27 marca 2026

Co to jest kijk- en doedag w VDAB?

 W Belgii mamy wiosenną aurę, a to oznacza, że robię sporo zdjęć, bo po pierwsze w przyrodzie dużo się dzieje, a po wtóre przy dobrej pogodzie łatwiej się zmusić do wyjścia z domu. Zdjęcia jednak wrzucę po spisaniu swoich przemyśleń i obserwacji z ostatnich dwóch tygodni. Jak się komuś nie chce czytać, ale ma chęć pooglądać obrazki, niech skroluje na koniec tekstu...

Teraz dam tylko zdjęcie czterech ostatnich ciastek, które w zeszły piątek upiekłam, bo tak wyśmienicie smakowały, że nawet porządnego zdjęcia nie zdążyłam zrobić. Ba, nawet ostygnąć nie zdążyły, a już zniknęły. Młody nazywa tego typu ciastka "ciastkami podstawowymi", bo - jak kiedyś mi wyjaśnił - w każdej bajce i filmie takie ciastka jedzą. On kupuje czasem takie wielkie czekoladowe ciacha w Madmun na dworcu razem z ulubioną matchą latte. Pomyślałam, że przecież można takie ciasteczka samemu spróbować zrobić w domu, bo to nie  może być trudne i faktycznie, to bardzo łatwe i szybkie ciasteczka są. Tyle że równie szybko znikają... No ale chyba o to chodzi w sumie... Użyłam tego przepisu z Wedla, jakby kogoś interesowało: https://wkuchnizwedlem.wedel.pl/przepis/przepis-na-klasyczne-ciastka-czekoladowe , ale pewnie dowolny przepis się sprawdzi. W kwestii czekolady to użyłam akurat kropelek czekoladowych, ale zwykła tania krojona czekolada raczej taniej wychodzi... Znaczy tanią to u nas se można kupić, bo tu kraj czekoladą stoi i nawet najtańsza jest wyśmienita. W PL to nie wiem...


Ciastka ciastkami, ale ja mam do spisania całą kupę przemyśleń i obserwacji z ostatnich dni... Spisanie pomoże mi choć odrobinę se to wszystko we łbie poukładać. A dumałam oczywiście nad ostatnią wizytą w VDAB i pracą asystenta logistycznego w szpitalu czy domu opieki i dumam nadal... z tym że opcja poszerzyła się o wyższe poziomy.

Internety mówią, że to też dosyć ciężka praca, bo cały dzień człowiek na nogach i w ogóle. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że bez dyplomów lub znajomości człowiek nie dostanie pracy NIE-ciężkiej.

Nie mogę się zdecydować, co mam myśleć na ten oraz podobne tematy. Nie wiem, co będzie dla mnie dobre, a co mi tylko zaszkodzi, bo kurde ciągle nie wiem, kim tak na prawdę jestem i na ile mnie stać. Trudne jest to wszystko. Raz myślę tak, za chwilę zmieniam zdanie, by kolejnego dnia wrócić do pierwszej myśli, a zaraz potem stwierdzić coś jeszcze innego.

Najpierw, jak asystentka z VDAB wyskoczyła z tym pomysłem, to się bardzo podjarałam. Potem, jak poczytałam co to za robota, to mi skrzydła opadły, bo stwierdziłam, że to przecież za ciężkie dla mnie. 

Teraz jestem na etapie 1. muszę się dowiedzieć więcej 2. muszę zacząć trenować, znaczy pracować nad kondycją... Albo odwrotnie.

 Bardzo ważne są dla mnie te całe dni informacyjne itp, bo muszę wszak najsampierw zapoznać się ze szczegółami i bliżej się z tą pracą zapoznać. Wtedy będę mogła lepiej ocenić, czy się nadaję czy nie.

Tak czy owak postanowiłam, że bez względu na to, na co ostatecznie się zdecyduję muszę zacząć solidnie pracować nad kondycją i siłą.

Kiedyś mi się przypomniało nagle, jak w pierwszej ciąży ponad 20 lat temu (gdy byłam młoda, zdrowa i piękna)  lekarze kazali mi cały ostatni miesiąc leżeć i te kilka dni, które spędziłam w szpitalu, podczas których darli mordę, gdy tylko wyszłam się przejść po korytarzu, bo miałam leżeć. No to leżałam te kilka(naście) dni... A POTEM BYŁAM SŁABA JAK GIE... Ledwo byłam w stanie pokonać w domu schody, żeby pójść do kibla, czułam się zmęczona, słaba i to zaledwie po kilku dniach nicnierobienia... 

To wspomnienie uzmysławia mi, że moje aktualne długie siedzenie w domu i opierdalanie się całe dnie też może mieć poważne konsekwencje dla mojej kondycji. Oczywiście sytuacja jest inna i wyczerpanie po chorobie i jej leczeniu oraz wpływ terapi antyhormonalnej na pewno ma tu swoje NIEMAŁE znaczenie dla mojego aktualnego stanu. Chroniczne zmęczenie po raku jest problemem znanym i czasem się niektórym pechowcom przytrafiającym, ale i w tej kwestii specjaliści się zgadzają, że aktywność fizyczna jest potrzebna i pomocna, by poczuć się lepiej.

Był już  też czas po raku, że maszerowałam po 10 km i było dobrze, 

że jeździłam rowerem po 40km i było dobrze, a było to nie tak znowu dawno temu! 

Ostatnio jednak przez zimowe lenistwo i stan depresyjny znowu cofnęłam się w rozwoju fizycznym, bo zbyt dużo siedziałam i skrolowałam internet albo czytałam książki, bo nie chciało mi się spacerować regularnie, bo ogólnie kilka miesięcy nic mi się nie chciało i teraz jestem znowu w słabszej kondycji i sile.

Potrzebuję zabrać się za solidniejszą robotę, jeśli chcę dać sobie szanse na tego jakąś sensowną pracę, na jakąkolwiek pracę. Pomyślałam sobie, że jeśli zdecydowałabym się na rozpoczęcie jakiegoś kursu we wrześniu, to mam 5 miesięcy czasu na pracę nad swoją kondycją. To całkiem sporo, jeśli teraz zacznę nad tym pracować powoli.

 No takie sobie właśnie postanowienie zrobiłam, że zaczynam więcej chodzić, więcej rowerować, kilka razy w tygodniu nadal ćwiczyć w domu pompki, brzuszki, skoki na skakance... Nic na tym nie stracę, a tylko zyskam, nawet jak rozmyślę się co do tej roboty. Jednak myśl o niej jest ważna, bo nadaje temu wszystkiemu sens i  wyraźny cel, a cel jest potrzebny, by dawał motywację i chęci do robienia czegokolwiek. Kurde, ciągle muszę sobie to wszystko przypominać i wciąż muszę siebie od nowa zaganiać do roboty, do aktywności, do picia wody itd itd. Zaczynam, a po czasie zaczynam się coraz bardziej obijać i migać od swoich własnych postanowień. Wystarczy jakiś dobry pretekst jak choćby kilkudniowa migrena, gorsza pogoda, zły nastrój i wszystko diabli biorą. Wy też tak macie?

Postanowiłam też w tym roku ogólnie ograniczyć jeszcze bardziej spożycie mięsa. Nie tylko ze względów zdrowotnych, ale i przekonań. Spróbuję też oczywiście bardziej się pilnować w kwestii zażerania owoców i warzyw oraz picia stosownej ilości wody, choć ani z jednym, ani z drugim źle nie jest, ale zawszer może być lepiej c'nie?

Od tej wizyty w VDAB i propozycji zapoznania się z nowym zawodem dosłownie nie mogę przestać o tym myśleć. Waham się, mam mnóstwo najróżniejszych wątpliwości, ale cholernie jestem ciekawa pracy w służbie zdrowia choćby jako ten asystent logistyki, czyli pomocy pielęgniarek.

Zaliczyłam póki co dwa kijk- en doedag(en) (kijk- en doemoment) z VDAB, czyli "dni patrzenia i robienia". To taki rodzaj momentów informacyjnych, podczas których bierze się aktywny udział w jakimś kursie. Raz byłam przez jakies dwie godziny na przypadkowej lekcji w klasie. Wraz z kilkoma innymi "podglądaczami" siedieliśmy w ostatniej ławce, słuchaliśmy, przyglądaliśmy się zajęciom praktycznym. Drugim razem przez pół dnia uczestniczyłam w kursie praktycznym biorąc w nim aktywmy udział, czyli faktycznie ROBIĄC, próbując tak jak regularni kursanci. Super sprawa, by lepiej zorientować się, czy dany kurs i zawód w ogóle nas interesuje. Przed kursem na wychowawcę świetlicy byłam - jak może niektórzy pamiętają - cały dzień w żłobku, gdzie pomagałam aktywnie przy dzieciakach: karmienie, zabawa, pilnowanie podczas zabawy na świeżym powietrzu. To ostatnie nawyzwało się inleefdag, czyli dzień wczucia się w nową pracę. Takie dni próbne są darmowe dla szukającyh pracy, ale wymagają zapisania się.

Na pierwszym spotkaniu informacyjnym w Gandawie, które właśnie mam za sobą, wzięłam wraz z 5 innymi osobami udział w jakiejś przypadkowej lekcji z kursantami tego kierunku połączonego z nauką języka niederlandzkiego. Żaden tam szał. Ja przecież nie dawno chodziłam na kurs wychowacy świetlicy, więc wiem jak takie lekcje wyglądaja.

Po lekcji było już rzeczywiste spotkanie informacyjne i babka powiedziała tam dość ciekawą rzecz. A mianowicie że istnieje trzy stopnie, trzy różne zawody w tym kierunku. Logistiek assistent to etap pierwszy i wielu kursantow na tym poprzestaje, ale - jak podała dalej - VDAB częstokroć wymaga od ludzi, by kontynuowali naukę aż do ostatniego stopnia, ze wzgledu na to, że brakuje ludzi w tym zawodzie. Dla asystentów logistyki jest o wiele mniej możliwości zatrudnienia, a dla zorkundige mnóstwo. Drugi stopień to verzorgende, a ostatni to zorgkundige. Nie mam bladego pojęcia, czy w Polsce ma to swoje odpowiedniki. Google mi mówi, że to wszystko nazywa się po polsku opiekun medyczny albo opiekun osób starszych

Tutaj ma to trzy stopnie i z każdym zwiększa się zakres możliwości i obowiązków. Ten ostatni w każdym razie musi się zarejestrować, by uzyskać jakąś wizę... Na razie nie mam pojęcia o co to w ogóle lata, bo do takiego etapu jeszcze nie doszłam, a słabo orientuję się we flamandzkiej służbie zdrowia od tamtej strony. W polskiej tym bardziej się nie orientuję.

Nie dowiedziałam się, ile to kosztuje, bo babka nie wiedziała. Powiedziała, że mało kto płaci całość, ale każdy ma inne zniżki, bo to zależy, czy ktoś jest na zasiłku dla szukających pracy, czy ma stały zasiłek z opieki społecznej, czy nie ma dochodu etc etc.

Dowiedziałam się, że to faktycznie dość ciężka robota - podobnie jak pielęgnarki - nie tylko fizycznie, ale mentalnie. Jednak, że lżejsza niż sprzątanie, wg tej pani przynajmmiej. Dowiedziałam się, że ten konkretny kurs do ostatniego stopnia taki  połączony z niderlandzkim (którymi mi akurat nie jest potrzebny) trwa łącznie 2 i pół roku i zajęcia są 4 razy w tygodniu w tym około połowa to staż. Miejsce na staż szuka się samemu najbliżej domu, lekcje są w tej dupnicy koło Gandawy, w której właśnie byłam. 

Już mam trochę wiedzy i to, czego się dowiedziałam, mnie jeszcze bardziej zainteresowało i zachęciło. Gorzej - teraz myślę już o pełnym kursie haha. 

Nadal nie wiem, czy się do tego nadaję, ale nie wiem też do czego innego mogłabym się nadawać, więc może powinnam jednak spróbować, by się dowiedzieć...? Innych pomysłów wciąż brak. 

Miałam zgłosić się na ten wolontariat do biblioteki. Nawet e-mail motywacyjny do urzędu gminy już napisałam, ale nie wysłałam... 

no bo zwyczajnie nie mam ochoty iść do biblioteki. 

Jakby ktoś przyszedł i mi nakazał, to bym poszła, ale z własnej woli na prawdę nie mam ochoty. Gdyby wolontariat w świetlicy nie był płatny (płatnego nie wolno mi robić), dziś bym poszła. Poszłabym do azylu dla zwierząt z chęcią (i może pójdę), ale cholera jasna ta biblioteka mi nie leży i tyle. W tym tygodniu widziałam 2 wakaty w Vilvoorde na 19 i na 15 godzin w tygodniu. Od nas niezbyt daleko, ale autobusem ponad godzinę jazdy, a do tego godziny pracy biblioteki są - jak wiadomo - beznadziejne, bo to często popołudnia (do 20 godziny) i soboty. Tak, u nas też biblioteka czynna jest od 14 godziny do 20 plus sobotnie poranki. Ma to sens dla klientów, którzy albo chodzą do szkoły, albo pracują, ale dla pracowników to kicha. Próbowałam się przekonać, że jednak biblioteka ma dla mnie sens, bo to lżejsza praca niż np sprzątanie (przynajmniej fizycznie, bo mentalnie to już niekoniecznie), bo mam doświadczenie w tym zawodzie, a na upartego mogę i o uznanie dyplomów się postarać (choć w sumie to nie mam niepotrzebnego tysiąca euro), bo może w koncu udało by mi sie znaleźć zatrudnienie w okolicy... Ale to na nic. Nie potrafię zapałać chęcią do tej pracy. Nawet płatnej. Nie mówiąc o wykonywaniu jej za darmochę. To już wolę se z kurami w ogródku grzebać haha. Zamknęłam ten rozdział 16 lat temu i chyba potrzebuję by pozostał zamknięty.

Opowiem tu jeszcze o mojej fascynującej podróży do Gandawy na to w.w. spotkanie informacyjne. Lubię jeździć pociągami, ale czasem to nie wiem już czy się śmiać, czy zapłakać... Co raz to inna heca.

Wybrałam się na pociąg godzinę wcześniej, bo jak jadę w nowe miejsce, zawsze chcę być tam dużo wcześniej,  by na spokojnie dotrzeć, znaleźć drogę, właściwy lokal, by się nie denerwować, nie spieszyć, nie panikować. Nienawidzę przychodzenia w ostatniej chwili ani wychodzenia na ostatnią chwilę. 

Pociąg do Gandawy mamy co godzinę z sąsiedniej wsi. Przyjechał na czas. Przejechał jedną stację i przed drugą się zatrzymał, bo miał czerwone... Staliśmy i stali, aż w końcu konduktor przeprosił, że czekamy, ale nasz tor jest zajęty i musimy czekać, aż inny pociąg odjedzie. W końcu nas wpuszczono. Ludzie wysiedli, inni wsiedli, odgwizdano odjazd i drzwi się zamknęły z piskiem, ale pociąg nie ruszył. Po chwili znowu z głośników poleciały przeprosiny wraz z informacjami, że znowu jakiś pociąg blokuje nam tor, bo miał jakiś problem i go muszą zresetować. Nic to, po krótkiej chwili ruszyła maszyna po szynach żwawo, by po przejechaniu jednej stacji nadle z piskiem się zatrzymać w polach. Już pomyślałam, że kogoś przejechaliśmy, ale na szczęście TYLKO jakiś problem na torach... Staliśmy z pół godziny czy dalej. Dobrze że zabrałam przezornie czytnik ebooków z rozpoczętą lekturą i że miałam zapas czasu to nie liczyłam minut tylko czytałam książkę... W końcu ruszyliśmy, ale ospale z mozołem koło za kołem z prędkością pieszego, bo - jak poinformował znowu konduktor - po awarii tak należy jechać. Jakieś młodziki przede mną śmiali się z tych biedaków, co czekali na drodze przed opuszczonymi zaporami na przejeździe patrząc na pociąg jadący w   s l  o w m o t i o n. Wysiadając w Gandawie usłyszałam z ich strony "kut treinen" (opiździałe pociągi), bo pewnie schłopaki późnili się godzinę na zajęcia albo do pracy. Dotarliśmy bowiem do Gandawy z godzinnym opuźnieniem. Ech!

A tu dworzec w Gandawie teraz już całkiem rozpiżony. Znaczy się remont trwa już kilka lat, ale teraz główne przejście demolują i jakąś dziwną drogą się idzie pomiędzy płotkami budowlanymi i rusztowaniami. Podążałam za ludźmi i tak udało mi się wyjść z dworca koło przystanku autobusów, a mój autobus akurat stał na swoim stanowisku, no to wskoczyłam i pojechałam dalej. Autobus jechał około pół godziny, ale i tak miałam jeszcze zapas czasu do tej lekcji pokazowej w szkole dla dorosłych.

Droga powrotna też dosyć emocjonująca się okazała, bo kierowca o mało jakiejś kobiety na przejściu dla pieszych nie przejechał. Ona miała zielone, a my czerwone. Zatrzymał się z piskiem tuż przed jej ramieniem, a potem otworzył okno i jeszcze zaczął się drzeć na nią w jakimś obcym języku. JPRDL. Coraz więcej człowiek ma obaw wsiadając dziś do autobusów, bo brakuje kierowców, więc zatrudniają dosyć przypadkowych ludzi, podejrzane typy z różnych krajów. Coraz częściej słyszy się o jakichś ekscesach z udziałem kierowców autobusów. Jeden staranował przystanek, drugi zderzył się z tramwajem, wielu przejeżdża przez tory i skrzyżowania na czerwonym, co jakiś czas wjeżdżają w domy, to znowu wysiadają w przypadkowych miejscach blokując drogę autobusem i rozkłądając na chodniku dywanik by się pomodlić (tak, były takie przypadki niedawno). Obłąkanie nie zna granic.

Druga lekcja pokazowa była w Aalst. Pojechałam tam na rowerze, bo to tylko 20 km w jedną stronę, a połączeń nie ma dobrych. Mamy za to bezpośrednią ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż dawnej linii kolejowej to się fajnie jedzie. Tym razem był to kurs sprzątania, w którym uczestniczyłam aktywnie wraz z trzema innymi bezrobotnymi. Myślałam że to będzie konkretnie sprzątanie biur, szkół i szpitali, ale to ogólny kurs dla wszystkich sprzątaczy, czyli zarówno sprzątanie prywatnych domów jak i lokali. Kurs taki trwa 2 miesiące codziennie od rana do szesnastej. Żebym ja mogła na taki kurs pójść zanim zaczęłąm pracę na sprzątaniu to ale bym miała ułatwiony start. Teraz to musztarda po obiedzie... ale dobrze, że poszłam tam, to teraz wiem, że coś takiego istnieje, o.

Po tych kilku godzinach wiem już, że to świetny kurs dla każdego, kto chce sprzątać. Tego dnia akurat uczyli się czyścić podłogi różnymi szmatami, różnymi mopami, na mokro i na sucho. Tym razem my oglądacze też braliśmy aktywny udział, tzn myliśmy podłogę na różne sposoby. Oni tam w tym VDAB w Aalst mają specjalną salę lekcyjną do tego kursu. Jest tam jakby dom urządzony. Taki dosyć dziwny, bo pomieszczenie ma kilka rodzajów podłóg, żeby na różnych powierzchniach można było ćwiczyć ścieranie. Mają tam też kabinę prysznicową, umywalkę z lusterkiem, a nawet coś w rodzaju pokoju: drewniana podłoga, szafa, łóżko, szafka nocna. Na łóżku dwie zmiany pościeli,  by i zmieniania pościeli można było się uczyć. Poza tym różne mopy, wiadra, szczotki, odkurzacze, maszyny, produkty, ścierki, żelazka i deski do prasowania, chuje muje dzikie węże. 

Dobrze było to zobaczyć, bo myślę, że dla Córki może być to świetny kurs. Tylko muszę sprawdzić, czy tam się da jakoś normalnie czymś dojeżdżać, zanim zapytamy o to jej asystenta z biura pracy. 

Innego dnia byłam w Mechelen, by pójść z Młodym na wizytę u laryngologa. Zbadali mu słuch i na razie wszystko w normie. Nie zmienia to faktu, że Młody ma jakiś problem ze słyszeniem, ale może to to samo Młoda ma i ja, czyli słaba filtracja dźwięków (popularny problem autystyków), przez co źle się słyszy... Nic to. Ważne, że słuch jako taki jest ok.

Poznałam przy okazji kolejny szpital. Pierwszy raz bowiem byłam w Mechelen. Przez te 13 lat pobytu w BE odwiedziłam już szpitale: w Geraardsbergen, Asse, Sint-Niklaas, UZ Brussel, UZ Leuven, Dendermonde, Aalst. Turystyka szpitalna haha.

A ten w Mechelen ma jedną śmieszną rzecz - poczekalnie. Kurde, jakaś parodia to jest. Przyszliśmy, zarejestrowaliśmy się i pani skierowała nas do poczekalni. Dotąd jak w każdym innym szpitalu. Świstek z naklejkami, który otzrymaliśmy przy rejestracji trzeba było zeskanować pod czytnikiem w poczekalni, co jakaś miła pani (też pacjentka) nam uświadomiła, gdy tylko przyszliśmy. Czekaliśmy grubo ponad pół godziny, ale w końcu wyświetlił się nasz numer wraz z numerem trasy, którą mieliśmy pójść. Poszliśmy i się okazało, że tam jest kolejna poczekalnia. Tego jeszcze nie grali. Taka niespodzianka. Znowu ta sama pani, która tam już siedziała, powiedziała nam, że znowu musimy zeskanować nasz kod. I znowu czekaliśmy. Tym razem lekarka zawołała Młodego po imieniu. 

Potem jednak zrozumiałam po co ta druga poczekalnia i że to ma jakiś sens. Po rozmowie z lekarką poszliśmy do drugiego pokoju na badanie słuchu, a lekarka obsługiwała kolejnego pacjenta. Po skończeniu badania czekaliśmy w poczekalni aż lekarka wezwie nas podnownie w celu omówienia wyników. To ma sens, że nie trzeba daleko iść.

Po tych wszystkich wycieczkach do czterech stron świata dziś jestem zmęczona, ale też nie nasiedziałam się za bardzo. Zrobiłam pranie, upiekłam chleb na zakwasie i placek na oleju z owocami, ugotowałam zupę szczawiową z lanymi kluskami, bo wieki nie jadłam, a kiedyś zobaczyłam w polaku szczaw w słoiku i mi ślinka zaczęła cieknąć. Posprzątałąm trochę: odkurzanie, mopowanie, łazienka i kibel po całości. Tylko na dole - góry nie sprzątam. Znaczy naszą sypialnię to raz, może dwa razy na miesiąc sprzątnę, jak już czarnej szafki nocnej spod kurzu nie widać. Reszta to już nie mój teren, Każdy ogarnia sam albo nie ogarnia, ale co mnie to gówno obchodzi. A dziś jeszcze kurniki oba posprzątałam i u świnek pozamiatałam (Najstarsza wczoraj wymieniała im dywaniki i umyła wszystko). Poza tym odbyłam 3,5-kilometrowy spacer w towarzystwie starszej córki i tak minął jakoś cały dzień. Teraz zasypiam prawie na siedząco, ale jakoś postarm się wytrwać do 21. Jutro i pojutrze w planie nicnierobienie, bo w tym tygodniu trochę przesadziłam z aktywnością. Mam stopniowo zwiękrzać aktywność, bo co nagle to po diable... No ale tak wyszło.

Jeszcze byłam w pobliskim muzeum żeglarstwa, ale to kiedyś (jak się złoży) opublikuję w osobnym wpisie.

Nowy rower Młodego na razie dobrze się sprawuje. Młody radzi z nim sobie doskonale. Znalazł dla niego właściwe miejsce w pociągach - tuż przy drzwiach (wsiada i wysiada się na tej trasie zawsze z tej samej strony, więc z drugiej spokojnie może stać rower). 

Jeszcze tydzień i będą ferie wielkanocne. Nie do uwierzenia, jak ten czas zapitala!

W menu ostatnich 2 tygodni było m.in.

ruskie pierogi,

pizza domowa

kopytka z serem, jagodami i śmietaną oraz ziemniaki z mielonymi kotletami dla mięsożerców

makaron carbonaropodobny wegański i niewegański, 

frytki z fryciarni

zupa szczawiowa

(tyle pamiętam)

A teraz parę fotek z popfrzedniego tygodnia, bo z tego mi się nie chce dodawać. Muszę odpocząć.









łyski budują gniazdo

pliszka żółta





dwóch kosów




Mechelen - na pierwszym planie pozostałości młyna

park Kruidtuin w Mechelen


Kruidtuin Mechelen

magnolia


Kruidtuin


Kruidtuin

Kruidtuin

Mechelen

nowy rower w pociągu


gęsi kanadyjskie

rzeka Skalda w Baasrode

kaczka czernica









wrona z gałązką w dziobie

Mewy

perkoz



 


perkoz

kormoran


pole fiołkowe




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...