1 września 2016

Zamotańcy mają łatwiej :P

Właśnie doszłam do wniosku, że w Belgii koniec wakacji i początek roku są o wiele mniej stresujące niż w Polsce, ale w wiele bardziej zamotane to wszystko jest... Takie wrażenie osobiste.

dawno temu w Polsce

W Polsce - jak mi podpowiadają wspomnienia - był to czas wielkiego stresu. Głównie w kwestiach, ile będą kosztowały podręczniki? Czy uda się wszystkie kupić przez wakacje i ile księgarń trzeba będzie oblecieć i obdzwonić? (Ostatnie lata na szczęście kupowałam przez internet i moje dzieci jako jedne z nielicznych miały wszystkie książki już 1 września, a do tego dużo taniej wychodziło i bez wychodzenia z domu) Czy starczy pieniędzy ma wszystko? Zeszyty, piórniki, plecaki, kapcie po szkole, przybory szkolne... Czy lepiej kupić tanie i za miesiąc szukać po sklepach nowych, czy wyłożyć więcej, by wytrzymało dłużej? Dlaczego to wszystko takie drogie? 


Ostatni dzień wakacji to czas poszukiwania białych bluzek po sklepach lub znajomych, bo zeszłoroczne już za małe lub poplamione i prasowanie tego wszystkiego, bo przecież rozpoczęcie roku musi być uroczyste i eleganckie. Więc dziewczynki w białych bluzkach i granatowych lub czarnych spódniczkach, chłopcy białe koszule i ciemne spodnie, niektórzy muchy i krawaty. Przed szkołą obowiązkowa Msza Święta kończona  często piękną pieśnią "My chcemy Boga Panno Święta".


 Bardzo miło wspominam te tradycje. Pierwszy września w Polsce to bardzo uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, przemówienie dyrektora, spotkanie ze swoim wychowawcą i obejrzenie swojej klasy, co trwa nie więcej niż 2 godziny razem z Mszą, a potem luzik :-)

dawno temu w Polsce
W Belgii (przynajmniej u nas w naszych szkołach we Flandrii) do podstawówki podręczników ani żadnych przyborów nie trzeba kupować - wszystko czeka na uczniów w szkole ufundowane przez króla i innych rządzących. Do  średniej zamawia się przez internet w poleconej przez szkołę księgarni jeszcze w czerwcu, a w sierpniu odbiera się paczkę w szkole w wyznaczony dzień. My byliśmy w zeszłą sobotę po książki i laptopa.
Ostatnie dni wakacji to ostatnia szansa zapisu do szkoły - zarówno podstawowej, czy średniej jak i  do wszelakich szkół muzycznych, tanecznych,  plastycznych, czy językowych. Zakładając że jeszcze gdzieś są wolne miejsca, co nie jest bynajmniej oczywiste. Raczej wprost przeciwnie....

Ostatni tydzień wakacji to także czas uroczystych powitań w szkołach i przedszkolach. To co w PL odbywa się 1 września, tyle że to nikt się na biało czarno nie ubiera ani na rozpoczęcie ani na zakończenie roku szkolnego. Każdy przychodzi ubrany  jak chce. W szkole średniej - podobnie jak rok temu - była zabawa w szukanie swojej klasy i puszczanie balonów. Sympatyczna tradycja.

Pierwszego września  jest już normalny dzień nauki. Dzieci przychodzą o ósmej i siedzą do pół do czwartej, czynne są też już świetlice zarówno przed lekcjami jak i po. Msze święte na rozpoczęcie roku szkolnego też są, ale tylko w szkołach katolickich i nie w pierwszy dzień, tylko trochę później. U dziewczyn bodajże w przyszłym tygodniu. Uczestnictwo w każdym bądź razie jest obowiązkowe. 

W zeszłym tygodniu zapisaliśmy nasze obie dziewczyny do Akademii Sztuk Pięknych (acadamie voor schone kunsten). Pamiętając o przestrogach Belgów,  że chcąc zapisać dziecko do akademii, trzeba tam być przed planowanym otwarciem, przyjechaliśmy pół godziny wcześniej. W sam raz, tylko jedna kobieta z córką była przed nami. Zanim otwarto drzwi już był spory tłumek. A że można się chyba było zapisać przed wakacjami na ostatnich zajęciach, to się okazało że nasze dziewczyny zajęły ostatnie wolne miejsca na kurs poranny. W swojej genialności zapomniałam, że w soboty autobusy jeżdżą inaczej niż w tygodniu i kazałam zapisać dziewuchy do klasy porannej...
 Po czym pokazaliśmy dziewczynom przystanek,  na którym będą wysiadać, znaleźliśmy też przed przystankiem obiekt, który łatwo zauważyć z autobusu, a który ma oznajmiać dziewczynom że czas nacisnąć dzwonek i wysiadać. Obiektem w tym przypadku jest wielkie skrzyżowanie ze światłami (a wcześniej jest McDonald i nasze ulubione sklepy obuwnicze - nie da się tego przegapić). No nie mówcie, że wy nie macie i nigdy nie mieliście obiektów, które wam mówią, że właśnie dojeżdżacie do swojego przystanku? 
Pokazaliśmy im też przystanek, gdzie będą wsiadać do powrotnego autobusu, bo tak się składa, że nie są przy tej samej drodze...

Potem wielce ucieszeni z udanego zapisu podjechaliśmy na nasz (we wsi znaczy) przystanek, zobaczyć o której będzie autobus... i ZONK. W sobotę pierwszy autobus do tego miasteczka mamy o 9-tej, czyli jakby deczko za późno, bo o tej godzinie to już lekcja się zaczyna... Szlag jasny zwalisty! Trzeba było wcześniej sprawdzić, kretynko! Na głupotę jednak lekarstwa nie ma, więc trzeba szukać innych rozwiązań... Napisałam mejla z pytaniem o możliwość zmiany na popołudnie, ale nikt nie odpisał. No to pojechaliśmy za kilka dni, a babka mówi, że już przepisane... Czyli mejle czytają, ino odpowiadać im się nie chce. Ważne, że załatwione. W sobotę pierwsze zajęcia - zobaczymy jakie będą wrażenia. Tymczasem znalazłam w Holandii fajny sklep internetowy z materiałami artystycznymi, w którym jest wszystko, co podali na liście - wrzuciłam do koszyka po 2 sztuki i wyszło 100 € z centami. Bałam się, że będzie drożej... No ale w roku szkolnym coś tam pewnie jeszcze dojdzie. Gdyby ktoś poszukiwał takiego sklepu, to służę adresem: https://www.dekwast.nl

Bycie zamotanym obcokrajowcem, który nie mówi zbyt dobrze po tutejszemu, nie do końca orientuje się w zasadach i wychodzi non stop na głupka ma jednak dużą zaletę WSZĘDZIE CIĘ PIORUNEM ZAPAMIĘTUJĄ i potem nie musisz się za każdym razem przedstawiać. Dla mnie bomba, lubię być rozpoznawana he he he :-) Gdy ja wchodzę do szkoły jednej, drugiej, trzeciej, urzędu, już każdy wie, że ja to ja, czyli ta wiecznie ucieszona,  z którą ciągle są jakieś problemy i której trzeba łapami tłumaczyć, bo po ludzku się nie idzie czasem dogadać...

Na początku tygodnia byliśmy z Młodym na wieczorze powitalnym w przedszkolu. Niesamowite, jak te dzieciątka za sobą się stęskniły. Pomyślałam, że one przez te wszystkie miesiące, kiedy to spędzają ze sobą po 7 godzin dziennie każdego dnia stają się jedną wielką rodziną, a raczej rodzeństwem. Takie słodziuchne piętnastoraczki :-) Młody tylko rozejrzał się po nowej klasie i zaraz podreptał do stolika, przy którym bawili się jego dwaj najlepsi koledzy. Większość dzieci na widok znajomej twarzyczki zapala uśmiech od ucha do ucha. Od razu przystępują do wspólnej zabawy i witają każdego kolegę i koleżankę z ogromną radością. Gdy my rodzice zaczęliśmy się wszyscy po kolei zbierać do wyjścia, niektórym dzieciaczkom łezki się zakręciły, bo chcieli jeszcze zostać i bawić się... Od kilku mam usłyszałam, że mój synio jest najlepszym kolegą ich synka, że przez całe wakacje o Młodego pytali. To jest bardzo miłe i wzruszające, że moje dziecko, które jeszcze 2 lata temu nie znało słowa po niderlandzku, dziś ma już tylu najlepszych kolegów i koleżanek, bo i dziewczynki też go lubią. Każde spotykając drugie na ulicy, czy w sklepie z daleka woła "DAAAAAG!"

Początek roku to chaos niekontrolowany. Musi upłynąć trochę wody w sedesie zanim wszyscy ustawią się na właściwych torach i wejdą w tryb szkolny. Muszą się ustalić godziny wstawania, godziny wychodzenia z domu, godziny powrotów. Trzeba sobie przypomnieć, z czym robi się kanapki do szkoły, w jakim stroju najlepiej się jeździ na rowerze a w jakim autobusem, bo wbrew pozorom nie jest wszystko jedno. Jeśli nie wierzycie, spróbujcie przejechać w zimie w puchowej kurtce 7 kilometrów albo postać na przystanku autobusowym w samej bluzie dresowej (a potem odwrotnie). Młoda zmieniła szkołę, odpadł też balet popołudniowy, ale za to pojawiły się w rozkładzie zajęcia plastyczne dla obydwu. To dużo nowości. I dal nich i dla mnie. Ja oczywiście też wracam do szkoły 2 razy w tygodniu, do tego raz w tygodniu zamierzam wpadać do biblioteki popracować jako wolontariusz - ot, taka fanaberia. Młode obiecują zabrać się do nauki od początku, ale pomagać na pewno trzeba będzie, bo wszyscy ciągle się przecież uczymy języka, poznajemy belgijskie zasady i zwyczaje, a co za tym idzie trzeba ciągle się czegoś dowiadywać, dopytywać, doczytywać, tłumaczyć dzieciom, rozmawiać, wyjaśniać. To jest bardzo fajne, ale czasem męczące a nawet irytujące, bo ciągle pytamy, czytamy, dowiadujemy się i nadal wielu podstawowych rzeczy jeszcze nie wiemy. Bo to tak jakby chcieć nagle nadrobić 40 lat życia (czy w przypadku dziewczyn kilkanaście), podczas których uczyliśmy się wszystkiego. Latami uczyliśmy się słowo po słowie nazywać otaczający nas świat i poznawaliśmy prawa i zasady nim rządzące. Najpierw w domu, potem w szkole, w pracy, w kościele, w społeczeństwie.... 
Nagle przenieśliśmy się paręset kilometrów dalej i okazuje się, że cały proces trzeba zaczynać od nowa i nawet  prawa fizyki czy matematyki choć wszędzie takie same, to jednak innych słów potrzeba na ich opisanie... Uczymy się więc wszystkiego od nowa, słowo po słowie, zwyczaj po zwyczaju, prawo po prawie... Nie jest łatwo, nie jest trudno, tylko trzeba się streszczać, bo człowiek chciałby sobie jeszcze pożyć trochę lat normalnie, rozumiejąc co ludzie mówią i czego od nas oczekują... To właśnie motywuje mnie do zabierania się do coraz to nowych rzeczy i zachęcania do tego samego reszty z piątki. Bo każda wycieczka, każde zebranie, każda impreza, każdy nowy znajomy, każde nowe przedsięwzięcie uczy nas czegoś nowego o Belgii, o zwyczajach, prawach, każde pozostawia w głowie kilka nowych wyrazów, w tym takich które powinien znać każdy średnio rozgarnięty trzylatek, a my tylko rozdziawiamy usta po ich usłyszeniu, bo nie wiemy, o czym mowa...

Czasem mam dość, czuję okropne zmęczenie i zniechęcenie do wszystkiego. Wkurzam się i pytam DLACZEGO DO CHOLERY musimy przez to wszystko przechodzić? Dlaczego nasze dzieci muszą przez to przechodzić? Dlaczego akurat my? Dlaczego nie mogliśmy się do jasnej anielki urodzić w bogatych rodzinach, które wyjeżdżają tylko jeśli chcą? Dlaczego bocian nie wyrzucił nas w jakimś normalnym kraju tylko w tej dziwnej Polsce? No cóż, są to pytania tego samego typu jak to, ile diabłów się może zmieścić na czubku szpilki? Nie ma na niej sensownej odpowiedzi. Jest za to TU i TERAZ. Więc trzeba się podnieść i walczyć dalej o lepszą przyszłość swoją i własnych dzieci. Bo co? Bok se wyrwiesz? Tu jest lepiej tysiąckroć niż tam. I wcale nie trudniej chyba, tylko czasem trochę jeszcze obco, mimo  że bardzo swojsko i przyjemnie. 

Jednak gdyby nam dziś ktoś podrzucił szczęśliwy los w lotto i wygralibyśmy miliony, nie wróciłabym do Polski. Kupiłabym dom w jakimś ciepłym kraju, żeby móc tam jeździć na wakacje, a drugi tutaj, bo tu jest już moje miejsce i obym nigdy nie musiała się z tego kraju wyprowadzać. Chyba nie zniosła bym już kolejnego powrotu do etapu przedszkolaka, który ma problem z nazywaniem świata.

Tak czy owak wakacje się skończyły. Pora zabrać się do roboty i ograniczyć czas spędzany przed kompem w celach innych jak nauka i interesy.

Na zakończenie wakacji mam dla was jeszcze blogowego gościa, czyli wywiad. Ale to już następny post.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz