10 kwietnia 2026

Trochę biadolenia, trochę aktywności, ociupinę Antwerpii

 Poprzedni wpis był wiosennie zakręcony, ale już wracam do starej rutyny. Choć wiosna trwa…

czyjeś tulipany

Na początek pragnę podziękować Kobietkom, które w komentarzach podzieliły się ze mną swoimi doświadczeniami i przemyśleniami na temat pracy opiekuna medycznego. To wszystko bardzo wiele dla mnie znaczy. Nie mam nikogo, z kim mogła bym w realu przedyskutować tego typu kwestie, nikogo, kto by mnie hamował czasem lub przynajmniej pod dyskusję poddawał moje mniej lub bardziej szalone pomysły nie tylko dotyczące pracy. Takie są ciemne strony siedzenia w domu 24/7 i braku bliższych znajomych. Super, że choć na Czytelników mojego bloga mogę liczyć. To jest na prawdę wiele. Nawet jak czasem mnie czyjaś wypowiedź wkurzy to jednocześnie zawsze zmusza mnie do zastanowienia się nad daną kwestią. Te ostatnie komentarze akurat bardzo pozytywnie odebrałam , bo to strasznie miło jest wiedzieć, że ludzie się o mnie troszczą, mimo że nawet się przecież nie znamy. No i to inne spojrzenie na pracę w szpitalu jest dla mnie bardzo ważne, bo ja to tak dosyć romantycznie (albo desperacko, albo i to, i to) do tego podchodzę. Dzięki raz jeszcze.

Nie znaczy to oczywiście, że od razu z tego pomysłu zrezygnuję, bo ja jestem uparta jak osioł, ale teraz wiem, że muszę jeszcze wiele rzeczy się zapytać na kolejnym spotkaniu, zanim się zdecyduję na jakikolwiek kurs. Ciągle oczywiście postaje problem taki, że póki co innych opcji brak. Nie mam żadnych pomysłów na to, czego mogłabym jeszcze ewentualnie spróbować.

W minionym tygodniu postanowiłam odpowiedzieć na wspominane już raz ogłoszenie biblioteki, do której szukają kilku ludzi do obsługi klientów. Jeden wakat jest na 19 godzin, a drugi na 15 godzin/tydzień i ten ostatni mnie by interersował. Podane były tam konkretne godziny pracy i były to cztery popołudnia bez sobót, więc mogłabym tam teoretycznie dojeżdżać (rano bym nie zarysykowała dojeżdżania tutejszymi autobusami, bo one rzadko są na czas i raczej trzeba  godzinę wcześniej wychodzić niż potrzeba, co rano jest dosyć uciążliwe). Pisali tam też, że wymagany jest dyplom szkoły sredniej, którego ja w tym kraju nie posiadam, no ale w poprzednich wakaturach, na które się zgłaszałam parę lat temu też pisali, że dyplom jest wymaganay, a przecież w obydwu mnie na rozmowę zaprosili, a w jednym nawet inną pracę proponowali... 

Dlatego napisałam  list motywacyjny i chciałam wysłać, ale niestety okazuje się, że załączyć trzeba wszystkie trzy dokumnety: CV, list motywacyjni i kopie dyplomów. Bez tego nie dało się wysłać swojej kandydatury. Sprytne! Postanowiłam zadzownić do działu personalnego urzędu gminy, by się upewnić. Pani potwierdziła to, co stoi w ogłoszeniu, że dyplom jest wymagany i że bez tego nie ma szans. Pytała, czy kiedykolwiek starałam się w NARIC o uznanie dyplomu z Polski, ale gdy jej powiedziałam, że po pierwsze jestem już dosyć stara, a po wtóre w moim przypadku to koszt około tysiąca euro, bo moje dyplomy są na panieńskie nazwisko, a ja noszę aktualnie podwójne nazwisko składające się z nazwiska ex-małżonka i nazwiska małżonka aktualnego, co wymaga tłumaczenia przysięgłego nie tylko samych dyplomów, ale też aktów małżeństwa etc, a to nie są tanie rzeczy... Gdybym miała 20 lat mniej to miały by sens, ale mając prawie 5 dych na karku to trochę mija się z celem...

 Pani powiedziała to samo, co wcześniej sugerowała asystentka z biura pracy, że ona na moim miejscu by też nie wydawała pieniędzy na to, bo szanse na przyjęcie są bardzo małe, gdyż na każde miejsce zgłasza się bardzo dużo chętnych, a jak łatwo się domyślić (one tego nie powiedziały, ale szło wyczytać miedzy wierszami), że obcokrajowiec w moim wieku ma dużo mniejsze szanse na takie stanowisko państwowe, niż tubylec. Od tutejszych znajomych wiem ponadto, że tu - tak samo jak w PL - w urzędach panuje nepotyzm i kumoterstwo, tak że ten... No ale dobra, teraz przynajmniej wiem, na czym stoję i że tego typu drzwi są dla takich jak ja niestety często zamknięte.

Wiecie co jest jednak najbardziej wkurwiające? Ano to, że niby ponad 20 lat Polska należy do UE, ale przez ten czas rządy nie zrobiły nic, by dyplomy, choćby z tego durnego śmiesznego liceum, czy zawodówki były automatycznie uznawane w "partnerskich" krajach. Ja mam poza tym tytuł bibliotekarza, który teoretyczie też powinien być akceptowany i uznawany w innych krajach UE bez żadnej łaski. To samo dotyczy się pierdyliarda innych apsektów życia codziennego. Niby taka "unia" a i tak każdy chuj na swój strój. O wszystko trzeba błagać, płacić i jeszcze latami czekać na każdą decyzję. A chuj im wszystkim na grób.

Przede mną jeszcze jeden dzień informacyjny na temat pracy asystenta logistycznego i opiekuna medycznego w służbie zdrowia. Zabiorę nań swoje nowe pytania i zobaczymy, co z tego ostatecznie wyniknie. Póki co ciągle jestem za tym, żeby spróbować mimo wszystko, bo kurde. ludkowie,  nie mam nic innego. 

Na razie mam zasiłek więc jeszcze mogę cwaniakować i się obijać, ale patrząc na to, co się tu odpierdala, chyba nie ma co liczyć, że oni będą mi wiecznie płacić. Kryzys dopiero się zaczyna, a rząd już szuka oszczędności na najbiednieszych i najsłabszych ogniwach społeczeństwa, to co bedzie za parę miesiący...? Ceny wszystkiego rosną w szalonym tempie. Wszyscy szukają oszczędności, co zaczyna wywowyłać dosyć drastyczne zmiany i raczej dziwne sytuacje, których jeszcze rok temu bym się nie spodziewała...

W tym tygodniu napisała do mnie koleżanka ze stażu, znaczy kobieta, która tam pracowała wtedy... Okazuje się, że ta świetlica w zeszłym roku przestała istnieć (tak jak sie tego, nawiasem mówiąc, spodziewałyśmy). Koleżanka na razie pracuje w żłobku, ale to - jak napisała - nie dla niej. Pracy w żłobku nie może łączyć z rodziną, a jej partner jest niepełnosprawny, co też nie ułatwia życia. Złożyła już wypowiedzenie i szuka pracy, dlatego też zagaiła do mnie, bo myślała, że jeszcze pracuję i chciała spytać, czy nie wiem nic o wakatach w świetlicach. Okazało się, że starała się o pracę, bo był wakat (sama widziałam że był, bo w sumie non stop jest) w tej firmie, która przejeła "moje" świetlice, ale jej nie przyjęli... Nie wnikałam.

Dowiedziałam się przy okazji, że rodzice strasznie narzekają na tę firme, że ponoć bardzo dużo se krzykają za opiekę nad dziećmi. To jest bardzo ciekawa informacja, bo wiem już, że po kilkaset euro miesięcznie mniej płacą wychowawcom, tańsi mieli być rzekomo dla gminy, czyli atrakcyjniejsi, a teraz się okazuje, że rodzice bólą więcej pieniędzy za zapisanie dziecka, no i jeszcze koleżanka potwierdziła , co już słyszałam, że przejmują kolejne świetlice w kolejnych gminach prowadzone dotąd przez różne firmy... Monopolizm jeszczde nikomu nigdy na zdrowie nie wyszedł.

Wnioski nasuwaja się same: ktoś na tym niezłe lody musi kręcić! Domyślam się, że i ona nie dostała tam pracy, bo ma za duże doświadczenie i zbyt odpowiednie wykształcenie, a ta firma przecież nie potrzebowała wykształconych i doświadczonych, tylko na tyle głupich, by za marne grosze  na nich mogli orać nie patrząc ani na swoje, ani dzieci dobro. Nie wiem w jaką stronę zmierza ten kraj i ten świat w ogóle. Nie wiem nawet, czy chcę to wiedzieć...

Już o tym chyba pisałam, ale powiem jeszcze raz, że dla mnie też niezłym szokiem był fakt, że w biurze sprzątającym nie mają pracy dla Najstarszej, w sensie nie szukają nowych sprzątaczek, bo nie mają klientów... Dawniej to mało się nie zesrali, jak tylko ktoś chciał sprzątać... Oto właśnie zweryfikowałam kolejny punkt w swoich przekonaniach na temat tego kraju, bo przekonywałam ciągle ludzi, że na sprzątanie to każdego od razu przyjmią....Ale wychodzi na to, iż to już czas przeszły.

Ostatnio czytałam artykuł bodajże na stronie związków zawodowych, że setki ludzi zrezygnowało z usług pomocy domowych, bo jest to dla nich za drogie, a pozostali oczekują, że sprzątaczki będą szybciej i wydajniej pracować w krótszym czasie, bo ludzie nie są gotowi płacić więcej. Chcą płacić tyle samo, co rok pięć, czy 10 lat temu  i tyle samo mieć zrobione, a najlepiej jeszcze więcej. Super.

Pamiętam, jak na początku naszego pobytu tutaj, jedna znajoma starsza Polka opowiedziała nam, że jak ona (ze 40 lat wcześniej niż my) przybyła do Belgii, to jeden dom sprzątało się po 8 godzin, powoli, bez pośpiechu. Sporo sprzątaczek się zwyczajnie wtedy opieprzało cały dzień, oglądało telewizję u klientów, wisiało na telefonie etc. Potem to zinstytucjonowali, wprowadzili te słynne czeki i nagle ludzie zaczęli stwierdzać, że po 4-5 godzin srzątania im wystarczy, bo to drogo wychodzi no i zaczęli gonić sprzątaczki do galopu. Teraz wkraczamy chyba na kolejny etap, czyli jeszcze mniej godzin przy jeszcze większych oczekiwaniach. Świat idzie z postępem, co nie?

Moim nader skromnym zdaniem prowadzi to do powrotu sprzątania na czarno i niewolniczej pracy u leniwych bogaczy, a słabi i schorowani będą se sprzątać sami albo żyć w syfie. Ba, ja myślę, że to już się dzieje, że ludzie nie kupują czeków, bo zatrudnili pomoc domową na czarno. Znam ten rynek jakby trochę, znam ludzi jakby trochę, więc mogę połączyć kropki. Za moich czasów też wielu klientów z chęcią zatrudniło by mnie na czarno, co nie jeden proponował... Dopóki nie zakażą używania gotówki to ludzie będą z takiej alternatywnej opcji korzystać. Jeśli w koncu zakażą, to wszyscy będziemy i tak w dupie bez względu na okoliczności.

Świat się zmienia szybko, drastycznie, już dziś nie wiadomo co myśleć, czego oczekiwać jutro, jak żyć, co postanawiać...? Może powinnam zatem mieć wszystko w dupie...? Nie szukać pracy, żyć z zasiłku, udawać chorszą niż jestem i zobaczyć co się stanie...?  Bo może nie zabiorą mi zasiłku? Bo może przerzuty się w koncu pojawią i znowu będę mogła się w spokoju leczyć albo w spokoju umrzeć...? Serio już czasem nie wiem, co mysleć i jak postępować. Świat który znałam, którego się z mozołem nauczyłam przez lata już się zmienił i jest dla mnie znowu obcy, niezrozumiały, nieprzewidywalny, jak wtedy gdy miałam 5 czy 10 latek. Dziś mam 50 bez mała, ale nie czuję się ani odrobinę mądrzejsza ani pewniejsza. Różnica taka, że wtedy nie musiałam się sama o nic martwić i patrzyłam z nadzieją i ciekawością w przyszłość. Teraz większość życia już mam za sobą, ważniejsze cele życiowe odptaszkowane: założenie rodziny, urodzenie i wychowanie dzieci. Pracować też już pracowałam. Na co jeszcze mieć nadzieję? Chyba tylko na spokojną śmierć.

 Normalni zdrowi ludzie jeszcze liczą na wnuki. Ja mam nadzieję, że żadne z moich dzieci nie zdecyduje się na przedłużanie gatunku i nie przekaże naszych wybrakowanych genów dalej. Szkoda, że mnie przed tym nikt nie przestrzegł, a tylko wszyscy namawiali do rozmnażania. To było bardzo nierozsądne. Tacy jak ja nie powinni mieć dzieci. Ten świat nie jest miejscem dla takich jak my. My tu nie pasujemy i nigdy nie powinniśmy się byli narodzić. Niestety jesteśmy, więc jakoś musimy sobie radzić, ale z wiekiem jest coraz trudniej akceptować to wszystko, tę nieograniczoną podłość ludzi, to ludzkie zamiłowanie do przemocy, gwałtu, radość z cierpienia innych ludzi i zwierząt, tę wszechobecną głupotę, brak empatii, zrozumienia, sprawiedliwości , podziały na równych i równiejszych... Większość ludzi to podłe i głupie zwierzęta pragnące krwi, seksu, dobrobytu  i władzy nad resztą świata, a ja nie jestem w stanie tego zaakceptować ani się z tym pogodzić. 

Jeszcze jak mogłam chodzić do pracy, cos robić, coś dla innych znaczyć i nie miałam czasu na kontemplowanie świata, to jakoś szło. Walczyłam po prostu i parłam na przód. Teraz mam dość czasu, by zobaczyć świat taki jaki na prawdę jest, jaka ja jestem i jak sie ma jedno do drugiego i by zastanowić się nad wszystkim i teraz coraz bardziej zaczynam żałować wielu rzeczy. 

Patrzę dziś na młodych ludzi którzy dzis otwarcie mówią, że nie chcą mieć dzieci i biję im brawo. Gdybym mogła cofnąć czas zostawiając wiedzę, którą dziś mam, też bym nie zdecydowała się na macierzyństwo.

 Przekonano nas, że powinniśmy dążyć do przedłużenia gatunku za wszelką cenę nie patrząc na nic, niczym jakieś głupie pawiany czy inne tam żmije. A niby dlaczego akurat TEN gatunek powinien przetrwać? Po jaką cholerę, się pytam? Sorry, ale ja myślę, że Ziemia ma większe szanse na przetrwanie bez takiego pokurwieńca jakim jest człowiek. Im szybciej to wyginie tym lepiej dla Ziemii, nie tak?

Siedzę w domu i patrzę na ten gatunek i wcale mi się nie podoba, co widzę. My ludzie jesteśmy inteligentniejsi od inych zwierżat, mamy ręce i dobrze rozwiniete mózgi. Moglibyśmy uczynić tę planetę lepszym miejscem, ale wolimy ją niszczyć. Tam planetę, my ludzie niszczymy sami siebie, swój gatunek. Jeden drugiego by w łyżce wody utopił, by osiągnąć swój cel. Jeden z drugim jest skłonny, jak wielokrotnie w ostatnim czasie mogliśmy się przekonać, wybić całe miasta i wioski, wypalić ziemię, zatruć wodę i powietrze ot tak dla swojego wybujałego ego i swojej chorej wypaczonej fantazji. Zostawmy jednak wielkich bogatych pojebów, których nikt przy zdrowych zmysłach nie zrozumie. Popatrzmy jednak na małych. Tu na dole jest wcale nie lepiej. Ludzie to ludzie. To wcale nie jest dobry, ani jakoś specjalnie mądry gatunek. To głupie stada bezmyślnych baranów. Zdania nie zmienię, bo nie widzę ku temu powodów.

 Patrzę wokół i widzę, że następuje coraz większy podział społeczeństwa. Już dziś mamy tych równiejszych) , co "muszą mieć balans pomiędzy pracą a  życiem prywatnym, czas dla rodziny i swojego hobby", którzy pracują po kilka godzin w tygodniu, najlepiej bez wychodzenia z domu i tych (równych), którzy jebią od rana do nocy albo i po nocach, którzy robią coraz więcej nadgodzin, pracują w soboty i niedziele, kosztem rodziny i zdrowia, a o hobby czy urlopie  nawet nie mają sił myśleć,  bo i tak ich nie stać, gdyż mimo nadludzkiej pracy ledwo wiążą koniec z końcem, by ci z grupy pierwszej mieli bez kiwnięcia palcem codziennie świeży chlebuś, ładny dom, zadbany ogród, na dupie modne ubrania i buty, a pod domem wyczesany wózek albo i kilka.

Tak, tak zaraz jeden debil z drugim wyskoczy tu ze swoim oklepanym tekstem, że jakby się jeden z drugim bardziej postarał to by  też miał lekką pracę... Tylko niech se ten jeden z drugim debil w takim razie odpowie na pytanie, co by jadł i gdzie by mieszkał, gdyby wszyscy ludzie tylko leciutką pracę mieli...?

Ludzie nie szanują ciężkiej pracy drugiego człowieka. Ci, którym się udało zajść wyżej, znalezć lepszą pracę często gardzą tymi, którzy pracują ciężko na to, by oni,  ludzie suksecu mieli co do gara i na dupę włożyć, by miał kto im myć kibel ich dziećmi się zajmować i jeszczde im się wydaje, że każdy mógłby tak jak oni żyć, gdyby tylko się postarał, lecz to nie prawda. Świat nie jest w stanie póki co funkcjonwać bez ciężkiej pracy tysięcy ludzi. Ludzi, którzy produkują, pakują i dostarczają oraz sprzedają żywność, ubrania, buty. Ludzi, którzy dbają, by każdy miał dom, a w tym domu wodę, prąd, gaz, internet i wszelakiej maści urządzenia i zabawki. Ludzi, którzy budują, naprawiają i obsługują drogi, tory, lotniska, parki, szkołym szpitale... Ludzi, którzy rodzą i wychowują dzieci, które będą w przyszłości zarabiać na  emerytury wcześniejszego pokolenia... etc etc.

Każdy ma swoją rolę do spełniania, każdy jest potrzebny i dobrze by było, byśmy się wzajemnie szanowali i doceniali wzajemnie naszą pracę. Jednakże ludzie tacy nie są. Ludzie gardzą jeden drugim... No ale szczegół. Ja tego nie zmienię. Zaakceptować podziałów też niestety też nie potrafię, stąd we mnie ciągle tyle złości... 

Codziennie obserwuję jak ciężko pracuje mój Małżonek, jak powoli ale systematycznie pogarsza się jego zdrowie fizyczne jak i psychiczne. Ciągle wysłuchuję o tym jak traktuje się ludzi w jego i temu podobnych ciężkich zawodach wymagających ciężkiej,  czasem nadludzkiej pracy  fizycznej, dźwigania ogromnych ciężarów, ciągłej pracy w szkodliwych warunkach niszczacych systematycznie oczy, płuca, skórę, stawy, kręgosłup, mięśnie. Małżonek ma niewiele ponad 50 lat, do wieku emerytralnego brakuje mu ponad 10, a on już dziś często bez łyknięcia środków przeciwbólowych nie jest w stanie funkcjonować. Lekarze i fizjoterapeuci sugerują mu zmianę pracy, mówią że nie powinien już pracować tak ciężko fizycznie, bo jego zdrowie już na to nie pozwala. Ale jakoś żaden nie powie, co tacy ludzie, którzy całe życie przepracowali w jednym zawodzie teraz  niby mogli by robić...? Gdy zapytasz, rozłożą ręce...

Jak niby znaleźć ową lżejszą, odpowiedniejszą pracę? Jak przeżyłeś pół wieku, twoje zdrowie jest wyniszczone to nie masz już sił ani nawet motywacji, by uczyć się, doszkalać, przekwalifikowywać... No ale przede wszystkim nie masz kiedy ani jak, bo jebiesz od switu do zmierzchu, a potem łykasz pigułę, by choć odpoczywać móc z mniejszym bólem... Nie odpoczywasz jednak, bo jesteś zbyt zmęczony, zbyt zestresowany i zbyt obolały by zasnąć spokojnie, czy choćby posiedzieć bez bólu, skurczów i cierpnących rąk i nóg. A pojeb ci jeszcze z mównicy powie, być się dostosował i ciężej pracował, jak chcesz mieć emeryturę. 

A w robocie do tego non stop pretensje i oczekiwania, bo za wolno, za mało, bo nie chesz robic nadgodzin... Jebiesz i nic z tego nie masz. Porobisz opłaty, kupisz żarcie i inne potrzebne rzeczy i nie zostaje ci nic, a czasem nawet na coś braknie. Jak weźmiesz trzynastkę czy wakacyjne, łatasz dziury albo własnie coś extra sobie fundujesz, by utrzymać iluzję, że coś masz z tej ciężkiej pracy. No mamy bardzo dużo: poharatane zdrowie fizyczne i psychikę. Gdy o tym sobie przypomnisz, to wiesz, że na prawdę było warto pójśc do pracy w wieku 19 lat i całe życie i całe swoje zdrowie na nią zmarnować hahahaha.

I weź się nie wkurwiaj, jak widzisz, że w tym samym czasie znajomi "pracujący z domu"  i zarabiający dużo więcej niż fizyczni, w czasie, (podkreślmy: W CZASIE!) swojej pracy mają czas, by odebrać dzieci ze szkoły , ugotować obiad, zrobić pranie, pójść na spacer. A już na pewno mają czas spokojnie zjeść, co w takiej pracy jak ta Małżonka nie jest bynajmniej oczywiste, bo nie możesz ot tak zostawić rozpoczętego malowania, bo wtedy kilkanaście godzin albo i kilka dni pracy poszło by się bimbać, a szef by cię chyba zjadł. Małżonek czasem wieczorem mówi, że nawet wody się nie miał czasu napić, nie miał czasu zjeść, bo chciał skończyć robotę... Więc wieczorem nie ma już w ogóle smaku na jedzenie, a czachę rozsadza mu ból,  mięśnie łapią bolesne skurcze z braku płynów... Życie! W tak syfiastej pracy jak lakiernik nie możesz ot tak sobie po prostu wziąć kubka czy kanapki. Najpierw musisz się rozebrać z tego całego kombinezonu, maski, zmyć z siebie choć z grubsza farbę, wszystkie narzędzia zabezpieczyć, wymyć etc. To nie to samo, co np w bibliotece se odjechać kawałek fotelikiem od biurka i sięgnąc po kanapkę, by potem trzymając ją jedną ręką, drugą wystukiwać na kompie jakieś pilne sprawozdanie czy inny tam dokument, gdy czas nagli. Tak samo pielęgniarka nie zostawi pacjenta ze strzykawką w ręce, czy chirurg gościa na stole z otwartą klatą, gdy wydzwonią przerwę, tylko musi najpierw dokończyć swoją robotę...

Fajnie by było, gdyby każdy mógł pracować po 4 godziny dziennie i/lub tylko 3 dni w tygodniu, a pozostały czas poświęcić swojej rodzinie, na samorozwój, hobby, odpoczynek, spotkania z przyjaciółmi, a mimo to zarobić tyle, by było go na to wszystko stać. Jeśli tylko część społeczeństwa może sobie pozwolić na lżejszą pracę, tym samym zmuszając pozostałych do pracy jezcze cięższej to nie jest fajnie. Nie, tego nawet za normalne nie można uznać, przynajmniej gdy wygłasza się opinię, jakoby  wszyscy byliśmy równi. Nie, taki podział to jest zwykłe czyste skurwysyństwo i patologia, a nie równość, sprawiedliwość i demokracja.

Tymczasem belgijski premier nawoływał nie dawno kobiety do "wzięcia się za robotę", jak chcą mieć takie same zarobki i emerytury jak faceci. Nie bardzo wiem jak to się ma do braków tysięcy miejsc w żłobkach, świetlicach, domach spokojnej starości i hospicjach oraz kilkunastoletnich kolejek do przyznania niepełnosprawnemu dziecku miejsca w specjalnej placówce albo opiekuna. Następnym krokiem zatem powinna być, moim skromnym  zdaniem, wymuszona eutanazja starych, chorych, niepełnosprawnych oraz zakaz rodzenia dzieci, by kobiety mogły tym jakże sensoswnym zaleceniom jednego czy drugiego dupka oderwanego od rzeczywistości sprostać.  Chłop dostający 20 czy 30 tysięcy euro miesięcznie za pierdolenie tego typu głupot  będzie pouczał ludzi na temat pracy, oszczędności i życia. Przychlast! Co jak co, ale politycy to chyba w każdym kraju są tak samo pojebani i tak samo dalekie od prawdy jest ich wyobrażenie i pojęcie na temat rzeczywistości i życia zwykłych ludzi. 

Wkurwia mnie dziś wszystko! Łeb mnie napierdala i nic mi się nie chce. Ale to już chyba każdy zauważył czytając powyższe wypierdy. Czasem zwyczajnie mam chęć se poprzeklinać, ponarzekac i powyzywac ludzi. Co też właśnie powyżej uczyniłam. Od razu lepiej!

Nie będę ukrywać, że ta heca z nieudanym aplikowaniem do pracy w bibliotece mnie trochę wyprowadziła z równowagi, bo nie chcieć, a nie móc to jednak dwie różne rzeczy. Bo to jednak był mój plan B, czy tam C, jakaś w każdym razie opcja. Teraz mam jedną mniej, czyli na tę chwilę pozostaje mi zero, a to jakby mało i dosyć niekomfortowe uczucie tak nie mieć żadnego wyboru... No i ogólne przemyślenia w tym temacie, o których napisałam, że w sensie niby jesteśmy w unii, ale jakoś tego w codziennym życiu nie czuć. Tyle że mogliśmy wyjechać z PL bez ceregieli. Po 20 latach jednak człowiek by czegoś więcej oczekiwał, tak czy nie...? Jedyne co świetnie działa to wprowadzanie jakichś debilizmów z dupy wyjętych typu dopuszcalność kąta skrzywienia i żółtości banana. pff

No ale dobra, dajmy temu spokój. W tygodniu o tym wszak jakoś specjalnie nie myślałam, tylko teraz podczas pisania tak mi to znowu ciśnienie podniosło. Łeb mnie faktycznie boli od rana i kitosko się czuję, ale to nie ma z tym raczej wiele wspólnego, ot przypadek, ale ma wpływ na to, jak reaguję, a reaguję agresywnie. Coraz częściej tak reaguję na wszystko. Od razu z nerwami, agresją, wkurwem. Nie jestem już sobą od dawna. Jestem kłebkiem nerwów i wrakiem kobiety.

Wrocmy zatem do fajnych rzeczy, a było ich sporo w tym tygodniu. Żadne tam cuda, ale np pogoda była świetna. Mieliśmy 20 stopni, słonecznie, wiosennie ciepło... Możne nawet to było za ciepło, za nagle ta wiosna. To się odbija na zdrowiu.

Drzewa się już w tym tygodniu zazieleniły pięknie. Ptaki świetgolą jeszcze badziej niż w zeszłym tygodniu. Przez dwa dni czytałam książkę w ogródku, aż mnie zjarało... No bo tylko na chwilkę poszłam posiedzieć w słońcu, ale lektura mnie wciągnęła i chwilka zmieniła się w kilka godzin, a kremu z filtrem nie miał kto użyć. Nie poparzyło mnie, ale powinnam się była pokremować przed wyjściem na słońce bez rękawów i nogawek... dla własnego zdrowia. Fajnie jest tak "słuchać z twarzą w słońcu jak pulsuje Ziemia", słuchać śpiewu ptaków i mruczenia kur, które też lubią wylegiwać się w słońcu...

Przestawiłyśmy z Młodą kurniki i zrobiłyśmy na nowo rozgrodzenie naszych kurzych stad. Małżonek rozebrał stare kurze zadaszenie, które kiedyś sam zbudował, a które zaczęło się rozwalać. On nie jest wielkim fanem naszych kur, raczej wprost przeciwnie, ale sam se jest winien, że zawsze przytakuje wszystkiemum co powiem i co wymyślę. Dla mnie tak oznacza tak, a nie oznacza nie. Nie ma innej opcji ani niczego pomiędzy. Nie lubię się domyślac, nie umiem czytać z fusów, uznaję tylko jasne komunikaty. Jeśli ktoś uważa inaczej, to może mieć przesrane i to nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ale mnie przestaje zależeć...

 Obcięłyśmy znowu Rico pióra pod oczami, by znowu mogła widzieć jedzenie i swoje koleżanki. Zasrywania jest z tymi kurosami, ale jednocześnie one mają dla mnie działanie terapeutyczne: przyglądanie się im, dbanie o nie, gadanie do nich bardzo mnie relaksuje i uspokaja. 

To tylko kurczaki, ale dobrze choć dla kurczaków być kimś ważnym. Dobrze choć z kurczakami sobie pogadać, gdy nie masz do kogo pyska otworzyć przez całe dnie. Dawniej za młodego miałam swoje papużki i psa, którzy zastępowali mi relacje z ludźmi, z którymi  to ludźmi mi się relacji zbudować jakoś nigdy  nie udawało. Ludzie są dla mnie niezrozumiali. Ludzie tylko chcą brać nie dając nic w zamian. Ludzie są nieprzywidywalni, nieszczerzy i nie można temu ufać. 

 Teraz mam świnki i kurczaki. Świnki mnie zasadniczo wnerwiają, bo są dosyć głupie i uciążliwe, ale kurczaki są super. Kurczaki mają ciekawe życie, swoje relacje i są dosyć mądre. Kurczaki są moimi małymi puchatymi koleżankami, których wśród ludzi znaleźć nie potrafię. Nawet jak już znajdę to i tak na nic. Relacje z ludźmi są o wiele za trudne. 

Znowu musiałyśmy być w Antwerpii w interesach, że tak powiem, to znowu połaziłyśmy sobie po mieście. Miałam tego dnia rozmowę telefoniczną z VDAB, więc znalazłyśmy spokojną kawiarnię Oreno, gdzie mają duży wybór matchy i tam miałam czekać na telefon, ale okazało się, że po drugiej stronie ulicy odbywał się jakiś remont i napitatali młotem pneumatycznym jak dzicy. Wypiłyśmy zatem po matchy, a ja wsunęłam pyszny sernik ze spekulosem i przeniosłyśmy się do wietnamskiej kawiarni Phiin Ca Phe, gdzie już w faktycznym spokoju czekałam z kubkiem herbaty na telefon. Młoda zamówiła sobie matchamisu. 

nasze matche i sernik ze spekulosem

herbatka o skomplikowanej nazwie której nie pomnę

matchamisu

Baba zadzwoniła i zapytała, czy byłam na tych infomomentach. No byłam. To dobrze. Zanotowała i chciała się rozłączyć.  Przerwałam jej i  powiedziałam o tym, że chciałam wysłać CV do biblioteki, ale wymagają dyplomu, bo niech wie, że coś robiłam w kwestii szuaknai tej pracy. Ok. Zanotowała. Zaczęła sie żegnać. STOP. Powiedziałam, że jeszcze jeden infomoment chcę zaliczyć i że się zapisałam, a ona na to, że te kursy sa wszędzie takie same, więc raczej nic innego się nie dowiem... Co przepraszam?! Kursy może i są podobne, czy nawet takie same, ale na każdym takim spotkaniu można sie dowiedzieć czegoś ciekawego, nowego, innego... Patrzcie, o ilu rzeczach nie pomyślałam, co czytelnicy, obcy praktycznie ludzie,  mi uzmysłowili, a ta ci powie, że nic nowego się nie dowiem. Głupia! 

Nikt mi nie wmówi poza tym, że nie ma różnicy między odbywaniem kursu w Gandawie a Mechelen, zwłaszcza,  że to chodzi o dwie różne szkoły, a nie tę samą sieć. Tego głupiego niderlandzkiego uczyłam się w 4 różnych szkołach i w każdej było inaczej, a to wciąż był tylko niderlandzki, a nie cały nowy kierunek kształcenia z różnymi przedmiotami, stażami etc.

Zaczęłam mieć wrażenie, że baba chce się mnie zwyczajnie pozbyć, wykopać mnie na kurs i odptaszkować, że "pomogła" kolejnemu petentowi. I ja się dziwię, że ludzie 20 lat szukają pracy... Jak wszystkich wysyłali na przypadkowe kursy,  to ja się kurwa nie dziwię, że oni potem nie mogli znaleźć pracy. Niech sie goni!

A jeszcze przypadkiem zobaczyłam, że szpital,  w którym leczyłam raka, organizuje informacyjny wieczór bez zapisów. Ot, tego a tego dnia można wbić wieczorem pomiędzy 19 a 21 do szpitalnej kantyny i tam się dowiedzieć, jak wygląda praca w szpitalu na kuchni i na sprzątaniu. Mamy zamiar pójść z Najstarszą, bo dla niej może to być ciekawe. No okej, dla mnie ciekawe to też może być, bo ja lubię wszystko wiedzieć...

Po wypiciu swoich napojów postanowiłyśmy pójść z Młodą do MoMu Muzeum Mody, bo przechodząc koło niego, zauważyłyśmy, że jest otwarte. Dawno już chciałam tam wdepnąć, ale co byliśmy w Antwerpii, to był to poniedziałek i muzeum było nieczynne. 

Powiem wam, że dupy nie urywa. Moda to nie jest jakiś mój konik, ani w ogóle, ale spodziewałam się, że tak znane muzeum to jednak coś więcej ma do zaoferowania. Tymczasem stała wystawa przedstawia Belgijskich kreatorów mody, czyli ze dwóch na krzyż. Druga to nawet nie wiem, co przedstawiała, bo tam z 5 eksponatów było. Ciekawa była wystawa z Palestyny, gdzie opowiedziano o tradycjach, historii, ciekawostkach no i przedstawiała coś faktycznie interesującego. Ogólnie właśnie jakoś tak sie nastawiłam, że w takim muzeum to będzie właśnie przedstawiona cała historia mody, projektowania, szycia etc, a tu tak płyciutko, płyciutko. To nasze wiejskie muzeum łódek z poprzedniego wpisu prowadzone przez wolontariuszy było pierdyliard razy bogatsze i ciekawsze niż to całe słynne MoMu (Mode Museum). Kiedyś wybiorę się do Hasselt. Może tam jest co ciekawszego w muzeum mody. A może ja się zwyczajnie nie znam ani na muzeach, ani na modzie



















Szwendając się po mieście jak zwykle wypatrywałam ciekawych obiektów, którym mogłabym cyknąć zdjęcie. W mieście zawsze coś się dzieje, atk samo jak w lesie, tylko co innego. Nawet te same miejsca i budynki inaczej wyglądają za każdym razem albo na co innego zwróci się uwagę. Do specjalitski jechałyśmy tramwajem i czekałyśmy pod operą no to cykłam jej znowu fotkę:
.
opera

Nad przypadkowymi mijanymi drzwiami wypatrzyłam statki, no to cyk im fotkę. A same drzwi były zielone. To jest fajne w miastach te kolorowe drzwi, obrazki i rzeźby na murach, dachach, fikuśne klamki i kołatki, zmyślne dekoracje okien restauracji, sklepów itd itp.



Co kawałek jakiś posąg, rzeźba, durnostojka. A to znowu drzewo, krzak egzotyczna roślinność w środku miasta albo,  jak poniżej, pozostawione na ulicy dziecinne buciki.


dziecko zgubiło butki

oczko wodne pod Muzeum Sztuk Pięknych






miski z wodą dla psów pod restauracją


jakies zmutowane fiołki 


zabytkowe kołatki zawsze spoko

jakaś wniebowzięta uliczna dekoracja naścienna 

Codziennie wieczorem wypuszczamy kury za ogród. Idą sobie na łączkę i grzebią tam około godziny czy dwóch, a potem wracają grzecznie do domu. Czasem im towarzyszymy z młodymi i pomagamy im wykopywać dżdżownice i inne robaki. Wsuwają aż im się wola trzęsą. Łażą za nami krok w krok i przeszkadzają w kopaniu, bo każda chce pierwsza dopaść zdobycz. Kiedyś niechcący wykopałam jakieś większe stworzenie. Apka mówi, że to jakis rodzaj salamndry, ale na tych gatunkach to ja się kiepsko znam. Odnieśliśmy je z Młodym pod stare deski nad wodą mając nadzieję, że krzywda się stworzeniu tam nie stanie i będzie se dalej spać w spokoju.

 
Odkąd się cieplej zrobiło, częściej mam smak na zielonki. Kilka razy zrobiłam smoothie, które i Młody próbował. O dziwo wypił kieliszek (szklanki by nie dał rady) to zielone ze szpinakiem, selerem, kiwi, bananem, sokiem z limonki i napojem owsianym. Ziaren mu nie sypałam, bo tego by jego mózg nie zaakceptował. Cieszę się, że próbuje nowych smaków, nawet ja większość odrzuca.

Przeczytałam jedną z ostatnio kupionych książek. Nie najgorszy to był kryminał, ale też nie najlepszy. Dobrze się czytało, choć bez fajerwerków.

smoothie
Upiekłam znowu paskudne ciastka czekoladowe, bo potrzebowalam czegoś bardzo slodkiego. Dobre były.

brzydkie jak noc, smaczne na cud

Przetestowałam też kolejny nowy przepis wegetariański. Były to pulpety z tofu w sosie pomidorowym. Pulpety git, ale sos wyszedł ohydny. Użyłam przecieru z AH, który jest kwaśny i którego nie lubię,  ale zapomniałam, że to ten paskudny smak. Zwykle używam innego. Młoda uważa, że sos był dobry, bo ona lubi ten przecier. Dla mnie lepiej by było, jakbym pozostała przy samych pulpetach upieczonych w piekarniku, bo jeden zjadłam i był pyszny. Najstarszej w ogóle nie smakowało, Młody ani Małżonek nawet nie spróbowali. Dwa na dziesięć. Następnym razem zrobię te pulpety z innym sosem: może pieczarkowy, może serowy, koperkowy...? Precz z sosami pomidorowymi! Od czasu chemoteriapii, kiedy to raz wypiłam w szpitalu zupkę pomidorową, czy dyniową i potem bardzo źle się czułam (nie z powodu zupy tylko chemii) mój mózg nienawidzi pomidorowych zup i sosów. Uznaje je za trujące i nie pozwala mi ich jeść wywołując mdłości na sam zapach, ale ja czasem próbuję... z marnym skutkiem haha.

wege szama

pulpety z tofu w sosie pomidorowym

W tym tygodniu pobiłyśmy z Najstarszą swój rekord w chodzeniu. Jednego dnia przemaszerowwałyśmy ponad 11 kilometrów, co zajęło nam dwie godziny i 20 minut. A kolejnego dnia też poszłyśmy, ale już spokojnie tylko niewiele ponad 3 km.

Najstarsza znalazła piórko sroki po drodze, z którego Młody bardzo się ucieszył. Sam innego dnia przytargał z lasu pióro ogonowe bażanta, które wypatrzyli z kolegami, jak tłukli się tam któregoś popołudnia.

Nie chodzimy codziennie, bo co chwilę coś wypada, że się nie pójdzie. A to wypad do miasta czy urzędu, a to kitowe samopoczucie, a to znowu czyste lenistwo... Nie szkodzi. Dobrze jak z raz czy dwa rzy w tygodniu pójdziemy. To lepsze niż nic. A chodzenie po mieście, czy pedałowanie do sklepu to też ruch, też sport, wysiłek fizyczny. Trzeba sobie przychwalać, bo co innego człowiekowi pozostaje hehe.


Byłam z Młodym na prześwietleniu. Faktycznie ma zwichrowany kręgosłup. Nie jest to jakieś koszmarne skrzywienie, ale widoczne aż nadto wyraźnie na fotografii. Nie umówiłam jeszcze wizyty ani u rodzinnego, ani u fizjoterapeuty, bo znowu miałam kiepskie dni, w których nic nie idzie załatwić, gdyż sił za mało i mózg nie mózguje. 

Jak człowiek wpadnie na dno piekła, nie łatwo się jest wydostać ku światłu. Ledwie wespniesz się pięć kroków,  już jakiś demon ciągnie cię za kostkę. Co podczołgasz się w górę, to potykasz się i staczasz w dół. To mozolna i długa droga pełna zakrętów, przeszkód i rozpadlin. Nie wiem, kiedy ją pokonam i czy w ogóle. Czasem mi się nie chce chcieć. Czasem mam chęć skoczyć i zakończyć to raz na zawsze.

Dobrze, że jest wiosna i dużo światła, ale nawet to ciągle jest za mało. No ale szczegół.

Po niedzieli może będzie lepszy czas na dzwonienie po doktorach, ale i bez tego już wiemy, że Młody ma skoliozę, bo doktor z przychodni radiologicznej to wyraźnie napisał, a my se przeczytaliśmy. Nie wiem jeszcze co to w praktyce oznacza, ale wątpię że coś dobrego. No jak nie urok to sraczka, mówiłam już nie raz. Plecki Młodego ciagle pobolewają, jak tylko połazi czy rowerem pojeździ, a nawet bez tego. Może fizjoterapia coś mu pomoże, a może nie. Ubaw ma, tak jak się spodziewałam, ze zdjęcia swojego szkieletu. Od razu pobrał se te obrazki na swój komputer i na telefon i dobrze się im poprzyglądał. Poczytal też trochę o skoliozie i dowiedział się, że trzab wzmocnić m.in mięśnie brzucha, ale czeka na wizytę u lekarza.

Obiecywłam sobie, że w tym tygodniu zabiorę się też w końcu za wypełnienie tych papierów do FOD-u dla Najstarszej, bo chyba nie ma co już liczyć na obiecaną pomoc urzędników. Rwią się wszyscy do pomocy ludziom w potrzebie, aż mało się nie wybiją w drzwiach. Co się będzie jeden z drugi spieszył. Im przecież okrągła sumka wpływa systematycznie na konto bez wzgledu na to czy komuś fakrycznie w czymś pomogą, czy nawet palcem w bucie nie kiwną. Tego nikt przecież nie sprawdza. Nieiepełnosprawny się przecież nie poskarży, bo przecież jest na to za chudy w uszach. Pomijajać moją złośliwość to,  patrząc na to, co się dzieje, to pewnie ci ludzie faktycznie mają  teraz roboty od groma i ciut ciut. Ale co to zmienia w naszym przypadku? Dla nas to żadne usprawiedliwienie. Za miesiąc mojemu dziecku kończy sie zasiłek i zostanie bez grosza, bez pracy, bez realnej pomocy i wsparcia, bo to wszystko to jest pic na wodę fotomontaż i gra na pokaz. Na rozpatrzenie wniosku o uznanie niepełnosprawności i ewentualne przyznanie zasiłku czeka się minumum pół roku. Jako się rzekło, ona mieszka z nami, ma nas, z głodu nie umrze, ale co z ludźmi jej podobnymi, którzy nie mają na kogo liczyć? I jak tu się nie dołować na każdym kroku? Jak sie nie martwić, nie myśleć o tym wszystkim, skoro non stop musimy się z tym mierzyć. Każdego dnia trzeba szukać nowego rozwiązania, wypełniać jakieś dokumenty, dobijać się do jakiegoś urzędu, lekarza, specjalisty. A propos specjalisty, to Młodej się przypomniało, że ciągle nie mamy żadnego odzewu ze szpitala w Gandawie. Po tym jak jakaś baba napisała, że przekazała dokumenty i skierowanie pani doktor-profesor nie było więcej żadnego odzewu. Ani nie potwierdzili, że będzie kiedykolwiek jakaś wizyta, ani nie napisali, żeby spadać na drzewo i tak se żyjesz ciągle w zawieszeniu nie wiedząc co począć, czy czekać jeszcze pod drzwiami, czy próbować wepchać się oknem... 


nasza trasa


drzwi wypatrzone na sąsiednij wsi


niebo było piękne


cd trasy marszowej


skrzynka na listy


i jeszcze trochę nieba wiosennego


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...