Wybraliśmy się w końcu ponownie do tej Pairi Daizy. Jak niektórzy może pamiętają byłam tam z Młodym we wrześniu i obiecaliśmy sobie wtedy, że za niedługo wrócimy, by dokończyć zwiedzanie. Trochę to jednak trwało, bo to nie takie hop siup. Raz że to nie są tanie rzeczy - bilet prawie 50€ od osoby, plus oczywiście pociąg, jedzenie itd. Podróż pociągiem od nas trwa około 2 godzin, a licząc rowerowanie na dworzec to jeszcze pół godziny dochodzi, czyli w obie strony to lekko 5 godzin w drodze. Do tam jedzie się jeszcze spoko, bo człowiek cieszy się na przygodę, więc mu czas szybko leci, ale jak po całym dniu łażenia jesteś wykończony, zmęczony, obolały i nie marzysz o niczym innym jak tylko szybka kąpiel i wskoczenie do łóżka, a tu przed tobą 2 godziny podróży z dwoma przesiadkami to już nie jest lekko. Najtrudniej jest po tych dwóch godzinach siedzenia i przysypiania w cieplutkim pociągu wsiąść potem na rower i pedałować do domu. Pięć kilometrów wydaje się wtedy drogą nie do przebycia. Nawet jak masz motorek w rowerze, który ci to zadanie ułatwia to jednak ciągle musisz kopytami machać.
ALE BYŁO WARTO!
Od połowy marca w Pairi Daiza trwa tzw Floral Dreams, kiedy 70 hektarów ogrodu zamienia się w kwietną łąkę. W tym roku Pairi Daiza ochrzciła oficjalnie własny gatunek tulipana Tulipa "Pairi Daiza", który opracowana we współpracy z holenderskim producentem cebul kwiatowych JUB Holland. 3 tysice cebul posadzono wyłącznie w tym ogrodzie, ale w jesieni cebulki tego tulipana można będzie kupić w sklepikach Pairi Daiza. To piękne tulipany: soczyście żółte pełne kwiaty przypominające piwonie.
Ogólnie na terenie ogrodu można spotkać ponad 200 gatunków tulipanów, a poza tulipanami kwitną żonkile, magnolie, wiśnie, kamelie...
![]() |
| tulipany Pairi Daiza |
Pairi Daiza jest sama w sobie pięknym ogrodem, ale w tym sezonie jest szczególnie zachwycająca. Po całym ogrodzie rozmieszczone są też kolorowe pięknie ozdobione wielkie pisanki. Takie małe dzieła sztuki, ale chyba tylko dwum zrobiłam zdjęcie... Jakos tak wyszło ;-)
![]() |
| jedna z pisanek |
![]() |
| tulpy przed wejściem do ogrodu |
![]() |
| te żółte to oczywiście ów nowy gatunek Pairi Daiza |
Poza tym mieszka tam dobrowolnie lub prawie dobrowolnie mnóstwo ptaków. W sensie, że nie są zamknięte, tylko zwyczajnie odnalazły dogodne warunki do życia na terenie ogrodu. Spotkaliśmy mnóstwo różnych gatunków kaczek i gęsi, które z maluchami maszerowały pomiędzy ludźmi i czasem żebrały o jedzenie. Karmić ich nie wolno, ale ludzie to ludzie... ech.
Najfajniejsze jednak są bociany. Tutaj we Flandrii rzadko można te piękne ptaki spotkać, ale tam w tym zoo mają dziesiątki gniazd: na specjalnych słupach, na drzewach i na dachach budynków. Klekocze ci toto cały czas i fruwa ci nad głową albo maszeruje po ogrodowych ścieżkach. Niektóre osiedliły się poza murami ogrodu na słupach. Kocham bociany i brakuje mi ich widoku, który w Polsce był taki oczywisty i zwyczajny. Ale i Młody, który nie pamięta boćków z Polski, zachwycał się nimi i ostro fotografował boćki i na gniazdach, i nad wodą, i na ścieżkach, i w locie...
![]() |
| ptactwo nad stawem w ogrodzie Pairi Daiza |
Poza bociananmi i kaczkowatymi pomiędzy ludźmi plątają się też pawie i teraz mają piękne ogony. Jeden nawet zrobił nam tę przyjemność i pochwalił się tym cudem świata rozkładając szeroko i popisujac się przed białą samicą, która spoglądała na niego z dachu jakiegoś budynku. Na dachu siedział też konkurent z rozłożonym ogonem, ale tylko końce piór było widać zza załamania dachu.
Oglądanie zoo rozpoczęliśmy tym razem od wizyty w dwupiętrowego akwarium, gdzie podziwialiśmy różne mniej lub bardziej dziwne rybska, ukwiały, koralowce i meduzy.
Akwarium La Nautilus mieści się w XIX-wiecznym neugotyckim zamku. Żyje w nim ok 3 tysięcy zwierzątek morskich, głównie tropikalnych. Można tam też nocować w kajucie z widokiem na rekiny.
Na terenie parku jest kilka miejsc noclegowych w sąsiedztwie zwierząt. Miejsca jednak trzeba długo wcześniej rezerwować i nie są to tanie rzeczy.
![]() |
| z przodu "pisanka", w tle zamek-akwarium |
Potem poszliśmy coś zjeść i chwilę odpocząć. Wybraliśmy pierwszą lepszą jadłodajnię nieopodal wejścia i owego akwarium. Ogromy budynek, gdzie siedzi się niby pod dachem i wśród ścian, ale gdzie jest ogrom przestrezni i gdzie wróble i inne małe ptaszki lądują ci na stole i kradną frytki, a pomiędzy stołami maszerują jakieś pawiopodobne ptaszydła wielkości indyka. Z wybiegów mieszczących się w tym samym budynków spoglądają na człowieka papugi, tukany i różne małpki czy tym podobne istoty. Fajny klimat, ale ceny żarcia trochę powalające, co co prawda wiedziałam po ostatniej wizycie, ale i tak lekką przesadą wydało mi się zapłacenie 70€ za trzy porcje frytek, wegańską lazanię i 3 pulpeciki w pomidorach oraz kilka napojów 3 w kartonikach i 2 w puszkach. No ale panie, najlepszy hit to że majonez i ketchup, który zwykle jest gratis, tutaj kosztował 1,50€ za to takie małe pudełeczko na dwa lizy. Kuźwa za te pieniądze, to byśmy po wielkiej flaszce majonezu i ketchupu mieli haha. No ale cóż...
Poniżej dwa stworzonka mieszkające w owej restauracji. Młody robił więcej zdjęć, a mnie się jakoś nie chciało...
Poza tym mieliśmy ze sobą piknik. Dziewczyny skoczyły przed wyjazdem do sklepu, gdzie kupiły różne drożdżówki, pudełko świeżych truskawek i trochę napojów. Zatem drugą przerwę już przy stoliku na zewnątrz sobie zrobiliśmy zaraz po tym, jak pobawiliśmy się ze zwierzętami domowymi w "kinderboerderij". Wygłaskaliśmy kozy i owce, pośmialiśmy się ze świnek morskich śpiących na wielkich królikach i z wielkich królików blokujących wejście do kurnika. Zachwycaliśmy się maleńkimi kurkami z rasy brodatej kury antwerpskiej grubbe baardkriel. No przesłodkie ci to ptaszątka, ale owo "GRUBBE" to nas rozbawiło haha.
![]() |
| maleńkie kurki brodate |
Potem przewieźliśmy się kolejką parową, za którą trzeba dodatkowo wybólić po 7€ (jak się ma abonament to 6 euro, no co za zniżka, panie). Czyste zdzierstwo! Kolejka jedzie około 20 minut i, powiedzmy sobie szczerze, całe gie z niej widać. Niby widzieliśmy słonie (z daleka) i hipopotamy (z daleka) i parę innych zwierzaków z daleka, ale nie było to warte wydanie 27 euro na pewno. Nie polecam.
![]() |
| słonie widziane z mini-pociągu |
Na koniec poszliśmy szukać wilków syberyjskich, których nie zobaczyliśmy z Młodym poprzednim razem, a na których zobaczeniu nam zależało. Zobaczyliśmy je, ale pech, że akurat pracownicy zoo przyszli na wybieg jakieś deski przykręcać okurat pod pomostem, z którego można bylo robić zdjęcia, i wilki uciekły na drugą stronę wybiegu za drzewa. Młody nie zdążył narobić porządnych zdjęć, choć coś tam cyknął zanim uciekły. Ja nie mam ani jednej fotki.
Chwilę gapiliśmy się też na szopy bo to takie sympatyczne stworzenia. Dziewczyny chciały jeszcze pingwiny odwiedzić i miśki polarne, no to żeśmy poszli. I tak godziny otwarcia zoo zaczęły dobiegać końca i trzeba było się zbierać. Nie zobaczyliśmy za wiele tym razem, ale ten ogród jest ogromny i przejście od wybiegu do wybiegu to dosyć długa trasa, a my nie lubimy oglądać w biegu. Lepiej zobaczyć 5 rzeczy, a dokładnie na spokojnie. Zoo nie ucieknie. Jeszcze może będzie okazja tam wrócić nie raz.
Na koniec dnia apka pokazała, że przetuptaliśmy 15 tysięcy kroków, czyli będzie około 10 kilometrów, a wydawało by się, że niewiele przeszliśmy.
Podróż w obie strony tym razem odbyła się bez większych niespodzianek. Nie licząc klosza od lampy w pociągu na schodach na górne piętro wagonu, który nagle odpadł z hukiem podczas jazdy, co było dosyć śmieszne.
No dobra, pierwszy pociąg którym mieliśmy wracać, miał 15 minut opóźnienia, co uniemożliwiło złapanie połączenia, więc pojechaliśmy następnym w innej konfiguracji, no i z Brukseli do nas też coś z kwadrans później przyjechał, ale to mieści się w belgijskiej normie.
A spektakularne było halo widziane ze stacji w Cambron-Costeau i przez sporą część drogi, czyli tęcza pomiędzy chmurami na niebie. Jednakowoż po zobaczeniu tych wszystkich cudów w zoo, takie coś już nie robi wrażenia. Co innego jak zobaczysz halo w zwykły szary dzień roboczy.
Wracając do spraw przyziemnych...
W tym tygodniu Najstarsza miała rozmowę telefoniczną z VDAB. Ziomek zadzwonił i mówi, że oczekiwał Najstarszej w biurze... Taa, nawet w esemesie przypominającym stoi, że to rozmowa telefoniczna. No i znowu wychodzi na to, że ci ludzie to chyba sami nie orientują się swojej robocie, a drugiego chcą pouczać haha.
Dla Najstarszej rozmowa telefoniczna to o wiele za wysoki próg, więc ja rozmawiałam na głośnomówiącym, by ona dobrze wszystko słyszała. Opowiedziałam ziomkomi o wszystkich zakładach pracy chronionej, które znalazłyśmy w necie i które by Najstarszą ewentualnie interesowały.
Powiedziałam, że wybieramy się na wieczór informacyjny do szpitala, gdzie nie wymagane są zapisy, a gdzie można zapoznać się z pracą w szpitalnej kuchni i przy sprzątaniu. Opowiedziałam o kursach sprzatania, które Najstarszą interesują i o wizycie w biurze sprzątającym...
Chłop zdawał sie być zszokowany. Sam musiał szukać w necie tego wieczru informacyjnego i zdawał sie, po głosie wnioskując, być zdziwiony jego faktycznym istnieniem... Ze trzy razy w trakcie rozmowy powiedział, że gratuluje, iż tak dużo sami zrobiliśmy, że to godne podziwu i żeby tak dalej...
A ja ciągle się zastanawiam, czy to nie jest oczywiste dla każdego, kto szuka pracy, by faktycznie szukać w necie różnych opcji, zwłaszca jak ktoś ci już coś zasugeruje, podpowie, pokaże możliwości, zaproponuje wsparcie i pomoc w formalnościach etc... ? No ale my jesteśmy dziwni i autystyczni i nie wiemy jak należy się właściwie zachowywać i reagowac w takich sytuacjach, więc może zachwoujemy się nie tak jak należy...
Umówiłam Młodemu wizytę u lekarki, która go skierowała na prześwietlenie kręgosłupa, by omówić wyniki, ale trzeba na tę wizytę poczekać 2 tygodnie, bo lekarka była teraz na tygodniowym urlopie. Jako że otzrymaliśmy od niej skierowanie do fizjoterapeuty w razie takiej sytuacji, że rentgen potwierdzi skoliozę, a na wizytę będziemy czekać, to skontaktowałam się z naszą nadworną kinezystką (fizjoterapeutką) i Młody mógł zaraz za dwa dni pójść na pierwszą wizytę. Najpierw poleżał ze pół godziny pod takimi oto lampkami, a potem pani zrobiła mu masażyk plecków, dzięki któremu dowiedział się co to "śmiechoból", o którym ja i Młoda nie raz mówiłyśmy haha.
Babka zaproponowała, że jak chcę, to mogę z nim zostać, a on nie miał nic przeciwko temu, więc zostałam. Pogadałam z nią na temat skoliozy i ona uważa, że na to tak na prawdę to nic nie pomaga. Mówi, że niektórzy proponują ćwiczenia i inne zabiegi, ale z jej wieloletniego doświadczenia wynika, że to nic za bardzo nie zmienia. Przy dużych skrzywieniach ludzie noszą gorsety, jak powiedziała, i wtedy potzrebna jest fizjoterapia, żeby niepracujące mięśnie utzrymać w sprawności, ale poza tym nie ma większego sensu. Oczywiście masaż czy nagrzewanie może zadziałać tymczasowo na ból. Ona jest niemal pewna, że ów ból pleców to wynik dźwigania roweru, o którym jej powiedziałam, choć etap szybkiego wzrostu nastoletniego też jak najbardziej może mieć wpływ. Zaleciła mu systematyczne ciepłe kąpiele w wannie, bo ciepło bardzo dobrze działa. Ona specjalizuje się w technikach dalekowschodnich i uważa, że w tym wypadku ważne są nerki i że nad tym będzie pracować. W następnym tygodniu ma kolejne dwie wizyty i zobaczymy, co z tego wyniknie na dłuższą metę.
Znudziło mi się też już czekanie na tę obiecaną (i to co najmniej dwukrotnie - nawet na piśmie to mamy!) pomoc w wypełnieniu dokomentów do FOD i któregoś dnia siadłam w koncu z Najstarszą do kompa i wypełniłyśmy wszystko, co się dało online. Teraz już bowiem nie daje się tego robić na papierze, jak dawniej.
Dużo tam było pytań na temat problemów w codziennym funkcjonowaniu. Wszystko napisaliśmy tak jak jest i zobaczymy co z tego wyniknie i czy cokolwiek. Teraz trzeba czekać aż przyślą informację, że trzeba iść do rodzinnego lekarza, by wypełnił swoje formularze. Mam też nadzieję, że podadzą jakąś możliwość dosłania dokumentów potwierdzających to co pisaliśmy w formularzach, czyli fakty że Najstarsza faktycznie ma problemy z pewnymi aspektami życia. Miejmy nadzieję, że przyznają jej jakiś stopień niepełnosprawności, tak żeby pomogło jej to w przyszłości w znalezieniu odpowiedniej pracy czy ewentualnemu otrzymaniu wsparcia finansowego, gdyby nie była w stanie pracować na cały etat, a jak na razie zdecydowanie nie jest.
Poniższe gruchające gołąbki grzywacze wypatrzyłam kiedyś podczas spaceru z Najstarszą. Słodziaki.
Byłam kiedyś w końcu w azylu dla ptaków i dzikich zwierząt w sprawie wolontariatu. Chłop wypełnił mi dokument do funduszu zdrowia i powiedział, że mogę przychodzić kiedy mi pasuje, a wolontariusze pracują na trzy zmiany: poranną, popołudniową i wieczorną. Poranna zaczyna się o 9, a wieczorna kończy o 22m czyli po 4-5 godzin na zmianę. Oczywiście przychodzi się, gdy potrzeba pomocy wolontariuszy. Byłam przed południem i akurat trafiłam na karmienie zwierząt przez grupę wolontariuszy. Pan oprowadził mnie ekspersem, bo już ktoś tam czekał w interesach, po całym azylu i pokazał wszyskie zwierzaki oraz zapoznał z grubsza z zasadami bezpieczeństwa. Dostałam regulamin do poczytania na spokojnie w domu. Dużo informacji, dużo zasad, ale może ogarnę powoli...
Młody niestety musi jeszcze rok poczekać, by móc pomagać przy zwierzakach. Okazuje się, że zasady już się zmieniły i aktualnie potrzeba mieć skończone 15 lat, a nie 14, jak to było wcześniej. To jest związane z ubezpieczeniem.
Wysłałam wniosek do swojego Funduszu Zdrowia przez internet i teraz już mogę zaczynać. Zakłądam oczywiście, że dostanę zezwolenie na ten wolontariat, ale pożyjemy zobaczymy... To działa tak samo jak z rozpoczynaniem pracy - można wysłać wniosek dzień przed jej rozpoczęciem i od razu zaczynać bez czekania na zezwolenie lekarza orzecznika. Jak uzna, że nie możesz tego robić to po prostu musisz przerwać i tyle. Tak to działa - trochę bez sensu, ale z drugiej strony ma to sens, bo jakbyśmy chcieli czekć najpierw na decyzję to moglibyśmy nigdy nie dostać pracy, czy wolontariatu...
Nie jest to dla mnie jednak bynajmniej sprawa życia i śmierci. Mogę bez tego spokojne żyć, ale było by fajnie móc czasem wyjść do ludzi (i zwierząt) i porobić coś pozytecznego, a przy okazji nauczyć się ciekawych rzeczy, poznać ludzi, pogadać z kimś. Z drugiej strony to też dla mnie rodzaj testu, jaki to będzie mieć wpływ na moje szeroko pojęte zdrowie. Nie mam pojęcia, czy podołam temu, ale próba nie strzelba.
W regulaminie są wyraźne wytyczne co do pracy "w strefie pomarańczowej", czyli tam gdzie przebywają zwierzęta podejrzane o jakąś potencjalnie niebezpieczną chorobę. Ludzie ze słabą odpornością, ale też przeziębieni, z grypą żołądkową itp mają kategoryczny zakaz zbliżania się do tego miejsca. Mają też zakaz brania do rąk podejrzanych o chorobę zwierząt, odbierania przynoszonych przez ludzi zwierząt, dotykania martwych zwierząt etc.
No ale dobra, zobaczymy, czy to co dla mnie, czy nie.
W zeszły weekend wybrałam się z kolei na poszukiwanie niebieskiego lasku w sąsiedniej wsi, którego zdjęcia pokazał mi Instagram. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale serio nie cyganili na fotkach. I tak okazuje się, że jakieś 6 czy 7 kilometrów od chałupy mamy taki lasek, ale przeżyliśmy tu kilkanaście lat nie mając o tym pojęcia.
Wzięłam rower między nogi i udałam się powoli w pokazanym przez mapę w telefonie kierunku. Gdy dotarłam polną ścieżką do jakichś krzaków od razu zobaczyłam niebieskie przebłyski pomiędzy krzakami. ZOstawiłam rower i podreptałam ściężyną leśną, a tam, panie, cud wielki mym oczom się ukazał. Nosowi też zresztą miło się zrobiło... przynajmniej na początku gdy po prostu upajał się zapachem tysięcy hiacyntów. Potem aktywowała się alergia i zaczęłam kichać i kaszleć. Wtedy uznałam, że pora zabierać dupę w troki i wracać do domu, zanim mnie to diablestwo udusi haha.
Siedziałam tam jednak z pół godziny i po prostu się lampiłam na ten cud natury i upajałam zapachem. Nikt mi w tym nie przeszkadzał, bo żywej duszy tam nie było. Wchodząc do lasu, spotkałam jednego człowieka, który stamtąd wychodził. Wychodząc spotkałam parę emerytów, którz doradzili mi obejść cały las w koło, że tam spotkam jeszcze więcej kwiatków i tak zaiste było. W centrum tego bodajże 10-hekatorowego zagajnika jest plac zabaw i tam tłukły się chyba jakies skauty, bo wszyscy mieli takie same stroje, ale poza tym spokój i tylko śpiew ptaków słychac było. Raj na Ziemi, panie.
Lasek nazywa się Kartelobos i znajduje się w poblizu Asse. Nieopodal jest Kravalbos, w którym kiedyś mazerowałam wspólnie z Młodym.
Fajne tam są też ścieżki na rower górski. No, na moją Ciri też akuratne haha.
![]() |
| trochę dyrkało jak tędy rowerowałam |
![]() |
| żuczka spotkałam w lesie |
![]() |
| droga w górę |
![]() |
| tam w dole, hajno za lasem jest moja gmina ;-) |
![]() |
| zuczek raz jeszcze |
![]() |
| Rico stoi |
![]() |
| Rico odpoczywa |
![]() |
| obszekało nas przez okno trzy małe pieski |
![]() |
| gęsi kanadyjskie, którym się nie podobało, że tamtędy idziemy |
![]() |
| "Jak to człowiek mnie widzi? Przecież się schowałem" |
![]() |
| browar Palm |
![]() |
| browar Palm z oddali |














































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...