29 kwietnia 2018

Ile kosztuje troje dzieci na wiosnę?

Ostatni trymester roku szkolnego trwa. Kto ma jakieś dzieci, raczej na nudę nie narzeka. Ciągle coś. Jak nie wycieczki, to zebrania, to zapisy, to przedstawienia, wyjazdy, zabawy, imprezy, komunie, urodziny, kermisy... hulaj dusza piekła nie ma... forsa znika w mgnieniu oka z każdego rodzicielskiego konta. 

W naszej wiosce w kwietniu zawsze jest kermis - muzyka, jedzenie, wesołe miasteczko. Mając troje dzieci nie ma się nawet po co wybierać, gdy nie ma się w portfelu kilkuset euro na zbyciu, z 50€ to nawet szkoda się wygłupiać. Co za to kupisz? Po jednym bilecie na atrakcję i po jedym jabłku w karmelu? To po co w ogóle tuptać kilometr do centrum wsi? No ale jak dziecku dadzą w szkole 1 (słownie: jeden) gratisowy bilet na karuzelę, to spróbuj je przekonać, że nie pójdziesz na tej karuzeli pojeździć, zwłaszcza że kermis trwa ponad tydzień, przy czym dzieci mają w poniedziałek wolne od szkoły z tej okazji. W piątek dzieci idą co roku całą gromadą z paniami na darmowe karuzele i darmowe frytki, no ale to z panią się przecież nie liczy c'nie? Pech chciał, że tata miał w rzeczony  poniedziałek również wolne - przefurgali wszystkie "drobniaki" w parę minut, po czym Młody wrócił z niedosytem wrażeń. No weźcie tyle tego wszystkiego a ty nie możesz wszystkego przetestować, to tak jak  pójść ze znajomymi na piwo i zamówić se wodę i to ciepłą niegazowaną. 

Dziewczyny nie poszły w tym roku ani na owoce w karmelu, ani na explosion, bo zaraz po wpłynięciu kieszonkowego na konta, poszły na zakupy słodyczowo-duperelowe i na kontach pozamiatane.

W maju Młody i Najstarsza mają przedstawienia, na które trzeba sobie bilety kupić, żeby móc własne dziecko obejrzeć. No ale nie powiem, to ma sens - zawsze to parę centów dla szkoły czy klubu  się uzbiera. Bilety były po 5€ u Najstarszej i 8€ u Młodego, no ale jak się idzie w 4 osoby...

 Najstarsza ma w szkole pokaz mody, do którego przygotowuje się cały dział MODA od 1 do 7 klasy. Klasa Najstarszej szykuje m.in kreacje z gazet. TAK, Z GAZET, czyli z papieru: torebki, kapelusze i sukienki, które mają dać się kilka razy założyć i zdjąć.  Każda projektantka wymyśla i wykonuje swoją kieckę wedle własnego widzimisię. Muszę to zobaczyć! Bilety już kupiliśmy. Show bedzie w jeden z piątkowych wieczorów majowych.

Na drugi dzień, w sobotnie przedpołudnie Młody ma występ w szkole tańca. Dziś dostaliśmy wytyczne co do stroju - mają mieć żółte koszulki i żółte spódniczki lub portki - adekwatnie do płci. Młody jest jedynym facetem w grupie, ale już mu to nie przeszkadza. Dobrze, że w tym sezonie żółty jest w modzie. Od razu skoczyliśmy do sklepiku i kupilismy nowy komplet, bo w następną sobotę juf Mirthe kazała przynieść. Trzy dychy poszło, no ale zestaw bardzo ładny i na pewno się przyda nie tylko na występik.

Miniony piątek był ostatnim dniem pracy juf Nadine, czyli dyrektorki naszej podstawówki, która przeszła na zasłużoną emeryturę. Niesamowita Osobowość, cieszę się, że mogłam ją poznać osobiście. Nigdy nie zapomnę, jak zostaliśmy przyjęci przez nią w szkole. Już przy pierwszym spotkaniu, gdy zapisywaliśmy dziewczyny do szkoły, kazała sobie mówić po imieniu, bo Nadine dla nikogo nigdy nie była "Panią Dyrektor", dla wszystkich była po prostu Nadine albo juf Nadine (dla dzieci), czasami nawet "oma Nadine", czyli babcia. Gdy zaprowadziliśmy dziewczyny po raz pierwszy (nie był to początek roku, tylko pierwszy dzień po jesiennych feriach) Nadine z wychowawczyniami dziewczyn i wszystkimi nowymi kolegami i koleżankami dziewczyn czekali na nas przed bramą, gdzie uroczyście nas przywitali. Nigdy nie dano nam odczuć, że jestesmy tu obcy. Drzwi dyrektorki zawsze stały otworem, a ona sama każdego witała z takim samym szczerym uśmiechem i ciepłem. Po tych niecałych pięciu latach w tej wsi, w tej szkole, wydaje mi się, jakbym dyrektorkę znała od dawien dawna. Gdy w piątek... znaczy w sobotę o 2 nad ranem wychodziłam z imprezy pożegnalnej wyściskałyśmy się jak stare kumpele, bo Nadine jest taką właśnie kumpelą dla wszystkich - zarówno dla swoich rówieśników, jak rówieśników swoich dzieci a nawet wnuków. Chyba nie ma jednej osoby w szkolnej społeczności, która nie będzie czule wspominać dyrektorowania Nadine. 

Opowiem wam, jak tutaj żegna się odchodzącą na emeryturę dyrektorkę szkoły. Impreza trwała w zasadzie cały dzień. Nauczyciele z uczniami przygotowali Muzeum Nadine na sali gimnastycznej. Każda klasa od najmłodszych przedszkolaków do szóstoklasistów stworzyła jakiś mniej lub bardziej zabawny portret dyrektorki (oczywiście wszystko w wielkiej tajemnicy przez sama zainteresowaną). Klasa Młodego miała temat "dyrektorka jako zakonnica". Cały dzień w szkole grała muzyka, były zabawy i inne fajne zajęcia z udziałem ulubionej dyrektorki.

Na zakończenie dnia, gdy wpuszczono już rodziców za bramę, wszystkie dzieci pod kierownictwem swoich wychowawców pojechali z flaschmobem. Niesamowity widok, jak cała szkoła - blisko 250 sztuk dziatwy pomieszanej duże z małymi tańczy w jednym rytmie taniec z pokazywaniem. 
szkolne podwórko

Ale na tym nie koniec, bo wieczorem odbyła się specjalna impreza pożegnalna zorganizowana w główniej mierze przez nauczycieli i guru Rady Rodziców przy sporej pomocy rodziny i przyjaciół dyrektorki. Przygotowania zaczęły się na początku roku szkolnego. Zainteresowana nie wiedziała nic do ostatniej minuty. Pewnie czegoś się tam domyślała, ale na pewno nie czegoś takiego. To był czad. Nie wiem, czy jestem w stanie to choćby w części opisać, bo to trzeba było widzieć osobiście...

W sali parafialnej (tam dzieją się wszystkie ważniejsze imprezy na wsi - występy, dyskoteki, przyjęcia) przygotowano podwyższenie z czerwonym dywanem i żarówkami. Na scenie mega ekran. Zaproszono całą rodzinę dyrektorki - rodziców, rodzeństwo, córki, przyjaciół, sąsiadów z ulicy, burmistrza i innych ważnych urzędników, do tego oczywiście wszyscy nauczyciele i Rada Rodziców. Wszystkim nakazano trzymać buzię na kłódkę. Ostatecznie na sali znalazło się piatkowego wieczoru około 150 a może i więcej ludu. Tuż przed 20stą, na którą zaplanowano oficjalne rozpoczęcie, nakazano zamknąć wszystkim dzioby i zachować ciszę. Przewodniczący Rady Rodziców, czatował przed budynkiem z właczonym mikrofonem i relacjonował, co się dzieje. Najsamprzód poinformował o esemesie od męża dyrektorki, że już wyruszyli z domu. Ona do końca nie wiedziała, gdzie jadą i po co. Potem oznajmił że parkują, że wysiadają i w końcu przyprowadził ich na scenę kuchennymi drzwiami. Dzięki włączonemu mikrofonowi usłyszeliśmy że dyrektorka się pyta, "co wyście tam znowu wymyślili", po chwili chyba zaczęła się domyślać, że to  jakieś szaleństwo, bo powtarzała "nie, nie, nie..." Gdy w końcu doprowadzili ją na scenę, cały ten tłum powstał (jak było wcześniej uzgodnione) i zaczął klaskać. Biedna kobiecina była w szoku przed dobre parę minut. Na szczęście koleżnaki nauczycielki nie zapomniały ustawić na stoliku pudełka chusteczek... Cała uroczystość prowadziły dwie panie przedszkolanki, które zapowiadały poszczególne części fantastycznej prezentacji wyświetlanej fragmentami na ekranie. Na początek jednak na scenę wyszli wszyscy nauczyciele i przewodniczący Rady Rodziców i zaśpiewali pieśń zatytuowaną  tak samo jak cały wieczór: "Najpiękniejszy moment...". Prezentacji nie da się opowiedzieć słowami, ale była to cała historia z życia dyrektorki. Rozpoczęta pełnym humoru wywiadem z rodzicami o dzieciństwie i młodości Nadine, potem była historia dyrektorowania przedstawiona za pomocą krótkich skeczy wymyślonych i nagranych przez zwariowane grono pedagogiczne na terenie szkoły - w gabinecie dyrekcji, w piwnicy a nawet w toaletach szkolnych. Skecze były wzorowane chyba na pewnym programie telewizyjnym "co by było gdyby..." Chwilami płakaliśmy ze śmiechu. W programie znalazły się też elementy przygotowane przez przyjaciół dyrektorki a także wzruszająca przemowa jej trzech córek.

Po przedstawiniu zaproszono wszystkich na szampana i przekąski. To jest właśnie dobre we flamandzkich imprezach, że tu nikt nie przygotowuje i nikt nie oczekuje wypaśnej wyżerki i suto zastawionego stołu. Imprezy tego typu odbywanją się na stojąco. Jest jeden lub kilka stolików (zaleznie od ilości ludzi), na których stoją kieliszki z szampanem i sokiem oraz przekąski typu kostki żółtego sera i salami, oliwki, pomidorki koktajlowe, winogron (do tego wszystkiego są zwykle wykałaczki do nabierania), czasem (tak było tym razem) są małe kanapeczki, innym razem chipsy, orzechy. To świetne rozwiązanie z dwóch powodów. Po pierwsze tanie i nie wymagające wielu przygotowań. Po drugie na takiej uroczystości każdy może z każdym swobodnie porozmawiać, bo ludzie są cały czas w ruchu.  Pomiędzy gośćmi krąży od czasu do czasu ktoś z butelką szampana, by dolewać do kieliszków i proponować inne napoje typu piwo, sok, czy cola. Ten co kelneruje (w tym wypadku była to rada rodziców), może też spokojnie stanąć, by zamienić słówko z tym czy tamtym. 

Koło północy ludzie zaczęli się powoli zbierać. Jednak ktoś musiał ogarnąć salę. Gdy do roboty zabrali się wszyscy nauczyciele razem z Radą Rodziców, szło jak z płatka. Jeden zbierał puste kieliszki, drugi zmywał, trzeci wycierał i pakował do pudełek, czwarty ładował na wózki krzesła, szósty stoły, siódmy składał podium, ósmy oświetlenie, dziewiąty nagłośnienie, dziesiąty zwijał kable, jedenasty zbierał śmieci, i tak dalej i tak dalej. Do drugiej się wyrobiliśmy. Nie obeszło się oczywiście bez wydurniania i śmiechu, bo to cała gromada to niezłe wariaty są. 

Nie ukrywam, że bardzo dobrze czuję się w tym towarzystwie i dzięki nim wszystkim z każdym miesiącem dowiaduję się więcej na temat szkoły, wsi i tutejszych obyczajów czy problemów i co za tym idzie, coraz bardziej jestem u siebie, coraz bardziej wtapiamy się w to otoczenie. Choć dla nas całkiem obcych osób wcale nie jest to takie łatwe, bo to jest wieś, gdzie każdy każdego (no prawie) zna i każdy o wszystkim wie. Kto nie mieszkał na wsi, to tego nie zrozumie. W miastach nie ma tego klimatu zupenie, tam każdy sobie rzepkę skrobie i obcy nie musi się jakoś specjalnie dostosowywać do otoczenia, bo i tak większości ludzi guzik to obchodzi kim on jest. 

Już prawie zapomniałam, że chciałam napomknąć słóweczko o przyodziewku gości, bo człowiek wychowany w Polsce nie jest w stanie tego nie zauważyć. Ja tam nie jestem żadnym ekspertem modowym, nie znam się za bardzo na trendach (tak z grubsza tylko) i zasadniczo mam powyższe tam gdzie słonko nie dochodzi, bo ubieram się zawsze tak jak mi pasuje. W tym kraju jest to na szczęście bez znaczenia, bo nikogo nie obchodzi, jak drugi sie ubiera. Dotyczy to też imprez wszelakich, co jednak nawet ja laik modowy zauważayłam. Przyzwyczaiłam się juz też do tutejszych obyczajów i dlatego nie wystroiłam się na imprezę pożegnalną dyrektorki szkoły w żaden obciachowy strój wieczorowy. No, a Wy w czym poszlibyście na taką uroczystość? Gajer, najlepsza kieca i szpilki? No, i wyglądalibyście jak pół dupy zza krzaka przy tych gościach w spodenkach i adasiach, przy tych babkach w miarę eleganckich kieckach ... i trampakach. No serio. Flamandowie raczej nie specjalnie przywiązują znaczenie do stroju. Niektórzy owszem, byli w garniturze (przedstawiciele Urzędu Gminy np), a niektóre panie miały elegancką kieckę i szpilki. Spora jednak część ludzi była ubrana zwyczajnie. Może nie jak na boisko czy w pole, bo ładnie i czysto ale bez szału. Panowie zwykłe spodnie, nawet jeansy czy spodenki do kolan, swetry, babki kolorowe spódnice lub portasy,  baleriny półbuty czy kozaki (niektóre zima lato w kozakach), sandały, bluzki. Wśród nauczycielek królował zestaw sukienka i trampki. Ja staram się zawsze ubierać tak pomiędzy, że ani nie specjalnie elegancko ani nie nazbyt luzacko, bo w tym kraju serio człowiek nigdy nie wie, jak wypada się odziać na daną okoliczność, żeby się zbytnio nie wyróżniać. Ta zasada sprawdza się najlepiej :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz