje, że wrócisz do pracy i normalnego życia, z drugiej słyszysz, że musisz dać sobie czas, że musisz odpoczywać, rewalidować się, a z trzeciej nikt przecież życia nie zatrzymał, rachunki same się nie płacą, dom się sam nie ogarnia, z czwartej moje zdrowie jest za słabe, by móc robic, to co robiłam przed rakiem... A ja stoję pośrodku tego wszystkiego i niechuja nie wiem, co począć, jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak znaleźć złoty środek, zrozumienie, akceptację, jak jednocześnie opiekować się sobą i pchać swój wyłądowany problemami wózek do przodu...?

Tak samo, a na pewno podobnie ma się sprawa z dziewczynami. Za bardzo niepełnosprawne by dostać pracę, za zdrowe by nie pracować... A idź pan w chuj!

Byłam z Najstarszą na tej długo (prawie pół roku) wyczekiwanej wizycie w VDAB (biurze pracy) i wróciłam do domu totalnie pusta, wyzuta z emocji, zdołowana. Do tego zmęczona w pierony, bo tym razem musiała się Najstarsza stawić w biurze pracy, pod które regionalnie należymy, a tam nie ma czym się dostać, bo nie ma żadnego połączenia, więc trzeba było kręcić rowerami te 12 km w jedną i 12 km w drugą stronę po cholernych górkach. Po powrocie nawet nie chciało mi się Małżonkowi opowiedzieć, a tylko łapą machnęłam na jego zainteresowanie, ani słowem się nie zająknąwszy. Miałam dość. Ciągle mam.

Parę lat temu w takiej sytuacji po prostu przewróciłabym oczami, powiedziałabym, że chuj im wszystkim na grób, niech spierdalają i zabrałabym się za samodzielne szukanie rozwiązania.

Teraz po prostu czuję się wyczerpana. Wiem, co mam robić, bo już to przerabiałam, ale nie potrafię znaleźć na to sił... Mam już dość tej walki z wiatrakami i kopania się z koniem w postaci skurwiałej biurokracji.

Wiecie po co Najstarsza musiała czekać na tę wizytę. PO NIC! Zmarnowaliśmy 5 miesięcy czasu, by się dowiedzieć, że oni jej wolontariatu nie załatwią, ale może sobie sama załatwić, jak chce (łał dzięki kurwa za pozwolenie) i że najlepiej jak się postara o uznanie niepełnosprawności, bo bez tego nie mogą jej też załatwić pracy w zakładzie pracy chronionej. Dobra, okej, takie są fakty. Ja z tym nie dyskutuję, tylko chciałabym wiedzieć po jaki chuj tamci poprzedni w innym biurze kazali nam czekać na tę wizytę i przekonali, że biuro zacznie nową procedurę, dzięki której Najstarsza będzie mogła dzięki wolontariatowi, który miał się odbywać pod opieką asystenta, czegoś nowego sie nauczyć. Po chuj wprowadzać człowieka w błąd i robić jakieś nadzieje na chujwieco?!

Zajebiście by było jakby w belgijskim systemie oni jakoś ze sobą współdziałali i tymi samymi zasadami i prawami się kierowali a nie że każdy chuj na swój strój...

No i wiecie, Najstarsza ciągle ma mnie, swoją matkę, która jej we wszystkim pomaga, wspiera, załatwia formalności, chodzi na rozmowy, szuka rozwiązań... Ma też Młodszą siostrę, która również ją wspiera w ogarnianiu całej administracji i temu podobnych. Ma też ojczyma, który na nią pracuje i zapewnia jej dach nad głową... Wyobraźcie sobie, że ktoś inny niepełnosoprawny może takich osób nie mieć z takiego czy innego powodu... O wszystko się trzeba dopominać, chodzić od Kajfasza do Annasza i z powrotem, błagać, żebrać, pytać, przekopywać internet...

Jako się rzekło, ja już też zaczynam mieć tego dość. Nie, już mam dość.  Nie mam sił mentalnych na to wszystko.

Teraz musimy złożyć papiery do FOD, co wymaga oblecenia wszystkich specjalistów, zebrania największej liczby dokumentów potwierdzających, że Najstarsza nie jest w stanie sama funkcjonować i sama na siebie zarobić i czekając znowu w nerwach miesiącami liczyć na uznanie jej niepełnosprawności. 

Mnie się nawet nie chce chcieć za to zabierać. Wiem, że muszę i to jak najszybciej, bo już jesteśmy dzięki uprzejmości głupich pomysłom urzędasów prawie pół roku w plecy. A przemielenie wniosku przez FOD trwa miesiącami, rok trzeba liczyć spokojnie.

Dalej będę jej też załatwiać wolontariat. Ciągle rozważam bibliotekę, bo przy oprawianiu książek na pewno świetnie by sobie radziła, ale jednak chyba poczekamy na wiosnę, by mogła pójść do azylu dla ptaków i dzikich zwierząt, bo tam o wiele przydatniejszych rzeczy może sie nauczyć. Nie dla przyszłej pracy, bo to akurat marne szansce, ale dla siebie samej.

Jedno przydatne, co na tej mało wnoszącej wizycie się dowiedziałyśmy, to że wolontariat trzeba zgłosić do RVA za pomocą specjalnego formularza, który można pobrać ze strony interenetowej. Bowiem taki wolontariat urząd mógłby uznac za pracę i zabrać jej zasiłek, no i w ogóle jakieś kłopoty z tym. Choć nie wiem, jaki niby w tym jest sens i logika, skoro pracy dla niej nie mają... No ale dobrze wiedzieć...

Baba powiedziała, że w każdej gminie raz na jakis czas są spotkania z ludźmi z FOD. Po czym sprawdziła i się okazało, że w naszej gminie akurat nie ma, bo jednak nie w każdej tylko w iektórych są takie spotkania. Najwcześniejsze jest w połowie lutego w pobliskim mieście... Za ten czas to pewnie już sama ogarnę co, jak i gdzie bez niczyjej łaski.

Najstarsza wróciła do domu z uczuciem, że chcieli jej się po prostu pozbyć, że z tego, co baba mówił, wybrzmiewało pomiędzy wierszami "nie mamy pracy dla takich jak ty, nie zawracaj nam więcej głowy". Podzielam jej odczucia. Może powodem był fakt, że mieli tam tego dnia urwanie głowy. Nigdy wcześniej nie widziałam tam tylu ludzi. Cyrk jakiś. To pewnie wszyscy ci, którym zabrali zasiłki od stycznia hahaha. Dobrze im tak! Bo ja nadal sobie nie wyobrażam, że ktoś kto uważa się za normalnego, pobiera zasiłek DLA SZUKAJĄCYCH PRACY przez 20 lat! No chyba że ludzie rozumieją to w ten sposób, że to trzeba tylko szukać pracy, a nie chodzi o to, by ją znaleźć. Nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go go go... W mediach mówią, że 1/3 tych, co im zabrali zasiłek teraz stoi w kolejce do pomocy społecznej... No kto by pomyślał, że tak się stanie... co za szok i wielkie odkrycie... Pojebany świat.

W epickim świecie też znowu zawirowania. Wszystko zaczęło się od śniegu, ale o tym było poprzednim razem. W sumie to niepokój kiełkował już jakiś czas, bo przebodźcowanie objawiało się już na różne sposoby, ale dopiero jak Młody poważniej się pochorował, zmotywowało mnie do szybkiego rzeczywistego działania. Zdążyliśmy dosłownie na osatnią chwilę. W czwartek Młody znowu został w domu z rozładowanymi bateriami, ale postanowiliśmy razem udać się na rozmowę z coachem w wirtualu (normalnie miała odbywać się w szkole, ale Młody został w domu, więc poprosił o rozmowę online).

Po wcześniejszej konsultacji z Młodym, zapytałam kołczki, czy może on wrócić do poziomu technikum (choć teraz już się tu to tak nie nazywa), tak jak zaczął. Dalej wyjaśniłam, że tamten poziom nie bez powodu wybraliśmy, a powodem był właśnie autyzm i jego skutki uboczne, czyli szybki stan przebodźcowania, a w dalszej konsekwencji zmęczenie, problemy z koncentracją etc, które utrudniają naukę. Dodałam też, że ja nie wątpię w to, że intelektualnie Młody spokojnie da sobie radę na poziomie liceum, ale po pierwsze jest to trudne ze wzgl na to co powyżej, po wtóre jemu nie chce się zbyt dużo uczyć i ja absolutnie na dzień dzisiejszy nie widzę go na studiach, a co ważniejsze absolutnie tego od niego nie oczekuję. Ważne jest dla mnie i Małżonka natomiast, by ukończył szkołę średnią z dyplomem. Czy będzie chciał pójść do pracy, czy studiować to już jego decyzja.

Coach jak najbardziej była za. Zapytała tylko na jakich poziomach z poszczególnych przedmiotów chce zostać Młody, bo w tej szkole fakt, że ktoś chodzi na niższy kierunek  nie oznacza, że nie może uczyc się na poziomie najwyższym z poszczególnych przedmiotów. Młody upierał sie przez chwilę o najwyższym poziomie "wetenschappen" (biologia, chemia, fizyka...), bo to lubi, ale najwyższy poziom wymaga uczestnictwa we wszytkich wykładach, a dla niego ważny jest ten dzień hybrydowy (nauka w domu), by więcej odpoczywać, ktory będzie możliwy tylko, jeśli obniży poziom wetenschappen choćby o jeden piorunek. Na poziomie technikum wymagany jest 1 piorunek, a Młody chciał 3. Zgodził się jednak w końcu na dwa. Angielski też pozostaje na dwóch, tylko dla francuskiego i matmy wybrał po jednym bo nie chce mu się z tego uczyć.

W tym tygodniu zatem już będzie się uczył na innym kierunku i na innym poziomie oraz będzie miał inny rozkład zajęć i innych niektórych ekspertów (nauczycieli) od poszczególnych przedmiotów. W normalnej szkole chodził by w takiej sytuacji do innej klasy, ale tutaj pozostaje w tej samej  grupie u tego samego coacha, bo grupy nie są podzielone wg kierunków, a utworzone z losowych uczniów jednego stopnia (jeden stopień to dwa roczniki, dwie klasy). Będzie jednak czasem chodził na inne wykłady do innych nauczycieli i inny program będzie realizował.

Czwartek był ostatnim dniem, kiedy dozwolona była zmiana klasy ot tak bez zwoływania rady nauczycielskiej, więc mieliśmy szczęście, że akurat się zdecydowaliśmy.

Fotografia Młodego wciągnęła. Gania z aparatem po ogródku i po lesie. Sporo ciekawych ptaków już udało mu się sfotografować, a zdjęcia wychodzą mu coraz lepsze. W sobotę dopadł też starego kota sąsiedzkiego i najpierw wygłaskał go porządnie, a potem obcykał aparatem. Któregoś dnia wróciwszy z lasu, relacjonował, że jakiś dziadek do niego zagaił i potem długo gadali o różnych zwierzętach... Wybranie fotografi jako tematu FOCUSA w tym roku szkolnym wydaje się bardziej niż trafiony, bo poza tym, że on się czegoś fajnego uczy, to aparat wyciąga go z domu, sprzed kompa na słońce. No, codziennie kręci rowerkiem te 20 km, ale dobrze też w weekend czasem wyleźć na świat. Sam obserwuje, że jak pójdzie do lasu to lepiej mu się potem myśli, sprawniej zapamietuje i rozwiązuje zadania no i lepiej je i pije.

Odwiedziliśmy dietetyczkę. Przyjęła nas w domu, gdzie panuje swojski chaos. Zaraz na początku pochwaliła się że jej dzieci mają autyzm, stąd specjalizacja w dietetyce autystyków. Sama też zapewne jest autystyczna. Nie powiedziała tego, ale to widać na pierwszy rzut oka: sposób mówienia, zadawania pytań, łatwego rozumienia się z znami, no i od razu zauważyła, że datę urodzin Młodego czyta się tak samo od przodu jak od tyłu. 

Pierwsze zadanie zlecony przez dietetyczkę: spróbować ananasa z puszki i startej marchewki. Oraz zaplanować 4 momenty na posiłki dziennie i skrupulatnie ich przestrzegać. Jeśli nie ma chęci na jedzenie, ma się choćby czegoś napić w danej godzinie...

Najważniejsze, że wytłumaczyła prosto, dlaczego on nie wie czasem, co jeść i dlaczego tak ostro reaguje (np demolowaniem pokoju, niszczeniem rzeczy, przeklinaniem, krzyczeniem), gdy nie może sie na nic zdecydować. To wszystko przez inny sposób reagowania i analizowania przez mózg bodźców. U niego, jak i u wielu innych autystyków, głód pojawia się nagle i od razu objawia pełną siłą, gdy u przeciętnego człowieka narasta on powoli stopniowo. Zwykły człowiek robi się coraz bardzej głodny, coraz bardziej i coraz bardziej. U Młodego natomiast są tylko dwa etapy: nie jestem głodny - jestem głodny w chuj. Tak samo szybko jak głód sie pojawia, tak samo szybko przechodzi. Każdemu innemu uczucie głodu też wcześniej czy później mija, gdy nie ma czasu zjeść i pojawi się dopiero w następnej normalnej porze spozywania posiłków. U Młodego głód wybucha pełną siłą, a po minucie czy dwóch znika. Dlatego on ma bardzo mało czasu, ba, praktycznie w ogóle nie ma czasu, na zdecydowanie, co by chciał zjeść w danej chwili. To jest stresujące. Gdy głód wybuchnie, powinien on natychmiast zaczynać jeść. Nie ma czasu, by myśleć nad tym co, nie ma czasu by gotować, nie ma czasu, by długo czekać na takeway, bo za minutę już nie będzie głodny.

Dlatego tak ważne są te konkretne godziny. Gdy będzie wiedział, o której dokładnie ma jeść, może się do tego momentu przygotować, a jedzenie przez jakis czas o tych samych godzinach, spowoduje, że mózg właśnie wtedy będzie wołał jeść, a nie w przypadkowych momentach. Kolejnym krokiem jest przygotowanie się na te momenty, czyli przyszykowanie sobie szamy. Gdyby nie było pod ręką jedzenia, na które ma się ochotę, należy zjeść cokolwiek, choćby ciastko, orzecha, czy choćby się czegoś napić, by zachować schemat i dać mózgowi złudzenie, że dostał szamę. Potem można sobie zjeść w dowolnej chwili lub przy następnej zaplanowanej porze coś konkretniejszego. Jeśli zjadło się coś pomiędzy zaplanowanymi godzinami i nie ma głodu, nadal należy o zaplanowanej godzinie coś zjeść lub się napić.

Wizyta kosztowała 75€. Kolejne będą tańsze. Nie przewiduje się więcej niż 3 wizyty.

Tego dnia znowu zażyłam rowerowania. Pojechałam tak samo jak Młody codziennie jeździ, czyli rowerem na stację, rower do pociągu i znowu rowerem do miejsca docelowego ze stacji. Byłam za wczasu, więc pokręciłam się prawie godzinę po okolicy, bo pogoda była dosyć miła... Fajnie, tylko że mnie to znowu zmęczyło fizycznie za bardzo, bo nałożyło się na te jazdy z poprzednich dni. Jak zauważył słusznie Małżonek, teraz moja regeneracja po większym zmęczeniu nie trwa jak dawniej jedną noc, tylko co najmniej tydzień, więc jak się w następne dni znowu coś męczącego porobi, to zmęczenie się nakłąda na siebie... Wczoraj nic nie robiłam, a dziś  poszłam z Małżonkiem na coniedzielny spacer. On zawsze mierzy kilometry i aż sie go zapytałam, ile żeśmy dziś przeszli i byłam zszokowana jego odpowiedzią, że tylko cztery z hakiem, czyli średni zwykły spacer. Intensywność zmęczenia sugerowała by jednak z 10 km co najmniej... 

To są dla mnie bardzo nieprzyjemne obserwacje i wnioski. Już miałam uczucie i nadzieję, że mi się poprawiło znacznie, jeśli idzie o kondycję, wytrzymałość itd. Ćwiczę już trochę czasu systematycznie i widzę oraz czuję rezultaty. Poprawiła mi się gibkość (do szpagatu brakuje coraz mniej, mostek robię coraz lepszy). Poprawiła się siła - już zrobię nawet 10 zwykłych (w sensie nie babskich, nie na kolanach) pompek, spokojnie robię 100 przeskoków na skakance i nawet mnie stawy po tym nie bolą ani nie czuję się zmęczona na drugi dzień. Często ćwiczę intensywnie dzień po dniu po pół godziny i nie czuję zmęczenia na kolejny dzień, a nawet wprost przeciwnie - czuję się lepiej. Kurde, jeździłam już na dalekie trasy rowerem wcześniej i było git, ale ostatnio miałam trochę przerwy w rowerowaniu, bo tylko tyle co do sklepu kręcę, gdy trzeba, gdyż zimą nie lubię rowerować w tych wszystkich łachach na sobie. Myślałam jednak, że skoro ćwiczę i maszeruję, to przejechanie tych kilkudziesięciu kilometrów w ciągu tygodnia nie bedzie problemem. Co lepsze, podczas rowerowania nie czuję za bardzo zmęczenia. Swobodnie bez wysiłku, zdawało by się, sobie roweruję na lekkim wspomaganiu. Myliłam się jednak i to bardzo: rowerowanie mnie wyczerpało okropnie, a w połączeniu ze złym stanem psychicznym to mieszanina trująca. 

Nie podoba mi się to, bo to mi mówi, że jednak nie dam rady wykonywać żadnej pracy na dłuższę metę, bo znowu skończy się tak samo. Nie wiem już co myśleć i co robić z tym wszystkim...

Na pewno będę więcej rowerować, skoro idzie ku wiośnie, by pracować nad kondycją jeszcze bardziej, Tylko muszę powoli ją budować, kilometr po kilometrze sobie dodawać, a nie od razu do Tour de France startować. To było głupie, ale też nieuniknione, bo tak wyszło z tymi różnymi wizytami, spotkaniami. Co zrobisz? Bok se wyrwiesz?

Niestety to jeszcze nie koniec rowerowania przymusowego na ten miesiąc, bo jeszcze parę wizyt tu i ówdzie stoi w kalendarzu zapisanych, a ja ciągle nie mam szofera z limuzyną...

Mój stan psychiczny jest raczej kiepski i raczej się nie poprawia, a tylko pogarsza z każdym tygodniem. Zasadniczo jest to huśtawka, ale jednak częściej jestem na dole niż na górze. Brak mi energii, nadziei, chęci do robienia czegokolwiek, nawet, a może zwłaszcza wykonywania codziennych obowiązków domowych. Umówienie głupiej wizyty czy wypełnienie jakichś dokumentów, a nawt zamówienie jakiegoś potzrebnego produktu w internecie (nie mówiąc, by po to do sklepu się fatygować) wydaje się często przerażającą barierą nie do pokonania. Odkładam wszystko na potem, na jutro, a potem na popojutrze, na bliżej nieokreślony czas. Najchętniej nie wstawałabym z kanapy całe dnie, nawet jak słońce świeci. Trudno mi się zabrać za cokolwiek, choć próbuję z tym walczyć i zmuszać moją leniwą ciężką dupę do jakiejś roboty. Budzę się w nocy po nic i nie mogę zasnąć z powrotem. Korba totalna.

Jeszcze się łudzę, że z wiosną będzie lepiej, ale to dosyć mglista i słaba ułuda.

Jedyne co mi się udaje na ten czas, to te półgodzinne ćwiczenia fizyczne. W tym widzę sens i satysfakcję, bo czuję efekty, bo to jest coś znanego, zaufanego, coś co robiłam przez większość życia systematycznie i w czym jestem dobra. 

Reszta jest o kant dupy. W pozostałych aspektach jestem obecnie do niczego albo moje działania i starania nie przynoszą żadnych zadowalających efektów. Doszłam do jakiejś ściany i utknęłam, nie mam żadnego ruchu. Tkwię w miejscu, w którym być nie chcę, ale nie mogę stąd uciec ani pójść w inne. 

Nie jestem na tyle silna, by pójść do pracy, ale potrzebuję pracy, by poczuć się lepiej. Potrzebuję pracy, by się przeprowadzic w inne miejsce. Nie wynajmiemy nowego domu nie mając stałej pracy. Potrzebuję się przeprowadzić, by mieć szansę na pracę. Potrzebuję nowego miejsca i nowej pracy, by poczuć sie lepiej i znowu zacząć żyć. No i jak niby mam z tego błędnego koła się wydostać? Myślę o tym non stop dzień i noc i chuja wymyśliłam. 

Potrzebowałam to wszystko opowiedzieć. Nie zrobię się od tego mniej zmęczona, mniej zdołowana ani nawet mniej zła, ale potrzebowałam se ponarzekać.

Zdjęć nie chce mi się dodawać, bo za dużo z tym certolenia. 





10 stycznia 2026

Zima w Belgii jest piekielnie męcząca

    Kurza twarz, parę dni śniegu i ja wysiadam. Weźcie idźcie z tym gównem. Ciągle powtarzam, że nie lubię śniegu, ale powiem to jeszcze raz: NIE LUBIĘ ŚNIEGU! I  będę to powtarzać co roku, jak tylko śnieg tu spadnie, bo...

 nie lubię śniegu :-)

    Nie chodzi tu o śnieg sam w sobie, bo jak widzę, że za oknem robi się biało, czym prędzej lecę tam z aparatem albo przynajmniej z telefonem, by robic zdjęcia, gdyż zimowy krajobraz ma niezaprzeczalnie magiczny urok. Lubię też bałwana ulepić. Jakbym miała koło domu kawałek górki nie zawahałabym się ani sekundy, tylko czym prędzej napchałabym worek sianem albo wytrzasnęła skądsiś sanki i poszłabym wozić dupsko. Nic by mnie nie powstrzymało, bo śnieg ma swoje plusy...

Tyle tylko, że śnieg zwykle nie pada w weekend, kiedy ludzie leżą całe dnie do góry wentylkami i z radością mogą się radować zimowym momentem, a nawet jeśli, to leży potem jeszcze po weekendzie, a przedostawanie się gdziekolwiek po śniegu, lodzie czy błocie pośniegowym to jest już smutna tragedia, szczególnie w takim kraju jak Belgia, który to kraj nie ma dobrego zaplecza do przeciwdziałania urokom zimy.  Spora część ludzi, jeśli nie większość (w tym Małżonek) jeździ tu na letnich oponach, do tego niektórzy nie umieją po śliskim i po śniegu jeździć. Rowerzyści w ciulowe zimowe dni przesiadają sie też na samochody i potem mamy 800km korków (tak było w któryś dzień tego tygodnia, jeśli wierzyć mediom). Autobusy i pociągi przyjeżdżają bardziej opóźnione niż zwykle albo bardziej niż zwykle w ogóle nie przyjeżdżają. 





W poniedziałek Małżonek był w domu, bo jeszcze miał chorobowe, to zawiózł Młodego wraz z rowerem na dworzec. We wtorek Młody pojechał sam rowerem i, jak napisał potem, dojechał do stacji cały upocony, bo warunki były nienajlepsze na ścieżce. Z powrotem było jeszcze gorzej. Pod lasem było oblodzone i wykręciło go z rowerem tak, że znalazł się na ulicy tuż przed nadjeżdżającym, na szczęście dosyć wolno, samochodem. Chodniko-ścieżka biegnie wszak wzdłuż głównej ruchliwej drogi koło samego asfaltu i jest wąziusieńka, a przez śnieg jeszcze bardziej zwężona. Przestraszył się tym, bo niewiele brakło... Cały zdygany do domu przyjechał.

Na drugi dzień wyszliśmy rano przed dom i okazało się, że ładnie posypali solo-piaskiem (czy czym oni tam posypują), asfalt w miarę czysty, więc popedałował raźno na swoim minirowerku. Chwilę później zadzwonił, że wzdłuż głównej drogi nie da się jechać, bo na ścieżce jest jeden lód i to taki zbybrany, nierówny, a tu wiatr 50-60km/h i na prawdę strach takim małym rowerkiem elektrcznym jechać 4 kilosy, zwłaszca po doświadczeniach poprzedniego dnia, gdy prawie zostało się przejechanym...

Poleciał jeszcze z rowerem na przystanek, bo ten rower da się do autobusu od biedy wziąć, ale nie zdążył dobiec, zanim bus odjechał. Nawet jakby zdążył to i tak nie wiadomoo, czy dojechał by na czas by złapać połączenie z pociągiem, bo to jest 5 minut tylko, gdy autobus na czas przyjedzie, a żeby było śmieszniej przystanek jest z drugiej strony torów niż wsiada się do pociągu... Wrócił do domu i upisaliśmy mejl do sekretariatu i coacha, że nie dotrze do szkoły i żeby mu napisali, co ma robić w domu, bo miał tego dnia kilka wykładów (choć też trochę samodzielnej pracy, a to sam sobie planuje i sam realizuje to sam wie). 

Do południa pracował zatem grzecznie przy kompie nad lekcjami. W południe przyszedł, ubrał się i popędził na pole pobyć sobie dzieckiem i podziczeć w śniegu. Takiej zimy nie było tu jak mieszkamy w Belgii te kilkanaście lat. Chwilę później zawołał, że lepi bałwana, więc poszłam mu pomóc i wielkoluda żeśmy stworzyli. Młody orzekł, że to Polnareff z mangi.

dwa bałwany xd





W czwartek miał ważne lekcje i miał zaplanowaną prezentację challenge'u o muzyce nad którym pracował kilka miesięcy, zatem musiał być w szkole i bardzo chciał. Zaproponowałam, by wyszedł z domu o siódmej, wziął autobus na dworzec, z którego jak nie zdąży na pierwszy pociąg, to jeszcze od biedy może pojechać za pół godziny następnym, którym normalnie jeździ. Wtedy co prawda pół godziny się spóźni, jeśli nie bedzie miał ze sobą roweru, bo z dworca do szkoły też potem trzeba jechać autobusem, jak nie ma sie ze sobą roweru, gdyż to kolejne 4 km. 

Wyższa ekwilibrystyka.

Rano zaproponowałam, że zawiozę go swoim rowerem elektrycznym na przystanek autobsowy. Są zalety bycia małym - można jeździć u mamy na bagażniku haha. 

Ślisko trochę było i dla mnie to niezła gimnastyka, by się nie wybombić na asfalt razem z nim i jego ciężkim tornistrem. Daliśmy jednak rady. Autobus miał 2 minuty spóźnienia, więc czas na przesiadkę na pociąg skurczył się do 3 minut. Spoks. 

Zadzwniłam potem do niego i oznajmił, że zdążył na styk przebiec przez tory przed zamknięciem zapór. Uf. W domu wyszukaliśmy autobus, którym można pojechać do szkoły z dworca. Gdy dojechał do miasta, zadzwonił do mnie, że nie ma tam wcale 20 peronu autobusowego, bo jest tylko do 18...

WTF?! Jak może nie być, skoro w apce pokazuje, że autobus z dwudziestego odjeżdża...?! 

Zosatwiając gary na ogniu (bo gotowałam) otwarłam googla i wystukałam nazwę miasta "ME-CHE-LEN" i peron nr 20. Pokazało mi mapę. No faktycznie perony 19 - 21 są w innym miejscu niż większość. 1-3 są jeszcze w innym (tak nawiasem mówiąc). Zadzwoniłam i wytłumaczyłam, gdzie ma szukać tego cholernego peronu dwudziestego...

Znalazł! 

Chwilę później napisał z heheszkami, że pół szkoły tym autobusem jedzie...UF! 

W takich sytuacjach myślę sobie, że trzynastolatki we Flandrii to jednak bardzo dużo odpowiedzialności muszą na siebie brać, czasem może nawet za dużo...? 

A potem myślę sobie, że mam całkiem dzielnego i odważnego syna. Mimo trudów nie poddaje się, tylko walczy z przeciwnościami losu. Matka czy Ojciec czasem trochę pomagają, Duże Siostry tez podają od czasu do czasu pomocną dłoń, ale ogólnie to ten trzynastoletni Epicki Chłopak całkiem nieźle sobie radzi i bardzo samodzielny jest. Dziewczyny też świetnie sobie radziły w tym wieku, mimo że problemy waliły im się co raz całymi wiadrami na głowę. Jestem dumna z moich dzieci. Tak, wiem że to już pisałam 100 razy, ale będę pisać kolejny i kolejny raz, bo moje dzieci zasługują na to, by je chwalić.

Gdy Młody pełen stresu bujał sie pomiędzy autobusami, pociągami i pisaniem do Matki po poradę, Matka próbowała ugotować czym prędzej bigos i wyrobić się z tym przed lekcją niderlandzkiego zaczynającą się o 8.45. A tu jeszcze śniadanie spożyć, pomyć gary, kury wypuścić z dwóch kurników i zanieść wszystkim świeżej wody oraz ziarna, oraz nastawić pranie. Przygotować sobie też laptop, słuchawki i ładowarkę oraz coś do pisania, bo ja to zawsze porozwlekam po całym salonie, że znaleźć nie mogę potem. Normalnie na wszystko mam czas i stały plan, ale w takich okolicznociacg, gdy wszytsko się komplikuje, jest niezły cyrk. 

Udało mi się nastawić bigos, który se pyrkał na małym ogniu całą pierwszą lekcje (choć latałam raz zobaczyć, czy się nic nie jara). Udało mi się zalogować 5 minut przed czasem z kawą w ręku. Byłam z siebie dumna, choć przez pierwsze pół lekcji nie bardzo mój mózg był w stanie skupić sie  na lekcji bo miałam we łbie totalny rozpiździec haha. Po przerwie jednak już poszło gładko...

Niemnej jednak jestem już zmęczona tymi lekcjami niderlandzkiego. Jesienią zapisałam się na dodatkowy kurs z gramatyki, ale po jednej lekcji więcej nań nie poszłam. Jak skończę ten kurs,  BYĆ MOŻE poczytam sobie i pooglądam materiały oraz porobię ćwiczenia, bo wszystko jest na portalu dostępne po zakończeniu kursu jeszcze spory czas. Było nie było 10 ojro za ten kurs zapłaciłam to co będzie się dycha marnować haha. 

Miałam się zapisywać teraz na ostatni poziom, ale na razie muszę sobie znowu przerwę z robić, bo już mi się nie chce uczyć. Starość nie radość. Może po wakacjach będę kontynuować znowu naukę. To już nie to samo, jak człek młody był i wszystko mu z łatwością i wielką chęcią przychodziło. Teraz to tylko metoda małych kroczków i częstego odpoczywania jako tako się sprawdza. 

Wracając do Młodego, bez roweru nie zdążył z powrotem na pociąg, którym zawsze wraca, bo autobusem się nań nie zdąża. Trzeba jechać następnym, co oznacza, że na tutejszym dworcu byłby przed 18, a potem jeszcze musiałby brać autobus do domu albo maszerować 4 czy 5 km na nogach. Tak czy siak do domu dotarłby dopiero koło 19. Tata pojechał po niego na dworzec, więc dotarł parę minut po 18, co i tak było późno, bo potem oczywiscie jeszcze lekcje trzeba odrobić, pouczyć się... 

Nie, bez roweru nie dało by się do tej szkoły jeździć na dłuższą metę. Nie ma na to najmniejszych szans. Dobrze zatem że zima tu rzadko się zdarza, ale i tak nie da się jej lubić za bardzo.

Poza dojazdem miał też inne emocjonujące atrakcje w szkole. 

Jedno zdarzenie było wielce pozytywne, acz bez dwóch zdań emocjonujace bardzo. Opowiadał od razu po powrocie ze śmiechem, że ciało pedagogiczne zarządziło na ten dzień oficjalną bitwę na śnieżki dla wszystkich chętnych. Kto nie chciał uczestniczyć, został w szkole. Reszta poszła na łąkę koło boiska, gdzie urządzili regularną wojnę śniegową, w której nauczyciele oczywiście też brali aktywny udział. O tym zresztą Młody z uznaniem opowiadał już dzień wcześniej, że to pierwsza znana mu szkoła, gdzie nauczyciele nie tylko nie zabraniają bitwy na śnieżki, ale sami w niej aktywnie uczestniczą, bo oczywiście, że przed lekcjami, na przerwie i po lekcjach też się tłukli śnieżkami zaraz jak tylko śnieg spadł. Pomysł z oficjalną zorganizowaną bitwą jawi mi się jednak najlepszy, wszak nie każdy lubi tę zabawę i nie każdy chce w tym uczestniczyć, a w ten sposób tylko chętni mogli się tłuc. Młody brał aktywny udział, bo ma teraz zarąbiste rękawiczki. Kupiłam mu je na Temu za stosunkowo niewielkie pieniądze, ale okazało się, że nie dość, że są super ciepłe, przyjemne w dotyku (większości dostępnych w sklepach rękawic Młody nie toleruje) to jeszcze nieprzemakalne. Gagatek przyznał, że testował je wkładając ręce do  kałuży i nie przemokły. Jakbym to zobaczyła, to chyba bym mu do majtek nakopała! Ale skoro przetestował i nie przemakają to w sumie mogę rzec, że to niezły pomysł był haha.

Po południu robił prezentację swojego challenge'u o muzyce, nad którym pracował kilka miesięcy. Oznajmił, że poszło mu ogólnie dobrze, ale mogło pójśc lepiej, gdyby się tak bardzo nie denerwował i tak szybko nie mówił. Występy przed grupą są dla niego bardzo stresujące. Choć przed dobrze znaną i lubianą grupą, jak było na szczęście w tym wypadku, są o wiele mniej stresując niż przed randomowymi osobami czy zwykła całą klasą, jak było w poprzedniej szkole. Zbyt szybkie, zbyt ciche/głośne mówienie to nasz rodzinny problem. Ja słyszałam to przez całe życie i do dziś systematycznie słyszę, że za szybko mówię, że powinnam mówić wolniej, bo nie da się mnie zrozumieć. Młody ma to samo... Ech!

Ludziom najwyraźniej się wydaje, że my to celowo z rozmysłem robimy, a już na pewno, że to można kontrolować i że wystarczy chcieć, by zacząć mówić wolniej, głośniej/ciszej. 

Kurwa, tymczasem ja całe życie próbowałam to zmienić, próbowałam nauczyć się to kontrolować i przez blisko pół wieku mi się to nie udało. Czy serio wam się wydaje, że ja na złość moim nauczycielom mówiłam cicho, a potem (do dziś) na złość wszystkim znajomym, kolegom w pracy i  wszystkim ludziom wokół mówię zabyt głośno i zbyt szybko?! No tak, ja tak bardzo nienawidzę ludzi, że ja to specjalnie robię! Młody i Młoda tak samo! No! Tak, tak bardzo nie chcemy być przez innych rozumiani i akceptowani, że specjalnie napierdalamy słowami jak karabin maszynowy, by nikt nas nie rozumiał. 

Ale może to wy za wolno słuchacie? Spróbujcie raz zrobić nam tę przyjemność i postarajcie się słuchać szybciej. Przecież to wystraczy chcieć c'nie...? Chcijcie!

Przez całą szkołę słyszałam od nauczycieli, od rodziców, ciotek, sąsiadów, że mam mówić głośniej i wyraźniej. Zawsze się starałam, by sprostać ich oczekiwaniom. Ćwiczyłam w domu non stop, ciągle mówiłam do siebie na głos. Przed każdą wypowiedzią myślałam tylko o tym, by mówić głośno i wyraźnie. Tak bardzo się na tym skupiałam, że często zapominałam o czym w ogóle mam mówić... Bo to właśnie tak działa, że albo będę przdstawiać co wiem bez myślenia o kontrolowaniu głosu, albo będę kontrolować swój głos i prędkość wypowiadania słów, ale nie będę wstanie myśleć o tym, co mam do powiedzenia. 

Młody ma tak samo. 

Mnie udało się w końcu nauczyć mówić głośniej... 

Odtąd słyszę, że mówię za głośno albo że po co się tak drę, przeciez to samo można ciszej powiedzieć. 

No i tak to jest z oczekiwaniami ludzi, którym nie chce się nawet spróbować drugiego zrozumieć zanim na każdym kroku zaczną go poprawiać i zmuszać do dostosowania się do ich poziomu. 

Ja w końcu, po poczytaniu trochę na temat spektrum autyzmu i temu podobnych problemów, doszłam wraz z Młodą do wniosku, że my nie potrafimy po prostu kontrolować głośności swojego głosu. Młoda ma oficjalnie stwierdzoną dysprakcję, której jednym z objawów jest właśnie brak kontroli nad własnym głosem, a może nie tyle kontroli (choć też)  co świadomości tego jak głośno brzmi dla innych nasz głos. Ludzie mówili, że mówię zbyt cicho, więc w koncu po latach ćwiczenia i zmuszania się do głośniejszego mówienia, udało mi się zacząć mówić głośniej, ale wtedy okazało się znowu, że to jest zbyt głośno. Ja nie mam dyspraksji, ale ten problem może być ogólnym problemem typowym dla autyzmu, co nie znaczy że w całym spektrum wystąpi (wprost przeciwnie, wszkak to SPEKTRUM obajwów). No i Młody ma też ten problem... 

Znalazłam już przychodnię dla autystyków w okolicach szkoły Młodego. Zapisałam go na razie do dietetyczki od autyzmu, która - jak się okazało - przyjmuje też w domu, a mieszka niedaleko szkoły, więc Młody pójdzie tam, a nie do przychodni. Logopeda jest następny w kolejce, może akurat coś by pomógł lub choć jakieś sensowne wyjaśnienie dał, czy wskazówki. 

W piątek rano Epicki wstał, przyodział się i ...zaległ na kanapie oznajmiając, że jest strasznie zmęczony, co zresztą było widać gołym okiem: blady jak dupa anioła, oczy błyszczące i zaczerwienione, no ogólnie takie lelum-polelum i dętka do kwadratu. Poprosił bym mu zrobiła herbaty i podgrzała burgera z poprzedniego dnia. Zwykle pierwsze co on robi po powstaniu to przyszykowanie sobie matchy z mlekiem. Zwykle też razczej nic nie je. Tego dnia najwyraźniej nie miał siły na nic. Zrobiłam mu tej herbatki. Wypił, ugryzł dwa razy burgera i zapytał, czy nie może zostać w domu, bo nie da rady chyba iść do szkoły...

Wysłaliśmy zatem mejla do sekretariatu, że jest chory. Młody powiedział, że w takim razie wraca do łóżka. Poszedł i tyle go widzieli...

 Nawet myślałam, że gra czy coś, ale jak poszłam do niego po 16-tej zobaczyć, to on ciągle był w łóżku.

 Przespał dosłownie cały dzień!

Takie oto właśnie są rezultaty przebodźcowania i nadmiaru emocji u takich ludzików jak Młody. Wieczorem jeszcze był słaby, ale czuł się już lepiej. 

Dziś już wrócił do żywych. Nawet zdążył się wreszcie umówić z dawnym klasowym kumplem... a raczej z jego mamą (tylko przez kumpla się z nią umawiał) na odwiedziny u dzidziusia. Przerabiają bowiem na biologii rozwój dziecka i mają na zadanie zorganizować jakąś aktywność dla bejbika, dzięki której będą stymulować oraz obserwować, a potem opisywać jakiś element rozwoju niemowlaka. Każdy dostał czas na ewentualne znalezienie dzidziusia w swoim otoczeniu i przygotowanie jakiejś zabawy. W razie jakby ktoś nie miał małego smerfa w swoim otoczeniu, zaproszono też dzidziusie do szkoły. Młody jednak woli nie przeprowadzać zajęć przed całą grupą. Na szczęście przypomiało mu się, że nie dawno koledze chyba mały braciszek albo siostrzyczka się urodziła, więc napisał do niego i się zapytał, a gdy tamten potwierdził, poprosił go o zapytanie mamy, czy mógłby przyjść się z nim pobawić. Mama się zgodziła... Młody będzie puszczał bańki mydlane. Ciekawa jestem rezultatu tego eksperymentu. Młody lubi małe dzieci więc cieszy się na tę zabawę i też jest ciekawy reakcji. Poza tym na pewno z radością pogada z kolegą.

Ja w końcu otrzymałam zaproszenie, czy raczej wezwanie (bo wstawiennictwo jest obowiazkowe) do koordynatora-powrotu-do-pracy, o które nie-pamiętam-już-kiedy poprosiłam swój fundusz zdrowia. Spoko, tylko znowu będę musieć jakoś się dostać na to brukselskie zadupie, gdzie psy dupami szczekają. Ostatnio jeździłam tam skuterem, bo to było najłatwiejsze rozwiązanie, ale skutera nie mam teraz, znowu trzeba się tłuc tam pociągami i autobusami, co wymaga pół dnia... Nic to. Sama tego chciałam, to nie ma teraz co jojczyć. Tyle, że ja juz nie pamiętam, o co ja się chciałam zapytać tak w ogóle... 

Najpierw jednak muszę pójść na mammografię i echo klaty, co jest  teraz trochę stresujące. 

Kiedyś zrobiliśmy z Młodym ciekawy eksperyment. Tyle, że trochę późno sobie o nim przypomnieliśðmy i już ciemno było, co utrudniło obserwację. Obserwowaliśmy czy bańki mydlane zamarzną. Zamarzały i robiły się na nich wzorki mrozowe, a potem pękały i zostawały przez chwilę z cudacznych kształty.

zamrożone 🫧 bańki







zawierucha








kowalik














Chica












Wanda


Balbina


6 stycznia 2026

Kawa i ja

 Czyszcząc ostatnio nasz ekspes do kawy zebrałam się za kawowe refleksje, które czym prędzej postanowiłam przestukać na bloga.

Kawa w moim życiu

Pierwszy raz mama zaproponowała mi kawę, gdy byłam gdzieś w ostanich klasach podstawówki. Nie wiem, czy to siódma czy ósma klasa była, ale pamiętam to satysfakcjonujące uczucie. Oto otwarły się kolejne drzwi do dorosłości. Mogłam napić się prawdziwej kawy. Matka uznała, że jestem wystarczająco dorosła, by dopóścić mnie do kawowego rytuału.

Wtedy piło się kawę w szklankach wetkniętych do aluminiowego uchwytu. O ile mnie pamięć nie myli, to kawę wtedy w ziarnach się kupowało i mieliło w domu. Znalazłam w necie zdjęcie młynka takiego jak nasz :-). Mieliliśmy też w nim cukier, by cukier puder zrobić... Gdy o tym piszę, przypomina mi się kupny cukier puder. Prawie zawsze był skamieniały i te bryły trzeba było młotkiem rozbijać, by dodać do ciasta, a ciasto ucierało się wtenczas w makutrze drewnianą pałką... 

taki młynek mieliśmy (zdj. z internetu)

Kawa świeżo zmielona pachniała wyśmienicie. Wsypywało się łyżeczkę czy dwie zmielonych ziaren do tej szklanki i zalewało wrzątkiem.... 

Ale czekaj, wróć, zacząć by wypadało chyba od tego, że kupienie kawy w czasach mojego dzieciństwa graniczyło z cudem... Z cukrem nie lepiej. I wszystko było na kartki. Ależ to były dziwne czasy!

Zanim nadszedł ten dzień, w którym dostąpiłam pierwszy raz zaszczytu zaparzenia sobie kawy, zjadałam systematycznie fusy z kawy. Co prawie zawsze miało miejsce, gdy rodzice mieli gości. Zdarzało mi się też rozgryzać ziarna kawy. Mówili wtedy, że takie fusy są bardzo niezdrowe. Co z tego, gdy dobrze smakowały, a nie mieliśmy wtedy wszak za dużo  rarytasów.

Jako dzieci piliśmy też sporo kawy Inki i kawy zborzowej Anatol. Do dziś obie lubię, ale nie aż tak bardzo, jak dawniej, gdy nawet takie kawy nie zawsze w domu były. Bo nic nie było.

Kawa zbożowa kojarzy mi się z domem babci i prababci. One parzyły zawsze cały garnek zbożówki rano, by była na cały dzień.  W drugim  rondlu zawsze stało przegotowane mleko. Gdy przychodziłam do nich w odwiedziny, mogłam czasem dostać kubek takiej kawy, a bywało że i korzuch z mleka mi się dostał, co było dla mnie nie lada przysmakiem.

Odkąd pierwszą kawę prawdziwą wypiłam, mogłam w każdy weekend raczyć się tym zacnym napojem, a z czasem zaczęłam kawę pić codziennie, a nawet i kilka razy dziennie, choć zbyt dużo nigdy nie piłam, bo miało to skutki uboczne - ręce mi się trzęsły. Nasza psorka od fizyki z liceum mówiła na tą okoliczność, że dostaje się "hercotłuku". Gdy napiłam się kawy późnym popołudniem, nie mogłam z kolei zasnąć.

Piło się kawę czystą czarną albo ze śmietaną czy mlekiem. Najczęściej jednak z gęstą tłustą świeżą śmietaną zebraną z mleka, bo tego ci u nas raczej za często nie brakowało. Mieliśmy wszak przynajmniej dwie krowy, a pamiętam czasy, że i cztery było... 

Dalej pamiętam pojawienie się kawy, rozpuszczalnej i cappucino. To było chyba gdzieś w czasach mojego liceum, ale ręki bym se za to uciąć nie dała. Mój mózg nie jest bowiem dobry w ogarnianiu czasu. Ależ to był szał. Te capuczina smakowe z Mokate. Uwielbiałam je. Odkryłam, że najlepiej smakowały zalewane gotowanym mlekiem. Mmm. 

Teraz Młoda kupuje czasem w polaku takie jednorazówki z mokate, ale to już nie to samo. Znaczy produkt pewnie smakuje podobnie, ale to już nie te czasy. Teraz mamy cuda niewidy, od czego w dupach nam się trochę przewraca, więc już byle czym naszych kubków smakowych nie uradujemy. Z drugiej strony, myślę też, że z wiekiem nasze smaki się bardzo zmieniają i to nie jest tylko kwestia posiadania lepszych rzeczy czy większego wyboru. Wszak obserwuję te zmiany nawet na krótkiej przestrzeni czasowej. W jednym miesiącu przykładowo zajadam się namiętnie żelkami, w drugi przerzucam się na czekoladę, a na żelki nie spojrzę, by po pół roku w ogóle czuć obrzydzenie na widok słodkich rzeczy, a wpierniczać tylko chipsy. Z napojami to samo - raz mam smak na to, innym razem na co innego.

A wracając do kawy, to na tej płaszczyźnie wielkiej zmiany dostarczyła nam emigracja. Jak dziś pamiętam, jak zaprosiliśmy raz Polkę, którą poznaliśmy zaraz na początku naszego tu pobytu przez dyrektorkę szkoły. Obie panie śpiewały w tutejszym chórze, stąd się znały. Pani Polka była w wieku naszych rodziców i mieszkała już wtedy - jak mówiła - w Belgii od jakichś 40 lat, więc była bardziej Belgijką niż Polką, a jej mąż jest rodowitym Belgiem. Zaproponowaliśmy wtedy naszej nowej znajomej kawę i ona powiedziała, że jeśli mamy rozpuszczalną, to się ewentualnie napije, bo takiej zalewajki, jaką się w Polsce pija i jaką zapewne też pijamy, to ona już by nie wypiła, bo za bardzo przyzwyczaiła się do kawy z maszyny...

Przyznaję bez bicia, iż pomyślałam wtedy, że bez przesady, jak można znielubić tak dobrą kawę...?

Dziś wiem jednak, o czym ona mówiła. Dziś sama nie wyobrażam sobie picia zalewajki. Pewnie, gdyby mi ktoś zaserwował, to bym wypiła, ale wiem, że by mi w ogóle nie smakowała. Gdy raz wypijesz dobrą kawę z ekspresu, raczej niechętnie wrócisz do zalewajki... Choć nie, wróć. Małżonek właśnie sobie kupił mieloną kawę i zaczął parzyć sobie zalewajkę po staremu. Dziwny to człek haha ;-)

Tutaj znanych nam z Polski zalewajek się nie pije, ale wiele starszych osób pija zalewajki tylko że filtrowane. Kupuje się papierowe filtry i specjalny lejek do którego się wkłada filter, a lejek ustawia się na kubeczku czy filiżance i nasypawszy doń mielonej kawy, przelewa się przez to wrzątek. Używaliśmy nawet tej metody przez jakąś chwilę, gdy podpatrzyłam to rozwiązanie u jednej z moich dawnych babciowatych klientek. Są nawet takie gotowe jednorazowe kawy we filtrach, że wystarczy odpakować i wlać wrzątek. Też u jakichs klientów pijałam.

Takie kawy smakują jednak podobnie jak polskie zalewajki. Szału nie ma.

Jakiś czas mieliśmy eksperes przelewowy, ale kawa nam z tego nie smakowała. Do dziś gdzieś tam na strychu chyba to ustrojstwo stoi. Potem kupiliśy wynalzek Senseo. Nasz pierwszy eksperes ciśnieniowy, który parzył kawę ze specjalych saszetek. To była batdzo dobra kawa i długo korzystaliśmy z tego wynalazku. Jednak jak któregoś dnia odmówił posłuszeństwa, kupiłam mini ekspresik z Dolce Gusto, który - jakże by naczej - również podpatrzyłam i przetestowałam u klientów. Aktualnie mamy już drugi z kolei, jeszcze mniejszy niż poprzedni, ale równie dobry. Marzy mi się tam gdzieś po cichu taki duży, wypasiony, który sam mieli ziarna kawy i który serwuje różne gatunki kawy, nawet z mlekiem. Jednakowoż po pierwsze nie mamy miejsca na duża maszynę, a po drugie jesteśmy zadowoleni z naszego maleństwa. Nie jesteśmy wszak jakimis tam wielkimi kawoszami. Lubię kawę, owszem. Pijam z krótkimi przerwami bezkawowymi każdego dnia: lungo, czasem z dodatkiem mleka, czy niemleka albo czarną,  latte, czasem z dodatkiem jeszcze kokosowego mleka czy polskiej kapucziny smakowej. Najwięcej to my jednak pijamy herbat i herbatek.

O herbacie może jednak innym razem...

A z czym Tobie kawa się kojarzy i jakie wspomnienia budzi?



zdj. z internetu

zdj. z internetu

zdj. z internetu


1 stycznia 2026

Podsumowanie 2025

Rok się zakończył więc podsumuję sobie wszystkie dobre rzeczy, które przez 12 miesięcy się zdarzyły.

Zakupiłam 2 rowery elektryczne, które ułatwiają życie mnie, córce, a przede wszystkim synowi, który pokonuje codziennie blisko 20 km na rowerze na trasie dom szkoła. 

Odebrałam w tym roku dwie ostatnie dawki Zomety i poddałam się usunięciu portu dożylnego, co zakończyło kolejny etap zdrowienia po raku.

Zakończyłam kolejną trudną próbę odnalezienia się na rynku do pracy. Chociaż świetlica okazała się za trudna, to jednak warto było zdobyć nowe umiejętności i wiedzę, a przede wszystkim dowiedzieć się czegoś nowego o sobie samej uświadamiając sobie, że nowa ja nie jest mną sprzed raka.

Cały rok odkrywałam swoją nową porakową siebie i uczyłam się na nowo myśleć i żyć. To był rok wielu refleksji, wielu frustracji, walki ze sobą i zawierania ze sobą pokoju. Kolejny rok zdrowienia po raku i poznawania siebie.

Kupiłam sobie garnek do pieczenia chleba i inne akcesoria i korzystając z przydługawego zwolnienia lekaeskiego i bycia w domu, nauczyłam się i  zaczęłam systematycznie piec chleb na zakwasie, co dało mi wiele satysfakcji.

Młody uratował życie swojej byłej klasowej koleżance, która wzięła garść tabletek..

Młody zmienił szkołę na alternatywną i jest bardzo zadowolony.

Najstarsza odbyła półroczny staż w "zieleni", dzięki czemu zdobyła wiele nowego doświadzcenia i dodała kolejny punkt do cv.

Najstarsza otrzymała diagnozę (Zespół Turnera), która wreszcie wyjaśniła a zarazem usprawiedliwiła większość jej problemów zdrowotnych. W raz z diagnozą pojawiły się też wytyczne co do tego, jak dbać o zdrowie, jakie kontrole systematycznie przechodzić, by uniknąć lub zminimalizować ryzyko albo przynajmniej na czas wykryć kolejne poważne problemy zdrowotne związane z tą chorobą genetyczną. 

Adoptowaliśmy 3 kury i udało nam się wykurować naszą kurkę Riko.

wrzosowisko


Rok 2025 turystycznie

Odbyłam też całkiem sporo wycieczek po kraju, bo bliższej o daleszej okolicy. Czasem sama, czasem w towarzystwie najbliższych. Wypunktuję je tutaj:

1. W towarzystwie Syna zwiedziłam niedokończony hotel w parku Vrijbroekpark w Mechelen.

2. Jak co roku byliśmy też latem na plaży w Ostendzie, by się poopalać i popływać.

3. Obejrzeliśmy wystawę wśród żonkili w sąsiedniej gminie.

4. Kilka razy owiedziliśmy Antwerpię, spacerując po parkach, pijąc drinki i kawę w fajnych kawiarniach i barach, zwiedzając muzeum MAS.

5. Kilka razy odwiedzałam Brukselę turystycznie. Z Synem zwiedziłam muzeum w ratuszu i Muzeum Kanalizacji, z córką obejrzałam ponownie Muzeum Historii Naturalnej, sama zwiedziłam podziemne muzeum Pałacu Coudenberg i Muzem Instrumentów.

6. W towarzystwie syna zwiedziłam muzeum miejskie w Dendermonde i obfotografowałam parki.

7. Wiosną byliśmy we we czwórkę w Ogrodzie Japońskim w Hasselt.

8. Wraz z dziećmi wybrałam się też na zorganizowany siedmiokilometrowy marsz w naszej gminie, podczas którego obejrzeliśmy dwa piękne zamki, które nie są zwyczajnie dostępne do zwiedzania.

9. Z córką wybrałam się do walonii do Lessen gdzie zwiedziłyśmy ogromne i fascynujące muzeum szpitalne Hospital Notre Dame a la Rose.

10. Sama odwiedziłam ponownie Gandawę, gdzie wybrałam się do dwóch muzeów: Muzeum Uniwersyteckiego GUM oraz muzeum opactwa.

11. Odwiedzilam też byłą sąsiadkę w Charleroi przy okazji zwiedzając to ponure miasteczko.

12. W maju z okazji moich urodzin wybrałam się z dziećmi do De Panne, gdzie jeden dzień spędziliśmy w parku rozrywki Plopsaland, a drugi na plaży.

13. Na początku lata wybrałam się na krótką przejażdżę starą ciuchcią parową w Baasrode wracając myślami do czasów dzieciństwa.

14. W towarzystwie syna wybrałam się na naszych rowerach elektrycznych do Ogrodu Botanicznego w Meise.

15. Wraz z córką wybrałam sie w tym roku na regaty wannowe do Dinant, gdzie poza tym odbyłyśmy też krótki marsz po górkach dinanckich.

16. Pod koniec lata pojechałam w towarzystwie dzieci do belgijsko-holenderskiego Parku Kalmhoutse Heide, gdzie przemaszerowaliśmy ok 9km i podziwialiśmy wrzosy.

17. Byłam też z córką w Brugii na imprzeie kulturalnej, gdzie obserwowałyśmy linoskoczka maszerującego nad dachami po linie, potem wielkiego mechaniczneo pająka, w wcześniej zwiedziłyśmy jedno z miejskich muzeów.

18. Owiedziliśmy też ponownie Pairi Daiza, najpiękniejsze zoo w Europie.

19. Dwa dni spędziłam też z dziećmi w okolicach Rochefort, gdzie jeden dzień poszliśmy na safari w Domaine des Grottes de Han, a drugiego dnia maszerowaliśmy po okolicznych górkach.

20. Z córką byłam na koncercie szantowym w Antwerpii, a innym razem rodzinnie poszliśmy na koncert Kultu do Brukseli.

21. Poza tym odbyłam wiele marszów po okolicy z Małżonkiem, z dziećmi i sama. Trochę też rowerowałam za każdym razem coś ładnego odkrywając.


Rok 2025 czytelniczo

Na początku roku czytanie szło mi opornie, ale powoli coś tam od czasu do czasu kartkowałam. W czasie letnim udało mi się kilka tytułów przeczytać. Późną jesienią nagle powróciła radość i chęć czytania, więc trochę poprawiłam swoje statystki czytelnicze. Więcej udało mi się przeczytać po niderlandzku niż po polsku, choć mam spore zapasy książkowe w ojczystym.


większa część tegorocznych lektur


Po niderlandzku

  1. Beter worden is niet voor watjes
  2. Dasha Kiper - Als het elke dag zondag is
  3. Inge Verbrugen - Noodkreet
  4. Arnold Van De Laar - Onder het mes
  5. David Walton - De plaag
  6. Franck Thilliez - Zwanenzang
  7. Jo Claes - Een tragisch verhaal
  8. Fleur Pierets - Julian (e-book)
  9. Lore T. en Frauke Joossen - Sterke meisjes huilen niet
  10. Suzanne Vermeer - Zomertijd
  11. Helen Vreeswijk - Ontvoerd
  12. Oliver Sacks - Musicofilia. Verhalen over muziek en het brein
  13. Philipp Vandenberg - Het graf van Campo Santo
  14. Martin Pistorius - Ghost boy


Po polsku
  1.  Ryszard Kapuściński - Imperium
  2. Zespół Turnera. Głosy i doświadczenia.
  3. Konrad Malec - Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych
  4. Lars Chittka - Pszczoły. Krótki lot w głąb niezwykłych umysłów
  5. Leah Hazard - Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu
  6. Grażyna Plebanek - Bruksela
  7. Tulia Topa - Jak rozbiłam szkło (e-book)
  8. Lars Berge - Dobry wilk
  9. Stephen Seager - Psychopaci
  10. Babilon. Kryminalna historia kościoła



30 grudnia 2025

Kościół. Byłam. Widziałam. Odeszłam. Niesmak pozostał.

Wpis z cyklu sprzątanie blogowej szuflady. Nie wiem, kiedy napisałam ten tekst i co mnie do jego napisania zainspirowało, ale zapewne byłam na coś w kurzona... Wydaje się jakby niedokończony, ale ogólnie jest dobry i ważny, więc szkoda by się marnował pod stertą nieopublikowanych postów. Niech se leci w świat i powkurza innych ;-)


Religia to zło! 

Zacznijmy jednak od misia...


Gdy się urodziłam, babcia kupiła mi dużego pluszowego misia. Pózniej nazwałam go Uszatek, bo tak samo jak ten bajkowy miś, miał klapnięte uszko.

Pluszak ten był zawsze dla mnie kimś wyjątkowym. Tak, KIMŚ, nie czymś. Wierzyłam bowiem, że ta zabawka jest żywą i rozumną istotą. Miś zawsze spał ze mną w łóżku. Kiedy szłam na nocowanie do babci i prababci, brałam go ze sobą. Często prowadziłam z nim długie rozmowy. Opowiadałam mu jak było w szkole, zwierzałam się z problemów. Uszatek był - jak jako mała dziewczynka uważałam - moim jedynym prawdziwym przyjacielem. Z innymi dziećmi bowiem raczej mi zaprzyjaźnianie kiepsko wychodziło. Koleżanki i kolegów miałam, ale prawdziwego ludzkiego przyjaciela nigdy. Ani w podstawówce, ani w liceum. Ten pluszowy miś był dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie, o czym go systematycznie każdego dnia zapewniałam. Może to komuś wyda się dziwne, ale do dziś dokładnie pamiętam, jak jako kilkuletnia dziewczynka mówiłam do misia, że jest na trzecim miejscu wśród kochanych osób… Najbardziej MUSZĘ kochać boga, potem rodziców, a potem dopiero mógł być miś… (pamiętam dokładnie z jakim żalem mówiłam to misiowi, że musiałam kochać boga, choć tak na prawdę nic a nic nie czułam, poza tym że czułam się winna, że coś musi być ze mną nie tak…) i dziś to wspomnienie jest dla mnie bardzo, ale to bardzo ważne, bo mówi mi, że już wtedy zdecydowanie nie kochałam boga (a tylko o tym mówiłam głośno, by siebie do tego przekonać, bo mi kochać i wierzyć kazano). 


Nie pamiętam, kiedy przestałam wierzyć w to, że zabawka mnie słyszy i rozumie, ale raczej dość późno, może nawet dopiero w średniej szkole. Miś jednak jeszcze długo potem zajmował zaszczytne miejsce w moim pokoju i w moim sercu. Nawet jak już w niego nie wierzyłam, to ciągle do niego gadałam, opowiadając o swoich problemach, wątpliwościach, rozterkach nastoletnich…


Przy czym zdecydowanie dłużej i intensywniej wierzyłam w misia niż w boga. Bo miś był prawdziwy, mogłam go dotykać, przytulać, zabierać na spacer… Miś był przy mnie, gdy byłam smutna. Miś zawsze mnie wysłuchiwał. Zawsze mu ufałam i zawsze go kochałam. 


A bóg? Chuj wie! 


Zastanawiałam się wielokrotnie, czy kiedykolwiek wierzyłam w istnienie boga i nie potrafię tego dziś powiedzieć. Po prostu nie wiem. Jako małe dziecko raczej na pewno… Wierzyłam przecież we wróżki, Mikołaja, kosmitów, horoskop, dobro czy sprawiedliwośc  i mnóstwo innych bzdur, w które wierzą dzieci i nie tylko dzieci. 


Nie przypominam sobie jednak ani jednego momentu jakiejś intensywnej wiary. Tylko, że MUSZĘ, że wszyscy wierzą, więc coś w tym na pewno jest, że trzeba wierzyć… i masę wątpliwości. Pierwsze pytania, które sobie zadawałam (bo innych przecież pytać nie było wolno, bo to grzech, to było złe i by mnie ochrzanili albo i za uszy wytargali) pojawiły się już we wczesnych klasach podstawówki, bo niektóre pamiętam… W drugiej klasie na komunię dostałam od cioci opowieści biblijne (taka wersja Biblii dla dzieci). Przeczytałam od deski do deski i juz wtedy dużo pytań się pojawiło…


Skoro ten bóg jest dobry i kocha cały świat, który stworzył, to dlaczego zwierzęta cierpią. Dlaczego pozwala, by ludzie krzywdzili zwierzęta? 

Dlaczego bóg stworzył takie zwierzęta, które wzajemnie się zjadają? Gdybym ja tworzyła świat, to wszystkie zwierzęta żywiły by się roślinami. A bóg przecież jest mądrzejszy niż ja, bo jest mądrzejszy niż ludzie.

Co z ludźmi, którzy nigdy nie słyszeli o bogu? No bo wiedziałam, że było i jest na świecie mnóstwo takich ludzi. Ksiądz na religii i w kościele wiecznie powtarzał, że ci którzy nie wierza, nie zostaną zbawieni, czyli pójdą do piekła. No jak mają wierzyć, skoro nikt im nie powiedział, że bóg istnieje? Dlaczego bóg do nich nie idzie i się im nie objawi? Dlaczego chce ich ukarać za coś, czego nie są winni? Przecież to nie jest okej! 


Kolejne wątpliwości były natury technicznej. Czemu niby ja mam iść w niedzielę do głupiego kościoła, którego nie znoszę, a matka i ojciec nie idą?! I bóg ich jakoś nie karze za to. Kilka razy mało lania za bunt nie dostałam, wiec chodziłam do tego durnego kościoła. I na tę durną religię, gdzie pedofil w sukience obmacywał moje co bardziej kształtne koleżanki na oczach całej klasy ku wielkiej radości chłopaków, a co zdecydowanie nie sprzyjało umocnieniu mojej wiary. Sprzyjało za to chłopakowskim grupowym macankom dziewczyn w szkole, publicznego wkładaniu łap pod koszulki i w majtki, zaciąganiu dziewczyn do kibla i ciemne kąty... a katoliccy pobożni nauczyciele „nic nie widzieli” ani „nie słyszeli”, bo …chłopacy to się muszą wyszumieć... Ale to były patologiczne chore czasy! To jednak inny temat.


W średniej szkole mieliśmy fajnego katechetę. Opowiadał historie o duchach, głupie dowcipy, częstował cukierkami i zwalniał nas bez powodu z różnych lekcji. Równy chłop, myślałam wtedy (bo dziś uważam, że po prostu niezbyt odpowiedzialny…). Lubiłam zatem religię. Do kościoła starałam się chodzić najrzadziej jak się da i tylko na te imprezy, które mi odpowiadają. 

Na pierwsze piątki nigdy nie chodziłam ku wielkiemu zgorszeniu moich pobożnych rówieśniczek, które „zbierały pierwsze piątki” (moi rówieśnicy miewali dosyć odjechane hobby… ileśtam trzeba było razy pod rząd pójść do kościoła, by bóg spełnił trzy życzenia czy coś tam w ten deseń - nie wiem, nie jestem katolikiem). 

Lubiłam za to „majówki”, bo nie było księdza, tylko moja babcia prowadziła i fajne wesołe piosenki się śpiewało, a po imprezie czasem się szło łapać chrabąszcze pod kościółkiem. 

Drogi krzyżowej nie znosiłam - nudne i bez sensu. Do tego smród tego popieprzonego kadzidła (co trza mieć w głowie, by jakieś gówno w budynku palić?) W tzw wielki piątek zawsze z jakiegoś powodu „przegapiałam” godzinę uroczystości albo „zapominałam”, że to ten dzień. 

Fajne było boże narodzenie z kolędami, święcenie pokarmów, wszystkich świętych ale tylko palenie świeczek oraz zielnej, gdy wybrali mnie do niesienia wieńca. Reszta o kant dupy i zawsze próbowałam tego uniknąć.


W kościół jednak wierzyłam długo. Uważałam, że boga raczej nie ma, ale organizacja jest wporzo. Fajnie, że można się spotkać z innymi podobnymi sobie, że można pośpiewać razem… Te wszystkie tradycje, ceremonie, czary-mary też atrakcyjne mi się wydawały. Takie coś co nas katolików wyróżnia spośród innych ludzi, myślałam. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że na tym zadupiu, na którym mieszkałam, nie było przecież innych atrakcji (i nadal pewnie nie ma), nie było niczego innego poza kościółkiem, szkołą (dziś już chyba nawet szkoły nie ma), sklepem i namiastką stadionu. Zatem imprezy w kościółku były jedyną atrakcją nudnej wioskowej codzienności. No chyba, że akurat coś się spaliło, chłop babę pobił, ktoś się powiesił albo po pijaku utopił, czy komuś krowa padła...


Długo wierzyłam, ze kosciół jest dobry. Może tam i kiedyś wyrżnął trochę ludzi, potorturował czarownic, ale to było dawno, myślałam. Czasy się zmieniły itd. Dorośli dosyć skutecznie chrnili mnie przed prawdą i wiedzą. Ineternetu nie było jeszcze, a książki w bibliotece dostępne były tylko te stosowne zgodne z "jedyną i słuszną prawdą".


Wierzyłam, że kościół jest dobry mimo wszystko, że wiara jest okej. Ja nie wierzę w boga, ale są ludzie, którym wiara pomaga w życiu, dla których jest ważna i to jest okej. Wydawało mi się i bardzo długo tkwiłam w naiwnym wioskowym przekonaniu, że koscioł nie robi nikomu niczego złego, więc niech sobie każdy wierzy w co chce, byle mnie do niczego nie zmuszał…


Wierzyłam w Karola. Przeczytałam jego biografie i wierszyki. Uważałam go za bardzo mądrego faceta, za dobrego bezgrzesznego uczciwego wspaniałego człowieka, kochającego naturę, dogadującego się z i rozumiejącego młodzież. Był dla mnie autorytetem i wzorem do naśladowania jako człowiek. Dopóki nie wyszłam poza lektury i opinie zalecane przez kościół… 


Potem wszystko jebło i przytłukło mi nogi… 

Bolało. 

Zawsze boli, gdy twoje autorytety pierdolną na glebę i rozsypią się w pył.


Jeszcze zaczynając pisac tego bloga, uważałam, że o religii, religijnych symbolach należy wypowiadac się z szacunkiem. 


Dziś już nie wierzę w niewinność kościoła. Dziś już nie wierzę w niewinność wiary, ani dobro jakiejkolwiek religii. 


Religia to zło! 


Wystarczająco przeczytałam na temat różnych, ale głównie monoteistycznych religii, by w końcu zrozumieć, że każda z tych religii jest zła sama w sobie.

Że religie zostały wymyślone, by trzymać duże grupy ludzi za ryj i robić na ich naiwności i głupocie grube pieniądze, no i by kilka tysiecy osób mogło cieszyć się niemal bezgraniczną władzą i dobrobytem oraz bezkranością. 

Że wiara w bajki prowadzi zbyt często do katastrofy. Ludzie przez wiarę umierają albo tracą zdrowie. Wierzą, że czary-mary (modlitwa, pielgrzymka, post, gadżety typu różaniec, książka kryształowa czaszka etc) albo pieniężna ofiara ich uzdrowią, wiec odprawiają te czary mary zamiast pójść do lekarza, poddać się terapii czy operacji. Co czasem może byc, i czasem jest, katastrofalne w skutkach.


Wiara prowadzi do nienawiści pomiędzy ludźmi. Do rasizmu, dyskryminacji, homofobii...

Od małego uczono mnie nienawidzieć albo przynajmniej gardzić Żydami i Arabami, homoseksualistami, ateistami itd i wszystkich niekatolików traktować jak gorszą kategorie ludzi i patrzyć na nich jeśli nie z nienawiścią to przynajmniej z politowaniem - bo ich wiara jest zła, niewłaściwa. Dziś wiem, że identycznie do tego samego przekonuje się Żydów i Muzułmanów w stosunku do katolików. 


No i co mnie już bezpośrednio dotyczy, próba opuszczenia społeczności religijnej prowadzi do wykluczenia, do samotności. Człowiek jest wytykany palcami przez sąsiadów i rodzinę, obrażany, wyzywany, opluwany, wyszydzany, pokazywany jako coś złego, traktowany jak trędowaty i głupi. W niektórych innych religiach może (a nawet powinien) być zabity i to przez najbliższych.


I to niby ma być wspaniałe, dobre i mądre? Traktowanie drugiego jak by był śmierdzącym gównem ma niby być przejawem miłości, którą tak mój dawny kościół się chwalił? I to tylko dlatego, że człowiek postanawia po prostu odejść? Nie że kogoś bije, że komuś w jakikolwiek sposób krzywdę robi, że coś niszczy, że coś kradnie… Nie, człowiek postanawia iść swoją drogą, chce być po prostu niezależnym, sam o sobie decydować, samodzielnie myśleć, żyć po swojemu i za to trzeba go ukarać? I to ma być niby dobre i mądre? Jakie to ludzkie! Bo na pewno nie boskie. 


Wiara zatrzymuje postęp w nauce i medycynie. 


Kościół krzywdzi dzieci. I nie mam tu na myśli tylko pedofili w sutannach, choć to jest akurat najbardziej skurwiała i najbardziej patologiczna rzecz we współczesnym kościele - co może być gorszego bowiem od chronienia takich skurwieli? Pedofile istnieją wszędzie, tyle że w normalnych miejscach jest to karalne i piętnowane, gdy zostanie odkryte, a nie ukrywane. W kościele natomiast pedofilia jest tolerowana i akceptowana przez całą kościelna społeczność i nie karana (no bo sorry, przeniesienie przestępcy, gwałciciela a nie raz i mordercy dzieci do innej wsi, to kurwa nie jest żadna kara, a wręcz nagroda).


Ale o tym mówi wiele ludzi. Mnie chodzi o co innego… Dziecko jest siłą wcielane do takiego czy innego kościoła i nic z tym nie może zrobić. Dziecko od urodzenia jest okłamywane, że niektóre legendy są prawdziwe i w związku z tym jest przymuszane do takich czy innych czynności, zachowań, ceremonii, do nienawiści i pogardy wobec innych ludzi, wzywane do dyskryminacji i krzywdzenia niektórych ludzi. I to ma być niby okej? 


Religia ogranicza myślenie i zatrzymuje rozwój człowieka.


Religia wypacza postrzeganie i radość z własnego ciała. Wypacza podejście do seksu. Zabraniając dzieciom i młodzieży poznawać własne ciało, mówić i myśleć o własnych potrzebach, problemach; niszczy ludziom życie. 


Nigdy nie zapomnę jak sukienkowi ciągle na tych posranych lekcjach religii powtarzali nam od przedszkola, że nie wolno nam myśleć o "rzeczach zakrytych", że nie wolno nam mówić o "rzeczach zakrytych", bo to grzech i za to będziemy się smażyć w piekle... Jakim trzeba być popierdoleńcem, by coś takiego robić dzieciom? 


Choć nie, to przecież ma sens... Wspomnijmy choćby naszego ksienca pedofila. Gdy taki sadzał sobie dziewczynki na kolanach i jego "rzeczy zakryte"zaczynały wybrzuszać sutannę "tam na dole", to ten zakaz stawał się jak najbardziej sensowny i logiczny, bo skoro o rzeczach zakrytych nie wolno nawet myśleć, to dziecko będzie się czuło winne już samego swojego istnienia, swojego strachu, swojego dyskomfortu... Nie, ludkowie, to bardzo sprytnie wszystko było obmyślane. Od samego spodu do samego wierzchu. Na spodzie jest ksionc pedofil, oszust, czarownik, szaman,na wierzchu jest śfienty fanatykan, państwo ponad państwami, ponad prawem, ponad człowieczeństwem, instytucja broniąca i chroniąca ksiendzóf pedofilóf, gwałcicielóf, oszustów, szamanów przed całym prawem, uczciwością, sprawiedliwością reszty świata.


Organizacje religijne są wszystkie sprytnie zarządzane, a w każdej to samo:

- jesteśmy jedyną dobrą religią, inne są niewłaściwe

- nasz i tylko nasz bóg jest prawdziwy, inne to bzdury/wymysł szatana

- nakaz, by nie zadawac pytan, nie interesowac sie niczym poza własną religią i własnym bozią oraz utwierdzanie, że to jest złe, to sie bozi nie spodoba, to grzech, 

- przekonywanie że wszystkie inne legendy i bajki sa nieprawdziwe i złe, a tylko ta konkretna jest prawdziwa i dobra; że wszyscy niewierzący w te jedne konkretne legendy i bujdy, są heretykami, są zli; czy że szatan czy inna tam baba jaga nimi kieruje

- przekonywanie, że każde, choćby najdrobniejsze odstępstwo od rytuałow i wierzeń jest grzechem wobec bóstwa, co musi być karane, bo jest zle 


Każdy bowiem krok, każde spojrzenie na zewnątrz, porównywanie z innymi, rozkminianie życia innych religii może przecież doprowadzić do zrozumienia, że ci inni niczym albo niewiele się różnią, że ci inni robią to samo, że prawie w to samo wierzą, a wtedy kolejnym krokiem jest refleksja, że o co niby w tym wszystkim chodzi? Czemu ci inni niby są źli, skoro robią to samo co my i do tego samego dążą?

Stąd już prosta droga do zwątpienia, które też bardzo jest potępiane i duszone w zarodku.  


Potem wystarczy wyjść i trzasnąć drzwiami...


Wtedy dopiero zaczyna się rozkminianie nad sobą i tym, jaki to wszystko wpływ miało na nasze życie, na kontakty z ludźmi, na poglądy, na tolerancję lub jej brak, na zaufanie lekarzom i zdobyczom nauki, na naukę, seks, wychowanie dzieci...


…a potem jest potrzebny dobry psychiatra lub terapeuta, by pomógł czlowiekowi uwolnić się z okowów i oczyścić z tego całego gowna


Tak. Właśnie. Jest. Poczułam. Zobaczyłam. Zrozumiałam.


Na początku wydawalo mi się, że nic się nie stało iż byłam katoliczką; ot należalam do jakiejs większej organizacji, tak jak się należy do klubu sportowego, harcerzy, kółka muzycznego, koła gospodyń, aż w pewnym momencie mi się to znudziło, więć opuściłam organizcję i żyję sobie dalej, czasem co najwyżej dobre i złe chwile sobie wspominając.


Niestety to nie jest takie proste. Sekta religijna to ogromne pranie mózgu, to masa złych i bardzo złych doświadczeń, których nie jesteśmy świadomi, dopóki się nie uwolnimy i nie spojrzymy na wszystko z dystansem i nie zrozumiemy, co nam się tak na prawdę  przydarzyło.


Dziś jestem z grubsza świadoma, ile zła wyrządził mi kosciół katolicki i nienawidzę tej organizacji z całego serca.


Co niby takiego złego mi zrobil? Wiele! Żeby wymienić kilka...


Nauczył mnie nienawiści i braku tolerancji oraz pogardy dla ludzi spoza kościoła.

Wypaczył moje postrzeganie świata, ludzi i siebie samej.

Podważył zaufanie do nauki i własnego rozsądku, inteligancji i logiki.

Zniszczył radość z seksu.


Religie to dla mnie dziś zło wcielone i zła wszelkiego przyczyna. 


Na koniec jeszcze rzecz, która mnie trochę bawi. Kościołowi co jakiś czas mi wmawiają, że skoro kościół  katolicki jest dla mnie nieważny i skoro nim gardzę, powinnam oficjalnie z niego wystąpić, bo inaczej ciągle jestem katoliczką. Co dla mnie jest głupotą. 

Ma to sens zapewne w kwestiach statystycznych i ewentualnie podatkowych w niektórych krajach, czy tym podobnych, ale co mnie to w tym momencie gówno obchodzi? Nie o to chodzi kościołowym (jakby im o to chodziło to by nie przekonywali nikogo do wypisywania się z sekty, bo grało by to na ich niekorzyść przecież). Kościołowym chodzi o tzw "sprawy duchowe", a te dla mnie na dzień dziś nic nie znaczą, co niektórym kościołowym zdaje się być nie do pojęcia i absolutnie tego faktu nie chcą zaakceptować. 


Nie wiem, jak wytłumaczyć komuś, że coś w co nie wierzysz dla ciebie po prostu nie istnieje, więc nie musisz się z tego wypisywać, bo dla ciebie nie ma to żadnego znaczenia, czy jesteś do tego zapisany czy nie. Oczywiście dla wielu odchodzących z kościoła apostazja jest ważna, głównie jako symboliczny gest, symboliczny środkowy palec w stronę kościoła. Gdybym miała dość czasu i pieniędzy też bym dokonała uroczystej apostazji wydając przyjęcie z muzyką i fajerwerkami dla kilkuset osób, aby w ten sposób skłonić ludzi do zastanowienia się nad sobą i nad organizacją do której należą, bo zawsze jest szansa, że komuś coś tam piknie, strzyknie, zaświta... 


Jakiś czas temu po wyemitowaniu chwytającego za serce dokumentu Godvergeten na temat pedofilli w belgijskim kościele kilka znanych osób, celebrytów dokonało oficjalnej apostazji, o czym informowali w mediach. Ten gest miał znaczenie, bo miał dawać wyraz pogardy dla kościoła i działań Watykanu. 


Poza tym wypisanie się w kościoła nie spowoduje przecież, że z mojej przeszłości, czy przeszłości moich dzieci ta pieprzona instytucja też zniknie. Niestety, co się stało, to się nie odstanie. Faktem jest, że urodziłam się w katolickiej rodzinie, w katolickiej wiosce, w katolickiem kraju i na katolika zostałam sformatowana przez katolicki system (nawet jak to było przez pańswto niemile widziane, a może nawet zwłaszca wtedy). Rodzice urządzili mi chrzciny i komunię, a potem ja z głupoty i naiwności wielkiej oraz ze strachu przed odrzuceniem i pogardą też ochrzciłam swoje dzieci, a starsze nawet poddałam ceremonii komunijnej, czego bardzo ale to bardzo żałuję i co one mi wypominają, ale mam nadzieję, rozumieją. Ja wszak też nie mam za złe rodzicom, że robili to co wszyscy, bo takie były wtedy czasy... Zmądrzałam dopiero później. Młodemu już lekcje religii były oszczędzone. Nawet choćby to tutaj już dziś nie przechodzi się takiego prania mózgu jak w Polsce, szczególnie za naszych czasów....