29 września 2018

Dlaczego trudno wynająć w Belgii mieszkanie?

Uwaga! Wpis zawiera brzydkie wyrazy, zatem przed czytaniem zapytaj mamy lub teściowej o zgodę albo od razu wróć na pudelka. 

Od czasu do czasu dochodzą mnie słuchy, iż ludzie mają problemy z wynajęciem mieszkania w Belgii i nie mogą pojąć dlaczego. Mówią, że to rasizm, mówią że Belgowie nienawidzą nas Polaków i snują mnóstwo innych mniej lub bardziej niedorzecznych domysłów. 

Faktycznie, wynajęcie mieszkania czy domu w tym kraju to nie lada problem, szczególnie gdy się nie ma znajomości, szczególnie gdy się ma dzieci ialbo co gorsza psa. Powiem więcej, częstokroć nawet znajomości nie pomogą. Trzeba się nachodzić od drzwi do drzwi, odzwonić, oprosić. Bywa że chaty szuka się pół roku. Choć bywa też, że się czasem komuś pofarci i od razu coś znajdzie... No ale też często się wówwczas okazuje, że ta chata to nie bardzo nadaje się tak na prawdę na mieszkanie dla ludzi... ani nawet dla psa.

A ja już mieszkam tu szósty rok i już się tak troszkę domyślam o co kaman,  dlaczego jest jak jest. Myślę, że zwyczajnie ludzie sobie na to zapracowali, czyli jak zwykle. 

Opowiem kilka historyjek z życia, a wy wnioski se sami wyciągnijcie....

Historyjka numer 1. Nasze przeboje z wynajmem.


Zacznijmy od naszej historii z wynajęciem mieszkania we Flandrii, bo Bruksela była po znajomości - no wiecie - ojca szwagra konia brat... Ale po 5 miesiącach postanowiliśmy się przeprowadzić do bardziej cywilizowanego miejsca, czyli do Flandrii i sami się o siebie zatroszczyć, sami sobie dom znaleźć. Mąż zaczął od pytania w pracy, czy tam który z chłopaków nie widział, nie słyszał o jakim mieszkanku dla dużej rodziny. Okazało się że jeden taki to ma kolegę, który prowadzi biuro nieruchmości. Fart! Ten klega raz dwa znalazł nam mieszkanie. Ładne, nie za duże, nie za małe, świeżo po remoncie, cena przystępna. Cacy. Już mieliśmy jechać podpisywać umowę najmu, gdy padło słowo POLAK...
- Co?!!!! POLACY!!!!! O nie, nie ma mowy! Żadnym Polakom nie wynajmę! - wściekł się właściciel.
-Ale, Panie, to porządna rodzina z dziećmi, facet pracuje w naszej firmie, uczciwy jest - Próbuje tłumaczyć zamożny, znany w okolicy Flamand. - Panie, tak nie można traktować ludzi.
- NIE, nie, nie. Wynająłem to mieszkanie poprzednim razem Polakom, proszę pana. Trzech młodych panów, proszę pana. Po kilku miesiącach to mieszkanie nadawało się do całkowitego remontu. Dlatego mówię, nigdy więcej nie wynajme Polakom.
- Ale, panie, nie wszyscy...
- Do widzenia!

No cóż, byliśmy wkurzeni. Człowiek się czuje, jakby w pysk dostał, ale z drugiej strony, jak już ochłonie, to rozumie takie podejście. Kto sie na gorącym sparzy, to na zimne dmucha. 

Historyjka numer 2. Wyczytana w gazecie.


W zeszłym roku bodajże (a może to już 2 lata temu było - nie ważne) w jednej z gazet był artykuł ze zdjęciami z sąsiedniego miasteczka i historyjka nie do pozazdroszczenia. Pewnne starsze małżeńswto postanowiło się przeprowadzić i wynająć swoje stare mieszkanie. Wynajął jakiś młody człowiek. Gdy lokator postanowił opuścić lokum, dziadzio z babcią mało na zawał nie zeszli zobaczywszy swoje tak piękne wcześniej mieszkanie. W jednym pokoju (były fotografie!) było wysypisko śmieci, góra gnijących odpadów, puste puszki, słoiki, no syf kiła i mogiła. W innym pozostałości po hodowli marihuany i ślady po małym (na szczęście) pożarze. O toalecie nawet wspominac nie będę, bo może jecie akurat. Jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy. Mieszkanie do pełnego remontu z wymianą podłóg włącznie. 

Historyjka numer 3. Nasi poprzednicy.

Właściciele naszego mieszkania zdradzili nam, że oni też się bali wynająć obcym, z którym nie idzie się dogadać (oni mówią tylko i wyłącznie po flamandzku - emeryci, a myśmy wtedy ani be ani me) i jakby nie ten Belg, którego znali osobiście i który za nas poręczył na pewno by nam nie wynajęli. Tak że tak.

No ale opowiedzeli nam też o naszych poprzednikach, czyli ludkach którzy to samo mieszkanie przed nami wynajmowali. Powiem szczerze, że w głowie się czasem nie mieści, że człowiek może coś takiego drugiemu i sobie...
Ale tu uwaga, nasi poprzednicy to, proszę państwa, tubylcy, Belgowie, ba, znajomi z sąsiedztwa. 

Nie będę tu opowiadać wszystkiego, co usłyszałam. Powiem tylko, co zobaczyli właściciele, gdy lokatorzy odeszli.
W domu wszystko obsiurane przez psa (do którego lokatorzy się nie przyznali przed wprowadzeniem). Okna i drzwi zdarte pazurami i poobgryzane. Ogólnie syf wszędzie.

Inni lokatorzy z kolei zostawili niespodziankę w szopie. Rzekłabym, że to była kinderniespodzianka. Się okazało, że pańswto kolekcjonowali tam wszystkie pampersy, jakie zużyło ich dziecko... Smród jebitny, robale... a posprzątać to ktoś musiał i niestety nie był to lokator... Synowi właściciela mało żołądka na wierzch nie wydarło przy tej jakże przyjemnej czynności... 

Historyjka numer 4. Nasza sąsiadeczka z Portugalii.


Nie pamietam, czy wam opowiadałam już, że mamy sąsiadkę z Portugalii. Mieszka oficjalnie sama, tylko czasem przyjeżdża do niej nastoletni syn, od czasu do czasu nocuje jakiś gach. Nieoficjalnie ta wytatuowana laska pracująca nocami (ponoć w ochronie) ma 2 wielkie psy i 3 koty. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, bo tu mnóstwo ludzi ma po kilka psów i kotów, gdyby nie fakt, że te 2 psy nigdy nie są wyprowadzane (jak mieszka tu 2 lata, tak nie widziałam), a laska ma ogródek malutki (tak samo jak my). One, te psiory załatwiają swoje potrzeby w tym ogródku. Jeden z nich jest niebezpieczny dla ludzi (sama to powiedziała na poczatku jak się wprowadzała) bo to pies ochroniarski. Dlatego ten pies ma w tym ogródku klatkę z grubych prętów, w której często siedzi... Nie, wróć, nie siedzi - chodzi cały czas i tupie po tym linoleum czy co on tam ma wyścielone. Po kilku godzinach słuchania tego bezustannego tuptania już zaczna się mimowolnemu słuchaczowi ciśnienie podnosić... drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep drep-drep-drep....

Ale to ciągle nic. Jak laska wychodzi (na zakupy, do roboty) zamyka jednego psa w domu, a drugi zaczyna wtedy szczekać. Szczeka cały czas z drobnymi przerwami tyle czasu, ile pani jest nieobecna, czyli czasem godzinę a czasem pół dnia lub nocy. bo pani pracuje przecie nocami ponoć w ochronie.

Nasza Młoda ma pokój od ogródka i już ma dawno dość tego cholernego psa - ani się uczyć, ani spać! Jak osobiście lubię psy, tak serio mam czasem palnąć mu kulke w łeb, no ale to nie psisko przecie winne tylko ta pinda. Pies chce się za wszelką cenę dostać do domu, dlatego laska zastawia okna meblami ogrodowymi zanim pójdzie, bo jedną szybę już załatwił.

Ale to nadal nie wszystko. Te koty, o których wspomniałam, one siedzą w szopie. U nas w szopie jest dziura w ścianie i da się tam zajrzeć. Są trzy puchate (wygladające na rasowe) kocury. Siedzą tam po ciemku, bo szopy nie mają okien. Śmierdzą jak  wylęgarnia troli i miauczą czasami jak najęte. Po kij komuś koty, skoro trzyma je w szopie? Nie rozumiem, nie kumam, nie pojmuję.

Najfajniejsze jednak jest to, że my mamy milusi ogródek, werandę a w nich krzesełka, stoliczek, hamaczek i nie za często z nich korzystamy latem, bo tak tam wali psim gównem i kocimi szczynami że ani kawy nie wypije, ani na hamaku nie poleży, bo zwyczajnie mdli. Nie daleko od nas stoją ogromne kurniki i czasem, jak sprzedają kury, czy sprzątają, to cuchnie, ale to na prawdę nic w porównaniu z tymi aromatami od sąsiadki, no i to normalne, że na wsi śmierdzi obornikiem, kurnikiem czy opryskami, bo to cholera jest wieś, no ale czy musi tez kurde jechac psim gównem od sąsiadki? Do tego to szczekanie... łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf łaf  łaf łaf łaf... KURWA!

Powiem Wam więcej. Mieszkanie psiury ma tych samych właścicieli co nasze i oni sami mają już dość szczekania, bo mieszkają nie daleko a za naszym domem trzymają różne narzędzia i bywają tu wystarczająco często, by słyszeć ujadanie. Ale - sie ździwicie - oni całe gie mogą dopóki lokator płaci na czas czynsz. 

Gdy jakiś czas temu ta kretynka zostawiła psa luzem w ogródku i poszła w pizdu na parę godzin., ten zaczął tak wściekle ujadać na Młodego, że ten uciekł do domu z płaczem i od tego czasu sam nie wyjdzie do ogródka! Nasze ogródki dzielą tuje i siatka druciana, ale czy człowiek może być pewien, że to bydle się nie podkopie, jak bedzie chciało?! Miałam kiedyś wilka, to wiem, ile mu zajmuje wykopanie dziury, do której się człowiek zmieści. 

Od szopy też mieliśmy wyjście na temten ogródek i ono było tylko siatką odgrodzone, no i krzakiem. Gdy się to wytatuowane ufo wprowadziło, mąż zabił to tajne przejście deskami. Jednak któregoś dnia, jak robił porządki w szafie z rupieciami, która tam stoi, to ten pies usłyszał i zaczął skakać na ten prowizoryczny mur. Mąż wolił się oddalić z szopy bez sprawdzania czy ściana wytrzymie. To nie jest normalny pies, tylko jakiś psychol!

Gdy pindzia wróciła, mąż zaraz do niej poszedł... ale pomogło tylko na parę tygodni. Potem dostała opierdziel od właściciela, ale też słabo podziałało.

 Jakiś czas temu pojechałyśmy z sąsiadką-właścicielką do biura nieruchomości, ale oni nic nie mogą. Gość kazał upomnieć, jak nie pomoże wysłać policję, ale mówił, że to tylko na niektórych działa, a jak nie działa to iść po adwokata i do sądu, ale to - jak wiadomo - nie są tanie rzeczy i do tego czasochłonne.

Jednak właściel się wkurzył na maksa i mówi, że to się zakończy w taki czy inny sposób. Jak jej ostatnio nagadał (to były nauczyciel szkoły średniej i ma w tym wprawę), tak jakby ten pies mniej szczeka, rzadziej na pewno. Jednak śmierdzi jak śmierdziało. Dobrze, że zima idzie i nie chce się siedzieć na podwórku. Właściele mają też znajomych gliniarzy i wcześniej czy później ich tam wyślą. na razie trzeba chwilę poczekać... Póki co sami się wybierają na oficjalną wizytę do swojej lokatorki, ale nie wiem, kiedy to nastąpi, bo jej nie ma często, a oni oboje zalatani (to nie są emeryci co to siedzą przed telewizorem czy na ławeczce pod domem, oni żyją na pełnych obrotach, ciągle pracują, działają, gdzieś jadą, coś budują, remontują, organizują). Jest też pomysł od znajomej Belgijki, która miała podobny sąsiedzki problem, żeby napisać list od wszystkich sąsiadów albo pójść całą kupą z oficjalną skargą. U nich ponoć podziałało. No ale na wszystko potrzeba czasu, a ludziom w Belgii zwykle się z nim nie przewala... Na razie mamy inne bieżące problemy typu robota, lekarze, dentyści, kinezysta, opłaty, szkoły, problemy techniczne z telewizją, interetem, telefonami i jest czym się zajmowaćw wolnym czasie. Wszystkich srok za ogon na raz nie chwyci, trza je po kolei łapać...

O i tak... Jak nie urok to sraczka - jak mawiali dziadkowie.

Jednakże człek doświadczając takich czy innych problemów łatwiej może zrozumieć powody dla których ktoś ustala takie czy inne prawa, zapisy, regulaminy, dla których ktoś podejmuje decyzje o niewynajmowaniu takiemu czy innemu człowiekowi swojego mieszkania, na które przecież musiał sam swoimi rękami zapracować. 

Wiesz na kogo trafisz? Nie wiesz! Wiesz, że nic nie zrobisz, jak trafisz na jakąś patologię. Każdy przecież mówi, że jego pies jest ułożony, że jego dziecko jest grzeczne, że on nie pije, nie pali, nie imprezuje, sprząta, płaci wszystko na czas, bo powiedzieć można wszystko, a wyjdzie i tak jak zawsze...

Pomyślcie sami, skoro obawa jest wynająć chatę swoim, znajomym, ludziom z sąsiedztwa, bo mogą zrobić w babmuko, to co dopiero mówić o wynajmowaniu jakimś obcym z innego kraju, szczególnie jak nie idzie się z nimi dogadać, jak nie wie się co to za jedni...

Mogę tylko współczuć właścicielom, bo te śmieszne tysiąć pięćset gwarancji raczej nie pokryje poniesonych strat. Nie chciałabym też po takich lokatorach wynajmować tego mieszkania, a już na pewno nie z dziećmi, które miały by się bawić w tym zasranym przez psy ogrodzie. Fuj fuj fuj!

Jednak ze swoich doświaczeń wyciągnąć też mogę inne wnioski chłe chłe chłe...

 a mianowicie, że jak się kiedyś w przyszłości okaże, że to ja jestem tym upierdliwym, wrednym, złym sąsiadem z takiego czy innego powodu, to byle upomnieniem czy wizytą policji nie powinnam się specjalnie przejmować i że sąsiedzi, i właściciel to w sumie mogą mi naskoczyć :P chłe chłe chłe


I mam też pomysł, co zrobić jak normalne metody zawiodą. Kupię se sama nowe zwierzątko (takie jak mam na szyi na archiwalnym obrazku poniżej) i ono zeżre tego cholernego psa i te cholerne kocury :P





Tym to miłym akcentem kończę swoje sobotnie rozważania o dupie sąsiadki Maryni.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz