6 listopada 2016

Trochę corocznych wspomnień - jak zwykle o tym czasie :-)

Właśnie kończą się ferie jesienne, które dla nas są okazją do wspomnienia naszej ostatniej przeprowadzki.

Dziś, gdy żyjemy sobie we względnym spokoju i stabilizacji, wspominam sobie od czasu do czasu moje poważne decyzje ostatnich lat, które zaliczyć trzeba do szalonych.
One zmieniły moje życie całkowicie. Po 30 latach nudnego tkwienia w miejscu i usychania z nudy, nagle znalazłam się na innym torze, którym uciekłam daleko w kolorowy, nieznany, pełen przygód świat. Nie żałuję żadnej z tych decyzji, choć dziś dopiero uświadamiam sobie, ile ryzkowałam za każdym razem bez większego zastanowienia. Atoli moja chęć przeżycia przygody była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Okazuje się, że jednak dobrze czasem wyłączyć myślenie i zdać się na intuicję. 

Dziś jestem zupełnie inną osobą niż ta sprzed 6 lat, co więcej jestem tą zmianą usatysfakcjonowana. Tutaj zrozumiałam, jak bardzo społeczność małej wsi i rodzina może człowieka ograniczać, zwłaszcza jeśli ten człowiek nie bardzo lubi żyć według narzucanych przez tą społeczność szablonów, do których musi się dostosowywać chcąc nie chcąc, choćby po to by nie stracić pracy i dachu nad głową... 

Dziś jestem na swoim i czuję się wolna. Dziś mogę rozwinąć skrzydła i pofrunąć dokąd zechcę, mogę spełniać powoli swoje marzenia. 


Moja największa życiowa przygoda rozpoczęła się w 2009 roku, gdy zagaiłam do przypadkowego (choć nie pierwszego) sympatycznie wyglądającego faceta na portalu randkowym. Po 3 miesiącach wirtualnej znajomości i 3 spotkaniach we czworo postanowiliśmy zamieszkać razem. Naskrobałam więc czym prędzej wypowiedzenie w pracy, za które szefowa wyraźnie mnie znielubiła, bo jak to tak nie spowiadać się z każdego planowanego kroku? Przecież to nie godzi się tak nagle odchodzić, zwłaszcza w trakcie remontu, nad którym nikt nie panuje, zwłaszcza gdy szef na dłuższym urlopie... No cóż, Magdalena należy do tych wiedźm, którzy osobiste życie i rodzinę cenią sobie bardziej niż pracę, a że miałam miesiąc urlopu, to już po 2 byłam wolna. Nie mój cyrk nie moje małpy :-)

Spakowałam więc nasz skromny dobytek, czyli ubrania, zabawki, kilka garnków i wyruszyłyśmy we trzy w świat do obcego miasta, prawie obcego choć fajnego faceta. 


Pech wyruszył z nami. 
Tuż przed planowaną przeprowadzką mąż miał wypadek i musieliśmy jeszcze kupić nowy środek transportu, bo poprzedni stracił koła i trochę go pogło pod TIRem. 
Polecieliśmy na miotle (żart żart) przez pół Polski, by zakupić nowe stare auto. 
Wracaliśmy przez Łysą Górę i cyknęliśmy se pamiątkowe zdjęcie tam, gdzie siostry wiedźmy się spotykają co roku :P



13 listopada A.D. 2010 dopełniliśmy formalności w USC. Pierwsze podejście do sformalizowania związku się nie powiodło, bo nasz przyjaciel pech zagonił nas do szpitala na tydzień. Stąd właśnie magiczna liczba TRZYNAŚCIE :-) 

Po wielu dyskusjach i rozważaniach za i przeciw zdecydowaliśmy się na wspólne dziecko, które miało dopełnić naszą stworzoną sztucznie - choć bardzo udanie - rodzinę. Z perspektywy czasu patrząc, wiem że to była bardzo dobra decyzja, mimo wszelakich komplikacji, jakie ze sobą przyniosła. Młody jest bardzo ważnym ogniwem łączącym pozostałych.

Ktoś, kto nie ma doświadczeń osobistych w takich sytuacjach mógłby pomyśleć, że ja właśnie jestem takim łącznikiem pomiędzy moimi dziećmi a moim mężem. Jednak zdradzę wam tu, że to działa często zupełnie odwrotnie. Pomyślcie. Dziewczyny są moimi rodzonymi córkami, które miały mnie na wyłączność przez kilka lat. Nagle pojawił się ktoś jeszcze. Ten ktoś został zaakceptowany i to szybciej niż się spodziewałam. Zaraz po przeprowadzce padło wielkie, wszystko mówiące pytanie:
-Czy mogę do ciebie mówić TATO?...
Jednak ten KTOŚ też domaga się jakichś praw do ich mamy. To musi być trudne do zaakceptowania dla dzieci, nawet jak tego kogosia się lubi. 
Mąż zaś nagle po kilku samotnych latach spotkał kobietę, z którą chciał spędzać jak najwięcej czasu, także sam na sam. Tymczasem ona jest często mu zabierana przez jakieś dzieciaki. Co z tego, że one są fajne, słodziachne, mądre i wzruszają czasem do łez (choćby pytaniami jak powyżej), gdy wpychają się pomiędzy niego a żonę. Zazdrość i złość pojawia się z obydwu stron. Przez te kilka lat wszystko się trochę dotarło, ale zgrzyty zdarzają się niestety od czasu do czasu i tak już chyba będzie zawsze. Tak jest chyba w każdej rodzinie jak nie z takiego to innego powodu. Mamy zaś są od tego by panować nad całym tym bajzlem. Mówcie co chcecie, ale pilnowanie, by ognisko domowe nie zagasło i nikogo nie poparzyło należy do nas wiedźm, kobiet, mam. To do mamy wszyscy przychodzą z problemami, to mama ma wiedzieć, gdzie co leży (proszek do pieczenia, szpachelka, druga skarpeta od pary, klucz dziewiątka, sztuczny śnieg z zeszłego roku)... Musimy myśleć cały czas i pilnować, żeby każdy czuł się w domu jak w domu. nie chodzi tylko o porządek i pełne miski, ale zdrowie i dobre samopoczucie każdego członka rodziny. Trzeba ciągle obserwować, przyglądać się, rozmawiać, pytać, troszczyć się, trzeba pocieszać i rozśmieszać, trzeba słuchać i to ze zrozumieniem... Nie zawsze się udaje, ale się staram. Wszyscy pięcioro się staramy.


Po 3 latach wspólnego gospodarowania, które kiepsko nam wychodziło w polskich realiach, nagle zdecydowaliśmy się zostawić wszystko w cholerę  i zacząć wszystko od nowa w nowym miejscu. 
I tak z przysłowiową gołą dupą przyjechaliśmy do Brukseli, gdzie nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo się okazało, że dobro i zdrowie naszej rodziny jest dla nas ważniejsze niż pokrętna filozofia multikulti, której nie mogliśmy zaakceptować w takiej formie jaką zobaczyliśmy w tym chorym (moim zdaniem) choć pięknym  mieście. 
Kolejna nagła decyzja nastąpiła po tym jak przez pół roku wydeptywania ścieżki do  urzędu gminy nie udało nam się zarejestrować, bo ciągle odsyłano nas po kolejne dokumenty, które to życzenia urzędników, jak się okazało podczas rozmowy z adwokatem, były z dupy wzięte. Bo to jest Bruksela. Po tym, jak nasze dzieci przez prawie 2 miesiące były bite i wyzywane w szkole przez dzicz z Afryki, bo w europejskiej szkole były jednymi z nielicznych białych. Bo to jest Bruksela.

Nasza ostatnia (jak dotąd)  szalona przeprowadzka nastąpiła właśnie podczas ferii jesiennych. Dobrzy ludzie dali nam cynk, że jest tu dom do wynajęcia, pomogli załatwić formalności w języku niderlandzkim i pożyczyli busika do przewozu gratów. Bez mapy, bez nawigacji z dziećmi na pace razem z dobytkiem, z końcem języka za przewodnika trafiliśmy pod nasz nowy dom, który wcześniej widzieliśmy tylko na zdjęciach no i raz z zewnątrz na żywo. 
Młody pomagał w przeprowadzce jak mógł
Przeto pierwszą rzecz, jaką zrobiliśmy po otwarcia drzwi, było zwiedzanie domu. Zaglądaliśmy w każdy kąt, pstrykaliśmy światłami, otwieraliśmy okna, odkręcaliśmy kurki z wodą, zajrzeliśmy na strych i do szopy. Jak małe dzieci na nowym placu zabaw - wszystko trzeba pomacać i wypróbować. Potem dopiero wnosiliśmy rzeczy z  busa, sprzątali, myli, przeganiali pająki, które opanowały ten dom w ciągu 5 miesięcy (tyle stał pusty) jakby ich był. Pamiętam też, że sporą chwilę zajęło mi zrozumienie działania pieca centralnego ogrzewania. Jak wiecie zapewne w naszej rodzinie to ja jestem od specem od wszelakiej elektroniki i innych delikatnych sprzętów, no ale co innego obsługa komputera a co innego jakiegoś małego gówna w którym jest dwa przyciski a dużo napisów w dziwnych językach (ani polskiego, ani ruskiego ani nawet angielskiego - WTF?). Wilgoć była taka, że ryby mogły by w powietrzu pływać, a drzwi od kibla się nie domykały napuchnięte od wilgoci. Śmierdziało też niezamieszkanym domem.

Własnymi rękami bez żadnej pomocy z zewnątrz posprzątaliśmy, znieśliśmy i poskręcaliśmy meble. Poobijaliśmy sobie trochę łapy i nadwyrężyliśmy plecy przy wnoszeniu rupieci na piętro i podawaniu przez okna. Każdy wybrał swój pokój, ukokosiliśmy się, poczuliśmy się jak w domu. Padliśmy ze zmęczenia z satysfakcją dobrze wykonanej roboty.

Na drugi dzień wylegliśmy przed chałupę zobaczyć, gdzie to nas przyniosło. Spodobało się. Było ładnie, cicho i spokojnie, swojsko,  śmierdziało kurami. Jesteśmy w domu, na wsi, gdzie wystarczy przejść 2 kilometry, bo pogłaskać kozy, pogęgać do gęsi, poczochrać kucykom grzywę, popokrzywiać się osłu...


Sąsiedzi od razu GOEIEDAG! GOEIDEDAG! i dawać nawijać, pytać, gadać... A my ani be ani me ani kukuryku. Nic nie rozumieliśmy. Na szczęście Flamandowie się nie zrazili tym, że nie mówimy po ichniemu. Dziś nadal wołają 'Goiedag' i mówią że ładna pogoda lub nie. Dziś mogę nawet odpowiedzieć, a nawet pogadać o czymś innym.

W grudniu podłączyli nam Internet i wreszcie mogliśmy pogadać z rodziną przez skype, użyć tłumacza google, poszukać lekarza, dentysty, dowiedzieć się czegoś o tym kraju i innych rzeczach. Dziś bez internetu jak bez nogi albo i gorzej, a my musieliśmy się bez niego obyć przez ponad pół roku w obcym kraju. Bez znajomych, bez języka, bez pieniędzy i bez Internetu. Nie było za łatwo, ale przeżyliśmy i to :-) Gdy tylko dopadłam kompa z Internetem zaczęłam opisywać wszystko, co nas spotyka dla rodziny, znajomych, dla potomności i nas samych. Tak urodził się ten blog. Z czasem zaczęli przychodzić tu ludzie, którzy tak jak i my wyemigrowali albo stoją przed taką decyzją, albo zupełnie przypadkowi. Niektórzy napisali do mnie i się bliżej poznaliśmy. Z niektórymi spotykam się od czasu do czasu w różnych częściach Belgii. Mamy tu całkiem sporo znajomych z Polski. Mamy też znajomych z innych krajów i z każdym dniem bardziej się zadomowiamy.

mężczyźni w kuchni
Nasz dom (choć wynajęty to póki co nasz) z czasem pomalowaliśmy,  wyrzuciliśmy meble zebrane w Brukseli z ulicy, zamieniliśmy na inne używane, ale tylko takie które nam się podobały i pasowały do nas.

Nie mamy w domu bogactwa, większość rzeczy dostaliśmy za darmo, inne dokupiliśmy za kilka centów w Troc i Kringwinkel, ale i tak patrzymy na naszą chatę z wielkim zachwytem, bo mamy dom marzeń. W kuchni spokojnie mieści się kilkanaście osób (sprawdziliśmy podczas urodzin dziewczyn, gdy kilkanaście domorosłych kucharek bawiło się jedzeniem).



Nasz salon jest większy niż całe mieszkanie w Polsce. Zmieściły się wszystkie nasze książki i filmy, jest gdzie postawić chabazie i gdzie zaprosić gości.


 Młode mają własne królestwa, które rządzą się własnymi prawami, czyli zwykle panuje chaos kontrolowany lub jak kto woli  twórczy nieporządek.


 To nasze trzecie ferie jesienne we Flandrii. Za nami kilka trudnych decyzji i wiele przygód , na plecach bagaż doświadczeń, na pyskach uśmiech, duma i zadowolenie z siebie, w serduchach miłość do siebie nawzajem i świata, przed nami nadzieja i kolejne cele do osiągnięcia oraz kolejne przygody.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz