12 czerwca 2026

Wszystko opornie idzie nawet gdy jestem starsza o rok

 Nie poszłam do azylu, bo nie czuję się na siłach. Ani fizycznych ani mentalnych. W planach było pójścide tam najpierw we wtorek, potem w środę, a potem w piątek, ale nie byłam ani razu w tym tygodniu, bo to był kiepski tydzień. 

Choć przyznać należy, że zaczął się bardzo dobrze i w sumie przyjemnie... Wybrałam się bowiem najpierw do Brukseli, by zdeponować tablicę rejestracyjną mojego skutera w DIV, czyli wydziale komunikacji. Pora bowiem wyrejestrować to badziewie. Może uda się go sprzedać, ale potencjalny kupiec coś nie może się zdecydować, czy go chce, czy nie. Nie ukrywam, że wkurzają mnie tacy ludzie, którzy się umawiaja, a potem im "coś wypada". Bo wiecie, raz to może coś wypaść, ale po miesiącu zaczynasz się zastanawiać, o co komuś chodzi. Chłop ponoć mówi, że na 100% weźmie, bo jemu nie przeszkadza, że to ustrojstwo czasem nie pali, gdyż jest mechanikiem i ogarnie taką drobnostkę i nawet zaliczkę chciał dawać, ale wybiera się po ten pojazd jak sójka za morze. Normalnie by mi to nie przeszkadzało, bo skoro skuter stoi tyle czasu to miesiąc w te czy wte nie robi różnicy, ale ubezpieczenie się właśnie kończy i albo będę musieć je zapłacić i potem czekać na zwrot albo przedstawić ubezpieczycielowi dowód sprzedaży, bo normalnie wypowiedzieć umowę trzeba było przed terminem, ale czekałam z tym, bo przecież chłop miał miesiąc temu przyjechać po skuter.

Bruksela z okna autobusu

 A mnie teraz wszystko tak opornie idzie, że takie niejasne sytuacje są dla mnie okropnie ciężkie i niebywale stresujące. Mózg mi nie mózguje. Każda nawet najprostrza czynność, każda nawet najbanalniejsza decyzja to dziś dla mnie wielkie wyzwanie, czasem wręcz zdające się być ponad moje siły fizyczne i mentalne. Często czuję się, jakbym patrzyła na świat z innej planety, a mój mózg spowijała gęsta lepka mgła,  jakby moje własne życie działo się obok mnie i mnie nie do końca dotyczyło, więc tylko sobie siedzę i patrzę nie podejmując żadnych działań. Bardzo ciężko jest mi się wtedy zmusić do życia, do jakiegokolwiek działania, do codziennych zadań, czasem nawet do wstania z łóżka...

Ale bywają też dni, że nagle dostaję przypływu energii i od rana działam, kręcę się, ogarniam chałupę, załatwiam załatwienia, tryskam pomysłami, chce mi się chcieć i chce mi się żyć, snuję jakieś niedorzeczne plany i co najgorsze, podejmuję różne dziwne decyzje, które potem mi ciążą niczym kula u nogi w tych gorszych dniach. Bowiem niestety te lepsze dni szybko przemijają. Ba czasem jest to dosłownie jeden dzień, choc innym razem cały tydzień, ale potem spadam znowu nagle w dół i opadam z sił.

Nie dotrzymuję nawet sobie samej danego słowa. Żałuję wielu decyzji podjętych w lepszych chwilach, bo sobie nie radzę z ich realizacją w gorszych dniach. Aaaaaaa! Ocipieć idzie.

Ale w końcu zebrałam się w sobie i napisałam mejl do swojej psycholożki z prośbą o umówienie wizyty. Odpowiedziała od razu, że mogę wpaść za tydzień, co mnie trochę zdziwiło, bo ja się spodziewałam kilku tygodni czekania, a tu proszę niespodzianka. Albo mam farta i akurat ktoś odwołał wizytę, albo dla stałych klientów są zawsze wolne miejsca :-D. Oczywiście zaraz jak tylko otrzymałam odpowiedź, zaczęłam żałować, że w ogóle poprosiłam o to spotkanie... Ale na chwilę obecną jestem z siebie dumna, bo w aktualnych okolicznościach i moim stanie to był swego rodzaju wyczyn. Im bardziej potrzebujesz pomocy, tym trudniej jest o nią poprosić. Taka jest moja obserwacja własna.

Leuven

Leuven, plac koło dworca

jakiś piekarz z leuven


Gdy załatwiłam DIV, poszłam kawałek dalej, by nagrać wideo na YT na słynnej brukselskej ulicy handlowej, a potem wskoczyłam do pociągu i pojechałam do Leuven, dokąd miała przyjechać Młoda, bo razem miałyśmy iść na wizytę w tamtejszym szpitalu uniwersyteckim. Kupiłam se jakąś maczę w Madmun i siedząc na schodach przy tym placu z powyższego zdjęcia próbowałam przez telefon rozwiązać z Młodą problem z drukarką. Młoda chciała w drodze na dworzec nadać paczkę do psiapsi i musiała wydrukować naklejkę na paczkę, ale drukarka postanowiła udawać, że jest zajęta drukowaniem jakiegoś starego dokumentu, a potem przekonywała, że my nie mamy w domu żadnego wi-fi. Drukarki znane są z tego, że są mistrzami we wkurzaniu ludzi. Jeśli chodzi o złośliwość rzeczy martwych to drukarki zdobywają zawsze czarny pas, nobla i wszystkie złote medale. W związku w powyższym przybycie Młodej do Leuven znacznie się opóźniło, a w planach było odchamianie się na mieście przed wizytą, bo ta była dopiero po południu zaplanowana. W ostateczności Młoda, która przez bunt drukarki, nie zdążyła spożyć śniadania,  podała mi przez telefon adres wegetariańskiej knajpki, którą właśnie nie dawno wyguglowała i zleciła mi pójście tam i zamówienie jedzenia, zanim ją pociąg dowiezie do miasta. Pani miała niezły ubaw, gdy musiałam przez whatsapp pytać, jaki Młoda chce sos do burgera i czy woli zwykłe ziemniaki czy bataty jako dodatek. Ja se jakąś sałatkę zamówiłam, która była przepyszna (albo ja byłam przegłodna). Jakby ktoś był w Leuven i miał ochotę na wege żarcie to polecam https://www.tabiloo.be/.




Po zjedzeniu wsiadłyśmy w autobus i pojechałyśmy już pod szpital. Dotarłyśmy tam godzinę przed czasem, więc spodziewałam się, że poczekamy co najmniej ze dwie godziny, bo na ginekologii zawsze było dużo opóźnienia, a tu - proszę ja was - niespodzianka. Ledwo zrobiłyśmy siku i sobie wody nalałyśmy z dystrybutora w poczekalni, już facjata młodej pojawiła się na ekranie. Godzinę przed czasem to ja jeszcze na wizytę chyba nie wchodziłam. Ale to jest ta dobra strona dzisiejszego systemu, że oni od razu widzą, kto przyszedł do szpitala i jest w poczekalni, bo to działa tak, że po przyjściu do szpitala rejestrujesz się z aplikacji w telefonie, w automacie albo w okienku. Wtedy pojawia ci się (albo drukuje) opis drogi... 

Szpital uniwersytecki to gigantyczny labirynt, ale doskonale oznaczony z podziałem na kolorowe drogi, bramy i poczekalnie. Na ginekologię w UZ Leuven wiedzie np czerwona droga, brama nr 4 i poczekalnia D. Pojawia się też kod, który skanujesz w automacie po dotarciu do danej poczekalni i wtedy lekarze wiedzą, że już tam jesteś. Zatem jak kogoś nie ma, bo np odwołał wizytę, to mogą wezwać tego, kto jest.

Po wizycie poszłyśmy jeszcze do czekoladkowni Bittersweet, bo Młoda chciała przetestować ich cudaczne pralinki. Ja też przetestowałam i mogę rzec, że bardzo smaczne. Drogie, tak samo jak w Leonidasie, ale fikuśne bardzo. 

czekoladki na patyczkach

pralinki :-)


Potem jeszcze było testowanie boby w COCO i taki se mix skraftowałam, że aż mnie zemdliło od słodyczy, bo se karmelowe coś wybrałam... Ale było pyszne! W drodze do dworca jeszcześmy do H&M zajrzały, by stwierdzić, że o ile tam zawsze były paskudne szmaty, tak teraz to już nawet określenia na to nie potrafimy znaleźć. Masakra jakaś, po prostu. Stracha na wróble bym w te "ubrania" nie przyodziała nawet. I to ja tam chciałam iść, bo w necie widziałam, że mają kolorowe czapki z daszkiem... Zaiste, mają, ale nie wyglądają jak na zdjęciach w necie, a jak coś co z rok na ulicy leżało... A idź pan... i jakie ceny do tego. Nie wiem, co ludźmi kieruje, by szyć takie rzeczy, ani tym bardziej by je na siebie zakładać. Ale dobra, na męskim znalazłam portki w stylu menel przecenione na 14€ i postanowiłam nabyć... Tylko że przy kasie się okazało, że muszę wziąść drugi produkt, by kupić je za tę cenę, inaczej kosztują ponad 5 dych. WTF?! No dobra, wzięłam dla młodego pierwsze lepsze skiepy, co leżały koło kasy... Aczkolwiek nadal nie rozumiem sensu. Ja to jednak baba ze wsi jestem i tyla.

boba




Na szczęście w Bereszce mieli czapki fajne, że aż się nie mogłam zdecydować. Przy okazji widziałyśmy jak gliny zgarniają jakieś dwie wypindrzone panienki... Pewnie chciały mieć nowe rzeczy za darmo... a może co innego przeskrobały, kto wie. Na pewno nie było to spotkanie towrzystkie w każdym razie... 

Nie wiem, co jest z tymi ludźmi. Trzeba wam wiedzieć, że teraz wszędzie kradną na grandę. Nie tylko w drogich sklepach z ładnymi rzeczami, bo w spożywczych marketach to jest wręcz plaga. Wszędzie porozklejali informacje, że kradzież jest karana i przypomnienia, że jest monitoring i kamery. Wątpię jednak, by złodziei to przekonywało... Przy berschka'ce czy primarku to chyba zawsze się policja kręci, no i ochrona bacznie się każdemu przygląda. 

Trafiłyśmy na tę godzinę, w której jedzie bezpośredni pociąg do nas, a jechał nim zabawny konduktor, który każdy komunikat wygłaszał na wesoło i sypał żartami. Najpierw zachwalał, że jego pociąg jest zajebisty, ale niestety ma tylko "hałaśliwą klimatyzację" (w sensie, że trza okno otworzyć, bo nie ma klimy). Śmiesznie wymawiał nazwy stacji, celowo przekręcając albo dodając jakieś głupoty "...w Mechelen możecie się przesiąść do HAAAAAAAASELT...". Zapowiedział też, że "pociag zatrzymuje się w Baasrode Zuid, ale TYM RAZEM nie zatrzyma się niestety w Baasrode Noord", gdy rzeczone Baasrode Noord jest po prostu muzeum pociągów i tamten tor jest linią turystyczną, po której latem w niedziele jeżdżą  parowozy i spalinówki na krótkiej trasie turystycznej. Dla obcych tekst bez sensu, ale dla tubylców śmieszny :-) Uwielbiam takich konduktorow, a czasem się trafia na takich wariatów. Podróż od razu fajniejsza. Jak sprawdzają bilety oczywiście też se stroją żarty i dogadują podróżnym, gdy tylko wyczają, że na swojego trafili. 

Pozostałe dni były ponure. Za oknem pogoda typowo belgijska, czyli słonce-deszcz-słońce-burza z piorunami-słońce-deszcz-słońce-deszcz i tak codziennie przez cały dzień i noc. Jednego dnia popedałowałam do sklepu i kupiłam bułki i kiełbaski na hot dogi. Dla panów normalne mięso, dla pań roślinne. Udało się też pekińską dużą kapustę natrafić w końcu, to wzięłam na gołąbki dla Młodego i mu zrobiłam. Poza tym nie wiele robiłam w tym tygodniu, bo czułam się beznadziejnie. Dwa dni były dniami prania. Wyprałam i wysuszyłam (częściowo na sznurze, częściowo w suszarce) 3 pościele, jeden zestaw świńskich dywaników (tego nie suszy się w suszarce, bo by potem wszystkie ubrania świniami waliły), jedna pralka ręczników, jedna pralka ścierek róznych ma 90 stopni, jedno pranie białe, jedno pranie czerwone, jedno pranie czarne... Ze dwa razy w tygodniu poodkurzałam. Raz ogarnęłam łazienkę. U świń też ze dwa razy posprzątałam. Kurniki staram się sprzątać codziennie (znaczy kupy zbierać szufelką), ale zdarzają się dni, że odpuszczam, ale wtedy biednym kurom śmierdzi i one potem całe śmierdzą... Zdarzyło się też ze dwa razy, że nie wyprowadziliśmy naszych ku na spacerek poza ogród, a one czekają na to i domagają się codziennie wieczorem - stoją przed furtką albo przed oknem i głośno krzyczą. 

zmokła kura Riko

Najchętniej wypuszczałabym je w dzień, ale sąsiad mógłby je poprzejeżdżać. Ostatnio mało mnie nie przejechał, a kury uskakiwały w popłochu spod kół, bo idiota nawet nie zwolnił. Zastanawiamy się tylko, czy chłop już niedowidzi, czy też robi to specjalnie. Zdarzyło sie już trzy razy, że normalnie na ulicy poboczem idąc czy jadąc rowerem, musieliśmy uskakiwać, zjeżdżać na trawę, gdy jechał jak z macochą do piekła tym swoim rozklekotanym wielkim samochodem, bo mało nas nie potrącił. Myślicie pewnie, że co ja za głupoty wygaduję, że ktoś by w drugiego specjalnie chciał wjechać... ale niestety mamy wrażenie, że właścicielowi naszego domu, którego nie raz tu chwaliłam na początku,  zaczęła chyba lekko palemka odbijać (albo myśmy dopiero nie dawno na oczy przejrzeli...?). Opowiadałam tu chyba kiedyś o kłotni pomiedzy nimi, a sąsiadami z drugiej strony (tymi co to żeśmy ich z pożaru ratowali, a potem się z nimi wyzywali, by znowu się zacząc kolegować)... Tamci remontowali dom, co temu się nie podobało bardzo... Jednego dnia była taka sytuacja, że przyjechał chłop do roboty, rozstawił rusztowanie, a ten wsiadł na traktor i mówi do chłopa, by spieprzał z rusztowaniem, bo go przejedzie, a potem podszedł i zaczął telepać tym rusztowaniam, aż jego żona wołała, by przestał... Obserwując wtedy tę scenę ze swojego okna,  doszłam do wniosku, że co niektórzy to chyba nie mają wszystkich w domu... a od tamtego momentu tylko się co chwilę w tym utwierdzam. Chłop jest grubo po siedemdziesiątce i jego rozum ma prawo odmawiać posłuszeństwa, ale jak ktoś stanowi zagrożenie dla innych, czy siebie to powinien być pod opieką psychiatry, a nie zapierdalać samochodem z przyczepką po wsi jak szaleniec... 

Nie dawno, jak poszłam zanieść dokument z czyszczenia pieca (chyba już wspominałam...?) z zaleceniem, że trzeba zrobic dodatkową wentylację, bo inaczej nie wydadzą pozytywnej opinii na temat bezpieczeństwa pieca, mimo że piec jest sprawny (a to znaczy, że mogą zakazać jego używania) to dla właściceli najważniejszym problemem zdawało się "co to jest za firma?" "kto to jest?" (no bo jak to my możemy zatrudniać kogoś, kogo oni nie znają, no doprawdy skandal!) i od razu, że to na pewno nie oni mają robić i płacić, tylko my. (flamandzie skąpstwo to już jest choroba). Ja na to, że my zapłaciliśmy właśnie ponad 200€ za obowiązkowy przegląd i czyszczenie pieca, co jest naszym obowiązkiem, ale remonty domu i inne naprawy to niestetety obowiązek właściciela domu i że mają to zrobić w ciągu trzech miesięcy... Mniejsza o to czy zrobią, czy nie zrobią, ale takie sytuacje świadczą coraz wyraźniej o tym, że niektorych lekko przerasta dzisiejszy świat...

A tymczasem - skoro już narzekam na dom - podczas każdej grubszej ulewy z wiatrem ciągle kapie nam woda z sufitu na poddaszu, a pod drzwiami wejściowymi w salonie tworzy się wielka kałuża. Już nas to nawet przestało wkurzać. Teraz już się tylko śmiejemy, bo co zrobisz? Bok se wyrwiesz? Z takimi dziadkami i babkami żyjącymi mentalnie w ubiegłum stuleciu ciężko jest prowadzić negocjacje. Oni działają, ale bardzo powoli i trzeba im tysiąc razy przypominać, no i zawsze najpierw próbują każdy szkopół rozwiązywać własnorecznie z pomocą innych, jeszcze starszych dziadków, jak to 50 lat temu robili. Nie umniejsza to bynajmniej naszych problemów z mieszkaniem, ale przynajmniej daje się zrozumieć.

Gdy dla heheszków wrzuciłam wideo na instagram z nagraniem tej wszechobecnej wody to ludzie radzili mi, bardzo rozsądnie nawiasem mówiąc, pójście do sądu, do związków, do gminy itd itd. Teoretycznie to bardzo wszystko ma sens i jest mądrą poradą, ale nie w tym konkretnym przypadku. My jesteśmy bliskimi sąsiadami, a to oznacza, że po zgłoszeniu problemu gdziekolwiek i zaczęciu procedur, może i uzyskamy to, czego się domagamy (ale i to nie jest pewne, bo standardy i normy belgijskie różnią się o tych znanych z Polski, są w cholerę niższe, wręcz śmieszne), ale w gratisie dostaniemy wrogów i nasze życie tutaj stanie się piekłem albo zwyczajnie chwilę później dostaniemy wypowiedzenie umowy najmu pod jakimś idiotycznym pretekstem i dopiero wtedy znajdziemy się w dupie. Niektórzy starsi ludzie są bowiem dosyć złośliwi... 

ta kałuża jest irytująca, ale też nie tragedia


Życie na wsi kieruje się specyficznymi zasadami i jak chcesz w miarę spokojny żywot wieść, a nie jesteś do tego przypadkiem obrzydliwie bogaty, nie masz za sobą połowy wsi ani prawników w rodzinie, to lepiej się za bardzo nie kłócić, nawet w słusznej sprawie, bo można się znaleźć w jeszcze gorszej sytuacji niż się było z powodu danego problemu. Kto na wsi nie mieszka, może nie wiedzieć, jak to wygląda ani nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji zadzierania z ludźmi, którzy mają wszędzie znajomych. Tutaj nikt nie jest anonimowy jak w jakimś mieście, gdzie nikogo nie obchodzi jak żyjesz, co robisz i z kim się kłócisz. Jak dziś bym zgłosiła problem w jakiejś instytucji, już jutro by wiedział o tym listonosz, a pojutrze pół gminy. A kto wie, czy za miesiąc, za rok nie będę potrzebować pomocy albo nie będę chciała pójść do pracy w okolicy...?

Ja ogólnie staram się załatwiać wszystko polubownie i z wielką dozą wyrozumiałości dla różnych ludzi, ale też biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, a nie tylko ten jeden, który w danym momencie najbardziej mnie uwiera. Zdecydowanie nie należę do ludzi, którzy o wszystko się wykłócają i walczą o swoje nawet jakby mieli przy tym wybić pół świata. Ja nade wszystko cenię sobie święty spokój, a już szczególnie na tym etapie mojego życia, gdy nasz stan psychiczny i fizyczny jest raczej kiepski, a i finansowy też już lepsze momenty pamięta... 

Najchętniej po prostu bym się stąd wyprowadziła w inne miejsce, ale o tym juz sto razy mówiłam...

Wakacje letnie zbliżają się wielkimi krokami i Młody już odlicza dni do kończa czerwca. W większości szkół uczniowie zaczynają już trząść portkami przed ostatnimi w tym roku egzaminami. W szkole Młodego nie ma typowych egzaminów, ale też piszą podobne testy (tylko nazwa jest inna i nie ma takiej narracji egzaminacyjnej i srania żarem). Póki co to jeszcze różne wycieczki i inne fajniejsze luźniejsze zajęcia się odbywają. W tym tygodniu Młody np musiał przygotować na angielski jakieś jedzonko. Do każdej potrawy należało sporządzic listę składników po angielsku oraz alergenów, no i info typu vege, halal etc

Wybrał ulubione czekoladowe ciastka, popisowy deser Młodej, które starsza siostra pomogła mu upiec nadzorując każdy krok i pouczając. Gdy się okazało, że każdy z jego grupy przygotowuje coś słodkiego, to Młody bał się liczył, że jego ciastek nikt nie tknie i wszystkie będzie sam musiał mógł zjeść (bo to jego ulubione), ale ciastka okazały się wielkim suksesem. Ledwo jedno udało mu się zachować dla kumpla, który nie chodzi na angielski, a który chciał skosztowac wypieku Młodego. Niektórzy nawet o przepis poprosili, by samemu w domu upiec, tak im posmakowały.

Kołczka przysłała już też termin końcoworocznego driehoekgesprek-u, czyli rozmowy w trójkącie uczeń-rodzic-coach podsumowującej trymester. Za dwa tygodnie w piątek odbędzie się też focusmarkt, czyli prezentacje wszystkich focusów, czyli zajęć, tematów dodatkowych, na których fokusowali się przez cały rok poszczególni uczniowie. Każdy będzie miał swój stolik, kramik na którym zaprezentuje, co udało mu się przez rok nauczyć, osiągnąć... Młody zrobi oczywiście wystawę fotografii. Zdjęcia już są gotowe, a ja własnie wymyśliłam mu proste podpórki wycięte z twardego papieru. 

zdjęcie na podpórce

podpórka do zdjęcia na wystawę fotografii


Zainspirowałam się drewnianymi podpórkami pod obrazy znalezionymi kiedyś w kringwinkel. Przykleiłam jedno zdjęcie do białej twardej kartki z bloku, a podpórkę wycięłam z czarnej. Stoi sztywno, więc można rozpocząc masową produkcję i myślę, że w weekend się zabierzemy, bo wszystkie wybrane zdjęcia trzeba przykleić do białej kartki i wyciąć kilkanaście podpórek. No i podpisy wydrukować. Młody nie wie, jak dużo placu będzie miał, ale trzeba ze 20 zdjęć przygotować. Resztę wkleimy do albumu i też bedzie można go zaprezentować. Pomogę mu, bo on nie jest dobry w drobne prace manualne i zbyt niecierpliwy. Choć rysować lubi i ostatnio batdzo dużo rysuje. Głównie postaci z mangi. Kupiłam mu mnóstwo pisaków, w tym zestaw z różnymi kolorami skóry i bazgroli z przyjemnością, co bardzo mnie cieszy. Systematycznie przychodzi się pochwalić jakimś nowym rysunkiem, a trzeba przyznać, że nieźle mu wychodzą. Ma talent, a powiem wam, że jak był mały to raczej nikt by go o talent plastyczny nie podejrzewał. Ale to brało się zapewne - tak samo jak u Młodej - z wolniejszego rozwoju małej motoryki i hipermobilności. Iluż rzeczy człowiek nie wiedział, nie był świadomy zaczynając przygodę z macierzyństwem! Dopiero, gdy obydwoje wyćwiczyli sobie już swoje chude i lelawe gałązki, mogli zacząć korzystać ze swojego talentu plastycznego. 

Nie dawno Młody odkrył na nowo rolki. Któregoś dnia nagle ni z gruszki nie z pietruszki zapytał, gdzie są rolki, a potem poszedł przekopywać strych... Dłuższą chwilę później wrócił rozentuzjazmowany z pola, chwaląc się że nie tylko nie zapomniał jazdy, ale jeździ o wiele lepiej niż ostatnio, że umie nawet nawracać i hamować. Od tego dnia codziennie wieczorem idzie na rolki nie ma go czasem nawet 2 godziny. Nawet już o fotografii trochę zapomniał, bo nie pozwaliłam mu zabrać aparatu na rolki. Aparat (nawet taki Lumix) nie należy bowiem do tanich zabawek. Na wakacjach zapewne znajdzie czas i na rolowanie, i na fotografowanie. No chyba że okaże się, że jego fucus na tym temacie już się skończył. Tak czy owak, czego się przez rok nauczył, to mu zostanie, a frajdę miał wielką z każdej wytropionej sarenki, wiewiórki czy dzięcioła, a jeszcze większą z każdego udanego zdjęcia. Może być z siebie dumny.

Ja cieszę się, że mimo wielkego umiłowania do komputerów i gier w sieci, znajduje czas i z chęcią i całkowicie dobrowolnie poświęca go na rysowanie, fotografię, rolki oraz codzienne ćwiczenia, a ćwiczy upracie w swoim pokoju wieczorami po kilka minut dziennie, ale codziennie: po kilka pompek, brzuszków, przysiadów - tak jak podglądnął to pewnie podczas moich ćwiczeń - a do tego hantelki. Już niezłe muskuły wyrobił. Twarde jak kamur. Mięśnie w nogach też ma mocne jak diabli. Jakby nie patrzeć, kręci tym swoim rowerkiem po prawie 20 km dziennie, przez 5 dni w tygodniu, no i dźwiga te ponad 20kg wkładając rower do pociągu i z pociągu wyciągając. Słyszę czasem głupawe komentarze, że elektryczny rower to nie rower i młodzi nie powinni jeździć elektrykami, bo to wstyd. Ale ja się pytam, czy lepiej jak człowiek przejedzie ponad 100km/tydzień elektrykiem, czy jak ani razu przez ten czas na żaden rower nie wsiądzie i wszędzie dupsko autem albo autobusami wozi...? Bo z moich obserwacji wynika, że najwięcej do powiedzenia na temat jazdy elektrykiem mają ludzie, którzy żadnym rowerem nie jeżdżą i do pracy, szkoły, sklepu, lekarza, a nawet na siłownię samochodem jadą i swoje dzieci wszędzie podwożą. Ci ludzie zwykle nie są w ogóle świadomi prostego faktu, że jak masz zwykły rower, to możesz dojeżdżać nim, dajmy na to, do 10 km, ale jak masz elektryczny, to już po 20 km dojedziesz codziennie swobodnie, a i 30 dasz rady, jak jesteś młody i wysportowany. Jak zainwestujesz w speedpedeleca to 50km z łatwością przemkniesz codziennie.  Dzięki silniczkowi możesz przemieszczać sie rowerem po pagórkowatym terenie swobodnie i przewozić ze sobą ciężki towar, czy dziecko w foteliku. Młody nie mógł by chodzić do tej szkoły, do której chodzi dziś, gdyby nie miał roweru elektrycznego, bo nie ma połączeń dobrych i 2 razy musiał by sie przesiadać, godzinę wcześniej wychodzić z domu i godzinę wcześniej wracać. No i to ciągle jest przecież rower - pojazd napędzany głównie siłą nóg, nawet jak te nogi mają pomoc silniczka, to ciągle muszą pracować intensywnie, by wprawić pojazd w ruch. A jak nogi pracują codziennie, to są zdrowe i silne, a i kondycja się poprawia z każdym dniem, człowiek oddycha świeżym powietrzem, zażywa słońca, słucha śpiewu ptaków... 

Wczoraj skraftowałam se czaderskie smoothie. Postanowiłam posprzątać resztki i niechcący swteorzyłam napój deserowy o samku tiki-taków (subiektywna opinia). Rozpakowałam dużą paczkę daktyli i chciałam je schować do plastikowego pudełka, żeby mi znowu mrówek nie nalazło, jak ostatnio, kiedy całą (na szczęście małą) paczkę musiałam wyrzucić do kosza, bo cała była zamrówkowana, a nie przepadam za mrówkami... Okazało się że się nie zmieszczą wszystkie, więc pozostałe siedem pokroiłam i wrzuciałm do blendera. Do tego już prawie brązowy banan, bo też szkoda wyrzucać. Dalej poszło pomięte i miękkie jabłko, mały waniliowy napój sojow isolidna łyżka bio masła orzechowego, które kiedyś w mega wielkim słoju kupiłam i trzeba je do czegoś w koncu zużyć. Dziś robiłam ponownie, tym razem ze zwykłym mlekiem. No, mówię wam, tiki-taki z wawela w płynie, choć wygląda trochę jak kupa.



Poprzednią razą się zapomniałam pochwalić, że znowu jestem o rok starsza. Galopujący szok, za rok skończę pół wieku! Czasem czuję się na 90, ale często na 15.

 
Młoda upiekła dla mnie czaderski tort. Nie udał jej się dokłądnie taki jak sobie zaplanowała, bo trochę słabo wyrosło ciasto, ale działał (niestety nie posiadam dobrego zdjęcia z owego działania). To serce po przekrojeniu krwawiło. Mega efekt! W pierwszym pomyśle to miało mieć ponoć kształ prawdziwergo serca ludzkiego, co dało by o wiele efektowniejszy rezulat, ale i tak szacun wielki dla Mojej Córki za pomysł i za wykonanie. To był pracochłonny tort. Cały dzień spędziła w kuchni! A jakie to ci było smaczne! 
No i dostałam od niej talon na balon :-) Polecimy obie, bo nikt więcej z Naszej Piątki nie reflektowal na lot balonem (dziwni ludzie!) to kupiła dla mnie i dla siebie. To był taki prezent co się go wcześniej omawia :-) Teraz musimy jeszcze wybrać termin i miejsce lotu, ale to już najmniejszy problem.
Od Małżonka też dostałam wcześniej omówiony prezent. O wiele bardziej praktyczny, ale równie fajny. Wziął mi nowy telefon do spłacania z abonamentem, bo mój stary niedługo przestanie działać, gdyż od połowy roku nie będzie już aktualizcji dla iphone 11, więc niedługo potem prawdopodobnie przestaną działać aplikacje bankowe i wszystkie inne ważne, bo to zawsze tak jest z tymi telefonami... Dziś bez sprawnego telefonu jak bez nogi... ale dobry telefon musisz wyrzucić albo sprzedać za śmieszną kwotę i przymusowo kupić nowszy, bo firma celowo przestaje go aktualizować. Ja tam bym wolała używać sprzętu jak najdłużej, a nie co chwilę wymieniać, no ale trudno... Ja już stara jestem i absolutnie nie jarają mnie nowsze modele telefonów ani niczego innego. Wolę stare ale jare, o ile są sprawne.




Poniżej jeszcze parę zdjęć z Brukseli.












W Międzyczasie nagrałam opublikowałam dwa nagrania z przemyśleniami na temat długiego chorobowego, a dziś wrzuciłam na Youtube pierwszą historyjkę związaną z popularną ulicą handlową w Brukseli, bo akurat byłam tam i mnie natchnęło, by o tym właśnie opowiedzieć. Nie wiem, czy ktoś poza mną lubi takie prawdziwe opowieści oraz legendy związne z różnymi przypadkowymi miejscami, ale i tak zamierzam je nagrywać, bo dużo ich mam w zanadrzu, a co chwilę na kolejne natrafiam ;-)



1 komentarz:

  1. Wszystkiego najlepszego:-)
    Młoda jeszcze jesteś, matko, kiedy ja miałam 49 lat!
    Tort super, ale talon na balon, to już mega!!!

    OdpowiedzUsuń

✍️ Skomentuj, jeśli masz ochotę, ale pamiętaj, że ten blog to moje miejsce w sieci, mój pamiętnik o moim życiu i zbiór prywatnych reflekcji na tematy różne i że ja tu ustalam zasady. Jeśli nie podoba ci się to, co tu widzisz, idź lepiej dalej...