1 września 2015

Zaczęło się...

Wczoraj o 19-tej wieczorem  Najstarsza rozpoczęła przygodę ze szkołą średnią. 

Był to specjalny wieczór powitalny dla pirszorocznych. 

Pojechaliśmy całą rodziną oczywiście.
Pod szkołą stał już tłum dzieci i rodziców. Każdy pierwszoklasista otrzymywał zaklejoną kopertę ze swoim nazwiskiem, której nie wolno było "na razie" otwierać. Każdy więc zachodził w głowę, co też tam za tajemne listy ukryto.

Potem wszyscy zaproszeni zostali na halę sportową. W drzwiach pani informowała, że pirszoroczni mają usiąść z przodu. Młoda z niechęcią opuściła swoich i dość zestresowana usiadła wśród obcych rówieśników. Rodziny z dziećmi wchodziły i wchodziły, i wchodziły - wydawało się, że ten pochód nie ma końca, ale w końcu sala gimnastyczna została wypełniona i dyrektor uciszywszy gromadę zaczął przemawiać. Przedstawił pozostałych dyrektorów i koordynatorów, streścił zasady panujące w szkole i temu podobne sprawy organizacyjne. Potem parę słów dodali jeszcze pozostali dowodzący szkołą. W końcu dokonano prezentacji wychowawców wszystkich dziesięciu klas pierwszych - od A do J, by zaraz potem kazać młodzieży wstać i podążyć za swoimi wychowawcami na plac szkolny.

 My rodzice zostaliśmy, by wysłuchać dalszej części przemówień na temat zasad, celów i metod prowadzenia zajęć, kontaktów z pedagogami itp. W tym miejscu muszę nadmienić, iż jestem bardzo zadowolona z siebie, bo większość z tych tekstów zrozumiałam. W niektórych momentach ciągle muszę się domyślać sensu, ale ogół jest do pojęcia. 

Młodzież w tym czasie na placu rozpakowała koperty, by znaleźć w nich... obrazek ze zwierzakiem. Po czym udali się na poszukiwanie w szkole drzwi przedstawiających tą samą istotę, odkrywając w ten zwariowany sposób drogę do swoich przyszłych klas.

Siedząc w klasie zapoznali się po raz pierwszy z kolegami klasowymi i wychowawcą. Otrzymali też napełnione helem (jak się domyślam) balony w kolorach symbolizujących główne zasady obowiązujące w tej szkole. Przyczepi do nich kartki ze swoim imieniem i czymś tam jeszcze, po czym wylegli wszyscy na plac, gdzie my - rodzice, rodzeństwo - już czekaliśmy.

Potem po chóralnym odliczaniu od 10 do 1 balony poszybowały w świat. Czad! Młody był zachwycony taką ilością baloników.  Zresztą nie tylko Młody, bo nastolatkom i rodzicom też ten pomysł raczej przypadł do gustu. Najstarsza przybiegła do nas z uśmiechem na twarzy i wyraźnie już wyluzowana i zrelaksowana.




Na koniec poszliśmy jeszcze przymierzać (znaczy Młoda przymierzała, ja tylko patrzyłam) T-shirty i bluzy dresowe z logo szkoły, które będą obowiązkowym strojem na w-f, a także wycieczki i inne podobne okazje. Po znalezieniu odpowiedniego rozmiaru trzeba było zapisać go na zamówieniu wraz z innymi rzeczami (kalkulator, bloki rysunkowe, fartuchy kuchenne, żetony na napoje itp), które to rzeczy dzieciaki otrzymają później w szkole, a my starzy dostaniemy faktury na kilkadziesiąt euro do zapłacenia... Cóż, takie jest życie rodzica  :-)

Dziś 1. września był już normalny dzień szkolny dla wszystkich uczniów - i tych dużych i tych małych. Cała trójca wróciła zadowolona. Nie to żeby kochali jakoś specjalnie szkołę, ale dzień - jak na dzień szkolny - uważają wszyscy za udany. Najstarsza przez pół dnia zwiedzała całą szkołę. Łazili całą klasą (tak samo inni pirszoroczni) ze swoja panią i zaglądali do poszczególnych sal. To dużą szkoła - jest tam kilka budynków, a uczniów jest jakieś 1700 razem z przedszkolakami i podstawówką. Samej średniej około 1000 człowieków.

Druga Młoda jest teraz w szóstej, czyli najstarszej klasie. Toteż już dziś dostali wykaz obowiązków, czyli np sprzedawanie napoi podczas przerwy południowej (wymiana żetonów na butelki), sprzątanie stołówki. Tak, tak, tu małolaty jadą co dnia na szmacie, ścierają stoły, myją naczynia i, cholera, nikomu korona ze łba nie spada z tego powodu...

Młody powiedział, że nie było wcale fajnie, ale nie wyglądał jakoś specjalnie na zdruzgotanego :-) 

Oby pozostałe dni roku szkolnego były równie zadowalające, czego i Wam życzę.


3 komentarze:

  1. Będą na pewno, chociaż moja mała dopiero do przedszkola idzie :).

    Fajny pomysł z tymi balonami, szkoda że nie praktykowano tego, kiedy ja chodziłam do szkoły. No ale wtedy był kounizm i bieda :).

    OdpowiedzUsuń
  2. jeszcze trochę takich fajnych chwil dodasz i namówię A. żebyśmy się i my tam wyprowadzili. Świetne rozpoczęcie roku, normalnie zazdroszczę! 23 lata temu nikt się nami tak nie przejmował....

    OdpowiedzUsuń
  3. Tutaj nauczycielom jakoś się bardziej chce coś porobić z dziećmi i dla dzieci. W Polsce takich z własną inwencją twórczą jest coraz mniej, do tego jak się trafi jeden na całą szkołę to ta reszta ma mu za złe, że chce coś działać, bo większość woli odwalić robotę w 4 godziny i pójść do domu. W Belgii dzieci są co dnia w szkole po 7 godzin więc nauczyciele mają normalną dniówkę, a nie 20 godzin/tygodniowo jak w PL i też muszą przygotowywać lekcje i sprawdzać testy, a mimo to za normalną rzecz uważają zorganizowanie imprezy wieczorem czy w weekend, co jest dosyć popularne. I oni - jak widzę - świetnie sami się bawią z tymi dziećmi i są zadowolenie z zawodu który wykonują, choć bez wątpienia zmęczeni tak samo wszyscy na całym świecie, bo to ciężki i bardzo odpowiedzialny zawód.

    OdpowiedzUsuń