7 lutego 2026

Zgubione dni

 Zaparkowałam zad na kanapie i otwarłam chromebooka, by spisać miniony tydzień, ale nie mogę sobie przypomnieć, co ja w ogóle robiłam i czy w ogóle cokolwiek... Mój mózg myśli, że jest poniedziałek, a nie piątek, jakby nie zarejsetrował wcale mijającyh dni... Zwykle w takich sytyacjach pomaga mi instagram, ale w tym tygodniu zamieszczałam tam tylko jakieś przypadkowe obrazki nie mówiące nic na temat mojego codziennego życia. W niedzielę opublikowałam zdjęcie zapiekanki z informacją, że tylko na taki obiad starczyło mi sił, z czego wnioskuję, że był to pewnie jeden z gównodni... Spróbuję jednak przypomnieć sobie krok po kroku... ale zaprawdę powiadam wam, że dziwne to uczucie nie wiedzieć, co robiło się przez ostatnie 7 dni. Dobrze, że choć wczoraj pamiętam haha.



Poszłam do kuchni zobaczyć, czy zapisałam coś w agendzie na ścianie. Pod poniedziałkiem stoi zapisany Decapeptyl, co już wiele wyjaśnia. Ten zastrzyk to paskudztwo piekielne. Przypominam sobie właśnie, że pielęgniarka po raz kolejny na niego też narzekała, że strasznie upierdliwy jest do przygotowania, bo w ogóle nie chce się rozpuścić proszek w płynie. Poprzednia lekarka też na to klęła. Przypomina mi się, że w poczekalni spotkałam sąsiadkę, która czekała na wizytę u lekarza, by omówić wyniki badań... Ona też wcześniej chodziła do tej fajnej lekarki, która postanowiła zrezygnować z pracy lekarza rodzinnego i trafiła do tej samej przychodni, co my. Wieczorem byłam zmęczona, co wydaje się oczywiste, ale co robiłam całą pozostałą część dnia, nie mam najbledszego pojęcia. Może czytałam książkę? Może nie czytałam...

Wiem, że któregoś dnia telefonowałam do biura pracy... Najprawdopodobniej we wtorek, bo wiem, że we wtorek i czwartek  rano jest w biurze zawsze darmowe spotkanie i miałam pojechać do miasta, ale przecież brałam Decapeptyl, to raczej na drugi dzień nie byłam zdatna do dobrowolnego dwudziestokilometrowego rowerowania, zwłaszcza jeśli pogoda była kiepska, a jest duża szansa, że była, bo ostatnio raczej pochmurno i często paprze deszcz. Dlatego postanowiłam jednak zebrać się w sobie i zadzwonić.  Trafiłam na bardzo miłego pana, który po potwierdzeniu wszystkich danych zapisanych na moim profilu biura pracy w końcu mnie zapisał jako szukającą pracy na listę wymagającą specjalnego wsparcia. Potem zabukował dla mnie pierwsze spotkanie z asystentką... na połowę marca. Na koniec otrzymałam jeszcze zadanie domowe: zrobienie dwóch testów ze strony internetowej biura pracy, których rezultaty mam zabrać na spotkanie wraz z pozwoleniem na pracę od lekarza orzecznika z funduszu zdrowia. Jeden z testów miał zasugerować mi zawody zgodne z moimi zainteresowaniami, a drugi na podstawie doświadczenia zawodowego. Oba testy analizuje AI i oba są o kant dupy... Przynajmniej w moim przypadku. Dziś je robiłam. Gdyby zawody wykonywane przeze mnie w przyszłości były dla mnie wykonywalne, to nie potrzebowałabym asystenta, tylko wysłałabym swoje CV i listy motywacyjne do wybranych firm i wszędzie przyjęto by mnie z otwartymi ramionami, bo to zawody w których brakuje dziesiątek tysięcy ludzi... To co mi pokazało w związku z zainteresowaniami to bardzo chętnie bym robiła, ale nie mam wykształcenia odpowiedniego a jakby zdziebko za stara jestem, by teraz zaczynać studia... Jedyny skutek tych testów jest taki, że moja motywacja i chęci spadły o kilka stopni...

Wiem co robiłam w środę, bo to było tyle samo irytujace, co śmieszne.

Młody oznajmił kilka dni wcześniej, że w czwartek ma pierwsze zajęcia w domu opieki i że muszą tam być przed dziewiątą, a on nie wie, gdzie to jest, ale to coś z 5 km od dworca... No to niewiele myśląc postanowiłyśmy se z Młodą zrobić wycieczkę do Mechelen i wytyczyć trasę do domu opieki od stacji, a potem zrobić atak na sklepy, kawiarnie i takie tam,w końcu Mechelen to Mechelen. Młody miał w środę wolne, bo jakaś rada pedagogiczna czy coś w tych rzeczy, zatem Młoda miała wziąć jego mały rowerek na bateryjkę a ja miałam zabrać swoją elektryczną Ciri do pociągu.

Rano w środę okazało się że apka pokazuje błąd i nie można kupić biletów. Aaaa! 🙀 

Nic to, wyszłyśmy wcześniej, by kupić bilety w automacie, o ile i tam nie będzie błędu wyświetlać, bo czasem jak padnie cały system to nic nie działa, ale wtedy albo jedzie się za friko, albo kupuje bilet u konduktora po normalnych cenach (inaczej jest duuuużo drożej kupować w pociągu). 

Młoda wsiadła na rowerek Młodego i zaczęła się rechotać, że czuje się jakby na rowerku przedszkolaka jechała. Ten rowerek ma kółka 20', a że siodełko było ustawione pod Młodego to i nie dziwota, że tak właśnie się czuła. Chciała podwyżyć siodełko, ale na szybko jej się to nie udało, bo siedziało mocno, ale nie było czasu, by się dłużej tym bawić. Pyltała więc prawie se brodę kolanami obijając, bo ona ma metr siedemdziesiąt z hakiem, z czego większość to giry, co tak komicznie wyglądało, że całą drogę jechałam za nią z bananem uśmiechu na pysku haha, a ona jeszcze wołała co chwilę "JEDŹ,  LOWELKU, JEDŹ!".

U automatu na dworcu stał jakiś ziomek i próbował biedaczyna rozkminić jak to ustrojstwo działa, a nawet poprosił kogoś o pomoc. Przejechał pociąg w drugą stronę, a potem zapowiedzieli, że "przez incydent na torach" 2 stacje dalej nasz pociąg nie pojedzie. Aaaa!🙀 

Młoda przewróciła oczami i powiedziała, że pewnie znowu ktoś skoczył pod pociąg i wyjęła telefon z kieszeni, by parę sekund później wykszyknąć "NO, WIEDZIAŁAM! na fb wioski piszą, że zginął człowiek i policja zamknęła stację, a ruch pociągów wstrzymany będzie co najmniej do południa". Na tamtej stacji nikt raczej przypadkiem na tory nie wpadł, bo tory idą górą i na stację po schodach się wychodzi, a drogi i ścieżki na drugą stronę biegną pod torami. Potem sprawdziłam w wiadomościach i też pisali, że ktoś zginął na torach, a pod artykułem wyświetlało numery telefonów zaufania i sugestię, by w razie myśli samobójczych poprosić o pomoc. Dwa i dwa to siedem, wiadomo.  Ze dwa dni wcześniej był to samo na innej stacji i też tego typu artykuły, bo chyba nie wolno pisać wprost na temat samobójstw, żeby innych nie zachęcać... To bez wątpienia spektakularne zakończenie życia, a ile ludzi można przy tym wkurwić, ilu utrudnić życie i ilu nabawić traumy do końca życia...



Ludzie, kurde, bądźcie czujni, zauważajcie drugiego człowieka także, gdy potrzebuje pomocy, także gdy jest mu źle, także gdy nie prosi o pomoc, także gdy udaje że wszystko wporządku, a nie tylko wtedy, gdy wy czegoś potrzebujecie. 

Ludzie, zamiast non stop się przypierdalać do wszystkich o to, że są za grubi, za chudzi, nie farbują włosów, farbują włosy, nie mają dzieci, mają dzieci, nieładnie się ubierają, zbyt ładnie się ubierają zacznijcie zauważać w nich po prostu ludzi. Zapytajcie jak im dzień mija, zainteresujcie się jakie mają hobby, co lubią, zauważcie ich talenty, starania, problemy. Przestańcie krytykować i oceniać. Zacznijcie słuchać i patrzeć tak by widzieć człowieka, a nie jego maski. 

Może ktoś wokół ciebie właśnie cierpi w głębi duszy, może zbyt wiele dźdwiga na swoich barkach, może nie ma z kim pogadać nawet o pogodzie, może to właśnie ty jesteś tym, który może zapobiec kolejnej tragedii... Każdego dnia ktoś nie dostaje na czas pomocy, ktoś się poddaje, kogoś życie przerasta, do kogoś nie zapuka nikt na czas. Jutro to może być twój bliski, twój sąsiad, twoje dziecko... Bądź czujny! Bądź Człowiekiem dla drugiego Człowieka.



Nie wiem, kim był tamten człowiek, wiem że wróciłyśmy do domu gadając o samobojcach i artykułach na ten temat...

I że każda taka sytuacja przypomina mi, że jeszcze całkiem nie dawno każdego dnia, gdy Młoda wychodziła do szkoły, bałam się że może nie wrócić, że policja może w każdej chwili zadzwonić, a w prasie może pojawić się taki właśnie artykuł na jej temat. Za każdym razem przypominają się mi te wszystkie noce, w których bałam się zasnąć, by nie przegapić gorszego momentu, kiedy ona wyjdzie cichcem z domu by nie wrócić, a ja nie zdążę jej powstrzymać... 

Dziś mówimy o samobójstwach jakby to było zdarzenie najzwyklejsze w świecie, jak jedzenie, spanie, grypa, czy owsiki. Czasem nawet się dziko śmiejemy, wręcz szydzimy, bo czarny humor i w najtrudniejszych chwilach ratował sytuację, a może nawet życie. Na pewno pomagał. Ludzie, którzy nie przeszli tej drogi, pewnie bardzo niewłaściwie odebrali by nasze żarty i uznali je za wielce niestosowne, ale co oni wiedzą na ten tamat...?

 Kto był w piekle i powrócił, nie boi się już imienia diabła wymawiać głośno.



Skoro tory były nieczynne to cieszyłyśmy się, że apka się zbiesiła i nie mogłyśmy biletów kupić. Tyle że przewiozłyśmy się na darmo na rowerach do stacji i z powrotem. W drodze powrotnej Młoda już siodełko pod swoje długie nogi ustawiła, więc już nie było się z czego śmiać, ale droga minęła szybko, bo w końcu to elektryki i mkną jak strzały...

Dla mnie  jednak takie sytuacje, takie nagłe zmiany planów, czy raczej niemożności ich zrealizowania są teraz okropne. Kompletnie mnie to zbija z pantałyku i nie potrafię wtedy robić nic innego w to miejsce, na które miałam jakiś plan. Błąkam się zatem po domu i na niczym nie mogę się skupić, niczym sensownym ani bezsensownym zająć, nawet jak góra roboty na mnie czeka. Jeśli nie było jej w planie na dany moment to niech se czeka na swój. Nie ma tak, że ja nagle mogę robić coś innego, gdy zaplanowałam że cały dzień będę w mieście, gdzie miałam ważną misję do spełnienia. 

Kilka razy sprawdzałyśmy apkę, ale pociągi nie jeździły. 

W końcu gdzieś koło pierwszej po południu pojawił się komunikat, że "problem rozwiązany", choć jeszcze mogą występować utrudnienia i anulacje pociągów i żeby sprawdzać w apce, czy dany pociąg będzie jechał. 

Młoda zapytała, czy jedziemy. 

Nie chciało mi się, bo plan był na rano, a nie na popołudniu. Mój mózg tego nie chciał zaakceptować, ale dobra, idziemy... 

Sprawdziłyśmy ze trzy razy, czy na pewno pociąg pojedzie i apka mówiła, że pojedzie. No to dawaj popedałowałyśmy znowu na dworzec, kupiłyśmy bilety z apki bo i to już działało. Byłyśmy z 15 minut przed odjazdem więc se gadałyśmy o dupie Maryny. Przejechał pociąg w drugą stronę i z megafonów zapowiedziano, że.. 



TAK! ZGADLIŚCIE! 

że nasz pociąg nie pojedzie 

Buachachacha! 

Dopiero ten za godzinę miał jechać, ale to już w cholerę za późno, by jechać do miasta. 

Tylko bilety niepotrzebnie kupiłyśmy. Niefart!

Nic to, w czwartek wyszliśmy z Młodym na wcześniejszy pociąg, by mieć wystarczająco czasu na znalezienie adresu. Tym razem pociąg jechał normalnie, tylko rzekome 2 wagony rowerowe wcale nie były wagonami rowerowymi, tylko w korytarzyku trzeba było stać z rowerem blokując przejście z 1 do 2 klasy wszystkim ludziom. No cóż. 

Po wytoczeniu roweru z dworca wsadziłam telefon do uchwytu na kierownicy, nakazałam wytyczenie trasy do żądanego miejsce i pokręciliśmy... 

mechelen


Mechelen rano rowerem aaaaaa! A tu trzeba całe miasto przeciąć w poprzek.

Jeżu najkolczaściejszy, wcześniejsza godzina to ten moment dnia, w którym tysiące rowerów i hulajnóg mknie w szalonym chaotycznym pędzie  we wszystkich kierunkach po całym Mechelen. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, po bokach a nawet  w dupie a refleks zdecydowanie lepszy niż niż szachista czy pięćdziesięcioletnia baba ze wsi. Młody to zapitala tą swoją małą czerwoną rakietką pomiedzy tymi wszystkimi ludźmi jakby u siebie w domu był. On się tam w tym chaosie najwyraźnej czuje jak ryba w wodzie i przemyka ludziom slalomem tuż przed kółkami,  jak mały samochodzik, a mnie skóra cierpnie jak na to patrzę... Stara zramolała staruszka.

Niby to ja jechałam pierwsza, bo to ja miałam otwartą mapę na kierownicy, ale ja za wolno jechałam... no bo ja wolno reaguję, mój mózg zbyt późno rejestruje ruch, obecność ludzi, świateł, samochodów, chodników, skrzyżowań... Młody co chwila mnie wyprzedzał przy każdej nadarzającej się okazji tym swoim małym celwonym lowelkiem, a potem dawał się dogoniać na każdym rozstaju dróg czy czerwonym świetle...

Droga okazał się prosta, a jednak po dotarciu na miejsce Młody zapytał, czy jak wyjdzie o szesnastej to ja tam będę, bo nie jest pewny, czy trafi łatwo z powrotem na dworzec... Nie taki był co prawda plan, ale z drugiej strony to co mi szkodzi zabawić cały dzień w tym pięknym mieście, które tak bardzo przecież lubię... 

Najsampierw poszłam obejrzeć z bliższa pobliski park, w którym nigdy wcześniej nie byłam i okazało się, że w parku jest ścieżka rowerowa, na której stroją drogowskazy do centrum. Zatem postanowiłam pojechać trasą, którą pokazują i się okazało, że ścieżka rowerowa pięknie jest oznaczona praktycznie do samego centrum. Oznaczona jest też i w tą drugą stronę, do tego parku właśnie, tylko trzeba było wiedzieć, gdzie na nią wjechać. Teraz już wiem. Droga jest o wiele bezpieczniejsza dla rowerów i  ładniejsza niż za główną ulicą. 

Sklepy były rano jeszcze zamknięte, zatem poszłam do innego parku, gdzie akurat na bawiące się w berka wiewiórki natrafiłam. Szkoda, że aparatu nie wzięłam... Potem połaziłam po sklepach, poszłam na kawę, znowu sklepy, potem poszłam na francuskie tacosy i tak mi cały dzień minął jak z bicza strzelił.



 Gdy wybiła 15, popedałowałam po Młodego na kraniec miasta. Wyszli nawet rochę przed szesnastą i razem pojechaliśmy na dworzec po drodze wstępując jeszcze na pizzę. bo chłopak głodny był po całym dniu zabawy ze staruszkami...

Młody się stresował tym pierwszym dniem w domu opieki. To taki rodzaj praktyki, bo teraz wszak uczy się w technikum. Nie wiedział, czego się spodziewać. Wieczorem jednak wyszedł uradowany i mówił, że świetnie było. Rano najpierw po prostu robili swoje szkolne rzeczy (każdy wszak miał swój laptop ze sobą), ale potem mieli różne zajęcia z tymi starszymi ludźmi. Grali w jakieś gry planszowe i takie tam. Na przerwie mogli sobie jakieś żarcie zamówić i wziął hamburgera, bo mógł wziąć  "bez niczego" tzn bułka i kotlet, bo tylko takie hamburhery jada Młody - nic innego tam być nie może, żadnych dodatków, żadnych sosów, żadnych serów. W południe mieli normalnie długą przerwę i bawili się na pobliskim placu zabaw. Kopali w piłkę, bo jakąś udało im się w stawie znaleźć i wydobyć z wody haha. Nastolatki.

Młody jest tak bardzo pozytywnie do życia nastawiony, taki wesoły, wszędzie się szybko odnajduje, lubi ludzi i ludzie go lubią, ale tak ma czasem ciężko przez ten swój skomplikowany mózg. Wieczorem bolała go głowa i wziął proszek. Za dużo wrażeń, za dużo stresu. Dziś też obudził się z bólem i zmęczeniem, ale na szczęście to już PIATEK, a do tego do ferii krokusowych już tylko trzy dni zostało, bo czwartek i piątek już mają wolne, choć oficjalnie ferie dopiero w sobotę się zaczynają. 

No i patrzcie, znalazł się cały tydzień. Nadal nie wiem, czym zajmowałam się w poniedziałek i wtorek poza zastrzykiem i telefonem, ale przynajmniej przypomniałam sobie, że takie dni jednak były w moim kalendarzu i nie przespałam niczego.

Mechelen





kołatka


Kruidtuin Mechelen

selfie 🤳 

Tivoli Park w Mechelen


zameczek w parku Tivoli


Na koniec trochę zdjęć rupieci. No i Wanda Kura.

Wanda