Ostatnie dni dosyć, że tam powiem, ciekawe były. Zdaje mi się, że ten tydzień miał jakby więcej dni i godzin, bo więcej niż zwykle się wokół mnie działo i więcej rzeczy zdązyło mnie wnerwić haha.
Zaczęłam tydzień od wizyty w naszej przychodni, gdzie jakiś młody sympatyczny lekarz, którego pierwszy raz na oczy żeśmy widziały, wypełnił najstarszej dokumenty do FOD-u. Tego samego dnia dosłałałam tam jeszcze skany dokumentów z poradni CLB z czasów szkolnych, które uznałam za ważne w kwestii ewentualnego uznania niepełnosprawności. Teraz trzeba będzie czekać diabli wiedzą ile na jakiś ruch FOD-u. Następnym krokiem powinno być zaproszenie córki na spotkanie z orzecznikiem czy czymś w tym rodzaju. Młoda już czeka od kilku miesięcy i nic na razie z tego nie wynikło. Nie da się też sprawdzić statusu sprawy online. Nic tam się nie zmienia. Zatem trzeba czekać po prostu. Młodej nie długo kończy się zasiłek i teoretycznie już powinni ją zawezwać na rozmowę, ale nic na razie nie przyszło. Oby się tylko nie okazało znowu, że cholerna poczta strajkuje czy że zgubili list, czego niestety w tym kraju można się spodziewać. List do Najstarszej z wezwaniem do przesłania formularzy przez rodzinnego przyszedł np z ponad 2-tygodniowym opóźnieniem i zostało tylko kilka dni na spotkanie z rodzinnym, gdy na wizytę czeka się co najmniej miesiąc. Dodzwoniłam się do FOD-u w ostatnim dniu i baba niby powiedziała, że daje nam dodatkowy miesiąc, ale skąd możesz wiedzieć, że faktycznie tak się stało, jak tego nie widać w dossier online... U nas tego ty[u dokumenty wysyłane są zwykłymi listami, nie poleconymi, jak to dawniej np w Polszy bywało...
Te procedury są wielce irytujące. Człowiek chce wiedzieć, na czym stoi. Przedłużą ci zasiłek? Uznają oficjalnie twoją niepełnosprawność? Chcesz to wiedzieć, by jakoś dalej życie planować. Obecna nasza sytuacja - zarówno moja, jak córek - jest jedną wielką niewiadomą.
Ja właśnie otrzymałam zaproszenie do orzecznika z Funduszu Zdrowia i znów się głowię, jak mam się tam dostać. Nie wiem, kto w ogóle wymyślił, by umiejscowić tę placówkę w jakimś totalnym wypizdowie, gdzie psy dupami szczekają a wrony nawracają, bo nawet nasrać się nie opłaci. Nie wiem, jak dostają się tam chorzy, którzy mają problem z poruszaniem się... Od stacji stosunkowo daleko. Miejsca parkingowego praktycznie brak. Rowerem czy skuterem to jest lekki hardcore - mnie w każdym razie przeraża droga i w ogóle cała okolica, gdzie owo biuro się znajduje. Pomijając już nawet wszechobecny syf (całe wory ze śmieciami na poboczach dróg itp) to tam jest wiecznie coś rozkopane, a ulica bardzo ruchliwa, skrzyżowanie, zjadzj z autostrady, przeto przedostawanie się na miejsce jest ogromnie stresujące. I w ogóle jak przyjdziesz za wczasu to kiblujesz przed budynkiem na asfalcie, bo tam nic nie ma, żeby gdzieś zajść, usiąść, czy choćby na stojaka przycupnąć pod zadaszeniem, gdy pada czy żar z nieba się leje. Raz siedziałam godzinę pod jakimś opuszczonym garażem.... Żenada do entej potęgi. Okropnie się zawsze stresuję tymi wizytami nie z powodu samych spotkań z tzw lekarzem, bo to mnie ani grzeje, ani ziębi, ale ta droga mnie przeraża zwyczajnie. To ponad 20 km rowerem a komunikacją przesiadki na jakies autobusy, na które w tym kraju w ogóle liczyć nie można, więc trzeba godzinę wcześniej co najmniej się wybrać, a potem stać pod drzwiami jak debil, gdy autobus na złość przybędzie na czas.
We wtorek odebrałam kolejny Decapeptyl. Już wieczorem mnie zlagowało, a tu na następny dzień znowu miałam spotkanie z tą całą kołczką cudotwórczynią, co to ma cud sprawić i znaleźć dla mnie miejsce na rynku pracy... To są jej własne słowa, że "spróbuje sprawić cud". Jak bum-cyk-cyk, nie cyganię. Co tylko jeszcze większe zwątpienie we mnie wzbudziło co do tego typu "pomocy" i "usług" za ciężkie pieniądze podatników, bo jak ja idę do urzędu po poradę i wsparcie, to oczekuję, że oni tam w przeciwieństwie do mnie twardo stąpają po ziemi i że na rzeczywistych faktach i konkretnych realiach swoją pomoc opierają, a nie swojej wybujałej fantazji i że radośnie o cudach i czarach-marach prawić ci będą... Laska jest w ogóle typiarą z gatunku haha hihi sram tęczą, z którym to gatunkiem fajnie jest pójść na browara, czy pogadać w pociągu, ale kury ani świnki bym temu pod opiekę nie powierzyła...
Ja to jednak mentalni już stara wredna baba jestem i wszytsko muszę skrytykować chłe chłe.
Wstałam zmęczona i słaba jak nie przymierzając gówno. Powiedziałam sobie, że pojadę tylko do najbliższej stacji i drugą połowę drogi pojadę pociągiem, bo nie mam sił, by drzeć rowerem po górkach kilkanaście kilosów. Jednak w połowie drogi do stacji rozdarło się niebo i zaczęła się dzika burza z piorunami, gradem i ulewą, że świata nie było widać. Przy pierwszych kroplach deszczu przyodziałam się ze śmiechem w pelerynę, portki przeciwdeszczowe i ochraniacze na buty, ale jak zaczęło walić wkoło mnie piorunami i wiać jakby koniec świata miał zaraz nastąpić, to przestało być to zabawne. Nie było gdzie się skitrać na czas nawałnicy, bo wokół albo łyse pole, albo ogrodzone wysokim płotem chałupy.
Jadąc w tej zlewie i dumając o sensie tej całej morderczej wyprawy przypomniałam sobie nagle wypierdy rodaków pod pewnym artykulem, które przeczytałam w komentarzach na fb podczas porannej kawy, co mnie jeszcze bardziej zmęczyło i wyprowadziło z równowagi (nie wiem, czy ja w ogóle jestem w równowadze w ostatnich miesiącach). Ludzie jechali tam po chorych na dłuższym zwolnieniu, jak po łysej kobyle. Krzyczeli, że pora, by ludzie przestali "udawać chorych, wymyślać se jakieś depresje i inne rzekome z dupy wyjęte choroby", bo to wszystko udawacze i wyłudzacze, bo ileż można chorować. Przecież to nie jest normalne, bo oni przecież widzą, że ci rzekomo chorzy na wakacje jeżdżą, a jak ktoś jest na prawdę chory, to chyba nie jeździ na wakacje, tylko leży w łóżku co nie?
Tak uważają niektórzy Polacy w Belgii, a nie były to bynajmniej pojedyncze komentarze tylko jednogłośne wołanie o wysłanie długotrwale chorych do roboty...
Zauważyłam, żde rodacy uwielbiają pisać nienawistne, agresywne komentarze pod każdym postem, na każdy dosłownie temat. Zwykle są to te same nazwiska, bo najwyraźniej niektórzy "nasi" zdają się znać dosłownie na wszystkim i wszystko wiedzieć lepiej. Do tego wydaje im się, że na fejsbuku powinni pisać wszystko, co tylko w głupich łbach im się urodzi i na każdy temat się wypowiadać, nie bacząc na to, czy temat ich dotyczy, czy mają choćby bazową o nim wiedzę... Przeważnie jest to po prostu śmieszne i czytam czasem takie komentarze dla beki, ale już to, co pojawiło się pod moim wideo o wypadku z udziałem dzieci na MOJEJ blogowej stronie na fb, lekko mnie zszokowało. Niektórzy Polacy potrafią wszędzie zostawić swoje śmierdzące gówno, nawet pod takim postem, w którym opowiadasz o swoich uczuciach, o tragedii, o śmierci niwinnych dzieciaków. Wszędzie potrafią wywołać kłótnię i zrobić oborę... To jest okropne! Niektórzy ludzie są po prostu pojebani i nawet tego nie widzą.
No ale te komentarze o chorych dotyczyły poniekąd mnie osobiście i o ile podczas ich czytania po prostu się uśmiechnęlam krzywo i przewróciłam oczami, tak jak tak jechałam w tę burzę walcząc ze zmęczeniem i złością, pomyślałam sobie, że ja życzę im wszystkim raka. TAKżyczę takim ludziom, by znaleźli się choćby w sytuacji choćby do mojej podobnej, w której byli by za zdrowi by leżeć w łóżku, a za słabi, by iść do pracy. Nagrałam o tym krótkie wideo w drodze powrotnej, emocjonując się do telefonu zawieszonego w uchwycie na kierownicy, ale powiem tutaj raz jeszcze:
z całego mojego serca życzę tutaj wszystkim, którzy zazdroszczą chorym choroby lub w inny sposób mają z chorymi problem, by ich to samo spotkało, by dostali raka, depresji, czy innej poważnej choroby, aby mogli sami nacieszyć się tymi wszystkimi "profitami" i :radościami", którymi cieszą sie ludzie chorzy, by mogli se na wakacje na chorobowym pojechać, by dostawali zasiłek chorobowy, by nie mogli znaleść pracy, ale by na każdym kroku słyszeli że są leniami i darmozjadami, by byli wiecznie zmęczeni od niczego, by im brakowało sił by wstawać codziennie z łóżka, gotować, by nic ich nie cieszyło. Życzę im tego z całego swojego serca! Bo ja jestem dobrym człowiekiem i chcę by ludzie dostali to, czego pragną i czego zazdroszą chorym. Tylko tyle.
Niektórzy uważają, że nie powinno się drugiemu życzyć źle, ale ja nie widzę ani jednego powodu, by tego nie robić. Przecież to tylko słowa. One nie mają żadnej mocy sprawczej, jakby kto nie wiedział, ale mam nadzieję, że zabolą co najmniej tak samo mocno, jak mowienie choremu, by zabrał się do roboty. Debil jeden z drugim nie zdaje sobie sprawy, że takie słowa mogą nie tylko mocno zranić, ale nawet zabić. Dla wielu może to być bowiem o jedną kroplę za dużo i w końcu wezmę sznur i pójdą nad rzekę...
A potem będzie zdziwienie, że jak to, dlaczego, przecież tej osobie świetnie się żyło, nawet do pracy nie musiała chodzić, bo miała przeciez zasiłek i w ogóle kurwa raj na ziemi. Ale to ty jeden z drugim bedziesz miał wtedy krew na rękach!
O tym powinno się więcej mówić, bo ja pewnie też nie raz bedąc zdrową i młodą, pomyślałam sobie, że ludzie zdziwiają, udają chorych. Bo jakoś nie mówi się o tym, jak to jest być chorym kilka lat czy choćby miesięcy. Ja widzę sporo artykułów, filmów itd albo na temat śmierci i żałoby rodziny, albo właśnie na temat wyzdrowienia, na temat bohaterskiej walki z chorobą i przeciwnościami losu, co dla wielu chorych jest na pewno motywujące i dające nadzieję, ale tylko do pewnego momentu.
Gdy bowiem znajdziesz się na pewnym etapie, to tego typu pozytywne narracje tylko pogarszają twój stan. Gdy walczysz z całych sił, starasz się tygodniami, miesiącami, próbujesz wszystkiego, ale nie otrzymujesz żądanych efektów, zaczynasz w siebie wątpić. No patrz, wszystkimi sie udało wrócić do pracy, a nawet nie nie tylko do pracy, ale nagle zaczęli podróżować, uprawiać sporty ekstremalne, napisali książkę, nagrali podcasty, znaleźcli miłość, robią karierę, założyli rodzinę etc etc a ty ledwo każdego dnia zwlekasz się z łóżka... Zaczynasz się zastanawiać, co z tobą jest nie tak, co robisz źle, że tobie się nie udało, skoro wszyscy inni doskonale sobie poradzili i już dawno poszli dalej, a ty ciągle jesteś chory i słaby. Na pewno za mało się starasz, na pewno wyolbrzymiasz swoje problemy, bo skoro inni potrafili wyjść z choroby, to ty też powinienieś. Wszysycy wokół pracują, a ty gnijesz w domu.
Tak, to są moje osobiste rozważania. Takie lub tym podobne myśli towarzyszą mi każdego dnia. Co ja do cholery robię nie tak, że wszyscy wrócili po raku do jakiejś pracy, a ja nie potrafię? Dlaczego inni czują się już dobrze, a ja jestem słaba? Może coś robię źle? Może powinnam się bardziej starać...? Nie trafiłam dotąd na żadną książkę, żaden film, żadną opowieść pacjenta onkologicznego, który by opowiadał o tym, że 3, 5, 10 lat siedział na chorobowym po raku (w sensie po zakończeniu leczenia nie mając przerzutów ani nie będąc pacjentem paliatywnym). Nikt o tym nie mówi, czy takich ludzi nie ma? Z rozmów z personelem szpitalnym wynika, że są, że tak się zdarza, ale gdzie w takim razie ci ludzie są i czemu o tym nikt nie mówi...? Dlaczego na szpitalnych stronach nie ma o tym żadnych artykułów, choć na każdej prawie znajdziesz zapisek, że chroniczne zmęczenie po raku może trwać latami, że skutki uboczne chemioterpii i terapii antyhormonalnej mogą towarzyszyć pacjentom długie lata. Nikt nie mówi, jak z tym żyć. Mam wrażenie, że to temat tabu. Może nie chcą martwić i bardziej dołować tych, którzy dopiero dostali diagnozę...? Ale czy to jest w porządku...? Nie wiem. Tylko ciągle o tym myślę i nie mogę przestać. Dlatego ciągle wracam do tego tematu, bo on nie przemija, nie mogę go zamknąć i udawać, że już jest cacy, że wszystko wróciło do normy, bo nie jest i nie wróciło!
I w takim stanie zwątpienia będąc trafiam nagle na komentarze wielu ludzi, którzy twierdzą, że wieloletnie zasiłki chorobowe to pomyłka, że ludzi powinno się zmusić do pracy, że zdrowi nie powinni robić na chorych...
a ty pedałujesz właśnie pod górę i pod wiatr w burzę z piorunami na spotkanie z beztroskim młodym dziewczęciem, które, masz nadzieję, pomoże ci się odnaleźć się na rynku pracy po chorobie, bo pragniesz iść do jakiejkolwiek pracy, ale nie potrafisz żadnej wykonywać dłużej niż kilka tygodni
i wtedy zaczynasz marzyć, by jakiś piorun w ciebie w końcu trzasnął i raz na zawsze zakończył twoje problemy...
A potem przychodzi złość na tych wszystkich ludzi zdrowych, którym się wydaje, że są niezniszczalni, że są od ciebie lepsi, bo są zdrowi, że mają prawo tobą gardzić... i chcesz, by spotkało ich to samo. By zachorowali i poczuli ten ból.
No ale dobra, wracam do burzy... Jak już mnie zlało to nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że wsiadam w tych wszystkich mokrych pelerynach do pociągu. To jest okropne uczucie być mokrym w suchym miejscu. Poza tym wkurw na głupich podłych ludzi dodał mi energii i potrzebowałam się odwkurwić, więc pedałowałam z całych sił pod wiatr i pod górę. Na miejsce dotarłam wyczerpana i zdemotywowana. Gdy ta laska wyszła do poczekalni i powitawszy mnie z uśmiechem zapytała, czy wszystko okej, miałam chęć jej odszczeknąć, by spierdalała na drzewo i nie zadawała debilnych pytań. W ogóle nie pamiętam, o czym przez godzinę rozmawiałyśmy, bo to działo się jakby obok mnie za mgłą. Byłam zbyt zmulona i wbyt wkurwiona, by myśleć i słuchać. Paplałam zatem o byle czym, co robię często, gdy jestem zdenerwowana, zmęczona lub wyprowadzona z równowagi. Gadam, gadam i nie mogę przestać albo milczę jak głaz, bo wiem, że jak powiem jedno słowo, to nie przestanę gadać przez tydzień.
Wiem, że baba kazała mi skontaktować się z jakąś firmą ogrodniczą lub kwiaciarnią czy innymi w okolicy i zapytać, czy mogę przyjść spróbować u nich pracy za friko, żeby się dowiedzieć, czy to coś dla mnie, czy nie. Bo to jest jedyny zawód, którego nie znam, a który jest w okolicy przynajmniej teoretycznie do znalezienia. Czy chciałabym pracować w kwiaciarni? No raczej nie. To nie moja bajka w ogóle, ale to jedyne co wymyśliłam. Inne moje genialne pomysły to strażnik leśny, przewodnik przyrodniczy, pracownik szklarni... To ostatnio widziałam w ogłoszeniach. Chodziło o pracę w nowoczesnej eksperymentalnej szklarni, gdzie komputery nadzorują wzrost roślin i praca była głównie przy kompie... Tylko to musiałabym widzieć na własne oczy, bo techniczne umiejętności i bazowa wiedza były tam potrzebne, gdyż samemu trzeba drobne awarie naprawiać... a ja mam już stary mózg.
Wróciłam do domu rowerem powoli. I padłam na ryj.
Zapytałam baby, czy następną wizytę można przez internet. Można, ale tylko wyjątkowo... Nie wiem, czemu niby nie można każdej przez internet. Przecież tam się kompletnie nic nie robi. NIC. Tylko siedzimy i gadamy. Nic tam nie wypełniam żadnych dokumentów ani nic. Jak mi coś daje na papierze, to równie dobrze może wysłać mejlem. Nie wiem, może chodzi o to, by kazać ci się płaszczyć, udowodnić ci że jesteś tylko durnym robalem, że stoisz niżej w drabinie społecznej, więc musisz się za każdym razem fatygować do tej pierdolonej dziury i łaskawie czekać w śmierdzącym korytarzu na audiencję u paniusi...? Tak, kurewsko tam śmierdzi stęchlizną, bo to jakaś stara, tylko odmalowana rudera.
Nie dawno zagaiła do mnie czytelniczka, by podzielić się bardzo podobnymi do moich obserwacjami i odczuciami w tej kwestii. To było dla mnie bardzo ważne, bo bardzo często zastanawiam się, tak jak powyżej napisałam, czy to ze mną jest coś nie tak, czy ja za wiele oczekuję, czy też ten system belgijski jest do dupy... No ale szczegół.
Dwa razy byłam w azylu w tym tygodniu. Drugim razem zabrałam ze sobą Najstarszą, której też spodobała się to zajęcie, ale też po 4 godzinach ją bardzo zmęczyło. Nie zabrała ze sobą zatyczek do uszu, a piszczące ciągle ptaki ją bardzo przebodźcowały i zaczęła ją głowa boleć. Ja zostałam znowu jeszcze dwie godziny po przewrie, ale to znowu był błąd. Od 9 do 12tej daję rady. Dłuzej jest za dużo i bardzo mnie wyczerpuje, mimo, że w południe jest godzinna przerwa. Taki test był jednak bardzo potrzebny, bo teraz tylko metodą prób i błędów mogę sprawdzić, na ile mogę sobie pozwolić. Wybracowane bowiem przez lata szablony i miary teraz nie są wiarygodne. W ogóle psu na buty sie zdają. Wszystko jest inne. Ja jestem kimś innym.
Tym razem tylko karmiłam małe ptaszki. Wyjmowałam z ogrzewanej szafy jedno pudełeczko z ptaszkami po drugim i zapychałam szeroko otwierające się małe dziobki rozmrożonymi larwami albo kawałkami serc wołowych. Te dzioby, które się same nie otwierają, trzeba siłą otworzyć i zmusić ptaszęta do jedzenia wpychajc im żarcie głęboko do dziobka. Sporo było tym razem takich uparciuchów, które trzeba było karmić przymusowo. Zielone dzięcioły np dosyć były oporne i do tego jeszcze okropnie się drą, gdy wmusza się w nie żarcie (w każdej innej chwili też się drą i stukają swoimi długimi dziobami w plastikowe pojemniki, w których siedzą zamknięte). Te biało czarne z czerwoną czapeczką o wiele bardziej skłonne są do wspólpracy. Jeden bierze robale z pincety, drugi woli, by mu nasypać robaków na dno pudełka, a on sam sobie je weźmie. Kawki, sroki i wrony natomiast jedzą bardzo chętnie i szeroko otwierają swoje wielkie dziobiska. Małe jaskółki i sikorki też w dużej mierze domagają się karmienia i niecierpliwie na nie czekają, ale i wśród nich jest kiku słabiaków, których trzeba siłą karmić. Dość trudny do karmienia był też jerzyk, taki rodzaj jaskółkowatego stworzenia o krótkim dziobie, który nie bardzo miał chęć być karmionym, ale cos tam wmusiłam w niego. Jednym z ładniejszych podopiecznych tego tygodnia był zimorodek, ale nie wiem, co się z nim stało, bo na drugi raz już go nie było. Myślę, że po prostu go wypuszczono, bo wyglądał na dość silnego i samodzielnego. Czasem zdarza się, że stworzenie tylko w szoku jest albo osłabione, bo np gdzieś w piwnicy czy szopie utknęło, i po jednym czy dwu dniach wraca do natury.
Ostatnie upały dostarczyły wielu nowych pacjentów, bo ptaszki nawet same wyskakiwały z gniazd z powodu gorąca. Na szczęcie się ochłodziło i to aż za bardzo.
Najstarsza się brechta, że ona to sprawiła. Kupiła sobie bowiem w zeszłym tygodniu klimatyzator do swojego strychu i jeden dzień go testowała. Mówi, że tak dobrze działał, iż na zawnątrz też schłodził i teraz jest zimno wszędzie. A w ogóle to trochę się okombinowałyśmy, by wąż wydechowy zainstalować do jej okna. Kupowałyśmy to urządzenie bowiem online w Lidlu i okazało się, że dostarczone akcesoria przeznaczone są do okien rozsuwanych, a nie otwieranych, ale wyciachałyśmy z Najstarszą zatyczkę do połowy okna z przezroczystego plastiku z jakiejś mini szklarenki, którą kiedyś od ex-sąsiadki kupiłam, a to połączyłyśmy z dostarczonym elementem i wyszło idealnie. Urządzenie dosyć szybko schłodziło to wielkie poddasze do przyjemnej temperatury... No a potem upały się skończyły haha. Gazety podają jednak, że ze względu na zjawisko El Nino raczej trzeba się jeszcze upałów spodziewać w najbliższym czasie, więc ufamy, że nie córka nie wywaliła kupy forsy na darmo.
W czwartek tylko ogarnialam trochę w domu - jakieś pranie, odkurzanie bazowe, ale jakoże już wyczeroana była, to i to ciężkim zadaniem się zdawało... Coraz więcej mam wątpliwości, czy jakiejkolwiek pracy podołać jestem w stanie jeśli musiałbym ją wykonywać codziennie tydzień za tygodniem. Na pełny etat to nawet nie ma mowy, ale zastanawim się, czy i na pół podołam. Tydzień po zastrzyku na pewno jest kicha, ale raczej nie ma nigdzie opcji by jeden tydzień w miesiącu nie pracować...
Wczoraj w południe wybrałam się z córkami do Brukseli. One chciały iść do japońskiego sklepiku w galerii, a ja chciałam nagrać coś na YT. Było fajnie i przyjemnie, ale wyczerpało to resztki mojej energii. Wracając do domu po zaledwie 5 godzinach na mieście już w ogóle nie kontaktowałam. Nie mam zwyczaju zasypiać w autobusach czy innych takich, ale byłam tego bliska. Cienias ze mnie straszny. Dziś zatem siedzę i stukam w klawisze, a w planach było muzeum w Antwerpii. Nie ma jednak sił w ogóle. Trzeba zatem odpoczywać, bo jutro znowu ważna wizyta daleko od domu.... Uff.
Gdy wyszłyśmy z galerii w centrum, akurat lało, a niby nie miało być deszczu według prognoz... Postałyśmy chilę w drzwiach, ale postanowiłyśmy iść. Zelżyło, ale ciapało całą naszą drogę, a było ponad 2km do przystanku. Gdzieś w połowie drogi Młoda stwierdziła, że już jesteśmy tutejsze i umiemy chodzić pomiędzy deszcz, bo tyle drogi żeśmy przeszły w deszczu, a ubrania wciąż mamy praktycznie suche. Tak zaiste było! Nie zmienia to faktu, że chciało mi się siku jeszcze w galerii, ale tam kible na monety, a nie miałyśmy monet. Do tego tak śmierdziały, że mało się nie porzygałam tylko tam zaglądając. Po drodze jednak w pewnym momencie doszło do mnie, że mijałyśmy wejście do jakiegos szpitala, choć nawet nie wiedziałam, że tam taka placówka się znajduje. Powiedziałam do dziewczyn, że w szpitalu na pewno jest jakiś kibel. Najstarsza poszła ze mną, a Młoda została przy wejściu. Kurde, okazało się, że ten sraczyk strasznie daleko od drzwi i że musiałyśmy dostać się na piętro i pół szpitala przejść, by go znaleźć i tylko jedna kabina była czynna, do tego nie było papieru ani ręczników, a do tego śmierdziało, choć było w miarę czysto. Bruksela to jednak bardzo uboga wieś. Najważniejsze, że załatwiłyśmy swoje potrzeby, bo za cholerę nie dojechałabym do domu o suchych majtkach, bo to ponad godzinę jazdy autobusem po dołach.
Tutaj przesrane jest i to czasem dosłownie, bo w Belgii bardzo trudno o toalety na mieście. Przy dworcach czasem są (CZASEM). Zwykle płatne i czynne np od 9 do 18. Jeśli płatne kartą to spoko, ale na konkretny rodzaj monet (np tylko 50centów czy 1 euro) to jakieś nieporozumienie w czasach, gdy mało kto ma przy sobie jakąkolwiek gotówke i nikt ci nie chce rozmienić. Szpitale i urzędy to zwykle dobre miejsca na siku i kupę, ale trzeba wiedzieć, gdzie maja kible dla klientów. W Brukseli koło Noordu znamy już teraz kilka takich miejsc, gdzie można pójść za darmo na siku, ale ogólnie to jest żenada. Poza tym pozostaje wejść na kawę do jakiejś kawiarni czy restauracji, bo w takich przybytkach wucety tylko dla klientów. Zdarza się, że można wejść z ulicy po uiszczeniu oplaty, ale chyba coraz rzadziej coś takiego widuję. Kurde w barach z fastfoodami typu McDonald, KFC kible są płatne także dla klientów. Tak samo w galerii. No ale płatne są też w porządku, byle tylko były płatne kartą i byle w ogóle były. Ogólnie znalezienie kibla jednak graniczy z cudem.
Opublikowałam kolejny kawałek tego co ostatnio nagrałam, czyli wspomnień z początków w Belgii. To wideo jest o koszmarnej szkole dziewczyn. Jakieś chyba nieścisłości i niedomówienia się wkradły, ale to ciągle jest wideo eksperymentalne i ćwiczebne.
Nie chce mi się dziś szukać żadnych zdjęć, bo jestem zmęczona.