3 maja 2026

Pierwszomajowa kąpiel w morzu

Nie wiem, gdzie podział się ten tydzień, bo wydaje się, jakby dopiero się zaczynał, a tu już piątek i to pierwszy maja, co jest jeszcze bardziej szokujące. Że jak maj?! Skąd? Kiedy?

Spróbuję pozbierać jednak cały tydzień do kupy... albo do siku.

W poniedziałki dotąd Młody miał hybrydę, ale nie dawno rozchorował się jeden z nauczycieli, a na jego miejsce znaleziono zastępstwo. Wymagało to zmian w rozkładach zajęć, no i pech chciał, że nauki przyrodnicze teraz są w poniedziałki, a to jeden z ważniejszych przedmiotów, na który Młody musi chodzić normalnie na wykład stacjonarnie, a zatem hybrydę trzeba było przenieść na inny dzień. Szkopuł w tym, że na ten poniedziałek była wizyta u lekarza zaplanowana w sprawie omówienia prześwietlenia kręgosłupa i zdiagnozowania skoliozy. Gdyby miał hybrydę to tyle, że nie był by na porannym spotkaniu swojej grupy, a potem po prostu zaczął by naukę samodzielną godzine póżniej. Z domu do przychodni jest 5 kilometrów, to 10-15 minut jazdy rowerem. Dworzec, na którym Młody wsiasda do pociągu znajduje się jednak w innej gminie,  w drugą stronę. Koło przychodni też jest dworzec, ale innej linii i wtedy trzeba by się przesiąść w miasteczku, gdzie jest po 20 schodów z peronów i na perony i gdzie nie ma prowadnic przy schodach, a lepiej by Młody nie nosił tego swojego roweru po takich schodach. Waga roweru to bowiem połowa wagi Młodego albo nawet więcej niż połowa, czyli jakby trochę ciężko. Na pewno nie wskazane dla jego pleców. No i bilet dodatkowy trzeba kupować... No i w sumie pewnie wcale szybciej i tak się nie przyjedzie, bo ostatecznie i tak trzeba jechać tym samym pociagiem... Tak więc Młody najpierw wrócił do domu po tornister i dopiero pokręcił na dworzec i tak dotarł do szkoły dopiero na południe, choć w domu byliśmy po wizycie przed dziesiątą. Na nauki przyrodnicze i tak zatem nie zdążył. Życie.

Lekarka powiedziała, że skrzywienie nie jest na tyle duże, by nosić gorset, ale bez wątpienia będzie mu dokuczać przez całe życie. Skrzywiony jest trochę w bok i trochę do tyłu, a na górze z kolei jest prosty, tam gdzie powinna być lekka krzywizna... I tak oto, co Młody sam wydedukował, a lekarka tylko potwierdziła, wyjaśniają się różne, jak dotąd nam się wydawało, DZIWNE problemy Młodego. 

O bólu pleców podczas jazdy rowerem już wspominałam, ale Młody przypomniał jeszcze o tym, że nie może np układać puzzli na podłodze, czy nawet na stole, bo okropnie boli go szyja gdy patrzy się w dół. To samo było z próbą czytania książki w pozycji na brzuchu...

 Wspomniał też, że gdy był jeszcze w przedszkolu, na świetlicy czasem włączali im jakąś bajkę na dużym telewizorze zawieszonym na ścianie, on nie mógł oglądać, bo strasznie bolał go od tego kark i się dziwił, jak inne dzieciaki mogą oglądać. Teraz szybko se dodał dwa do dwóch i lekarak to wszystko potwierdza. Po raz kolejny przekonujemy się, ile problemów może wyjaśnić właściwa diagnoza i jakie to ważne by wiedzieć, co człowiekowi dolega albo w czym różni się od pozostałych, by nie porównywać się do innych i nie próbować za wszelką cenę do reszty się dostosowywać, nie robić sobie wyrzutów i nie zastanawiać się non stop, co do cholery jest ze mną nie tak, co robię źle... 

Lekarka powiedziała, że dobrze będzie pracować nad postawą, nad wzmocnieniem mięśni,. Jak dodałam, że wiele wskazuje na to, że Młody ma też lekką hipermobilność, dodała, że w takim razie jeszcze więcej będzie musiał pracować nad korekcją postawy, siłą mięśni itd. Kazała szukać DOBREGO fizjoterapeuty. My nie zamierzamy jednak zmieniać, bo na miejscu jest najłatwiej chodzić na ćwiczenia i zabiegi. Lekarka dała nam dokument dla naszej kine. Ta poczytała sobie i dowiedziawszy się od Młodego, że już go plecy za bardzo nie bolą, obiecała, że następnym razem spróbują ćwiczeń. Mówi jednak, że w okresie dorastania ćwiczenia mogą nie przynieść większej poprawy, bo dużo rzeczy się zmienia, ale może próbować. Lekarka mówiła, że to niekończąca się robota na całe życie, że to nie wystarczy raz pochodzić sobie do fizjoterapeuty, tylko non stop trzeba nad ciałem pracować. Powiedziała mu jednak, że to on sam najlepiej będzie wiedział co i jak, bo to jego ciało. "Jesteś mądry, na pewno zrozumiesz" - powiedziała. Teraz zna diagnozę, musi lepiej poznać swoje ciało, zasady jego działania, techniki i dalej przede wszystkim sam nad sobą pracować, bo tylko on bedzie wiedział i czuł, co jest dla niego dobre, a co nie. Sam musi znaleźć swoją drogę w tym bałaganie. Mamy wrażenie, że ona "też jest mądra", znaczy bardzo inteligentna. Powiecie, że każdy lekarz jest, bo byle sik medycznych studiów nie skończy, ale jednak wyraźnie daje się odczuć, jeśli ktoś nadaje na tych samych falach i jest na prawdę naturalnie mądry... Młody zwrócił uwagę na jej szybkość mówienia i łapania w lot nawet nie do konca wypowiedzianych myśli (większości ludzi trzeba wszystko jak krowie na rowie... tak,  także niektórym lekarzom) oraz specyficzne poczucie humoru i to w jaki sposób ona sobie z nim żartuje. Podejrzewam, że nie mówi tak do przeciętnego czternastolatka, bo mogła by być opacznie zrozumiana albo w ogóle... Ta jej ironia... Młody śmiał się, że wielu by pewnie nawet nie zrozumiała żartu, że ona "ma nadzieję nas szybko nie zobaczyć, a najlepiej wcale",ale ona ogólnie non stop jakieś heheszki sobie robi, czy to podczas badania, czy odpowiadając na pytania i w pięć minut załatwia wszystko, ale wychodzisz z gabinetu usatysfakcjonowany i dobrze poinformowany, bo nie marnujesz czasu na mozolne wyjaśniania czy też słuchanie wyjaśnień na poziomie przedszkola. Rewelacja taki lekarz rodzinny. Szkoda tylko, że nie zawsze można się do niej dostać albo że miesiącami trzeba czekać. Nasza poprzednia lekarka była podobnym typem.

Udało mi się w końcu zamówić "kilka zdjęć" z focusa fotograficznego Młodego. W planach było zamówienie około 10 - 20 dużych wydruków co ładniejszych portretów zwierząt zrobionych przez Młodego w ostatnich miesiącach i z 50 małych zwykłych odbitek pozostałych ładnych zdjęć do albumu z drugiej ręki. 

Młody zebrał dobre zdjęcia w osobnym folderze na swoim kompie. Któregoś dnia rano siadłam i zaczęłam wybierać duże zdjęcia na duże wydruki, gdy zobaczyłam że w folderze mam już 70 a cena dobija już 200€, a ja jeszcze nie skończyłam wybierać uznałam, że trzeba zmienić taktykę i to drastycznie haha. 

Zaczęłąm od nowa. Wybrałam 20 najciekawszych i zmiejszyłam format o jeden stopień (tak by za zdjęcie niewiele ponad euto wychodziło). W końcu to tylko prezentacja w szkole a nie wystawa w domu kultury czy coś. Mały format, który wstępnie miał być 13x18  też zmiejszyłam o stopień i ograniczyłam się do 100 zdjęć haha. Łącznie zapłaciłam i tak około 7 dych, a potem se i tak uświadomiłam, że nie widziałam tam zdjęć łabędzi, które robił Młody koło pobliskiego zamku oraz paru innych, które pamiętałam, że miały być obowiązkowo wydrukowane, a to oznacza, że jakiejś grupy zdjęć nie było w tym folderze... W każdym razie muszę rzec, że Młody narobił kupę fajnych zdjęć najróżniejszym zwierzakom. Oglądając te wszystkie zdjęcia obydwoje zauważyliśmy jaka ogromna różnica jest pomiędzy tymi zdjęciami z początku  jego przygody z aparatem, a ostatnimi fotkami. Na początku fotografowane obiekty trafiały w przypadkowe miejsca kadru, czasem brakowało im nóg lub połowy głowy. Zdjęcia były rozmazane, krzywe. Obiekty znajdowały się daleko... To jest niesamowicie pozytywne uczucie tak sobie porównać swoje prace na przestrzeni czasu. Widać jak wiele się człowiek nauczył, jak poprawił swoje postrzeganie świata, jak udoskonalił technikę. To bardzo budujące. Dodać tutaj trzeba, że Młody ciągle nie wyszedł poza ustawienia automatyczne. Na początku próbowałam go trochę ścigać "we właściwym"  kierunku, ale poszłam po rozum do głowy i pozwoliłam mu odkrywać fotografię przyrodniczą po swojemu

Fotografia to JEGO FOKUS, jego hobby. Przecież w tym wypadku wcale nie chodzi o to, by zostać profesjonalnym fotografem, tylko by dobrze się bawić i czerpać przyjemność z tego, co się robi. Fokus polega na fokusowaniu się na czymś przez cały rok szkolny i nauczeniu się czegoś nowego, poświęcenie się jakiemuś jednemu tematowi. 

Młody SFOKUSOWAŁ się na samych zwierzętach. Zaczął je tropić po lesie i polach. Poznał okolicę i zwyczaje tutejszych zwierząt. Dziś wie, gdzie i októrej godzinie spotka sarny, gdzie gęsi, gdzie czaple, a gdzie upolować można obiektywem bażanta lub królika. Nauczył się cierpliwie czekać w jednym miejscu, poruszać powoli z rozmysłem bez robienia wielkiego halasu. Przede wszystkim nauczył się patrzeć, by widzieć. Z daleka dostrzega małe ptaszki czy wiewiórki w koronach drzew, czy krzakach koło drogi, zauważa malutkie owady przy minimalnym ich ruchu a nawet nieruchome kamuflujące się z otoczeniem, bo wie, jak należy patrzeć. Jego mózg nauczył się  patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. I o to właśnie na pewno chodzi w FOCUSIE, by zobaczyć, jakie efekty przynosi systematyczna praca, że wszystkiego można się nauczyć, jeśli poświęci się temu wystarczająco czasu i motywacji. I odkryć można, jaka frajda z tego wszystkiego płynie i satysfakcja. 

Może kiedyś zrobię jakiś wpis ze zdjęciami wykonanymi przez Młodego, ale póki co nie dodaję tutaj jego zdjęć, no bo to JEGO zdjęcia :-)

Tu przerwałam pisanie, bo przyszła Młoda i zapytała, czy jedziemy do tej Ostendy, jak było planowane. Odparłam, że ja jadę, jeśli ona jedzie również. Popytaliśmy reszty i nikt więcej się nie zgłosił. Ich strata.

Zabrałyśmy manatki i pokręciłyśmy rowerami na dworzec. Według rozkładu podróż miała zająć ponad 2 godziny, bo przewidywano 50 minut oczekiwania na przesiadkę w Gandawie, ale jak wysiadłyśmy tam, zapowiedziano, że na jakiś peron właśnie podjechał opóźniony o pół godziny pociąg do Ostendy, no to dawaj, pobiegłyśmy tam i udało się wsiąść. Zatem dotarłyśmy nad morze wcześniej. Ludziów tam jak mrówków.

Najpierw poszłyśmy na lody do lodziarni z oferującej oryginalne smaki. Ja wzięłam sernikowy, a Młoda lawendę i mangocośtam. Wyśmienite!

Potem poszłyśmy na plażę, gdzie znalazłszy kawałek miejsca, rozłożyłyśmy nasz koc piknikowy i wyskoczyłyśmy z okryć wierzchnich. Jadąc na plażę zawsze zakładamy stroje kąpielowe pod spód. Zawsze też bierzemy kiecki, by potem łatwo się móc przebrać w suche majty ;-) Przebiernie podubraniowe mamy już opracowane do perfekcji. Czasem korzystamy też z ręczników do przebierania. 

Zostawiwszy bambetle na kocu, poszłyśmy obadać wodę. Była zimna jak lód i brudna. Do tego pływało w niej mnóstwo meduz. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zamoczeniem dupska. Pływania między meduzami jednak nie zaryzykowałam. 

Fale co jakiś czas wywalały te galaretki na brzeg, a wtedy zbierałyśmy je i wrzucałyśmy je z powrotem do wody. Szkoda nam bowiem tych stworzeń. Może to i mózgu nie ma, ale niech se tam żyje swoim galaretkowatym życiem. Pierwszy raz dotykałam meduzy. Niektóre były wielkie i ciężkie. Uczucie jakbyś trzymał mokry woreczek śniadaniowy albo balon wypełniony wodą. Oczywiście ich dotykać można tylko od góry, bo pod spodem mają parzydełka i raczej nie miałyśmy ochoty sprawdzać jak bardzo boli poparzenie ani tym bardziej, czy mamy na to alergię. Normalnie nie są one niebezpieczne dla ludzi, w sensie że nas poparzenie nie zabije.

Pierwszy raz w moim życiu opalałam się na plaży i kąpałam się w morzu pierwszego maja. Termometry pokazywały nawet ponad 25 stopni i tak ciepło było przez kilka dni, więc się nagrzało. Pogoda wręcz idealna na plażowanie, bo ani nie za zimno, ani też nie za gorąco. Piach w stopy nie ani w zad nie parzył. Mecyje!



















dworzec

kolejka przy lodziarni


Dalej kilka obrazków ze wsi... Czasem nie wiem, czy już dawałam wcześniej dane zjęcie, czy nie... Może już były te obrazki w innym poście. Niby wybieram tylko ostatnie, ale nie zawsze pamiętam daty publikacji poprzednich postów. Prawie nigdy nie pamiętam.

jastrząb

krowy pod lasem


kaczka górska

jaskółki u sąsiada



kuropatwa



Któregoś dnia siedząc na kanapie zobaczyłam na ścianie obok fascynujący cień... Domyśliłąm się, że promienie słońca odbijają się pewnie od lustreka skuera zaparkowanego przed oknem i potem przelatując przez dracenę lądują w końcu na ścianie tworząc jajowatą ciekawą ramkę. Wstałam zatem i wetknęłam swój łeb w drogę promieniom a potem zrobiłam zajączka... Bo po to się ma fantazję ;-)



W tym tygodniu tylko raz byłam w azylu. Tym razem poszłam po południu, ale więcej raczej nie wybiorę popołudniowej zmiany. Nie ma za bardzo co robić wtedy. Karmiliśmy ptaki dwa razy i zamiataliśmy a potem myliśmy wodą podłogę, ale dużo było nicnierobienia i nudy, a do tego towarzystwo samych młodych ludzi, głównie stażystów, więc nie czułam się tam komfortowo z nimi. Poranne zmiany były na razie o wiele lepsze.
Zrobiłam zdjęcie wiewióreczki, bo akurat wyszła z rury, gdzie większość czasu siedzą sobie schowane.

wiewióreczka z azylu

Polecę wam jeszcze świetną książkę, którą kiedyś znalazłam w Kringwinkel nie dawno przeczytałam. ja czytałam po niderlandzku, ale ona ma polską wersję. Jeannette Walls: Szklany zamek. Autorka opowiada o swoim dzieciństwie, o tym jak sama od maleńkości musiała sobie radzić, bo ojciec jak nie prawcował to pił a matka uważająca się za artystkę zajęta była malowaniem. O tym jak żyli w ogromnym ubóstwie, nie myli się tygodniami i tygodniami nie jedli, choć matka pochodziła z zamożnej rodziny i posiadała bogactwa, za które mogli by dostatnio żyć, ale rodzice dobrowolnie wybrali życie włóczęgów.
Książka pokazuje alternatywne podejście do życia, do wychowania dzieci i zmusza do myślenia. Czytając tę książkę człowiek zgadza się bowiem z bardzo wieloma poglądami tych, wydawać by sie mogło na pierwszy rzut oka, patologicznych rodziców. Nie są to bowiem typowi głupi prości pijacy czy coś. Wprost przeciwnie. Autorka pokazuje ich jako bardzo intelignetnych ludzi z ogromną wiedzą na temat świata i ludzi. I to jest właśnie niesamowite w tej historii. Do końca nie wiesz, co o tym wszystkim myśleć i jak ich ocenić. Nie da się ich zaszufladkować i to jest  właśnie niesamowite. Dalej zastanawia się człowiek nad sobą samy w kontekście tego, co przeczytał... Polecam ludziom lubiącym myśleć/



Któregoś dnia upiekłam kapuśniaczki, ktore chodziły za mna od kilku tygodni, czy nawet miesięcy. Smakowały wyśmienicie. Idealnie sprawdziły się jako posiłek do zabrania na plażę. W pociągu też dobrze smakowały.


Korzystając z letniej pogody, czytam czasem w ogródku. Kiedyś postanowiłam zjeść sobie przy tym loda.  Moja najlepsza koleżanka Balbinka też uznała, że to świetny pomysł i wskoczywszy na leżak, probowała obdziobać mi mój deser. Czym prędzej zatem objadłam czekoladę i urwałam dla niej kawałek lodzika. Posmakowało jej i to bardzo. Za bardzo. Heniek też chciał, ale on jest trochę nieśmiały, więc tylko podszedł do leżaka i zaczął wydawać dziwne dźwięki. Gdy podałam mu na ręce kawałek loda, Balbina udziobała sobie w tym czasie kawał prosto z patyka pozostawiając brudny opiaszczony ślad dzioba w moim lodzie.
Podzieliłam zatem resztę pomiędzy pozostałe kury, które stały z wyciągniętymi szyjami po drugiej stronie siatki. I tak zakończyło się raczenie lodami na podwórku. Wszyscy się dobrze bawiliśmy.
Lubię moje kury. I koguty.