2 maja 2021

Gdy dyrektor szkoły organizuje specjalne zebranie dla twojego dziecka

 Mieszkam w tej Belgii już ósmy rok a ciągle nie może mi się w głowie pomieścić, że w szkole można dostać tyle wsparcia i pomocy dla ucznia, także dorosłego ucznia i to ucznia w jakiś sposób niepełnosprawnego. W Polsce można było czasem trafić na jakąś dobrą duszę, która pomogła, poradziła, ale to były małe (choć dla mnie matki i tak wielkie) inicjatywy prywatnych osób, dobrych wrażliwych nauczycieli.

We Flandrii fantastyczne jest jednak to, że tu szkoła pomaga z urzędu. Wiadomo, raz ta pomoc przynosi lepsze efekty, raz gorsze i nie zawsze człowiek jest usatysfakcjonowany, ale najważniejsze, że człowiek - uczeń, rodzic - nie pozostaje sam ze wszystkim. Dla nas obcokrajowców jest to szczególnie ważne, bo nie wychowawszy się samemu w tym kraju, człowiek często nie wie co gdzie jak i kiedy. Jak czytam czasem wypowiedzi rodaków, że tu ci nikt nie pomoże, to mi się scyzoryk otwiera w kieszeni. Bo tak, Poloczek jak ci nie zaszkodził, to już ci dużo pomógł. Tylko pytanie, czy na tej podstawie trzeba wyciągać wnioski dotyczące innych ludzi bez uprzedniego sprawdzenia faktów? Wielu (jeśli nie większość) tak robi i rozpowszechniają potem takie duby smalone w necie, nie rzadko dodając ZA ILE oni ci „pomogą”. Dlaczego znowu jadę na „swoich”, ano dlatego, że właśnie całkiem niedawno ktoś napisał taki a nie inny komentarz pod moim wpisem w necie na temat problemów dzieci. „no bo najgorsze to że tu musisz liczyć tylko na siebie, bo przecież Belgusy obcokrajowcowi  nie pomogą, bo oni tylko na swoich patrzą” powiedziała dziunia nie mająca nawet dziecka w szkole, ani - jak mniemam - żadnych większych problemów, bo ona wie, że „belgus nikomu nie pomoże”, bo tak przecież wszyscy rodacy mówią, a dziunia chłonie jak gąbka i powtarza dalej... Czasem to słów brak. Ale chuj im na grób. Ja tam swoje wiem, bo sama doświadczyłam na swojej skórze tych „złych belgusów” i „pomocnych rodaków”, ale głupie niech dalej wierzy tylko „swoim”.

Ta pandemia narobiła wiele zamieszania w szkołach. Wszystko jest o wiele trudniejsze i bardziej zagmatwane, niż wcześniej, ale tego nikomu nie trzeba tłumaczyć. I tak dobrze, że we Flandrii dzieci do szkoły przynajmniej mogły chodzić cały rok. Na głupich albo i głupszych zasadach, ale większość miała lekcje stacjonarne. Jak tak na tę Polskę patrzę, to nie potrafię sobie nawet wyobrazić sytuacji tamtejszej młodzieży. Koszmar po prostu. No ale nie o patologii miał być ten wpis. 

Nasze szkoły nie tylko uczą w czasie pandemii, ale też działają intensywnie na innych płaszczyznach. Kilka tygodni temu dostałam zaproszenie na zebranie online dotyczące mojej Najstarszej i jej przyszłości. Przypomnę tu dla porządku, że Najstarsza jest aktualnie w 5 klasie szkoły średniej zawodowej o kierunku moda. W zeszłym roku skończyła 18 lat, czyli nie podlega już obowiązkowi szkolnemu (w dowolnej chwili może zrezygnować z nauki). W zeszłym roku otrzymała też atest Spektrum Autyzmu, co pozwala jej oficjalnie korzystać z IAC (individueel aangepast curriculum), czyli uczyć się w normalnej szkole wg dopasowanego do jej potrzeb programu nauczania, korzystać z dodatkowej pomocy i wsparcia. Inaczej musiała by chodzić do szkoły specjalnej BuSO, bo od pewnego momentu nie radziła sobie ze zwykłymi wymaganiami, nawet mimo wielu ułatwień i pomocy dodatkowej. Ona jest bardzo inteligentna i dysponuje niesamowitymi talentami artystycznymi, manualnymi, sprawnościowymi i innymi (jest najlepsza w klasie np z angielskiego, z matmy, z wf, z szycia i projektowania) , ale ma problemy z m.in. socjalizacją, działaniem w grupie, tempem pracy, językiem niderlandzkim. 

Od pewnego czasu intensywnie zastanawia się nad zakończeniem nauki, bo kierunek moda, mimo że ma do niego predyspozycje i talent, zaczął jej się nudzić. A może zwyczajnie nie chce jej się już chodzić do szkoły, może - a raczej bardzo prawdopodobne - jest już zmęczona tymi wszystkimi doświadczeniami, przejściami, badaniami no i tą tzw pandemią, od której już zdrowym ludziom się rzygać chce, a co dopiero ludziom z problemami zdrowotnymi. 

My starzy nie wiemy za cholerę, co jej tak na prawdę doradzać, bo co w takich patologicznych czasach możesz dziecku doradzić? Nawet zdrowemu i w pełni sprawnemu dziecku trudno by było dziś  doradzać, a co dopiero trochę autystycznemu. Mówię, co myślę i co czuję, czyli że fajnie jakby chodziła jeszcze do szkoły, bo zawsze to coś się tam nauczy i dopóki chodzi do szkoły, nie musi się stawać dorosła i odpowiedzialna, nie musi chodzić do pracy i o nic się martwić. Ale dziś już wiem, jak źle się może skończyć chodzenie do budy na siłę. Zatem jak nie czuje się już na siłach, ma dość, uszami jej szkoła wychodzi, to może zakończyć to wszystko. Może zostać w domu i tyle....

Nauczyciele i dyrektor szkoły jednak nie odpuszczają. Próbują na rzęsach stanąć i uszami zaklaskać, byle tylko Nasza Najstarsza została w szkole. Bo - jak podkreślają za każdym razem - takie ma ogromne talenty, że grzech by było je zmarnować na jakimś sprzątaniu, czy innej słabej pracy. 

Kilka tygodni temu zaproszono mnie na zebranie online, by omówić tę sprawę, by coś razem zdecydować, a przede wszystkim by Najstarszą i mnie przekonać do niepoddawania się walkowerem. Był na tym zebraniu dyrektor, była mentorka, była asystentka Najstarszej (ondersteuner - babka która przyjeżdża do szkoły czasem i pomaga jej np w lekcjach, w ogarnięciu szkolnych spraw itp.), była babka z CLB (poradnia szkolna) no i w końcu babka z VDAB, czyli flamandzkiego biura pracy. Wszyscy próbowali nas  przekonać, że będą nas wspierać i pomagać w znalezieniu stażu dla Najstarszej i/lub pracy. O ile jednak sobie takiej pomocy życzymy. Babka z biura pracy obiecała zorganizować spotkania informacyjne umożliwiające nam zapoznanie się z możliwościami oficjalnej pomocy i wsparcia oraz rynkiem pracy jako takim z uwzględnieniem potrzeb, możliwości i ograniczeń naszej Córki. Byłam jak najbardziej tym zainteresowana. Wtedy oni nie byli pewni, czy jeszcze w tym roku szkolnym uda się procedurę rozpocząć i  takie spotkanie zorganizować, ale nie długo później zadzwoniła asystentka Najstarszej, by powiadomić o kolejnym zebraniu, tym razem stacjonarnym. 

Owo zebranie odbyło się w minionym tygodniu w szkole Najstarszej. Było to bardzo oficjalne zebranie szkolne, o wiele ważniejszym statucie niż jakaś tam zwykła wywiadówka, czy rozmowa z dyrektorem. Bowiem, jak powiedział dyrektor, sprawa dotyczy dziś tylko naszej córki, ale informacje zdobyte podczas tego zebrania oraz nawiązanie współpracy z pewnymi instytucjami jest też ważne dla szkoły w przyszłości, dla innych uczniów. No po prostu, Panie, czuję się zaszczycona, że dla nas specjalnie się takie  rzeczy robi, że dyrektor poświęca swój cenny czas. A taka ci powie, że “belgus ci na pewno nie pomoże”. Kurwa! 

Na zebraniu znowu była kupa ludzi. Tym razem oprócz babki z VDAB przyjechała też kobitka z GTB. To instytucja, która pomaga w poszukiwaniu pracy ludziom z ograniczeniami, niepełnosprawnością, a także ludziom, którzy np wiele lat przepracowali w jednym zawodzie, ale nagle są zmuszeni szukać innej pracy (choćby ze względów zdrowotnych). Te obie instytucje współpracują ze sobą, ale też z jeszcze innymi organizacjami i urzędami. Prowadzą oni poszczególne osoby indywidualnie, organizują im kursy i szkolenia, znajdują miejsca pracy, w których dodatkowo informują kierownictwo o potrzebach i ograniczeniach danej osoby. Osoba -  jak powiedziała ta pani - może się sprawdzić w różnych zawodach. Gdy nie odnajdzie się w pierwszym miejscu, próbuje w następnym i następnym. Wpierw jednak przeprowadzają wywiad z kandydatem, by dowiedzieć się o zainteresowaniach, umiejętnościach, czego nie toleruje, a czego chce spróbować. Czasem nawet jadą pierwszy raz z tą osobą autobusem z miejsca zamieszkania do miejsca pracy, by pokazać drogę. I temu podobne rzeczy. Oczywiście w teorii brzmi to zachęcająco i pięknie, ale nie wiadomo póki co jak to działa w praktyce. No i jaką to pracę ci znajdą tak na prawdę. Na pewno warto spróbować i na pewno warto wiedzieć, że ten kraj w ogóle ma takie możliwości. Dlatego też o tym opowiadam, bo już dziś wiem, że ludzie tu czasem czegoś szukają na tym blogu i że czasem nawet znajdują, czego szukali albo choć kilka wskazówek, gdzie mają szukać i do kogo pukać.  Wiem, bo niektórym chce się czasem napisać o tym w mejlu. 

Dowiedziałam się też trochę różnych innych ciekawostek i zebrałam trochę mniej lub bardziej przydatnych informacji. Dowiedziałam się np że słynny belgijski wychwalany hipermarket na wieść, że ktoś chodził do szkoły specjalnej od razu mówi „nie”nawet nie zainteresowawszy się możliwościami kandydata. Babka powiedziała, że jak  dotąd ani jednej osoby z BuSO od nich nie przyjęli. Poznałam też inne pochlebne i niepochlebne opinie na temat belgijskich sieci sklepów. W jednej z nich belferki myślą pytać o staż dla naszej Najstarszej. Inną z kolei odradzały krzycząc wręcz, żeby nawet nie próbować, bo fatalnie traktują tam ludzi i w ogóle masakra. Bowiem ich uczniowie tak złe doświadczenia mieli. Dobre są takie spotkania. Ile się można ciekawych rzeczy dowiedzieć potrzebnych i mniej potrzebnych. Były też poruszane tematy związane z finansami, z uzyskaniem zasiłków, z prawem do rodzinnego. To zbyt zamotane i skomplikowane bym to wszystko była w stanie ogarnąć rozumem i spamiętać, mimo robienia notatek. Dość rzec, że papierologia ponad wszystko. Dziesiątki atestów, zaświadczeń, badań, spotkań z lekarzami orzecznikami, czekania do odpowiedniego wieku....  by dostać np 300€ zasiłku miesięcznie w wieku 21 lat, czy coś w ten deseń. Ale i to dobrze wiedzieć, bo i z tym przyjdzie się zmierzyć. 

Dowiedziałam się ponadto, że nie trzeba przedstawiać w pracy żadnego zaświadczenia od doktora na temat autyzmu, a wystarczy poinformować pracodawcę o swoich ograniczeniach, preferencjach i możliwościach (samemu czy przez GTB). Jednak dokument oficjalny może zdecydowanie ułatwić przyjęcie do pracy, bo wiąże się z pieniążkami dla pracodawcy za zatrudnienie niepełnosprawnego. Załatwienie takiego dokumentu to oczywiście też papierologia, która nie wiadomo, czy się opłaca, bo może mieć też inne konsekwencje. Ot, nie każdy chce być traktowany jak niepełnosprawny umysłowo...

Zadałam też głupie pytanie o prawo jazdy. Mnie bardziej chodziło o to, czy nie ma przeciwskazań prawnych do zrobienia prawa jazdy dla autystyków, a dowiedziałam się, że można sobie załatwić ułatwienia na egzaminie teoretycznym i że można poprosić o zdawanie egzaminu w innym miejscu niż zwykle (autystycy się łatwo rozpraszają). Dobrze wiedzieć. Babka powiedziała, że sami musimy ocenić, czy Młode nadają się do jazdy i że to na własne ryzyko. No i to chciałam wiedzieć. 

W końcu kazali się Najstarszej ostatecznie zdecydować przez ten weekend, czy będzie kontynuować naukę w przyszłym roku, czy to jej ostatni rok. W pierwszym wypadku będą jej szukać tego miejsca na staż, w drugim wypadku pani z GTB założy jej dossier i rozpocznie procedurę szukania pracy.  

Zdecydowała się kontynuować naukę, bo „głupio tak teraz rezygnować”, skoro oni tak się starają i tak proszą, by chodziła dalej do szkoły. Jestem za. Przypomniałam jej jednak, że przerwać naukę może w każdej chwili, gdy uzna że tego chce. My poprzemy każdą jej decyzję. 

Te rozmowy trochę dodały mi otuchy i sił. Samemu bowiem człowiek jest w czarnej dupie, z której nie może znaleźć wyjścia, a już szczególnie w tej nowej  chorej rzeczywistości. Nieoceniona jest pomoc ze strony takich ludzi, którzy wiedzą, do jakich drzwi zapukać i którzy mają siłę przebicia dzięki instytucji, jaką reprezentują. Trzeba korzystać, dopóki chcą dziecko nasze wspierać. Im więcej się nauczymy, tym lepiej. Informacje i doświadczenia przydadzą nam się też przy wyprowadzania kolejnych dzieci w dorosłość. Zresztą ogólnie nie ma czegoś takiego jak nadmiar wiedzy. Nigdy nie wiesz, co ci się w życiu może przydać. 



 




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Jeśli masz coś do powiedzenia, pisz śmiało. Jeśli jesteś spamerem, spadaj!