25 kwietnia 2026

Wolontariat w schronisku dla dzikich zwierząt

 Zaczęłam wolonariat w schronisku dla ptaków i dzikich zwierząt. 

W tym tygodniu byłam dwa razy:  jechałam tam na 9-tą i zostawałam gdzieś do południa. Nie mam narzucone z góry  żadnych ram czasowych, w których muszę przychodzić. Samemu się decyduje, kiedy się chce przyjść pomagać. Ludzie przychodzą i wychodzą o różnych godzinach i w różne dni. Po prostu, gdy mają czas. W czwartki tylko nie jest się mile widzianym, bo w ten dzień są stażyści i było by zbyt tłoczno. 

sprzątałam dwa razy pokój tego cudnego stworzenia 🦉

Pierwszego dnia, gdy tylko weszłam na teren schroniska, miły młody człowiek zaprowadził mnie do kantorka, gdzie mogłam wybrać sobie fartuch i potem poszliśmy do działu dla "dzieci", gdzie od razu mogłam z ciepłej szafy wyjąć pierwsze pudełko z pisklakami, które nastepnie karmiłam robakami moczonymi w wodzie za pomocą długiej pincety. Uprzednio musiałam oczywiście założyć rękawiczki jednorazowe. Po zakończeniu karmienia zapisuje się godzinę i podany pokarm oraz jego ilosć, no i swoje imię. Potem bierze się czysty pojemnik i przekłada małych pacjentów do niego, następnie odkładając je do z powrotem do "szafy". Na koniec myje się brudny używany pojemnik w wielkim zlewie ciepłą wodą z płynem odkażającym, wyciera go do sucha ścierką, wykłada czystym ręcznikiem papierowym, i odstawia na stół, by był gotowy na kolejne maluchy. Takich pojemników mają tam wiele w róznych rozmiarach. Do niektórych wkłada się jeszcze miskę metalową lub glinianą wyłożoną papierem, by stworzyć przytulniejsze mniejsze gniazdko. Potem karmiłam jeszcze m.in. surową wołowiną małe sroczątko. Poza tym sprzątałam wybiegi małych kaczuszek, gęsiuszek i sówek, wymieniając przy tym wodę (kaczkowate), karmę itp. Wybiegi wyłożone są gazetami, które codziennie się zmienia, a cały wybieg/klatkę szoruje się dokładnie wodą z płynem odkażającym i wyciera do sucha.

Drugiego dnia mogłam posprzątać  u młodego liska i nakarmić wiewiórki. Z tymi drugimi trzeba uważać, bo - jak mnie pouczyli starzy pracownicy - diabelstwo jest szybkie i w mnieniu oka mogą nawiać z klatki. Klatka ma jednak dwoje drzwi: duże i malutkie. Gdy nie trzeba sprzątać, a nie trzeba było, bo sprząta się raz na kilka dni, gdyż klatka wielka a wiewióreczki nie srają jakoś dużo ani nie jedzą paskudztwa jak drapieżniki, to miski wyciągnie się i włoży małymi drzwiczkami. Wiewiórki dostają wodę, karmę dla papug (ziarna i orzechy) oraz pokrojoną marchewkę. 

danie dla wiewiórek 

Ogarnianie lisa wymaga jeszcze więcej uwagi z racji tego, że lisy mogą przenosić choroby no i że to drapieżne zwierzę. Najpierw trzeba przygotować szamę w czystej klatce. Dostaje on miskę z wodą, miskę z mlekiem (które uprzednio trzeba przygotować ze specjalnego proszku i wody) oraz kilka martwych kurcząt.  Gdy nowy pokój gotowy, należy złpać lisa  używając do tego specjalnych rękawic i przełożyć łobuza do nowego apartamentu. Potem już można spokojnie brać się za sprzątanie brudnej klatki z zachowaniem szczególnej ostrożności, zarówno podczas samego sprzątania jak i mycia, odkażania misek. Nie należy zapomnieć oczywiście o zdjęciu rękawiczek i umyciu pożądanym rąk i założeniu czystych rękawiczek zanim człowiek zabierze się za kolejne zwierzaki.

zajadamy


Koło 10tej jest przerwa na kawę a w południe obiadowa i wtedy wszyscy schodzą się do kantyny, gdzie można zrobić sobie kawę, wziąć napój w butelce i spożyć albo zwyczajnie posiedzieć przy stole. Spodziewałam się, że będzie tam gwar, ale pierwszego dnia ludzie po prostu wyciągnęli swoje telefony i siedzieli przez kwadrans czy pół godziny skrolując sobie internety. Tylko ze dwie osoby ze stałego składu pracowniczego o czymś tam czasem zagada do siebie. Drugiego dnia już było o wiele głośniej i weselej. Pewnie dlatego, że więcej kobiet było haha.

Przed wyjściem na przerwę wszyscy wyrzucając rękawiczki i porządnie szorują ręce. 

W pomieszczeniu w którym pomagałam, przebywają głównie maluchy różnych zwierząt w różnych klatkach. Niektóre są ogrzewana specjalnymi lampami, inne - jak te "szafy" po prostu całe są ogrzewane, inne nie są ogrzewane w ogóle. Są tam też inkubatory. Pomieszczenie połączone jest z magazynem żarcia dla różnych gatunków oraz kuchnią, gdzie przygotowuje się szamę. Z drugiej strony jest sekretariat, sklepik (można kupić różne gadżety jako cegiełkę) i gabinet weta. Dalej na zewnątrz są wybiegi dla większych i starszych zwierząt, strefa pomarańczowa, kantyna i ciepłe pomieszczenie dla dorosłych zwierząt potrzebujących specjalnej troski (tam nie byłam jeszcze). 



Jakie zwierzęta przebywają w azylu? Takie, jakie można spotkać w lesie i na polu. Najczęściej są to kaczkowate, jeże, wiewiórki, sowy, zające i króliki, nietoperze, gołębie, myszy, boćki, łabędzie, sarny itp. Niestety w tym azylu znajdują się również żółwie, egzotyczne węże, czy ptaki (np papugi), które nie żyją u nas na wolności, ale czasem je można znaleźć, bo uciekły albo jakiś debil je wyrzucił. Czasem są też odbierane z domów podczas interwencji albo czyjejś śmierci, gdy nie ma kto się zająć zwierzęciem. Dla egzotów po ich wyleczeniu szuka się zwykle nowego domu (adopcja). Ale są tam np też dwie sowy śnieżne, których nie można trzymać legalnie w domu i które nie mogą też żyć w naszym klimacie, no więc po prostu siedzą w azylu, choć może kiedyś do jakiegoś ogrodu zoologicznego zostaną przekazane. 

Niektóre zwierzęta oczywiście wymagają eutanazji, czy to z powodu zbyt dużych obrażeń, czy to chorób zakaźnych. Prowadzenie takiego azylu i praca w nim to nie jest prosta sprawa. Czasem na pewno trzeba podejmować bardzo trudne decyzje. Zwykle człowiek nawet nie zastanawia się nad takimi sprawami. Już po tych zaledwie dwóch dniach uświadamiam sobie, ile to jest pracy i ile odpowiedzialności spoczywa na prowadzących takie schroniska, ile rzeczy trzeba mieć na uwadze. No i ile trzeba mieć na to wszystko pieniędzy, a to schronisko jest organizają prywatną. Jakieś tam dofinansowanie otrzymują, ale większość kosztów muszą pokryć sami, więc nieźle się muszą nagłowić, nachodzić, nakombinować, by zdobyć potrzebną forsę, sponsorów, donacje etc. 

Gdyby ktoś chciał chciał dorzucić coś od siebie, niech leci na stronę  schroniska VOC Malderen gdzie można np virtuele geschenk, czyli wirtualny podarunek (donację) zrobić wpłacając wybraną kwotę na karmę czy na opiekę dla zwierzaków albo kupić jakąś pierdołkę.


O wolontariacie w Belgii ogólnie już kiedyś pisałam. Jak ktoś se chce przypomnieć, niech leci TUTAJ.


Poza tym życie toczy się dalej tym samym torem.

Byłyśmy też z Córką na wspominanym we wcześniejszych wpisach wieczorze informacyjnym dotyczącym pracy w szpitalu przy sprzątaniu i w kuchni.

Na temat kuchni tylko sobie prezentację na ekranie obejrzałyśmy i stwierdziyśmy, że to nie dla nas. Było jeszcze godzinne oprowadzanie, ale na pierwsze nie zdążyłyśmy, bo zagadałyśmy się z panią opowiadającą o sprzątaniu, a drugie było dla nas za późno. Nie zdąrzyłybyśmy potem do autobusu, a nie był to dzień, w którym chciałoby mi się naginać z trampka 5km ze stacji. Nie miałam sił.

Dowiedziałyśmy się wielu ciekawych rzeczy nt sprzątania szpitala. Przede wszystkim, że szpital zapewnia szkolenie we własnym zakresie, każdemu kto ubiega się o pracę i przejdzie rozmowę kwalifikacyjną, czyli że nie trzeba wcale szukać osobnego kursu, chcąc pracować w tym szpitalu. Doświadczenie nie jest w ogóle potrzebne - tak powiedziała pani odpowiadająca za sprzątaczy.

Sprzątnie szpitala ma 4 pododdziały. 

1. Clusters. Pracując w tym dziale zajmuje się człowiek sprzataniem pomieszczeń ogólnych (administracja, pogotowie, gabinety w których przyjmowani są pacjenci na zwykłe wizyty, etc) oraz korytarzy szpitalnych. Osoby sprzątające posiadają jasny plan sprzątania na każdy dzień. Każdy dzień to inne oddziały. 

2. Afdelingen. Czyli sprzątanie oddziałów dziennych, w których przebywają pacjenci. Sprzątasz sale, łazienki, pokoje pielęgniarek etc. 

3. SOP. To sprzątanie sal opuszczanych przez pacjentów. Tutaj pracuje się ze spacjalną aplikacją, w której pokazują się sale wymagające sprzątania, przy czym są trzy stopnie pilności. U góry na czerwono pokazują się sale wymagające natychmiastowego pilnego posprzątania. Dalej pilne ale trochę mniej i na koniec mniej pilne. Każdy mniej pilny pokój jednak może zmienić się w super pilny, gdy np przyjmią pacjenta z pogotowia, który wymaga pokoju w konkretnym dziale a żaden nie będzie wolny poza tym nieposprzatanym. 

4. Operatiekwartier. Czyli sprzątanie sal operacyjnych. To chyba najtrudniejszy i najbardziej wymagający dział. Higiena i rygorystyczne zasady pracy są tam bardzo ważne. 

Z tego wszystkiego najbardziej interesowała nas opcja pierwsza, która wydaje się najbardziej realistyczna do wykonywania dla Najstarszej, bo są jasne wytyczne, struktura, powtarzalność no i jasny plan pracy rozpisany na poszczególne dni i godziny. Mam szczere wątpliwości, czy Córka na dziś dzień była by w stanie tej pracy sprostać, ale myślę że na przyszłość, jak jeszcze trochę bardziej się ośmieli, nauczy paru rzeczy może spokojnie o tym pomyśleć. Praca na wieczornej zmianie, na którą właśnie szukają ludzi,  była by dla niej zapewne lepsza niż na dziennej, bo większy spokoj, mniej ludzi, cisza, ale z drugiej strony trochę problem z dojazdami. Rowerem na pewno by się dało, ale czy to nie zbyt męczące na dłuższą metę? Pociągi też są, ale ja mam szczere obawy co do codziennego maszerowania samotnej dziewczyny przez park i okolice dworca w tym miasteczku. Patrząc jak ta okolica wygląda i jaki element się tam szwenda to szczerze wątpię w bezpieczeństwo. Nie wiem też, czy na ten moment Corka dała by rady pracować codziennie po osiem godzin. Raczej było by to dal niej za wiele.


Młody dał kiedyś czadu. Ja pojechałam rano do miasta na kolejne spotkanie informacyjne, ale zanim wyszłam, obudziłam go i nawet chwilę z nim pogadałam. Po spotkaniu miałam głowę pełną nowych informacji i uczuć, więc postanowiłam pójść na kawę i na spokojnie sobie przemyśleć trochę wszystko zanim pójdę do pociągu. Ledwie zamówiłam kawę i ciastko, zadzwonił Młody, że zaspał i dopiero co się obudził. Była godzina 10.30! Nie był oczywiście na porannej rozmowie grupowej (ten dzień miał hybrydę, czyli nauke w domu), nie poszedł do kine na masaż, no bo jak miał być i pójść, jak był w śpiulkolocie. Nastolatki, psiakrew! 

Dawniej nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, że moje koleżanki klasowe mieszkające pod szkołą, były w stanie zaspać na godzinę 10 czy na 11 i spóźniały się na lekcje, kiedy ja bez większego problemu wychodziłam z domu o siódmej, by dotrzeć autobusem do szkoły. Dopiero teraz mając Epickiego Śpiocha na stanie zaczynam rozumieć, że się faktycznie da zaspać na dziesiątą. Młody nastawia sobie po dwa budziki w telefonie i prawdopodbnie budzi się, wyłącza je i jedzie dalej śpiulkolotem, a obudziwszy się w końcu w południe, czy coś koło tego, stwierdza, że nie pamięta, by budzik dzwonił. Nie pamieta tez nigdy, że z nim rozmawiałam. Często przychodzi z pytaniem, czy go budziłam i robi wielkie oczy, gdy odpowiem, iż owszem, dwa razy i nawet sobie pogadaliśmy wtedy... Co za gość! Pod tym wzglęwdem to zdecydownie nie jest moje dziecko. Małżonka ani tyle, bo ten to nawet w weekendy zrywa sie o piątej i idzie rozbijać się po kuchni. Ale przypomina mi się właśnie, iż kiedyś wyczytałam gdzieś taką mądrość, iż rzekomo u nastolatków późne wstawanie i siedzenie po nocach ma być czymś oczywistym, bo kiedyś dawno dawno dawno temu duże dzieci rzekomo (to musiało chyba strasznie strasznie dawno być) zajmowały sie młodszym rodzeństwem po nocach, gdy rodzice spali, a potem szły spać. Nie mam pojęcia, czy to ma cokolwiek z faktami wspólnego, ale wydaje się mieć jakis tam sens, a na pewno jest ładnym wytłumaczeniem dla zachowań nastolatków siedzących po nocach i wstających w południe.


W tym tygodniu kołczka Młodego napisała w cotygodniowym sprawozdaniu, że Młody może być z siebie dumny. Pracuje porządnie, przychodzi do szkoły pełen motywacji i zapału i wszystko sprawnie mu idzie. Rok szkolny prawie dobiega końca, bo zaraz przecież maj, a to już tylko 2 miechy i wakazje zapukają do drzwi, a tymczasem Młody ciągle chodzi z ochotą do szkoły i nie narzeka na nic, a co chwilę fajne, wesołe rzeczy opowiada. On jest na prawdę z tej szkoły zodowolony. Wszystko (lub prawie wszystko) zdaje się być tam po jego myśli i do niego pasować. Oczywiście, gdyby mógł do szkoły nie chodzić, wybrać wakacje przez 365 dni w roku, to pewnie by wybrał, bo wiadomo, że obijanie się jest spoko, szczególnie gdy ma się zaledwie 14 lat. Szkoła to jest jednak jakiś mus, tak samo jak praca, ale jak się człowiek czuje w danym miejscu dobrze, jak czuje się akceptowany, jest się regularnie komplementowanym i dostaje się konstruktywne uwagi i razem szuka się rozwiązań, zamiast ciągłego "mogło być lepiej" "stać cię na więcej" "bardziej się postaraj" to też wszystko inaczej wygląda i z chęcią ten obowiązek się wykonuje.

kwiatki z bajki

Na początku tygodnia byłam na tym drugim dniu informacyjnym odnośnie pracy w służbie zdrowia, po którym doszłam do wniosku, że trzeba sobie z tym dać spokój. Tak jak sugerowaliście, to raczej nie jest praca dla mnie. To spotkanie w Mechelen unaoczniło mi jeszcze inne kwestie poza tymi, o których już było powiedziane wcześniej. Poznałam też kolejne, powiedzmy na to, CIEKAWOSTKI z życia, pracy i polityki, które być może nawet zadecydowały o ostatecznym powiedzeniu STOP temu pomysłowi i zamknięciu tej drogi. 
Okazuje się, że ostatnie decyzje rządu skracające drastycznie zasiłki dla bezrobotnych miały też niebagatelny wpływ na tego typu kursy dla dorosłych. Dotąd ów pełny kurs trwał np 2 i pół roku, ale w związku z tym, że zasiłek dla szukających pracy skrócono do 2 lat, to i kurs też trzeba było skrócić o pół roku, by szukający pracy mogli z niego korzystać, bo to pełnoetetowy kurs - 5 dni w tygodniu - i nie da się go łączyć z pracą za bardzo... No nie wiem, czy nie można było ustalić tego typu wyjątków dla uczących sie, przekwalifikowującyh się? Banda debili. No w każdym razie skrócono kurs (pewnie nie tylko ten, ale wszystkie inne) o pół roku, ale - jak powiedziała prowadząca spotkanie nauczycielka - tydzień nauki ciągle trwa 5 dni, a program zawiera ten sam materiał do przerobienia i tyle samo godzin stażu należy odrobić. Zatem należy się spodziewać, że będzie zapierdol, będzie robota na odpierdol i lecenie po łebkach, by się wyrobić. Zajebiście! 
Druga CIEKAWOSTKA napłynęła od ludzi pracujących już w szpitalu, ale chcących się przekwalifikować lub zdobyć dyplom. Nauczycielka tylko to potwierdziła dodając, że słyszała już podobne donosy z wielu źródeł... Sytuacja bardzo podobna do tej zaobserwowanej przeze mnie w świetlicach. 

Chodzi o to, że szpitale czy inne placówki zatrudniają ludzi z ulicy bez dyplomów, doświadczenia, kompletnie zielonych na stanowiska asystenta logistyki, opiekuna medycznego. Takie osoby są tańsze, zajmują miejsca ludziom z przygotowaniem, a jednocześnie nie mogą one wykonywać wielu zadań ze względu na brak kwalifikacji (nie wolno im), więc te niewykonane zadania muszą wykonać osoby z przygotowaniem i papierami, co oznacza dla nich, że nie tylko swoje muszą zrobić szybciej ale jeszcze za tzw kolegów po fachu. Można sobie już wyobrazić, jakie to będzie rodzić sytuacje, jak będzie wpływać na stosunki i atmosferę w pracy. 

Co się kurwa w tym kraju najlepszego odpierdala? Do czego to wszystko zmierza? Dziwne, bardzo dziwne jest to wszystko.

Już przed tym spotkaniem po wielu dniach namysłu, czytania internetu i dyskusjach ze samą sobą skłaniałam się do decyzji negatywnej, tzn że jednak raczej nie będę się pisać na razie na ten kurs, ale jeszcze jakby miałam nadzieję, że usłyszę coś, co mnie przekona, że mogę próbować. Tak, miałam nadzieję, bowiem, tak jak pisałam wcześniej, to była jednyna opcja, jaką miałam, więc łudziłam się, że może jednk coś by z tego wyszło, że może mogłabym próbować choć kurs skonczyć albo przynajmnej zacząć. Po tym wszystkim, co usłyszałam, zrozumiałam, że nawet nie ma co próbować, bo to z góry jest skazane na niepowodzenie. 

Do tego babka wyraźnie też podkreśliła ważność dobrej znajomości języka niderlandzkiego. Mój oficjalny poziom jest teoretycznie wystarczający, ale skoro podkreślają, że język jest ważny, to nie ma nawet co się czarować, że język nie ma w tym zawodzie większego znaczenia, bo pewnie ma.

Kolejna rzecz na nie,  to były staże. W Mechelen mają własne miejsca stażowe zarówno w szpitalach jak i domach opieki, ale trzeba tam być przed siódmą, a do Mechelen kawał drogi... Staż co prawda można odbywać w dowolnym miejscu, jeśli takowe się znajdzie, a problem w tym, że podobno to wcale nie jest łatwe, wbrew temu co zdawali się sugerować w Gandawie. Ta nauczycielka powiedziała, że dawniej faktycznie nie było żądnego problemu ze znalezieniem stażu. Wręcz z otwartymi ramionami przyjmowali potencjalnych przyszłych pracowników, ale dziś brakuje ludzi, więc każdy ma urwanie dupy w pracy, a co za tym idzie nikt nie chce sobie jeszcze dodatkowej roboty w postaci uczniów brać na głowę, więc znalezienie stażu może graniczyć z cudem. W związku z tym z kolei (kolejny punkt na nie) - ciągnęła pani dalej - oni w szkole nie są za bardzo skłonni przystawać na zmianę miejsc stażowych i żadnych skrag nawet nie będą brać pod uwagę, no chyba żeby z 5 ludzi zgłosiło podobne objekcje czy żale. 
Reasumując: trzeba na kursie zapierdalać szybko, szybciej niż dotąd, perfekcyjnie władać niderlandzkim, obywać staż bez narzekania nawet jak cię będą gnębić, a i tak nie ma się gwarancji, że dostanie się pracę, bo może będą woleli zatrudnić randoma z ulicy. Propozycja nie do odrzucenia, panie!

Nie będę ukrywać, że mimo wątpiącego nastawienia te wszystkie rewelacje mnie trochę zdołowały. Po głębszym nad tym się zastanawieniu nad kawką w kawiarni doszłam jednak do wniosku, że nie koniecznie powodem ponurego nastroju był sam kurs czy ta praca, ale bardziej cała ogólna sytuacja, szerszy obraz jaki pojawił się w mojej głowie podczas owego spotkania informacyjnego, czyli ogólna chujnia z grzybnią i patatajnią na rynku pracy, którą widzimy coraz wyraźniej na każdym kroku. Gdzie bym nie spojrzała, wszędzie zauważam pogarszającą się i to w szybkim  tempie sytuację. W wielu miejscach już zdaje się osiągać poziom absurdu zahaczający o patologię, a im dalej wzrokiem w przyszłość sięgać próbuję tym ciemniej się tam zdaje.

Kilka dni później podczas jakiegoś spaceru czy tam patrzenia się w niebo z leżaka w ogródku mój mózg znalazł w zapomnianej szufladzie zakurzoną wyblakłą ideę, która towarzyszyła mi przez większość życia i przy życiu mnie całe lata utrzymywała. Można powiedzieć za Horacym "carpe diem".

"Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłośc zgotują bogowie."

Można też powiedzieć po dzisiejszemu "miej wyjebane!". Na wszystko.

Pomyślałam, że chyba najwyższa pora do tego wrócić, bo to było dobre. 
Żyć tak, żeby jutro świat mógł się skończyć, gdyby chciał.
Nie wypatrywać przyszłości. 
Nie próbować domyślać się, co przyniesie jutro. 
Nie gdybać. 
Co będzie, to będzie. 
Nie czekać na nic. 
Niczego się nie bać na zapas ani na nic nie szykować.
Nie planować niczego.
Żyć tu i teraz w tym momencie.
Śmiać się z wszystkiego.
Nie szukać dziur w całym.
Cieszyć się przyrodą i własnymi dziećmi.
Żyć i być dla siebie.
Odciąć się od rzeczywistości na tyle, by o niczym ważnym nie myśleć albo przynajmniej patrzeć na to wszystko z dystansem, jakby to był jakis film. Czy ja jeszcze to potrafię? Nie wiem, ale postanowiłam sobie w skrytości ducha, że spróbuję wrócić na ten tor, bo w ostatnim czasie trochę mnie wykoleiło...



kasztany kwitną od połowy kwietnia - tego jeszcze nie grali


ładne... i kurom smakuje ;-)











końska moda 2026

rzepiara






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...