15 sierpnia 2018

Nasze rowerowanie po Flandrii. Co to są knooppunt-y?

Kiedyś doszły do mnie plotki na mój temat jaka to ja jestem głupia dzida, że nie zrobię se jak każdy normalny człowiek  prawa jazdy, bo kto to wogle widział rowerem do pracy dojeżdżać w dzisiejszych czasach...? Przeco tylko bidoki i głupole jeżdżą rowerami, bo ich nie stać na samochody albo nie potrafią zdać egzaminu na prawo jazdy. 

Wiadomo, że każda NORMALNA polska baba i NORMALNY polski chłop wszędzie popierdziela autem. Jakby się dało, to i do sracza by jeden z drugą jeździli samochodami. Tylko dlaczego potem stoją przed tym lustrem w łazience, dlaczego płaczą nad tą nieszczęsną wagą, dlaczego odpowiadają na fb na każde ogłoszenie "chcesz schudnąć 5 kilo bez diet i wyrzeczeń? napisz!", dlaczego zazdroszczą, że taka głupia Magda może być szczupła i mieć zgrabne giry choć ma 41 wiosen na karku, a on czy ona tacy porządni ludzie muszą mieć taki gruby wanc i te mięśnie takie lelawe...? Dlaczego oni non stop muszą się oschudzać, uważać na każdy kęś a dupa i tak rośnie...? Dlaczego taka niesprawiedliwość na tym świecie? 

Pewnie że prawo jazdy i samochód się przydaje i są potrzebne, a wręcz niezbędne gdy się mieszka na wsi. Pracujący ludzie zakupy robią raz w tygodniu i to jest dużo towaru, który najłatwiej przewieźć autem. Gdy lubi się podróżować, auto jest jednym z bardziej  komfortowych środków transportu. Gdy się musi daleko dojeżdżać do pracy ze wsi, auto też jest niezbędne, by na autobusy godzinami nie czekać. Dlatego mamy auto, ale jedno nam spokojnie wystarcza. Jest nowe, ładne, siedmiosobowe, ma duży bagażnik i nie żre paliwa jak smok. Auto jest fajne i praktyczne, ale rower i tak jest fajniejszy.

ROWER TO NIE POJAZD, ROWER TO STYL ŻYCIA,  rower jest wielce okej. 


Ja rozumiem, że nie każdy lubi rowery, znam kilka osób, które nie potrafią nawet na nich jeździć, choć mają tyle lat co ja albo i więcej. Rozumiem że ktoś się boi słońca, wiatru, deszczu, czy otwartych przestrzeni. Rozumiem, że temu czy tamtemu przeszkadza zapach gnojówki na wsi czy spalin w mieście, że kogoś irytują te pitolące wkoło ptaki, pszczoły, że ktoś jest za chudy w uszach by codziennie zmuszać się bez potrzeby do aktywności fizycznej. To ich życie, ich zdrowie, ich sprawa. Szkoda tylko, że są typy, które nie potrafią przyjąć do wiadomości, że na tym świecie istnieją ludzie, dla których rowerowanie nie jest obowiązkiem, przymusem, katorgą, czy inną tam katastrofą życiową tylko najzwyklejszą przyjemnością i frajdą. Ja właśnie do tej kategorii należę, co więcej wiem, że takich czubów jest na tym świecie całkiem sporo, szczególnie tu w Belgii czy w Holandrii...

Tutaj w Belgii na szczęście rowerowanie jest czymś tak normalnym jak niebieskość nieba i zieloność trawy. Znam tu osobiście wielu ludzi, którzy mają w garażu po kilka samochodów i to nie byle jakich, ale mimo to do pracy dojeżdżają rowerami po kilkanaście nawet kilometrów. Nikt się temu nie dziwuje. Jakiś czas temu czytałam w gazecie o Belgu, który dojeżdża rowerem codziennie ponad 100km. STO KILOSÓW w te i sto kilosów z powrotem. Mówi, że może i później jest w domu, niż inni, ale jemu to nie przeszkadza, bo jazda rowerem daje mu wiele radości i satysfakcji. Skubaniec.

Od znajomych fanów rowerowania wiem, że i w naszej ojczyźnie już coraz bardzej rower powszednieje, że sporo ludzi zasuwa rowerami do pracy z własnej i nie przymuszonej woli, a nie że samochodu nie mają albo nie stać ich na bilet i coraz mniej osób sie temu dziwuje. Cieszy mnie to, bo rower to super sprawa.

Ja mam od roku rower elektryczny. Przejechałam nim już blisko 4 tysiące  kilometrów, zatem mogę już coś na ten temat rzec. I rzeknę, że to całkiem zacny wynalazek, ale zdecydowanie nie dla każdego. Rower elektryczny to nie zastępstwo dla zwykłego roweru - jak sie niektórym wydaje, tylko jego uzupełnienie. 

Rower elektryczny to idealny środek transportu na dojazdy do pracy, szczególnie gdy - tak jak ja - pracuje się ciężko fizycznie albo ma się dalej niż 10 kilometrów i więcej niż 25 wiosen na karku, ale mimo wszystko lubi się kręcenie pedałami. Rower jest tańszy niż auto, częstokroć szybciej też nim się dotrze do roboty niż autem, bo nie trzeba stać w korkach, omija się wiele świateł i skrzyżowań.

E-bike to też idealne rozwiązanie dla emerytów, którzy już szczytową formę fizyczną mają dawno za sobą, ale lubią sobie porowerować przy niedzieli (czy innym dniu) z innymi emerytami. 

Elektryk to raczej nieprzydatny sprzęt dla sportowców w formie. Jak człowiek ma sprawne nogi, to nie kupuje wózka inwalidzkiego, ale nie znaczy że trzeba od razu ten wynalazek wyśmiewać, bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie z niego skorzystać c'nie? Gdy poczyta się opinie polskich internautów, to na prawdę czasem nie wiadomo, czy się śmiać czy raczej zapłakać. Zresztą i osobiście od znajomych usłyszałam "to TY taka rowerzystka i jeździsz rowerem E-LE-KTRY-CZNYM?" Wiadomo, straszny wstyd obciach i żenada, że dorosły czterdziestoletni człowiek, który zapierdala po 8 godzin ciężko fizycznie jedzie rowerem elektrycznym gdziekolwiek. Dobrze, że nie wstyd jak ktoś do domu kupuje rower, który nawet nie jeździ albo na siłownię jeździ 500 metrów samochodem. Ha! To nie jest śmieszne, to jest fancy i cool - karnetem na siłownię i rowerkiem do ćwiczeń w salonie się szpanuje. Choć to i tak lepiej niż śmiać się z kogoś, że jeździ rowerem  elektrycznym do roboty po 20 km, samemu wszędzie dojeżdżając autem i nie pracując w ogóle muachachacha.

Nie no, słuchajta, kiedyś łaziłam po górkach z plecakiem, trenowałam sztuki walki, biegałam, jeździłam i do dziś jeżdżę rowerem, stąd wiem, że w tej sportowo aktywnej społeczności nikt nigdy się z nikogo nie wyśmiewa, bo każdy wie, że człowiek ma różne prezdyspozycje, że raz człowiek czuje się lepiej, raz  gorzej, że każdy ma inny cel, ale każdy zajmuje się sportem dlatego, że chce i tak jak chce. Najwięcej do powiedzenia i do wyśmiania mają ci, dla których jedyna aktywność fizyczna to klikanie pilotem od telewizora, otwieranie i zamykanie lodówki, którzy rowery, rolki, narty itp. kupują, żeby raz zabrać je w teren i się pochwalić zjęciami na fejsbuku albo w ogóle tylko na fejsbuku rower czy narty widzieli. No ale szczegół.

Elektryk nie nadaje się na długie trasy, bo bateria starcza na około 60-80 km, no chyba że jeździ się bez włączonego biegu. Nie wiem, czy to rowerowi nie szkodzi w jakiś sposób, ale ja tak często jeżdżę na luzie, gdy rowerujemy w weekend. Mamy co prawda inne rowery, ale to rowery tanie na potrzeby dojazdów do szkoły i pociągu (takie których nie będzie żal, gdyby zostały skradzione) żaden nie jest tak wygodny i żaden tak lekko nie chodzi jak ten elektryczny. Tylko mój elektryk i kettler małżonka nadają się na porządne łikendowe rowerowanie.

Ale powiem wam tu coś jeszcze. Gdy jadę po równym terenie, podczas bezwietrznej pogodzie i w swoim tempie to na prawdę nie widzę żadnej różnicy w rowerowaniu rowerem elektrycznym i rowerowniu zwykłym dobrym rowerem (kto roweruje, ten pewnie wie, jaka jest różnica pomiedzy jazdą jakimś wigry3 a porządnym nowoczesnym rowerem). Obydwa kosztują mnie tyle samo wysiłku. Różnicę zaczyna się odczuwać dopiero przy górkach (choćby najdrobiejszych), wietrze (choćby lekkim) i gdy się człowiek śpieszy. Gdy jadę pod górę, pod wiatr i bardzo się śpieszę na zwykłym rowerze muszę się nieźle napocić, by jechać tak jak chcę Natomiast na elektryku ciąglę jadę jak po równym i bez wiatru tylko normalnie kręcąc pedałami. Ale właśnie - ktoś kto nie widział na oczy roweru elektrycznego może myśleć (z tego co widzę i słyszę to właśnie myśli), że rower elektryczny to sam jedzie. A figa, to ciągle jest rower (choć może są modele co same jadą, ale to już chyba raczej motorowery) - jak nie kręcisz, to nie jedziesz. Czyli jak wsiadacie na zwykły rower i macie po równym, albo niedajboże z górki to nie możecie mówić że jechaliście rowerem, bo to tak samo jakbyście jechali elektrykiem - NIE LICZY SIĘ ;-)


Ścieżki rowerowe i knooppunt-y.

My rowerujemy całkiem dużo, ale tyle by dać rady potem przez cały tydzień pracować normalnie po te 8 godzin. Rowerownie we Flandrii jest czymś fantastycznym, bo wszędzie są ścieżki rowerowe. Co więcej cała ta sieć ścieżek rowerowych jest zorganizowana wyśmienicie i z rozmysłem. We Flandrii ścieżka rowerowa to nie tylko kawałek specjalnie przygotowanej, wyasfaltowanej, czy wyłożonej kostką drogi dla rowerzystów pozwalajacej bezpiecznie przejechać od punktu A do punktu B. Niektóre ścieżki rowerowe to zwykłe wąziutkie ścieżki żwirowe, albo i błotniste ścieżunie pomiędzy polami kukurydzy, czy gdzieś tam przez lasy, krzaki,  bagna i pustkowia. 
kawałek atlasu rowerowego

Cała rowerowa sieć ścieżek jest doskonale oznaczona tabliczkami z nazwami specjalnych tras i ich długością. Każde skrzyżowanie dwóch rekreacyjnych  ścieżek rowerowych ma swój numer, tzw KNOOPPUNT. Na każdym skrzyżowaniu są drogowskazy z numerami kolejnych skrzyżowań. Wszystko to oczywiście naniesione jest na specjalne rowerowe mapy, które można dostać w każdej księgarni. Na mapie podane są odległości pomiędzy poszczególnymi punktami, by można sobie szybko obliczyć, ile się da radę przejechać albo ile się przejechało.

Są też specjalne aplikacje na telefon, na których można sobie jeszcze w domu wytyczyć trasę zaznaczając poszczegóne KNOOPPUNTy, którymi chce sie pojechać. Apka od razu obliczy nam kilometry. Gdy wykupi się abonament, można korzystać z głosowej nawigacji. Jednakowoż ona wcale nie jest potrzebna do szczęścia - sama apka lub zwykła rowerowa mapa wystarcza, bo oznaczenia tras są doskonałe. Przejechaliśmy już dziesiątki kilometrów korzystając z tych wytyczonych tras i jesteśmy bardziej niż zadowoleni.

Co jeszcze trzeba tutaj dodać to fakt, że te wszystkie trasy nie są wytyczone bylejak, byle było. Te ścieżki wiodą przez takie tereny, na które sami byśmy pewnie w życiu nie trafili, no chyba że przypadkiem. Pamiętać tylko trzeba, że te rekreacyjne ścieżki - jak już wspomniałam - nie rzadko są dosyć hardcorowe. Czasem jedzie się pięknym gładziutkim asfalcikiem, czasem po krzywo ułożonej i wybulonej przez liczne korzenie kostce, czasem po bruku (chyba najgorsze co może rowerzystę spotkać to zwykły bruk - dyrdyrdyrdyr), czasem pomykamy po lesie, krzakach, kamurach, polnych dróżkach, gdzie jakieś buraki, kasztany czy gałęzie się pałętają i trzeba uważać by się nie wykopyrtnąć z rowerem. Widoki jednak często są bezcenne, o ile ktoś oczywiście coś takiego jak ładne widoki, krajobrazy potrafi docenić.

Jeśli już opowiadam o rowerowaniu w Belgii to musze też powiedzieć o pewnych ciekawych rozwiązaniach. Mianowicie połączenie roweru i pociągu. W Belgii do każdego chyba pociągu można zabrać rower. Bilet na cały dzień kosztuje bodajże 8€ (szczegóły można sprawdzić na stronie BELGIANRAIL). Tym chytrym sposobem można wybrać się na rowerowanie do innej części Belgii, gdzie z domu rowerem nie dojedziemy. 

Inną opcją jest wypożyczenie roweru na stacji. Tak, w Belgii bardzo popularne są rowery do wypożyczenia. We Flandrii mamy m.in. Blue-Bike, które ma mnóstwo punktów, a które zwykle znajdują się koło dworców kolejowych. By korzystać z Blue-Bike trzeba wyrobić sobie kartę (on-line lub w pukcie), która kosztuje 12€ na rok. Potem płaci się 1-3€ (różnie w różnych miastach) za wypożyczenie roweru na cały dzień. Opłaty z tego co mi wiadomo odbywają sie na zasadzie domiccilernigu, czyli polecenia zapłatyOsobiście jeszcze nie korzystałam z Blue Bike'a, bo to trzeba by mieć więcej czasu na podróżowanie. Być może przed następnymi wakacjami zamówię kartę i przetestuję ten bajer. Opinie i ceny jawią mi się raczej zachęcające. Jedyne z czym jest problem - jak wynika z opinii na fb - to liczba rowerów w niektórych popularnych miejscach. Ludzie pisali, że w Mechelen np o 8ej rano już marne szanse na wypożyczenie roweru. Tak że tak... Trochę ryzyko - planujesz wycieczkę rowerową na cały dzień, wsiadasz w pociąg, tniesz na drugi koniec kraju a tam zonk nie ma ani jednego roweru i z twojej wycieczki nici. Jednak ja kiedyś spróbuje na pewno - no risk no fun.

Póki co my ciągle zwiedzamy naszą najbliższą okolicę, czyli rowerujemy w promieniu 30km od domu, bo dziennie nie damy rady więcej niż 50km przejechać z Młodym na foteliku. Znaczy dać to może i damy, ale trzeba mieć na uwadze, że w pracy jest ostry zachrzan cały tydzień i nie można w poniedziałek pójść popsutym do roboty. Mnie dodatkowo coś kolano pobolewa od czasu do czasu i wole nie ryzykować, bo znowu jakiś nawiedzony doktor przyjdzie i się będzie pultał, że za dużo choruję... Człowiek już nie ma 20 lat. Jednak gdzieś mi tam chodzi po głowie, by kiedyś któregos pięknego dnia zrobić tę setkę dziennie razem z moim małżonkiem, bo rowerownie to na prawdę świetny sposób na randkę z mężem (z mężem i synem też).

Tu pokażę wam kilka fotek złapanych na iphona podczas tegowakacyjnych przejażdżek po naszej okolicy (prowincje Brabancja Flamandzka i Flandria Wschodnia).



rowerem do pracy


rowerem do pracy - elektryk

rowerem do pracy - ścieżki rowerowe

wypaśna ścieżka rowerowa wzdłuż torów

nad kanałem w Kappele op Den Bos

Leireken - ścieżka na dawnej lini kolejowej Londerzeel-Aalst

Do knooppunt 58 prosto. Rzeka Skalda.


Zakaz nie dotyczy rowerów

rzeka Skalda

M-jak-Mąż z Młodym na prowadzeniu do punktu 91 :-)

Okolice Dendermonde - Skalda

Trasa Dendermonde-Buggenhout

ścieżka nad kanałem w okolicach Humbeek



Merchtem

No to którędy teraz?


Opwijk



Plac zabaw w Opwijk przy trasie rowerowej

Puurs

rowery ze skrzynką na dzieci też są fajne na rodzinne wycieczki



Młody czasem sam też pedałuje


rower jest wielce OK



spowalniaczka dla rowerzystów przy torach

w drodze do Boom

Boom

ścieżka rowerowa w okolicach Boom

czasem trzeba wstąpić do knajpy się nawodnić

Młode też czasem jeżdżą, ale tak do 10km



Inny post o rowerowaniu TUTAJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz