7 sierpnia 2016

Wakacje są szkodliwe dla zdrowia.

Wiecie co jest najfajniejszego w wakacjach? Ich koniec!


Podróżujemy, zwiedzamy, próbujemy nowych potraw, spotykamy starych znajomych i poznajemy nowych, odkrywamy nowe miejsca, przeżywamy przygody. To wszystko daje nam wiele przyjemności i frajdy. Niektóre momenty, miejsca i okoliczności łapiemy w fotografiach by za jakiś czas powspominać wszystkie miłe i niemiłe, wesołe i smutne chwile, ludzi, wydarzenia. Jednak gdy po tych kilku czy kilkunastu dniach w końcu wyciągamy z walizki klucz do własnego domu, dopiero wtedy czujemy się na prawdę szczęśliwi, bo nie ma to jak własne oswojone cztery kąty. 

Gdyby tylko nie to sprzątanie i pranie! Cholera jasna, przed wyjazdem wszystko wysprzątałam, nie było nas zaledwie 2 tygodnie, a belgijskie pająki już się rozpanoszyły jak u siebie. Wszystko powiązały pajęczynami i wszędzie nasrały - na podłodze, na szafkach, nawet na stole w salonie - szczyt chamstwa i bezczelności po prostu... Zatłukłam na śmierć kilkunastu albo i -dziesięciu sprawców tychże niecnych czynów. Plaga cholerna.

Jak pamiętacie miałam różne obawy przed wyjazdem, ale nawet mi do łba nie przyszło, że podróż może zaszkodzić mojemu zdrowiu fizycznemu. Ha!

Kontrole na granicy faktycznie były. Wyrywkowe, przez co ostatnie 10 kilometrów przed granicą jechaliśmy w ślimaczym tempie, ale nas nie kontrolowano.
10 km do Polski a tu widzisz sznur aut przed sobą - szlag trafia z lekka
Droga faktycznie jest za długa dla dzieci i dla nas, ale sprytnie zaplanowane przerwy i noclegi pomogły nam wszystkim szczęśliwie dojechać do celu. No, nie powiem, że bez problemów, bo awantury były pod koniec każdego etapu podróży i dziś jesteśmy święcie przekonani, że jazda z dłuższymi przystankami jest dobrym rozwiązaniem dla wszystkich. 
Mieliśmy też zapas kredek, papieru, książek z ćwiczeniami, samochodzików oraz chipsów i cukierków. Telefon z dużą ilością gierek dla dzieci też jest nie bez znaczenia przy większych odległościach. 


Jednak droga dała mi się we znaki z innego powodu. Okazało się, że siedzenie w samochodzie przez kilkanaście godzin poważnie zaszkodziło mojemu kręgosłupowi. Na miejsce dojechałam bez problemu, tam drobne pobolewanie kości, ale powrót to koszmar. Już w Słubicach, gdzie nocowaliśmy, musiałam poruszać się dosyć ostrożnie bo plecy zaczęły boleć. Wsiadanie i wysiadanie z auta było dla mnie dość skomplikowane, a każde hamowanie czy nagły skręt odczuwałam jak wbijanie noża w plecy. Gdy dojechaliśmy do domu M się pytał, czy przynieść mi kawę do samochodu, bo nie mogłam się wydostać z samochodu haha. A tu trzeba było się zabierać za sprzątanie i pranie bez gadania. O północy ledwie dowlokłam się do łóżka a i leżenie nie było bezbolesne. Dziś jest znacznie lepiej, choć nadal nie mogę się schylać, siadanie i podnoszenie zadka z kanapy też wcale nie jest łatwe. Mam jednak nadzieję, że do jutra mi przejdzie na tyle, by pójść do pracy. Choć nie jestem pewna, czy bez zwolnienia się obejdzie tym razem. Pożyjemy zobaczymy.

Poza tym wakacje były w porządku. Młody jest wręcz zachwycony. Wreszcie mógł spotkać osobiście swoich kuzynów, kuzynki, ciocie, babcie, dziadka, wujków i całą resztę. Największą frajdą dla niego okazała się możliwość pojeżdżenia z wujkiem i dziadkiem traktorem, ładowanie trawy dla Mućki na przyczepkę, karmienie Mućki trawą podczas dojenia, jazda motorem z dziadkiem. Całą drogę powrotną rysował traktory i krowy. Pobawił się też w końcu w realu z kuzynem, którego znał głównie ze skype i zdjęć na FB. Razem chlapali się w basenie, ganiali za kotami i jeździli samochodami. Fajnie patrzeć i słuchać jak takie maluchy dyskutują na swoje poważne maluszkowe tematy i jak się bawią.

pierwsza huśtawka dziewczyn ciągle wisi  na gruszy i działa jak należy :-)

Dziewczyny większość czasu spędziły u ciotki i też bardzo są zadowolone z wakacji w Polsce. Po dwóch latach niewidzenia znów mogły pobrykać z kuzynką i podyskutować z ulubioną ciotką i wujkiem. 

strzelanie z wiatrówki jest tak samo fajne jak było za moich czasów

Ja też bardzo się cieszę, że mogłam spotkać się z najbliższą rodziną, z dawno niewidzianymi ciotkami, sąsiadami, pogadać na spokojnie z każdym, zobaczyć co zmieniło się w mojej rodzinnej wsi, gminie i najbliższym miasteczku przez ostatnie 2 lata, a zmieniło się dużo na plus, przynajmniej jeśli idzie o to, co widać gołym okiem. Okolica pięknieje - park i pałacyk doprowadzono do porządku, w miasteczku odnowiono rynek, budują obwodnice, ścieżki rowerowe i drogi szybkiego ruchu. Widać że coś ruszyło i idzie w dobrą stronę. 


 Jednak gdy spojrzałam na znany mi krajobraz zastanowiła mnie powiększająca ilość lasów. Tam gdzie dawniej były pola uprawne, dziś jest las. Domy, które były dawniej pod lasem, dziś się są w lesie. Czyżby przepowiednie nieżyjących już gospodarzy, że Podkarpacie będzie zalesione i zapełnione zwierzyną na potrzeby bogatych zagranicznych myśliwych i turystów miały by się sprawdzić? Ludzie już boją się chodzić na grzyby, bo lasy pełne dzików i wilków. Sarny i lisy podchodzą pod sam dom, wilki zagryzają psy na podwórkach. Nie dawno wypuszczano podobno niedźwiedzia w pobliskim lesie w celu dokonania jakichśtam obserwacji. Bardzo interesujące czasy.














Odwiedzanie rodziny i znajomych to rzecz bardzo fajna, przyjemna i ważna jednak też wyczerpująca. Gdy wpadniemy raz na kilka lat w swoje rodzinne strony, chcielibyśmy się z każdym spotkać, każdego odwiedzić, do każdego zagaić, z każdym nagadać się do syta. Więc gonimy do  rodziców, do rodzeństwo, i babci, i cioci, i sąsiadki, odwiedzamy rodzinę własną i ze strony małżonka, bo nie wiadomo kiedy wybierzemy się znów i czy będzie okazja w ogóle jeszcze się spotkać. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach i nie wiadomo, co będzie jutro, za rok czy dwa. Dzień ma tylko 24 godziny, które mijają bardzo szybko. A tu jeszcze do księgarni zajrzeć, po sklepach pobiegać, bo te firanki mieliśmy kupić i bluzę dla Najstarszej, i jakieś pamiątki. I tak z wakacji robi się wyczerpujący wyścig, żeby nie powiedzieć maraton. I tak zamiast wrócić do domu wypoczęci, wracamy skonani. 

To były fajne wakacje, ale cholera jutro już trzeba iść do pracy, a ja jestem ciągle zmęczona. Nie wiem, jak zabiorę się we wrześniu do ponownej nauki. Zupełnie tego nie widzę, a następny urlop dopiero za rok. Nie chce mi się nic, a ból pleców i głowy wcale nie pomaga na zmianę punktu widzenia. 

O innych obserwacjach i wnioskach poczynionych podczas tej wycieczki napiszę w osobnym poście. Odrębny wpis poświęcę też miejscom, które odwiedziliśmy w Niemczech, bo bez wątpienia na to zasługują. Wybraliśmy je tak na głupa z google maps, ale był to wybór doskonały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz