22 sierpnia 2015

Były wakacje?

Dopiero co się niepokoiłam, jak przeżyjemy wakacje, w jaki sposób zorganizuję dzieciom ten dwumiesięczny czas, by były zarazem bezpieczne i zadowolone. Oj, było trochę nerwów z tym związanych, parę nocy nieprzespanych spędzonych na myśleniu...
...w międzyczasie zakwitły moje nagietki :-)

W końcu wzięłam lapa i wypisałam tu wszystko, co mi leży na sercu i jak zwykle pomogło... Po raz kolejny doszłam do wniosku, że nadmierne myślenie szkodzi mojemu zdrowiu psychicznemu. Fizycznemu zresztą też, bo nieprzespane noce powodują zwiększenie zmęczenia i potem człowiek idzie do roboty jak zombie. Czasem mocna kawa i napoje energetyczne pomagają przeżyć dzień, czasem nawet ten miks nie działa i trzeba się walczyć z wszechogarniającą sennością i zmęczeniem.

A wystarczy, że wypiszę czarno na żółtym wszystko, co mi leży na sercu, potem to przeczytam ze dwa razy, uzupełniając w nowe, automatycznie nasuwające się przemyślenia i rozwiązanie problemów przychodzi samo...  Zwykle wystarczy przecież poczekać spokojnie, aż się ułoży wszystko, ustabilizuje, unormuje. Po cholerę od razu siać panikę? Coraz częściej o tym zapominam.... 
Czasem tęsknię za moją dawną mną, za moją niekończącą się cierpliwością i opanowaniem. Tymczasem zauważam, że coraz mi to trudniej przychodzi... Może to wiek, może bycie matką, a może posiadanie narwanego męża, może zmęczenie, może ...bogate doświadczenia życiowe, a może wszystkiego po trochu...? 

Dziś zastanawiam się, co mnie nagle opętało, że nagle przestałam wierzyć w swoje potomstwo? Skąd mi przyszło do głowy, że moje łobuziaki, po tym czego już w życiu doświadczyły i z czym musiały się zmagać, co razem udało nam się pokonać, nagle miałyby stać się jakimiś nierozgarniętymi siusiumajtkami? Teraz sobie myślę, że jakieś zaćmienie umysłu miałam albo po prostu zwykłe dni zwątpienia we wszystkich i we wszystko.... wszak mam tak co jakiś czas... 

Młody przecież  od dawna jest samoobsługowy. Gdy miał półtora roku pożegnał pampersy. Od dawna SAM korzysta z toalety (zadek trzeba podetrzeć tylko). Od ponad roku sam się ubiera i rozbiera - od majtek do kurtki i butów. Kurtkę nauczył się ubierać w przedszkolu. W ostatnich tygodniach sam zaczął się kąpać wieczorem pod prysznicem - takie życzenie księcia - rozbiera się, włazi do kabiny, mydli się i spłukuje, potem wyciera i zakłada piżamkę. Tylko włoski łaskawie pozwala sobie umyć i wyczesać. No, czasem jeszcze mamy pozwolenie na założenie piżamki. Nie każdy 3,5-latek sobie z tym wszystkim radzi. O wyżywienie własne też sam dba - gdy jest głodny, oznajmia, co chciałby zjeść :-D Najczęściej jest to "szinką-galinką" (szybka kanapka z szynką i margarynką) lub kiełbaska. Od czasu do czasu płatki - jak dziewczyny jedzą, to muszą przygotować o jedną michę więcej. Gdy ma ochotę na jogurt, nawet nie mówi nic, tylko otwiera lodówkę, potem wyszukuje ulubioną łyżkę w szufladzie i zażera. Podobnie z owocami - zawsze są w zasięgu jego łapek i bierze kiedy chce. Najchętniej "siuśtawki" (truskawki) i "flambozien" (maliny - nl. frambozen) Poza zasięgiem zasadniczo są chipsy i słodycze, ale po co ma się starsze siostry?

Jeśli ten tekst czytają mamy uczulone na punkcie zdrowego odżywiania, to pewnie mają już gęsią skórkę (co najmniej), ale mnie to w paski.  Przy karmieniu cycem Młodego przymusowo zaliczyłam ekstremalną dietę - gnojek był uczulony na wszystko co było związane z kurą i krową a do tego na kakao... To był jedyny okres w moim prawie czterdziestoletnim życiu, gdy zwracałam uwagę na to co jem. O jak mi obrzydło wtedy sojowe mleko - do dziś mnie wstrzącha na samą myśl o sojowych produktach. Na szczęście wyrósł z tego. W moim rodzinnym domu zawsze każdy jadł kiedy chciał i co chciał (wybór był niewielki, ale coś tam każdy znalazł zawsze, choćby ziemniaki ze śrutą (zmielone zboże) i pokrzywami umieszane dla kur - haha - dobre to było). Teraz u nas jest tak samo - są głodni, jedzą. Nie chcą - nie jedzą. Proste. Jak to mówią: co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Wakacyjne BBQ - mega pianki w akcji  :-)

Dziopy też od małego nauczone były samodzielności. Jako samotna pracująca matka nie miałam czasu by koło nich skakać. Moja mama też nie siedziała bezczynnie mając sama gospodarstwo do ogarnięcia. Więc Młode bardzo szybko musiały nauczyć się same sobie radzić, same się sobą zajmować - takie życie. To był niefajny czas i nie ma za bardzo co wspominać, ale był i ślady po sobie zostawił - te pozytywne i negatywne. Samodzielność na pewno należy do pozytywnych. 

Potem się przeprowadziliśmy, dziewczyny zostały po raz pierwszy brutalnie wrzucone w nowe, obce środowisko. Po wczesnym dzieciństwie spędzonym w małej wsi, musiały nauczyć żyć się w miasteczku, w ciasnym mieszkaniu w bloku, w nowej, dużej szkole. Szybko się odnalazły w nowym otoczeniu, ani się obejrzałam już ganiały z bandą dziewczyn lub chłopaków po osiedlu, właziły na drzewa, robiły bazy pod balkonem na parterze. Same chodziły do szkoły, same wracały, gdy tylko dostały zielone światło od wychowawczyni, czyli - zgodnie z prawem - skończyły 7 lat. Potem urodził się Młody, więc znowu nadeszły zmiany. Uczyły się opieki nad bobasem, którego uwielbiają od pierwszych dni. Same robiły drobne zakupy w osiedlowym kiosku i pobliskim Tesco. Same ogarniały bajzel w swoim pokoju, czasem pomagały w pieczeniu i gotowaniu, co - jak wszystkie chyba dzieci - uwielbiały. Lubią do dziś, zresztą. Pomagałam tylko w lekcjach.

Potem znowu się przeprowadziliśmy do wielkiego miasta, do obcojęzycznego miasta, obcego kraju. Dziewczyny przeszły prawdziwą szkołę przetrwania przez 2 miesiące w tzw "szkole międzynarodowej", gdzie musiały stawić czoło biciu, wyśmiewaniu i znieważaniu przez rówieśników. Potem się znowu przeprowadziliśmy i znowu nowy język, nowi koledzy, nowi sąsiedzi... ale wreszcie normalnie, ciepło, bezpiecznie, wesoło, spokojnie... Tu jest nasze miejsce, tu jest nasz nowy dom.... Każdy z tych etapów czegoś moje dzieci nauczył, każdy był interesującym doświadczeniem, raz bolesnym, raz wesołym. Czasem słyszę gdzieś lub czytam, że niektóre nastolatki nie potrafią sobie nawet herbaty zrobić, że mama wstaje rano, by je obudzić, zrobić im  kanapki do szkoły i się nadziwić nie mogę, bo mój 3latek to sobie sam kanapkę umie zrobić - pewnie, że margaryna jest też na stole i szafie, a niekiedy i na lampie,  a okruchami by pół populacji wróbli wykarmił przez całą zimę, ale kanapka jest jak się patrzy. A Dziewczyny? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiłam im kanapki.  Ja gotuję i podaję obiad o godzinie 16:30. Reszta posiłków w naszej chałupie jest zwykle we własnym zakresie. Młody przeważnie sam woła, gdy jest głodny albo się przysiada do nas czy dziewczyn, gdy zaczynamy się kręcić koło jedzenia. Dziewczynom czasem przypominamy o zajrzeniu do kuchni, gdy za długo nie wychodzą z własnego pokoju. Oczywiście to dotyczy sezonu wakacji, gdy czas jest nienormowany i każdy żyje własnym życiem. Mniej lub bardziej. W roku szkolnym rano przed szkołą, pracą wszyscy siadają do śniadania. Potem młode jedzą w szkole. Następnie wracają na obiad. Przed spaniem jeszcze ewentualnie jakaś kolacyjka. Dziewczyny najczęściej jedzą płatki lub kromki z czekoladą, posypką, spekulosem, serkiem czekoladowym - po belgijsku po prostu. Czasem jakiś pomidor się wkradnie lub szynka, ale raczej rzadko. Od czasu do czasu tosty i smażony bekon oraz/lub jajca. Jak nachodzi ich fantazja - gotują budyń, kisiel lub smażą naleśniki - te rzeczy potrafią zrobić same. Czasem każą ugotować lane kluski na mleku, ryż lub kaszę mannę - mamie się nie przypala i nie kipi :-)
 Pod moją nieobecność jednak zabraniam większych zabaw w kucharza, bo jak im nie patrzyć na ręce, to czasem najdziwniejsze eksperymenty przeprowadzają. Jak to dzieci.

W każdym bądź razie, gdy wracam z pracy po 5 godzinach, zastaję Młodzież pracującą nad czymś wspólnie. Czasem są to kredki i papier, czasem puzzle, czasem komputer, a czasem klocki. Najmłodszy jest nakarmiony kanapkami lub płatkami oraz oczywiście chipsami, jak tylko są takowe na stanie :-) Zdarzało się, że wszyscy byli jeszcze w piżamie, gdy przyszłam albo że dom wyglądał jak pobojowisko - rozwalone zabawki, jedzenie i ubrania. Ale to przecież normalne objawy dobrej zabawy. Co nie znaczy, że jak otwierałam drzwi, to nie pytałam  z progu głupio, czy nie można było trochę mniej nagrandzić? I nie znaczy, że nie dowiadywałam się, że przecież nie było czasu, by  posprzątać, czy się przebrać.

MOJE dzieci miałyby sobie nie dać rady? No właśnie. Po kiego grzyba ja wiecznie stwarzam  problemy, tam gdzie ich nie ma...? Cóż. Te typy tak mają.

Teraz z kolei  mam małego cykora przed startem w nowy rok szkolny. Nie boję się co prawda, czy damy sobie radę, bo my zawsze sobie dajemy radę. Pytanie tylko, jakie będą tego efekty i skutki. Najbardziej obawiam się okresu początkowego. Tych dni, tygodni, które są zawsze potrzebne do odnalezienia się w nowej sytuacji, a które zwykle są deczko stresujące, w których człowiek jest zdezorientowany i zamotany. Chyba zbyt wiele razy w ostatnim czasie dane nam było zaczynać wszystko od nowa i stąd te obawy teraz w każdej nowej sytuacji. Wszak to do mnie niepodobne raczej, by przejmować się zbytnio przyszłością. Tymczasem coraz częściej łapię się na tym, że się zastanawiam: co też los nam przyniesie?

Już samo zakończenie wakacji i przestawienie się z luzu na obowiązki jest zmianą, do której trzeba się na nowo przyzwyczajać po każdych wakacjach. W tym roku dochodzi też kilka większych zmian i nowinek. Najważniejsza to fakt, że Zu idzie już do średniej szkoły - nowi koledzy, nowi nauczyciele, nowe miejsce, nowe zwyczaje, dojazdy - może rower, może autobus, może auto taty. Kombinujemy, myślimy, rozważamy wspólnie wszystkie za i przeciw. Kupiliśmy Młodej nowy rower za eko-czeki, które tu dostaje się w ramach premii z pracy, gdyby zdecydowała się na dojeżdżanie rowerem. Jednak było nie było 6 kilometrów może się jej nie chcieć naginać zwłaszcza w deszcz. Coraz bardziej nastawiamy się więc na autobus rano i auto  z powrotem.

Tesa szkoły nie zmienia, klasy też ostatecznie nie, ale  zaczyna zajęcia w akademii muzycznej, gdzie 2 razy w tygodniu będzie się uczyć tańczyć. Do tego ma spróbować osiągnąć poziom, który by jej umożliwiał startowanie za rok do liceum lub technikum. Próba nie strzelba. Więc, jak się nie uda, to nic złego się nie stanie.

M-jak-Mąż zaczyna kurs angielskiego. Wierzę, że tym razem nie będzie spadał w robocie z drabin i łamał kończyn i  tym razem ukończy pierwszy etap.

Ja zaczynam intensywny kurs niderlandzkiego, na który będę musieć poświęcić dużo więcej czasu, nie tylko dlatego, że będzie intensywny, ale ze względu na dojazdy, t.j. godzinę wcześniej trzeba wyjść z domu i godzinę później wrócić - 2 razy w tygodniu od 17 do 23. Będę mieć też dodatkowe godziny pracy... bo czasem jednak praca przychodzi do domu. Do mnie przyszła, serio. I dobrze, bo pieniędzy ciągle za dużo nie mamy, choć już jest zdecydowanie lepiej, niż było w PL. Niestety do wyjścia na prostą ciągle za mało.

Młody, w związku ze zwiększającymi się obowiązkami matki,  będzie musiał parę minut dłużej w szkole posiedzieć. Obawiam się, że obiady o 16.30 też mogą przestać być normą, bo chyba nie zawsze będą w domu wystarczająco długo, by zdążyć ugotować, ale to się okaże.

Dopiero jestem w trakcie rozplanowywania tego wszystkiego, ale już czuję, że będziemy mieć wszyscy niezły zachrzan w tym roku. (dla mnie liczy się bardziej rok szkolny niż kalendarzowy) Mam nadzieję, że zdrowie nam wszystkim dopisze - zarówno to fizyczne jak i psychiczne - i podołamy oczekiwaniom własnym oraz nauczycieli i pracodawców, a także tym, które mamy wobec siebie nawzajem. Wszak nie sztuka poświęcić się zdobywaniu pieniędzy i nauce, sztuka nie zapomnieć przy tym o rodzinie.

Blog to już może być niemal pewien, że będzie się musiał uzbroić w cierpliwość. Posty na pewno przestaną się pojawiać raz na tydzień, jak to było przez wakacje. Choć na pewno od czasu do czasu będę potrzebować relaksu, jakim bez wątpienia jest dla mnie opowiadanie tych  wszystkich  pierdół z Naszego życia.






2 komentarze:

  1. Witaj..., próbowałam dodać komentarz no ale nie szło, hih, pisze po raz trzeci....,czytam Twojego bliga od początku,ja też z dziećmi do B przyjechałam w 2013 roku tyle że moje to drugie podejście, byłam już rok między 2011 i 2012...ale wróciłam do Pl....mój syn ma 13 lat i skończył właśnie szkołe podstawową, a córa ma 3,5 jak Twoj syn hih....tyle że moja nie jest taka ogarnięta z językiem, po 2 latach tu przedszkola nadal potrafi kilka słówek i nic nie rozumie co pani czy dzieci do niej mówią, więc ma ciężko strasznie....syn chodził do 3 klasy w B potem do 4 w Pl i 5 i 6 ponownie w B....mąż jest już tu 7 lat i w tym roku z dzieciakami dostał obywatelstwo....też mieszkamy na uboczu, więc syn do szkoły musi dojeżdzać komunikacją miejską 5 km...niestety autobus ma jedyny przed 8 rano, jak zaśpi lub autobus przyjedzie tak pełny,że nie wejdzie już, musi iść ok 20 min do głównej drogi na kolejny autobus....ale za to cisza i spokój, w koło sami belgowie, pola....ja też tylko rower mam do dyspozycji i z córą kilometr do przedszkola....to taka nasz historia....Gabi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, ze napisałaś, iż nadal są problemy z komentowaniem to próbuję coś z tym zrobić. I już chyba powinno być dobrze i nawet niezalogowani będą mogli komentować bez utrudnień.
      Widzę, że u Was to dopiero przygody :-) Napiszę na priv

      Usuń