Ten tydzień zaczął się dobrze…
Najstarsza posprzątała znajomym dom. Poszłam z nią, ale koleżanka, tak jak się spodziewałam, traktowała Córkę, jakby mnie tam wcale nie było, czyli tak jak traktuje się pomoc domową, która pierwszy raz przyszła do pracy u nowego klienta. Wytłumaczyła jej, gdzie trzyma produkty, które do czego należu używać, gdzie ścierki, wiadra, odkurzacz etc oraz które pomieszczenia ma posprzątać i co ona przez owo sprzątanie rozumie.
Zostałam z nią całe 4 godziny, ale jej nie pomagałam. Czasem tylko coś zasugerowałam albo odpowiedziałam na jej pytania dotyczące użycia danego produktu lub sprzętu z wyjaśnieniem sensu i związku przyczynowo-skutkowego oraz dodając czasem uwagi na temat podobieństw i różnic u potencjalnych innych klientów. Ogólnie jednak pracowała sobie powoli sama.
Czasem oczywiście zauważałam, że robi to czy tamto inaczej, niż ja bym zrobiła i bardzo mnie korciło, by jej zwrócić uwagę, ale się powstrzymywałam, bo ona to nie ja. Ona musi swój własny system wypracować, musi się sama nauczyć metodą prób i błędów i o tym jej mówiłam. Wiele rzeczy na pewno będzie robić tak jak ja, tak jak się tego ode mnie przez lata nauczyła, bo tak to przecież działa, że sprzątania uczymy się w domu od małego. Jednak sprzątanie u klientów trochę się różni od sprzątania własnego domu. W domu se możesz robić, to co ci się żywnie podoba. U klientów musisz się dostosować do tego, czym oni dysponują i do ich fanaberii, jednocześnie zachowując rozsądek i pilnując pewnych granic, zasad bezpieczeństwa, regulaminów i swojego zdrowia. Staram przekazać się jej całą wiedzę, jaką posiadłam przez kilka lat pracy w tym zawodzie. Wiedzę, której sama na początku nie miałam, przez ludzie zdecydowanie nadużywali mojej dobroci i naiwności. Uczę córkę, że gdy pójdzie do pracy już oficjalnie, absolutnie nie może pozwalać ludziom na igranie z jej zdrowiem i nieprzestrzeganie regulaminów. Żeby na to nie pozwolić, musi je znać.
Już tego pierwszego próbnego dnia przekonała się, co robi javel (chlor), którego pracując legalnie nie powinna nawet tykać. Koleżanka miała akurat chlorowy produkt do kibla, a córka myjąc tym sedes, za bardzo machala szczotką i po paru minutach mogła zobaczyć rude odbarwione plamy na swoich czarnych spodniach. Spodnie do wyrzucenia po jednym dniu pracy, nauczka na zawsze.
Ja na początku też nie jedno ubranie tym gównem zniszczyłam, nie jeden raz poparzyłam sobie tym skurwysyńswtem skórę, gdy kazano mi myć cały prysznic od góry do dołu, nie jeden raz miałam problemy oddychaniem po użyciu tej trucizny. Mnie nikt nie powiedział, że sprzątaczki pracujące legalnie nie mogą używać produktów z chlorem, że sprzątaczki nie powinny się godzić na używanie żadnych trujących produktów, bo jest to niezgodne z regulaminem. U wielu klientów używałam produktu z chlorem do kibla albo amoniaku do mycia okien, a nie powinnam nigdy. Ja dopiero pod koniec, w ostanich latach, gdy w biurach wreszcie zaczęło się o tym trąbić głośno, poprosiłam klientów o zakup innych płynówm szczególnie do kibla. Znałam już wtedy dobry produkt ekologiczny, którego sama w domu używam.
Przekazałam córce też wiele innych nielegalnych pułapek zastawianych przez klientów. Mycie okien z zewnątrz w deszcz, śnieg i mróz jest dosyć częstym oczekiwaniem ze strony klientów, ale nie dozwolonym i nie ma się po co na to godzić. Szorowanie szczotą płytek czy to przed domem, czy w domu. Mycie tak, szorowanie nie. Pomoc domowa to nie niewolnik. Sprzątanie czegokolwiek z użyciem drabiny czy innych podwyższeń. Ubezpieczenie pozwala korzystać najwyżej z drabinki z trzema stopniami. To maksymalna wysokość, na jaką może się legalnie wspinać sprzątaczka. Przy czym drabinka ma być stabilna i zawierać uchwyt do trzymania. To tylko kilka z przydatnych informacji, które staram się przekazać córce, zanim zgłosi się do tej pracy.
Dalej pouczyłam ją też o bezpiecznym obuwiu i by nigdy nie szła do roboty w żadnych klapkach czy innych tego typu idiotycznych pseudobutach. Buty do sprzątania mają dobrze trzymać stopę, mają być zabudowane, nie mogą być śliskie, mają mieć specjalną miękką grubą podeszwę pozwalającą na bezbolesne ich używanie przez długie godziny i mieć utwardzony czubek. To kwestia bezpieczeństwa, kwestia zdrowia, ale i ubezpieczenia. Jeśli zdarzy się wypadek w pracy, a okaże się, że pomoc domowa miała na nogach japonki, może ona zapomniec o pokryciu kosztów leczenia.
Ona co prawda jeszcze tej pracy nie zaczęła. Nie wiem nawet, czy w ogóle ją podejmie, ale uważam, iż ważne jest, by od początku wiedziała także, jakie ma prawa, nie tylko jakie ma obowiązki. Bo właśnie dzięki tej wiedzy ten zawód właśnie mniej ciężki i dużo łatwiejszy może się okazać do wykonywania.
Ten próbny dzień był dla niej trochę stresujący. Wszystko nowe, nieznane, a tu jeszcze właścicielka domu siedzi tuż obok i wydaje się, że patrzy na ręce (choć to nie ten typ). Na początku, jak powiedziała potem, miała wiele obaw, czy może przestawiać, podnosić niektóre przedmioty, bo bała się, że coś popsuje, rozwali... Ja jej na to, że dokładnie takie same obawy na początku miałam. Myślę, że chyba większość ludzi takie ma i to nie tylko w tej pracy.
Tak czy owak, ja muszę rzec, że sprzątanie tego obcego dla niej domu poszło jej doskonale.
Muszę też przyznać, że idąc tam znią miałam spore obawy. Nie dlatego, że bałam się iż źle posprząta, bo znajoma doskonale wiedziała, że to sprzątanie testowe i że Córka może po godzinie stwierdzić, że ma to w dupie i nie chce tej pracy wykonywać, bo miała do tego pełne prawo i tak było też ustalone. Bardziej bałam się właśnie tego, że ona stwierdzi, że to jest dla niej za trudne, że nie uda jej się np nawet połowy zadań wykonać i ją to zdołuje, czyli że jej nadzieje na potencjalną pracę legną od razu w gruzach. Tak się jednak nie stało. Wprost przeciwnie.
Obserwując ją kątem oka, jak pracuje, zauważayłam, że sobie wszystko spokojnie bez pośpiechu robi, jak to ona. Przyznaję bez bicia, że nawet parę razy przeszło mi przez myśl, że może ona faktycznie robi zbyt wolno, jak to twierdzili jej poprzedni pracodawcy... Potem uświadomiłam sobie, jak bardzo tego typu opinie mogą być krzywdzące i niebezpieczne. Popatrzcie, nawet u mnie rodzonej matki zasiały wątpliwości, a co dopiero u potencjalnego pracodawcy, który tej osoby nie zna.
Tak, moja córka pracuje powoli, ale skutecznie i dokładnie. Okazało się, że tą metodą w cztery godziny wykonała cały plan, czyli wszystkie zadania jakie, zleciła jej jej pierwsza klientka. Posprzątała dwie łazienki, dwie sypialnie, salon i kuchnię, schody oraz biuro. Wynik, moim zdaniem fantastyczny, i może być z siebie dumna, co zresztą jej powiedziałam. Zatem spokojnie może zacząc pracę pomocy domowej, bo sobie z tym poradzi. Jak dla kogoś będzie za wolno, niech se sam sprząta albo niech szuka innej sprzątaczki na rynku, na którym jest kilkadziesiąt tysięcy wakatów i jakąkolwiek sprzątaczkę ciężko znaleźć.
Powiem więcej, to ja popełniłam błąd i to ogromny błąd sprzątając zawsze szybko i super dokładnie.
A po co tak było gnać?
No, wiadomo, fajnie się słucha pochwał i komplementów; satysfakcjonujacym jest być uznawanym za najlepszą sprzątaczkę w okolicy, ale czy to jest zdrowia warte? Nie bardzo.
Poza tym większość ludzi zwyczajnie nie zasługuje, by dla nich się jakoś specjalnie wysilać. Zresztą za takie pieniądze, jakie się płaci sprzątaczkom, na prawdę nie ma co postronków rwać. Teraz już to wiem, bo wcześniej tego niestety nie dostrzegałam.
Gdybym wracała kiedyś do tej pracy, zamierzam sprzątać tak właśnie jak moja córka: powoli, spokojnie, z lekkim tumizwisizmem. Ile zrobię, to zrobię, ile nie zrobię to nie zrobię. Ludzie nie zasługują na więcej. Moje zdrowie za to zasługuje na więcej. Więcej szacunku, wiecej troski o siebie, więcej spokoju... A ja właśnie zawsze zapieprzałam jak mały samodzodzik, bo mogłam, bo byłam młoda, zdrowa, silna, wysportowana, prędka... to korzystałam z tych atutów, ku radości i zadowoleniu moich klientów, ale ostatnio dużo sobie przemyślałam i przetasowałam trochę moje priorytety.
Patrzę też uważnie na młode pokolenia. Nie tylko na moje dzieci, ale ogólnie. Oni dziś mają, jak to mówią, wyjebane. Oni się nie ścigają. Dbają bardziej o siebie. Domagają się łatwiejszego, lżejszego życia. Moje pokolenie nazywa ich szyderczo "płatkami śniegu", bo że niby zbyt delikatni są, a może oni są po prostu od nas starych mądrzejsi...?
Ja i Małżonek zapierdalaliśmy przez całe życie. Od małego goniono nas do roboty. Za chwile odpoczynku wyzywano od śmierdzących leni. Za skarżenie się wyzywano od słabeuczy i cieniasów... I co kurwa z tego mamy? Wyniszczone stawy. Chroniczne zmęczenie. Wyczerpanie. Raka. Niczego nie użyliśmy. Świata nie zwiedziliśmy. W wieku 50 lat boimy się, że nie damy rady dopracować do emerytury, bo nasze zdrowie się sypie. Z tego całożyciowego zapierdolu nie mamy nic. Tak samo jak nasi rodzice i dziadkowie nie mieli poza wyniszczonym zdrowiem. Żeby było śmieszniej, częstokroć ludzie, którzy całe życie nic nie robili, dzis mają lepiej albo przynajmniej tak samo. Po co zatem tak gnać? Po co wiecznie grać twardziela?
Oczywiście w świecie, w którym gardzi się ciężką pracą, w której nikt ciężkiej pracy nie chce wykonywać, a co za tym idzie siły roboczej brakuje, ten który podejmie się cięższej pracy musi dziś zapierdalać za trzech, za jedną wypłatę oczywiście, bo tak się dzieje, gdy zachwiana zostanie całkowicie równowaga.
Garstka pracowników fizycznych nie da rady zapracować na miliony urzędasów, którzy niczego nie wytwarzaja, ale jednocześnie jaoś tak każdyn by chcioł żryć, mieć wielkie mieszkanie, 5 samochodów, rowerów, nie musieś sprzątać ani prać, nawet samemu się czesać ani nawet kwiatków samemu posadzić czy żarówki se wymienić. Każdy oczekuje, że inni będą za niego to wszystko robić, a on będzie miał czas dla siebie, swojego hobby, pieska, kotka i rodziny (zwykle właśnie w takiej kolejności). A nie czeka,j pieska też ktoś inny musi wykąpać, nie rzadko też wyprowadzić i nakarmić, a dzieci to już w ogóle 7 godzin w szkole, ze 3 w świetlicy, w wekendy w klubach sportowych, u skautów, na muzyce, w ferie na obozach, bo koło dzieci to już w ogóle za dużo roboty, więc niech niewolnicy się tym zajmią... Problem tylko, że niewolników coraz mniej, a roboty, które by ich zastąpiły, jeszcze nie powstały. Jeśli nie pojawią się one w najbliższych pięciu latach, to myślę że wszyscy będziemy w czarnej dupie hehe.
Najstarsza w każdym razie swój test pracowy zaliczyła i teraz już wie, na czym stoi. Chyba jednak trzeba poczekać na spotkanie z biurem pracy, by się przekonać, co oni powiedzą na ten pomysł, bo chciałabym wiedzieć, jakie są tutaj ewentualne możliwości wsparcia oraz jakie mają alternatywy do przedstawienia dla niej. Jednak wydaje mi się, że mimo wszystko powinna pójść spróbować sił. Jakby nie patrzeć z tego będzie mieć przynajmniej jakieś pieniądze. Nawet jak to by tylko kilka godzin było w tygodniu, to zawsze jest to parę euro. Poza tym w biurze pracy i tak ostatnio była mowa tylko o zakładzie pracy chronionej i temu podobnych rozwiązaniach, a moim zdaniem dobrze by było najpierw tutaj sił spróbować. Zawsze to człowiek czegoś pożytecznego się nauczy, ludzi pozna, język poprawi... Młoda jest. Im więcej różnych rzeczy spróbuje, tym lepiej.
Tak czy siak, mamy już jakiś konkretny pomysł i jasny cel. Teraz tylko trzeba powoli do niego dążyć. A nuż widelec.
Będąc z Córką na swoim starym placu boju, znowu intensywnie poczułam, że bardzo bardzo chętnie wróciłabym do tej pracy. Sprzątanie daje taki spokój i tyle satysfakcji. Porządkowanie czyjegoś bałaganu jest wielce relaksujące i przyjemne, choć też piekielnie męczące i czasem irytujące. No, brakuje mi tego!
Wspominam tu też pracę na farmie, do której co prawda wracać bym nie chciała, ale która też pod wieloma aspektami była relaksująca, fajna i satysfakcjonująca. Przewidywalność, wyraźnie widoczne efekty w krótkim czasie, spokój, praca w pojedynkę bez zbędnego się socjalizowania z kimkolwiek, praca wedle własnego planu i widzimisię, bez użerania się z ludźmi jako takimi...
Sprzątanie to jest na prawdę dobra praca. Ciężka jak szlag, niezdrowa, ale fajna.
I tak ciągle wracam myślami do mojego pomysłu, o którym powiedziałam w biurze pracy, że niby chciałabym spróbować wrócić do biblioteki... No bo jednak coraz badziej wątpię w to, czy ja na prawdę chciałabym jeszcze pracować w jakiejś bibliotece? No i dalej, czy ja w ogóle (jeszcze) do tej pracy się nadaję...? Dochodzę do wniosku, że to jednak są bardziej oczekiwania innych projektowane na siebie niż moje własne...
Doświadczenie ze świetlicy zdaje się szeptać coraz głośniej, że ani nie nadaję się, ani tak na prawdę nie chcę pracować w bibliotece. Miałam przecież iść na wolontariat. Szukają u nas w gminie bowiem ciągle wolontariuszy i do oprawiania książek, i pracy z klientem, do pomocy w przyjmowaniu wycieczek dzieci ze szkół itd. Nawet rozmawiałam o tym ze znajomą bibliotekarką nie tak dawno, gdy byłam wypozyczyć książki. Obiecałam jej i sobie, że zgłoszę swoją kandydaturę zaraz po Nowym Roku, ale mamy koniec lutego a ja tego ciągle nie zrobiłam i, powiedzmy sobie szczerze, w głębi duszy nie bardzo mam na to ochotę. Biblioteka to miejsce, które znam, bo pracowałam tam 14 lat, a wcześniej przesiedziałam w towarzystwie babci, a ta belgijska biblioteka od polskiej jakoś specjalnie sie nie rózni, jeśli idzie o zakres obowiązków i sposób wykonywania tego zawodu na zadupiach i ta znajomość sugeruje mi, że powinnam znowu spróbować. Tyle, że ja już nie czuję bluesa. Idę tam czasem po jakąś książkę, chodzę pomiędzy regałami, szperam, szukam, przyglądam się ludziom i tej pracy i nie potrafię sobie wyobrazić, że tam pracuję. Nie, to nie jest już moja bajka.
Nawet świetlica, mimo porażki i niepowodzenia, ciągle mnie przyciąga duchowo. Tam siebie widzę, jak najbardziej, tylko na spejcalnych zasadach typu mała świetlica albo tylko grupa maluchów... czyli na razie nie osiągalnie dla mnie. Niemniej jednak widzę siebie jako wychowawcę ale jako bibliotekarkę już nie. No i mój poziom języka też jest za niski do pracy w dzisiejszej bibliotece, gdzie jednym z zadań jest prowadzenie socialmediów, pisanie artykułów do gazet i reszta szeroko pojętej promocji. Ja już nie jestem w stanie nauczyć się języka na takim poziomie, by pisać w nim swobodnie tego typu teksty bez błędów, a kwieciście i interesująco. W jakimś miejskim bibliotecznym magazynie mogłabym pracować, ale do miasta jest stąd za daleko...
Ciągnie mnie też wolontariat w azylu dla ptaków i dzikich zwierząt. Tam nie ma szans na zatrudnienie, ale chciałbym pomagać zwierzętom. To by mi dawało satysfakcję. Z tym że potrzebuję przede wszystkim pieniędzy, bo satysfakacją się nie bardzo najem...
Jednym słowem, ale po wielomiesięcznych rozważaniach, dochodzę do wniosku, że na tym etapie swojego życia ja nie mam ochoty na żadną ambitną pracę. Bo i po cholerę. I tak już nic nigdzie nie osiągnę, to po kiego się stresować, skoro można by robić coś prostego. Zrozumiałam, że większość ludzi uważa, że prosta praca to coś złego, niepochlebnego, nieporządanego... I to oni mnie całą ogólnoświatową narracją właśnie do tego przekonują, że muszę chcieć czegoś więcej, czegoś lepszego, że skoro jestem mądra, inteligentna, oczytana, empatyczna etc etc to powinnam "lepszej" pracy szukać, a na pewno pożądać. Ale gdy się nad tym głębiej zastanowić, to przecież mnie to bynajmiej do szczęscia potrzebne nie jest. Ja nie należę do ludzi, którzy wstydzą się prostej pracy, czy prostego wygodnego ubioru albo prostej fryzury. Wprost przeciwnie. Prostota to moja strefa komfortu.
Różne zawody brałam ostatnimi czasy pod lupę, nawet takie nierelane do wykonywania przeze mnie ze względu na brak stosownych dyplomów czy umiejek, ale próbowałam sobie wyobrazić, że owe posiadam albo teoretycznie posiąść bym mogła, ale nie, zwyczajnie nie potarfię sobie wyobrazić siebie obecnie na żadnym stanowisku, gdzie ważna jest odpowiedzialność za innych ludzi czy za ważne sprawy.
Nie wyobrażam sobie siebie w zawodzie, gdzie coś ważnego albo czyjeś zdrowie ode mnie by miało zależeć... Tu np myślę o opiece nad dziećmi czy osobami starszymi. Pomijając kwestie fizycznej ciężkości tej pracy, ja bym sie zwyczajnie dziś bała odpowiedzialności za te osoby. Nie! W życiu! Nie z moją pamięcią, chaotycznością, wiecznym rozkojarzeniem, brakiem pewności siebie. Tak samo z pracą w sklepie. Za wielka odpowiedzialność. Potrzeba dobrej organizacji, konsekwencji w działaniu.... Kompletnie nie nadaję się do tego i sobie na tego typu stanowsikach wyobrazić nie potrafię.
Czasem trafiam na bezdrożach internetu na ludzi przekonanych (i takie też bzdury propagujących) iż rzekomo każdy, dosłownie każdy człowiek na świecie o niczym innym nie marzy, jak tylko o posiadaniu swojej własnej firmy, bycia sobie samemu szefem. Taa...
Z mojegu punktu widzenia własna działalność jest chyba jedną z najgorszych opcji, jeśli idzie o pracę. Chyba tylko w najgorszych koszmarach przyszło by mi do głowy zakładanie i prowadzenie własnej firmy. Nigdy nic takiego mi się na pewno nie marzyło. Próbowałam sobie wyobrazić, a wyobraźnię mam dosyć bogatą, jakby to było... ale nie potrafię sobie aż takiej abstrakcji zobrazować.
Ja nawet domu chyba sama w pojedynkę bym nie ogarnęła.
Przepracowałam w życiu już ze 20 lat co najmniej... Tak serio to nawet nie wiem ile. Nigdy przez cały ten czas nie miałam pojęcia, ile ja w ogóle zarabiałam. W pierwszej pracy w Belgii po bodajże 2 latach przeglądając dokumenty zauważyłam, że przez cały ten czas miałam u jednego klienta 3 godziny w tygodniu wpisane, a pracowałam 4. Nie mam pojęcia do dziś, za ile mi płacili. Nigdy tego nie sprawdziłam. Dla mnie to jest - było minęło. Nie wiem, czy zawsze płacili mi w jakiejkolwiek pracy wszystko, jak należy i nigdy nie przyszło mi do głowy, by to sprawdzać. Jak jutro zacznę jakąś pracę, też nie będę sprawdzać. Nie znam się na tym, nie rozumiem tego i co najważnejsze, mnie to nie do konca obchodzi. Sprawy finansowe ogarniam na zasadzie: mam forsę to mam, a jak nie mam, nie mam. Ot, cała filozofia.
Nie mam pojęcia, co ile kosztuje. Tak, chodzę do sklepów kilka razy w tygodniu. Tak, robię zakupy za 100, 200, 300 euro w spożywczaku, ale nie mam pojęcia, ile w Belgii kosztuje chleb, ile masło, ile jajka. Wiem, że jest drożej i drożej, bo za to samo wołają przy kasie coraz więcej. Jak mnie ktoś wyśle po lody i po zakupie zapyta, ile kosztowały, nie będę mieć zielonego pojęcia, nawet jeśli tylko lody kupiłam, bo zwyczajnie cen nie zapamiętuję, nawet jak chcę. Za Młodego zapamiętywałam wszystkie co ważnejsze numery telefonów, bo to było łatwe, ale nigdy nie pamiętałam cen produktów, bo to było trudne.
Młoda chodzi zawsze podczas zakupów po kilku sklepach, bo w jednym jest tańsze to, w innym tamto, a w jeszcze innym owamto. Orientuje się we wszystkich promocjach, oszczędza, pilnuje swoich pieniędzy jak oka w głowie. Dla mnie finanse to abrakadabra. Nie rozumiem w ogóle tego zjawiska. Poza tym ogólnie planowanie czegokolwiek (nie tylko finansowego) to dla mnie rzecz prawie że nie osiągalna. Jestem stuprocentowym chaotem. Żyję z dnia na dzień, z chwili na chwilę i nawet nie wyobrażam sobie, że da się inaczej. Nie wiem, jak ludzie to robią. Ja nie mam takiej umiejętności ani potrzeby. Ja nie pasuję w ogóle do tych czasów. Nie do końca się w nich odnajduję i to jest spory problem. Dziś moja autystyczna osobowość jest dla mnioe uciążliwsza niż była kiedykolwiek wcześniej.
Dla mnie życie według ścisłego planu jest bardzo trudne i uciążliwe. Dlatego wiele zawodów właśnie (o swojej działaności nawet nie mówiąc) jest zwyczajnie niewykonalnych. Myślę, że Najstarsza jest pod tym względem bardzo do mnie podobna.
Dlatego też robota na sprzątaniu mnie tak przyciąga. Tam niczego nie musisz jakoś specjalnie planować (choć niektórzy twierdzą inaczej - szczególnie ci, którzy siedzą za biurkiem i raz miotły w ręce nie mieli). Widzisz, co trzeba zrobić i to robisz dopóki nie zrobisz albo póki czas się nie skończy. Wtedy idziesz do domu albo do kolejnego domu. Pamiętam, że klienci czasem pytali, ile dam rady posprzątać w danym czasie. A skąd ja to niby mam kurwa wiedzieć?! Jak posprzątam, to zobaczysz, ile mi to zajęło. Tak samo było z prowadzeniem zajęć dla dzieci. Wszyscy tam w świetlicy oczekują, że im powiesz, ile coś ci zajmie... Nie mam najbledszego pojęcia, jak ludzie potrafią oszacować takie rzeczy. Mnie się to nigdy nie udało.
* * *
Doczekałam się z Młodym w końcu wizyty w naszej przychodni. Lekarz wypisał mu receptę na antyalergiki. Już jest za późno na to, bo Młody już nie może spać, a oczy ma spuchnięte i piekące. Tymczasem lek gtrzeba brać ze dwa tygodnie, żeby zaczął działać jak należy, a tu ciepło się nagle zrobiło. W środę było prawie 20 stopni. Wiemy doskonale, że to oznacza, iż wszystko za chwilę zakwitnie jak głupie, a Młody będzie cierpiał... Nic to. Lepiej późno niż póniej.
Poprosiliśmy też o obejrzenie uszu, bo Młody dobrze nie słyszy. Uszy okazały się wporządeczku, że czyste i w ogóle. Doktor po teście z jakimś kamertonem, czy czymś takim, stwierdził jednak, że Młody mniej na jedno ucho słyszy i wypisał mu skierowanie do szpitala na dokładniejsze badania u jakiegoś uchologa. Nie wykluczone, że zgodnie z moimi przewidywaniami ciągle używanie słuchawek w koncu uszkodziło mu słuch, no ale to się zobaczy.
Przy okazji ja poprosiłam o recepty na swoje zastrzyki i piguły.
Innego dnia byłam w tej samej przychodni z Młodą, żeby wypełnili jej dokumenty do FOD-u w sprawie przedłużenia uznania niepełnosprawności. Lekarka zrobiła to przez internet, ale wydrukowała też jakiś świstek.
Po raz kolejny próbowałam umówić Młodej wizytę u specjalistki w Uniwersyteckim Gent, do której skierowano ją z Uniwersyteckiego Leuven, ale ciągle nie otrzymali elektronicznego skierowania stamtąd. Zadzwoniłam zatem do Leuven i pani w sekretariacie obiecała zapytać pana profesora, co tam z tym skierownianiem i mnie powiadomić mejlem, gdy wyjaśnią sprawę. Dziś otrzymałam mejl, że wysłali skierowanie pocztą... No mam nadzieję, że wysłali też online do Gandawy, bo inaczej chyba nie umówię tej wizyty...
Ocipieć idzie z tym wszystkim.
Młody miał w tym tygodniu jeden dzień zajęcia w żłobku. Znowu się trochę niepokoił, bo znowu nowy adres trzeba było znaleźć, a do tego Matka nie miała czasu z nim jechać, bo szła z Młodą do lekarza. Człowiek się nie rozerwie przecież, a Młodej wcześniej obiecałam... Gdy sobie wyguglował, pokazało mu, że blisko dworca, więc się uspokoił. Kiedy dotarł na miejsce, napisał mi, że wszyscy z grupy już są oprócz nauczyciela. Tak to jest z belframi haha. W żłobku obserwowali peuters(y), czyli starsze dzieciaki, pod kontem różnych elementów rozwoju. Podobało mu się oczywiście, bo szkraby są fajne. On bardzo lubi dzieci, jak wiadomo.
W końcu dokończyli remont tego całego śmiesznego seminarium i w końcu szkoła Młodego będzie się hucznie przeprowadzać do nowego lokum. Wybieramy się do pomocy w tym wielkim wydarzeniu i ciekawa jestem wielce, jak tam wszystko będzie wyglądało.
Małżonkowe auto w międzyczasie przewieziono do pobliskiego garażu i zdiagnozowano. Ponoć ma być jutro do odbioru. Zesrał się jakiś przewód z sensorem czy coś tam takiego, co ma niby kosztowac ok 600-700 euro, czyli w chuj ale Małżonek spodziewał się, że naprawa przekroczy wartość samochodu, czyli ujdzie. W sobotę ma być do odebrania. Wtedy też trzeba pojechać oddać zastępczaka.
Niestety to nie koniec jeśli chodzi o zesrane rzeczy. Czerwona Rakietka Młodego zaczyna się rozpadać po zaledwie półrocznym codziennym nią pedałowaniu i tłuczeniu jej po pociągu. Komputerek odpadł zaraz na poczatku pdczas ładowania rowerka do samochodu. Hamulce już raz wymieniane i poprawiane znowu się wytarły (niewyróbka), przerzutki się rozpierdoliły, pogięły i się kolebocą, przez co łańcuszek spada przy każdym składaniu, a czasem podczas jazdy. W tym tygodniu Młody przestał rower składać do pociągu. Jeszcze nikt się nie przyczepił, ale w końcu trafi na nadgorliwego konduktora, który go ochrzani. Trza kupić mu coś nowego, bo to nie są śmichy tylko kwestia bezpieczeństwa. Nie mamy hajsu na jakiś markowy rower, bo to wszak kwestia kilku tysięcy euro, a nie ma pewności, że to dłużej wytrzyma, bo teraz to wszystko przecież gówno warte, ale zobaczyłam że Lidl oferuje teraz składaki elektryczne za niecałe tysiąc ojro. Młoda pożyczy mi hajsu, a ja będę jej oddawać po trochu. Mój Lidlak Crivit sprawuje się doskonale (tfu tfu). Nie jeżdżę nim codziennie i mój się nie składa, ale jest dosyć solidnie wykonany. Nie ma nawet porównania z tym kolebocącym się rowerkiem Młodego. Na obrazkach lidlowy składak wygląda zdecydowanie lepiej niż to Flebi-gówno. Ma hamulce tarczowe, przerzutki shimano, dłuższy błotnik (Flebi tak chlapie, że Młody nawet włosy ma w błocie, gdy pada deszcz), bagażnik, no i co bardzo ważne, stopkę. Wagowo prawie to samo. Kółka też 20'. Bateria też lepiej zamocowana. We Flebi przyczepiona jest do rury od siodełka, co jest dosyć głupim rozwiązaniem. Zaryzykujemy Lidlaka, bo ja bardzo szanuję produkty z Lidla i często tam coś zamawiam. Dobre jak i do wakacji by Młodego bepeicznie woził.
Ale to nie koniec awaryjnej wymiany na ten miesiąc i tydzień. Musimy też pilnie kupić nową pralkę. Z parę tygodni temu wyświetlił się raz jakiś błąd, ale po wyłączeniu z gniazdka i ponownemu włączeniu nadal prała. W zeszłym tygodniu pojawił się ponownie ten sam numer błędu, ale teraz w załączonych instrukcjach cymbały piszą w kilku różnych językach jak włączać pralkę do gniazdka, bogato opisują te pierdyliard róznych programów, z których przez lata używa się i tak max trzech, rozwodzą się nad tym ile prądu i wody zużywa (jakby mnie to kiedywkolwiek obchodziło), ale listy podstawowych błędów oczywiście tam nie ma. W ogóle nie ma nic na temat jakichkolwiek potencjalnych problemów, które mogą sie pojawić. Zresztą to teraz wszystko taki szajs, że głowa mała. Tę Indesit kupiliśmy nie całe 4 lata temu (sprawdziłam na blogu - wrzesień 2022). Zajebiście! Wzywania serwisanta nawet nie biorę pod uwagę. Gość za samo przyjście wezmie minimum 100€ i z 4 kilka tygodni pewnie jeszcze na to trzeba będzie czekać biorąc pod uwagę jak to wsztystko działa w tym kraju, a raczej jak nie działa. Jeśli trzeba będzie coś wymienić, wleci kolejna stówa, a potem się okaże, że padło jeszcze coś innego... Nie, naprawiać tego typu sprzęt to można było 30 lat temu, gdy nie było w tym tyle elektroniki. Teraz lepiej i zwykle taniej kupić nowy. Tak też zrobimy i to zaraz, bo u nas pralka kręci co najmniej raz dziennie, a nie rzadko i 5. No i już nie kupimy drugi raz takiej na 9 kilo bo to pic na wodę fotomontaż. Co z tego, że teoretycznie więcej rzeczy się zmieści, jak gdy do kocyka polarowego dorzucisz jakąs inną szmatę to ona tego w ogóle nie wywiruję. Zasadniczo polarowe rzeczy, także bluzy powinno sie w niej prać osobno, bo jak się doda to do normalnego prania zajmujacego pół bębna to już nie udrze. Kuźwa, stara rosyjska "Wiatka" to ile się wepchało do bębna, tyle wyprała bez narzekania i wydziwiania. Dałeś na płukanie to w 15 minut było gotowe, a tych nowoczesnych płukanie trwa dłuzej niż pełny program, bo one są teraz kurwa ekologiczne i oszczędne. Najbardziej mnie bawił ten "ekologiczny" program, który trwał ponad 4 godziny. Jak ja bym miała niby 5 prań zrobić w ciągu dnia? Chyba kogoś popieściło mocno. We wiatce chiałeś wywirować to otwierałes drzwiczki, wrzucłeś łacha, za 5 minut wyciągałeś, a te nowe kręcą, stękają... kwadrans czekasz na odwirowanie pary jebanych skarpet i kolejny na otwarcie drzwiczek. Oj, nie raz mocno musiałm się powstrzymywać, by nie skopać gówna i nie stłuc jakąś pałą po całości. Takie nowoczesności, wbudowany komputer, połączenie z internetem, sterowanie z telefonu, muzyczki do wyboru, szmery-bajery, ekologia, oczczędność wody, prądu, a ja bym chciała, by pralka po prostu potrafiła wyprać, wypłukać i wywirować moje łachy. Tylko tyle. Kropka.
Małżonek ma trochę eko-czeków to akurat się przydadzą. Dołożymy ze stówkę i kupimy jakąś najtańszą pralkę, bo droższej się raczej nie opyla. Czyż nie te same żółte rączki to wszystko produkują...?
Jebał to pies!
* * *
Jako się rzekło, pogodę mieliśmy w tym tygodniu istnie bajeczną. W środę termometry pokazywały nawet 19 stopni. Siedziałam sobie na mojej skrzynce na paczki przed domem (bo w ogrodzie jest prawie cały czas cień) i czytałam książkę. Sąsiad wracając od mamy ze swoim psem powiedział "Zalig, hé", co znaczy "przyjemnie, prawda", ale - moim zdaniem - to słowo zalig super brzmi i wyjątkowo dobrze określa tego typu odczucia. Bardzo lubię to słowo, które w wielu okolicznościach można użyć. Po prostu ZAAAAALIG!
Oczywiście wszyscy inni ludzie, którzy przechodzili drogą lub przejeżdżali rowerem też mówili mi "Dag", a ja odpowiadałam. Na szczęście nikt bardziej znajomy nie przemykał i mi nie przeszkadzał w relaksacji wiosennej.
Któregoś dnia jednak wybrawszy się w końcu do apteki po swoje piguły i zastrzyki, spotkałam po drodze dziadka dawnego kolegi klasowego Młodego i żeśmy coś z pół godziny albo i dłużej na drodze przestali, bo chłop nie mógł sie nagadać. Okazuje się, że żona jego choruje i on się musiał nauczyć gotować i jest z tego bardzo dumny. Żona nawiasem mówiąc też jest taka pogadana. Raz ją u fizjoterapeuty spotkałam... Bla bla bla bla. Córka i zięć ta sama krew haha. Ale to superfajni ludzie.
Dziadek narzekał z uśmiechem, że żona nie wszystką jego pomoc w pełni aprobuje i chwali, bo on nie robi tak jak ona, czyli robi źle i ją to wkurza, więc woli sama się męczyć. Wymieniał wszystkie potrawy jakie gotuje. Biadolił, że wnuczek jest niejadkiem (zupełnie jak i nasz Młody, z tym że tamte ma ADHD). Potem wspominaliśmy dawne czasy, gdy wszystko się swoje miało na grządkach i w sadzie. Następnie opowiedział parę swoich ulubionych emeryckich dowcipów. Myślałam już że do domu przed nocą nie dotrę z tej apteki, a ból pleców rósł z każdą minutą, bo ja nie mogę dugo stać. Z drugiej strony fajnie było tak pogadać o byle czym...
Jak jest dobra pogoda i ciepło, to od razu lepiej się żyje i z domu wyjść się chce, i książkę poczytać, do drugiego człowieka gębę otworzyć... Aczkolwiek trochę wody w kiblu upłynie, nim mój stan psychiczny wróci do jako takiej normy. Jeden dzień wiosenny ani nawet tydzień (nie wiem czy rok) tego nie naprawi.
![]() |
| kury się opalały |
W środę, jak to w środy, Młody wcześniej wrócił ze szkoły, zatem po obskoczenu lekarza zostało jeszcze czasu, by obskoczyć stałe miejsca żerowania zwierząt pod lasem. Na jednym stanowisku spotkaliśmy czaplę. Łowiła żaby w kałużach na polanie. Podkradliśmy się bliżej niej powoli wzdłuż krzaków, ale ona zasadniczo zdawała się mieć naszą tam obecność pod ogonem. Łaziła po trawie w slow motion i jak wypatrzyła żabę, łapała ją, wytrzepywała, a potem połykała. Udało mi się nagrać cały ten proces, a Młody narobił czapli zdjęć z żabą w dziobie. Mnie też parę fotek udało się cyknąć oprócz filmu.
Potem ja postanowiłam wrócić do domu, by ugotować obiadokolację, ale gdy tam dotarłam, okazało się, że Małżonek już dawno nastawił obrane przeze mnie ziemniaki i kończy smażyć cervelasy (takie tutejsze jakby mortadele). Domyślny z iego chłop nawet. Albo po prostu był wchuj głodny haha, a ja się pałętam po świecie miast strawy uwarzyć jak należy.
Młody jednak pojechał potem na kolejne miejsce, a potem na jeszcze kolejne. Spotkał tam dwa stadka saren i dzikie gęsi oraz trochę pomniejszych stworzeń. Wrócił do domu usatysfakcjonowany już o zmierzchu. Cieszył się, że udało mu się dosyć blisko sarny podejść i nawet dosyć dobre zdjęcia zrobił, choć nie jakieś super hiper, bo jednak już było dosyć ciemnawo.
To był ciekawy tydzień, nie ma co. A kolejny niezgorzej się zapowiada patrząc na to, co stoi zapisane w agendzie. Tego co nie jest zapisane, to aż się boję haha.
![]() |
| Bażant zza domu |
![]() |
| kurozaury 🦖 |
![]() |
| Sunny Bannani 👑💖 |
![]() |
| kolumby |
![]() |
| Riko Koko 💖👑 |
![]() |
| kormoran |
![]() |
| gawron? i bażancice |
![]() |
| sikoreczka |
![]() |
| truskawki o smaku ananasa |
![]() |
| szpak |





























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...